Wstęp
Sto lat wojny. Sto lat przemocy i nienawiści. Do pierwszych starć między
Żydami i Arabami w Palestynie doszło na początku lat dwudziestych XX
wieku. Gdy piszę te słowa - we wrześniu 2024 roku - izraelska armia topi
we krwi Strefę Gazy w odwecie za potworny atak terrorystyczny Hamasu.
Oczy całego świata znowu zwrócone są na Bliski Wschód, który zatacza
kolejne błędne koło zaciekłego konfliktu. Tym razem na skalę
niespotykaną w historii. Atak Hamasu pochłonął życie ponad 1000
Izraelczyków, izraelska zemsta - życie ponad 40 tysięcy Palestyńczyków.
W większości kobiet i dzieci.
Skala zniszczeń w Strefie Gazy przekracza wszelkie wyobrażenia. Jest
większa niż spustoszenie wywołane przez eksplozję jądrową w Hiroszimie.
Tylko w pierwszych kilku miesiącach kampanii Izraelczycy zrzucili na to
terytorium 75 tysięcy ton bomb. Jak podała jedna z organizacji praw
człowieka, jest to ekwiwalent sześciu bomb atomowych.
Trudno zrozumieć teraźniejszość, jeżeli nie zna się przeszłości.
Książka, którą trzymasz w rękach, drogi czytelniku, jest próbą
odpowiedzi na pytanie, jak mogło do tego dojść. Jak mogło dojść do tak
kolosalnej eskalacji. Przedstawiam w niej genezę i przebieg stuletniej
rywalizacji między Żydami i Arabami o Palestynę. Począwszy od narodzin
idei syjonistycznej, poprzez stworzenie Państwa Izrael, wypędzenie
Palestyńczyków, wojnę 1967 roku oraz intifady, na obecnym konflikcie
kończąc.
Nasuwa się pytanie, czy można było uniknąć tego wszystkiego: ogromu
ludzkich cierpień, przelanej krwi i morza ruin. Odpowiedź jest
negatywna. Nie, obie strony były skazane na zaciętą, bezwzględną
konfrontację.
Wszystkiemu winny jest "drobny błąd", który popełniła grupa żydowskich
intelektualistów dyskutujących w zadymionych kawiarniach Europy
Zachodniej w XIX wieku. Gdy wymyślili ideę syjonistyczną, nie wzięli pod
uwagę, że Palestyna - którą wybrali na miejsce budowy państwa
żydowskiego - jest już zamieszkana.
Doskonale oddaje to sztandarowe hasło syjonistyczne: "Ziemia bez ludu
dla ludu bez ziemi". Hasło to było wielką iluzją. Samooszukiwaniem się.
O ile Żydzi rzeczywiście byli ludem bez ziemi, o tyle Palestyna miała
już swój lud - pół miliona Arabów żyjących między Morzem Śródziemnym a rzeką Jordan.
Istnienie tej społeczności sprawiło, że od samego początku w rdzeń idei
syjonistycznej wpisany był zażarty konflikt o ziemię. Wielka erupcja
przemocy, czystki etniczne i wypędzenia. W historii świata nie zdarzyło
się bowiem jeszcze, aby jakiś naród dobrowolnie odstąpił swoją ojczyznę
innemu.
Gdy dwa plemiona pretendują do tej samej ziemi, nie może być mowy o kompromisie. Triumf syjonizmu oznaczał dziejową katastrofę dla
Palestyńczyków. I odwrotnie - spełnienie niepodległościowych aspiracji
Palestyńczyków byłoby równoznaczne z klęską syjonistów.
Występuje między nami fundamentalny konflikt - mówił Dawid Ben Gurion,
założyciel i pierwszy premier Izraela. - I my, i oni chcemy tego samego.
Chcemy Palestyny.
Dlatego właśnie Ziemia Święta płonie nieprzerwanie od ponad wieku.
Izrael, który miał być bezpiecznym schronieniem, w którym prześladowani
Żydzi mieli zaznać spokoju, jest w stanie permanentnej wojny. A Izraelczycy muszą żyć w poczuciu stałego zagrożenia.
To bez wątpienia największa klęska syjonizmu, ideologii, która w innych
aspektach odniosła spektakularny sukces. Syjonistom udało się stworzyć
naród żydowski i państwo żydowskie. Ale nie udało im się zapewnić
bezpieczeństwa Żydom, o czym dotkliwie przekonali się mieszkańcy
południowego Izraela 7 października 2023 roku.
Konflikt na Bliskim Wschodzie wywołuje wielkie emocje. Wielu ludzi -
również w Polsce - traktuje go niestety jak mecz piłkarski i wchodzi w rolę "kiboli" jednej lub drugiej strony. Zwolennicy Izraela potępiają
zamachy terrorystyczne Hamasu, ale usprawiedliwiają zbrodnie izraelskiej
okupacji. Zwolennicy Palestyny potępiają bombardowania Gazy, ale
usprawiedliwiają ataki na Żydów.
Moje nastawienie jest inne. Współczuję wszystkim niewinnym ofiarom
konfliktu. Stosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej i mordowanie
cywilów uważam za największą hańbę. Życie palestyńskiego dziecka jest
dla mnie warte tyle samo, ile dziecka żydowskiego. Oba są bezcenne.
Potępiam zarówno zamachy terrorystyczne Hamasu, jak i zbrodnie
izraelskiej okupacji.
Najwięcej miejsca w książce poświęcam wydarzeniom roku 1948: wojnie o niepodległość Izraela i Nakbie. To świadomy zabieg. Według mnie były to
bowiem najważniejsze wydarzenia w dziejach konfliktu na Bliskim
Wschodzie. Wszystko, co wydarzyło się później, było tylko konsekwencją
powstania państwa żydowskiego i dokonanej przez nie czystki etnicznej na
rdzennej ludności Palestyny.
Żydzi są bardzo podobni do Polaków. Mają niemal identyczny stosunek do
własnej historii. Wystarczy powiedzieć, że w Izraelu ścierają się ze
sobą dwie narracje. Jedna to oficjalna polityka historyczna Państwa
Izrael, pisana w duchu nacjonalistycznego samouwielbienia. Przedstawia
ona Izraelczyków jako aniołów, a Palestyńczyków jako diabły wcielone.
Według reprezentujących tę szkołę "historyków" w każdej - absolutnie
każdej - sytuacji słuszność była po stronie Żydów. Izraelczycy na
Bliskim Wschodzie reprezentowali i reprezentują dobro. Nigdy nie
wszczynają wojen napastniczych, nigdy nie popełniają zbrodni wojennych.
Zawsze występują w roli ofiar, które muszą się bronić przed arabskimi
barbarzyńcami i terrorystami. Ich sprawa jest szlachetna i słuszna. A Palestyńczycy to współczesne wcielenie nazistów.
Jest to oczywiście propaganda, która nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawdziwa historia nigdy nie jest bowiem czarno-biała.
Zwolennicy izraelskiej polityki historycznej niezwykle agresywnie
reagują jednak, gdy podważa się ich wersję wydarzeń. Tu nie ma miejsca
na argumenty i racjonalną dyskusję. Każda krytyka postępowania Izraela
jest traktowana jako antysemityzm.
Na szczęście jest i druga szkoła myślenia. Mowa o rewizjonistach, tak
zwanych Nowych Historykach. To grupa izraelskich badaczy, która
studiowała na amerykańskich i brytyjskich uniwersytetach. Tam nauczono
ich, jak należy uprawiać prawdziwą historię - w sposób chłodny i obiektywny. Obowiązkiem historyka jest przedstawiać prawdę, jakkolwiek
gorzka by ona była.
Powrót tych badaczy do Izraela w latach osiemdziesiątych XX wieku zbiegł
się z częściowym otwarciem archiwów. Efektem było powstanie znakomitych
książek, które zszokowały izraelską opinię publiczną. Rzuciły bowiem
wyzwanie oficjalnej, jednostronnej wersji historii. Była to prawdziwa
rewolucja.
Niniejsza praca oparta jest w dużej mierze na ustaleniach badawczych
izraelskich rewizjonistów. Chodzi przede wszystkim o Awiego Szlaima,
Ilana Pappégo, Benny'ego Morrisa i Toma Segewa. Ale również o mentora
tego środowiska, Symchę Flapana. To uczciwi badacze i odważni ludzie,
którzy bronili swoich tez mimo oskarżeń o "zdradę" i "zaprzaństwo".
Zdecydowana większość ustaleń tego środowiska nie jest znana polskiemu
czytelnikowi. Warto to zmienić.
Pracując nad tą książką, korzystałem również z literatury palestyńskiej
i anglosaskiej. A moją perspektywę poszerzyły liczne zawodowe podróże na
Bliski Wschód, jakie odbyłem, pracując w dziale zagranicznym
"Rzeczpospolitej" w latach 2000-2013. Zajmowałem się tam właśnie
konfliktem między Izraelem a Palestyńczykami.
W Ziemi Świętej byłem wiele razy, czasami po kilka tygodni. Zjeździłem
Izrael wzdłuż i wszerz. Byłem w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu
Jordanu i Wzgórzach Golan. Z Żydami i Arabami przegadałem tysiące
godzin. Przeprowadziłem wywiady z czołowymi politykami i generałami,
którzy występują na kartach tej książki.
Obserwowałem z bliska operacje antyterrorystyczne, zamieszki i wojny.
Odwiedzałem obozy palestyńskich uchodźców, izraelskie bazy wojskowe i nielegalne żydowskie osiedla na terytoriach okupowanych. Wielokrotnie
przekraczałem słynny izraelski Mur Apartheidu, a w Sderocie eksplodowała
obok mnie wystrzelona przez Hamas rakieta Kasam.
Wszystko to pozwoliło mi poznać geografię konfliktu, mentalność i motywację obu stron. Bez wątpienia bardzo się to przydało podczas
pisania tej książki. Bliski Wschód znam bowiem nie tylko z książek,
gazet, Internetu i filmów, ale również z własnego doświadczenia.
To moja trzecia książka o tej tematyce. Wcześniej napisałem Żydów i Żydów 2. W pracach tych wiele miejsca poświęciłem Izraelowi i konfliktowi z Palestyńczykami. Opisałem wiele niepoprawnych politycznie,
wstydliwych, a często również szokujących epizodów z dziejów państwa
żydowskiego. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do tamtych dwóch
książek.
Na końcu tego krótkiego wstępu muszę się państwu przyznać do pewnej
młodzieńczej naiwności. Gdy ponad dwadzieścia lat temu zaczynałem się
zajmować konfliktem na Bliskim Wschodzie, byłem przekonany, że wkrótce
się on zakończy. Że lada moment Izrael i Palestyńczycy wynegocjują
porozumienie pokojowe, a ja pojadę na jego podpisanie i opiszę wszystko
w gazecie. Na Bliskim Wschodzie wreszcie zapanuje szczęście i pokój.
Oczywiście nic podobnego się nie stało. Minęło dwadzieścia lat i konflikt jest obecnie znacznie bardziej zaogniony, zaciekły i okrutny
niż wówczas. Na pokój nie ma najmniejszych szans. Przeciwnie - będzie
jeszcze gorzej. Historia Bliskiego Wschodu to niestety opowieść bez
happy endu.
Piotr Zychowicz
Warszawa, wrzesień 2024
1
Atak na Izrael
Zaskoczenie było całkowite. Tak potężnego i doskonale zorganizowanego
uderzenia Palestyńczycy nie przeprowadzili w całej swojej historii. A Izraelczycy w całej swojej historii nie ponieśli tak upokarzającej
porażki.
Zmasowany atak rozpoczął się nad ranem 7 października 2023 roku -
jednocześnie z ziemi, powietrza i lądu.
W pierwszej fazie Palestyńczycy wystrzelili 4 tysiące rakiet. Większość
z nich spadła na tereny niezamieszkane lub została strącona przez
izraelski system obrony powietrznej Żelazna Kopuła. Tylko niewielka
część trafiła w budynki i ulice, zabijając pięć osób.
Jednocześnie do akcji wkroczyli bojownicy elitarnych oddziałów Hamasu.
Pod osłoną zmroku udało im się przedostać do płotu odgradzającego Izrael
od Strefy Gazy. Na nic zdały się supernowoczesne systemy: czujniki
ruchu, kamery i pułapki. Bariera została przerwana w 120 miejscach.
Palestyńczycy cięli ją nożycami do metalu, taranowali buldożerami i samochodami. Kamery zostały strącone przez drony. Na teren Izraela
wdarły się komanda bojowników uzbrojone w broń maszynową i granatniki.
Na motocyklach, w furgonetkach i pikapach błyskawicznie przeniknęli
głęboko na terytorium Izraela.
Część hamasowców przyleciała do Izraela na paralotniach, a część
wylądowała na plażach, korzystając z motorówek. W sumie w inwazji wzięło
udział 3,8 tysiąca bojowników. Nie byli to amatorzy w klapkach, z zardzewiałymi kałasznikowami w dłoniach. Byli doskonale wyszkoleni i uzbrojeni, część miała na sobie czarne mundury i kamizelki taktyczne.
Inni byli przebrani w mundury izraelskiej armii. Działali metodycznie,
według drobiazgowego planu.
Izraelskie bazy i posterunki wojskowe położone wzdłuż granicy z Gazą
zostały zaatakowane z marszu. A właściwie z biegu. Wyrwani ze snu
żołnierze byli zszokowani i zdezorientowani błyskawicznym uderzeniem.
Część stawiła opór, ale wielu zginęło lub zostało wziętych do niewoli w piżamach.
Los ten spotkał zarówno zaprawionych w bojach oficerów, jak i młodziutkie żołnierki, nastolatki odbywające obowiązkową służbę
wojskową. Palestyńczycy uszkodzili i zdobyli duże ilości ciężkiego
sprzętu. Za pomocą granatników i dronów wyeliminowali z akcji nawet
kilka legendarnych, "niepokonanych" czołgów Merkawa.
Świat obiegło nagranie, na którym widać płonący czołg, z którego
bojownicy Hamasu wywlekają izraelską załogę. Żołnierze są oszołomieni,
ich mundury są czarne od sadzy. Wokół wraku gromadzą się zwykli
Palestyńczycy i, na znak triumfu, wymachują narodowymi flagami.
Hamas w czasie operacji "Potop Al-Aksy" zabił 379 żołnierzy, policjantów
i funkcjonariuszy izraelskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
Wielu wziął do niewoli. Zniszczył szereg baz i posterunków. Opanował
terytorium większe niż Strefa Gazy. Upokorzył znienawidzonego wroga.
Gdyby na tym zakończyła się cała operacja, można by ją uznać za modelowy
przykład udanego rajdu bojowego. Palestyńczycy perfekcyjnie wykorzystali
element zaskoczenia. Działali szybko i agresywnie. Obnażyli słabość
przeciwnika.
Niestety atak miał drugie oblicze. Zbrodnicze i przerażające. Otóż
tereny południowego Izraela stały się areną wielkiej masakry Żydów.
Pogromu na kolosalną skalę. Palestyńscy bojownicy wdzierali się do
prywatnych domów i mordowali cywilów. Zabijali przypadkowych ludzi
napotkanych na ulicach, ostrzeliwali samochody. Nie oszczędzali nikogo.
Ich ofiarą padały kobiety i dzieci.
Była to prawdziwa orgia krwawego, ślepego terroru. Polowanie na ludzi.
Część schwytanych Izraelczyków była okrutnie dręczona i bita. Dochodziło
do gwałtów na młodych kobietach i innych przestępstw o charakterze
seksualnym. Palestyńczycy dźgali swoje ofiary nożami.
Horror ten rozegrał się w kibucach Be'eri, Kfar Aza i Nir Oz. Terroryści
przeniknęli również na przedmieścia Aszkelonu i Sderotu. W tej ostatniej
miejscowości zajęli komisariat policji, zabijając przy tym dwudziestu
funkcjonariuszy. Ich drogę znaczyły łuny pożarów i gęste kłęby dymu.
Terroryści podpalali bowiem zdobywane budynki.
Do największej masakry doszło na festiwalu muzycznym Nova. Przybyli na
miejsce hamasowcy otworzyli z samochodów i motocykli ogień do tłumu
młodzieży. Przerażeni ludzie zaczęli w panice uciekać. Część usiłowała
ratować się samochodami, ale hamasowcy zablokowali drogi. Pojazdy wraz z pasażerami były dziurawione przez kule.
Inni Izraelczycy pochowali się w krzakach, jeszcze inni w kilku
pobliskich schronach. Ci ostatni nie mieli szczęścia. Palestyńczycy
wrzucali do środka granaty i zasypywali przerażonych, krzyczących ludzi
ogniem z broni maszynowej. Na festiwalu zginęły 364 osoby, w przytłaczającej większości bardzo młode. Na filmach nagranych po odbiciu
terenu przez izraelskie wojsko widać stosy zakrwawionych ciał.
Część uczestników imprezy została uprowadzona do Gazy. Między innymi Noa
Argamani, dziewczyna, którą porwano motocyklem. Jej przerażona twarz
została uchwycona na filmie, który szybko wyciekł do mediów
społecznościowych i wstrząsnął światem.
Kolejną ofiarą była Shani Louk, dwudziestodwuletnia Izraelka z niemieckim obywatelstwem. W czasie ataku została ciężko ranna w głowę.
Jej bezwładne ciało terroryści rzucili na pikapa i zabrali do Gazy,
gdzie demonstracyjnie przewieźli je ulicami.
Na filmie z tego koszmarnego spektaklu mogliśmy oglądać wiwatujące tłumy
Palestyńczyków. Ludzie ci skandowali "Allah Akbar!", a jeden z terrorystów szarpał półnagie ciało dziewczyny za włosy. Jakiś chłopak
podbiegł z boku i na nie napluł. Dziewczyna najprawdopodobniej wówczas
konała... Kolejny wstrząsający obraz totalnego zdziczenia.
Palestyńczycy w sumie wzięli około 250 zakładników i jeńców. Wśród nich
były malutkie dzieci i starsze panie. Jednego z uprowadzonych znałem
osobiście. Mowa o Alexie Dancygu, który miał polskie obywatelstwo. Był
to zasłużony dla stosunków polsko-żydowskich działacz społeczny. Dobry,
przyzwoity człowiek.
Wzięcie zakładników było jednym z głównych celów operacji. Hamas zyskał
ważną kartę przetargową podczas przyszłych rozmów rozejmowych. Mógł
wymienić uprowadzonych Izraelczyków na palestyńskich więźniów siedzących
w izraelskich zakładach karnych. Warto dodać, że połowa schwytanych
miała obywatelstwo innych krajów, między innymi amerykańskie.
Trudno się dziwić, że atak wprawił w osłupienie, zszokował niemal cały
świat. Obie strony od razu uruchomiły swoje aparaty propagandowe.
Hamasowcy twierdzili, że nie atakowali kobiet i dzieci, a operacja miała
wymiar czysto militarny. Oskarżenia Hamasu o zbrodnie wojenne -
zarzekali się terroryści - były "syjonistycznymi fabrykacjami" i "kłamstwami". Zbrodni na ludności cywilnej rzekomo dopuścili się
bojownicy innych organizacji, którzy złapali za broń i spontanicznie
dołączyli do akcji. A także palestyńscy cywile.
Hamas kłamał. W ślad za jego bojownikami na teren Izraela rzeczywiście
wdarło się około 2200 ludzi. W większości ich celem było plądrowanie
izraelskich domów. Ludzie ci dopuszczali się aktów przemocy wobec
cywilów. Ale zachowany materiał dowodowy - choćby nagrania z kamer
przemysłowych - jasno wskazuje, że hamasowcy również mordowali
niewinnych.
Z kolei Izraelczycy rozpuszczali plotki o masowym mordowaniu przez
hamasowców małych dzieci i noworodków. Podobno kilkadziesiąt z nich
zostało spalonych żywcem, a innym Palestyńczycy poobcinali główki.
Twierdzenia te okazały się fałszywe. Podobnie jak opowieść o wycięciu
nożem dziecka z brzucha żydowskiej kobiety.
Straty ludności cywilnej poniesione podczas ataku 7 października były
ogromne. Zginęło 725 obywateli Izraela oraz 71 obcokrajowców. Wielu z nich - jak pracujący w kibucach Nepalczycy - nawet nie było Żydami.
Wśród ofiar znalazło się 36 dzieci, w tym dwoje niemowląt. 3400 osób
zostało rannych. Razem ze stratami wojskowymi bilans ofiar śmiertelnych
po stronie izraelskiej wyniósł około 1200 osób. Była to największa
masakra w dziejach narodu żydowskiego od czasu Holokaustu.
Straty mogły być jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa strażników
z kibuców i zwykłych Izraelczyków, którzy chwycili za broń i spontanicznie bronili swoich osiedli i domów przed terrorystami. Udało
im się odstraszyć część napastników i doczekać do czasu, gdy nadeszli z odsieczą żołnierze regularnych sił zbrojnych. Wielu z tych dzielnych
ludzi poległo na posterunku, broniąc rodaków i członków swoich rodzin.
Hamas ogłosił, że operacja była uzasadnioną odpowiedzią na przestępcze
działania syjonistów:
- okupację Palestyny;
- rozbudowę nielegalnych osiedli żydowskich na terytoriach okupowanych;
- ataki na Palestyńczyków dokonywane przez ekstremistów na Zachodnim
Brzegu Jordanu;
- zacieśniającą się blokadę Strefy Gazy;
- prowokacje izraelskie w jerozolimskim meczecie Al-Aksa.
Musimy dać Izraelowi lekcję - perorował jeden z przywódców Hamasu, Ghazi
Hamad. - Będziemy to robili znowu i znowu. "Potop Al-Aksy" to tylko
pierwsza taka operacja. Będzie druga, trzecia i czwarta... Musimy pozbyć
się tego kraju, bo jego istnienie stanowi militarną i polityczną
katastrofę dla narodów arabskich i muzułmańskich.
Niektórzy sympatycy sprawy palestyńskiej zaakceptowali argumentację
Hamasu. Usprawiedliwiają oni przerażające zbrodnie słusznością sprawy, w imieniu której zostały popełnione. Skoro Izrael okupuje i kolonizuje
Palestynę - przekonują - nie można mieć pretensji do ciemiężonego
narodu, że odpowiada agresją na agresję. Zgodnie z tą logiką krytyka
Hamasu za mordowanie niewinnych jest w gruncie rzeczy rasizmem wobec
Palestyńczyków.
Argumenty takie są nie do obrony. Zło popełniane przez jedną stronę nie
zwalnia drugiej ze stosowania się do międzynarodowych konwencji i uniwersalnych zasad moralnych. Te zaś nie pozostawiają żadnych
wątpliwości. Nie wolno mordować kobiet i dzieci. Uzasadnionym celem
ataków Hamasu byli izraelscy żołnierze, a nie każdy napotkany Żyd.
Terroryzm jest godny najwyższego potępienia. Rozkazodawcy i wykonawcy
podobnych ataków są zbrodniarzami wojennymi, których należy potępić i -
jeśli to możliwe - surowo ukarać. Horror, który rozegrał się w południowym Izraelu 7 października 2023 roku, nigdy nie powinien był się
wydarzyć. Czegoś takiego nie można usprawiedliwić.
Większość ofiar ataku zabili Palestyńczycy. Ale nie wszystkie. Część
Izraelczyków zginęła z rąk... Izraelczyków. Od tak zwanego friendly
fire. Te tragiczne incydenty należy podzielić na dwie kategorie.
Zabójstwa przypadkowe i popełnione z premedytacją.
7 października sytuacja była niezwykle chaotyczna. Wydarzenia rozgrywały
się błyskawicznie. Hamasowcy byli wszędzie. Ludzie biegali na wszystkie
strony po ulicach i drogach. Szalały pożary, zewsząd niosły się odgłosy
strzałów. Trudno było rozpoznać, kto jest terrorystą, a kto cywilem.
Szczególnie z powietrza lub dużej odległości. W tej sytuacji niektórzy
izraelscy żołnierze, policjanci i strażnicy strzelali do własnych
rodaków, myśląc, że strzelają do Palestyńczyków.
Zdarza się to na każdej wojnie i nikt by się im nie dziwił. Niestety
wygląda na to, że niektóre strzały zostały oddane z premedytacją. Mowa o tak zwanej doktrynie Hannibala. Jest to nieformalna zasada izraelskiej
armii, która zaleca użycie wszelkich dostępnych środków w celu
uniemożliwienia porwania izraelskiego żołnierza. Razem ze środkiem
ostatecznym - pozbawieniem go życia.
Założenie jest proste. Uprowadzony Izraelczyk staje się niezwykle groźną
bronią w rękach wroga. Arabowie mogą od niego wydobyć cenne informacje,
ale przede wszystkim mogą upokorzyć Izrael i zmusić go do ustępstw.
Wystarczy wspomnieć, że w 2011 roku za uwolnienie przez Hamas
szeregowego Gilada Szalita Izraelczycy musieli uwolnić tysiąc
palestyńskich więźniów.
Według izraelskiej prasy doktryna Hannibala została zastosowana również
7 października 2023 roku. Mało tego, po raz pierwszy w historii została
rozszerzona na cywilów. Wskazywanych jest co najmniej kilka przykładów.
Najpoważniejszym z nich było strzelanie do samochodów z zakładnikami.
Izraelscy oficerowie mieli wydać rozkaz zniszczenia wszystkich pojazdów
uciekających z Izraela do Strefy Gazy. Zgodnie z instrukcjami żaden z nich nie mógł opuścić terytorium państwa żydowskiego.
W efekcie izraelscy żołnierze atakowali wszystkie samochody, które
dostrzegli. Drogi do Gazy usiane były podziurawionymi, wypalonymi
wrakami pełnymi zwęglonych ciał. W części z tych pojazdów znajdowali się
Palestyńczycy wywożący zrabowane łupy, ale część z nich służyła do
wywiezienia porwanych Izraelczyków.
- Doszło do użycia doktryny Hannibala na masową skalę - przyznał w rozmowie z izraelską gazetą "Haarec" były oficer lotnictwa pułkownik Nof
Erez.
Ostrzał prowadzili między innymi piloci dwudziestu ośmiu śmigłowców
AH-64 Apache. Strzelali rakietami Hellfire, ale przede wszystkim z działek pokładowych M230 kalibru 30 mm. Piloci powiedzieli po akcji, że
wystrzelali całą amunicję. Jednostka ognia działka Apache to 1200
nabojów, łatwo więc policzyć, że w sumie mogli wystrzelić nawet 33 600
pocisków.
Załogi śmigłowców prowadziły ogień do wszystkiego, co się rusza -
ostrzelały około trzystu celów. Dopiero potem, gdy emocje opadły,
zaczęły nieco staranniej dobierać cele. Według części doniesień jeden ze
śmigłowców strzelał również w stronę tłumu uciekającego z festiwalu
Nova. Załoga wzięła bowiem biegnących młodych ludzi za terrorystów.
Do samochodów strzelano także z dział, dronów i czołgów. Kapitan wojsk
pancernych Bar Zonszajn w rozmowie z Kanałem 13 potwierdził, że
zastosował zasadę Hannibala na drodze przy kibucu Kisufim, mniej więcej
dwa kilometry od Strefy Gazy.
W pewnym momencie dostrzegł na drodze dwa pikapy marki Toyota. Na ich
skrzyniach ładunkowych widać było stojących uzbrojonych terrorystów, a pod ich stopami stosy ciał. Izraelski kapitan nie był pewien, czy są to
trupy, czy żywi zakładnicy. Mimo to rozkazał otworzyć ogień do pikapów.
- Zdecydowałem, że to właściwa decyzja, że lepiej powstrzymać
uprowadzenie, niż dopuścić do ich porwania - powiedział kapitan. -
Czuję, że postąpiłem prawidłowo.
Według niego znacznie gorsza byłaby sytuacja, gdyby Izraelczycy zostali
wywiezieni do Gazy i tam poddani torturom przez oprawców z Hamasu.
Kolejna tragedia, która wstrząsnęła izraelską opinią publiczną,
rozegrała się w kibucu Be'eri. Była to miejscowość najbardziej dotknięta
atakiem Hamasu. Zginęło tam ponad stu mieszkańców, a trzydziestu dwóch
zostało uprowadzonych.
Do kibucu wdarło się kilkuset bojowników Hamasu. Chodzili od domu do
domu i zasypywali mieszkańców gradem kul. Wrzucali granaty do budynków
mieszkalnych, a następnie je podpalali. W jednym z domów kula przeszła
przez drzwi i zabiła dziesięciomiesięczne dziecko, które matka trzymała
na rękach. Za terrorystami do Be'eri wlał się tłum mieszkańców Gazy,
który zabrał się do metodycznego łupienia kibucu.
Komando terrorystów uprowadziło piętnastu izraelskich cywilów i zabarykadowało się z nimi w domu należącym do Pesiego Cohena. Gdy na
miejsce przybyło izraelskie wojsko, rozpoczęło się oblężenie. Mimo że
terroryści chcieli negocjować, Izraelczycy kontynuowali ostrzał. Kule
wpadały przez okna i drzwi, dziurawiły ściany.
Żołnierze strzelali w budynek z karabinów maszynowych i granatników, a także z... czołgowej armaty. Czołg oddał cztery strzały. W teorii pociski
miały uderzać przed budynek i w jego rogi, aby "wywrzeć presję na
terrorystów". W praktyce jeden z nich zabił zakładnika Adiego Dagana i zranił jego żonę Hadas Dagan. Mężczyzna skonał na rękach małżonki.
Wynik całej operacji był opłakany. Palestyńscy napastnicy zostali
zastrzeleni, ale w wymianie ognia zginęli również niemal wszyscy
zakładnicy. Ilu spośród nich zabiły kule wystrzelone przez Izraelczyków?
Nie wiadomo.
Izraelska armia nie ma sobie nic do zarzucenia i zapewnia, że wszystko
odbyło się zgodnie z procedurami. Bliscy ofiar mają w tej sprawie inne
zdanie. Według nich użycie wielkokalibrowej amunicji czołgowej było
skrajnie nieodpowiedzialne. Nie rozumieją również, dlaczego żołnierze
strzelali do budynku z karabinów, wiedząc, że pociski mogą trafić
zakładników.
Ilu spośród Izraelczyków zabitych 7 października zginęło z rąk rodaków?
Do tej pory nikt nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Obrońcy praw
człowieka oskarżają władze Izraela o systematyczne niszczenie materiału
dowodowego: burzenie buldożerami budynków, w których doszło do
strzelaniny, zakopywanie wypalonych wraków samochodów.
Stosowanie doktryny Hannibala wywołuje w Izraelu olbrzymie kontrowersje
i emocje. Większa debata toczy się jednak w sprawie innego aspektu ataku
7 października. Jak to w ogóle było możliwe? Jak to się stało, że słaby
Hamas zdołał zaskoczyć potężny Izrael? Przeprowadzić tak skomplikowaną
operację i zamordować tylu Żydów?
Pytania te zadają rządzącym coraz bardziej zirytowani Izraelczycy.
Zirytowani, bo do dziś nie doczekali się satysfakcjonującej odpowiedzi.
Przez całe dekady obywatele Izraela przekonywani byli, że ich tajne
służby są najlepsze na świecie. Mosad, Szin Bet i inne miały być
wszechmocne: słyszeć i widzieć wszystko. Palestyńczycy byli zaś
przedstawiani jako nieudolni, prymitywni partacze. W dodatku głęboko
zinfiltrowani przez izraelskie służby, które podobno miały tysiące
agentów w strukturach wszystkich palestyńskich organizacji.
Trudno więc się dziwić, że katastrofa 7 października tak bardzo
wstrząsnęła Izraelczykami. Izraelskie supersłużby nie wywiązały się ze
swoich elementarnych obowiązków. Nie wykryły spisku, nie zdołały
zapobiec atakowi, a wreszcie - nie potrafiły obronić własnych obywateli.
Był to cios w samo serce syjonizmu. Fundamentem izraelskiej idei
państwowej jest bowiem twierdzenie, że Izrael jest jedynym miejscem na
świecie, w którym Żydzi są bezpieczni przed przemocą gojów.
Przez stulecia, gdy żyli w diasporze, narażeni byli na antysemickie
pogromy i represje. Dopiero stworzenie Izraela zmieniło tę sytuację.
Państwo żydowskie miało się stać azylem dla Żydów z całego świata.
Izraelskie tajne służby i potężne siły zbrojne miały gwarantować, że
hasło "Nigdy więcej!" nie pozostanie pustym sloganem.
Nie trzeba chyba pisać, jak druzgoczący wpływ na ten wizerunek Izraela
miało upokorzenie 7 października 2023 roku. Jaki sygnał został wysłany
do własnych obywateli i wszystkich Żydów świata, którzy rozważali
przeprowadzkę na Bliski Wschód. Wystarczy wspomnieć, że zaraz po ataku
tłumy spanikowanych Izraelczyków zaczęły szturmować międzynarodowe
lotnisko Ben Guriona, próbując opuścić państwo...
Wszystko tymczasem wskazuje na to, że krwawej jatki można było uniknąć.
Izraelczycy popełnili jednak najpoważniejszy błąd, jaki można popełnić
na wojnie - nie docenili przeciwnika i przecenili własne możliwości.
Według "New York Timesa" już rok przed atakiem izraelski wywiad zdobył
jego szczegółowe plany. Izraelscy generałowie uznali jednak cały projekt
za fantastyczny. Hamas - ich zdaniem - nie był bowiem w stanie wykonać
tak skomplikowanej, zakrojonej na szeroką skalę operacji. Dowództwo
Izraelskich Sił Obronnych święcie wierzyło, że najeżony elektroniką płot
na granicy ze Strefą Gazy jest nie do sforsowania.
Mało tego, przed samym zamachem zagraniczne służby wywiadowcze miały
przekazać Tel Awiwowi ostrzeżenia przed grożącym mu niebezpieczeństwem.
O tym, że dzieje się coś niepokojącego, ostrzegały również żołnierki
obserwujące granicę ze Strefą Gazy.
Mowa o tak zwanych tacpitanijot, "oczach armii". To obserwatorki,
których zadaniem jest monitorowanie każdego centymetra granicy. Kobiety
te od miesięcy informowały swoich szefów, że w Gazie zaczęły się dziać
bardzo niepokojące rzeczy.
Hamas codziennie wysyłał drony obserwacyjne nad barierę graniczną.
Ćwiczył zdobywanie czołgów i schronów bojowych. W tym celu zbudował
nawet wierne repliki Merkawy oraz izraelskiej wieży obserwacyjnej.
Gdy kobiety przekazywały niepokojące informacje "górze", były uznawane
za histeryczki. Ich ostrzeżenia bagatelizowano i ignorowano jako babskie
fanaberie. W efekcie 7 października, gdy Hamas przystąpił do szturmu,
Izraelczycy byli całkowicie zaskoczeni i bezradni.
Sprawie wyjątkowo gorzkiego posmaku przydaje to, że w bazie przy kibucu
Nahal Oz palestyńscy bojownicy zabili dwadzieścia tacpitanijot. Inne
dziewczęta dostały się do niewoli. Do mediów wyciekło wstrząsające
nagranie przedstawiające przerażone, wyrwane ze snu nastolatki -
niektóre zakrwawione - w rękach bojowników Hamasu.
- To niezwykle oburzająca sytuacja - powiedziała Maja Desiatnik, jedna z dziewcząt, które przeżyły atak. - Widziałyśmy, co się szykuje.
Powiedziałyśmy im o tym. A na końcu to nas mordowano.
Liczba zdumiewających pomyłek i zaniedbań jest tak wielka, że niektórzy
Izraelczycy uważają, iż nie może być mowy o przypadku. Zgodnie z tą
wersją wydarzeń kierownictwo państwa z premedytacją dopuściło do ataku
(choć zapewne nie przewidziało jego skali). Chodziło o zyskanie
pretekstu do kolejnej pacyfikacji Strefy Gazy. Według większości
ekspertów pogląd ten jest teorią spiskową. Katastrofa była raczej
konsekwencją głupoty i dezynwoltury, a nie świadomego działania.
Nie zmienia to faktu, że Binjamin Netanjahu od początku wojny jest w ogniu krytyki. Na ulice wychodzą dziesiątki tysięcy przeciwników
premiera domagających się jego natychmiastowego odejścia.
W przeciwieństwie do szefów agencji wywiadowczych - którzy posypali
głowy popiołem i podali się do dymisji - premier Netanjahu trzyma się
swojego stanowiska. I zapowiada, że na rozliczenia przyjdzie czas po
wojnie.
Przywódca Likudu oskarżany jest nie tylko o zbrodnicze zaniedbania i lekceważenie zagrożenia, ale również o długoletnie zakulisowe wspieranie
Hamasu. Jak pisze "Politico", premier godził się na przekazywanie
Hamasowi setek milionów dolarów pochodzących z Kataru. Oficjalnie
pieniądze miały być przeznaczone na odbudowę Strefy Gazy, ale
nieformalnie służyły rozbudowie struktur Hamasu. Według krytyków
Netanjahu była to świadoma polityka.
"Każdy, kto chce zapobiec powstaniu państwa palestyńskiego - stwierdził
podobno Netanjahu na konwencji Likudu w 2019 roku - powinien popierać
wzmacnianie Hamasu".
Chodziło o wspieranie islamistów w opozycji do konkurencyjnego,
świeckiego ruchu Fatah, który rządzi na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Netanjahu i inni izraelscy politycy uważali, że używając metody "dziel i rządź", skłócą ze sobą Palestyńczyków. Amerykański historyk Tony Judt
tylko z niewielką dozą przesady napisał, że Izrael "praktycznie wymyślił
Hamas".
Jak się okazało, była to strategia - delikatnie mówiąc - ryzykowna. Jak
napisał "Times of Israel": "Przez lata Netanjahu wspierał Hamas. Teraz
wybuchło nam to w twarz...".
Przez pierwsze godziny ataku izraelska armia zachowywała się biernie.
Palestyńczycy szaleli w południowym Izraelu, zajmując kolejne kibuce i bezkarnie mordując Żydów. Dopiero po pewnym czasie kryzys woli został
przełamany. Wojsko i policja przystąpiły do zdecydowanego kontrataku,
który z każdą godziną przybierał na sile.
Izraelczycy zaczęli przerzucać na południe kolejne oddziały i jednocześnie błyskawicznie powoływać pod broń dziesiątki tysięcy
rezerwistów. Pod naporem izraelskiego natarcia większość hamasowców
uciekła z powrotem do Gazy. Izraelscy komandosi szybko oczyścili
"kieszenie oporu", eliminując komanda bojowników, które opanowały
budynki.
Kolejnym etapem operacji była likwidacja grupek i pojedynczych
terrorystów, którzy nie zdążyli się wycofać i ukryli się na terenie
Izraela. A także schwytanie cywilnych palestyńskich łupieżców. Trwało to
kilka dni i w efekcie w ręce Izraelczyków trafiły setki jeńców.
Okrucieństwa Hamasu wywołały u żołnierzy i policjantów agresję i chęć
odwetu. Schwytani Palestyńczycy byli bici i maltretowani. Rozbierano ich
do naga, zasłaniano im oczy i układano na ziemi ze skrępowanymi rękami.
Musieli tak leżeć godzinami, oddając pod siebie mocz.
Odwojowanie straconego 7 października terytorium okazało się tylko
pierwszym etapem. Premier Netanjahu wydał rozkaz odwetowego uderzenia na
Strefę Gazy i zmiażdżenia Hamasu. Izrael rozpoczął operację "Żelazne
Miecze": na palestyńskie terytorium spadły pierwsze bomby. "Jesteśmy w stanie wojny" - ogłosił Netanjahu w dramatycznym wystąpieniu do narodu.
Skończył się czas ataku. Zaczął się czas zemsty.
2
Odwet Izraela
Izrael został zaatakowany. I miał pełne prawo się bronić. Hamas
rozpoczął wojnę i dokonał straszliwej masakry niewinnej żydowskiej
ludności cywilnej. Islamistyczna organizacja powinna za to zapłacić
najwyższą cenę.
Izrael miał pełne prawo zidentyfikować, wytropić i zabić wszystkich
Palestyńczyków odpowiedzialnych za zbrodnie na cywilach popełnione 7
października 2023 roku. Zarówno organizatorów, jak i szeregowych
sprawców, którzy naciskali na spust i rzucali granaty.
Przepraszam, jeżeli tym stwierdzeniem zszokowałem wrażliwych
czytelników. Stoję jednak na stanowisku, że nie należy cackać się z terrorystami. Dla ludzi mordujących kobiety i dzieci nie może być
żadnych okoliczności łagodzących.
Izrael miał również pełne prawo do eliminacji najwyższego kierownictwa
Hamasu. Mowa o "tłustych kotach", czyli ubranych w drogie garnitury
przywódcach organizacji, którzy żyją w luksusowych willach na terenie
Kataru i innych krajów Bliskiego Wschodu.
Izrael miał wszelkie siły, możliwości i środki, aby przeprowadzić taką
operację. Służby specjalne, które powinny dążyć do zmazania plamy z 7
października. Ogromny arsenał precyzyjnej, ultranowoczesnej broni i wsparcie wywiadu Stanów Zjednoczonych. A także innych krajów, które
okazywały solidarność i współczucie zaatakowanym Izraelczykom.
Gdyby Izrael w taki sposób odpowiedział na zamach Hamasu, nikt na
świecie nie mógłby mieć do niego pretensji. Byłaby to bowiem odpowiedź
surowa, lecz zgodna ze standardami cywilizacji zachodniej. Winni
zostaliby ukarani. Zbrodnia nie pozostałaby bez kary. Sprawiedliwości
stałoby się zadość.
Mało tego, zniszczenie kierownictwa Hamasu sparaliżowałoby tę
organizację na lata. Byłoby więc uzasadnionym aktem samoobrony. W ten
sposób Izrael zapobiegłby kolejnym zamachom terrorystycznym.
Izraelczycy zdecydowali się jednak pójść diametralnie inną drogą.
Zamiast ukarać winnych, postanowili zastosować barbarzyńską zasadę
odpowiedzialności zbiorowej. I w zemście za atak Hamasu zaczęli masowo
mordować zwykłych mieszkańców Strefy Gazy.
W ciągu trwającej blisko rok kampanii nieograniczonych, bezwzględnych
bombardowań i ostrzałów artyleryjskich Izraelczycy obrócili to
terytorium w morze ruin. W pustynię. Choć operacja szumnie nazwana
została "wojną", w rzeczywistości była sadystycznym pastwieniem się nad
bezbronną ludnością.
Kolejne izraelskie samoloty nadlatywały nad Gazę i - przez nikogo nie
niepokojone - spuszczały potężne bomby na dzielnice mieszkaniowe. Dla
załóg misje te niczym się nie różniły od lotów treningowych. Tyle że tym
razem w eksplozjach ginęli prawdziwi ludzie.
Nie ma sensu opisywać wszystkich nalotów i ostrzałów palestyńskiej
enklawy. Wystarczy napisać, że życie jej mieszkańców stało się piekłem.
Nigdzie i o żadnej porze nie są bezpieczni. Izraelskie pociski spadają
na domy mieszkalne, szpitale, a nawet miasteczka namiotowe, w których
koczują uchodźcy ze zniszczonych domów.
Wiele osób zginęło w straszliwych męczarniach. Dusząc się pod gruzami,
wykrwawiając od potwornych ran spowodowanych przez odłamki. Ludzie
płonęli żywcem, ich narządy wewnętrzne pękały od fali uderzeniowej
wywołanej przez pociski. Bomby odrywały im głowy, ręce i nogi.
Rozpruwały brzuchy.
Zachodni lekarze pracujący w Gazie opowiadali o prześladujących ich
krzykach przerażenia i piskach konających małych dzieci. Ponieważ bomby
i pociski zabijały całe rodziny, dzieci umierały często na oczach
rodziców. Albo trzymając w ramionach rodzeństwo.
Po każdym nalocie do punktów medycznych przywożono straszliwie
zmasakrowane maluchy. W normalnych warunkach część z nich można byłoby
uratować. W pozbawionej elektryczności, wody i leków Gazie ponad siły
obciążony personel medyczny był bezradny. Dzieci umierały w kątach
przychodni i szpitali.
Opis ten oparty jest na relacjach świadków, ale również niezliczonych
materiałach filmowych, które widziałem. Masakra w Strefie Gazy - jak
każde współczesne wydarzenie - uwieczniona została bowiem na tysiącach
filmów nagrywanych za pomocą smartfonów. W przeszłości widziałem sporo
takich materiałów, ale filmy z Gazy były bez wątpienia najstraszniejsze.
Mieszkańcy Gazy nie mieli dokąd uciec. Znaleźli się w gigantycznej
śmiertelnej pułapce. Izraelczycy - najpierw za pomocą bomb, a potem
czołgów - nieubłaganie spychali ich na południe. Według części ekspertów
celem tego było wypędzenie wszystkich mieszkańców do Egiptu. "Ostateczne
rozwiązanie" problemu Strefy Gazy przez pozbycie się 2,3 miliona ludzi.
Kair najwyraźniej podzielał tę ocenę sytuacji. Egipcjanie zamknęli i w błyskawicznym tempie ufortyfikowali granicę. Przerzucili na nią
dodatkowe oddziały wojska i sił bezpieczeństwa. Ostatnim, czego
potrzebowali, były masy palestyńskich uchodźców na półwyspie Synaj.
Tymczasem gehenna Gazy trwała. Izraelczycy strzelali do ludzi nawet w "strefach bezpieczeństwa", które sami wcześniej wyznaczyli dla ludności
cywilnej. Za każdym razem tłumaczyli to tym samym: w pobliżu byli jacyś
terroryści. Modelowym przykładem był zamach na Ibrahima Biariego,
groźnego dowódcę Hamasu średniego szczebla.
Biari, jeden z organizatorów ataku na Izrael, był bez wątpienia
uzasadnionym celem. Atak na niego nastąpił 31 października 2023 roku.
Czy zginął? Nie jest to pewne. Izraelczycy twierdzą, że tak. Hamas
zaprzecza.
Pewna jest natomiast śmierć 126 osób. W tym... 69 dzieci. Dlaczego
wydarzyła się ta straszna tragedia? Otóż Izraelczycy postanowili zabić
Biariego, spuszczając na miejsce, w którym podobno się znajdował... pięć
potężnych bomb lotniczych. A było to w samym środku pełnego cywilów
obozu dla uchodźców Dżabalija...
Izraelskie dowództwo uznało, że aby zabić jednego winnego, można
zamordować ponad stu niewinnych. Jest to podejście, które Izraelczycy
stosowali podczas tej "wojny" nagminnie. Życie Palestyńczyków, w najlepszym razie, jest im całkowicie obojętne. Nie ma żadnej wartości.
Sprawa ta ma też tragiczny polski wątek. Otóż w jednym z izraelskich
ataków zginął młody Polak Damian Soból, pracownik organizacji pomocowej
World Central Kitchen. Konwój humanitarny, w którym jechał, był
doskonale oznaczony. Mimo to 1 kwietnia 2024 roku został ostrzelany
przez Izraelczyków z powodu bliżej niesprecyzowanego podejrzenia, że w jednym z pojazdów... może się znajdować "terrorysta". Przebieg zdarzeń
wskazuje, że była to wyjątkowo okrutna egzekucja dokonana z zimną krwią.
Śmierć Sobola wywołała oburzenie w Polsce. Ambasador Izraela Ja'akow
Liwne, zamiast przeprosić, przystąpił jednak do ataku. Na swoim profilu
na Twitterze/X zasugerował, że pretensje o zamordowanie Polaka mogą mieć
tylko ludzie uprzedzeni do Żydów.
"Antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie
demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do
istnienia" - napisał, wywołując tym gigantyczną falę niechęci do Izraela
w Polsce. W kraju, którego obywatele niegdyś znani byli z przychylności
do państwa żydowskiego.
Bilans kampanii powietrznego terroru jest przerażający i nie ma
odpowiednika w historii XXI wieku.
Ponad 80 procent budynków w Strefie Gazy zostało zmiecionych z powierzchni ziemi. Niemal wszyscy mieszkańcy enklawy stracili dach nad
głową. Izraelczycy zniszczyli prawie wszystkie szpitale, szkoły, meczety
i budynki należące do ONZ oraz organizacji humanitarnych. Sieci
wodociągowe i infrastrukturę energetyczną. Wszystko, co pozwala ludziom
żyć. Izraelczycy nie odpuścili nawet umarłym. Bomby zniszczyły bowiem
cmentarze.
Oczywiście najbardziej zatrważające są straty ludności. Zabitych zostało
ponad 40 tysięcy Palestyńczyków, z czego 70 procent to kobiety i dzieci.
92 tysiące osób odniosło rany, wiele bardzo ciężkie. Ludzie ci pozostaną
kalekami. Pozbawieni rąk i nóg, niewidomi, poparzeni, sparaliżowani. Ich
życie stało się koszmarem.
Jest to największa kampania eksterminacyjna naszych czasów. Wystarczy
porównać tragedię Strefy Gazy z wojną rosyjsko-ukraińską. Według danych
ONZ do lipca 2024 roku (a więc przez dwa i pół roku) konflikt ten
pochłonął 11,5 tysiąca ofiar cywilnych. Izraelczycy w ciągu jedenastu
miesięcy zabili więc blisko cztery razy więcej ludzi. I to na
niewielkim, liczącym 360 kilometrów kwadratowych skrawku terytorium.
Polskiemu czytelnikowi może się to wydawać szokujące, ale liczby mówią
same za siebie: Binjamin Netanjahu prowadzi wojnę w sposób znacznie
bardziej okrutny niż Władimir Putin. Najbardziej humanitarna armia
świata - jak przedstawiają się Izraelskie Siły Obronne - w rzeczywistości jest najbardziej niehumanitarną armią świata.
Należy przy tym podkreślić, że koszmarny bilans "wojny" w Strefie Gazy
pozostaje otwarty. Gdy oddawaliśmy tę książkę do druku - we wrześniu
2024 roku - konflikt bowiem wciąż trwał.
Część ekspertów wskazuje zaś na to, że oficjalne dane mogą być zaniżone.
Po pierwsze, nikt nie wie, ile ciał wciąż leży pod gruzami. W warunkach
wojennych ich wydobycie jest niemożliwe. Po drugie, bardzo wielu
Palestyńczyków umarło z powodu wywołanego przez Izrael kryzysu
humanitarnego.
W lipcu 2024 roku na łamach prestiżowego magazynu "Lancet" pisała o tym
trójka naukowców. Według nich w oficjalnych statystykach ofiar
śmiertelnych ujmowani są jedynie ludzie bezpośrednio zabici przez
Izraelczyków - ci, którzy zginęli od bomb i pocisków.
Tymczasem tysiące Palestyńczyków umarły na skutek nałożonej na Gazę w czasie wojny blokady. Odcięcia od wody i elektryczności, braku jedzenia,
lekarstw i opieki medycznej. Śmiertelne żniwo zebrały wycieńczenie, głód
oraz szalejące w Gazie epidemie. Wspomniani naukowcy rzeczywistą liczbę
ofiar śmiertelnych szacowali na... 186 tysięcy ludzi.
Izrael nie ma sobie nic do zarzucenia i powtarza, że całą winę za rozlew
krwi ponosi Hamas. Bo przecież "To oni zaczęli!", a poza tym "Hamas
używa cywilów jako żywych tarcz".
To dwa sztandarowe hasła, którymi Izrael stara się zamknąć usta
wszystkim krytykom. Niektórzy sympatycy sprawy izraelskiej bezkrytycznie
przyjęli tę argumentację. W efekcie usprawiedliwiają przerażające
zbrodnie słusznością sprawy, w imię której zostały popełnione.
Skoro Palestyńczycy dokonali potwornego ataku terrorystycznego, nie
można mieć pretensji do zaatakowanego państwa, że odpowiedziało agresją
na agresję. Nawet jeżeli jest ona tak nieproporcjonalna. Zgodnie z tą
logiką wszelka krytyka Izraela za mordowanie niewinnych jest w gruncie
rzeczy aktem antysemityzmu i wspieraniem Hamasu.
Argumenty takie są nie do obrony. Zło czynione przez jedną stronę nie
zwalnia drugiej z przestrzegania międzynarodowych konwencji i uniwersalnych zasad moralnych. Te zaś nie pozostawiają żadnych
wątpliwości: nie wolno mordować kobiet i dzieci. Uzasadnionym celem
ataków Izraela są terroryści, a nie każdy Palestyńczyk.
Zbrodnie wojenne na niewinnych cywilach godne są najwyższego potępienia.
Rozkazodawcy i wykonawcy podobnych ataków są zbrodniarzami wojennymi,
których należy - jeżeli to możliwe - surowo ukarać. Horror, który
rozgrywa się w Gazie od jedenastu miesięcy, nigdy nie powinien był się
wydarzyć. Czegoś takiego nie da się usprawiedliwić.
No i gdzieś w tym wszystkim umyka sprawa najważniejsza: to Izrael
okupuje Palestynę, a nie Palestyna Izrael...
Do opinii tych przychylają się ludzie na całym świecie. Oczywiście z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, które są wierne swojej polityce
bezwarunkowego wspierania Izraela niezależnie od ogromu zbrodni, które
to państwo popełnia. Podczas tego konfliktu zjawisko to przybrało wymiar
tragifarsy.
Stany Zjednoczone posłusznie wysyłały Izraelczykom bomby, którymi
metodycznie zabijali oni cywilów. A jednocześnie amerykańscy politycy
mówili z troską o cierpieniach niewinnych Palestyńczyków i udzielali
Izraelowi łagodnych, wręcz ojcowskich upomnień. Prosili, aby się
opamiętał.
Izrael oczywiście śmiał się Amerykanom w oczy i robił swoje. Skończyło
się na gigantycznym upokorzeniu prezydenta Joe Bidena, któremu Netanjahu
odmówił możliwości dostarczenia pomocy humanitarnej do Strefy Gazy drogą
lądową. W efekcie Amerykanie próbowali ją dostarczać z powietrza i z wody. Zbudowane przez nich pływające nabrzeże zostało jednak zerwane
przez fale... Mimo takiego postępowania Izraelczyków ani gigantyczna
amerykańska pomoc militarna, ani jeszcze większa pomoc finansowa nie
zostały wstrzymane.
Zupełnie inne stanowisko zajął Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ. Jego
prokurator - Brytyjczyk Karim Khan - zapowiedział wydanie nakazów
aresztowania zarówno przywódców Hamasu, jak i Izraela pod zarzutem
dokonania zbrodni wojennych. W wypadku Izraela chodziło o Binjamina
Netanjahu i ministra obrony Jo'awa Galanta.
Sprawozdawczyni ONZ do spraw okupowanych terytoriów palestyńskich,
włoska prawniczka Francesca Albanese, stwierdziła zaś, że Izrael
dopuszcza się w Strefie Gazy ludobójstwa.
Przytłaczający charakter i skala izraelskiego ataku na Gazę oraz
powstałe w jego rezultacie warunki życia ujawniają zamiar fizycznego
zniszczenia Palestyńczyków jako grupy - czytamy w raporcie pani
Albanese. - Są uzasadnione podstawy, aby stwierdzić, że próg wskazujący
na popełnienie ludobójstwa przez Izrael został przekroczony.
Sprawiło to, że Izrael szybko stracił sympatię zwykłych mieszkańców
Zachodu. 7 października 2023 roku niemal cały świat współczuł
Izraelczykom. Barwy izraelskiej flagi rozświetliły wieżę Eiffla i Bramę
Brandenburską. Na ulicach dochodziło do demonstracji solidarności z zaatakowanym państwem żydowskim.
Izrael błyskawicznie roztrwonił ten kapitał. Nastroje zaczęły się szybko
odwracać, gdy na oczach zszokowanego świata izraelskie siły zbrojne
zaczęły masakrować cywilów w Strefie Gazy. Ludzie znowu wyszli na ulice,
ale tym razem, żeby potępiać zbrodnie Izraela i solidaryzować się z Palestyńczykami. Ogrom cierpień i zniszczeń, jakie Izrael wywołał w Gazie, całkowicie przyćmił horror z 7 października.
Izrael od samego początku deklarował, że militarna operacja w Strefie
Gazy ma trzy główne cele:
1. zniszczenie Hamasu;
2. zniszczenie infrastruktury umożliwiającej ostrzał rakietowy Izraela;
3. odbicie 250 zakładników.
Jeżeli rzeczywiście takie były cele, to trudno nie odnieść wrażenia, że
Izrael tę "wojnę" z kretesem przegrał. Nie udało mu się bowiem osiągnąć
żadnego z nich.
Hamas nie tylko nie został zniszczony, ale jego pozycja znacznie się
wzmocniła. Przede wszystkim wzrosła jego popularność wśród zwykłych
Palestyńczyków. Hamasowcy udowodnili bowiem, że są jedyną siłą
polityczną, która stawia czynny opór okupantowi. Potrafi przeprowadzić
wielką operację, w której ginie wielu znienawidzonych Izraelczyków.
Oczywiście pod bombami i w walkach z żołnierzami Izraelskich Sił
Obronnych zginęło wielu bojowników Hamasu. Ale co z tego? Na miejsce
każdego z nich czeka już po kilkudziesięciu kandydatów. Dzieci
zamordowane przez Izrael w Strefie Gazy miały przecież ojców lub braci.
Kobiety miały mężów i narzeczonych.
Dziesiątki tysięcy Palestyńczyków, którzy stracili bliskich w Gazie lub
byli świadkami izraelskich nalotów, dyszą żądzą odwetu. Są gotowe
wstąpić do Hamasu. Wysadzić się w powietrze w Tel Awiwie albo rzucić z nożem na pierwszego napotkanego Żyda. Działania Izraela są więc przede
wszystkim kontrproduktywne.
Izrael, stosując takie mordercze metody, wychowuje sobie legiony
zaciętych wrogów. Przyszłych terrorystów. Wzbudza tsunami nienawiści.
Każdy, kto potrafi trzeźwo patrzeć na bliskowschodnią rzeczywistość,
wie, że izraelskie bombardowania przyniosą skutki odwrotne do
zamierzonych. Zamiast odstraszyć Palestyńczyków od kolejnych ataków -
zachęcą ich do tego.
Kierownictwo Hamasu, które pławi się w luksusach w bezpiecznej
odległości od Strefy Gazy, doskonale zdaje sobie z tego sprawę i radośnie zaciera ręce. Los zwykłych Palestyńczyków nic tych ludzi nie
obchodzi. Przeciwnie, cieszą się z przelanej krwi rodaków, bo wiedzą, że
im bardziej Palestyńczycy będą nienawidzić Izraela, tym bardziej będą
popierać Hamas.
Przywódcy tej organizacji otwarcie przyznali, że planując atak na
Izrael, przewidywali, iż furia odwetu syjonistów skupi się na niewinnej
ludności cywilnej.
Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jakie będą konsekwencje naszej
operacji - mówił Chalid Maszal, jeden z liderów islamistycznej
organizacji. - Rosjanie poświęcili 30 milionów obywateli, żeby się
wyzwolić spod agresji Hitlera. Wyzwolenie nie jest możliwe bez
poświęceń.
Ten cytat mrozi krew w żyłach. Taka jednak jest mentalność tych ludzi.
Zawsze chętnych do złożenia ofiary z życia... rodaków. Ale już nie
własnego.
Sprawa ma jeszcze wymiar finansowy. Po ataku z 7 października na
zagraniczne konta Hamasu zaczęły napływać gigantyczne ilości
petrodolarów od darczyńców z Zatoki Perskiej. Hamas udowodnił bowiem, że
nie marnuje przekazywanych mu pieniędzy, i zyskał olbrzymią sympatię w świecie arabskim.
Gdyby Izraelczycy rzeczywiście chcieli zniszczyć tę organizację, powinni
starać się wyeliminować jej źródła finansowania i dopaść jej przywódców.
To wykonalne, co udowodnił sam Izrael. 31 lipca 2024 roku w Teheranie
doszło do eksplozji, w której zginął szef biura politycznego Hamasu,
były palestyński premier Isma'il Hanijja.
Bez wątpienia było to uderzenie celne i dotkliwe. Izrael miał do niego
pełne prawo. 7 października 2023 roku telewizje całego świata pokazały
nagranie z hotelu w Turcji, w którym przebywał Hanijja. Widać na nim,
jak ze współpracownikami ogląda na ekranie atak na Izrael. Wiwatuje, a następnie odprawia dziękczynne modły do Allaha.
Niestety eliminacja Hanijji była wyjątkiem od reguły. Odwet Izraela
skupił się na niewinnych cywilach, a nie na najważniejszych hamasowcach.
Mało tego, Izrael niedawno udowodnił, że nie tylko - gdy chce - potrafi
wyeliminować przywódców organizacji terrorystycznych. Udowodnił również,
że potrafi wyeliminować wielu jej szeregowych członków. I to bez zabicia
przy okazji kilkudziesięciu tysięcy cywilów.
Mowa oczywiście o "pagerowym ataku" z 17 września 2024 roku. Mosad
umieścił małe ładunki wybuchowe w 5 tysiącach pagerów używanych przez
libański Hezbollah. Ładunki te eksplodowały jednocześnie, ciężko raniąc
kilka tysięcy hezbollahowców. Ofiar wśród osób postronnych było
niewiele. Jednocześnie w serii precyzyjnych uderzeń z powietrza
Izraelczycy zabili niemal całe kierownictwo organizacji z Hasanem
Nasrallahem na czele. Dlaczego Izrael nie mógł podobnej operacji
zorganizować przeciwko Hamasowi?
Wróćmy jednak do celów wojny w Gazie. Według doniesień wywiadowczych
infrastruktura rakietowa Hamasu również nie została zniszczona.
Izraelczykom udało się ją naruszyć, ale organizacja zachowała zdolność
do uderzeń powietrznych na Izrael, o czym regularnie przypominają
mieszkańcom południowej części kraju syreny alarmowe.
Fiaskiem zakończyły się również próby siłowego odbicia zakładników.
Spośród 251 uprowadzonych izraelskim komandosom udało się odbić... ośmiu.
Ośmiu - dodajmy - w ciągu jedenastu miesięcy. W tym samym czasie Hamas
dobrowolnie wypuścił 109 w ramach układu o wymianie więźniów. Negocjacje
okazały się więc znacznie skuteczniejsze niż rozwiązania siłowe.
Izraelscy żołnierze zabili trzech zakładników, wziąwszy ich za
Palestyńczyków. Okoliczności ich śmierci doskonale oddają realia
izraelskich działań w Strefie Gazy. Otóż zakładnicy byli nieuzbrojeni,
rozebrali się do pasa - aby pokazać, że nie mają broni - i machali białą
flagą. Krzyczeli przy tym po hebrajsku. Mimo to zostali zastrzeleni z zimną krwią.
Wielu innych zakładników zginęło w wyniku eksplozji izraelskich bomb i pocisków artyleryjskich. Nie jest tajemnicą, że Hamas przetrzymywał ich
w osławionych tunelach - nazywanych z przekąsem metrem Strefy Gazy. Do
tuneli tych Izraelczycy wpompowywali wodę morską i wysadzali je w powietrze. Nie przejmując się tym, że w środku mogą być ich rodacy.
Rodziny uprowadzonych są wściekłe na Binjamina Netanjahu i generałów.
Nie rozumieją, dlaczego Izrael odrzuca możliwość zawieszenia broni,
którego skutkiem byłoby uwolnienie pozostałych przy życiu uprowadzonych.
Premier jak mantrę powtarza w odpowiedzi, że celem operacji w Strefie
Gazy jest wywarcie potężnej presji na Hamas, żeby sam wypuścił
zakładników. Jak widać, mimo jedenastu miesięcy "wywierania presji"
strategia ta nie przynosi większego skutku.
W Izraelu dochodzi do gwałtownych protestów ulicznych, których
uczestnicy domagają się natychmiastowego zawarcia porozumienia w sprawie
więzionych rodaków. Wielu obywateli uważa, że rząd wcale nie chce
uwolnienia tych ludzi. Woli, aby stali się "męczennikami". Wtedy bowiem
będzie mógł ich "pomścić" i zabić więcej Palestyńczyków.
Netanjahu nie ma interesu w uwolnieniu zakładników - powiedział znany
izraelski dziennikarz Gil Tamari podczas dyskusji na żywo w studiu
Kanału 13. - Chce, żeby oni wszyscy zginęli.
Podobne stanowisko zajęła rodzina wspomnianego już Alexa Dancyga,
zakładnika z polskim obywatelstwem. Alex niestety zginął w Gazie.
Netanjahu udaremnia i sabotuje wszelkie szanse na zawarcie porozumienia,
bo zdecydował się ratować swój zgniły rząd, zamiast ratować życie
obywateli Izraela, za uprowadzenie których sam jest odpowiedzialny -
ogłosili jego synowie. - Nadejdzie czas rozliczenia tych, którzy są
odpowiedzialni za to, co się stało.
Synowie Alexa nawiązali do poglądu, który podziela wielu Izraelczyków:
Netanjahu przedłuża wojnę, aby ratować własną skórę. Po wojnie zaczną
się bowiem rozliczenia za zaniechania z 7 października 2023 roku oraz
liczne zarzuty korupcyjne, które ciążą na premierze.
Jest jeszcze czwarty cel operacji, o którym Izrael nie mówi głośno.
Chodzi o słynną izraelską doktrynę odstraszania. Polega ona na tym, że
cały świat arabski musi się Izraela bać. Bać jego potężnej armii.
Czołgów, rakiet, myśliwców i bomb atomowych. Strach ten ma oczywiście
paraliżować Arabów przed atakowaniem Izraela.
Owa "siła odstraszania" 7 października 2023 roku - delikatnie pisząc -
doznała poważnego uszczerbku. Izrael okazał słabość, a na to nie może
sobie pozwolić. Równanie z ziemią Strefy Gazy, rzeź jej mieszkańców są
więc pokazem siły. Przesłaniem dla całego regionu: Zobaczcie, co z wami
zrobimy, jeśli z nami zadrzecie. Szerzej o tej doktrynie będę pisał w kolejnych rozdziałach.
Obserwując "wojnę", którą Izrael toczy ze Strefą Gazy, trudno nie
zwrócić uwagi na pewne uderzające zjawisko. Otóż nie jest to beznamiętna
kampania wojskowa. Działaniom w Strefie Gazy towarzyszy nienawistna
rasistowska retoryka. A wiele działań podejmowanych przez Izrael trudno
wytłumaczyć inaczej niż chęcią pastwienia się i upokarzania
znienawidzonego sąsiedniego narodu.
Izrael nie tylko odciął mieszkańców Strefy Gazy od prądu i wody. Nie
dopuszczał również napływających z całego świata dostaw pomocy
humanitarnej dla konających z głodu ludzi. A te konwoje, które dostały
zielone światło, były atakowane i niszczone przez żydowskich
ekstremistów. Często przy biernej postawie policji.
W lipcu 2024 roku premier Binjamin Netanjahu zablokował ewakuację 150
ciężko chorych i rannych palestyńskich dzieci ze Strefy Gazy do
Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Decyzja ta została podjęta w odwecie
za... atak rakietowy libańskiego Hezbollahu. Nie trzeba pisać, że każdy
dzień opóźnienia ewakuacji narażał te dzieci na pogorszenie się ich
stanu i - w konsekwencji - śmierć.
Sadystyczne zachowania wykazywali również zwykli izraelscy żołnierze,
którzy walczyli w Strefie Gazy. Po zmasowanych bombardowaniach 27
października 2023 roku nastąpiła inwazja lądowa. Do akcji wkroczyły
izraelskie czołgi i piechota.
Izraelczycy - zaczynając od północy - podzielili Strefę Gazy na sektory,
które okrążali i systematycznie równali z ziemią. Budynki wysadzali w powietrze lub niszczyli buldożerami. Strzelali bez ostrzeżenia do
samochodów i napotkanych na ulicach ludzi.
W niektórych miejscach Hamas stawił twardy opór. Czołgi znalazły się pod
ostrzałem z granatników, a żołnierze - na celowniku snajperów. Na
ulicach Gazy poległo 342 Izraelczyków. Jakie są straty wśród hamasowców
- nie wiadomo.
Strata kolegów jeszcze bardziej zradykalizowała izraelskich żołnierzy.
Do sieci dostały się setki filmików przedstawiających umundurowanych
młodych ludzi demolujących i plądrujących mieszkania. Bezczeszczących
meczety. Ubierających się w wygrzebane z szaf sukienki i biustonosze.
Praktykom tym towarzyszą wulgarne żarty i kpiny z Palestyńczyków.
Wyrażanie satysfakcji i radości z powodu cierpienia niewinnych.
Wszystkich schwytanych palestyńskich mężczyzn Izraelczycy rozbierali do
naga. Krępowali im ręce i zasłaniali oczy. Każdy z nich miał być bowiem
rzekomo "terrorystą". Ludzie ci byli wywożeni do Izraela, gdzie
umieszczano ich w aresztach i więzieniach.
Izraelska organizacja praw człowieka opublikowała raport na temat tego,
co dzieje się w tych miejscach. Tytuł mówi wszystko - Welcome to Hell.
Jego zawartość jeży włosy na głowie. Palestyńczycy - którzy często nie
popełnili żadnego przestępstwa - są torturowani w sposób nieludzki.
Całymi dniami leżą przykuci do łóżek, z zasłoniętymi oczami. Potrzeby
naturalne muszą załatwiać w pieluchy lub pod siebie. Izraelczycy ich
głodzą, odmawiają im wody i leków. Więźniów pozbawia się snu lub
odwrotnie - trzyma non stop w całkowitych ciemnościach.
Wśród stosowanych tortur znalazły się takie jak przebijanie kolan
budowlanym pistoletem do wbijania gwoździ. Zaciskanie kajdanek tak
mocno, żeby wdała się martwica i trzeba było amputować dłonie (bez
znieczulenia). Miażdżenie jąder. Elektrowstrząsy. Wkładanie w odbyt
pałek policyjnych. Szczucie psami. Katowanie metalowymi prętami. Kopanie
wojskowymi buciorami.
Wszyscy wokół mnie wrzeszczeli - relacjonował pięćdziesięciotrzyletni
Aszraf al-Mutaseb, ojciec piątki dzieci. - Niektórzy więźniowie płakali.
Większość krwawiła. To był koszmar, którego nie da się opisać słowami.
Wielu więźniów zostało zakatowanych na śmierć, inni w wyniku doznanych
obrażeń poruszają się już tylko na wózkach inwalidzkich. Skatowani
często nie otrzymywali wymaganej pomocy medycznej. A torturom
towarzyszyły upokorzenia, gdy rozebrani do naga Palestyńczycy byli
wyszydzani przez izraelskie żołnierki.
Jednym z miejsc cieszących się wyjątkowo ponurą sławą jest obóz
internowania Sede Teman na pustyni Negew. Palestyńczyków pilnują tam
żołnierze specjalnej "Jednostki 100". W Izraelu wybuchł gigantyczny
skandal, gdy wyciekł film, na którym dokonują oni zbiorowego gwałtu na
jednym z więźniów.
Mężczyzna ten doznał koszmarnych obrażeń wewnętrznych, nie mógł chodzić.
Prokuratura znalazła się pod ogromną presją opinii publicznej i wszczęła
postępowanie przeciwko żołnierzom. Trzech z nich zostało czasowo
aresztowanych. Oburzyło to izraelskich nacjonalistów, którzy obwołali
gwałcicieli bohaterami narodowymi.
Dewianci otrzymali wsparcie od rządu. Minister finansów Becalel Smotricz
przyznał, że doszło do "zbrodni". Ale zbrodnią tą nie był według niego
gwałt, lecz... przekazanie filmu mediom. Minister bezpieczeństwa
narodowego Itamar Ben Gewir ogłosił z kolei, że każda tortura, nawet
gwałt, jest usprawiedliwiona, jeśli służy bezpieczeństwu Państwa Izrael.
Według niego aresztowanie żołnierzy było "zawstydzające".
Nie przypadkiem wymieniłem akurat tych dwóch polityków. Smotricz i Ben
Gewir stali się bowiem żywymi symbolami obecnego izraelskiego rządu.
Jest to gabinet oparty na koalicji najbardziej radykalnych izraelskich
ugrupowań szowinistycznych. Według części ekspertów wspomniani politycy
reprezentują ruch "żydowskiego faszyzmu".
Ich pomysł na rozwiązanie "problemu" Strefy Gazy jest prosty: oni muszą
odejść, a my musimy przyjść w ich miejsce.
Musimy wrócić do Gazy - przekonywał Ben Gewir. - Powrócić do domu! Do
naszej Ziemi Świętej. Drugą fazą musi być zachęcenie do emigracji.
Zachęcenie mieszkańców Gazy, aby dobrowolnie wyjechali. To jest etyczne.
To jest racjonalne. To jest właściwe. Taka jest prawda. Tak nam wskazuje
Tora. Tak, to jest humanitarne.
Podobnego zdania jest Smotricz. Według niego Izrael powinien zmusić
Palestyńczyków do opuszczenia Strefy Gazy. Terytorium to powinno zostać
zaorane, a następnie zasiedlone przez żydowskich osadników. "Jeżeli
zostanie 100 lub 200 tysięcy Arabów w Gazie zamiast 2 milionów, cała
dyskusja o tym, co zrobić po wojnie, będzie zupełnie inna" - powiedział.
Według niego żydowscy osadnicy przybędą do Strefy Gazy i niczym pierwsi
syjoniści spowodują, że "pustynia zakwitnie".
Choć Smotricz i Ben Gewir często przedstawiani są jako pieniacze
niemający większego wpływu na politykę Binjamina Netanjahu, trudno nie
zauważyć, że ich złowroga wizja czystki etnicznej jest konsekwentnie
realizowana. Izrael, niszcząc niemal wszystkie budynki użyteczności
publicznej i niemal wszystkie budynki mieszkalne, spowodował, że Strefa
Gazy stała się miejscem nie do zamieszkania.
Pozbawieni wody, elektryczności, mieszkań i szpitali Palestyńczycy będą
musieli wegetować na morzu ruin, w strefie śmierci. Dzieło odbudowy
pochłonęłoby gigantyczne środki i zajęło ogrom czasu. Nie można więc
wykluczyć, że "wojna" rzeczywiście zakończy się likwidacją istniejącej
od 1948 roku palestyńskiej enklawy. Geopolityczne oblicze Bliskiego
Wschodu zostanie przebudowane.
Jak to możliwe, że na oczach świata rozgrywa się tak wielka tragedia?
Aby zrozumieć teraźniejszość, należy cofnąć się do drugiej połowy XIX
wieku, gdy pierwsi syjonistyczni osadnicy przybyli do Ziemi Obiecanej.
Wtedy wszystko się zaczęło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki