INDIE POŁUDNIOWE
16 maja: Na plaży mi się marzy
Hampi - Badami - Pattadakal - Bijapur - Kolhapur - Anjuna Beach
Po raz pierwszy w życiu cieszę się, że jestem na plaży. Wczoraj wieczorem po szaleńczym zjeździe serpentynami żwirową drogą bez barierek, po której autobus częściej się zsuwał, niż jechał, wylądowałam na najbardziej oddalonej od cywilizowanego świata plaży Goa.
Jak z obrazka.
Obrazek pierwszy: bielony domek z tarasem w ogrodzie, na tarasie hamaczek, w hamaczku ja - to mój aktualny lokal. Do plaży rzut kamieniem, w domku stadami biegają mrówki, ale karaluchów nie ma.
Obrazek drugi: knajpa na plaży, czyli dach z liści palmowych, w knajpie leżaki plażowe, na nich jedyny gość, czyli ja, obok stoliczek z plackiem kokosowym i koktajlem z ananasa - to moje dzisiejsze śniadanie.
Morze szumi, wietrzyk wieje, słonko świeci, skały się czerwienią, a ludzi tylu, co kot napłakał, bo po sezonie.
Goa to zupełnie inny świat, ktoś mądrze powiedział, że nie Indie. Przyjechać tu z innej części kraju to tak, jakby się teleportować z ostatniej wsi na Podlasiu na Rynek Główny w Krakowie. Na Goa Hindusi mieszkają w domach, a nie w szałasach, kobiety noszą sukienki, nie tylko sari, dzieci nie chodzą boso, w knajpach podają piwo i nikogo nie dziwi, że biała je pije.
Na Goa sporo białych po prostu żyje - porzucili biura w Europie i przyjechali tu, by zostać właścicielami restauracji, guesthouse'ów, małych biur podróży. Spotykam ich uśmiechniętych na plaży, kiedy wręczają mi odbite na ksero ulotki z mapką pokazującą, jak trafić do ich lokalu. Na przykład pewnego Francuza, który - choć ma knajpkę wcale nie przy plaży i wcale nie z niskimi cenami - nie narzeka na brak klientów. Turyści do niego przyjdą, bo wielu przyjeżdża na Goa tylko dla słońca i morza, całą resztę chcą mieć taką jak w domu. Francuz mówi, że nie zamieniłby tego kraju na żaden inny. Zarabia co prawda dużo mniej niż w Europie, ale dużo więcej niż przeciętny mieszkaniec Indii; na co dzień wiedzie powolne życie, a w szczycie pory deszczowej - kiedy całe Goa praktycznie się zamyka - może sobie pozwolić na dwumiesięczne wakacje.
- To pewnie zwiedziłeś już całe Indie - mówię z zazdrością.
Najpierw wydaje się, jakby mnie nie zrozumiał. Dopiero po chwili, szczerze zdziwiony, odpowiada:
- Żartujesz? Bardzo lubię Indie, ale tylko Goa.
Dalej wyprawia się jedynie do Mumbaju; na wakacje jeździ do Australii, Oceanii albo "cywilizowanych" Tajlandii czy Malezji.
Na Goa jest też sporo lokali o nazwach Esmeralda albo Amigo, bo to dawna kolonia portugalska. Równie dużo nazywa się Gagarin albo Nikita - tutejsze plaże są jednym z ulubionych miejsc wypoczynku rosyjskich turystów. Już po moim powrocie do Polski głośno zrobiło się o bankrutujących Rosjanach, którzy - żeby, jak mówili, przeżyć kryzys - wynajęli swoje mieszkania w Moskwie, co wystarczało im na nicnierobienie na Goa.
Byłam w mieście Old Goa, prawie w całości złożonym ze starych, dobrze utrzymanych kościołów i niczego więcej; niewiarygodne, ale na metr kwadratowy przypada ich tu chyba więcej niż w Watykanie. Hindusi ciągną do Old Goa kilkunastoosobowymi rodzinnymi grupami na wycieczki. Obserwuję ich i czegoś nie mogę zrozumieć. Dlaczego na nas, turystów z Zachodu, patrzy się krzywo, jeśli nie znamy miejscowych reguł: zdejmowania butów, nakrywania ramion, nierobienia zdjęć bóstwom? Dlaczego większość ludzi, których poznałam, stara się ich jednak przestrzegać - ze zwykłego szacunku? A Hindusi, rozkrzyczani i rozradowani, siadają na ołtarzu, gdzie popijają wodę z butelki albo robią sobie zdjęcia na cmentarzu: ja i grób, szeroki uśmiech. Jest mi zwyczajnie przykro. Tym bardziej że wszystko jest tak dobrze utrzymane i zachowane, a zapomniano o najważniejszym.
W Old Goa, oprócz kościołów, dużo jest też parków i zieleni. Bardzo przyjemnie, bo w innych indyjskich miastach najbardziej brakuje mi tego, że za dnia nie ma gdzie przysiąść i odpocząć. Nie ma ławki, kawałka cienia, w lokalnych knajpach można szybko zjeść, ale na pewno nie posiedzieć, więc jedyne rozwiązanie to wrócić do hotelu, o ile akurat jest się w jego okolicy, a nie dwa miasta dalej. Sprawa druga, bardziej paląca: nie ma też toalet, nawet w większości knajp. Bywają przybytki dla facetów o nazwie "pay and use", ale nie widziałam, żeby którykolwiek ich "use", o "pay" nie wspominając. Mężczyźni sikają pod murkiem, a czasem i bez murka, w najlepszym wypadku do ustawionych na ulicach odkrytych pisuarów; trafia się tam bezbłędnie, idąc za zapachem. Jak sobie radzą kobiety, pojęcia nie mam. Czasem widzę, jak kucają gdzieś na uboczu, ale to zwykle te uboższe. Wymyśliłam tylko dwa rozwiązania zagadki: a) zamożniejsze kobiety, kiedy je przypili, biorą rikszę i jadą do domu; b) zamożniejsze kobiety nie sikają w ogóle.
Wczoraj wieczorem po raz pierwszy poczułam chłód na tyle, że okryłam się szalem. Miejscowym cienkim szalem z jednego z moich dwóch nowo kupionych salwar kamizów, czyli zestawów złożonych ze spodni, tuniki i długiego szala. Kosztował równowartość trzech dolarów, co jest niebagatelną kwotą. Jest też mnóstwo stoisk, gdzie wszystkie rzeczy sprzedają za 50 rupii, co daje około dolara - zwiewne bluzki, sukienki, szerokie spodnie, czyli mniej więcej to, co u nas w India shopach. Tu nazywa się to hindu-western style i style ten prezentuje większość turystów. Mnie nie przypadł do gustu, raz - że ni to miejscowe, ni zachodnie; dwa - większość rzeczy nie wygląda, by miała przeżyć więcej niż kilka prań, a pierze się tu często.
Dziś mam na sobie tunikę koloru wściekle fioletowego haftowaną w żółte (prawdziwie żółte) kwiaty i żółty szal. Żółte spodnie wyrzuciłam, bo wydawały mi się za grube.
Mój zestaw numer dwa to różowa tunika wyszywana lusterkami, szafirowy szal, spodnie też szafirowe, haftowane różowymi cekinami. Co dziwne, tutaj te wszystkie kolory, lusterka i cekiny pasują do otoczenia. Salwar kamizy zapakowano mi w torbę z napisem "Beauty on the Beach" - chodzi o to, że tuniki są długości do połowy uda, czyli wyjątkowo krótkie (normalnie sięgają łydki), i Hinduski w nich "się opalają", czyli zalegają na plaży, albo "kąpią", czyli leżą całymi dniami w wodzie po kolana. Czasami wchodzą w wodę po pas i trzymając się za ręce, skaczą na fale. Faceci różnie - też leżą w wodzie albo skaczą na fale, ale niektórzy są ubrani w spodnie i koszule, inni - w szorty do kolan.
Jadę na Goa - mówią ludzie. Słuchasz i myślisz, że Goa to jakieś wyspy. Tymczasem jest to stan rozciągnięty wzdłuż wybrzeża Morza Arabskiego. Z grubsza plaże można podzielić na hippisowskie na północy i turystyczne, bardziej oblegane, na południu. Bodaj najsłynniejsza jest Palolem
Mam zamiar zostać tu trzy, cztery dni i przy okazji obejrzeć okolicę, a potem jadę na najbardziej oddaloną na południe plażę Goa - podobno też jest pusta i spokojna. I myślę, że należy tu kiedyś przyjechać wspólnie ze znajomymi i wynająć domki na plaży kryte liśćmi palmowymi. Kosztują 4-5 dolarów za noc. Wypatrzyłam grupę kilku postawionych w spokojnej zatoczce, z dala od wszystkich i wszystkiego.
W ciągu poprzednich kilku dni przejechałam kawał interioru, oglądając liczne świątynie i meczety. W Bijapurze, jednym z najświętszych muzułmańskich miejsc w Indiach, poznałam niejakiego Yusufa i jego rodzinę. Każde z siódemki dzieci zostało zmuszone przez ojca do pokonwersowania ze mną w celu praktykowania angielskiego, a więc zadają mi te same pytania: skąd jestem, jak mam na imię, jak na imię mają mój ojciec i moja matka. Kiedy jeden z młodszych chłopców nie chciał, a może się wstydził, dostał po tyłku tak, że aż mnie zabolało. Było miło, póki Yusuf przez jednego z kuzynów, który służył za tłumacza, nie zapytał, co sądzę o WTC i bin Ladenie. Odpowiedziałam dyplomatycznie, że to temat na długą dyskusję, a wtedy wszyscy nagle wstali i się pożegnali. Do dzisiaj się zastanawiam, czy ja ich obraziłam odpowiedzią, czy oni pomyśleli, że obrazili mnie pytaniem?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki