18 marca 2010 r., Cuernavaca, Meksyk
Spojrzałem w tej chwili na zegarek: nie do wiary! Dziś w południe,
dokładnie o godzinie 12:05, gdy słońce stanęło w zenicie i upał stał się
nie do zniesienia, wulkan El Popo1
zaryczał i potrząsnął grzywą głazów, otaczających jego krater (któryś z nich, jak doniosło radio Mexicana, rozgniótł namiot jednej z sześciu
rozsianych na jego zboczach ekip sejsmograficznych wraz z zawartością, w postaci dwóch geologów i psa), a następnie, wydmuchawszy z nozdrza
czarno-czerwony czop lawy, posłał w niebo pióropusz siarki i skał, które
pofrunęły wzwyż, jak stado sępów spłoszonych dźwigającą się z głębi
ziemi i nieznaną im dotychczas potęgą.
Dokładnie w tej chwili, nie licząc pięciu minut, minęła trzydziesta
rocznica od pogrzebu Tamary - to znaczy od tamtej chwili, gdy stojąc w porywach wichru wysoko nad kraterem, w drzwiach trzęsącego się jak stara
lokomotywa helikoptera, który nie wiadomo jakim cudem wzniósł się na
wysokość pięciu tysięcy metrów nad poziom morza, wytrząsałem z urny jej
prochy prosto w gardziel tego samego, a wtedy rozpościerającego się u moich stóp wulkanu.
Teraz znów stoję naprzeciw niego, ale patrzę z oddali. Wsparty o niski
murek, okalający dach klasztoru Franciszkanów w Atlixco, patrzę na
odgrywający się przede mną popis aktora o imieniu Popocatépetl, przez
lud meksykański pieszczotliwie zwanego El Popo. Jego czarna, zwieńczona
lodem korona, osnuta smugami dymu i płomieniami, wyrasta przede mną jak
demon z filmu Murnaua, wznosząc się z piekielnej otchłani, aby za chwilę
zmierzyć się z pędzącymi z naprzeciwka hufcami anielskimi, na których
czele, w zbroi ze złotych łusek i dmąc w Trąby Sądu, rozpruwa niebo
krwawą raną sam generał wojska niebieskiego, Archanioł Michał. Na tle
tego ogromu - który Tamara wypełniłaby pociągnięciami szerokiego pędzla,
plamami szarości i granatu, smugami czerwieni i sadzy - moja maleńka
sylwetka w dole, przycupnięta tu, na skale, na której stoi klasztor,
wyglądać musi jak Ikar z jej ulubionego obrazu Upadek Ikara Brueghla:
jakiś spadający z nieba człowieczek, nieważny wobec potęg i zepchnięty w kąt obrazu, który w całości wypełnia sielski widok portu i wiosennej
orki... Ach, to poczucie humoru Flamandów, jak ona je kochała!
Lecz tu jest Meksyk. Tu sielskiej orki nie ma. Wściekłość nieba ściera
się z drżeniem ziemi. Pobrzękują szklaneczki na tacy niesionej przez
młodego zakonnika o południowoazjatyckich rysach, pył wulkaniczny,
podobny do gipsu i zmielonej cegły, pokrył już cały taras i tacę, którą
ochrania lniana serwetka. Coraz trudniej jest oddychać i z wdzięcznością
przyjmuję drugą taką chustkę, którą zasłaniam sobie usta. Czy może chcę
zejść na dół, do refektarza? Nie, skądże znowu! A może przynieść mi
parasol? Nigdy w życiu! Już widzę nagłówki w "Sol de Cuernavaca": Duma
naszego miasta, nasz Maestro ginie w wybuchu El Popo, daremnie
osłaniając się parasolką! Tamara umarłaby ze śmiechu.
Choć mi wcale nie do śmiechu. Wulkan, w ataku furii, grzmi i coraz wyżej
wznosi się przede mną. On, we własnej osobie, brat Tamary, jaki teraz
podobny do niej, gdy wlepiwszy zimne oczy w rozmówcę, tak samo powoli,
we wzrastającym gniewie podnosiła się z fotela, kiedy ktoś nie tyle, że
powiedział jej "coś głupiego" ("bo to, mon cher, może każdemu się
zdarzyć"), ale "prostacko przy tym obstawał!"...
Myśl, że któraś z drobin zgrzytających mi między zębami mogłaby być
wyplutą przez wulkan cząstką Tamary, przejmuje mnie dreszczem.
$
Do Atlixco, miasteczka przytulonego do stóp wulkanu i pełnego
hiszpańskiego baroku, pokornych osiołków oraz jaskrawych murali,
pokrywających ściany domków ciągnących się długimi, nudnymi i tonącymi w upale uliczkami, przybyłem z nadzieją na pieczoną gęś. Utwierdził mnie w tym, podczas wczorajszej rozmowy, sam przeor Convento Franciscano de
Atlixco, którego ledwie szemrzącego w słuchawce dyszkantu, jak zwykle,
łatwiej było się domyślić, niż słuchać. Musiałem wciskać sobie słuchawkę
w ucho, jak moja świętej pamięci babka trąbkę mahoniową, ograniczając
się do pomruków uhm, si, no bezładnie wrzucanych w dalekie mysie
chrobotanie jego pytań.
- O której przyjadę? Czy nie boję się, że wybuch zastanie mnie w drodze?
Czy mój kierowca będzie jadł z nami? Czy nie przeszkadza mi, że na deser
będzie sałatka owocowa i pay de queso, a nie lody waniliowe z rumem i mango, które tak lubię? Z powodu zagrożenia wybuchem, o którym od
miesiąca trąbi "Diario de Morelos", braciszkowie już prawie nie ruszają
się z klasztoru, toteż uczta będzie skromna, ot, taka, jaka była w... - Tu
jego ostatnie słowo zapadło w ciszę, jakby nagle umarł albo odłożył
słuchawkę.
Po minięciu Puebli i parunastu kilometrach bezludnej szosy - zazwyczaj
pełnej zdezelowanych aut osobowych, półciężarówek załadowanych
krzyczącym drobiem i drobnych, spalonych słońcem chłopków na osiołkach -
dotarliśmy w końcu do karłowatych, wlokących się kilometrami przedmieść
Atlixco. Znikły na niebie dalekie grzebienie Sierra Nevada, skąpane w niebieskiej mgiełce i wiernie towarzyszące nam od godziny, a za to
pojawiły się stłoczone po bokach szosy budki z blachy, gromady
chuderlawych psów i stragany z dymiącymi patelniami. I wtem garb szosy
wyrzuca nas w górę, w sam środek nieziemsko pięknej panoramy... jak widok
Neapolu z Posillipo czy Paryża z wieży Montparnasse! Przed nami podnosi
się na równinie, niby Wenus z piany morskiej, olbrzymia, sięgającą
Bożego tronu śnieżna kopa, a na jej tle, nieco w lewo i bardziej w oddali - bo dzięki paradoksowi optycznemu, wulkan, przy kolejnych
skrętach szosy, raz wydaje się być daleko, raz tuż tuż na wyciągnięcie
ręki - rozlewa się czerwona rzeka dachówek miasteczka. Nad nimi, w oddali, wyłania się żółta wieża klasztoru San Augusto... ten wymijamy i jedziemy dalej, na samo podnóże El Popo, gdzie na wapiennej skałce, jak
żaba na wprost bociana, kuli się, wpatrzony w potwora, dzielny
klasztorek św. Franciszka. Jego ściany z jasnego i ciemnego piaskowca
porośnięte są kępami mchu. Wydają się lekkie i zarazem solidne, zalotne
i wyniosłe, jak tylko potrafi płoche dzieło hiszpańskiego rokoka.
Nasz terenowy chevrolet, cały w kożuchu wulkanicznego pyłu, mija
kamienny łuk bramy i mój kierowca, wzbijając z fasonem kurz na
podjeździe, parkuje w cieniu paru suchych jak pieprz sykomor. Na
powitanie wybiegli nam dwaj filipińscy braciszkowie w dżinsach,
zapinając w biegu koloratki. Mówią jeden przez drugiego, raz po
hiszpańsku, raz po angielsku, gestykulują i co chwilę przystają,
prowadząc nas do drzwi klasztoru, a potem krętymi schodkami na dach. Już
była rano ekipa lokalnej telewizji, bo z tego tarasu widać najlepiej, i może jeszcze przyjedzie ABC z Houston, a przeor nic, tylko od rana udziela wywiadów telefonicznych i aż
zaniemógł, znany mi jest przecież stan jego biednych płuc, więc nie
wiadomo, czy w ogóle dziś się pokaże. O gęsi, niestety, nawet nie
wspomniano.
$
Był późny wieczór, gdy wróciłem do swego domu w Cuernavace, z nozdrzami
wciąż jeszcze pełnymi zapachu piekła. Wulkan, ku rozczarowaniu ojców, po
dwóch godzinach plucia pióropuszami ognia nagle pomruczał, pomruczał i jak stary silnik zgasł. ABC odwołało swój przyjazd i my, wymieniając się
uwagami pełnymi zachwytu nad tym, co dane nam było do tej chwili
zobaczyć, i rozczarowania tym, czego nam nie dano - czyli straszliwej
eksplozji, na którą przecież od wielu dni czekała, z osobliwą tęsknotą,
mroczna część naszej natury - jeszcze z godzinkę posiedzieliśmy na
dachu, racząc się porto, sokiem z granatów i babeczkami z karmelem,
przynoszonymi ze spiżarni przez młodych, gibkich zakonników. Wreszcie
sam przeor, szurając nogami, wyłonił się z dmuchającej przeciągiem
szpary koło komina. Chudy i blady, z płonącymi oczami hidalga spod La
Manczy, wyglądał, jakby zszedł na chwilę z płótna El Greca, gdzie jako
święty starzec, z krucyfiksem w dłoni, od wieków zagania Szatana na
powrót do Otchłani.
Zjadłem zimną kolację, którą Huerta zostawiła mi w lodówce, i rzuciłem
polano na ruszt kominka. Wprawdzie w tym naszym "mieście wiecznej
wiosny" dobowe skoki temperatury nie przekraczają paru stopni, ale noce
w marcu potrafią być zimne. Mimo zmroku, chwilę siedziałem w fotelu,
delektując się tańcem refleksów na lśniącej powierzchni wiszącej nad
kominkiem terakoty któregoś z della Robbiów. Madonna przytula do siebie
Dzieciątko: oboje śnieżnobiali, jak płaskorzeźby na kantorii katedry we
Florencji. Matka Boska dotyka twarzy uśpionego Maleństwa, jakby lękała
się spłoszyć któryś z Jego snów, krucha, jak kwiat lukrowy, wyciąga dłoń
i czujesz wprost jej wahanie... "jej słodycz i wahanie" - poprawiłaby mnie
Tamara. Wśród trocin rozsypanych na podłodze, ze łzami w oczach, stała
kiedyś przed tą terakotą, zaledwie ją przywiozłem z Paryża i wypakowałem
ze skrzyni. Opuszkami palców pieściła załamki rzeźby, jakby dotykała
skóry kochanka, szepcząc: - O, cudzie Włoch! Tajemnico, która obsiałaś
tamten skrawek ziemi ziarnem z najlepszych spichlerzy Boga... O geniuszu,
jakiego ta ginąca Europa już nigdy mieć nie będzie...
Wstałem i wciąż nie zapalając światła, poszedłem do sypialni, ale nie
mogłem spać ani nawet czytać, choć wyszedł nowy numer "Casas &
Gente", gdzie w dobrym miejscu, na trzydziestych stronach, umieszczono
parę zdjęć wnętrza mego domu przy callejón
Borda2. Znalazło się też parę starych
fotografii paryskiego studia Tamary przy rue Méchain, które na
przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zaprojektował dla niej
Mallet-Stevens3. Dlaczego sprzedałaś
tamten dom Arabom? Przecież nie potrzebowałaś pieniędzy. Myślę, że
raczej chciałaś pozbyć się swego świadka oskarżenia: mieszkania, którego
ściany tak długo syciły się słodyczą twego niebywałego sukcesu,
pochlebstw, bogactw; w jego salonach, wyłożonych szkłem, marmurem i niklami wciąż jeszcze brzmiało echo tamtych okrzyków: "Jesteś wielka",
"Jesteś najpiękniejsza!", "Nie masz sobie równych, Tamaro"! I nagle -
cisza, samotność. Utraciłaś wzrok, utraciłaś talent, tamte głosy brzmią
dziś jak szyderstwo. Niee, nie byłaś próżna, nie to chcę powiedzieć.
Zbyt wielką pogardę miałaś dla tego, co tak dobitnie, jak uderzenie
pejczem w twarz, wyraża stare francuskie słowo: parvenue. I za wielki
- choć zarazem krótki, jak uderzenie w dzwon - był twój talent. Ale
byłaś... hm... trudna...? Właśnie... bo niszczyłaś wszystko, co kochałaś... Bałaś
się - miłości? Nie, gorzej. Bałaś się już samej zapowiedzi miłości. Ale
o tym później. Teraz, gaz: srebrnym otwieraczem powoli podważam, żeby
się nie opryskać, kapsel butelki z wodą mineralną, zostawionej mi przy
kominku przez Huertę. Obok na stoliku - Pod wulkanem Lowry'ego,
ostatnia książka, którą przed śmiercią czytałaś. I zakreślone przez
ciebie słowa, jakbyś zostawiła ją tu przed chwilą:
Popocatépetl wznosił się ogromny za oknem, jego potężne stoki były
częściowo ukryte za skłębionymi burzowymi chmurami, jego wierzchołek
tarasował niebo... Pod wulkanem! Nie na darmo starożytni umieścili
Tartar na stokach Etny4...
Wszystko musi spłonąć, o tak... Jak ty sama, kiedy płonęłaś dwa razy:
niedaleko stąd, w Mexico City, w krematoryjnym piecu, i drugi raz, w kraterze wulkanu. Zgadzam się, masz rację, kiedy mówisz: wtedy i tylko
wtedy wszystko znów odzyskamy, gdy to, co kochaliśmy, do reszty utraci
swą materialność i zyska formę eteryczną... lekką i czystą, jak pożar
ducha. Ale czy to był wystarczający powód, aby w sercach tych, którzy
CIEBIE kochali, pozostawiać zgliszcza?
Następna książka: Charles Berlioz El misterio de la Atlantida oraz
Botanica oculta Paracelsusa: stare, poplamione herbatą wydanie z 1913
roku. Nierozcięte kartki. No tak: ona i okultyzm! Ta królewska Polka,
rozumna, znająca proporcje świata, wzięte nie tylko od starożytnych
Greków czy z renesansu włoskiego, ale przez starą mądrość katolicyzmu,
od wieków płynącego w jej krwi, który nie ma złudzeń co do nędzy
człowieka, i którędy to upadłe stworzenie jedynie może dojść do Boga.
Kłóciła się o to z Pazem: "Więcej byś zrozumiał, mon Octavio, gdybyś
ze swego wnętrza wyrzucił cały ten spleśniały bochen komunizmu, a dał w to miejsce jedną kruszynę wiary".
Jest też Iliada Homera, której nigdy nie cytowała i dziwię się, że
brała ją do rąk. No i wiersze Paza: zaczytany egzemplarz, przed śmiercią
jej lektura przedostatnia. Posłuchaj tego, cudownie pięknego wiersza,
który zaczyna się, jak świetlisty poranek:
Dzień otwiera dłoń
Troje chmur
I tych kilka słów5...
Kochała twoje wiersze, słyszysz mnie, słyszysz, sandinisto? Ale nie
mogła ci darować twoich czułych obłapek, raz z lewicą, raz z prawicą,
gdy raz jedni, raz drudzy kładli ci swą koronę na siwiejącą skroń. Nie z zawiści, o nie. Zawiść, podobnie jak obrażanie się, to były dla niej
uczucia plebejskie. "Zazdrościć mogą panny służące" - powtarzała po
Babce Klementynie. Ale była zdania, że nagrody, które w swym
neurotycznym, nałogowym pragnieniu uznania zgarniają artyści - jak
dzieci, chroniące oburącz swe królestwo babek z piasku - to jest lep,
podstęp rządzących nami miernot, będących na usługach Mefista: niczego
tak nie pragną, jak spętać świętego rumaka sztuki, osiodłać tygrysa
wyobraźni. Niech łyknie tę trutkę, a oni wezmą go na smycz i będą wlec
po arenie, w huku braw, aż im nie padnie... Wtedy wystawią mu pomnik,
skończone. Motyla wstawiono do gabloty, zamknięto na klucz. I TACY
ośmielają się dawać NAM nagrody!...
- Octavio! - drwiła. - Prawdziwi ARTYŚCI nagród nie przyjmują!...
Zostałeś... sko-lo-nizo-wany...! - Unosiła swe przeguby, ciężkie od
srebrnych bransolet z Puebli, i jej granatowe oczy przeszywały rozmówcę
na wylot, jakby chciała wedrzeć się w głąb jego duszy i na jej dnie
spalić do cna najdrobniejszy ślad małości.
- Tylko sztuka ofiarowana Bogu ma sens. Dla innej nie warto żyć. Tak
tworzyli męczennicy ducha w renesansie - mówiła słowami swej dumnej
Babki do poety, który patrzał na nią gorzkimi, jak Gwiazda Piołun oczami
zbuntowanego anioła. Rozumiał jej słowa, ale ich nie chciał. To ich
łączyło: że oboje nie potrafili - choć z różnych przyczyn - zgiąć kolan.
Posłuchaj... jeszcze ten kawałek wiersza, który trzydzieści lat temu
założyłaś papierkiem oddartym z paczki papierosów. Paliłaś do ostatnich
chwil. Zrywałaś z twarzy maseczkę tlenową, żeby palić. - Daj ty mi
wreszcie spokój! - dyszałaś do przerażonej pielęgniarki, tej
amerykańskiej "krowy w dżinsach", która chowała przed nią papierosy... - I co z tego, że nie zapalę? O ile mi to przedłuży życie? O sekundę? Dwie?
Posłuchaj:
Ziemia - jak niewyraźna groźba rzeźby
Świat wznosi czoło, jeszcze nagie
Kamień obtoczony gładki dla wyrycia na nim pieśni.
Jest początek hymnu - jak drzewo
Jest wiatr i urodziwe nazwy w jego
szumie6.
$
Lubię czwartą rano, tę godzinę śmierci. Stają mi wtedy przed oczami
chwile mego życia, rozciągnięte w czasie, zamazane, jak na starej taśmie
filmowej. Spada metabolizm ciała, obniża się poziom hormonów i zwalnia
przepływ krwi: generalna próba umierania, jak ją nazwał Malcom Lowry,
autor Pod wulkanem, jednej z najważniejszych "ewangelii" wszystkich
pijaków świata.
Leżę w pościeli i patrzę na połyskujące w mroku krawędzie mahoniowych
półek. Grube grzbiety książek wyglądają stąd jak płytki nagrobne w kolumbarium. Niżej, w lewym rogu, pod dyplomami oprawionymi w srebrne
lub drewniane ramy, zależy od kogo je dostałem, spoczywa mój największy
sekret: jej głos. Sprasowany w małych kasetach taśm magnetofonowych,
które nagrywała - od kiedy? Przypomnij mi. Od 1976 roku? Tak, na cztery
lata przed śmiercią. Trochę i ja tam mówiłem do mikrofonu, ale w większości ona. Głos podszyty ironią, ukrytym śmiechem, czasem wznoszący
się w patetyczne tony, jak ricercare Bacha, aby znów opaść w swobodne
divertimento... i ten olśniewający francuski... włoski mieszany z hiszpańskim, rosyjskim, polskim... czysta muzyka... Mniej lubiłem, kiedy
mówiła po angielsku, język Dickensa nie pasował do jej łacińskiej duszy:
tak bardzo chciała być z lodu, a była z ognia. Przez całe życie
zachowała twarde polskie zgłoski, choć ignoranci, niemający pojęcia o językach, nazywali to "akcentem rosyjskim". Wszystko, co na wschód od
Berlina, to jest dla nich "Rosja". A ona się wściekała: nie jestem żadną
Rosjanką! I jak bajecznie klęła po polsku! Wprawdzie nienawidziła
przekleństw, ale raz dziennie czyniła wyjątek dla swych kłótni z Kizette... Siadałem wtedy z boku, patrząc na te dwie wrzeszczące po polsku
furie, i zastanawiałem się, jak by je narysował Goya.
Gdy już miała coraz krótszy oddech i nagrania się skończyły, magnetofon
stał się jej wyrzutem sumienia. "Nie powiedziałam tego, co chciałam"...
"to nie tak, nie to, wszystko pomieszałam"... "było zupełnie inaczej...".
Chciała od nowa nagrywać, potem zażądała zniszczenia taśm, potem to
odwołała, aż w końcu ucichła, przygasła i magnetofon wylądował w kartonie. Huerta zapakowała w nim również taśmy i tu je pochowała. Teraz
stoją na drugiej półce od dołu, z epitafium napisanym na pudle wyraźnymi
kulfonami Huerty: "Maestra Tamara". I daty, miejsca: Cuernavaca, Paryż,
Wenecja.
Z tym też wreszcie muszę coś zrobić.
Ale cóż to?... W głębi mieszkania ucichł kurant i słyszę w oddali...
szuranie? Stukot obcasów? Usiadłem w pościeli. Tamara? To jej kroki!
Przecież dziś - rocznica. Schodzi najpierw z góry, z pracowni... krok za
krokiem mija zakręt schodów, tam, gdzie wisi Miró. Teraz przemierzy
salon... otworzy drzwi na patio, słyszę na tarasie szelest jej szlafroka,
gdy ostrożnie zstąpiwszy z tego samotnego schodka, o który zawsze się
potykała, idzie do fontanny przez kamienny, zasłany liśćmi podwórzec.
Plusk wody... O tej porze roku? Skąd woda? Huerta jeszcze nawet nie
zabrała się do sprzątania tej starej, obrośniętej bluszczem kamiennej
misy, pełnej przegniłych liści. Jest tam też zawsze parę biednych myszy,
zabłąkanych zimą i padłych, gdy próżno drapały łapkami po kamiennej
ścianie, aby się wspiąć z powrotem do ich maleńkiego życia. Teraz ktoś
stamtąd zaczerpnął rękoma wody i spryskuje sobie twarz. Tamaro! Twój
śmiech... coraz bardziej ochrypły od tych cholernych dunhilli, których pod
koniec życia paliłaś po dwie paczki dziennie.
Nie, nie boję się duchów... My, tu w Meksyku, jesteśmy z nimi
zaprzyjaźnieni. Każdy szanujący się dom musi mieć jedno miejsce, zakątek
ogrodu czy pokój, gdzie straszy. Ach, jestem pewien, że tej nocy
odwiedziła mnie Tamara! Nudziła się tam, we wnętrzu góry, którą dziś z bliska oglądałem. Może ujrzała mnie z krateru i przyleciała się ze mną
przywitać? W trzydziestą rocznicę śmierci wyfrunęła w niebo wraz ze
słupem dymu i ognia: za pozwoleniem Boga czy Szatana? Szatan też
przecież potrafi czynić cuda. Bardzo się tego obawiała i pytała wciąż
Paza: "Skąd pochodzi mój talent?", "Kto daje natchnienie artyście?",
"Który z nich mnie prowadzi?". A on milczał, bo skąd miałby to wiedzieć?
Ze swych czerwonych książeczek? Więc sama sobie odpowiadała: zażyłe
stosunki łączą artystę i z Jednym, i z drugim. Z "tym nosicielem" -
mówiła pogardliwie o Szatanie, jakby mówiła: "ten odźwierny... ten
tragarz". On tylko nosi światło - odbite od Tego, któremu zazdrości,
którego nienawidzi, jak pokojówka swej pani. Własnego światła nie ma.
Dlaczego więc wstała dziś z popiołów? Kto ją tu przysłał? Aby na chwilę
dźwignęła się z niepamięci i prostując swą dumną sylwetkę, jak królowa
Tamar, od której wzięła imię, rosła i rosła pod niebo, aż przekroczywszy
granice materii, wyleciała z hukiem do chmur, jak rakieta z dymu i z ognia...
Teraz to już mnie nie opuści aż do śmierci, amen.
Wrzesień 1976, Wenecja
Mówi TAMARA: Witaj, Pablo! Poznajesz mój głos? Jest drżący, jak na
krawędzi bezdechu. Wydaje mi się wstrętny. Gdzie się podziały tamte
dźwięczne tony w mej krtani? Tamta emisja, tamta dykcja, od dzieciństwa
ćwiczone "batem greki i łaciny", jak mawiała Babka Klementyna.
Starość to jest grudniowe słońce - wciąż świeci, a już nie daje ciepła.
Nigdy nie myślałam, że mnie to dopadnie. Czuję się, jakbym stygła,
zwłaszcza w taki kwietniowy poranek jak dziś, kiedy pod ledwie
prześwitującą lampą słońca kisi się niskie, szare niebo. Jest duszno.
Mam wrażenie, że ten dzień jest kwadratowy. Wszystko mi dziś zawadza i co chwila, nawet nie ruszając się z tego trzcinowego fotela, uderzam o jakiś kant. Nawet kelner jest jasnym blondynem. Skąd tu takiego wzięli?
Bo wciąż jestem w Wenecji, mój Pablo. Wprawdzie już nie na Lido, skąd
wypędziły mnie, wyobraź sobie, komary, a w hotelu Danieli, obok placu
św. Marka. Kocham to miejsce, z jego złoconymi krużgankami, marmurowymi
schodami, żyrandolami z Murano i tą jedyną na świecie alabastrową
łazienką, w apartamencie na drugim piętrze, gdzie kąpiąc się, mogę
patrzeć na kopuły Santa Maria della Salute. Królowa Laguny wyłania się
tuż za oknem, oddzielona ode mnie szarym pasem wody. Wychyliwszy się z wanny, mogłabym ją uchwycić: mglistą i niepojętą, kobiecą i wyniosłą,
dostojną i niezmienną, jak piramidy, choć nad ich strupieszałą martwotą
ona góruje wzruszeniem, jakie wywołuje w każdym wrażliwym sercu: wciąż
tak samo dziś, jak przed laty, gdy pierwszy raz płynęłam u jej stóp
gondolą, jako dziesięcioletnia panna.
Jestem już po kąpieli i porannej grzance z dżemem z opuncji figowej.
Siedzę w narożniku tarasu hotelowego i piję pierwszą kawę, osłonięta
parasolem przed bladym, ostrym słońcem zza chmur. Znów patrzę na kopuły
Santa Maria della Salute: jest ich pięć, wliczając te najmniejsze, potem
obracam wzrok w prawo, na filigranowe maswerki Pałacu Dożów, za którymi
wyłania się Kampanila, i jeszcze dalej, na ciemnozielone wody laguny, w których przez tysiąc lat odbijała się historia Europy i Bizancjum.
Przede mną na stoliku stoi ten śmieszny, mały magnetofonik,
przypominający posrebrzane pudełko do cygar, które paliła moja Babka.
Przywiozłeś mi go z Paryża i wręczyłeś ze słowami: masz tu umieścić całe
swoje życie.
Niektórzy goście dyskretnie mi się przyglądają, a to znaczy, że ta
nowinka techniczna, do której z początku nie miałam zaufania - a nawet
żywiłam do niej wstręt, jak do małej elektrycznej trumienki - robi na
ludziach z towarzystwa PEWNE WRAŻENIE. "Nagrać swoje życie...!". Ha. Wciąż
jeszcze ledwie udaje mi się jako tako kwękać, a ty każesz mi to
nagrywać! Mógł wpaść na to tylko ktoś taki jak ty: wielki rzeźbiarz, a niewysoki człowiek, prawie krasnoludek przy tych twoich niebotycznych
spiralach z miedzi i mosiądzu, które teraz wystawiają jako łuki
tryumfalne przy autostradach tylu meksykańskich miast. Do tego -
wychowanek szalonego Feliksa, zabójcy Rasputina i spadkobierca jego
pałacowej bramy, którą przez siedem mórz i oceanów wlókł on z Sankt
Petersburga do Paryża, a potem ty z Paryża, przez kolejny ocean, tu, do
stóp meksykańskiego wulkanu. Dobrze, poddam się twemu szaleństwu,
artysto, bo tylko drugim szaleństwem można swoje szaleństwo pokonać.
Wtedy gdy staje się ono jedynym możliwym sposobem bycia.
Spróbuję podzielić tę opowieść na rozdziały, tak mi doradził Paz, ale
wątpię, czy z chaosu mego życia uda mi się uczynić ład sztuki. W końcu
jestem malarką i moja definicja ładu jest inna. Dotyczy przestrzeni, nie
słowa, do tego słowo ma więcej wspólnego z muzyką niż obraz, więc zjawia
się tu jeszcze jeden żywioł. Jak nad tym zapanować? Literatura czerpie z najgłębszej studni, ze Słowa, i sam Bóg jej patronuje. A malarstwo? Jemu
wystarczy jaskinia, trochę farbek i patyk. Jestem więc parweniuszką... i spójrz, Pablito, czy to możliwe, że ja, dawna królowa Paryża, drżę dziś
przed magnetofonem, na którym mam nagrywać słowo? Moją historię...? W dzieciństwie nauczono mnie błędu nadmiernej wiary w siebie, i tylko w siebie. Tak urodziła się pycha, błędnie nazywana "siłą", a za nią podąża
jej okrutna siostra, klęska... Bo postawmy sprawę jasno: utraciłam talent.
Muzy, te kapryśne flądry, odeszły ode mnie znudzone i Apollo też
zniknął, zaledwie okazało się, że mam coś tak niegustownego, jak zaćma,
próchnica, łuszczyca i że farbuję sobie włosy.
Och, jak ten kelner mi się przygląda... Nie wierzę... puścił do mnie oko!... A więc jestem już tą żałosną, starą panią Stone, opłacającą sobie włoskich
amantów?7 Okay, przerywam, bo zaraz się
rozpłaczę.
Biennale weneckie Koniec mojego świata
Mówi TAMARA: Jest dziś sobota, wrzesień 1976 roku. Rano wstałam i poczułam, że jeszcze chwila, a moje milczenie mnie zabije. Patrzę w lustro w łazience i chcę wyć z bólu, który rozdziera moje stare serce.
Co takiego się stało, zapytasz. Zaraz ci opowiem, najpierw wezmę łyk
wody. Zasycha mi w gardle, ilekroć sobie to przypomnę. Otóż wczoraj po
południu, mon cher, czyli parę godzin temu, po raz drugi w życiu cały
mój świat... wszystko, dla czego żyłam, w co wierzyłam... runęło...
Gwałtownie, boleśnie i nieodwołalnie.
Po raz pierwszy - pozwól, że ci przypomnę - coś takiego zdarzyło mi się
w Rosji, gdy wybuchła rewolucja bolszewicka. Na moich oczach cały mój
dziewczęcy świat zapadł się wtedy w jeziora krwi, w pola świeżych mogił,
w doły wypełnione trupami przyjaciół i krewnych... w Moskwie, w Jałcie, w Petersburgu... Rozpłynęło się, jak tort lodowy, życie pełne róż i słowików, które, byłam tego pewna, przyjdzie mi spędzić w pięknym domu,
u boku pięknego mężczyzny, jak w filmie... jakaś przesłodka Jeanette
MacDonald, a u jej boku porcelanowo uśmiechnięty Nelson
Eddy8... Później opowiem ci o tym.
Dziś, w Wenecji - pół wieku później, znów się to stało, choć przez
minione lata wciąż uciekałam od tamtego koszmaru, jak ważka próbująca
odżyć z uschłego kokonu, z formy przetrwalnikowej, w której na czas bólu
schowało się jej życie. I oto - znów wszystko się dziś rozpada! Jestem
przecież już stara - a znów mnie dopadli ci mordercy, jak wtedy w Rosji!
Znów chcą mi zniszczyć wiarę w wiekuiste piękno! Tak... dobrze słyszysz,
płaczę i będę płakać, bo dziś ujrzałam, Pablito, jak na szyderstwo ze
Stwórcy, Piękno zostało splugawione i publicznie obsmarowane... pardon le
mot... gównem, ku uciesze gawiedzi i w poklasku władz. Dobrze
zorganizowany gang chuliganów, nazywających siebie artystami, uczynił to
na oczach starej, bezradnej kobiety, która może już tylko cicho jęczeć,
jak tamta matka w Rosji, widząca śmierć swego niemowlęcia, nawlekanego
na bagnet przez czekistowskich żołdaków.
Oto w galerii słynnego w świecie weneckiego Biennale, w mieście Tycjana,
Tintoretta, Belliniego, pod niebem miasta, przez którego pałace przeszły
legiony dożów, królowych, poetów, wirtuozów i świętych, wystawiono, mon
Pablo, jako główne dzieło... kupę... tak, mon Pablito... kupę w słoiku...!
W czerwcu 1964 roku pewien drań narobił kupę do słoika, zakręcił ją i postawił przed obliczem jury, będącego odtąd dla mnie stadem zaćpanych
świń, nazywających siebie krytykami, recenzentami, znawcami sztuki. I oni zapiali z zachwytu, obsypali to deszczem nagród i do dziś eksponują
jako Grand Prix w Wenecji... choć co drugi z nich ma pewnie w swoim domu
teki z rysunkami Hogartha, Dürera, a nad kominkiem oryginał del Sarto.
Czy ty słyszysz, Pablo?
Grand Prix Biennale w Wenecji otrzymała ludzka kupa w słoiku!
Tłum zjadaczy batoników stoi teraz i gapi się w to brązowe coś,
przypominające wyschniętą papryczkę, a ja oddalam się i kwilę, bo już
wołać nie mogę: Europo! ojczyzno! moja matko, moja miłości! Co oni ci
zrobili?! Chwiejnym krokiem wyszłam przed pawilon, bo wzięły mnie
wymioty. Pochyliłam się nad krzakiem, ale nic nie poszło. Uszłam kawałek
w kierunku nabrzeża i siadłam na ławeczce z widokiem na lagunę,
prześwitującą za drzewami. Teraz papieros, głęboko się zaciągnęłam, aż
zakręciło mi się w głowie. I tak siedziałam, paliłam, dopóki nie
odnalazła mnie moja biedna Pattie, nadbiegając i trzęsąc tym swoim
olbrzymim pupskiem i piersiami obciągniętymi amerykańskim dżinsem. Tyle
razy prosiłam - Pattie, przynajmniej na czas naszej podróży po Italii
zechciej nie oblekać siebie w ten przerażający różowy sweterek i blue
jeans, bo wyglądasz w tym jak obwiązana sznurkami wątrobianka. Gdybyż
ta teksańska dziewoja, zamiast wypisywać co wieczór "listy z Europy" do
swych koleżanek z college'u, posłuchała mnie i spróbowała poczytać
Prousta, poznałaby barona de Charlus i jego rady dla tęgich pań: "Przy
twej tuszy, moja droga, jedynie mięsista tkanina, na przykład aksamit, a z biżuterii stare złoto i wielkie ametysty...".
Ametysty i Pattie... już to widzę.
Myślała, że się źle poczułam. Ach, oczywiście, że się "źle poczułam"!
- Taka pani była niespokojna... - Ciężko klapnęła obok mnie na ławkę.
- A czy ja mogę być spokojna, gdy ty znów paradujesz w tych dżinsach?
Wyglądasz w nich jak salceson! - odparłam. - Posłuchaj... - podjęłam
łagodniej. - Sztuka dziś umarła, wierz mi, Pattie. Sztuka się skończyła,
tak jest.
Zaciągnęłam się papierosem i spojrzałam w ślepia biało-rudego kota,
który siadł przed nami na alejce. Pełno ich tu wszędzie. Wprawdzie kot,
obok turystów i szczurów - niech Włosi mi wybaczą - jest głównym
lokatorem włoskich miast, ale tu, na Giardino, ich ilości biją wszelkie
rekordy. Jest ich chyba tyle, co w Rzymie na Torre Argentina i Koloseum
razem wziętych. On myśli, że papieros to jest coś do jedzenia. Nic z tego, mio piccolo, dziś, zamiast coś schrupać, oparzysz sobie nosek.
Wszyscy dziś mamy pecha.
- Chodzi pani o Rauschenberga? Że dostał Grand Prix...? - powiedziała
Pattie, ignorując temat swoich spodni.
- Rauschenberg? Czy tak się ten drań nazywa? - Ta dziewucha ma w głowie
olej, choć na to nie wygląda. - Pal sześć nazwiska - ciągnęłam - chodzi
o coś o wiele ważniejszego, baby... O ich uderzenie frontalne w fundament świata. O tę... - urwałam, bo jak mam określić to paskudztwo w słoiku, przypominające polski zraz zawijany? Przecież muszę je nazwać po
imieniu, bo już dość nakłamali tej gwieździe teksańskiego college'u wszyscy ci Kinseye9,
Spocki10 i inni amerykańscy spece od
robienia wody z mózgu. Przez wszystkie dni naszej podróży po Europie
trąbię jej w trzech językach o wielkości europejskiej sztuki, a tu nagle
mam jej powiedzieć: "kupa"? Po prostu "kupa"?...
- Chodzi mi o tę... merde... poop...
- A, o tę kupę w słoiku?! Bardzo mi się podobała! - ucieszyła się
Pattie. Amerykanie biją rekordy świata w okazywaniu radości bez powodu,
nauczyli się tego od Murzynów. - Wiedziałam, że pani to źle zniesie. Ale
taki jest świat teraz... taka sztuka... trudno... - paplała, wytrzeszczając
oczy i obracając głową we wszystkie strony jak sówka. Dziś wieczorem, w kolejnym tasiemcu do rodziców, zamieści opis każdego drzewka, które tu
widziała, każdego kota. Na pewno nie zabraknie i tego listka, który
teraz mnie w palcach, a w hotelu włoży go między kartki pamiętnika.
- Sztuka? Bredzisz, Pattie. To nie jest sztuka. To jest... impotencja... -
powiedziałam łagodnie - ...masturbacja pseudoartystów, którzy już nie
potrafią tworzyć piękna. Chyba ostatnia wojna im to zrobiła. Rozpacz.
Popsuło się w nich coś. Już nie mają serc, została siatkówka, ekran. Nie
znają namiętności, zachwytu, jest sama geometria, definicja, fizjologia.
- Zrobiłam ruch, jakbym wymiotowała do ręki. - Oto twój Rauschenberg. -
Otworzyłam pustą dłoń. - Nic. I po co w ogóle pamiętać to nazwisko? Tę
jego op-art... czy pop-art... może raczej powinnam powiedzieć poop-art...
- Ale to nie jest jego kupa, proszę pani, a tego drugiego! Zaraz... -
Pattie zajrzała do folderu pod datą 1964.
- Piero Manzoni... Artist's Shit. - Podsunęła mi wizerunek tego
świństwa. - Rauschenberg też używa różnych szmat, to fakt... ale nie kupy.
Manzoni go wyprzedził - dodała, jakby z przyganą w głosie.
Odsunęłam się od niej.
- To wszystko jest lewactwo, Pattie. To jest sfora. To są szarlatani.
Spryciarze, bolszewicy... niszczyciele świata. Im chodzi o to, żeby na
końcu było pusto, rozumiesz? Nihil. To są ludzie pustki. Znasz T.S.
Eliota?
Kiwnęła głową.
- Oni są Hollow People, Pattie. Wydrążeni ludzie. Ci wasi Kinseye,
Chomskie, Marcuse'y, Sartre'y... a mówimy tylko o kapłanach, za którymi
ciągnie armia ich wyznawców... miernot bez talentu, bez serca, bez Boga,
która chce... jak tamci, w Rosji... zniszczyć mój świat. Słuchaj mnie, bo ja
wiem. Ja już to widziałam.
Różaniec
Czubkiem pantofla zgniotłam niedopałek. W ciszy nabrzeża słychać było
szum drzew, dalekie nawoływania gondolierów i skrzyp żwiru pod oponami
roweru, gdy minął nas chłopak: rozczochrany i piękny, jakby zszedł z Autoportretu Dürera. Zdążył ustrzelić Pattie zielonym okiem i mijając
nas, jeszcze mocniej odął swe wypukłe wargi. Jaki Bóg jest łaskawy! Tyle
wciąż tu piękna! Czasem myślę, że od tego serce mi pęknie. Gdyby ten
Adonis uporządkował sobie kłaki na głowie, chyba niemyte od tygodnia,
gęste i poskręcane w tysiące miedziano-złotych pierścionków...
namalowałabym go do pasa en trois quarts, w brutalnie zalotnym
kontrapoście i rozchełstanej koszuli weneckiego pirata. Byłby podobny do
wiszącego w Ermitażu Dawida Strozziego, w którym jako panna kochałam
się beznadziejnie i do którego przez jakiś czas przyrównywałam każdego
mężczyznę.
Ty, mój Pablo, też mi go przypominasz, choć jesteś nieduży. Ale za to
jaki kształtny! Zwłaszcza, gdy ze spawarką, spocony, pochylasz się w pracowni nad którąś ze swych potężnych rzeźb z metalu... Och, jacy oni są
teraz bez stylu. Wszystko im zniszczyły masowe technologie... ryki maszyn,
od których umknął czar detalu, miłość precyzji, trud, pot, szorstki
dotyk blachy, z której w takim mozole wydobywasz kształt... I nawet nie
zdają sobie sprawy, ile wciąż piękna w nich drzemie - lecz nas, którzy
moglibyśmy być ich czarnoksiężnikami, bo niejedną tajemnicę znamy,
omijają znudzeni, odchodzą do swych supermarketów.
Przymknęłam powieki i przez magiczną szczelinkę, pociętą rzęsami i załamującymi się na nich iskrami promieni, spoglądałam na lagunę jak na
obraz Whistlera. Jej powierzchnia migotała między drzewami jak stalowa
satyna, a za nią, w różowo-błękitnej mgiełce, będącej mieszanką
powietrza, pyłu wodnego i podwójnego słońca, padającego nie tylko z nieba, ale również odbitego od lustra wody - wyłaniała się rozedrgana,
jak Wenus Botticellego, kopuła i wieża San Giorgio Maggiore. W tej
chwili, w sam środek kadru majestatycznie wpłynęła gondola, zasłaniając
mi widok kościoła swą wygiętą, zębatą szyją. Miałam wrażenie, że za
chwilę rozpocznie się pierwszy akt opery Gioconda.
- Ty to nazywasz sztuką, dziecino - westchnęłam, nie otwierając oczu,
aby nie spłoszyć czaru. - A to są śmiecie, oni je zbierają po
wysypiskach jak koty, znoszą do domu, lepią z tego kloaczne
fantasmagorie i wystawiają jako dzieła sztuki. Masa durniów nabiera się
na to... w Ameryce, w Europie... cały potężny przemysł kręci się wokół tego.
Pattie wydawała się znudzona.
- Czy ty wiesz, dziecko - obróciłam się do niej, celując w nią
wyciągniętym palcem - co ten Rauschenberg robi z tymi swoimi
instalacjami, gdy już nie uda mu się ich sprzedać? Ładuje je na wózek,
doczepia do skutera i jedzie z tym nad brzeg Arno. Wrzuca je do wody i zmieniają się w to, czym naprawdę są: w rozmokłą papkę... On dobrze wie,
co te jego arcydzieła są warte. Rzeczywiście... shit... - wreszcie
wyrzuciłam z siebie to słowo.
- Skąd pani wie takie rzeczy? - Pattie wnikliwie mi się przyglądała.
Pewnie ktoś jej powiedział, że znam Sartre'a.
- Bo ja WSZYSTKO wiem! - odpowiedziałam
spokojnie. - Zdawało mi się, Pattie - dodałam po chwili - że tydzień
wspólnej jazdy po Europie to dla ciebie dość czasu, abyś mogła się
przekonać, że nie masz do czynienia z osobą głupią i nieoczytaną.
- Ale co ma oczytanie wspólnego ze sztuką?
- Wszystko, ma ch?re! Wszystko! Bo wiedza nas zmusza do medytacji. Czy
widziałaś kiedyś tępego artystę? Artystę matołka? To niemożliwe. Co
dzień zraszamy wodą kwiaty, aby nie umarły. Tak samo dusza artysty
pragnie pokarmu. Uczucie i myśl są pokarmem duszy. Trzeba odbierać świat
gorącym sercem, aby potem chłodno przeanalizować go myślą. Tylko wtedy
tworzy się całość. Nauczał o tym Święty Tomasz z Akwinu... ale kto wam
dziś mówi o Świętym Tomaszu z Akwinu na tych waszych uniwersytetach,
mia povera ragazza...
- Święty? A co ma z tym wspólnego jakiś święty?
- Jakiś święty! I popatrz, co oni z wami zrobili! Ja ci mówię o duszy, a twój okaleczony umysł odrzuca to słowo, choć dla mnie, dla mego
pokolenia było ono niezbędne! Dusza artysty to jest dar... odbiornik
najwrażliwszy, czujnik prawdy i kłamstwa, wzruszeń, głębi, piękna,
brzydoty - zaperzałam się. - Wszystko tam jest... i tego nie wolno
zniszczyć. Na to trzeba chuchać, dmuchać... O, ja nieszczęsna! Jak mam
wyjaśnić tej ofierze neoheglizmu, czym jest dusza! Jesteś taka, jakiej
chcą ci kapłani, ma wam wystarczyć siatkówka, geometria, wzór. I to
taki, który oni sami wbiją wam młotkiem do głowy.
- Geometria? - powtórzyła w zamyśleniu. - Czy nie tak pisano o pani
obrazach? Że piękno ciała przełożyła pani na język geometrii?
Prawie straciłam dech. Wilgotne powietrze Wenecji mi nie służy. Mam już
rozedmę płuc, doktor Bircher mi to powtarza. Co ja tu jeszcze robię? A to żmija! I ja jej opłaciłam samolot, choć miała płynąć statkiem!
- Bzdura! - krzyknęłam, ale słabo i wyszło mi bezradne skrzeknięcie. -
Czy ty wiesz, ile miesięcy, dzień w dzień, spędzałam w Luwrze? Malując,
studiując, dziesiątki razy rysując układ jednego palca, drugiego palca,
całej ręki? Albo fałdki w karmazynowej szacie kardynała Richelieu w oświetleniu na wprost, z boku, w świetle poranka, świecy, w półcieniu?
Ile pielgrzymek odbyłam do mistrzów holenderskich, włoskich, do fresków
we Florencji, w Orvieto, w Padwie, do obrazów Mantegni, Pontorma... A teraz, w tych waszych szkółkach plastycznych, nie ma już nawet lekcji
anatomii! Dlatego nic was nie interesuje, bo nic nie umiecie. Wszystko
wam ukradli, dziecko. Stąd ta kupa w słoiku... - Zakryłam oczy i zaszlochałam. - Boże mój, jakie cierpienie!
Pattie milczała, jak zawsze, gdy Archanioł Sztuki porywał mnie na swych
skrzydłach daleko od niej. Ona wie, że jej świat jest wtedy dla mnie bez
znaczenia.
- Okaleczają was... potwory... - Zapaliłam kolejnego dunhilla. - Ach, jakie
to banalne! Znowu rzeź. Już to w Rosji przerabiałam... Mon Dieu... Znów ta
czerwona zaraza, Pattie... dokąd przed tym uciec?
Nagle zrobiło mi się jej żal. Uściskałabym ją, gdyby nie te dżinsy,
świadczące, iż wbrew mym zakazom zamierza obstawać przy swym błędzie. Co
ona winna, że opletli ich Rauschenbergowie? Uważnie mi się przyglądała,
jakby poznawała nową osobę.
- Nie wiedziałam, że pani jest religijna - powiedziała poważnie, ale
jakby z żalem. Religia we mnie to wzór, który nie pasuje do jej
układanki. Wymknęłam się jej w jakąś nieprzenikliwość, choć przecież
zdefiniowawaszy mnie jako "przyjaciółkę Sartre'a", miała mnie wyraźnie,
jak na dłoni.
Otworzyłam torebkę i wyjęłam hebanowy różaniec. Taki sam jak ten, na
którym modliłam się przed laty z Matką Przełożoną w Szwajcarii. Pattie
patrzała z niedowierzaniem swymi podłużnymi oczami - to na mnie, to na
kołyszący się krzyżyk. Nie byłaby bardziej zaskoczona, gdybym wyjęła z torebki tresowaną mysz.
- Pani to... odmawia? - Wskazała różaniec brodą.
Wstrząs, który teraz przeżywała, miał dla niej podwójną siłę rażenia. Ją
przecież uformował świat protestantów, dla których katolicki różaniec,
do tego w ręku artystki, o której mówiono "królowa nocnego Paryża",
"skandalistka", jest czymś tak niepojętym, jak była niegdyś dla
anglikańskiego perfekcjonisty Dickensa bazylika Świętego Marka: szalona,
piracka, olśniewająca w skandalu Krzyża, zlanym w jedno z przepychem
Kościoła.
- Po to on jest. - Schowałam różaniec do torebki. - I obawiam się, że po
tym, co dziś tu widziałam, będę go odmawiać jeszcze częściej.
- Jaki związek ze sztuką może mieć ten... przedmiot?
Jak wielu wykształconych protestantów, postawionych wobec mistycznych
tajemnic, których nie potrafi zgłębić ich rzeczowość, Pattie nie
zamierzała rezygnować z pytań, mających ją doprowadzić do tryumfu nad
moim katolickim błędem. Uśmiechnęłam się, biorąc jej twarz w obie
dłonie. Jej czysta pucołowata buzia z perkatym noskiem i dwoma
bławatkami lekko ukośnych oczu podobna była do zwieńczonego czepcem
oblicza Lukrecji z obrazu Cranacha. Już dawno powinnam była ją
namalować.
- Dziś ci tego nie wytłumaczę... Za wcześnie na to dla ciebie, moja mała.
Bo to się wie sercem, nie głową.
Zapadło milczenie, jakbyśmy idąc ku sobie z obu stron dzielącej nas
rzeki, dotarły do jej brzegów, a tu nie ma mostu, aby iść dalej. Nie
pierwszy raz doświadczam tej choroby, zwłaszcza w Europie: ataku ich
niechęci, nawet wrogości, gdy przestaję być tą Tamarą, którą kochali, bo
była dotąd taka, jak ich własne upadki i nędze. A tu nagle okazuję się
obcą, jakiej nie znali i której ty nie znasz, mój Pablito, bo zna ją
tylko boczny ołtarz w katedrze w Cuernavace, przed którym modlę się
rano, gdy wy jeszcze śpicie.
Babka Klementyna
Czekałam, aż Pattie podniesie się z ławki i powie coś w rodzaju:
- Chyba już czas na nas, madame... Ale nic takiego się nie stało, bo w tej chwili, jakby w nagrodę za me cierpienia, cud się wydarzył!
Wszystko znikło!
Najpierw myślałam, że mam wylew. Ale nie było bólu głowy ani mdłości, za
to poczułam dreszcz, a raczej elektryczny wstrząs, który przeszył mnie
ognistą strugą od czubka głowy, wzdłuż szyi i kręgosłupa, do pięt, jakby
ktoś przyłożył mi generator prądu do głowy. Ciemność zapadła i coś mnie
uniosło z ławki, aż poleciałam w niebo, zostawiając w dole alejkę,
ławkę, Pattie i kota, wiernie trwającego na swym posterunku. Po chwili
wzrok mi wrócił, ale już w innym wymiarze. Miałam wrażenie, że przyszły
do mnie moje dawne barwy, farby kupowane w sklepiku na avenue de
Wagram i że ktoś za mnie maluje teraz znów tamten świat, wedle tamtego
koloru, jakby Ruisdael zaczynał ustawiać swe soczewki, w których zaraz
rozpali się wschód słońca nad Delft.
Ale to nie jest Delft, to Wenecja!
Coraz dalej ucieka w dół to nieszczęsne Biennale, białe pudełka
rozrzucone między zielonymi kulami drzew, wraz z tym ohydnym śmieciem
ludzkim, ekskrementem zakręconym w słoiku i nagrodzonym główną
europejską nagrodą. A ja, niesiona wzwyż i wzwyż przez Archanioła Sztuki
- który pachniał, nie wiedzieć czemu, kolońską wodą mego ojca - frunęłam
z powrotem tam, w MÓJ ŚWIAT, ponad
lagunę, czując na swych odmłodniałych policzkach TAMTO dotknięcie weneckiego słońca i wenecką
bryzę, znów targającą falbanami mej sukienki... Och, mam znów na sobie
wysokie, sznurowane botki i tulę do siebie szczurka Tütü, który
spazmatycznie drży, wtulony w zagłębienie mojej szyi. Robię najpierw
jedno okrążenie, potem drugie i trzeci wiraż dookoła wieży San Giorgio,
krzycząc ze szczęścia i muskając opuszkami palców ośniedziałą miedź
dachówek, aż nagle zatrzymuję się w powietrzu i niewidzialna ręka pcha
mnie w dół, więc spadam, spadam, prosto na poduszki gondoli!
Jest późne lato, wrzesień, miesiąc najpiękniejszego światła we Włoszech.
Gondola niesie mnie, dziesięcioletnią pannę, dość już wyszczekaną jak na
swoje lata i gryzmolącą coś ołówkiem w rozłożonym na kolanach
szkicowniku. Płyniemy wzdłuż Canal Grande, ja siedzę w części dziobowej,
a mój Tütü, wciąż przestraszony, tkwi na mym ramieniu. Na rufie, na
wprost mnie, rozsiadła się moja wspaniała Babka Klementyna: osłonięta
parasolką, z wysoko upiętą fryzurą, wielkim nosem i zmrużonymi oczyma.
Siedzi u stóp gondoliera - szczupłego, żwawego, z rudawą plerezą
zaczesaną za uszy i tymi zielonymi weneckimi oczami, śmiejącymi się spod
słomkowego ronda. Gdy rano, zaraz po śniadaniu wyruszyłyśmy z hotelu
Danieli w towarzystwie służącego, który niósł za nami srebrny kubełek z lodem i butelką szampana - on jakby właśnie czekał na nas na przystani,
przed Pałacem Dożów.
Wchodząc do gondoli, Babka puściła do mnie oko i z uśmiechem damy, która
chętnie przyjmie dziś zaloty przystojnego kawalera, pozwoliła sobie na
zbyt pieszczotliwe wsparcie się o ramię chłopaka, a następnie, nieco za
wysoko uniósłszy skraj sukni, opadła na poduszki rozrzucone z tyłu
łodzi. Zanim nie rozdzielił ich skraj parasolki, raz jeszcze rzuciła
spojrzenie o sekundę za długie w ocienioną rzęsami zieloną czeluść oczu
gondoliera. Na jej skinienie służący postawił kubełek i dwa kieliszki na
ławeczce między nami, zasławszy ją przedtem serwetką, i na kolejne
królewskie przyzwolenie Babki zabrał się do otwierania butelki.
- Brawo! - krzyknął gondolier, gdy wystrzelił korek i wśród
publiczności, z zaciekawieniem obserwującej ten spektakl, rozległy się
oklaski. Spełniwszy swe zadanie, służący wdrapał się z powrotem na
pomost i zniknął. Gondolier długim wiosłem odepchnął nas od przystani,
końce niebieskich wstążek trzepotały mu wokół muskularnej szyi, gdy
kołysząc się na pomarszczonej fali, oddalałyśmy się od brzegu, zdążając
ku Canal Grande.
- Mam na imię Fabio, signora - odezwał się i puścił do mnie oko. -
Jesteście z Rosji?
- No, noi siamo Polacche... mon cher... - odpowiedziała Babka i wychyliwszy się spod parasolki, przepiła do niego szampanem.
- Ach, Polki... Varsavia... - westchnął chłopak i nie wiadomo dlaczego,
zaczął śpiewać Wróć do Sorrento. Znałam tę pieśń z naszych płyt w Moskwie, gdzie śpiewał ją Sobinow11, ale
tu podobała mi się o wiele bardziej. Wiosło chlupotało, gdy rytmicznie
zanurzał je w wodzie, a obok nas przepływały gondole i łodzie,
trzepoczące falbankami na daszkach, pełne rozbawionych ludzi, śpiewu i hałasu. Zaczęłam szkicować koronkową fasadę pałacu, który właśnie
mijaliśmy. Znałam ją z albumów wuja Maurycego w Sankt Petersburgu - to
był Palazzo Gritti, ażurowy poemacik, przypominający ozdabiane lukrem
pierniczki, jakie według polskiego przepisu Anfisa i Głafira piekły nam
na Wielkanoc. Wpierw rysowałam taki, jakim go widziały moje oczy, to
znaczy en face, potem w poprzek rysunku zrobiłam linię wody i narysowałam go w odwróceniu, w rozedrganym odbiciu. Widząc, że pracuję,
Fabio zatrzymał łódź na rozkołysanej fali.
- Co tam robisz, dziecko? - zainteresowała się Babka.
- Kazałaś mi pracować - burknęłam, nie podnosząc głowy.
- Ale ja mówiłam o akwareli, kochanie. Akwarela na desce, na kamieniu...
to jest zadanie dla ambitnych. Ołówek ci przychodzi zbyt łatwo.
- To jeszcze mi powiedz, jak malować akwarelą, płynąc po Canal Grande!
Zamknęłam szkicownik. Zdjęłam Tütü z ramienia i opuszkami palców
pieściłam jego wąsiki. Podróż zdecydowanie mu nie służyła. Był ospały i jego skórka, powleczona futerkiem, wciąż drżała.
- Jak on ma na imię? - spytał Fabio, pokazując na szczurka.
- Tütü.
- Tütü... jakie ładne imię. Tütü! - Fabio znów błysnął w słońcu pięknymi
zębami. - A twoje?
- Moi, je m'appelle Tamara - łaskawie opowiedziałam po francusku.
- Tamara... Ta-ma-ra... - delektował się, podnosząc oczy ku słońcu. -
Meraviglioso!
Po raz kolejny musiałam uznać, że słuszne było moje żądanie, aby nazywać
mnie imieniem gruzińskiej władczyni, która uznawała tylko Boga nad sobą.
O niej też czytałam w bibliotece wuja, był tam również jej portret:
myśląca, piękna twarz pod królewską koroną. Jak teraz, tutaj, przed
najpiękniejszymi budowlami świata, zabrzmiałoby moje prawdziwe imię
"Marysia"? Jeśli chcesz bywać w niezwykłych miejscach - powtarzałam
sobie - jeśli chcesz poznawać wielkich ludzi i robić wielkie rzeczy, to
nie możesz mieć na imię "Marysia".
Dźwięk mego przybranego imienia wywołał uśmiech na twarzy Babki.
- Już się na mnie nie gniewasz? - zapytała.
Wzruszyłam ramionami.
- Obrażają się tylko panny służące! - powtórzyłam jej ulubione motto. Z aprobatą kiwnęła głową i wyciągnęła rękę po moje szkice. Chwilę
wertowała je w milczeniu i oddała mi teczkę ze słowami:
- No cóż, masz talent. Ale trzeba jeszcze dużo pracować, dziecko...
wysubtelnić kreskę. Mówiłam, ćwicz się w akwareli, bo to uspokaja
wzburzone serca.
Odebrałam teczkę z rąk Babki, po czym wstałam i cisnęłam ją do wody z takim rozmachem, że łódź niebezpiecznie się zakołysała.
- Co ty robisz?! - wrzasnęła Klementyna, czyniąc znak krzyża i obracając
się do gondoliera: - No rusz się, rób coś! Trzeba to wyciągnąć z wody!
Dziecko, czyś ty zwariowała?
Gondolier wzruszył ramionami, ja też. Babka krzyczała do niego po
francusku, a do mnie po polsku, mógł więc uznać, że w żadnym wypadku
sprawa jego nie dotyczy. Poza tym, najęto go do wiosłowania, a nie
skakania do wody. Tańcząc na falach, teczka wypluwała ze swego wnętrza
kolejne rysunki, oddalając się coraz bardziej, choć gondolier wykonywał
wiosłem sprawne ruchy, by nas do niej przybliżyć. Babka przez chwilę
szarpała się między poduszkami, aż uwolniwszy się od kapelusza
przypiętego do włosów niezliczonymi szpilkami i rozplątawszy sznurówki
gorsetu, została w samym dessous i spódnicy. Wtedy wstała i zgrabnym
susem wskoczyła do wody.
- Babciu! - krzyknęłam i poderwałam się na nogi, ale łódź się zachwiała
i upadłam na kolana.
- Presto! - wrzasnęłam do gondoliera. - No róbże coś, baranie!
Piękny Fabio zaczął szybko paplać, chyba w jakimś narzeczu, bo nic nie
rozumiałam, potem rozłożył ręce i z rozdziawionymi ustami patrzał to na
mnie, to na wodę. Również na innych łodziach zrobił się ruch, ludzie
krzyczeli w różnych językach, pokazując sobie unoszącą się nad wodą
królewską głowę Babki. Nie zwracała na nich uwagi, płynąc majestatycznie
żabką, a kiedy zbliżyła się do szkicownika, pozbierała pływające po
wodzie rysunki, potem teczkę wzięła w zęby i obróciwszy się na plecy,
pięknym stylem grzbietowym wróciła do gondoli. Owacji, jakie dostała od
nadpływających zewsząd statków, nie słyszał chyba dotąd żaden champion
sportowy na świecie. Zdyszana wsparła się łokciami o burtę i wrzuciwszy
teczkę na dno łodzi, pozwoliła chłopakowi wciągnąć się do środka, tak by
nie wywrócić gondoli. Siadła na poduszkach mokra, zarumieniona i próbowała nalać sobie szampana, ale drżenie rąk było tak wielkie, że bez
słowa odebrałam jej butelkę i zrobiłam to za nią.
Wieczorem siedziałyśmy przytulone do siebie na dywaniku, grzejąc się w świetle uruchomionego przez garsona gazowego kominka. Rysunki, rozłożone
na siedzeniach i oparciach krzeseł, suszyły się w bezpiecznej odległości
od płomienia. Babka była zamyślona i promieniowała skromnym heroizmem, z którego zdawała sobie sprawę, choć dobre wychowanie nie pozwalało jej
domagać się uznania.
- Nie wiem, dlaczego nie skoczyłam za tobą - powiedziałam markotnie.
Bezgranicznie kochałam tę starą kobietę, choć tak samo jak wobec matki,
a nawet mojego brata Stańczyka i ukochanej siostry Adrienne, nie umiałam
tego okazywać. Wstydziłam się czułych gestów, były dla mnie oznaką
słabości.
- Nie chcę zwalać winy na gondoliera... on tylko gapił się na mnie, a ja
na niego. Para idiotów. - Prawie zmusiłam się, aby dotknąć jej ręki.
- To ładnie, że się przyznajesz. Dziękuj Bogu, że nie skoczyłaś.
Ratowałam twoje rysunki, a jeszcze musiałabym ratować i ciebie... A gondolier... - Machnęła ręką - ...jemu każdy wszystko wybaczy. Jeszcze przez
parę sezonów... Starczy, że jest piękny i nikt się po nim więcej nie
spodziewa, jak tylko śpiewania kanzon i radowania oczu kobiet. Może
także niektórych mężczyzn... - zaśmiała się tajemniczo, podnosząc się z podłogi.
- Babciu, ale królowa gruzińska by skoczyła, ani chwili by się nie
wahała... - kontynuowałam samobiczowanie, gdy Babka szła już wzdłuż
krzeseł, przyglądając się szkicom. Podnosiła je pod światło, sprawdzając
stopień ich zawilgocenia.
- Bon. Już można położyć je na stole i przełożyć płótnami. Na to
położymy karton i przyciśniemy książką... Aa, widzę, że pokojówka
przyniosła płótna, kiedy my spałyśmy...
Podeszła do drzwi, gdzie na komódce leżał stos równo przyciętych
płócienek. Nagle zatrzymała się i spojrzała na mnie ciemnymi oczami, w których inteligencja błyszczała jak gniazdo ametystu, ukryte wewnątrz
groźnej i ciemnej skały.
- Zapamiętaj dzisiejszy wieczór - powiedziała. - Twoje prace... cóż, pewna
jestem, moje dziecko... będą kiedyś warte miliony.
- Ale przecież tego nie wiedziałaś, kiedy skakałaś do wody? - odezwałam
się po chwili.
Popatrzała na mnie z namysłem.
- W każdym z nas jest odrobina szaleństwa - powiedziała wreszcie. -
Nagle poczułam ochotę, żeby skoczyć... i skoczyłam.
wrzesień 1976, Cuernavaca
Callejón Borda
No powiedz, Pablo: czy ja, mając taką Babkę, mogłam zachowywać się
"normalnie"? Tak, jak tego pragnął mój biedny Tadeusz? Abym była...
"zwyczajna"... - Hm... no... po prostu... normalna kobieta! - w ten prosty
sposób wyrażał swe nieskomplikowane nadzieje, robiąc pełne namysłu
pauzy, jakby miał powiedzieć nie wiadomo co. Jak ja nienawidziłam tych
chwil! Ty rozumiesz, ty jeden, moją nienawiść do przeciętności. Niech
będzie wspaniale dobry gust. Niech będzie wspaniale zły gust. Ale niech
to będzie wspaniałe. Albo straszne. Ale nigdy, przenigdy niech to nie
będzie najohydniejszy ze wszystkiego: "dobry gust klasy średniej"!
Nasze sesje w twojej pracowni... Duet dusz, dwojga artystów prawdziwych:
ty rzeźbiarz, ja malarka, w pełnym wysokim porozumieniu. Tego nigdy nie
zaznają pseudoartyści, imitatorzy, sklepikarze pseudosztuki nowego
pokolenia. Może wulkan to z nas uczynił? El Popo, którego ośnieżony
czubek najlepiej widać z mojego tarasu i który od lat maluję, maluję, a nie mogę go namalować? Jeśli życie spędzasz u stóp potwora, to nie może
pozostać bez skutków. Kiedyś Gide, siedząc w Lozannie w hotelu i mając
po jednej stronie Alpy, a po drugiej promenadę i jezioro, tak napisał w swym dzienniku: "Jeśli doliny robią z drzew palmę, a góry - sosnę, to co
robią z człowieka?". Co wulkan z nas zrobił, Pablo? To dla niego tu
zamieszkałam, uciekłam z Houston, od mojej córki i moich przyjaciółek,
tych milionerek, dla których największą tragedią, o której miesiącami
potrafiły rozprawiać w Racquet Clubie, jest para okularów Versace za sto
pięćdziesiąt dolarów, na których usiadła ich meksykańska służąca.
- To jest mój brat - wskazuję polukrowany, sięgający nieba czubek góry i jej płowe cielsko, zasłaniające horyzont. - Tu chcę zostać. Tu być
pochowana. W jego trzewiach.
$
Przed chwilą wróciłam z katedry i siedzę teraz w atrium twojego
Zaklętego Domu przy callejón Borda, mój Pablo. Piję herbatę z mojej
ulubionej filiżanki, tej szerokiej, ręcznie malowanej w owoce morwy. A przede mną znów stoi mój kat, a właściwie kacik: magnetofon przenośny
Philips, kupiony przez ciebie w Paryżu. Jaka tu dziś jest cisza! Krople
dżdżu uderzają o liście. Po tej stronie muru odgłosów uliczki nie
słychać. Huerta krząta się w kuchni pachnącej ziołami, zlewem i dawnymi
środkami czyszczącymi, jakimś sidolem do szorowania mosiądzu i octem do
odkamieniania czajników: to zapach moich kuchni w Warszawie, w Moskwie,
Paryżu.
Wsparta łokciami o dębowy stół z potężnym blatem, który mógłby stać na
werandzie dawnego polskiego dworu, spoglądam na moknące w mżawce
oleandry, strelicje i begonie zwieszone festonami ponad kręgiem starej
fontanny. Przychodzę tu co rano i z papierosem w dłoni, pobrzękując
bransoletami, wpatruję się w twego trzymetrowego węża - w te ślepia
miedziane, wąskie, "modnie zmrużone" (wyrażenie Canty). To twoja
najlepsza rzeźba, która w kącie patio sterczy skrętami swego miedzianego
cielska, zanurzając pysk w zieleni, jakby wypełzł z jakiejś czarnej
kosmicznej dziury i czaił się do skoku na chrześcijańską duszę. Zawsze
ceniłam twoje rzeźby za ich wieloznaczność: to przystoi każdemu
wybitnemu dziełu. Twój wąż mógłby być modelem DNA - to interpretacja
Paza. Albo wężem, w którego zmieniła się różdżka Mojżesza - to są słowa
Canty. Może też być symbolem mądrości: jednym z dwóch węży oplatających
laskę Hipokratesa. Z kąta ogrodu celuje we mnie pyskiem wąskim jak grot
strzały i zmrużonymi ślepiami, w których czai się inteligencja i przewrotność. Kiedyś Paz odwrócił się bokiem do mnie i jego profil
nałożył się na głowę węża: ujrzałam, że mają ten sam wyraz namysłu i inteligencji - ale jakby kosmicznej, złowrogiej, oddalającej się coraz
bardziej od ziemskich istot, wewnątrz kryształowej kuli.
Przerwa. Musiałam oddalić się w poszukiwaniu papierosa. Znalazłam je w szafce nad zlewem, za szklankami. Oto, w jakim mało wymyślnym schowku
Huerta chowa papierosy przede mną! Moja córka jej przykazała, bo
uwierzyły, że chowając przede mną papierosy, przedłużą mi życie o półtorej minuty. Widziałeś podobne idiotki?
Ciekawe, gdzie w Paryżu znalazłeś to cacko. Ale to holenderska robota,
jak czytam na obudowie. W Ameryce już tego się nie kupi. Mają nowsze
aparaty. Ameryka! Nowość, nowość! Demon nowości. Mieć! Mieć! I wciąż
nowe! Po co ja tu przyjechałam? Nikt mnie tu nie potrzebował. Są
szczęśliwi, gdy mają swoje drinki. Wyobraź sobie, co mi się wczoraj
przytrafiło: umyśliłam sobie sprzedać Tres Bambús, mniejsza o to,
dlaczego, kiedyś ci opowiem. I przyszło małżeństwo amerykańskich
milionerów. Wpierw nachwalić się nie mogli, jak ja wyglądam, bo pewnie
spodziewali się spotkać coś w rodzaju bohaterki filmu Mumia.
Przyglądam się tej damie, mającej na sobie dżinsy, of course, i okropne buty na niebotycznym obcasie, i ze trzy funty biżuterii. Pytam
ich: czy mają państwo pieniądze na zakup tego domu? A oni: ah, sure!
Tylko czy tu jest dość sypialni, bo widzą tylko dwie, a potrzebują
sześciu.
- Więc wy potrzebujecie hotelu. A tu jest dom mieszkalny. Żegnam! - I odprowadziłam ich do wyjścia.
Już wiem, gdzie to kupiłeś: jest taki sklepik przy rue Voltaire,
niedaleko domu doktorostwa Boucard, u których syna na herbacie przecież
często bywasz. Oboje Boucardów malowałam... doktora chyba w 1926 roku, ją
rok czy dwa lata po nim. Bardzo lubię te ich portrety, zwłaszcza
madame Boucard z jej czerwoną suknią. Udało mi się w tych złamanych,
płaszczyznowych fałdach oddać cały szał bogatej czerwonej draperii,
który zderzyłam z jej pełną spokoju, myślącą twarzą... Ile godzin przedtem
siedziałam przed Portretem kardynała Richelieu Philippe'a de
Champaigne, zgłębiając ukryte życie krwistoczerwonego jedwabiu, tafty,
satyny... ich układanie się na ludzkim ciele, w zgięciach materii lub jak
leją się, uniesione w powietrze porywem wiatru na ulicy... I znowu
odbiegłam od tematu. A jaki jest temat?
Aha, moje życie.
No więc, przy rue Voltaire jest sklepik z muzyką, prowadzi go już
trzecie pokolenie rudzielców. Mają tam różne rupiecie i straszny krzyk
panuje w jidysz, po rosyjsku, po polsku. Za moich lat sprzedawali tam
radia i gramofony, ale z jakiegoś powodu również rowery. Zawsze
zapominałam ich zapytać: po co te rowery? Jaka tajemna więź łączy
trącanie boskich strun harfy z pompką rowerową i klejeniem dętki? Może
też wyżymaczkę trzeba by powiesić? Byliśmy raz u nich z Tadeuszem, gdy
zachciało mu się kupić mi w prezencie kompletne nagranie Złota Renu
Wagnera. Wiedział, że lubię przy Wagnerze malować. Już nie pamiętam, kto
śpiewał, Lotte Lehmann? Tiana Lemnitz?... poznałam ją kiedyś w Londynie,
okropna hitlerówa. Kupiliśmy też masę Chopina z Paderewskim,
Rubinsteinem, i przepiękne utwory na skrzypce takiego polskiego
kompozytora, nazywał się Szymanowski. Ach, jaki on był piękny, ten
Szymanowski, kiedy zjechał do Paryża w połowie lat trzydziestych, z kapelą złożoną z najprzystojniejszych górali, jakich znaleźć można w polskich Tatrach! Nie wyobrażasz sobie, Pablo, jakie piękne, jak profil
orła, są twarze zakopiańskich górali! Paryż oszalał, Cocteau trzy razy
był na tym, więc i ja chciałam Szymanowskiego namalować. Misia
Sert12 podjęła się spotkać nas ze sobą...
ale był wciąż zajęty, zajęty... pewnie tymi góralami... Nosił w sobie
tajemne znamię, smutek pederasty, te ciągłe wykręty, brak czasu,
przepracowanie i okłamywał tym szalejące za nim kobiety, aby potem
włóczyć się do rana za murarzami, do bud nad Sekwaną. Szukałam później
jego płyt w Warszawie i wiesz co? Również w tym warszawskim sklepie z muzyką, bardzo eleganckim, na Marszałkowskiej, stały rowery! Może to
jest międzynarodowy spisek handlarzy, jakaś sekta, wiadomo ci coś o tym,
Pablo? Bo czy to nie jest twój fach, artysto? Szukać niedostrzegalnych
związków między przedmiotami? Słowami? Uczuciami...? A ty mi odpowiesz:
dwie wojny zrobiły swoje, Tamaro. Już my tych szyfrów nie odnajdziemy.
Za dużo ludzi zginęło, pula genowa osłabła. I sztuka się skończyła. Masz
rację, Pablo, sztuka się skończyła, tak jest.
Meandruję. Nie umiem inaczej, gdy wyobrażam sobie, że siedzimy teraz z tequilą w garści w "Las Ma?anitas", w krzyku pawi i chłodzie sztucznych
strumieni, patrząc na wznoszące się nad nami mury tego zamczyska
Corteza, na porośnięte lianami cypryśniki, pęki ich pni i spływające po
ścianach ich korzenie, jak jęzory czarownic wylewające się na środek
alejki... A więc chcesz, bym nagrała dla ciebie swoje życie?
Ale jak można je nagrać, skoro już się je przeżyło?
Moje życie nie jest taśmą, jest kulą. Czasem, dozwala mi się zajrzeć do
jej środka, ale już nic tam nie zdziałam, o niczym nie zdecyduję,
niczego nie cofnę. Ono już nie jest moje. Patrzę i coś tam widzę, jak
przez szpary w drzwiach starego domu: ułamki, fragmenty. Czyjś uśmiech...
ach, wiem, to ten młody policjant w Paryżu, którego potem malowałam... Jak
on miał na imię? Adam. Uśmiechał się z zażenowaniem... - Proszę pani, to
ja mam się całkiem rozebrać? Uwierzysz? Ludzie wtedy jeszcze się
wstydzili. Zdjął spodnie, potem bluzę, wszystko porządnie pod kant
ułożył na taborecie, na koniec jego ręka pokazała się zza parawanu,
kładąc na wierzchu wielki czarny pistolet. Jego dziewczęcy rumieniec, na
spokojnej, męskiej twarzy. W końcu powiedziałam mu: - Proszę pana, niech
pan zostawi wstyd za drzwiami. Tu chodzi o sztukę! Ja nienawidzę
pornografii.
Znów patrzę w kulę - i co widzę? Szew na gazowej pończosze dziewczyny,
idącej przede mną bulwarem Saint-Germain. Tak wtedy mówiono: pończochy
gazowe, bo one były z gazy, nie z nylonu. Miały z tyłu linię szwu i ten
ciemny prążek biegł pionowo w dół łydki, to była esencja kobiecej nogi.
Szła w tym paryskim, matowym słońcu poranka, stukając obcasikami, tap
tap, tap tap, a obok biegł maleńki kosmaty piesek, miał zieloną kokardkę
na obróżce. I wiesz, Pablo, tamte dwa prążki na łydkach, migające przede
mną na tle chodnika, tamten stukot pantofli z rzemyczkiem, który
zapinało się na mały czarny guziczek... tamta podskakująca na grzbiecie
psa kokardka i opalizujące lśnienie dziewczęcych bioder, opiętych
plisowaną satynową spódniczką, zostaną dla mnie definicją szczęścia.
Prawie biegłam za nią, bo dokądś się śpieszyła. Do kochanka? Nie, w Paryżu o tej porze, to ona właśnie WYSZŁA
OD kochanka - i teraz spieszy się... do męża...? Biegłam bulwarem,
była wiosna i w piersiach brzęczało mi jedno słowo: szczęśliwa!
Zapamiętaj sobie: teraz, tu, o tej godzinie i minucie, osiągnęłaś pełnię
ziemskiego szczęścia. Tamaro! Od tej chwili już nic nie może być lepiej.
Wczoraj rano znów stałam na tarasie Tres Bambús, naprzeciw mego
prześladowcy. Zaczynam nienawidzić tego domu, chcę go sprzedać. To dom
mojej klęski. Tu, na tym tarasie, co rano staję przed widokiem, którego
nie potrafię okiełznać. Szydzi ze mnie ta biała od śniegu kopa, od dołu
okopcona, jak cylinder lampy naftowej, na czubku ciemne pasemko dymu,
który wije się po niebie jak smutna serpentyna i rozpływa w bielejącym
od upału błękicie. Muszę się śpieszyć, mam prawie osiemdziesiąt lat i długo już tej kryształowej kuli nie utrzymam w dłoni. Potoczy się po
dywanie, jak w tym pięknym filmie, który uprzejmie puściła mi ze swego
terkoczącego projektora jeszcze jedna tutejsza milionerka, pani Hutton.
Prawie obraziła się na mnie, że ja też znam Orsona Wellesa.
Biorę kulę do rąk i ją obracam. Widzę matkę. Zaraz pojawi się Adriana... i Babka... i martwa biała twarz Stańczyka na katafalku: woskowa kukiełka ze
sztywnymi odnóżami i czubkami czarnych lakierków, sterczących nad
krawędzią trumny, w obwieszonym żałobnymi aksamitami salonie... Jak ja za
nimi tęsknię! Chyba pragnę śmierci, tej bramy, którą trzeba przejść, aby
znów być z nimi. Coraz bardziej jestem sama, choć jest przecież rodzina,
którą stworzyłam. Ale Tadeusz odszedł, Kizette twierdzi, że nigdy jej
nie kochałam, a obu moich wnuczek nie rozumiem i one nudzą się ze mną.
Osiem lat minęło, odkąd odeszła Adrienne. Patrzę na zdjęcie z jej
pogrzebu w Beaulieu-sur-Mer: stoję wątła, brzydka, przybita, w czarnej
sukience i żałobnej koronkowej mantyli. Oto prawdziwa ja; przez całe
życie tracę to, co kocham. Albo ja ich zniszczyłam, albo oni połapali
się w porę i zdążyli uciec.
Powinnam już dawno temu zabić się, Pablito. Miałabym wreszcie to za
sobą. To czekanie... Jak ten pisarz z filmu, który widziałam w Paryżu.
Czego pan pragnie najbardziej? - spytali go. Osiągnąć nieśmiertelność. A potem zabić się.
Wolałabym nazywać ciebie z włoska, caro mio... posłuchaj, jakie to
urocze: Paolo, Paolino... Włoski to jest czysta muzyka, nie ma drugiej
takiej mowy, która by w ustach grała jak klawikord, śpiewała jak Callas,
dudniła lirą korbową, cyzelowała cytrą, dawała lente violi... Mówiłam ci,
że gdy malowałam, to puszczałam te płyty z Wagnerem. Zawsze dyrygował
Karajan albo Toscanini. Taka już jestem: wszystko musi być prima,
najlepsze! Nienawidzę taniochy, podróby, prostactwa. Jestem więc Polką,
ale w tym sensie, w jakim do polskości przyznawali się najwięksi:
Kościuszko, Chopin, Paderewski. Polskość niska drażni mnie, co gorsza -
ona mnie nie interesuje. Pewnie jest tak dlatego, że w jakimś ułamku, po
moim pięknym ojcu Borysie - prawniku polsko-moskiewskim, który porzucił
nas, gdy jeszcze ssałam palec matki - mam gen ściśle kosmopolityczny.
Wciąż mnie wszędzie pytają: żydowski? A co komu do tego? Był drań,
poszedł. Widziałam dokumenty, gdzie pisał się "Bronisław". Może więc był
z niego Polak obrotowy, jak te laleczki na straganie: z jednej strony
Borys, a z drugiej Bronisław, raz na użytek ruskich, a raz polskich
klientów. I jak ja go miałam pokochać? Nawet porządnie znienawidzić się
nie dał. Gdzie inni mają w sercu imię ojca, u mnie jest tęsknota. A czasem śmiech. I trzaśnięcie drzwiami.
Nasz dom w Moskwie
Kiedy? Znów... powiedzmy... około 1909 roku. Mam dziewięć lat i moje rączki
na dywanie bawialni oddają się ulubionej czynności: wysypywaniu
klejnotów ze szkatułki mamy i rozkładaniu ich wokół siebie. To jest mój
sezam: pierścionki, zwieńczone koszyczkiem lub stożkiem, z perłą,
brylantem, ametystem, złote klipsy w kształcie skręconych muszli,
brosze, diademy roziskrzone platyną i kocimi okami topazów. Wkrótce
dywan lśni kaskadą szafirów, przedśmiertną bladością opali i złym,
kuszącym ogniem rubinów. Rozkoszuję się chłodem pereł, których sznury
owijają się wokół mych nadgarstków, jak białe węże, nakładam sobie na
główkę ciężką, wysadzaną brylantami i opadającą mi na oczy tiarę. Jej
blask, rozpalony przez zachodzące słońce, rozjaśnia półmrok bawialni.
Dwuskrzydłowe drzwi otwierają się na ogromny salon, jest skąpany w popołudniowym słońcu. Widzę uniesione skrzydło fortepianu, nad nim
sterczą dwa misternie upięte grzebykami koki: to moja matka Malwina, a obok niej Babka Klementyna. Wertują nuty, półgłosem przygotowując się do
gry na cztery ręce. Odkąd ojciec odszedł, a właściwie nas porzucił, same
kobiety są wokół mnie: moja młodsza siostra Adriana, nazywana Adrienne,
sztywna mademoiselle Gauty, ucząca nas francuskiego, frojlajn od
niemieckiego, dwie rosyjskie służące i przede wszystkim one: królowa
Klementyna i jej drobna następczyni tronu, Malwina. Zza rzeźbionych nóg
fortepianu widzę ich buciki z wygiętymi obcasami, połyskujące wężową
skórką. Na delikatny profil Malwiny prószy światło od wysokich okien.
Jest ładna, ma skore do śmiechu dołeczki w kącikach ust. Ale nie lubię
jej - za to, że nie lubił jej ojciec i dlatego odszedł. Bo jej
bluzeczki, spódniczki, buciczki zawsze MUSZĄ być z Paryża. Najlepiej od Wortha.
Wiosenny podmuch faluje firanami, za którymi przez cały front kamienicy
ciągnie się balkon. Ma kształt muszli, niesionej na grzbietach delfinów.
Uwielbiam tam siadać w wiosenne popołudnia, w czapce z koziej skórki i szaliku, patrząc z góry, jak nasza ulica kipi ruchem, hałasuje bańkami
na mleko, trzaskaniem z bata woźnicy, który ma piórko zatknięte u kapelusika. Stukot chodaków służących, biegnących po wrzątek do narożnej
knajpy w suterenie, miesza się z turkotem karet skrzypiących resorami w drodze do teatru i szelestem salopek paniuś podążających na Ochotnyj
Riad po nalewki dereniowe i niedźwiedzie łapy z chrzanem. Czasem, ku
uciesze gawiedzi, rozlega się grzmot żelaznych obręczy kół, aż brzęczą
szyby w oknach i dzwonią wisiorki naszych żyrandoli, gdy mknie tabor
strażacki z umocowaną na dachu drabiną. Przed nim pędzi do pożaru
jeździec w miedzianym hełmie i dmie w miedzianą trąbę, aż dziewuchy z piskiem umykają na wszystkie strony. To jest najwspanialsza ulica Moskwy
- bo my przy niej mieszkamy.
Co jeszcze widzę w mojej magicznej kuli? Na środku salonu, na zielonym
dywanie pokrywającym marmurową podłogę, stoi mebel całkiem zbyteczny,
choć stanowiący oś salonu, wraz ze zwisającym nad nim największym z trzech żyrandoli. Nazywa się canape circulaire i jest wielką, okrągłą
kanapą obitą pluszem, ze zwisającymi do podłogi czerwonymi frędzlami i wstawioną w środek ogromną toskańską wazą z terakoty. Brzuch wazy
pokrywają winogrona, pączki róż i maleńkie ptaszki, możliwe, że słowiki.
Zazwyczaj, w czasie herbat, kanapę obsiada wianuszek pań w wysokich
koafiurach, z filiżankami w upierścienionych dłoniach. Dziś jej jedynym
użytkownikiem jest śpiący w pudełku po cygarach Babki mój ukochany
szczurek Tütü.
Pieszczę klejnoty i słucham muzyki Chopina. Walc Es-dur wybiega spod
palców kobiet, jak ze sprawnej czteroręcznej katarynki. Czy może być
piękniejsze tło dla wiosennego wieczoru? Kiedyś grać to będzie dla mnie
mój przyjaciel, Rubinstein i wtedy wróci do mnie ta scena: twarz Babki,
skupiona, bo trawi ją pragnienie "perfekcyjności w każdym calu" - tę
dewizę powinna wykuć sobie na czole. Ale pragnienie doskonałości potrafi
być udręczeniem, więc pionowa zmarszczka przecina jej czoło. Malwina
jest nieuważna, błądzi spojrzeniem po stiukach salonu. Jest marzycielką,
głębię jej uczuć ukształtowały romanse, które prenumeruje z Paryża wraz
z ilustrowanym magazynem "Le Miroir des Modes". Mimo to, jest też dość
praktyczna. Nigdy nie mówiła, co poróżniło ją z ojcem, ale pomimo swych
cierpień zdołała wymóc bardzo dla nas korzystne zabezpieczenie
finansowe. Dzięki temu już następnej jesieni będę mogła jechać do szkół,
do Szwajcarii.
Dziś jednak o niczym tak nie marzę, jak o podróży do Włoch! Odkąd zimą,
w Sankt Petersburgu, gdzie mieszka siostra matki, Stefa, i gdzie teraz
coraz częściej jeździmy, przewertowałam w bibliotece wuja album o sztuce
Włoch, już tylko jedno wiem: muszę tam pojechać! Tam chcę mieszkać! I tam chcę umrzeć, jak ta donna na przełożonej bibułką ilustracji,
spoczywająca w łodzi o kształcie łabędzia i sunąca po wodach Lago
Maggiore wzdłuż cichych brzegów Isola Bella, z dwoma aniołami u wezgłowia, grającymi jej na harfach do wiecznego snu.
- Malwino... grasz zbyt espressivo... - Głos Babki wdziera się w me
marzenia. - Chopin jest jak reńskie wino... lubi być schłodzony.
Przerywa i uśmiecha się do Malwiny, która się rumieni. Wie, że w wielu
sprawach nie dorównuje Królowej Matce. Babka ponownie kładzie palce na
klawisze i puściwszy oko do Malwiny, z werwą uderza w tony skocznej
piosenki. Znam ją, bo Stańczyk i ja, siedząc na kolanach ojca, który
robił nimi patataj, patataj, śpiewaliśmy to naszymi dziecinnymi
głosikami:
Jadą, jadą dzieci drogą
Siostrzyczka i brat
I nadziwić się nie mogą
Jaki piękny świat!
Nic z tego nie rozumiesz, biedaku, a to jest śliczna stara piosenka
polska o siostrzyczce i braciszku, którzy wędrują przez prosty świat
dzieciństwa. Napisała ją poetka Konopnicka, sama mająca chmarę dzieci i męża dziecioroba - mimo to potrafiła któregoś dnia spakować manatki i wynieść się do Florencji, gdzie zamieszkała z kobietą. Pablo, wyobrażasz
sobie?! Z kobietą! Wtedy nazywało się to "damą do towarzystwa".
Muzyka milknie. Czy przysnęłam? Obie kobiety stoją teraz w drzwiach
bawialni i patrzą na mnie. Zdrajczynie!
Wczoraj przed snem słyszałam, jak się namawiają w sypialni matki - że
Babka pojedzie do Włoch, ale sama! Jeździły tam dwa razy do roku,
dawniej we dwie, ale teraz będą jeździć osobno, bo okazuje się, że
Malwinę bardziej interesuje moda, ploteczki na hotelowych tarasach i spacery po promenadzie, podczas gdy Klementyna stawia sprawę jasno:
pierwsze są katedry i muzea, potem długo, długo nic - i ruletka. Jak ja
chciałam, żeby Babka zabrała mnie ze sobą! Jej świat wydawał mi się
tajemniczy i wytworny. Mnie też interesują muzea! A tu słyszę, przez
przystawioną do ściany szklankę (nauczyła mnie tego Głafira), że Babka
mówi: "Trochę w głowie jej się przewraca"! Niby mnie. A Malwina dodaje,
żeby lepiej zabrała Adrianę, bo taka chuda i grozi jej gruźlica.
Gruźlica? No... zobaczymy.
- Marysiu, sroczko. Chodź do nas... - odzywa się Babka, czyniąc
zachęcający ruch głową. Milczę, nucę do siebie i bawię się klejnotami.
Jaki rozkoszny jest chłód kamieni! Opale ślizgają się po rubinach, w głębi lśnią kocie oczy turkusów, leniwe perły wiją się w sznurach.
- Powiedz do mnie Tamara, to przyjdę.
Malwina kuca przy mnie, całuje mnie w skroń i również wkłada rękę do
szkatuły. Bawimy się kosztownościami i ona nuci piosenkę, którą przed
chwilą grały:
Jadą, jadą dzieci drogą
Siostrzyczka i brat...
Jak ona może być tak fałszywa? "Masz rację, trochę jest dziwaczna. Na
razie nie pojedzie!" - to były jej słowa. Dziwaczna?... No, to patrz!
Wypuszczam z rąk klejnoty i zaczynam kasłać. Łapię się za brzuch i chwytam powietrze ustami. Kaszel nasila się, oczy w słup i trzepię
rękami, kaszel już jest krótki, jak pianie koguta, śmierć chwyta mnie za
gardło. I co, czy ja nie mam gruźlicy? Przewracam się, bijąc piętami o podłogę. Matka podrywa się, jej krzyk wstrząsa kryształami:
- Boże!... Dziecko! Anfisa... Głafira...! Ona umiera!...
Do bawialni wpadają służące. Młodsza to Anfisa, głupiutka i poczciwa,
która na widok leżącej baryni rzuca się na kolana i zawodzi:
- Boh pomyłuj...
Pochyla się nade mną jej strwożona płaska twarz. Pewnie jej przodkowie
oddawali chanom swe córki na ius primae
noctis13. Wstrzymuję oddech, bo już
przecież umarłam. Ale stojąca w głębi Głafira zachowuje spokój: jest ze
wsi podriazańskiej, gdzie chłop przynajmniej raz w miesiącu musi sprać
żonę, bo jak nie spierze, znaczy się, ma inną. Leci wtedy taka przez
wieś, rwie włosy i zalewa się łzami. Głafira wie, że w Rosji obraz
zdarzeń rzadko odzwierciedla ich sens.
- Niczewo... niczewo... - mówi. - Prosto, barynia s babuszkoj choczet w Italiu ujechat'.
Malwina przenosi na nią nieprzytomne spojrzenie, ale założyłabym się, że
już przebiegło jej przez głowę pytanie, czy w garderobie jest
odpowiednia czarna mantylka do żałoby.
- Tubierkuloz w Italii ana choczet leczić... - Głafira przechodzi na
rosyjsko-polski. - Madam Klementina skazała, czto jej nie wazmiot, nu i wot, ciężko bolnuju mamy...14
Śmieje się rubasznie, choć umysł Malwiny, spragniony rzeczy wzniosłych,
broni się przed tak pospolitą wersją zdarzeń. Wyczuwa fałsz w mym
przedstawieniu, ale kierując się egzaltacją serca, pragnie go ignorować,
dając pierwszeństwo wersji tragicznej. Klęka przy mnie w pozie Halki,
rozpoczynającej arię "O mój maleńki, złóż do trumienki..." - co jest
cytatem z wielkiej opery polskiej, mój Pablito, bo przecież nie
wszystkie narody muszą wciąż zdzierać gardło w ariach z Toski - i tuląc mą rączkę, zalewa się łzami jak
Zboińska-Ruszkowska15, którą niedawno
oglądała w Warszawie, a nawet zjadły razem obiad w Bristolu:
- Zbudź się, maleństwo, nie zostawiaj mamusi samej...
Nareszcie włącza się Klementyna. Wzorem Głafiry, też zachowuje spokój i wsparta o framugę przygląda się tej scenie, paląc cygaro. Widzę ją spod
zmrużonych powiek i serce zaczyna mi bić mocniej. Pokręciła głową z dezaprobatą, ale i uznaniem. Ogniki humoru zatańczyły w jej oczach. Już
wiem, wiem! Spojrzenie Babki mówi, że choć brzydko jest udawać, to już
za samą artystyczną klasę przedstawienia należy mi się nagroda. Witaj,
Italio! Florencjo! Witaj Padwo, Wenecjo! Wkrótce się spotkamy!
- No, no... - odzywa się Babka. - To ci artystkę mamy. Naprawdę, istna
Modrzejewska.
październik 1976, Florencja
Tütü wkracza na scenę
Parowy pociąg wynurza się z tunelu. Siedzę przy oknie pierwszej klasy w słomkowym kapeluszu i patrzę na swe odbicie w szybie. Moje oczy
ogniskują się na uciekających wstecz cyprysach i ukwieconych domach z kamienia, pokrytych cynobrowymi, pozieleniałymi dachówkami. Nigdy takich
dotąd nie widziałam. I tylu tu pięknych chłopców, truchtających drogami
na osiołkach! Inni stoją przy torze z zadartymi głowami nakrytymi
ciemnym kapelusikiem i pozdrawiają nas machaniem. Żaden z nich nie jest
boso, mają na nogach sznurowane buciki lub sandały. W oddali, pod
ogromnym jasnym niebem, widać pasma wzgórz pokrytych zielonymi polami,
które otaczają murki z jasnych kamieni. Bezlitosne światło
śródziemnomorskiego wybrzeża - które dopiero później nauczę się cenić -
ukazuje zmarszczkę na zmarszczce pokrywające siateczką twarz Klementyny.
Mamy za sobą długą podróż: dwa dni pulmanem z Moskwy do Warszawy, tam
przesiadka na ekspres do Nizzy, znów doba podróży i postój w Wiedniu,
nareszcie Wenecja, Wenecja! A teraz pociąg do Florencji. Pomyśleć, że
Babka wybrała tę podróż z przesiadkami tylko po to, żeby w Wiedniu
pokazać mi Madonnę Różańcową Caravaggia. Chodziło jej o stopy.
- Patrz na potęgę szczegółu! To czyni sztukę! - Wskazywała mi brudne
stopy wieśniaków, klęczących w zachwyceniu przed Madonną.
- Dał je na pierwszym planie... spójrz, jaka odwaga! I przypomnienie
świętych słów Chrystusa, abyśmy przede wszystkim wypełniali obowiązki
stanu! Jaka pokora artysty, kiedy wie, że nie ogarnie całej głębi tej
sceny, więc chroni się w detalu, w ubrudzeniu biednych, pielgrzymich
stóp, które wszystko mówią o potędze wiary.
Kiwa się naprzeciw mnie, ni to w drzemce, ni w lekturze rozłożonego na
kolanach czasopisma. Przy drzwiach rozsiadły się dwie damy w podróżnych
strojach. Dołączyły do nas w Padwie, natychmiast wypełniając przedział
swą świergotliwą francuszczyzną. Taksuję je nieprzyjaznym wzrokiem,
wzbudzając ich niepokój. Bardzo lubię wiosenną modę tego sezonu. Obie
mają na sobie długie kraciaste peleryny z szeleszczącego materiału, spod
których wyglądają sznurowane botki. Ich głowy okrywają ciemne kapelusiki
z filcu, z małymi rondkami. U młodszej kapelusik jest ozdobiony z przodu
dużą sztywną kokardą, u starszej, tytułowanej "hrabiną", denko wieńczy
wysoki taftowy róg, podzwaniający zawieszonymi na jego czubku mosiężnymi
kulkami. Chyba ten dźwięk wyprowadza Babkę z równowagi, bo ilekroć, do
wtóru nieprzerwanej konwersacji, przedział wypełni się odgłosem tych
maleńkich czyneli, ona porusza się i z niezadowoleniem obraca ku nim
głowę. Wreszcie złożyła czasopismo i podniosła na mnie oczy.
- Tamaro - odzywa się po francusku - przestań się gapić na te badyle.
- Ależ Babciu, to są palmy! - zawołałam, siląc się na najlepszy paryski
akcent, jaki wbijała mi miesiącami mademoiselle Gauty.
- I co z tego, że palmy?... Zachowaj świeżość umysłu dla dzieł ludzkiego
geniuszu. Natura jest bez wyrazu w swym zewnętrznym pięknie. Jest
głupia.
Ku przerażeniu dam wyjmuje z torebki cygaro.
- Jak pani może tak mówić? - obruszyła się comtesse i mosiężne kulki
zadzwoniły.
Babka obróciła się do niej uprzejmie.
- Natura nie bierze udziału w sporze dobra ze złem, bo nie ma sumienia.
Jest więc głupia, głupia jak but, madame.
Odgryzła końcówkę cygara, którą z wdziękiem wypluła i umieściła w popielniczce. Zapaliła je benzynową zapalniczką, którą wuj Maurycy
sprezentował jej na gwiazdkę.
- Pani bluźni, łaskawa pani! - Hrabina z odrazą przyglądała się tym
czynnościom. - Natura jest dziełem Boga i tak ją należy postrzegać!
Natura zawiera w sobie Jego mądrość!
- Mądrość? - Babka wypuściła kunsztowne kółko dymu. - Niech więc pani
podyskutuje z drzewem o Spinozie. W Bolonii pociąg ma dłuższy postój i będzie mogła pani rozwinąć temat z krzakiem azalii. Rosną tuż przy
peronie.
Parsknęłam śmiechem.
- Co za maniery... przy dziecku... - westchnęła młodsza.
- To nie kwestia manier, ale tego, że zabrakło paniom argumentów. -
Babka pochyliła twarz nad gazetą. - I to nie jest zwyczajne dziecko... to
jest Wunderkind... - dodała, wracając do lektury.
- No proszę... a w jakiej dziedzinie, jeśli można...? - wyniośle
zainteresowała się hrabina.
- Hodowli szczurów! - pisnęłam.
- Nie przerywa się starszym - upomniała mnie młodsza. Starsza aprobująco
kiwnęła głową i dzwonienie kuleczek wypełniło przedział.
- Dzieci i ryby głosu nie mają! - oznajmiła. - Muszę powiedzieć... -
zwróciła się do Babki - że mnie gorszy cała ta sytuacja, madame. Jak
również to, że pani z upodobaniem toleruje takie zachowanie!
Uznałam, że mój czas nadszedł.
- Ale ja mówię prawdę! - Sięgnęłam do pudełka leżącego obok mnie i po
chwili główka Tütü wyjrzała mi z piąstki i z zaciekawieniem rozglądała
się na boki. Kobiety zamarły z wytrzeszczonymi oczami i półotwartymi
ustami, tylko mosiężne kulki przerywały ciszę, którą w następnej chwili
rozdarł ich wrzask.
- Aaaa!
Jeszcze zdążyłam chwycić Tütü za ogonek i wyciągnąć go w przód przed
siebie, w jego ulubionej pozie z rozczapierzonymi łapkami, gdy obie damy
poderwały się z siedzeń i szeleszcząc pelerynami oraz szarpiąc swe torby
podróżne, wypadły z przedziału, wzywając na pomoc konduktora.
- Niedobra! - odezwała się Babka, gdy zapadła cisza i Tütü wrócił do
pudełka. Jak dobrze po dziś dzień to jedno jej słowo pamiętam! Była w nim typowa dla Babki ironia, ale też przyzwolenie wielkiej damy, która
nie jest nią po to, aby słuchać reguł wymyślonych przez innych, lecz by
narzucać własne. Coś niesłychanie wyniosłego dla "praw pospólstwa":
królewskie napomnienie, udzielone jednemu z dwojga sprzymierzonych, za
winy wprawdzie przez jednego z nich popełnione, ale jeszcze w tej samej
chwili wybaczone i mające za cel nie ukarać, a przeciwnie, jeszcze
bardziej wzmocnić pakt namaszczonych. Pamiętam swoją odpowiedź daną
wtedy Babce: słowa, które szły potem ze mną przez całe życie i były moim
drogowskazem - ale również przekleństwem. Cała moja sztuka wyrosła z nich i one z tym większą furią rozbijały, niszczyły wszystko, co
próbowało się im sprzeciwić.
- Jestem artystką... - powiedziałam - ...a artyście wszystko wolno, ne
c'est pas, Baba?
Wiele bym dziś dała, aby przypomnieć sobie jej odpowiedź. Na pewno była
surowa, bo Babka nie znosiła Nietzschego, jego występnej "wolności" dla
wybranych - choć zarazem, w jakimś stopniu, nas samych i naszą sferę
uważała za "nadludzi". Pewnie powiedziała mi coś w rodzaju: "To nie
takie proste, dziecko"... I wciąż tej odpowiedzi szukam, brnąc przez swe
życie, którego tak mi zazdroszczą, a które zostawiam za sobą jak pole
bitwy, zasłane widmami tych, których źle kochałam. I cisza. Teraz już
tylko cisza. Nic w niej nie ma, oprócz szelestu kartek obracanych przez
Babkę i kroków zbliżających się korytarzem - zdaje się, idącego do nas
konduktora.
$
Zatrzymałyśmy się w hotelu St. Regis, tuż przy Piazza Ognissanti,
niedaleko od Uffizi i naprzeciw Excelsiora, w którym mieszkam dzisiaj.
St. Regis mnie już dziś razi tą swoją pychą przeogromnych żyrandoli i nawałem złota, wśród którego arabscy szejkowie przechadzają się jak po
swym dominium. Na stare lata robię się skromniejsza: bo to niby nadal
ten sam mój świat, ale jakby już nie mój, a wypożyczony. Tylu osób w nim
nie ma... została skorupa, jakieś dawne echa. Oto słyszę tap tap obcasów
przez hol, do windy idzie Chanel i razem z nią wsiadam, ale puszczam ją
przodem i gdy już jedziemy, mówię patrząc przed siebie:
- Madame Chanel?
- Oui.
- Enchantée... Łempicka... - Wyciągam dłoń w rękawiczce, którą ona z uśmiechem przyjmuje. Jest rok 1931, Chanel ma na głowie zachwycający
bujny kok, nakryty kapeluszem stylizowanym na beret, na jej szyi, w głębi futrzanej etoli, błyszczą perły. Taksuje mnie okiem badawczym, z iskierkami humoru tlącymi się w głębi tego kosmosu. Winda zatrzymuje się
na moim piętrze i wysiadając, mówię do niej:
- Madame, jest pani jedyną na świecie osobą, którą w drzwiach windy
przepuściłam przodem.
A teraz jest rok 1976... i patrz, Pablo, jak skaczemy po szachownicy
czasu. Ruchami wieży, powiedziałby Paz. Mimo swego ogromu, mój hotel
Excelsior wydaje się przytulny, bezpieczny. Górny taras patrzy prosto w poranek, wstający nad rzeką Arno. Spoglądam w lewo - wzgórza Fiesole, w prawo - kopuła Santa Maria Novella. Czego chcieć więcej? Kelner, jak
gdyby nic, podaje mi talerzyk z brzoskwinią i czekoladowym biskwitem.
Czekoladka?!... Gdy ja, właśnie przed chwilą, wróciłam na te poduszki -
wprost z otchłani?!... Życie i śmierć, tylko we Włoszech takie zgodne w duecie, nawet radosne, bo układają się w jakiś naturalny korowód
przeciwieństw, w zwyczajną kolej rzeczy - nadzwyczajnych. I tylko tu,
poprzez sztukę, brzydota śmierci nieustannie odmienia się w nieśmiertelność piękna , wymieniając się z nim swymi elementami.
Dość! Nie uniosę tego! Zostawić napiwek i iść. Do Santa Maria del
Carmine i tam, w półmroku kaplicy Brancaccich, siąść w ławce i patrzeć
na fresk Masaccia, na skurczoną jak u małpki, pełną złości i rozpaczy
twarzyczkę Ewy, której babski lament zdaje się rozsadzać ściany raju,
gdy pod mieczem anioła idą na wygnanie. Biedny, młody, chory Masaccio,
dla kogo on to malował? Zaraz potem umarł. Florencja! Florencja! Niby
wielka galera, kołysząca się na wodach czasu, pełna marmuru, złota i prochu. Teraz mogę umrzeć. O tak, tu, nareszcie.
Monsieur Martini
Rok - który to? - 1908? A może o rok później, jakie to ma znaczenie.
Idziemy z Babką przez ten ogromny hol St. Regis, pełen gości i cały w złocie. Jesteśmy w jasnych strojach spacerowych, ja mam przewieszony
przez ramię przybornik rysunkowy, na głowie kapelusik ze słomki,
oblepiony kolorowymi piórkami. Dziś rano, gdy już miałyśmy wychodzić,
zdjęłam beret i nałożyłam ten kapelusik, poprzedniego dnia kupiony na
dworcu w Wenecji, gdy tuż przed odjazdem pociągu pojawił się pod oknem
prześliczny brudny chłopiec w szerokich drelichowych spodniach i berecie
na ciemnorudej czuprynie. Ciągnął za sobą kramik na kółkach, na jego
prętach kołysały się drewniane Pierroty i Kolombiny, żółte i zielone
muchy, jakby pod szyję klauna, pęki kolorowych szali i pocztówki z wyciętymi sercami, z których wyglądały widoki Wenecji.
Babka otaksowała mój wygląd i zawiesiła oko na ozdobie mej głowy.
- Skąd to masz? - zapytała.
- Królowa angielska mi go dała.
- Ach tak... - zaczęła wciągać rękawiczki. - To następnym razem powiedz
królowej, że damy kupują kapelusze u Paquin.
Przy recepcji stała grupa panów w średnim wieku, palących cygara i głośno rozmawiających, każdy w jasnej marynarce i boaterze16 na głowie. Na nasz widok
oderwał się od tej grupy opalony szczupły mężczyzna w jasnym surducie, z uczernionymi wąsikami i zaczesanymi w tył przerzedzonymi czarnymi
włosami. Wyglądał jak francuski tenor, widziałam takich w Sankt
Petersburgu, gdy wujostwo zabrali nas na popis Opery Komicznej z Paryża,
a potem, razem z dyrygentem i śpiewakami, jedliśmy kolację w hotelu
l'Europe.
- Clementine! Ma Clementine! - wykrzyknął, rozpościerając ramiona.
- Mon Dieu, Georges Martini?! A to niespodzianka! - odparła Babka z udanym entuzjazmem. Trzymając kapelusz w ręce, schylił się, aby w wyszukanej lansadzie ucałować jej dłoń, ale tylko musnął ją wąsikiem.
- Piękna, jak dawniej... - Wyprostował się, patrząc na Babkę roześmianymi
oczami. - A ta mała dama...? To twoja córeczka?
- Ach ty, jak zawsze charmeur... - Babka pacnęła go w usta rękawiczką. -
To moja wnuczka, bałamucie!
- Enchanté. - Mężczyzna skłonił się przede mną. Gestem królowej
podałam mu dłoń do ucałowania. Kucnął i uniósł mą rączkę, lecz jej nie
ucałował, a uniósł twarz do sufitu i roześmiał się szeroko. Gdy jego
głowa zbliżyła się do mojej, poczułam znajomy zapach piżma, paczuli,
drewna, imbiru, ambry... Zapach ojca. Czarne źrenice Martiniego świdrowały
mój wzrok, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale językiem światła i wibracji, których nie rozumiałam, lecz one docierały do mnie mową
delfinów, kiedy kierują się całym stadem w lewo, potem w prawo, potem
jednocześnie dźwigają się i czynią skok nad wodę. W jego oczach była
wiedza, która budziła dreszcz trwogi, ale zarazem jej pragnęłam. Było
też coś więcej: w tych ciemnych źrenicach ujrzałam smutek. Ogromny,
ciągnący się przez środek jego duszy, jak jedna z tych żałobnych alej
wysadzanych cyprysami, które przecinają pola Toskanii. Odwróciłam od
niego wzrok, on wstał i odwrócił się do Babki, ale raz i drugi zerkał na
mnie. Czułam, że coś pięknego i groźnego zbliża się do mnie, jak
srebrzysty łabędź ciągnący pełne śpiewaków łodzie, po tafli mrocznego
jeziora.
- Au revoir... - Słowa Babki dochodziły do mnie z daleka, jak ze starej,
zakopanej pod ziemią amfory. - Pewnie znów się zobaczymy, Georges.
Pan Martini skłonił się i podśpiewując, oddalił się ku drzwiom.
- Do widzenia paniom! Szykuje się nam piękny dzień. In a beautiful
Floo-rence! - zakończył, odwróciwszy się i zabawnie, niby amerykański
klown, skandując ostatnie słowo. Zostałam sama, bo Babka poszła do
recepcji zapytać o pocztę. Wydawało mi się, że uczestniczę w spektaklu i za chwilę z balkonów zwisających nad holem rozlegną się chóry i swe
miłosne wyznania zacznie słać w niebo jakaś obwieszona klejnotami
Traviata. Wciąż lekko drżałam i miałam przyspieszony oddech, aż musiałam
usiąść na kanapce.
- Co to było? - spytałam, gdy Babka wróciła, przeglądając listy.
Spojrzała na mnie pytająco, już zapomniała o tym spotkaniu.
- Ach, Martini?... Ten stary satyr. Miałam nieprzyjemność poznać go
kiedyś w Nicei. Trzymajmy się od niego z daleka.
Zbliżył się do nas boy w granatowym uniformie, na głowie miał kepi z nazwą hotelu. Ukłonił się i powiedział:
- Signor Antonio czeka, madame. Od godziny.
Wskazał młodego człowieka z długimi kręconymi włosami i czarną bródką,
siedzącego na taborecie pod arkadą jednego z balkonów. Uniósł się i skłonił tak nisko, że zakołysały się żółte wstążki zawiązane pod jego
brodą. Było to bardzo miłe, bo w Warszawie czy w Wiedniu, gdzie byłyśmy
przedtem, nikt już fontaziów nie nosi. Zgasił papierosa i podążył nam na
spotkanie.
- Bienvenuto, mio Antonio! - Tym razem Babka nie musiała udawać
entuzjazmu. Oczy jej zapłonęły na widok urodziwej twarzy młodego
artysty. - Och, ci Włosi... - zakląskała. - Pan coraz piękniejszy, caro
mio... A oto pańska uczennica. - Wskazała na mnie, gdy wreszcie oderwał
usta od jej pierścionków. Zakłopotany komplementami starszej damy,
skłonił się przede mną, a ja powtórzyłam swój królewski ruch ręki.
Zawahał się i zanim ją ucałował, wykonał skomplikowany dyg włoskiego
dworzanina.
- Widzę, że się znasz na rzeczy - odezwałam się łaskawie i oboje
parsknęliśmy śmiechem.
Wymyślone przez Babkę insegnamento privato, czyli korepetycje, miały
na celu przede wszystkim nasycić jej głód perfekcjonizmu. Potem -
udoskonalić mą kreskę, a na koniec, o ile starczy czasu, poduczyć mnie
akwareli. Ale już wtedy wiedziałam, że z tą anemiczną farbką nie chcę
mieć nic wspólnego. Moja natura domagała się konkretu. Tylko olej - to
mnie zaspokoi: jak pierogi z kwaśną śmietaną we Lwowie, jak sprzedawana
w polskich sklepach kiełbasa w pętach albo bliny w rosole w knajpkach
Ochotnego Riadu. Czy ten śliczny paź, który zszedł teraz do nas z płótna
Bronzina, ma w ogóle pojęcie o tym? Spójrzmy, z jaką subtelną gracją
idzie obok Babki, przytroczony do boku jej mocarnym ramieniem. Babka
rozgląda się na boki i prawie nie dopuszcza go do głosu, tokując
francuszczyzną wymieszaną z makaronizmami i okrzykami po rosyjsku. Jest
upojona spacerem we florenckim słońcu, wzdłuż via dei Fiori, którą
przeciskają się dorożki, powozy i lawina spacerowiczów. Niejeden
ciekawie spoziera na lśniącą napierśnikiem z pereł starszą damę i jej
młodego kawalera w szerokiej pelerynie i kapeluszu z rondem, odwiniętym
jak u kondotiera. Tak mógł wyglądać młody Rafael i byłabym już w Antoniu
bez reszty zakochana, gdyby nie poranne spotkanie z panem Martinim,
które nie chciało wyparować z mej pamięci. Poza tym denerwowało mnie, że
ktoś zamierza mnie czegoś uczyć. Tym dwojgu nawet do głowy nie przyszło,
ile wiedzy sama zdobyłam, ślęcząc godzinami w bibliotece wuja.
- Ach, Florencja! - Na widok Santa Maria Novella Babka puściła Antonia i rozpostarła ramiona. - Mia bellissima!... tu oczyszczamy się z grzechów
świata! - wykrzyknęła - ...aby złożyć je potem na ołtarzu kasyna... - dodała
ciszej, gdy paru przechodniów obejrzało się za nią. Antonio stanął na
skraju chodnika, w pozie nauczyciela.
- Zwiedzanie Florencji należy zacząć od Akademii... Akademia to serce
Florencji, tak jak Florencja jest sercem Europy... - zaczął z typową
włoską egzaltacją... - Słyszałaś, dziecko, o genialnym Michelangelo?
- O ile mnie oczy nie mylą, to przed nami jest nie Akademia, ale Santa
Maria Novella - powiedziałam, kalecząc mój włoski.
- No tak. O tym za chwilę - speszył się Antonio. - Na razie chcę ci
powiedzieć o Akademii.
- Ale Akademia jest dalej, tu jest Santa Maria Novella! - upierałam się,
bo chyba porządek musi być.
- Dobrze, niech ci będzie. Oto Santa Maria Novella, w której mamy
kolekcję najwspanialszych dzieł sztuki, od Giotta, Michała Anioła przez
Ghirlandaia po Botticellego, Masaccia i Lippiego. Wiesz, kto to jest
Michał Anioł, dziecko?
- Sądząc po nazwisku, to jakiś anioł... - burknęłam.
- To był wielki malarz. I rzeźbiarz - dobrotliwie wyjaśnił mi Antonio.
- Więc w końcu Michał czy anioł? - udawałam idiotkę.
- Anioł? Jaki tam anioł. Jak tylu artystów, on miał więcej wspólnego z diabłem, małpeczko - westchnęła Babka. - Antonio, opowiedz jej o Michale
Aniele. Wprawdzie mnie już nie powiesz nic nowego, ale wystarczy mi
muzyka włoskiej mowy.
- Naturalnie... Michealangelo urodził się... - Antonio był bliski płaczu,
ale ja nie zamierzałam się poddawać.
- Babciu! - odezwałam się po polsku. - Niech on zmieni płytę. Ja nie
mogę tego słuchać.
- Zapłaciłam mu, żeby cię uczył malarstwa! Niech się wykaże!
- On mnie niczego nie nauczy! Michelangelo Buonarroti urodził się w Caprese, a wychował we Florencji - zaczęłam recytować po włosku. -
Większość młodych lat upłynęła mu na walce z rodzicami, którzy chcieli,
aby uczył się na kamieniarza, a nie zajmował się sztuką...
Babcia oniemiała, również jej amant stał z boku, nie wiedząc, co ze sobą
zrobić. Odwróciłam się i rzuciłam przez ramię:
- Będę w hotelu, gdyby mnie ktoś szukał.
- Antonio, niech pan ją łapie! - ocknęła się Babka, gdy zaczęłam znikać
w tłumie. - Zapłaciłam panu z góry!
Pomknął za mną, a dogoniwszy - ukląkł! I co powiesz, Pablito? Czy stać
by cię było na taki gest? Jego peleryna rozpostarła się na chodniku, a nasze twarze znalazły się naprzeciw siebie. Czułam muśnięcia jego
oddechu, pachniał tytoniem i słodką mandarynką, pewnie wziął jedną z patery, czekając na nas w holu. Palcem uniósł mi brodę i uśmiechnął się
najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziałam. Zmrużył powieki,
otulone długimi rzęsami jak u aktorki, i spod ocienionej wąsami górnej
wargi ukazał w uśmiechu wszystkie zęby: te z przodu, równie zdrowe jak
trzonowe. Patrzałam w jego szafirowe oczy, wiedząc, że odtąd będę ich
szukała u każdego mężczyzny.
- Widziałem twoje rysunki. Jestem pewien, że będziesz pięknie malowała.
- Jak Artemisia Gentileschi? - próbowałam odwzajemnić jego uśmiech.
Wstał i otrzepał kolana.
- Wysoko mierzysz. Ona była pierwszą w historii rzeczywiście wielką
malarką.
- To ja będę drugą - odparłam po chwili zastanowienia.
Następne dni minęły już bez Antonia. Wykręcił się innymi obowiązkami. Na
pociechę usłyszałam od Babki, że "dostał tyle, ile tu na posadzie nie
zarobiłby przez dwa miesiące". Co gorsza, zakończył żywot biedny Tütü,
być może zwalił go z nóg nadmiar włoskiego piękna. Zostawiony sam, w złotych klatkach hotelowych pokoi, które opuszczałyśmy na całe dni, aby
zwiedzać kraj nie tylko Michała Anioła, ale też najpiękniejszych
bucików, pasków, rękawiczek i torebek ze skóry, poczuł się brzydki i zapomniany. Rano, gdy zobaczyłam jego szmaciane ciałko wyglądające jak
zwiędły, poczerniały pąk irysa, popłakałam się, bo tak wyobraziłam sobie
własną śmierć: w samotności i wzgardzie. Poszłyśmy nad Arno i zszedłszy
po schodkach do lustra wody, puściłam pudełko po cygarach na fale rzeki,
nucąc za odpływającą w dal trumienką początek arii z dzwoneczkami z opery Lakmé, którą z gramofonu z różową tubą w kwiaty, stojącego w buduarze ciotki Stefy, śpiewała
Michajłowa17.
Teraz stoję w Akademii, przed posągiem Dawida, i czuję, że łzy mi
napływają do oczu. Babka, która sto razy już to widziała, siedzi opodal
na kanapce, przeglądając włoskie czasopisma - a we mnie jest rozpacz.
Nagle poczułam, że nigdy nikogo żywego nie pokocham tak bardzo, jak
piękno martwej rzeczy. Że niedostępna mi będzie miłość prawdziwa, ludzka
- gdy kobieta kocha swego mężczyznę nawet za to, że ma włosy w nosie i godzinami śpi po obiedzie, a z dziury w skarpecie wyłazi mu wielki palec
u nogi. To mi będzie zabrane... a w zamian będę pędzić przed siebie, choć
mnie nikt nie goni... jak mały Nils na grzbiecie gąsiora w powieści Selmy
Lagerlöf, którą właśnie czytam po francusku... I będę zwiedzać galerie,
muzea, kraj po kraju, coraz piękniejsze i bogatsze i szukać w szkatule
życia tego klejnotu: piękna absolutnego, którego nie ma... i w coraz
większym gniewie przesiewać dni, lata, ludzi, sukcesy, aby je odrzucać i łapać nowe, wciąż nowe i nie znajdując nic, co uspokoi serce.
Babka, która spod oka mi się przyglądała, odłożyła pismo i wyrosła przy
mnie. Jej dłoń w reniferowej rękawiczce uścisnęła mi ramię. Czułam się
przy niej kochana i rozumiana - całkowicie i na wylot, tak że Babka
mogłaby przeze mnie patrzeć. Ale zarazem czułam, że to bezpieczeństwo
właśnie się kończy i może to jest ostatnia taka wiosna, bo niedługo
zostanę sama. Ja - i on, mój ukochany, zimny marmur, jedyny, który
dozwala mi siebie kochać, bo wie, że nie mam takiej mocy, aby zniszczyć
miłość zaklętą w kamień.
- Tak tworzyli artyści, kiedy jeszcze wierzyli w Boga - dobiegł mnie
głos Babki. - Umieli tchnąć w kamień duszę.
I wtedy rozbeczałam się na dobre.
$
Mówi się, że w dobrym opowiadaniu strzelba wisząca na ścianie musi na
końcu wystrzelić. Dobrze, niech strzela.
Było już późno, ale jeszcze nie spałam. Stałam na schodach, patrząc w dół, na foyer hotelu i wiszące na wysokości mych oczu olbrzymie
żyrandole. Lśniły, jak zawieszone w powietrzu kopalnie diamentów. Jutro
jedziemy do Nicei, a ja mam rajzefiber. Zaraz po kolacji Babka znikła na
resztę wieczoru, aby rżnąć w karty z tymi dżentelmenami od pana
Martiniego, ale jego z nimi nie było, choć przez całą kolację specjalnie
marudziłam, zerkając na ich stolik i czekając na pojawienie się jego
wąsika i łysinki.
Z oddali, zza amfilady komnat, dobiegał mnie walc Es-dur Chopina, który
grała jakaś orkiestra. Było pusto i sama stałam u szczytu schodów,
pokrytych zielonym chodnikiem. Na stopach miałam pantofle na wysokim
obcasie, na głowie kapelusz z pawim piórem, usta pociągnięte czerwoną
szminką i uróżowione policzki. Nieliczni goście, mijając mnie,
przyglądali mi się spod oka, ale że w eleganckim świecie nie okazuje się
zdziwienia, uznali, że jestem jakąś ekscentryczną karliczką, i nikt mnie
nie zaczepiał. Wreszcie ujrzałam Babkę: szła od strony palarni nieco
chwiejnym krokiem. Dotarłszy do schodów, zatrzymała się, potrząsając
piórami wpiętymi w kok i zastanawiając się, czy wejść na nie, ryzykując
upadek, czy raczej położyć się z boku na kanapce i zaczekać, aż jej
szampan wywietrzeje z głowy.
- Babciu! - powiedziałam głośno.
Uniosła głowę i chwilę poszukiwała mnie wzrokiem.
- A, jesteś, małpeczko... Czego chcesz od swej starej, nieszczęśliwej
babki?
Zaczęła iść do mnie, trzymając się poręczy i co krok podciągając na
rękach całe ciało, które wyraźnie nie mogło liczyć na swe kończyny
dolne. Wywoływało to na jej twarzy stan napięcia, ale też zadowolenia,
gdy udało się jej pokonać kolejny stopień - choć ja zastanawiałam się,
czy to już nie jest ostatni i Babka nie poleci w dół razem ze swą
torebką i piórami, które poprzekrzywiały się w różne strony.
- Straciliśmy dziś fortunę... - powiedziała zasapana, zatrzymując się na
półpiętrze. Spojrzała na zegarek. - Święci Pańscy, druga w nocy! Co ty
tu robisz o tej porze?
- Tutto va bene, nonna18 - powiedziałam.
- Pan Martini mną się zajął.
- Martini...? O czym ty mówisz?
Na jej twarzy pojawił się przestrach.
- I jak ty wyglądasz!... - Wyciągnęła z torebki lorgnon. - Skąd ten
makijaż... dziewczyno!
- Pan Martini mnie pomalował.
Babka chwyciła się za serce.
- Ten stary satyr! Mogłam to przewidzieć. Wpatrywał się w ciebie, jakby
chciał cię pożreć.
- Był bardzo miły... - ciągnęłam mściwie. Niech ma za to, że mnie
zostawiła samą. I to w dniach żałoby po Tütü.
- Powiedział, że jestem ładna... mam brzoskwiniową cerę... śliczne włoski...
że już niedługo będę damą i...
- I co?! - jęknęła Babka.
- Żebym z nim poszła.
- Dokąd?! - prawie zawyła.
- Chciał mi coś pokazać w swoim pokoju.
- W pokoju?!... - Babka, wlepiając we mnie wzrok, próbowała się
przeżegnać, ale puszczała wtedy poręcz i znów się chwiała, więc łapała
ją z powrotem.
- Jezus Maria!... Dziecko! Już nie wezmę do ust ani kropli wina! -
bełkotała.
I oto nadchodzi kluczowa scena, mon cher. Rozegrała się ona nie na
tych schodach, ale wcześniej, w pokoju pana Martiniego. Współczesna
psychologia zna zjawisko wypierania: że to, co nas rani, pamięć w nas
wymazuje, ale nie do końca. My tę resztkę przez lata spychamy w głąb,
jakby na dno szafy, dopóki nie znajdziemy w sobie dość sił, aby to
całkiem wymazać. Zwykle tak się nie dzieje.
Oto łysinka i wąsik pana Martiniego, który czeka na mnie za węgłem
korytarza, gdy po kolacji, z naburmuszoną miną, wracam do naszego
apartamentu. Ma na twarzy ten sam uśmiech, którym mnie powitał w dniu
przyjazdu, i nawet ten sam kapelusz - teraz odsunięty w tył głowy,
odsłaniając głębokie zakola na czole. Zatrzymałam się, czując, jak wraca
we mnie tamto drżenie. Pragnęłam znów czuć na policzku dotyk jego skóry
i znów, w utkwionych we mnie źrenicach, ujrzeć tajemnicę, która pędzi w głąb jego duszy, niby ciemna aleja smutku. Zbliżył się, kucnął i wsunął
mi do ręki bukiecik fiołków.
- Les bleuets sont bleus - usłyszałam śpiewną deklamację... - les roses
sont roses, les bleuets sont bleus, j'aime mes
amours19.
To jest ostatnia scena, jaką pamiętam z korytarza. Po niej już nic - a potem znów błysk i widzę sygnet przed swymi oczami, gdy dłoń mężczyzny
pieści me włosy i znowu mroczna pauza - aż widzę siebie, odbitą w owalnym lustrze szafy. Leżę na wznak, w pozie, którą wiele lat później
nadam Pięknej Rafaeli. Przypatrz się jej, Pablito, a ujrzysz mnie w tamtym pokoju: usta mam pomalowane karminową szminką, na głowie, czy
raczej pod głową, kapelusz z piórami, na nogach za duże damskie
pantofle. Na wysokości mych stóp pojawia się łysina pana Martiniego.
Trzyma fiołki i gładzi nimi moje kostki, znowu cicho nucąc:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki