Jak decydować, kim się stajesz. Trwała zmiana w zgodzie ze sobą - Iza Maliszewska


Reflow text when sidebars are open.
Przypuszczam, że sięgasz po tę książkę nieprzypadkowo - przecież publikacji poświęconych samorozwojowi jest wiele, a ciebie zainteresowała właśnie ta. Jeśli rzeczywiście nie kierował tobą ślepy los, to prawdopodobnie należysz do grupy osób o wysokiej samoświadomości. Skąd we mnie to przekonanie? Trwała i głęboka zmiana siebie wymaga przede wszystkim głębokiego wglądu oraz gotowości, aby uczciwie skonfrontować się z tym, jak funkcjonujesz, w tym ze wszystkimi swoimi ograniczeniami, wewnętrznymi sprzecznościami, konformizmem, popełnionymi błędami i porażkami, które poniosłaś. Słowem - wszystkim tym, co trudno w sobie zaakceptować. Zainteresowanie trwałą zmianą pojawia się bowiem dopiero, gdy jesteśmy na tyle dojrzałe, by bez szukania wygodnie brzmiących wymówek wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Świadomego wyboru tej książki dokonają więc przede wszystkim osoby, które mają już rozwinięty wgląd.
Co to właściwie oznacza dla ciebie? Prawdopodobnie przeczytałaś już kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt książek, przesłuchałaś dziesiątki podcastów, poznałaś różne koncepcje psychologiczne i część swoich problemów przepracowałaś na kilka sposobów. Wiesz o sobie naprawdę dużo. Zdecydowanie więcej niż kilka czy kilkanaście lat temu. A także zdecydowanie więcej niż przeciętna osoba. Niewątpliwie bardzo się starasz, aby stawiać zdrowe granice, rozsądnie dobierać sobie towarzystwo i mniej się zamartwiać, nie odkładać spraw na "wieczne nigdy", ufać bardziej sobie i temu, co myślisz, niż temu, co ktoś powie. Być może przez jakiś czas idzie ci naprawdę dobrze, jesteś zmotywowana, pełna sił, ale potem przychodzi szara codzienność, a wraz z nią stare problemy.
Jakże frustrująca potrafi być świadomość, że zdobyta wiedza nie przekłada się na życie w takim stopniu, w jakim byś tego chciała, ani tak trwale, jak byś sobie tego życzyła! Ile razy można dochodzić do tych samych wniosków? Ile razy można uświadamiać sobie coś na nowo? Jak długo można dostrzegać, że własne schematy są niszczące, a jednocześnie działać według nich? Jeśli czegoś takiego doświadczasz, to nie myśl, że coś jest z tobą nie tak, za mało się starasz, brakuje ci konsekwencji, dyscypliny albo motywacji. Uspokajam - wszystko z tobą w porządku.
Wiesz, czemu ludzie wpadają w pułapkę powracania do starych schematów funkcjonowania? Bynajmniej nie dlatego, że nie umiemy się zmieniać, tylko dlatego, że próbujemy zarządzać zmianą, nie rozumiejąc do końca procesów, które w nas zachodzą podczas jej trwania. Jeśli więc twoja zmiana ma być trwała, to musisz przede wszystkim nauczyć się zarządzać tym procesem i zyskać świadomość, co będzie próbowało sprowadzić cię z obranej drogi. Powinnaś się przygotować na to, co może robić twój umysł, kiedy utracisz motywację, gdy pojawią się zmęczenie, stres lub kryzys.
Każdy z nas ulega ciągłej transformacji pod wpływem doświadczeń, relacji, decyzji i ich konsekwencji, strat, sukcesów, porażek, prób i rozczarowań. U każdego z nas zawsze, choć w różnym stopniu, zmieniają się reakcje, przyzwyczajenia, sposób patrzenia na siebie i innych, a także to, czego pragnie i czego się boi. Każda taka zmiana jest prawdziwa. Nie każda jest jednak trwała i nie każda prowadzi nas w kierunku, w którym chcielibyśmy iść. Możemy pozwolić, by to jedynie okoliczności nadawały kierunek naszym zmianom, albo możemy sami świadomie ten kierunek wybierać. Nie mamy wpływu na wszystko, co nas spotyka, mamy jednak wpływ na to, co z tym zrobimy i jak nas to będzie zmieniać.
Zanim zagłębimy się w te kwestie, przeczytaj przypowieść, która bardzo dobrze oddaje cel i sens tej książki.
- Mistrzu - zapytał uczeń - dlaczego w drodze do celu ciągle napotykam przeszkody, które sprowadzają mnie na manowce i każą pochylać głowę przed własnymi słabościami?
- To, co nazywasz przeszkodami - odpowiedział mistrz - jest w istocie częścią twojego celu. Pomyśl o tym i weź to pod uwagę, gdy wybierasz drogę. Wyobraź sobie, że strzelasz z łuku. Widzisz tarczę, ale wiatr znosi twoje strzały. Czy walczysz z wiatrem? Nie. Ustalasz jego kierunek i korygujesz ustawienie łuku, żeby wypuścić strzałę pod innym kątem. Twój łuk jest ciężki i sztywny. Czy walczysz z łukiem? Nie. Ćwiczysz swoje mięśnie i coraz mocniej naciągasz cięciwę.
- Ale przecież są ludzie, którzy mają lekki, giętki łuk, a gdy strzelają, pogoda jest piękna i bezwietrzna - powiedział oburzony uczeń. - Dlaczego tylko moje działania napotykają tyle przeszkód? Czy wszechświat sprzysiągł się przeciwko mnie?
- Nigdy nie oglądaj się na innych. - Mistrz się uśmiechnął. - Każdy ma swój łuk, swoją tarczę i swój własny czas, by wypuścić strzałę. Jedni czynią swoim celem trafienie w środek tarczy, inni możliwość nauczenia się łucznictwa. - Następnie mistrz pochylił się w stronę ucznia i dodał: - Wyjawię ci jeszcze jedną tajemnicę, mój chłopcze. Wiatr nie wieje po to, by zmienić kierunek twojej strzały. Twardy łuk nie został zrobiony po to, byś zdał sobie sprawę ze swoich słabości. To wszystko dzieje się niezależnie od ciebie i twoich zamiarów. Decyzję, by w takich warunkach wcelować w środek tarczy, podejmujesz ty.
Autor nieznany
Czy uczeń powinien obrazić się na wiatr? Walczyć z łukiem? Uznać, że skoro ktoś obok dostał na starcie lżejszy sprzęt, a do tego trafił na bezwietrzną pogodę, to z nim samym musi być coś nie tak? Z pewnością nie. Powinien nauczyć się uwzględniać warunki, w których strzela. W taki właśnie sposób będziemy patrzeć na proces trwałej zmiany.
Wszyscy chcielibyśmy, żeby droga ku naszej zmianie była usłana różami. Tymczasem, nawiązując do przypowieści, na wiatr nie mamy wpływu - przydarza nam się cała masa losowych sytuacji. Nie mamy równego startu w życie, bo różnimy się zarówno środowiskiem, w jakim przyszło nam dorastać, jak i genetycznymi predyspozycjami psychofizycznymi. Cięższy łuk wymaga od strzelającego większej siły, więcej cierpliwości i czasu. Jedna osoba może pozwolić sobie na dziesięć nieudanych prób, dla innej każda pomyłka będzie bardzo kosztowna. Dlatego porównywanie rezultatów bez uwzględnienia warunków, w jakich powstały, prowadzi do bardzo niesprawiedliwych i krzywdzących wniosków na temat własnej siły, zdolności czy wartości.
Absolutnie nie jest tak, że kiedy podejmujemy decyzję o świadomej zmianie, to wszechświat grzecznie usuwa nam z drogi wszelkie przeszkody. Wiatr nie wieje jednak po to, żeby zmienić kierunek naszej strzały. Trudne rzeczy po prostu się zdarzają. To my decydujemy, jak wykorzystać warunki, w których przyszło nam strzelać.
Czytając tę książkę, nauczysz się więc dobrze rozumieć proces zmiany i wszelkie psychologiczne mechanizmy, które się z nim wiążą. Nauczysz się budować siłę tak, abyś mogła z jej pomocą posługiwać się takim łukiem, jaki masz. Poznasz jego ciężar i właściwości. Sprawdzisz, w czym ten sprzęt okazuje się pomocny, a co wymaga od ciebie większej pracy. Przyjrzysz się kierunkowi wiatru i nauczysz się korygować tor lotu strzały. No i najważniejsze - będziesz to robić nie po to, żeby zawsze bezbłędnie trafiać w dziesiątkę, ale żeby wprawiać się w sztuce łucznictwa.
Zmiana nigdy nie dzieje się w próżni, choć uparcie próbujemy wierzyć, że tak właśnie jest. Aby doprowadzić do trwałej transformacji, trzeba uwzględnić indywidualny kontekst oraz opracować adekwatne do niego sposoby działania. Każdy człowiek ma niepowtarzalny zestaw cech temperamentalnych, jedyną w swoim rodzaju historię oraz ukształtowane w jej wyniku przekonania i sposoby radzenia sobie z przeciwnościami losu. Każdy ma określone zasoby i ograniczenia. Wszystkie te elementy odgrywają niebagatelną rolę w opisywanym tu procesie. Zanim więc zaczniemy zastanawiać się nad tym, w jaki sposób dokonać zmiany, żeby osiągnąć trwałe efekty, przyjrzyjmy się temu, kto tej zmiany dokonuje.
Wróćmy na chwilę do przykładu łucznika. Możesz wiedzieć, czego chcesz, możesz godzinami wizualizować sobie cel i naprawdę bardzo, ale to bardzo chcieć do niego trafić. Samo pragnienie jednak nie wystarczy. O efekcie zadecyduje sposób, w jaki będziesz strzelać, a wcześniej - zrozumienie całego procesu, czyli fizyki i biologii łucznictwa. Dlatego głęboka zmiana nie może ograniczać się wyłącznie do aktu wypuszczania strzały, czyli zachowania. Jeżeli tak do niej podejdziesz, wszelkie twoje starania spalą na panewce. Skoro chcesz, aby zmiana stała się integralną częścią twojego życia, musisz zejść głębiej.
Chciałabym, żebyś zwróciła uwagę na dwa szczególnie ważne obszary, których trwała zmiana nie może pomijać: osobowość i tożsamość. Osobowość to coś, z czym wchodzisz w proces transformacji. Tożsamość zaś można opisać jako to, kim jesteś we własnej opowieści o sobie. Psychologowie wydzielają w każdym z tych obszarów liczne podkategorie. Ich przytoczenie zmieniłoby kolejne strony w wykład akademicki, a tego tutaj nie chcemy (bardziej szczegółowe przedstawienie tych zagadnień znajdziesz w części "Dla spragnionych wiedzy", znajdującej się na końcu książki). W tym miejscu interesuje nas przede wszystkim, jak to, jaka jesteś i za kogo siebie uważasz, wpływa na zmianę, którą próbujesz wprowadzić.
Zacznijmy od osobowości. Najłatwiej będzie zrozumieć ją na konkretnych przykładach, przyjrzyjmy się więc wymyślonym na potrzeby tej książki postaciom, Małgorzacie i Annie. O tej pierwszej wszyscy wiedzą, że ma krótki lont. Kiedy ktoś ją zdenerwuje - świeć Panie nad jego duszą. Małgorzata nie bierze jeńców. Znajomi wolą się jej nie narażać. Mają świadomość, że powrót do równowagi zajmuje jej sporo czasu. Po kłótni potrafi przez wiele godzin chodzić wkurzona po biurze i mamrotać coś pod nosem, najpewniej przeklinając tych, którzy weszli jej w drogę.
Anna również się złości, stresuje i boi - nie jest przecież cyborgiem - ale reaguje zdecydowanie spokojniej i szybciej wraca do równowagi. Konflikt? Najpierw weźmie trzy głębokie wdechy, zbierze myśli, a potem ze stoickim spokojem spróbuje się dogadać. Trudne wyzwanie? Anna nie traci czasu na bezsensowną panikę. Opracowuje plan działania, a potem z godną podziwu konsekwencją go realizuje. Nawet jeśli jej córka trzydziesty raz w ciągu jednego dnia zapyta o to, gdzie załatwiają się ryby, Anna z cierpliwością buddyjskiego mnicha wyjaśni jej ten fenomen, tłumacząc przy tym, że o ile ryby mogą załatwiać się do jeziora, o tyle człowiek powinien raczej korzystać z toalety. Mogłaby nauczać zen, gdyby nie pewien kot, który podkradł jej tę robotę1.
Tak ogromne różnice między Małgorzatą a Anną wynikają między innymi z temperamentu, czyli biologicznie uwarunkowanej reaktywności układu nerwowego. Temperament jest wrodzony i ma podłoże genetyczne. Dostajemy go w pakiecie startowym. Nie wybierasz tego, jak działa twój układ nerwowy, ale możesz nauczyć się lepiej go rozumieć i skuteczniej nim zarządzać. W procesie zmiany jest to bardzo ważne. Osoba silnie reaktywna potrzebuje innych narzędzi do pracy nad sobą niż ktoś, kogo trudno wytrącić z równowagi. W przypadku Małgorzaty priorytetem będzie solidny trening regulowania pobudzenia, bo bez tego nie ruszy dalej. Anna, której układ nerwowy z natury reaguje spokojniej, nie musi wkładać w ten obszar aż tyle pracy i może skupić się na zupełnie innych aspektach zmiany.
Temperament nie wyczerpuje jednak całego zagadnienia, jakim jest osobowość. Tę ostatnią możemy opisywać również poprzez względnie trwałe wzorce przeżywania i działania. W tzw. modelu Wielkiej Piątki2 definiuje się je za pomocą pięciu wymiarów. Słowo "wymiar" ma tutaj kluczowe znaczenie, ponieważ każda z tych cech występuje na kontinuum - nie dzielimy się na tych, którzy daną cechę mają, oraz tych, którzy jej nie mają, lecz różnimy się jej nasileniem. Owych pięć wymiarów to: ekstrawersja, ugodowość, sumienność, neurotyczność i otwartość na doświadczenie.
Wróćmy więc do Małgorzaty i Anny. Pierwsza z nich ma relatywnie wysoki poziom neurotyczności. Silnie reaguje na stres, szybko zaczyna się zamartwiać i długo pamięta wymierzoną pod jej adresem krytykę. Druga znajduje się bliżej przeciwległego końca tego wymiaru. Również doświadcza trudnych emocji, ale łatwiej się reguluje. Upada, ale szybko wstaje, otrzepuje kurz i idzie dalej.
Małgorzata jest bardzo ekstrawertyczna. Uwielbia innych ludzi, inicjuje spotkania, ma całą masę znajomych, potrafi opowiadać o czymś godzinami, a po całonocnej imprezie ze znajomymi wraca do domu z większą ilością energii, niż miała przed wyjściem. Anna jest zdecydowanie bardziej introwertyczna. Lubi innych ludzi, ale woli mieć zaledwie kilka bliskich relacji, a w klubie była dwa razy w życiu - pierwszy i ostatni. Po weekendowym wyjeździe ze znajomymi potrzebuje pobyć sama. Baterie ładuje w ciszy i spokoju.
Małgorzata ma wysoki poziom otwartości na doświadczenie. Eksperymentuje z wyglądem, chętnie próbuje dziwacznych potraw, których nazw nie potrafi wymówić. Jeśli w środku nocy najdzie ją ochota na wycieczkę nad morze, to bez wahania kupi bilet na pociąg i pojedzie, aby z kubkiem ciepłej matchy oglądać wschód słońca. Anna woli planować wszystko z wyprzedzeniem. Zanim zdecyduje się na jakiś krok, chce najpierw wiedzieć, z czym dokładnie będzie miała do czynienia. Chętniej wraca do znanych miejsc, trzy razy obejrzała Shreka, a wieczorami po raz czwarty czyta Harry'ego Pottera. Wybiera klasyczne kroje ubrań i stonowane kolory.
W wymiarze ugodowości sytuacja wygląda odwrotnie. Anna szuka kompromisu, bierze pod uwagę potrzeby innych i zwykle zależy jej na dobrej atmosferze. Małgorzata jest zdecydowanie bardziej bezpośrednia. Prowadzi twarde negocjacje i mówi to, co myśli, nie zważając na konsekwencje.
I w końcu sumienność. Anna lubi porządek i zawsze dotrzymuje danego słowa. Jeśli coś sobie postanowi, z pewnością to zrobi. Małgorzata działa spontanicznie. Potrafi rzucić się w nowe przedsięwzięcie z ogromnym entuzjazmem, ale z dużą trudnością przychodzi jej doprowadzanie sprawy do końca.
Każdy z nas stanowi unikalną kombinację tych pięciu cech (ekstrawersja, ugodowość, sumienność, neurotyczność i otwartość na doświadczenie) występujących w różnym nasileniu. Jednocześnie żaden z wymiarów Wielkiej Piątki nie jest z definicji "dobry" ani "zły". Przykładowo: duża otwartość na doświadczenia sprzyja zmianie, bo zachęca do eksperymentowania, może jednak sprawić, że zanim zdążysz ogarnąć jeden obszar zmiany, rzucisz się w wir pięciu kolejnych, równie pilnych i ciekawych. Duża sumienność sprzyja konsekwencji, ale może również prowadzić do upartych prób ratowania czegoś, co wypadałoby pochować. Mała ugodowość generuje konflikty, ale ułatwia stawianie granic. Mała neurotyczność sprzyja osiągnięciu stabilności emocjonalnej, ale może też sprawiać, że będziemy mieć tendencję do niedoceniania ryzyka.
Dlaczego więc z praktycznego punktu widzenia warto jest znać siebie również pod tym względem? Załóżmy, że zarówno Małgorzata, jak i Anna stawiają sobie dokładnie ten sam cel: chcą nauczyć się lepiej stawiać granice. Małgorzata bardzo szybko ekscytuje się nowymi pomysłami, ale równie szybko potrafi je porzucić. Jej znaczna otwartość na doświadczenie może więc sprawić, że po przeczytaniu książki przez trzy dni będzie stawiała granice wszystkim, nawet własnemu psu, po czym czwartego dnia zainteresuje się czymś zupełnie innym i nie utrwali nowej umiejętności. Dwa tygodnie później uzna więc, że znów ma problem ze stawianiem granic i pewnie coś jest z nią nie tak.
Małgorzata po prostu jest tak skonstruowana. Nie jest to jej wada, lecz obszar, który warto uwzględnić w procesie zmiany. W jej przypadku największym wyzwaniem nie będzie bowiem rozpoczęcie zmiany, ale wytrwanie w niej wtedy, gdy przestanie być dla niej tak ekscytująca, jak była na początku. Małgorzata nie powinna więc opierać swojego planu wyłącznie na początkowym entuzjazmie. Potrzebuje prostego sposobu podtrzymywania działania również w późniejszej, nudniejszej fazie procesu - na przykład codziennego ćwiczenia jednego zachowania, regularnego sprawdzania i zapisywania postępów oraz ograniczenia liczby zmian wprowadzanych jednocześnie.
Anna ma inaczej. Nowości nie są dla niej szczególnie kuszące, a wręcz ją zniechęcają. Jeśli więc przez ostatnie piętnaście lat odpowiadała na każdą prośbę: "Jasne, nie ma problemu", to stwierdzenie, że tym razem nie da rady, będzie dla niej zdecydowanie większym wydarzeniem niż dla Małgorzaty. Anna potrzebuje zatem stopniowego oswajania nowego sposobu zachowania - powinna zacząć od sytuacji o mniejszym kalibrze i niewielkim znaczeniu, wcześniej przygotować sobie kilka zdań, których będzie chciała użyć, oraz rozsądnie zwiększać poziom trudności wraz ze stopniowym przyswajaniem sobie nowych zachowań. Jeśli dodatkowo Anna znajduje się wysoko w wymiarze ugodowości, samo postawienie granicy może wywołać u niej silny dyskomfort, bo niezadowolenie drugiego człowieka jest dla niej szczególnie trudne do zniesienia. W planie zmiany musi więc uwzględnić naukę tolerowania dyskomfortu, który pojawia się, gdy ktoś jest rozczarowany, zirytowany czy niezadowolony, i pamiętać, że reakcja drugiej osoby nie oznacza konieczności rezygnowania z własnych granic.
Małgorzacie, która przejawia niższy poziom ugodowości, samo postawienie granicy przyjdzie zdecydowanie łatwiej. Jej zadaniem w tym procesie będzie jednak nie tyle oswajanie dyskomfortu, ile sprawdzanie, czy dbając o własne granice, nie zamienia ich w zasieki, które ranią innych, a jednocześnie izolują ją samą. Musi nauczyć się komunikować w taki sposób, żeby jednocześnie chronić własną przestrzeń i uwzględniać fakt, że po drugiej stronie także stoi człowiek z krwi i kości.
Podobnie będzie z neurotycznością. Jeśli Małgorzata wie, że szybko wybucha i długo wraca do równowagi, również powinna brać na to poprawkę i ważne rozmowy o dużym ładunku emocjonalnym przeprowadzać dopiero, gdy jej układ nerwowy się wyreguluje. Wszystko po to, żeby nie eskalować.
Anna, znajdująca się nisko w wymiarze neurotyczności, będzie miała pod tym względem zdecydowanie łatwiej. Może jednak potrzebować świadomego zatrzymywania się i sprawdzania, czy czegoś nie bagatelizuje lub nie unika. To, co u Małgorzaty uruchomiłoby wszystkie alarmy, skutecznie motywując ją do zajęcia się problemem, Anna może po prostu zamieść pod dywan, uznając, że "nie jest tak źle" albo "to nic takiego".
Cel obu kobiet pozostaje więc ten sam, ale po uwzględnieniu różnic indywidualnych droga do niego będzie wyglądała inaczej.
Widzisz teraz, jak ważne jest uświadomienie sobie, jakie miejsce zajmujesz w poszczególnych wymiarach osobowości? Ta wiedza ułatwi ci przechodzenie przez proces zmiany w zgodzie z własnymi uwarunkowaniami, bo one tworzą twój łuk. W jednych obszarach będzie ci on pomagał i stanowił ogromny zasób, w innych będzie wymagał mądrej pracy, prowadzonej z szacunkiem do samej siebie (jak już wspominałam, na końcu książki, w części "Dla spragnionych wiedzy", omawiam te obszary dokładniej; przedstawiam tam również sprawdzone metody, które ułatwiają radzenie sobie ze zmianą w indywidualnych sytuacjach).
Temperament oraz cechy osobowości, opisywane w modelu Wielkiej Piątki, tworzą biologicznie uwarunkowaną część naszego sposobu funkcjonowania. Na to, jak wygląda nasze wyposażenie, wpływ mają jednak również doświadczenia, na podstawie których wykształcamy przekonania o sobie, innych ludziach i świecie. Aby lepiej zrozumieć, o czym tu mowa, wróćmy do przykładu opisywanych wcześniej kobiet.
Małgorzata może być ekstrawertyczna i otwarta na innych, a jednocześnie głęboko wierzyć, że niezależnie od swoich starań prędzej czy później i tak zostanie odrzucona. W dzieciństwie wielokrotnie dawano jej przecież do zrozumienia, że jest zbyt głośna, za dużo mówi, nie potrafi się skupić i jest roztrzepana. Porządne dziewczynki są spokojne, pilne i bezproblemowe. Och, gdyby tylko taka była...
Anna właśnie taka jest: sumienna i ugodowa. Jednocześnie nosi w sobie przekonanie, że wartość człowieka zależy od tego, jak mało popełnia błędów i jak mało problemów sprawia innym. Mama była z niej zadowolona przede wszystkim wtedy, gdy przynosiła czerwony pasek na świadectwie. Kiedy zaś Ani było źle albo smutno, słyszała, że dziecięce problemy to nie problemy, prawdziwe problemy ma mama, a jeśli będzie płakać, dostanie karę. Powinna więc pójść do pokoju i przemyśleć swoje zachowanie. Oczywiście sama.
Tak właśnie powstają i działają nasze przekonania, czyli utrwalone sposoby rozumienia siebie, innych ludzi i świata: "Nie jestem wystarczająca"; "Ludziom nie można ufać"; "Muszę być potrzebna, żeby ktoś mnie kochał"; "Nie poradzę sobie sama"; "Jeżeli nie zrobię czegoś idealnie, stanie się katastrofa". Nie rodzimy się z nimi. Uczymy się ich na podstawie doświadczeń, a już szczególnie tych powtarzających się regularnie oraz związanych z ważnymi dla nas ludźmi - najczęściej rodzicami lub opiekunami (takimi jak rodzice zastępczy, babcia, ciocia itp.). Z czasem zaczynamy uznawać te przekonania za niepodważalne fakty i wierzymy w nie bardziej niż w prawa fizyki. Skoro zaś fanatycznie w nie wierzymy, to zaczynamy również zachowywać się tak, żeby jakoś sobie z tą "prawdą" poradzić. A radzimy sobie za pomocą różnych strategii obronnych, czyli sposobów chronienia się przed bólem wynikającym z własnych przekonań i doświadczeń.
Jeśli Małgorzata wierzy, że nieustannie wisi nad nią groźba odrzucenia, nawet gdy nie ma na to żadnych dowodów, to może robić wszystko, żeby zawsze być interesująca, zabawna i potrzebna. Może też reagować paniką na wszelkie oznaki dystansu i automatycznie odnosić je do siebie. Tymczasem drugi człowiek może być po prostu zmęczony, zmartwiony albo pochłonięty czymś, co nie ma z nią nic wspólnego - takie jest życie. Czując, że wciąż grozi jej odrzucenie, Małgorzata może również obrać przeciwną strategię: porzucać pierwsza, zanim ktoś zdąży porzucić ją.
Jeżeli Anna wierzy, że jej wartość zależy od bycia bezbłędną, to jej strategią obronną będzie perfekcjonizm, chroniący przed byciem "żałosną" i niewidzialną. Nie musi to jednak oznaczać, że Anna będzie wspinać się po szczeblach kariery i nieustannie podnosić sobie poprzeczkę. Równie dobrze może wybrać bezpieczną, mało wymagającą pracę, w której ryzyko porażki jest niewielkie, i właśnie tam perfekcjonistycznie dopieszczać każdy szczegół. Lepiej być perfekcyjną na bezpiecznym, mało ambitnym poletku, niż sprawdzić się tam, gdzie istnieje realne ryzyko niepowodzenia.
Nasze wewnętrzne przekonania o sobie, innych i świecie mówią nam więc o tym, w jakie "prawdy objawione" wierzymy, a strategie - o tym, co robimy, żeby poradzić sobie z tym, w co wierzymy. Więcej o tym zagadnieniu piszę w książce Kto decyduje, ile znaczysz?3, jeśli więc jesteś zaciekawiona tematem, zachęcam cię do lektury. Już jednak na podstawie tego, o czym wspominam tutaj, możesz dostrzec, dlaczego sama zmiana zachowania tak często okazuje się niewystarczająca. Możesz powiedzieć Małgorzacie: "Przestań zabiegać o względy tych, którzy źle cię traktują", a ona może to zrobić, odcinając jakąś toksyczną relację. Jeśli jednak wciąż będzie głęboko wierzyła, że jest nieakceptowalna i niewarta miłości, to po czasie i tak będzie to sobie potwierdzała, wchodząc w relacje, w których zostanie odrzucona. Problem nie polega na zamiłowaniu Małgorzaty do masochizmu, lecz na jej przekonaniu, że tylko na takie traktowanie zasługuje.
Możesz powiedzieć Annie: "Przestań się modlić nad każdym e-mailem, szkoda twojej energii", i owszem, Anna spróbuje sobie odpuszczać. Przez kilka dni nie będzie sprawdzała po kilkanaście razy, czy w wiadomości, którą zamierza wysłać, nie ma żadnego błędu. Jeśli jednak nadal będzie głęboko wierzyła, że najdrobniejszy błąd świadczy o jej bezwartościowości, bardzo szybko wróci do perfekcjonistycznego dopieszczania każdego szczegółu swojej pracy. Sedno problemu nie leży bowiem w tym, że Anna robi rzeczy zbyt dokładnie, ale w tym, że perfekcjonizm chroni ją przed sytuacją, w której popełnienie błędu urasta w jej głowie do rozmiarów katastrofy nuklearnej.
Dlatego właśnie głęboka zmiana nie polega wyłącznie na zastąpieniu jednego zachowania drugim. Trzeba jeszcze zobaczyć i zrozumieć, w czym pomagało ci stare zachowanie, przed czym cię chroniło, jakie przekonanie podtrzymywało, jaką potrzebę zaspokajało, słowem - jaką miało funkcję w twoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że choć nie wybierałaś swojego temperamentu ani wielu doświadczeń, które ukształtowały twoje przekonania, nie oznacza to, że jesteś ich więźniem. Cechy osobowości są względnie trwałe, ale sposób, w jaki nimi zarządzasz, może się zmieniać. Przekonania można uelastyczniać, a strategie korygować, zastępując je bardziej adaptacyjnymi.
Drugim, oprócz osobowości, obszarem szczególnie ważnym w procesie trwałej zmiany jest tożsamość. Składa się na nią to, jak rozumiesz własną historię, czyli między innymi jak twoje wspomnienia i doświadczenia ukształtowały twoje wartości, przekonania czy odgrywane role. Dzięki niej możesz doświadczać siebie jako tej samej osoby, mimo że z biegiem czasu bardzo dużo się w tobie zmienia.
Zdrowa i spójna tożsamość pozwala ci bowiem spojrzeć na siebie sprzed kilku czy kilkunastu lat i pomyśleć: "Dzisiaj wybrałabym inaczej, ale rozumiem, dlaczego wtedy myślałam i postępowałam właśnie tak". Czyli możesz ewoluować jak pokemon. Byłaś Charmanderem, na szesnastym levelu ewoluowałaś w Charmeleona, a przy trzydziestym szóstym stałaś się Charizardem. Zmieniłaś się całkiem solidnie, ale nie obudziłaś się nagle jako Pikachu.
Treść twojej tożsamości może więc podlegać ciągłej aktualizacji, podczas gdy ty zachowujesz poczucie ciągłości własnego "ja". Wiem, że w swobodnej rozmowie pada czasem stwierdzenie: "Teraz jestem zupełnie inną osobą niż kiedyś". Może i tobie zdarzyło się tak powiedzieć. Mam jednak nadzieję, że za tym zdaniem nie stoi u ciebie poczucie bycia zupełnie kimś innym, bo jeśli mamy takie poczucie, to co do zasady nie jest ono wyrazem zdrowej zmiany, tylko odcięcia się od swojej przeszłości.
Rozwijając się, nie porzucamy wcześniejszych wersji siebie i nie zaczynamy za każdym razem od początku. Kolejne doświadczenia, umiejętności i zasoby włączamy w istniejącą już tożsamość. Dzięki temu możemy się zmieniać bez konieczności odcinania się od własnej historii. To, kim byłaś i czego doświadczyłaś, jest i zawsze będzie odpowiedzią na pytanie, jak stałaś się osobą, którą jesteś dzisiaj. To natomiast, czego uczysz się teraz, może stać się częścią tego, jaka będziesz jutro.
Zatem praca nad zmianą, do której zapraszam cię w tej książce, będzie polegała na stopniowym włączaniu nowych sposobów funkcjonowania w obraz samej siebie, tak aby stawały się one częścią spójnej i zintegrowanej tożsamości.
Nowy rok kalendarzowy lub nowy rok życia to świetne momenty na wprowadzanie u siebie zmian. Tak przynajmniej głosi narracja społeczna czy wręcz swego rodzaju moda. A mimo że mody bywają niemądre lub nawet zwyczajnie głupie, to psychologia pokazuje nam, że to przekonanie wcale głupie nie jest - choć takie bywa. Nowy rok, podobnie zresztą jak nowy miesiąc, tydzień, dzień, a także kolejny rok życia, stanowi moment symbolicznego przejścia od starego do nowego. Naszym oczom ukazuje się wtedy wyraźna granica, która zamyka pewien rozdział, i dzięki temu zdecydowanie łatwiej jest nam podjąć decyzję o zmianie. W końcu - coś i tak się kończy. A skoro tak, to siłą rzeczy również coś się zaczyna. Tym razem może być lepiej, możemy nie popełnić takich samych błędów, nie potknąć się, boleśnie obtłukując sobie kolana, i nie doznać znów najpaskudniejszego z uczuć - wstydu.
Wspomniane daty graniczne naturalnie zachęcają nas do podsumowania tego, co się wydarzyło, dokonania bilansu zysków i strat, zauważenia lekcji i wysnucia wniosków na przyszłość. Całe zatem szczęście, że funkcjonujemy w cyklach pozwalających na regularne pojawianie się dat granicznych. Ba, całe szczęście, że narracja społeczna podkreśla ich znaczenie!
Robienie postanowień na "nowe okresy życia" nie jest jedynie wymysłem współczesności. Ludzie postępowali w ten sposób od wieków. To część społecznej zmiany i ewolucji całego świata, w którym żyjemy. Nowy rok, nowa era, nowy rząd, nowa pora roku... i coś wypadałoby w związku z tym "nowym" zrobić, żeby nie popełnić w nim "starych" błędów. Wszyscy jesteśmy co do tego zgodni, i świetnie! To daje nam dodatkową siłę, ponieważ żaden człowiek nie jest do szpiku kości indywidualistą. Nikt z nas nie jest wolnym elektronem. Choćbyśmy bardzo chcieli odciąć się od społeczeństwa, nie jest to możliwe (ani nawet zdrowe). Współtworzymy szerszą narrację i potrzebujemy jej jak tlenu, czy nam się to podoba, czy nie. Dzięki temu zamiast zaczynać samotnie, stajemy się elementem zbiorowego ruchu, a wspólne rozmowy o celach i dzielenie się planami realnie zwiększają naszą motywację, przede wszystkim zaś potrafią być źródłem niewyczerpanej inspiracji. Naturalne mechanizmy psychospołeczne, wykorzystujące daty i wydarzenia graniczne, są naprawdę cennym zasobem, z którego warto korzystać.
Niestety często symbol zaczyna zastępować sam proces zmiany, którego miał być przecież jedynie zwiastunem. Wydaje nam się, że magiczna data i towarzysząca jej atmosfera ożywczej świeżości popchnie naszą zmianę, dzięki czemu dokona się ona szybko i łatwo, a najlepiej błyskawicznie - tak jak powstają frytki w McDonaldzie. Łudzimy się, że na nasze życie zadziała moc daty, a nie własnej pracy. To niebezpieczne wyobrażenie, bo daty same w sobie nie mają żadnych magicznych mocy. Owe moce nadajemy im my sami. Godzina 7:07 we wtorek 11 maja może być równie magiczna jak 0:01 w poniedziałek 1 stycznia, niezależnie od tego, co na to zodiakary. Jeśli nie ma tam magii, a my usilnie chcemy w nią wierzyć, zdecydowanie bardziej niż w pracę własną, to możemy się gorzko rozczarować i utknąć w pytaniu "Co z tym światem/kalendarzem, do cholery, jest nie tak?". A może: "Co jest nie tak ze mną / z moim rytuałem?".
Daty graniczne są źródłem trudności, bo nakładają na nas presję. Wypadałoby w nowym roku coś zmienić! Czas najwyższy! Powinno się mieć jakieś postanowienia, wszyscy je mają! Każdy kolejny rok życia też nas do tego zobowiązuje, w końcu skoro jesteśmy starsi, to wypadałoby, żebyśmy byli także mądrzejsi i dojrzalsi. Tego wymaga rozwój człowieka! To, czy w ogóle mamy na tę zmianę realną przestrzeń, staje się mniej istotne. Trzeba, to trzeba. Wypada, to wypada.
Pamiętaj, że data nigdy nie zdejmie z ciebie ciężaru konfrontowania się z oporem czy lękiem, nie zniweluje twojego zmęczenia ani twojej frustracji. Żadna data nie wykona pracy za ciebie, a wszystkie konsekwencje poniesiesz ty sama. Żaden symbol nie przeprowadzi cię przez okres destabilizacji. Możesz dostać impuls, poczuć wspólnotową energię, doświadczyć entuzjazmu na początku, ale to wciąż będzie jedynie zaproszenie do procesu, a nie proces sam w sobie. Jeśli symboliczna granica pomaga ci zebrać myśli, nazwać kierunek i podjąć decyzję, korzystaj z niej. Nie oczekuj tylko, że wykona robotę za ciebie.
Zmiana jest procesem wymagającym przestrzeni. Owszem, może być zainspirowana symbolem czy zapoczątkowana datą, ale w każdym swoim calu jest ona procesem. My zaś aktywnie współtworzymy ten proces, angażując się na dobre i na złe, będąc w nim w zdrowiu i chorobie, a nie jedynie gdy utrzymuje się entuzjazm pierwszych chwil. Początki napędzane są emocjami, a emocja z definicji jest doświadczeniem czasowym - ona mija, podobnie zresztą jak motywacja.
Zmiana kosztuje uwagę, czas i energię. Do jej zaistnienia niezbędne są tolerancja na frustrację i zdolność znoszenia okresowego chaosu. Wymaga ona uczenia się nowych zachowań, podejmowania decyzji, popełniania błędów, wracania po potknięciach i wielokrotnego powtarzania nowych zachowań. Im bardziej obciążona jesteś w innych obszarach życia, tym mniej zostaje ci na ten proces.
A przestrzeń jest przecież kluczowa. Nie zawsze pojawia się dokładnie wtedy, kiedy jej sobie zażyczymy, i nie zawsze jest jej tyle, ile sobie wymarzymy. Mówiąc o przestrzeni, mam na myśli nie tylko czas, choć oczywiście bywa on pierwszym i najbardziej oczywistym jej wymiarem. Przestrzeń to także twoja pojemność psychiczna niezbędna do pomieszczenia i zintegrowania nowości, to dojrzałość i gotowość psychiczna, zależna od stopnia twojego obecnego przeciążenia i bagażu, który w momencie zmiany dźwigasz, a także sił psychicznych i fizycznych, które masz. Pojemność psychiczna jest zależna od tego, z iloma niedomkniętymi sprawami i procesami mierzysz się w teraźniejszości, z iloma kryzysami mierzyłaś się w bliskiej przeszłości, jak skutecznie procesy regeneracji przybliżają cię do osiągnięcia homeostazy i jak silnego wyczerpania doświadczasz.
Zmiana potrzebuje przestrzeni, bo zawsze jest procesem destabilizującym. Nawet ta najbardziej upragniona zachwieje twoim dotychczasowym porządkiem. Świetnie, jeśli o zmianie decydujesz, będąc wypoczętą, zregenerowaną, wyspaną i najedzoną, posiadając liczne zasoby, czerpiąc satysfakcję z życia wysokiej jakości, w którym chcesz się rozwijać, bo wtedy łatwo poradzisz sobie z destabilizacją. Gorzej, jeśli podczas decydowania o niej jesteś przeciążona, funkcjonujesz na granicy wydolności i starasz się jedynie przetrwać kolejny dzień. W takich okolicznościach każda dodatkowa próba reorganizacji życia może spalić na panewce, niezależnie od tego, ile masz w sobie silnej woli.
Tonący chaotycznie macha rękami i nogami, walcząc o każdy haust powietrza, a jak trzeba, to i brzytwy się chwyci. W końcu lepiej żyć bez ręki, niż nie żyć w ogóle. Tonący nie myśli o tym, że jak zatrzyma się na kilka sekund i zsynchronizuje ruchy, to będzie mógł zaczerpnąć tyle tlenu, ile potrzebuje jego ciało, żeby mieć siłę, aby płynąć dalej. Nie ma na to przestrzeni! W silnym kryzysie psychicznym przestrzeni niezbędnej do zaczerpnięcia tlenu również może nie być i wynika to z bardzo podstawowych praw rządzących naszym wewnętrznym światem. Przestrzeń jest koniecznością. Przestrzeń jest świętością. A mimo to stanowi ona luksus, na który nie na każdym etapie życia można sobie pozwolić w takiej formie, w jakiej by się chciało. Dlatego też trzeba mierzyć zamiary podług sił i rozsądnie opracowywać plan zmiany, żeby uwzględniał to, czym realnie dysponujesz.
Bardzo niebezpieczną pułapką jest porywanie się na zmianę, do której nie mamy zasobów. Co to znaczy? Możesz bardzo chcieć trenować pięć razy w tygodniu, ale doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny. Jeśli osiem z nich przeznaczasz na pracę, dwie na dojazdy, kolejne na opiekę nad dziećmi, zakupy, gotowanie, sprzątanie i wyprowadzanie psa, a gdzieś w tym wszystkim starasz się jeszcze uwzględnić sen, to nawet największa motywacja nie wyczaruje ci dodatkowych kilku godzin dnia.
Możesz chcieć zmienić pracę, ale nie mieć poduszki finansowej, która pozwoli ci przez kilka miesięcy spokojnie szukać dla siebie nowego miejsca. Możesz chcieć rozpocząć własną działalność, ale nie mieć pieniędzy na inwestycję, odpowiedniej wiedzy, wsparcia albo czasu, żeby równolegle utrzymywać dotychczasowe źródło dochodu. Możesz marzyć o przeprowadzce, ale być związana kredytem, opieką nad bliską osobą albo obowiązkami, których nie da się spakować do kartonu i wystawić na Vinted. Możesz bardzo chcieć lepiej regulować emocje, ale od tygodni spać po cztery godziny na dobę, więc dopóki nie nauczysz się dbać o swoje zasoby energetyczne i szanować ich, żadne mądre poradniki nie sprawią, że przestaniesz wybuchać na swoich bliskich.
Doba ma dwadzieścia cztery godziny, ciało potrzebuje snu, pieniądze nie rosną na drzewie, układ nerwowy ma swoją wydolność, przeszłości nie da się wymazać, a części konsekwencji wcześniejszych wyborów nie da się anulować. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość za to, jak wygląda. Można natomiast nauczyć się projektować zmianę z jej uwzględnieniem.
Dlatego przed rozpoczęciem zmiany powinnaś zrobić uczciwy bilans uwzględniający składowe rzeczywistości, w której żyjesz. Ile czasu tak naprawdę możesz przeznaczyć na zaangażowanie się w proces? Ile realnie energii zostaje ci na zmianę po standardowym dniu? Jak dobrze sypiasz? Czy jesteś zdrowa, czy na coś chorujesz, a jeśli tak, to jak bardzo jesteś chora? Ile spraw jednocześnie wymaga twojej uwagi? Na czyje wsparcie możesz liczyć? Jakimi zasobami finansowymi dysponujesz?
Chodzi o urealnienie skali zmiany, żebyś się nie porywała z motyką na słońce. Co istotne, nie każdy potrzebny ci zasób musisz mieć już na wstępie, w momencie planowania zmiany. Część z nich możesz zbudować, zdobyć albo zorganizować. Ich zapewnienie stanowi pierwszy, konieczny krok we wdrażaniu zmiany. Jak go zrobić? Zapraszam cię w dalszą podróż przez ten niezwykle ciekawy proces.
Zmiana zawsze wywołuje opór naszej psychiki, a im większe owa zmiana ma dla nas znaczenie i im bardziej ingeruje w dotychczasowy sposób funkcjonowania, tym silniejszy może powodować bunt. Pojawia się wtedy zwykle nieuświadomiona pokusa, aby w mniej lub bardziej racjonalnie uzasadniony sposób sabotować własne wysiłki. Ludzka tendencja do powstrzymywania realizacji zmian, które sami chcemy wprowadzić w swoim życiu, może się nam wydawać kompletnie nielogiczna. Skoro zmiana ma nam przynieść ulgę, szczęście, lepszą jakość życia, to po co ją sabotować? Nie ma przecież sensu odbierać sobie czegoś, czego pragniemy. Dysonans powstały na poziomie poznawczym jest całkowicie zrozumiały. Niestety nasza psychika rządzi się swoją własną, dość szczególną logiką.
Jeśli zatem zastanawiasz się, dlaczego zmiana stawia tak zdecydowany opór przed staniem się integralną częścią twego życia, mimo że tak bardzo jej pragniesz, to chcę ci powiedzieć, że wszystkiemu winna jest... lojalność. W tym wypadku chodzi o lojalność wobec tego, co już znasz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki