Wstęp
Wstęp
Kiedy w dzieciństwie pytano mnie, kim chcę być, gdy dorosnę, nie miałam
gotowej odpowiedzi. Dopiero jako nastolatka zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że interesuje mnie psychologia. Fascynowało mnie to, jak
funkcjonują ludzie.
Pamiętam, że zaczynając studia, marzyłam o pracy psycholożki dziecięcej.
Program nie obejmował jednak zbyt wielu przedmiotów związanych z psychologią rozwojową, a te nieliczne koncentrowały się głównie na
problematyce dotyczącej eliminowania pewnych zachowań i objawów,
uzyskiwania pożądanych wyników testów, stawiania diagnoz. Różniło się to
znacznie od moich wcześniejszych wyobrażeń. Widziałam siebie raczej w sali pełnej zabawek i obrazków, pochyloną nad rysunkami wykonanymi przez
dzieci, przeprowadzającą analizy i interpretacje pozwalające niwelować
"nieodpowiednie" zachowania i uwalniać małych pacjentów od złego
samopoczucia, którego mogą doświadczać. Porównując książki napisane w rozmaitych nurtach, przekonałam się, że w większości z nich - za
wyjątkiem tych reprezentujących perspektywę poznawczo-behawioralną -
prezentowane są przypadki, w których psychologowie podjęli wzorową
interwencję, przeprowadzoną w idealnym momencie, doprowadzając do
radykalnych zmian w życiu dziecka. Było to w gruncie rzeczy całkowicie
zgodne z moimi początkowymi fantazjami o pracy z dziećmi. W miarę
czytania kolejnych podobnych książek opisywane w nich sytuacje coraz
bardziej mnie jednak frapowały. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że
naprawdę się wydarzyły. Coraz mniej wierzyłam, że kiedykolwiek będę
dysponowała supermocą pozwalającą szybko i efektywnie kłaść kres
niepożądanym objawom. Dziś zdaję sobie sprawę, że im bardziej
idealizowałam rolę psycholożek i psychologów, tym mniej pewnie się
czułam - co zresztą jest zupełnie zrozumiałe.
Z moich lektur wynikało, że dobry psycholog potrafi znaleźć klucz do
wyeliminowania objawów, które skłoniły pacjenta do poddania się terapii
czy przyjścia na konsultację. Ponadto, z perspektywy nurtu
poznawczo-behawioralnego, w którym studiowałam - niezupełnie mnie
przekonującego, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego - terapia,
przynajmniej tak, jak ją pojmowałam, bazowała na objawach i miała na
celu wyeliminowanie ich za pomocą szeregu technik. Proces terapeutyczny
nie wymagał poświęcania zbyt wiele uwagi kontekstowi czy analizowania
osobistej historii każdego z dzieci. Nie jest tajemnicą, że większość
psychologów, pracujących w tym czy innym nurcie, po ukończeniu studiów
mierzy się z własną bezsilnością wobec niektórych objawów. Dzieje się
tak przede wszystkim wówczas, gdy pacjentami są dzieci, zaś przyczyna
tkwi według mnie w błędnym podejściu. Choć metoda poznawczo-behawioralna
nie znajdowała się w centrum moich zainteresowań, lata doświadczeń
pozwoliły mi docenić jej wartość i użyteczność - pod warunkiem, że
stosuje się ją w ramach procesu terapeutycznego obejmującego leczenie
traumy oraz przywiązuje się w niej znacznie większą wagę do więzi niż do
wykorzystywanych narzędzi.
Dziś wiem, że terapii - zarówno dzieci, jak i dorosłych - nie da się
zaplanować jednostronnie. Wiem również, że wszystkie zachowania, także
te uznawane za nieadaptacyjne lub niepożądane, pełnią ważną i wartościową funkcję w indywidualnym doświadczeniu człowieka, zaś
skupianie się wyłącznie na ich wyeliminowaniu może okazać się wręcz
niebezpieczne dla pacjenta1. Dziś rozumiem także, że dzieci nie
są w stanie się zmienić, jeśli nie zmieni się ich otoczenie, i że nawet
jeżeli ja wiem, w którą stronę podążyć, żeby pacjent poczuł się lepiej,
to nie ja jedna wyznaczam kierunek. Zanim jednak do tego doszłam, przez
wiele lat doskwierały mi brak wiary w siebie i frustracja wywołana
poczuciem, że nie umiem być taką psycholożką, jaką we własnym
przekonaniu być powinnam.
-
Skończyłam studia i czując, że zdobyta przeze mnie wiedza jest
niewystarczająca do podjęcia pracy w zawodzie, zaczęłam szukać zajęcia,
które zapewniłoby mi formę kontaktu z dziećmi umożliwiającą nauczenie
się czegoś więcej niż techniki poznane z książek. Jako że w rodzinie
zawsze byłam najmłodszą z rodzeństwa i kuzynostwa, nie miałam
praktycznie żadnego doświadczenia w kontaktach z dziećmi. W ten sposób
dowiedziałam się o możliwości odbycia wolontariatu w ośrodku dla
nieletnich w Rydze i wyjechałam na Łotwę. Placówkę uważano za
rozwiązanie "kryzysowe". Trafiały do niej dzieci i młodzież w różnym
wieku, prosto z rodzin, w których doświadczały przemocy i różnych form
nadużyć. Przebywały tam, dopóki nie zapadła decyzja o ich dalszym losie.
Niejednokrotnie trwało to wiele miesięcy. To, co wydawało mi się z początku największym ograniczeniem - zupełna nieznajomość języka -
okazało się moim atutem. Niemożność posługiwania się słowami pozwoliła
mi się przekonać, że zaufanie, sympatia i poczucie bezpieczeństwa nie
mają nic wspólnego z językiem. Mało tego, u niektórych dzieci "poprawa"
następowała bez konieczności stosowania specjalistycznych narzędzi czy
wiedzy. Dopiero teraz rozumiem, że nie było to wynikiem przypadku czy
szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Z początku nie powierzono mi żadnej jasno określonej roli. Miałam uczyć
się, jak funkcjonuje ośrodek, obserwować wychowawców przy pracy i poznawać język, by w przyszłości pomagać w sytuacjach, w których było to
najbardziej potrzebne. Do tego czasu mogłam jedynie spędzać czas z dziećmi i uczestniczyć w części ich zabaw, posługując się niezdarnymi
gestami i pojedynczymi słowami, których w wolnych chwilach uczyłam się z książki zatytułowanej Latviešu valoda (Język łotewski). Byłam
przekonana, że przez wiele tygodni nie będzie ze mnie żadnego pożytku.
-
Siedmioletniej Madarze znajomość języka nie wydawała się do niczego
potrzebna. Od początku pobytu w ośrodku dziewczynka z nikim nie
rozmawiała - nawet z bratem, który trafił tam razem z nią. Codziennie,
zaraz po obiedzie, zajmowała się rysowaniem lub kolorowaniem. Nikt z wychowawców nie dotrzymywał jej towarzystwa - w końcu Madara się nie
odzywała, poza tym nikomu nie przeszkadzała, więc zostawiano ją w spokoju. Coś mnie do niej zaprowadziło. Możliwe, że intuicyjnie czułam,
jakie to ważne, żeby ktoś przy niej był, jakbym skądś wiedziała, jak ona
się czuje (niewykluczone, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było).
Choć już i tak nie przedstawiłam siebie jako osoby roszczącej sobie
prawa do głoszenia prawd objawionych, dodam jeszcze, że do zbliżenia się
do Madary zachęciła mnie pewność, że nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem prowadzenia rozmowy w obcym języku. Codziennie przez pewien
czas siedziałam obok dziewczynki i przyglądałam się, jak rysuje.
Nauczyłam się mówić po łotewsku Tik skaisti! (Jak pięknie!) i od czasu
do czasu, kiedy coś mi się szczególnie spodobało, okazywałam swój
podziw. Poza tym przez wiele dni w milczeniu kręciłam się w pobliżu
Madary. Któregoś razu zobaczyłam, że koloruje jakąś bardzo dużą postać.
Wzięłam do ręki kredkę i pokazałam ją dziewczynce w pytającym geście.
Madara bez słowa zrobiła mi miejsce obok siebie i przez kilka minut bez
słowa kolorowałyśmy razem.
Tak to wyglądało przez parę tygodni. W czasie poobiedniej przerwy
siadałam z Madarą i kolorowałyśmy, nie rozmawiając ze sobą.
Wychowawczynie z ośrodka spisały dziewczynkę na straty. Nikt nie zdołał
jej namówić do uczestnictwa w zajęciach. Nie opowiadała o sobie ani nie
odpowiadała na zadawane jej pytania. Któregoś dnia w trakcie naszego
wspólnego rysowania Madara nagle wstała. Przyjrzała mi się uważnie i gestem dała do zrozumienia, żebym za nią poszła. Zaprowadziła mnie do
swojego pokoju. Pokazała, żebym usiadła na jej łóżku, wyjęła jakieś
pudełko, otworzyła je i zaczęła mówić. W środku były zdjęcia członków
jej rodziny, domu, a także kilka rysunków, które wydawały się dla niej
ważne. Siedziałam, oglądając uważnie wszystko, co mi pokazywała, i starając się słuchać tego, co mówi. Choć nie rozumiałam ani słowa,
zdawałam sobie sprawę, że to dla nas obu bardzo doniosła chwila.
-
Sasza miał piętnaście lat, był Rosjaninem i nie mówił po łotewsku. Kiedy
trafił do ośrodka, miałam już mniej więcej opanowane słownictwo, którym
zazwyczaj posługują się siedmio- czy ośmioletnie łotewskie dzieci, ale w kontaktach z Saszą było ono oczywiście bezużyteczne. Domyślałam się, że
jako jedyny nastolatek w ośrodku może nie mieć ochoty na spędzanie czasu
z pozostałymi podopiecznymi. Zauważyłam, że spogląda w stronę stołu do
ping-ponga, więc zaproponowałam mu mecz. Wkrótce gra w tenisa stołowego
w porze drzemki młodszych dzieci stała się dla nas rodzajem rytuału.
Śmialiśmy się z tego, jak kiepsko mi idzie, a Sasza na migi dawał mi do
zrozumienia, żebym się nie poddawała. Na koniec każdej rozgrywki
przybijaliśmy piątkę. To, że następnego dnia znowu zagramy, było
oczywiste, bo oboje świetnie się przy tym bawiliśmy. Nie znałam powodów,
dla których Sasza czy którekolwiek z młodszych dzieci trafili do
ośrodka, ponieważ nie mogliśmy porozmawiać na żaden temat. Mimo to dzień
przed opuszczeniem placówki chłopak podszedł do mnie i wręczył mi
kartkę. Okazało się, że to list z podziękowaniami - jedna z wychowawczyń
znających rosyjski przetłumaczyła mi treść. Sasza napisał, że nasze
partie ping-ponga pomagały mu znaleźć siły na przetrwanie kolejnego dnia
w czasie, gdy cały jego świat się zawalił. Odpowiedziałam mu oczywiście,
a potem wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości. W ten sposób się
pożegnaliśmy: pisząc sobie rzeczy, o których - z perspektywy czasu
jestem tego pewna - już doskonale wiedzieliśmy.
-
Liene miała trzynaście miesięcy, wielkie niebieskie oczy i uroczą szparę
między ząbkami. Trafiła do ośrodka z matką niedługo po moim przyjeździe
na Łotwę. Któregoś ranka w drodze do placówki spotkałam jedną z mieszkających tam wtedy nastolatek. Podeszła do mnie pobudzona, próbując
powiedzieć mi coś, co wydawało się dla niej bardzo ważne. Zrozumiałam
tylko kilka słów, ale nie miałam wątpliwości, że jest zmartwiona, więc
przyspieszyłam kroku. Gdy dotarłam na miejsce, dowiedziałam się, że mama
Liene zostawiła córkę w placówce i wróciła do domu, do męża, który, jak
mi powiedziano, znęcał się nad nimi obiema. Nie jestem pewna, dlaczego
powierzono opiekę nad Liene właśnie mnie. Mogę jedynie przypuszczać, że
miało to coś wspólnego z wyobrażeniami, że dziecku w tym wieku nie da
się pomóc tak, jak starszym dzieciom. Karmiłam dziewczynkę, kładłam ją
do łóżeczka w porze drzemki, bawiłam się z nią, zmieniałam jej
pieluszki... Z początku było mi bardzo trudno. Liene ciągle płakała i w rozpaczy uderzała głową o ścianę. Wcześniej uczyłam się, że aby
doprowadzić do wyeliminowania niektórych niepożądanych zachowań, powinno
się je ignorować, ale nie mogłam przecież nie reagować, kiedy roczne
dziecko robiło sobie krzywdę, szczególnie że dziewczynka stawała mi się
coraz bliższa. Dlatego za każdym razem, kiedy zaczynała uderzać o ścianę, wyciągałam rękę i starałam się osłaniać jej główkę.
- Nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę - szeptałam pod nosem, aby
uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, że być może zajmując się nią w tej chwili, wzmacniam jej zachowanie. Stopniowo przekonywałam się
jednak, że Liene coraz rzadziej uderza głową o ścianę. Wciąż płakała i zaciskała mocno piąstki, ale nie robiła sobie krzywdy. Każdego ranka
obie bardzo cieszyłyśmy się ze spotkania i ze smutkiem rozstawałyśmy się
wieczorami. Pewnego dnia po przyjściu do ośrodka dowiedziałam się, że
dziewczynka wraca do domu, do rodziców. Na to, by się pożegnać, miałyśmy
tylko jeden ranek. Do dziś jeszcze wiele o niej myślę; zastanawiam się,
ile ma teraz lat, czy wszystko u niej w porządku. Jestem pewna, że czas,
który spędziłyśmy razem, odcisnął w nas obu ślad - niewidoczny, jednak
jak najbardziej rzeczywisty.
-
Wtedy nie miałam świadomości, jak wiele w ciągu tych miesięcy się
nauczyłam. Kiedy mój wolontariat dobiegł końca, czułam, że choć poznanie
tych dzieci było wspaniałym doświadczeniem, jako psycholożka niczego się
nie nauczyłam. Wróciłam do domu odrobinę zdezorientowana. Część rzeczy,
których uczono mnie na studiach, zupełnie mnie nie przekonywała. Gdy w pewnych sytuacjach, wbrew sobie, zastosowałam środki w rodzaju time
out (metoda powszechnie znana jako "karny jeżyk" czy "karne
krzesełko"), teoretycznie służące temu, aby dzieci "zachowywały się
lepiej", później czułam się okropnie. Z kolei inne sposoby, które
podpowiedziała mi intuicja i z którymi czułam się bardziej komfortowo,
teoretycznie świadczyły o tym, że jestem zbyt miękka i mało stanowcza.
Co więcej, przekonałam się, że mierząc się z tym samym zachowaniem u różnych podopiecznych, reaguję w różny sposób, choć nie wydawało mi się
to przejawem faworyzowania jednych dzieci kosztem innych. Jakby tego
było mało, widziałam, jak w wypadku niektórych niepożądanych objawów -
takich jak milczenie Madary, pragnienie śmierci Saszy czy autoagresja
Liene - poprawa następowała pomimo braku konkretnego planu interwencji,
a ja nie wiedziałam, co ją wywołało. Nie wierzyłam we własne
kwalifikacje na tyle, żeby nazywać siebie psycholożką i szukać pracy w tym zawodzie. Nie miałam pojęcia, że to, czym zajmowałam się przez te
wszystkie miesiące i co z punktu widzenia doświadczenia zawodowego
wydawało mi się mało istotne, stanie się decydujące nie tylko dla mojego
sposobu postrzegania własnego zawodu, lecz, co ważniejsze, dla
zrozumienia relacji z innymi. Tym, co naprawdę ważne, okazała się
więź.
-
W późniejszym czasie miałam to szczęście, że natrafiałam na wiele
informacji dotyczących roli więzi (używam określenia "szczęście",
ponieważ nie zawsze było to efektem świadomie podjętych poszukiwań).
Zagadnienie przywiązania, które w czasie studiów wydawało mi się czymś
niemal anegdotycznym, bardzo mnie zainteresowało i zaczęłam je zgłębiać.
Rozpoczęłam własną terapię, spotykałam rozmaitych terapeutów i przekonałam się, że kluczowe w całym procesie są poczucie
bezpieczeństwa, bycie wysłuchaną oraz zaufanie do specjalisty. Nie
zdarzało mi się zmieniać terapeutów dlatego, że nie byłam zadowolona ze
stosowanych przez nich technik czy nurtów, w których pracowali. Powody
zmiany były na ogół takie, że niedostatecznie się ze mną liczono, że
czułam się oceniana albo poddawana presji, choćby subtelnej. Miałam
wielu powszechnie podziwianych mentorów, którzy mówili o "więzi", lecz
sprawiali wrażenie zainteresowanych wyłącznie własnym wizerunkiem,
statusem i pieniędzmi.
Zaczęłam przyjmować pacjentów, jednak czułam się tak niepewnie, tak
bardzo skupiałam się na robieniu wrażenia dobrej terapeutki i na tym, co
powinnam robić, że, choć teoretycznie wszystko robiłam jak należy,
niektórzy pacjenci rezygnowali. Stopniowo zaczynałam dawać sobie
przyzwolenie na niedoskonałość i autentyczność. Rosło moje zaufanie do
siebie i tego, co czuję w trakcie sesji. W coraz mniejszym stopniu
kierowałam się planem. Słuchałam z zainteresowaniem, a nie dlatego, że
chciałam należycie wywiązać się ze swojej roli. Zmiana okazała się
radykalna, choć przybrała zupełnie inny kierunek, niż się spodziewałam.
A potem zostałam matką i wreszcie wszystko zrozumiałam. Znaczenie
bliskości, obecności, spójności, intuicji. Znaczenie relacji.
Dziś, po ponad dwudziestu latach doświadczeń osobistych i zawodowych,
procesów terapeutycznych własnych i cudzych oraz praktyki w zawodzie,
mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że bezpieczne więzi są
symbolicznym otoczeniem, w którym muszą znaleźć się dzieci, by móc się
rozwijać, zmieniać, odkrywać i popełniać błędy. Wciąż mam w pamięci
drogę, którą sama przebyłam, i dlatego doskonale rozumiem rodziców
znajdujących się na początku tej podróży. Przychodzą do mojego gabinetu,
bo nie wiedzą, co robić, albo czują się zdezorientowani nadmiarem
wskazówek, często sprzecznych.
Rozumiem matki, które trzymają się sztywno zasad rodzicielstwa opartego
na szacunku2 i boją się, że ich dzieci doświadczą traumy,
ponieważ partnerzy nie zawsze się do nich stosują. Rozumiem każdego, kto
czuje się bezradny w obliczu jakiegoś problemu i błaga, by mu
powiedzieć, jak powinien postępować ze swoimi dziećmi, po czym nie udaje
mu się wprowadzić tych zaleceń w życie. Kierowanie się niektórymi
wskazówkami może okazać się naprawdę trudne, jeśli relacja z dziećmi
budzi w nas pamięć bolesnych i skomplikowanych doświadczeń.
Nie mogę zaoferować tym osobom zaklęć, które magicznie rozwiążą ich
problemy. W tej książce będę się starała skupić na czymś bardziej
wartościowym: na więziach. Na bezpieczeństwie. Na niewidocznej dynamice
relacji międzyludzkich. Na tym, co zachodzi poza słowami, regułami,
teoriami i technikami. Tam dzieje się wszystko.
Spróbuję rzucić odrobinę światła na to, co przeżywacie, i na to, co
przeżywają wasze dzieci, siostrzenice, bratankowie, wnuki lub uczniowie
- nawet jeśli nie widać tego gołym okiem. Mam na myśli zarówno to, co
was łączy, jak i to, co was dzieli. Żebyśmy mogli zacząć zastanawiać
się, co robić, musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. A to wymaga oświetlenia tego, co kryje się w ciemności.
Mam również nadzieję, że ta książka pomoże tym z was, którzy mają wokół
siebie osoby wychowujące dzieci - być może pozwoli wam towarzyszyć im w ich doświadczeniu i uważniej słuchać. Wsparcie ze strony członków
rodziny, przyjaciół i struktur społecznych potrafi radykalnie odmienić
doświadczenie rodzicielstwa. Liczę wreszcie na to, że wiedza, którą
zamierzam się podzielić, może pomóc każdemu lepiej zrozumieć relację ze
sobą i uwierzyć, że wzmocnienie wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa
jest możliwe - niezależnie od tego, czy jest on rodzicem.
Rozdział 1. Rodzicielstwo... oparte na szacunku?
Rozdział 1
Rodzicielstwo... oparte na szacunku?
Elena urodziła dziecko pewnego letniego popołudnia. Wszystko
przebiegło zgodnie z oczekiwaniami, które zawarła w planie porodu. Czuła
się szczęśliwa, mogąc nareszcie zobaczyć buzię swojej córeczki.
Dziewczynka zaczęła ssać pierś podczas kangurowania i karmienie
rozpoczęło się bez komplikacji, sprawiając przyjemność im obu. Dzień po
porodzie Elena dostała gorączki, pojawił się też silny ból brzucha. W szpitalu podano jej leki przeciwgorączkowe, objawy jednak nie ustąpiły.
Następnego dnia kobietę poddano pilnej operacji, po której lekarze
przyznali, że nie mieli pewności, czy pacjentka ją przeżyje. Elena
spędziła tydzień na oddziale intensywnej terapii, intubowana, z dala od
dziecka. Gdy odzyskała przytomność, praktycznie nie mogła się ruszać.
Leczenie szpitalne trwało ponad miesiąc. Podczas ciąży Elena dużo
czytała na temat pierwszych miesięcy życia dziecka i była aż nadto
świadoma korzyści płynących z karmienia piersią. Na wszystkich profilach
parentingowych, które śledziła w internecie, czytała, jakie to ważne, by
karmić piersią i nie poddawać się przy pierwszych problemach. Dlatego
dręczyło ją ogromne poczucie winy, choć w sytuacji, w której się
znalazła - omal nie umarła i nie była w stanie utrzymać się na nogach -
wątpliwości co do tego, czy powinna karmić piersią, były całkowicie
uzasadnione. Brakowało jej sił, poza tym przyjmowała wiele leków.
Rozłąka z dzieckiem wywołała u niej łagodny stan dysocjacji i Elena
skupiła się na odpoczynku i odzyskiwaniu sił, by móc jak najszybciej
wrócić do domu. Dalsze karmienie piersią wciąż wchodziło w grę, ale czy
byłoby ono rozwiązaniem opartym na szacunku? Dla kogo i w oparciu o jakie kryteria?
W ostatnich latach wzrosła społeczna świadomość odpowiedzialności, z jaką wiąże się wychowywanie dzieci. Dla wielu osób nie jest to po prostu
kolejny etap życia, w który wkracza się w sposób bezrefleksyjny.
Dzieci są osobami zależnymi od nas, mającymi ważne potrzeby. Nasze
relacje z nimi wywierają ogromny wpływ na ich zdrowie pod każdym
względem. Wbrew pozorom sposób, w jaki jesteśmy traktowani, rzutuje
nie tylko na nasz stan emocjonalny i psychiczny, lecz także fizyczny.
Udowodniono, że negatywne doświadczenia z dzieciństwa i okresu
dorastania wywołują w mózgu zmiany na poziomie neurochemicznym. Skutkują
również wzrostem prawdopodobieństwa rozwoju chorób serca, układu
pokarmowego, chorób autoimmunologicznych, zaburzeń psychicznych czy
uzależnień. Coraz więcej dorosłych szanuje dziecięce emocje, upodobania,
prawo do podejmowania niektórych decyzji i do sprzeciwu. W takim
właśnie, a nie innym kontekście rośnie zainteresowanie "rodzicielstwem
opartym na szacunku" przedstawianym jako alternatywa dla "rodzicielstwa
tradycyjnego". Jego celem jest zapewnienie dzieciom opieki wolnej od
przemocy - to mali ludzie, którym przysługują te same prawa co dorosłym.
Czyli nam.
Szczególnie my, matki, z zaangażowaniem podchodzimy do zgłębiania
kwestii dotyczących ciąży, porodu, wychowywania dzieci, odżywiania, form
zabawy czy rozwoju emocjonalnego. Znaczna część kobiet gotowa jest
poświęcić wiele czasu na szukanie informacji w książkach, na blogach, na
profilach w mediach społecznościowych, podczas kursów i warsztatów, żeby
poczuć się lepiej przygotowanymi do opieki nad swoimi dziećmi.
Niejednokrotnie wychowywanie oparte na szacunku staje się prawdziwym
sensem ich życia, zmianą kierunku, pozwalającą im dotrzeć do miejsc, w których zupełnie nie spodziewały się znaleźć. Są gotowe dołożyć
wszelkich starań, by nie skrzywdzić swoich dzieci w sposób, w jaki same
zostały kiedyś skrzywdzone. Zważywszy, że w przeszłości powszechnie
oczekiwano od dzieci bezwzględnego i ślepego posłuszeństwa, ta zmiana
wydaje się zjawiskiem pożądanym. Wiedza rodzi świadomość, łatwo jednak
zapomnieć, że świadomość może również generować ogromną niepewność.
Wiedzieć, jak wygląda idealne rodzicielstwo, to jedno, ale jak stać się
idealnym rodzicem? Wielu rodziców - myślę tu o osobach, które przychodzą
do mojego gabinetu - ma wiedzę dotyczącą tego, czego potrzebują ich
dzieci, lecz okazuje się ona dla nich źródłem dodatkowego stresu.
Odczuwają ciągłą potrzebę upewniania się, że nie wywierają na nie
nieodwracalnego negatywnego wpływu. Nauka nawiązywania ze swoimi dziećmi
relacji, które często są przeciwieństwem tego, jak sami byliśmy
traktowani w dzieciństwie, może okazać się trudna i wymagać czasu. Nie
jest przecież łatwo spojrzeć na siebie z boku i zdać sobie sprawę, że
powtarzamy słowa lub zachowania, na które za żadne skarby nie chcieliśmy
narażać swoich dzieci. Rozległa wiedza i oczekiwanie, że da się ją
szybko wcielić w życie, również mogą okazać się przeszkodą w nawiązaniu
kontaktu z dziećmi. Niejednokrotnie skupiamy się na zachowaniach, które
mają złagodzić naszą niepewność i przekonać nas samych, że nie jesteśmy
tak źli, jak nam się wydaje.
Elena, której sytuację opisałam wyżej, była w przeszłości słuchana,
wierzyła w siebie i nie bała się konsekwencji podejmowanych przez siebie
decyzji. Miała to szczęście, że jedna z lekarek nie tylko zapytała o jej
życzenia dotyczące karmienia piersią, ale także znalazła czas na
rozmowę. Wyjaśniła, że operując Elenę, zadbała o utrzymanie laktacji,
aby pacjentka po odzyskaniu przytomności mogła sama zadecydować o tym,
czy będzie dalej karmiła piersią. Odpowiedziała na pytania Eleny, biorąc
pod uwagę jej potrzeby, i okazała zrozumienie dla jej rozżalenia z powodu poczucia, że powinna zakończyć coś, co zaczęło się tak naturalnie
i pięknie. Lekarka pomogła jej rozważyć dostępne opcje i związane z nimi
wyrzeczenia. Rozumiała, że energia, jakiej wymaga karmienie piersią,
jest Elenie potrzebna, by ta mogła jak najszybciej odzyskać siły, wrócić
do domu i być z dzieckiem. Obie wiedziały, że, wbrew sugestiom, które
słyszała młoda matka, w tak ekstremalnej sytuacji stworzenie bezpiecznej
więzi nie polega na karmieniu dziecka piersią za wszelką cenę.
Niestety wielu z nas nie zaznało w dzieciństwie takiego poczucia
bezpieczeństwa jak Elena. Mnóstwo osób zostaje rodzicami bez ważnego
wewnętrznego punktu odniesienia; nigdy nie zaznały tego, co dzieje się w ludzkim ciele, gdy ktoś uznaje nasze emocje, nie wiedzą, jak je
regulować ani ile to wymaga czasu. Wiele osób nie doświadczyło
procesów towarzyszących podejmowaniu decyzji w oparciu o własne
wewnętrzne odczucia, ponieważ zawsze robiły to, co powinny lub czego od
nich oczekiwano.
W takiej sytuacji znajduje się wielu świeżo upieczonych rodziców. Jakby
tego było mało, towarzyszy nam przekaz o tym, jak ważne jest wyrażanie
tego wszystkiego, czego nigdy nie przeżyliśmy ani nie doświadczyliśmy, i jakie konsekwencje mogą mieć nasze działania, nawet nieświadome. Jak tu
zachować pewność siebie w obliczu nowej, ogromnej odpowiedzialności,
którą w dodatku zamierzamy wziąć na siebie pomimo braku wzorców,
wsparcia czy punktów odniesienia? Poszerzanie wiedzy jest bardzo
ważne, nie powinniśmy jednak ignorować tego, gdzie się znajdujemy w czasie, gdy ją przyswajamy.
Codziennie obserwuję to, że aby poradzić sobie z tak dużym poczuciem
niepewności, dążymy do jak największej kontroli, i jest to zupełnie
zrozumiałe. Pod tym względem wcale nie różnimy się tak bardzo od
własnych rodziców czy dziadków, nawet jeśli radzimy sobie z tym, co
czujemy, w odmienny sposób. Niewykluczone, że kontrola kojarzy nam się
raczej z rodzicami zachowującymi się autorytarnie i oczekującymi ślepego
posłuszeństwa. Ilu z nas dorastało w rodzinach, w których przywiązywano
ogromną wagę do szkolnych ocen, co miało zagwarantować, że dziecko "nie
zmarnuje sobie życia", lub karano, czasem brutalnie, za wszelkie
przejawy nieposłuszeństwa w przekonaniu, że dzięki temu "wyrośnie na
przyzwoitego człowieka"? Aby poradzić sobie z tym, co czujemy, coraz
powszechniej stosujemy inne formy kontroli, które - choć sprawiają
wrażenie rodzicielstwa opartego na szacunku - mogą wywołać skutek
odwrotny do zamierzonego. Dlatego, moim zdaniem, należy o nich mówić.
Rodzicielstwo to etap, któremu towarzyszą ogromna bezbronność,
niepewność i podatność na wszelkiego rodzaju kryzysy. Wychowywanie
dzieci wiąże się z radykalną zmianą w naszym życiu, dlatego osoby,
którym brakuje poczucia bezpieczeństwa potrzebnego do radzenia sobie z towarzyszącymi temu wyzwaniami, odczuwają silną potrzebę kontroli. To
właśnie skłania wiele z nich do korzystania z konsultacji rodzicielskich
i laktacyjnych, uczestnictwa w kursach pozytywnej dyscypliny czy
świadomego rodzicielstwa, a nawet brania pod uwagę takich rozwiązań jak
edukacja domowa czy unschooling (nauka, w której rezygnuje się z planu
opracowanego w ramach tradycyjnego systemu edukacyjnego). Przesłanka na
ogół jest taka sama: "Jeśli będę postępować zgodnie z tym, co piszą w poradnikach na temat rodzicielstwa opartego na szacunku, i będę ściśle
przestrzegać zaleceń specjalistów, z moim dzieckiem wszystko będzie w porządku, a ja zyskam pewność, że sytuacja jest pod kontrolą".
Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że szukanie informacji jest
czymś niewłaściwym. Jeśli jednak będą one filtrowane przez nasz brak
poczucia bezpieczeństwa, może się okazać, że nie zrobimy z nich
najlepszego użytku ani dla nas, ani dla naszych dzieci.
Raúl i Sonia zjawiają się na konsultacji w sprawie swojego syna
Jaimego. Chłopiec ma problemy z kolegami z klasy i nauczyciele są
zaniepokojeni sposobem, w jaki wchodzi w konflikty. Przez kilka tygodni
Jaime nie chce opowiedzieć Raúlowi i Sonii, co dokładnie się wydarzyło,
a oni postanawiają dać mu do zrozumienia, że szanują jego potrzebę
prywatności. "Rozumiemy, że nie chcesz nam powiedzieć", mówią. Wtedy
jednak Jaime wybucha: "Nie chcę słyszeć, że mnie rozumiecie! W kółko
tylko mówicie, że mnie rozumiecie!". Przyjrzawszy się nieco sytuacji,
widzimy, że słowa "rozumiem cię" stały się u nich w domu niemal mantrą,
przywoływaną za każdym razem, gdy Jaime mówił o czymś rodzicom, i że
padały zarówno wtedy, gdy ci go rozumieli, jak i wtedy, gdy wcale tak
nie było. Co więcej, w tym konkretnym wypadku zwrócenie się do syna z zapewnieniem, że go rozumieją, było strategią uzgodnioną wcześniej przez
rodziców chcących się przekonać, czy Jaime w końcu się otworzy. Innymi
słowy, była to manipulacja. Słowa, które wypowiedzieli, były właściwe,
ale chłopiec natychmiast zdał sobie sprawę, że nie są szczere.
Wychowanie oparte na szacunku i bliskości polega na dążeniu do budowania
więzi z dziećmi, ale jest również wyrazem naszej relacji ze sobą, naszej
zdolności do dostrojenia się do potrzeb dzieci, przy równoczesnej
świadomości własnych zasobów, możliwości, wewnętrznego rytmu i ograniczeń. Bycie rodzicem wychowującym w szacunku wymaga zaufania do
procesów i więzi, zdolności do tolerowania niepewności, gotowości do
przyznania się do błędów... Wszystkie te umiejętności są przeciwieństwem
dążenia do kontroli i, jak już wspomniałam, niezwykle trudno je nabyć
osobie wychowanej w modelu rozpowszechnionym w czasach naszego
dzieciństwa. Rzeczywistość jest frustrująca: nie będziemy potrafili
wychowywać swoich dzieci z szacunkiem i w poczuciu bliskości, jeśli nie
jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje. Nawet jeżeli doskonale
wiemy, co "należy" robić.
Już od prawie dziesięciu lat interesuję się rozpowszechnianiem poza
kontekstem terapeutycznym - za pośrednictwem mediów społecznościowych,
artykułów prasowych, kampanii społecznych, spotkań - wiedzy mającej
podnosić świadomość wpływu dobrego traktowania na rozwój i zdrowie
człowieka. Z początku wydawało mi się, że ilość ogólnodostępnych
informacji na temat wpływu relacji z figurami przywiązania na dzieci
może być niewystarczająca. Sądziłam, że tego właśnie brakuje naszemu
społeczeństwu, by wytyczyć drogę do upowszechnienia postawy szacunku
względem dzieci i czerpania prawdziwej radości z macierzyństwa i ojcostwa - a co za tym idzie zapobiegania wielu problemom ze zdrowiem
fizycznym i psychicznym. Wkrótce jednak przekonałam się, że sama
informacja to za mało.
Wiedziałam już, że tego rodzaju procesy na ogół nie zachodzą wyłącznie
dzięki zdobytej wiedzy. Zazwyczaj nie wystarcza ona do tego, by człowiek
mógł się radykalnie zmienić, a ja nie zdołam zbawić świata. Nie mam
nadprzyrodzonych mocy ani magicznej różdżki. Na własnej skórze
przekonałam się, jak niewiarygodnie silny może okazać się opór przed
zmianą, a obserwując pacjentów, zrozumiałam, jakie to ważne, by w procesach transformacji towarzyszył nam ktoś, kto potrafi wytrzymać
niepewność. Poza tym bardzo trudno jest samemu dostrzec swoje słabości.
Wielokrotnie też miałam okazję się przekonać, że aby zmiany mogły
prowadzić do powstania trwałych zasobów, muszą zachodzić bardzo powoli.
Oczywiście wiem również, że zakończenie procesów terapeutycznych nie
oznacza osiągnięcia perfekcji ani całkowitego przezwyciężenia wszelkich
trudności. Chodzi raczej o akceptację i pewność siebie. Mimo wszystko
jednak byłam zaskoczona tym, jak odmienny wpływ może mieć wiedza o roli
dobrego traktowania dzieci na różne osoby. W rezultacie zaczęłam
zmieniać sposób rozpowszechniania informacji, a nawet częstotliwość, z jaką to robiłam, szczególnie w mediach społecznościowych, które są
przestrzenią szybkiej konsumpcji, co utrudnia niuansowanie i personalizowanie przekazu, rozwiewanie wątpliwości i analizę informacji
zwrotnej dotyczącej odbioru tego, co się udostępniło. Nie chciałam
ryzykować, że nadmiarem treści przyczynię się do spotęgowania
niepewności tak wielu osób gotowych obsesyjnie je przyswajać i stosować
w praktyce, byle tylko poczuć, że są wystarczające.
Tymczasem dostęp do informacji zwiększył się bezprecedensowo. W rezultacie mierzymy się z nadmiarem wiedzy przekazywanej nam przez
psychologów, konsultantki laktacyjne, doradców rodzinnych, dietetyków
dziecięcych, ekspertów od zabawek dla niemowląt, matki-influencerki.
Słowem - zalew treści dotyczących macierzyństwa i wychowania dzieci
sprawia, że można poczuć się przytłoczonym... i niezdolnym do ich
przyswojenia. Jak wspomniałam, bycie wystawionym na to wszystko nie jest
równoznaczne z zyskaniem świadomości, zainicjowaniem procesu czy
zasianiem ziarna, które, kiełkując, pozwoliłoby nam przyswoić te
wiadomości w tempie umożliwiającym traktowanie swoich dzieci w sposób
lepiej dostosowany do ich potrzeb. Taka sytuacja wzmaga wręcz dręczące
nas strach i niepewność, dostarczając im paliwa w postaci groźby
nieosiągnięcia ideału podsuwanego przez niektóre z owych "wychowujących
w szacunku" profili. Tylko czy można mówić o rodzicielstwie opartym na
szacunku, a równocześnie wymagać od rodziców błyskawicznej zmiany? Czy
można mówić o szacunku i proponować ogólne formuły odpowiednie rzekomo
dla wszystkich rodziców i wszystkich dzieci? Czy przejawem szacunku jest
oferowanie kursów obiecujących szybkie i trwałe metamorfozy ludziom, o których niczego się nie wie?
Lara przeczytała wszystkie poradniki na temat rodzicielstwa opartego
na szacunku, jakie wpadły jej w ręce. Śledziła w mediach
społecznościowych wiele profili poświęconych odpowiedniemu wychowaniu
dzieci, ale czuła się coraz bardziej zdezorientowana. Pojawiła się w moim gabinecie, żeby rozpocząć proces terapii indywidualnej po trudnym
rozstaniu. Jedną z rzeczy, które martwiły ją najbardziej, było to, że
kiedy czuła się rozdrażniona czymś, co zrobiła jej córka, nie potrafiła
wysłuchać dziewczynki z uwagą i empatią. Miała z tego powodu ogromne
wyrzuty sumienia. Lara w dzieciństwie doświadczała nieustannej przemocy
psychicznej. Nauczono ją wierzyć, że wszelkie próby stawiania granic,
obrony czy okazywania złości są czymś naprawdę złym. Dlatego kiedy czuła
się zirytowana na córkę, ogarniało ją to samo poczucie winy, które
wpojono jej w dzieciństwie. Z tą emocją sprzymierzyła się wiedza na
temat rodzicielstwa opartego na szacunku, nakazująca jej być zawsze w dobrym humorze, spokojną i dostępną dla córki, poświęcać jej uwagę,
uznawać jej emocje i dbać o jej potrzeby. Tymczasem rozdrażnienie Lary
powracało dokładnie w tych sytuacjach, w których dziecku trzeba było
postawić granice, przez co dostarczało cennej informacji o tym, co się
dzieje w ich relacji. Ignorując swoje uczucia, Lara po raz kolejny
pomijała siebie, przez co nie mogła zająć się córką w sposób, jakiego
dziewczynka potrzebowała w tak newralgicznym momencie. Na początek
poradziłam Larze, aby - przynajmniej na pewien czas - przestała czytać
książki i śledzić profile w mediach społecznościowych, a zamiast tego
zaufała sygnałom płynącym z własnego wnętrza, bo one najlepiej
podpowiedzą jej kolejny krok.
Dziś wszystko wskazuje na to, że wychowywanie oparte na szacunku i bliskości stało się dochodowym interesem, co samo w sobie nie musiałoby
stanowić problemu. Przeciwnie, mogłoby być zjawiskiem korzystnym dla
wszystkich dzieci, które, podobnie jak my kiedyś, zasługują na
dzieciństwo wolne od przemocy, bliskość i szacunek. Nie wolno jednak
zapominać o odpowiedzialności, jaką oznacza zajmowanie się dziedziną
wywierającą wpływ na dzieciństwo, macierzyństwo i ojcostwo innych ludzi
- złożone życiowe etapy, z którymi wiąże się ogromna podatność na
zranienie. Należałoby wziąć pod lupę nie tylko wykształcenie osób, które
zaczęły się tym zajmować, lecz także pobudki, którymi się kierują. Można
zrobić interes, reagując na istniejącą potrzebę i proponując
rozwiązanie. Potrzebę można jednak również stworzyć i sztucznie
podtrzymywać. Póki klientów nie zabraknie, biznes pozostanie rentowny.
Sądzę, że - z premedytacją lub nie - niemało osób prowadzących
działalność związaną z rodzicielstwem i wychowywaniem dzieci zasila tę
drugą grupę. Część z nich, być może nieświadomie, wywiera ukrytą presję
idealnego rodzicielstwa, przemawiając wprost lub w sposób zawoalowany do
lęków matek i ojców, składając obietnice bez pokrycia, udzielając rad
bez znajomości kontekstu czy powodując powierzchowne zmiany dające
pozory sukcesu, jednak o krótkotrwałym charakterze.
Z jednej strony więc u niektórych rodziców wartościowe informacje mogą
nasilać obawy, że nie staną na wysokości zadania, z drugiej zaś, część
osób oferujących doradztwo robi to w celu uspokojenia samych siebie, że
stanęły na wysokości zadania. Może więc nimi powodować niska samoocena
czy lęk przed zranieniem, ale także potrzeba podziwu, uznania czy po
prostu chęć zarobienia pieniędzy. Dlatego nie każdy, kto zabiera głos na
tematy związane z potrzebami dzieci czy wychowywaniem opartym na
szacunku i bliskości, ma do zaoferowania bezpieczną przestrzeń na nasze
wątpliwości, niepewność czy nasze poczucie własnej wartości. Nie
wszędzie tam, gdzie mówi się o szacunku, spotkamy się z szacunkiem.
Wiara, że tak będzie, jest niestety przejawem naiwności i naraża na
szwank coś tak cennego jak relacja z własnymi dziećmi.
"
W tym kontekście szczególnie cenna może się okazać umiejętność
odwoływania się do tego, co w nas najdojrzalsze, ale i rozpoznawania u siebie przejawów dziecięcego myślenia magicznego czy niepewności. W pierwszym rzędzie to my sami musimy uwzględnić swój indywidualny punkt
wyjścia i dotychczasowe życiowe doświadczenia. Po drugie, dobrze jest
szukać pomocy tam, gdzie wszystko to zostanie przyjęte z należnym
szacunkiem, gdzie będziemy mogli liczyć na bezpieczeństwo i dogłębne
potraktowanie problemu. Nawet tego rodzaju wsparcie będzie jednak od nas
wymagało zdolności radzenia sobie z frustracją i akceptacji
rzeczywistości, która być może nie przedstawia się tak obiecująco.
"
Nie będziemy pokoleniem, które uwolni się od wszelkich schematów
Dla niektórych osób twierdzenia motywacyjne bywają inspiracją do
podążania świadomą, uczciwą drogą rozwoju, z założeniem, że dotrą tak
daleko, jak zdołają. Istnieją jednak również ludzie skłonni traktować
afirmacje dosłownie, co może prowadzić do wiary w coś, co zwyczajnie nie
jest możliwe. Uwolnienie się od schematów jest celem nierealistycznym, a wymaganie od siebie jego osiągnięcia wiązałoby się z ogromnym
obciążeniem. Przede wszystkim dlatego (ośmielę się to powiedzieć), że w większości przypadków nie zdajemy sobie nawet sprawy z ich istnienia.
Po drugie, nie sposób opuścić miejsca, do którego wcześniej nie
dotarliśmy. "Odziedziczonych" schematów nie da się zmienić z dnia na
dzień za pomocą kilku prostych działań. Mówiąc o dziedziczeniu, mam na
myśli to, że nasze zachowania mają charakter epigenetyczny. Ekspozycja
na oddziaływanie określonych czynników środowiskowych może prowadzić do
zmian w mechanizmach regulujących ekspresję genów. Zmiany epigenetyczne
podlegają dziedziczeniu, wskutek czego wykazujemy skłonności podobne do
tych, które mieli nasi przodkowie, choćbyśmy ich nigdy nie poznali.
Wszystko to oczywiście splata się z naszym bezpośrednim doświadczeniem,
relacjami i osobniczymi cechami biologicznymi.
Dlatego niektóre sposoby funkcjonowania nie zależą wyłącznie od nas, a zerwanie z nimi bez równoczesnej zmiany kontekstu pozostaje zwyczajnie
poza zasięgiem naszych możliwości. Zdarzą nam się zapewne sytuacje, w których zdołamy nieznacznie zmodyfikować schemat, lecz nie całkowicie go
zmienić. Innym razem zdołamy skutecznie go obejść, ale próby modyfikacji
będziemy zmuszeni zostawić na inną okazję. Tak czy inaczej wmawianie
sobie, że jesteśmy pokoleniem, które uwolni się od brzemienia
przeszłości, oznaczałoby stawianie przed sobą zbyt ambitnych celów. Od
nadmiaru presji może nas uwolnić przyjęcie założenia, że kiedyś pałeczkę
przejmą od nas nasze dzieci (w każdym razie jeśli chodzi o wdrażanie
tych zmian, które uznają za pożądane). Przyjdzie im to znacznie łatwiej,
jeśli będziemy je w tym wspierać - choćby zmuszało nas to do
konfrontacji z faktem, że sami nie zdołaliśmy tego dokonać.
Nie mogę zaoferować komuś czegoś, czego nie mam
Zrozumieć coś na poziomie racjonalnym to jedno. Przyswoić to i zintegrować - tak, by stało się częścią naszego sposobu funkcjonowania -
to zupełnie inna sprawa. Tego rodzaju procesy wymagają czasu, a przede
wszystkim radykalnych zmian. Marzymy o tym, by być idealnymi rodzicami,
a jednak gdybyśmy się nimi stali, pozbawilibyśmy swoje dzieci szansy
zmierzenia się z sytuacjami, w których ludzie nie reagują w sposób
idealny, a tym samym nie przekazalibyśmy im scenariuszy pozwalających na
rozwijanie przydatnych zdolności. Obserwując nasze zachowania, dzieci
stopniowo nabywają kluczowe umiejętności: uczą się nazywać to, co
przeżywają, budują swoją tożsamość, rozwijają empatię i strategie
samoregulacji... Będą się uczyły także z tych scenariuszy, w których nie
okażemy się w pełni dostępni, nie dostosujemy się idealnie do ich
potrzeb albo do wymogów sytuacji. Takie chwile staną się dla nich okazją
do wykorzystania posiadanych już zasobów, a nawet przetestowania innych,
nowych, umożliwiając im stopniowe nabieranie zaufania do rozwiązań
niewypracowanych samodzielnie. To oczywiście nie oznacza
usprawiedliwiania jakichkolwiek form przemocy. Mam tu na myśli raczej
sytuacje "braku" mieszczące się w kontekście, w którym możliwe było
nawiązanie bezpiecznej relacji z figurami przywiązania.
Wyobraźmy sobie na przykład malucha, który pewnego dnia zdaje sobie
sprawę ze swojego lęku przed zjazdem po zjeżdżalni, tymczasem w pobliżu
nie ma mamy, która mogłaby podać mu rękę. W tych okolicznościach, choć
rodzice nie zapewniają dziecku wszystkiego, czego potrzebuje, nie jest
ono zupełnie bezradne. Może poprosić o pomoc opiekuna, którego darzy
mniejszym zaufaniem niż matkę, przymierzyć się do zjazdu i przekonać
się, na ile starczy mu odwagi, albo zaryzykować i zjechać na sam dół
pomimo odczuwanego strachu. Niewykluczone, że powie o swoich emocjach
innemu dziecku, odkryje nowe zabawy lub będzie zmuszone zmierzyć się z własną frustracją i odłożyć osiągnięcie celu na inny dzień... Reasumując,
może rozwijać lub testować zasoby, po które nie musiałoby sięgać, gdyby
mama była w pobliżu.
Teraz wyobraźmy sobie zirytowanego nastolatka, którego matka jest zbyt
zestresowana, żeby spokojnie wysłuchać jego prośby. Chłopak zapewne
poczuje złość i będzie musiał sobie z nią poradzić, stosując sposoby,
które jego ciało już zna. Może spróbować ją opisać, wykrzyczeć w poduszkę, zamknąć się w pokoju, a w późniejszym czasie podjąć próbę
rozmowy o tym, co się stało, i (o ile oczywiście matka stanie na
wysokości zadania) w ten sposób rozwiązać konflikt.
Zmierzam do tego, że nasza niezawodność niekoniecznie jest tym, co
najlepsze dla dzieci. Chcemy być idealni dla nich czy dla własnego
spokoju? Kto poza nami zdoła sprostać wszystkim ich oczekiwaniom, jeśli
my nigdy nie popełnimy błędu? Czy nie przekazujemy im w ten sposób, że
osoba, która nie jest "wystarczająco dobra", nie zasługuje na to, by się
do nich zbliżyć? I przede wszystkim: odkąd to wierzymy, że wszystko,
czego uczyło się nasze ciało, żeby zapewnić nam najlepszą możliwą formę
przetrwania, może zmienić się w tempie, jakiego sobie życzymy?
Nie ma uniwersalnej receptury
Wiele lat temu, kiedy zaczynało się mówić o roli "bezpiecznego
przywiązania" i popularność zyskiwały takie koncepcje jak "obecność",
"bliskość" czy "więź", panowało przekonanie, że zapewniają je trzy
czynniki: "pierś, współspanie, noszenie". Nie mam zamiaru nikogo
zniechęcać do karmienia piersią ani negować płynących z niego
dobrodziejstw, podobnie jak tych wynikających z fizycznego kontaktu w pierwszych miesiącach i latach życia, jednak to, że przyczyniają się one
do ochrony więzi, nie oznacza, że trzymając się ich kurczowo, zapewnimy
dziecku poczucie bezpieczeństwa. Czy niemowlę karmione piersią może
odczuwać spokój, jeśli matka się do tego zmusza? Czy może odczuwać
spokój małe dziecko śpiące z rodzicami i słuchające każdej nocy
parskania ojca, który ma dość dzielenia z nim łóżka? Czy nam się to
podoba, czy nie, to, co stanowi podłoże naszych zachowań, nie tylko
istnieje, ale oddziałuje na naszą relację z dziećmi.
Z biegiem lat triada "pierś, współspanie, noszenie" przybrała bardziej
złożoną formę, jednak sposób wprowadzania w życie wiedzy pozostał ten
sam. Dziś wiemy, że "należy" uznawać emocje dziecka, unikać karania go,
towarzyszyć mu w napadach złości... Czy jednak zastanawiamy się, jak
dziecko ma poczuć, że szanujemy jego emocje, skoro nasz ukryty cel jest
taki, żeby wreszcie przestało płakać? Albo jak odbiorą nasze słowa
dzieci, którym powiemy, że mają prawo do swoich emocji, skoro w rzeczywistości budzą w nas one silne wzburzenie? Możemy próbować
oddzielić swoje zachowania od tego, co się z nami dzieje, ale, czy nam
się to podoba, czy nie, nasze dzieci to wyczują.
Nie wszystko, co wydaje się szacunkiem, jest szacunkiem. Nie wszędzie, gdzie mówi się o szacunku, można liczyć na szacunek
Trudną częścią dorastania jest konieczność porzucenia dziecięcej
naiwności i zrozumienia, że nie wszyscy ludzie mają dobre intencje, że
"nie wszystko złoto, co się świeci". Istnieje mnóstwo przestrzeni, w których mówi się o wychowywaniu opartym na szacunku i bliskości przy
użyciu odpowiednich słów, jednak kierując się niskimi pobudkami. Są
miejsca, którym na pozór niczego nie można zarzucić, a jednak stosuje
się w nich manipulację, generuje niepewność albo ocenia innych. Ważne,
abyśmy nie pozwolili się omamić osobom wykorzystującym tematykę związaną
z rodzicielstwem do zaspokajania swojej potrzeby podziwu, zarabiania
pieniędzy, a nawet w charakterze uzasadnienia dla nadużyć wobec własnych
dzieci, i to za ich milczącym przyzwoleniem. Samo naruszanie w mediach
społecznościowych prywatności tak wielu dzieci niezdolnych do oceny
konsekwencji tego rodzaju poczynań jest nadużyciem, które jednak jest
legitymizowane przez tysiące osób śledzących profile parentingowe i firm
zamieszczających na nich reklamy swoich produktów. Co więcej,
obserwujący biorą często prezentowane tam materiały za dobrą monetę, a wystawiając im pozytywne opinie, dostarczają uzasadnienia dla działań
rodziców i przyczyniają się do wypaczania oficjalnej narracji o życiu
dzieci - choć o tym ostatnim nie wiemy nic poza tym, co ich rodzice chcą
nam pokazać3.
To, co niewidoczne, jest niewidoczne z określonego powodu
Nie można dobrze funkcjonować z wadą wzroku bez odpowiednich okularów.
Nie da się również działać zbyt szybko. Zapominamy, że wiele spraw
znajduje się w naszym martwym polu. Nie sposób ich dostrzec bez pomocy
innych ani poradzić sobie z nimi bez odpowiedniego wsparcia i zasobów.
Będą one miały wpływ na nasze dzieci i to dzieci właśnie, nieświadomie,
skłonią nas do stopniowego zajmowania się nimi (pod warunkiem, że damy
się do tego nakłonić). Co więcej, w miarę jak dzieci rosną, zmieniają
się też okoliczności. Z pewnością pojawią się sytuacje, które, choć w tej chwili nie zdołamy ich przewidzieć, mogą wywrzeć niepożądany wpływ
na naszą relację z potomstwem. My mamy swoje martwe pole, a dzieci swój
wewnętrzny świat, który nie zawsze chcą z nami dzielić - jak w opisanej
kilka stron wcześniej sytuacji Raúla i Sonii oraz ich syna Jaimego.
Czeka nas wiele chwil niepewności i błądzenia po omacku, gdy nie
będziemy wiedzieli, czy budujemy relację, jakiej nasze dzieci
potrzebują. Pomimo niepokoju będziemy musieli iść naprzód, opierając się
wyłącznie na zaufaniu do siebie, jakie do tego czasu zdołamy zbudować.
Podsumowując, chcę tylko przestrzec, że rozległa wiedza dotycząca roli
przywiązania i wychowywania opartego na szacunku i bliskości, znajomość
psychologii ewolucyjnej, zasad zdrowego odżywiania, alternatywnych metod
nauczania czy materiałów do zabaw może zasilać naszą najmniej dojrzałą
część - tę najbardziej przerażoną perspektywą, że okażemy się
niewystarczający.
Ta część nas, którą czasem opisuje się trochę ckliwym określeniem
"wewnętrzne dziecko", wykazuje skłonność do egocentryzmu, a także
myślenia magicznego i zero-jedynkowego. Trudno jej znieść niepewność czy
regulować emocje. Oczywiście wiedza jest ważna, jednak nie jest ona
tym samym co relacja. Dziecko posługujące się pojęciami z zakresu
psychologii i rodzicielstwa, pomimo starań, będzie w stanie zrobić z nich jedynie taki użytek, na jaki pozwoli mu jego dziecięcy narcyzm.
Jeśli powierzymy mu opiekę nad innym dzieckiem, to, choćbyśmy je
zaopatrzyli w najlepsze instrukcje, skutek będzie daleki od
oczekiwanego. Wiedza nie gwarantuje ani poczucia bezpieczeństwa
niezbędnego do jej zastosowania, ani nawiązania bezpiecznej więzi ze
swoimi dziećmi. Do tego niezbędne jest osiągnięcie dojrzałości
umożliwiającej odpowiednią selekcję informacji i dostosowanie tempa ich
przyswajania do własnych możliwości. By stworzyć sobie bezpieczne
warunki do samorozwoju, musimy pogodzić się z faktem, że nie jesteśmy
wszechmocni, a równocześnie uwierzyć, że poradzimy sobie z trudnym,
pełnym wyzwań i fascynującym zadaniem, jakim jest towarzyszenie dzieciom
w ich rozwoju. Ta wewnętrzna ufność, choć niewidzialna i nieuchwytna,
przemawia do nich lepiej niż słowa czy reguły, którymi będziemy się
kierowali.
Kiedy to, czego nie widać, jest nieoczywiste
Inną skrajnością, z którą czasem mamy do czynienia, jest
infantylizowanie matek wyczuwających swoim szóstym zmysłem, że ich
dzieciom coś dolega. Są o tym przekonane, choć specjaliści
niejednokrotnie nie dostrzegają "problemu". Kobiety chodzą od lekarza do
lekarza, od specjalisty do specjalisty w nadziei, że ktoś je potraktuje
poważnie, tymczasem raz po raz konfrontują się z osobami, które,
trzymając się kurczowo najpopularniejszego wyjaśnienia, negują istnienie
czegoś, co, choć niewidoczne, jest faktem i świadczy o istotnej
nieprawidłowości. Znam wiele przypadków, w których choroby,
niepełnosprawności lub opóźnienia w rozwoju dzieci zostały wykryte
dzięki matkom - choć niejednokrotnie nie potrafiły one dokładnie
wytłumaczyć swoich przeczuć. Zdarza się wręcz, że wytrwałość matki
ratuje dziecku życie. Oznaki mogą być niezwykle subtelne, jednak więź
łącząca je z potomstwem bije na alarm. Jak opisać to, czego nie widać?
Jak skłonić kogoś, by uwierzył w istnienie czegoś, czego nie widzi? Jak
nie zwątpić w siebie, kiedy wiemy coś, co nie jest oczywiste? Jak
nauczyć się ufać czemuś, czego nie widzą oczy, choć krzyczy o tym całe
ciało? Oczywiście w jakimś stopniu zależy to od nas, lecz bez wątpienia
byłoby nam łatwiej przy odrobinie wsparcia ze strony społeczeństwa. Na
dobry początek pomogłoby, gdyby nie traktowano zaniepokojonej matki jak
kogoś, kto przesadza czy histeryzuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki