Rozdział 1
NAPĘD NA CZTERY KOŁA I POTĘGA PODŚWIADOMOŚCI
ADAM BYKOWSKI, na Islandii od 2005 roku
Wnętrze wypożyczalni IcePol może przyprawić turystę marzącego o wyprawie w islandzki interior o zawrót głowy. Pod ścianami piętrzą się kołdry, materace, śpiwory i foteliki dla dzieci. Obok - przenośne lodówki, składane krzesła, kuchenki. Do tego menażki, talerze i reszta biwakowej zastawy. Na półce: makarony, oleje, pomidory w puszce z islandzkiej sieci spożywczej Bónus, cukier, kawa i kasza kuskus polskiej firmy. Pod oknem wzrok przyciąga srebrno-szary sportowy samochód.
W biurze, obok regałów, rozpiera się narożna kanapa, błyszczy ekspres do kawy. Na biurkach - laptopy, dokumenty, dwie pary kluczyków do aut. I... nikogo z obsługi.
Przed wypożyczalnią w równych rzędach stoją dacie, mitsubishi i hyundaie. Siedziba firmy to biały hangar na obrzeżach Njar?víku. Port lotniczy Keflavík - jedyne międzynarodowe lotnisko na wyspie - jest oddalony o zaledwie pięć i pół kilometra. Ulica Njar?arbraut, biegnąca wzdłuż zatoki, to istne zagłębie warsztatów samochodowych i wypożyczalni. Islandia, państwo-wyspa, nie ma kolei, metra ani linii tramwajowych.
Oglądamy to turystyczne eldorado, gdy słyszymy, że ktoś wchodzi do biura.
- Łukasz - wita się z nami młody chłopak. - Szef musiał odwieźć klientów na lotnisko. Prosił, żebyście na niego poczekały. Wydam auto i mam kolejny odbiór na lotnisku, więc za chwilę będę jechał, ale wcześniej zrobię wam kawę. Gra?
Łukasz wręcza nam kubki, bierze kluczyki do samochodu i wychodzi do turystów.
- Namiot dachowy to super sprawa - tłumaczy. - Łatwo go rozłożyć. Gwarancja suchej podłogi i lepszych widoków. Zaraz pokażę.
Podnosi białą pokrywę dachowego bagażnika. Po kilku chwilach na dachu dacii duster wyrasta zielony dwuspadowy namiot. Łukasz przystawia drabinkę, żeby klienci mogli sprawdzić, ile miejsca jest w środku. Przynosi śpiwory z hali. - O, no i wrócił szef, możecie z nim pogadać - rzuca przez ramię.
Adam Bykowski, współwłaściciel wypożyczalni, uśmiecha się. - Gorący sezon. Lato 2019 mamy wyjątkowo ciepłe. Dużo rezerwacji, ale to dobrze. Oglądałyście sprzęt turystyczny? Jest w cenie wynajmu. Klient kompletuje, co mu potrzebne. Większość turystów z Polski przylatuje tanimi liniami. Dodatkowa walizka kosztuje kilka stów, pakujesz więc jak najmniej rzeczy. Nie weźmiesz materaca, a on się tutaj w namiocie naprawdę przydaje.
Wskazuje na półki z jedzeniem i środkami czystości. - Każdy może sobie wziąć to, czego mu brakuje. Jeśli podczas podróży nie zużyje zapasów, zostawia je innym.
Idziemy za Adamem. - Tak. Przed wyjazdem na lotnisko nie zamknąłem drzwi do biura, do hali też. - Wzrusza ramionami, poprawia hipsterską czapkę i bluzę. - To Islandia. Możesz zostawić otwarte biuro, laptopy i kluczyki do samochodów. Znamy okolicę, wiemy, kto pracuje w sąsiednich halach. Kto miałby nas okraść? Islandczyk tego nie zrobi, Polaków dookoła nie ma.
Nie stresuj się
Na stronie wypożyczalni instrukcje dla klientów: "Odbierzemy cię i odstawimy prosto na terminal o każdej porze dnia i nocy! Doradzimy, gdzie i którędy jechać, i na co uważać". Na profilu fejsbukowym wytyczne: "W cenie pełne ubezpieczenie (nie obejmuje opon i utopienia auta)". Obustronne zaufanie. "Nie po to pracujesz cały rok, żeby się stresować w wakacje".
- Nie zawracamy sobie głowy depozytami i kaucjami. Wiem, że duże wypożyczalnie tak robią, nam szkoda czasu i energii. Traktujemy klientów jak naszych znajomych. Islandia jest droga, ludzie ciężko pracują, żeby wyjechać na urlop, nie ma co im fundować niepotrzebnej spiny. Na początku zastanawialiśmy się, czy dawać informacje w Internecie po angielsku, ale przemyślałem to i zdecydowałem, że robimy dla swoich. Tak najłatwiej się dogadać, wygoda dla klientów i dla nas. Obsługujemy też Amerykanów, Niemców, Hiszpanów. Te kontakty są od Islandczyka, z którym współpracujemy. Ostatnio pojawiają się też Ukraińcy, którzy pracują i mieszkają w Polsce - wylicza - ale IcePol jest nastawiony głównie na Polaków.
W biurze klienci dostają kluczyki do aut. - Nie wręczamy żadnych dokumentów, dowodu rejestracyjnego czy ubezpieczenia. Wiele osób, które są pierwszy raz na Islandii, bardzo się temu dziwi. Niektórzy boją się ruszyć w trasę, kilka razy upewniają się, czy rzeczywiście nie muszą mieć żadnych papierów. Co mają zrobić, jak zatrzyma ich policja? Odpowiadam, żeby się nie martwili, bo policjant spojrzy na tablicę rejestracyjną i będzie wszystko wiedział, na przykład czy auto ma przegląd techniczny. Jest tam naklejka z datą, do kiedy przegląd jest ważny.
Nie mamy wyznaczonych godzin pracy. Jesteśmy tu tak długo, jak trzeba. Wczoraj odebrałem klientów z lotniska po północy, przywiozłem tutaj: formalności, wydanie auta, kompletowanie sprzętu. Skończyliśmy grubo po pierwszej, a o piątej wstałem, bo inni oddawali samochody i trzeba było ich odwieźć na lotnisko. Ale nie narzekam. Sezon, wiadomo. Najważniejsze, że nic złego się nie stało, sprzęt turystyczny im się przydał, urlop się udał. Byli zadowoleni. I o to chodzi.
Trzy utopili, siedem przydachowali
- Co może się złego przydarzyć? Wszystko. Wgniecenia, rysy na szybach i lusterkach, pęknięte opony. Wypożyczalnia drugie tyle co za wynajem może zarobić na szkodach. Tylko po co? Szkoda energii, żeby się wykłócać o zarysowania. Najcięższe przypadki były na Fiordach Zachodnich. Dwa lata temu straciliśmy dziesięć aut: trzy klienci utopili, a siedem przydachowali. No, utopili w takim sensie, że podczas przepraw przez rzeki zalali silniki. Z zalaniem to poważna sprawa, ale jeśli chodzi o przebitą oponę, możemy się jakoś dogadać. Ktoś wraca i opowiada, co się wydarzyło. Widać, że nie zrobił tego celowo i jest mu przykro. Nie ma sensu kręcić afery. Biznesowo to też się opłaca, bo ten klient opowie rodzinie czy znajomym o tym, jak go potraktowaliśmy, i do nas wróci.
Czasami, na szczęście rzadko, zdarzają się takie cwaniaki, co rozwalą oponę i kręcą, że to nie ich wina. Nie dyskutuję z takimi ludźmi. Szkoda mi czasu.
Teraz mamy sporo mandatów do opłacenia za nowy tunel na północy Islandii, na wschód od Akureyri. Od stycznia 2019 roku przejazd jest płatny. Nie ma bramek przed wjazdem, trzeba się zalogować, wpisać numer samochodu i ma się trzy godziny, żeby dokonać płatności. Jak nie, to karę płaci osoba albo firma, na którą jest zarejestrowany samochód.
Dostaliśmy ostatnio listę, które auta i kiedy przejechały tam bez opłaty. Napisaliśmy do tych klientów. Część odpisała: "Nie ma sprawy, płacimy". Ale kilku cwaniaków odpowiedziało: "Udowodnijcie, że to ja prowadziłem". Ja do nich: "Przecież mam w zleceniu, że to ty wypożyczyłeś w tym terminie samochód. Skąd bym wiedział, że tego dnia byłeś w Akureyri?". Dopisałem, że nie będę niczego udowadniał. Nie to nie. Musieliśmy sami zapłacić - wzdycha.
- Na początku trochę się kłóciłem, teraz wiem, że lepiej takie sprawy ugodowo załatwiać. Wierzę, że jak podejdziemy do klientów po ludzku, to oni wielkich strat nie narobią. W większości trafiają do nas bardzo fajni ludzie. Takie podejście się sprawdza.
Monstery i "auto w razie czego"
Islandzka droga numer jeden (?jó?vegur 1, Hringvegur) wije się wzdłuż wybrzeża wyspy przez 1321 kilometrów1. Latem jest dostępna dla samochodów każdego rodzaju. Turyści, którzy marzą o interiorze, muszą wybrać na wyprawę auto z napędem na cztery koła.
Z fejsbukowego profilu wypożyczalni: "Na Islandii F to oznaczenie dróg górskich. Prowadzą przez góry lub wyżyny w centralnej części wyspy. To wąskie, nieutwardzone drogi, często z przeprawami przez rzeki. Zjazd z głównej drogi nr 1 na jedną z dróg F to zawsze duże przeżycie".
- Zwykle pytamy klientów, dokąd chcą jechać, i mówimy im, na co mają uważać. Uprzedzamy, że tutaj trzeba jeździć spokojnie i z pokorą wobec natury. Jak samochód się zepsuje na trasie, to oczywiście jedziemy do klienta i wymieniamy auto. Staramy się, żeby jedno zapasowe stało na placu "w razie czego". Nie zawsze to wychodzi, jak mamy duże obłożenie, ale lepiej, żeby było, bo to oszczędza wszystkim nerwów.
W ubiegłych sezonach mieliśmy monstery, czyli samochody na wielkich kołach. Ale niestety te auta w głowach niektórych polskich kierowców budzą szaleństwo. Wydaje im się, że mogą wszystko i pakują się w kłopoty. Dlatego zrezygnowaliśmy. Prywatnie polecam, to fajna sprawa, ale na wynajem to nie jest dobry pomysł. W wypożyczalni mamy sto samochodów. Jest też kilkanaście kamperów Peugeota, ale wypierają je wozy z napędem na cztery koła i namiotami na dachach.
Sportowa fura - teraz porsche, później może bugatti
Pytamy o srebrno-szare cudo stojące pod oknem. Adam ożywia się.
- Chętnie pokażę. Właściwie nie za bardzo lubię siedzieć przy biurku. Wolę mechanikę. Jak czekam na klientów, to sobie podłubię w międzyczasie. To porsche 911, wiadomo, sportowa fura. - Delikatnie dotyka karoserii.
- Dużo trzeba w niej porobić. Była rozbita, jak ją kupiłem. Gdy doprowadzę porsche do porządku, to sprzedam, potem może kupię następny samochód, też do remontu, i tak dojdę do bugatti - śmieje się. - Lubię grzebać przy samochodach. W Polsce skończyłem technikum mechanizacji rolnictwa.
Przed halę garażową podjeżdża kolejne auto i Łukasz wchodzi do biura z kilkoma klientami. Po chwili przechodzą na parking i rozlega się miarowy warkot silników. Turyści sprawdzają samochody.
- Przyleciałem tutaj w 2005 roku spod Suwałk, z małej miejscowości Sejny. Zapamiętajcie: stamtąd są świetni ludzie. Znajomi mojej żony już tu byli. Załatwili nam pracę w firmie zajmującej się przetwórstwem ryb w Keflavíku. Pracowaliśmy przy kawiorze, robiłem też pasty, na przykład masago z takich słodkich rybich jajeczek.
Wtedy islandzkiego nie znałem ani w ząb, angielskiego też nie za bardzo. Pracowałem z Polakami i Portugalczykami. Od Portugalczyków zacząłem się uczyć angielskiego. Po półtora roku dostałem pracę w cargo na lotnisku, firma była podwykonawcą islandzkiej linii lotniczej Icelandair. Przez wiele lat moim kierownikiem był Jon, człowiek starej daty. Rzadko się zdarza, że Islandczyk nie mówi po angielsku, a on akurat nie mówił. Dzięki niemu złapałem podstawy islandzkiego. Na cargo załadowywaliśmy samoloty towarowe. Segregowałem paczki, obwiązywałem sznurami wojskowe palety i wstawiałem je do samolotu. Przepracowałem tam dziesięć lat.
Rok po nas na Islandię przyleciał Krzysiek, mój szwagier. Zaczynał w firmie sprzątającej, która siedzibę ma tutaj, w sąsiednim garażu. Kiedy przyszedł kryzys i musieli robić redukcję, szef załatwił mu pracę na Blue Lagunie [Bláa Lóni? - słynny kompleks basenów geotermalnych], też przy sprzątaniu. Z jakim nastawieniem tu przyjechaliśmy? Nie miałem żadnych oczekiwań. Byłem młody, trochę lekkomyślny. Chciałem spróbować czegoś nowego.
Już na początku okazało się, że życie tu jest prostsze. Idziesz do banku czy urzędu i nie ma takich nerwów jak w Polsce. Nie masz wrażenia, że ktoś pracuje za karę. Łatwiej jest tu wszystko załatwić.
Podświadomość, zimny prysznic, wulkanizacja
- Kiedy jeszcze pracowałem na lotnisku, zacząłem... Nie wiem, czy powinienem to mówić, bo kiedy opowiadam o tym niektórym ludziom, traktują mnie jak świra. Ale dobra, zacząłem wałkować temat potęgi podświadomości. Wiecie, motywacja do działania. W ogóle, tak w życiu, to niespecjalnie czytam, nie kręci mnie to. A Potęga podświadomości (autor: Joseph Murphy) była jedyną książką, którą przeczytałem kilka razy. Za każdym razem coś innego tam znajdowałem. Kupiłem ją w Polsce tylko dlatego, że lampka była gratis razem z książką. Książkę wziąłem właściwie dla tej lampki.
O tej podświadomości na początku nie mówiłem nikomu, tylko sam sprawdzałem, jak to działa. Planowałem kilka lat do przodu, w głowie. Zaczęło mi to wychodzić, aż się sam dziwiłem. Trzeba robić sobie założenia. W życiu musisz wiedzieć, dokąd idziesz, w jakim kierunku, na czym ci zależy. Jak nie będziesz wiedział, to będziesz chodził byle gdzie.
Jak to działa na co dzień?
Bierzesz rano zimny prysznic, otwierasz okno i patrzysz na świat. Nie myślisz: "O rany, znowu musiałem wstawać", tylko mówisz sobie: "Kurde, jaki fajny dzień!". Zacząłem się motywować. Na lotnisku miałem czternaście dni pracujących, czternaście dni wolnego. Zacząłem myśleć, co mogę jeszcze robić w życiu, bo właściwie niewiele umiem. W Suwałkach, przed przyjazdem na Islandię, pracowałem w wulkanizacji. To wymyśliłem, że otworzę tu wulkanizację! Zwerbowałem Krzyśka, mojego szwagra. Mieliśmy trochę odłożonych pieniędzy. Wynajęliśmy garażyk. Maszyny sprowadziłem z Polski: pracowałem na lotnisku, więc miałem tańsze przesyłki. Ale wulkanizacja w Keflavíku nie wypaliła. Za garaż trzeba było sporo płacić. To jest za małe miasteczko, było dużo takich warsztatów, nie daliśmy rady.
Co zrobiłem po wulkanizacji? Nie załamałem się.
Wypożyczalnia i wybuch wulkanu
- Jak coś nie wychodzi, zwykle mam plan B. Nawet jak nie znam szczegółów, mówię, że mam plan. I tak jakoś się dzieje, że rozpoczynam coś nowego. Zaczęliśmy z Krzyśkiem sprzątać samochody i robić drobne naprawy, taką małą mechanikę, zwykle dla Polaków. Ogłaszaliśmy się na polskim forum w Internecie. Jak się uczysz na obcych samochodach, to właściciele psioczą, ale szybko doszliśmy do wprawy. Mieliśmy dobre ceny. Polacy nie lubią przepłacać, a u Islandczyków było dużo drożej. Właściciel garażu, który wynajmowaliśmy, polecił nas dwóm Islandczykom, właścicielom wypożyczalni w Keflavíku. Mieliśmy serwisować samochody, przygotowywać je do letniego sezonu turystycznego. Zaczęliśmy pracować dla nich jako mechanicy. To oni nas nauczyli, jak działa wypożyczalnia, na co trzeba zwracać uwagę.
Po pierwszym sezonie współpracy zaproponowali nam takie rozwiązanie: do następnego lata przygotowujemy część samochodów za własne pieniądze. Wykładamy na opony i części, płacimy za przeglądy. Po sezonie oni zgarniają zarobek z wynajmu, a my dostajemy w rozliczeniu zamiast wynagrodzenia trzydzieści samochodów. Na początku chciałem odmówić, ale Krzysiek na to: "Dawaj. Próbujemy!". Czego się przestraszyłem? Umowa zakładała, że jak w pierwszym sezonie turystycznym wybuchnie wulkan, to będziemy musieli jeszcze kolejny rok współpracować na takich zasadach. Co ma wulkan do wypożyczalni? Otóż jeśli wybucha, ruch lotniczy zostaje sparaliżowany. Turyści nie docierają na Islandię i nie ma komu wypożyczać samochodów. W lipcu czy sierpniu, w szczycie sezonu, wypożyczalnia przyblokowana na dwa tygodnie przynosi ogromne straty. Ale posłuchałem Krzyśka. Zaryzykowaliśmy, wulkan nie wybuchł i daliśmy radę. Wszystko poszło najlepiej, jak mogło, dostaliśmy w rozliczeniu te samochody. Zdecydowaliśmy, że skoro mamy już tyle pojazdów, to rozkręcamy własny biznes. Jeden z Islandczyków wymyślił nazwę dla naszej wypożyczalni: IcePol. Pomógł nam załatwić pozwolenie na wypożyczanie samochodów i zarejestrować firmę. Czy obawiał się konkurencji? Nie, Islandczycy tak nie myślą.
Zaczynaliśmy od starszych samochodów, nissanów terrano. Nie stać nas było na mechaników, sami przygotowywaliśmy auta. Potem zaczęliśmy wchodzić w mitsubishi pajero i land cruisery. Stopniowo wymienialiśmy samochody na nowsze, mniej braliśmy do kieszeni, więcej inwestowaliśmy. Gdy zakładaliśmy tę firmę, mieliśmy jeszcze dwóch wspólników, ale nie potrafiliśmy działać razem. Rozstaliśmy się. Mówiłem im: "Chłopaki, na początku trzeba zapieprzać, bo nikt tego nie zrobi lepiej od nas. Robimy sami dla siebie". Obiecywałem, że za parę lat będziemy siedzieć za biurkami i odpisywać na maile. I tak jest, choć wolę mechanikę, jak wspomniałem.
Teraz współpracujemy z Islandczykiem Sonnym. Z tutejszym wszystkie sprawy idą gładko. Jakie na przykład? W jednym aucie mieliśmy szybę do wymiany. Zadzwoniłem do serwisu i usłyszałem, że pierwszy wolny termin dopiero za miesiąc. Zadzwonił Sonny i termin się znalazł na już. To są proste sprawy, ale w sezonie bardzo ważne. Gdy przyjeżdża uszkodzony samochód, który jest potrzebny następnego dnia dla innego klienta, a żaden warsztat nie chce wymienić szyby, to jest kiepsko. I prosta sprawa zmienia się w poważny problem. Gdy turysta musi czekać na auto, które zamówił, firma traci. Klienta też szkoda, zwłaszcza jeśli przyjechał tylko na tydzień i ma cały dzień w plecy.
Poczta pantoflowa i Facebook
- IcePol działa od 2014 roku. Zanim wystartowaliśmy, trochę się obawiałem, skąd weźmiemy zamówienia na samochody. Pytałem Islandczyków. Oni na to: "Nie martw się, zapłacicie za reklamy w sieci i wpadną zamówienia". Pożyczyłem pieniądze od kumpla ze Sri Lanki. Wykupiliśmy reklamy w Google'u. Szybko nam te środki wyklikali, a wpadły chyba tylko ze trzy zamówienia. Co robić? Zaczęliśmy pisać na polskim forum, założyliśmy firmowy profil na Facebooku i jakoś poszło, zaczęliśmy bukować. W następnym sezonie nie mieliśmy już problemów, zadziałała poczta pantoflowa i Facebook. Klienci wracają do Polski i opowiadają o wakacjach. Dzięki nim prawie na sto procent ktoś z ich przyjaciół albo rodziny, kiedy poleci na Islandię, też u nas wypożyczy samochód.
Ale jedna niezadowolona osoba może zepsuć więcej, niż sto zadowolonych zrobić dobrego. Jak jest twoja wina, to trzeba się przyznać, zapłacić za błąd, oddać turystom za stracony dzień, a nie próbować na tym zarobić i zwalać winę na klientów. Warto ludzi traktować dobrze i z zaufaniem. Biznes się kręci i wszystkim lepiej się żyje.
Domek przy Czarnej Hańczy
- Dzieci mają po dziesięć i osiem lat. Syn i córka urodzili się tutaj. Chodzą tu do szkoły, mówią po islandzku bardzo dobrze, a gdy są wysokie temperatury, jest im za gorąco. Właściwie są jak Islandczycy. - Adam zamyśla się. - W domu oczywiście mówimy po polsku. Syn gra w piłkę w drużynie w Keflavíku. Teraz jest na turnieju w Akureyri. A ja w pracy. Ale za rok mam nadzieję, że będę już mógł mu kibicować. Chciałbym, żeby dzieci miały lepszy start w życiu i radziły sobie w świecie.
Na pewno nie zależy mi na tym, żeby zarabiać dużą kasę kosztem rodziny. Kierunek, w którym chcę iść, to cisza i spokój, wyjazdy z bliskimi. Żona pracuje na Blue Lagunie, przy cateringu. Mówi dobrze po islandzku. Jakoś się szczególnie nie dorobiliśmy, ale staramy się żyć bez stresu i ciśnienia, bo to są ważne rzeczy w życiu. Nie pieniądze.
Czy myślę o powrocie do Polski? Może na starość. Jest jeszcze trochę czasu, bo jestem rocznik osiemdziesiąty drugi. Mamy domek przy Czarnej Hańczy, w parku narodowym. To nasze zabezpieczenie, żeby mieć do czego wrócić - dodaje.
Z komórki Adama słychać sygnał SMS-a. - Muszę kończyć. Klienci są już na lotnisku. Jadę. I wiecie co? Jestem ich bardzo ciekawy.
1 Vegalengdir, https://vegagerdin.is/vegakerfid/vegalengdir/, dostęp: 28.03.2023.