Jak decydować, kim się stajesz. Trwała zmiana w zgodzie ze sobą - Iza Maliszewska

-
Proszę czekać

Wstęp

Przy­pusz­czam, że się­gasz po tę książkę nie­przy­pad­kowo - prze­cież publi­ka­cji poświę­co­nych samo­roz­wo­jowi jest wiele, a cie­bie zain­te­re­so­wała wła­śnie ta. Jeśli rze­czy­wi­ście nie kie­ro­wał tobą ślepy los, to praw­do­po­dob­nie nale­żysz do grupy osób o wyso­kiej samo­świa­do­mo­ści. Skąd we mnie to prze­ko­na­nie? Trwała i głę­boka zmiana sie­bie wymaga przede wszyst­kim głę­bo­kiego wglądu oraz goto­wo­ści, aby uczci­wie skon­fron­to­wać się z tym, jak funk­cjo­nu­jesz, w tym ze wszyst­kimi swo­imi ogra­ni­cze­niami, wewnętrz­nymi sprzecz­no­ściami, kon­for­mi­zmem, popeł­nio­nymi błę­dami i poraż­kami, które ponio­słaś. Sło­wem - wszyst­kim tym, co trudno w sobie zaak­cep­to­wać. Zain­te­re­so­wa­nie trwałą zmianą poja­wia się bowiem dopiero, gdy jeste­śmy na tyle doj­rzałe, by bez szu­ka­nia wygod­nie brzmią­cych wymó­wek wziąć odpo­wie­dzial­ność za sie­bie i swoje życie. Świa­do­mego wyboru tej książki doko­nają więc przede wszyst­kim osoby, które mają już roz­wi­nięty wgląd.

Co to wła­ści­wie ozna­cza dla cie­bie? Praw­do­po­dob­nie prze­czy­ta­łaś już kil­ka­na­ście, a może nawet kil­ka­dzie­siąt ksią­żek, prze­słu­cha­łaś dzie­siątki pod­ca­stów, pozna­łaś różne kon­cep­cje psy­cho­lo­giczne i część swo­ich pro­ble­mów prze­pra­co­wa­łaś na kilka spo­so­bów. Wiesz o sobie naprawdę dużo. Zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż kilka czy kil­ka­na­ście lat temu. A także zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż prze­ciętna osoba. Nie­wąt­pli­wie bar­dzo się sta­rasz, aby sta­wiać zdrowe gra­nice, roz­sąd­nie dobie­rać sobie towa­rzy­stwo i mniej się zamar­twiać, nie odkła­dać spraw na "wieczne ni­gdy", ufać bar­dziej sobie i temu, co myślisz, niż temu, co ktoś powie. Być może przez jakiś czas idzie ci naprawdę dobrze, jesteś zmo­ty­wo­wana, pełna sił, ale potem przy­cho­dzi szara codzien­ność, a wraz z nią stare pro­blemy.

Jakże fru­stru­jąca potrafi być świa­do­mość, że zdo­byta wie­dza nie prze­kłada się na życie w takim stop­niu, w jakim byś tego chciała, ani tak trwale, jak byś sobie tego życzyła! Ile razy można docho­dzić do tych samych wnio­sków? Ile razy można uświa­da­miać sobie coś na nowo? Jak długo można dostrze­gać, że wła­sne sche­maty są nisz­czące, a jed­no­cze­śnie dzia­łać według nich? Jeśli cze­goś takiego doświad­czasz, to nie myśl, że coś jest z tobą nie tak, za mało się sta­rasz, bra­kuje ci kon­se­kwen­cji, dys­cy­pliny albo moty­wa­cji. Uspo­ka­jam - wszystko z tobą w porządku.

Wiesz, czemu ludzie wpa­dają w pułapkę powra­ca­nia do sta­rych sche­ma­tów funk­cjo­no­wa­nia? By­naj­mniej nie dla­tego, że nie umiemy się zmie­niać, tylko dla­tego, że pró­bu­jemy zarzą­dzać zmianą, nie rozu­mie­jąc do końca pro­ce­sów, które w nas zacho­dzą pod­czas jej trwa­nia. Jeśli więc twoja zmiana ma być trwała, to musisz przede wszyst­kim nauczyć się zarzą­dzać tym pro­ce­sem i zyskać świa­do­mość, co będzie pró­bo­wało spro­wa­dzić cię z obra­nej drogi. Powin­naś się przy­go­to­wać na to, co może robić twój umysł, kiedy utra­cisz moty­wa­cję, gdy poja­wią się zmę­cze­nie, stres lub kry­zys.

Każdy z nas ulega cią­głej trans­for­ma­cji pod wpły­wem doświad­czeń, rela­cji, decy­zji i ich kon­se­kwen­cji, strat, suk­ce­sów, pora­żek, prób i roz­cza­ro­wań. U każ­dego z nas zawsze, choć w róż­nym stop­niu, zmie­niają się reak­cje, przy­zwy­cza­je­nia, spo­sób patrze­nia na sie­bie i innych, a także to, czego pra­gnie i czego się boi. Każda taka zmiana jest praw­dziwa. Nie każda jest jed­nak trwała i nie każda pro­wa­dzi nas w kie­runku, w któ­rym chcie­li­by­śmy iść. Możemy pozwo­lić, by to jedy­nie oko­licz­no­ści nada­wały kie­ru­nek naszym zmia­nom, albo możemy sami świa­do­mie ten kie­ru­nek wybie­rać. Nie mamy wpływu na wszystko, co nas spo­tyka, mamy jed­nak wpływ na to, co z tym zro­bimy i jak nas to będzie zmie­niać.

Zanim zagłę­bimy się w te kwe­stie, prze­czy­taj przy­po­wieść, która bar­dzo dobrze oddaje cel i sens tej książki.

- Mistrzu - zapy­tał uczeń - dla­czego w dro­dze do celu cią­gle napo­ty­kam prze­szkody, które spro­wa­dzają mnie na manowce i każą pochy­lać głowę przed wła­snymi sła­bo­ściami?

- To, co nazy­wasz prze­szko­dami - odpo­wie­dział mistrz - jest w isto­cie czę­ścią two­jego celu. Pomyśl o tym i weź to pod uwagę, gdy wybie­rasz drogę. Wyobraź sobie, że strze­lasz z łuku. Widzisz tar­czę, ale wiatr znosi twoje strzały. Czy wal­czysz z wia­trem? Nie. Usta­lasz jego kie­ru­nek i kory­gu­jesz usta­wie­nie łuku, żeby wypu­ścić strzałę pod innym kątem. Twój łuk jest ciężki i sztywny. Czy wal­czysz z łukiem? Nie. Ćwi­czysz swoje mię­śnie i coraz moc­niej nacią­gasz cię­ciwę.

- Ale prze­cież są ludzie, któ­rzy mają lekki, giętki łuk, a gdy strze­lają, pogoda jest piękna i bez­wietrzna - powie­dział obu­rzony uczeń. - Dla­czego tylko moje dzia­ła­nia napo­ty­kają tyle prze­szkód? Czy wszech­świat sprzy­siągł się prze­ciwko mnie?

- Ni­gdy nie oglą­daj się na innych. - Mistrz się uśmiech­nął. - Każdy ma swój łuk, swoją tar­czę i swój wła­sny czas, by wypu­ścić strzałę. Jedni czy­nią swoim celem tra­fie­nie w śro­dek tar­czy, inni moż­li­wość naucze­nia się łucz­nic­twa. - Następ­nie mistrz pochy­lił się w stronę ucznia i dodał: - Wyja­wię ci jesz­cze jedną tajem­nicę, mój chłop­cze. Wiatr nie wieje po to, by zmie­nić kie­ru­nek two­jej strzały. Twardy łuk nie został zro­biony po to, byś zdał sobie sprawę ze swo­ich sła­bo­ści. To wszystko dzieje się nie­za­leż­nie od cie­bie i two­ich zamia­rów. Decy­zję, by w takich warun­kach wce­lo­wać w śro­dek tar­czy, podej­mu­jesz ty.

Autor nie­znany

Czy uczeń powi­nien obra­zić się na wiatr? Wal­czyć z łukiem? Uznać, że skoro ktoś obok dostał na star­cie lżej­szy sprzęt, a do tego tra­fił na bez­wietrzną pogodę, to z nim samym musi być coś nie tak? Z pew­no­ścią nie. Powi­nien nauczyć się uwzględ­niać warunki, w któ­rych strzela. W taki wła­śnie spo­sób będziemy patrzeć na pro­ces trwa­łej zmiany.

Wszy­scy chcie­li­by­śmy, żeby droga ku naszej zmia­nie była usłana różami. Tym­cza­sem, nawią­zu­jąc do przy­po­wie­ści, na wiatr nie mamy wpływu - przy­da­rza nam się cała masa loso­wych sytu­acji. Nie mamy rów­nego startu w życie, bo róż­nimy się zarówno śro­do­wi­skiem, w jakim przy­szło nam dora­stać, jak i gene­tycz­nymi pre­dys­po­zy­cjami psy­cho­fi­zycz­nymi. Cięż­szy łuk wymaga od strze­la­ją­cego więk­szej siły, wię­cej cier­pli­wo­ści i czasu. Jedna osoba może pozwo­lić sobie na dzie­sięć nie­uda­nych prób, dla innej każda pomyłka będzie bar­dzo kosz­towna. Dla­tego porów­ny­wa­nie rezul­ta­tów bez uwzględ­nie­nia warun­ków, w jakich powstały, pro­wa­dzi do bar­dzo nie­spra­wie­dli­wych i krzyw­dzą­cych wnio­sków na temat wła­snej siły, zdol­no­ści czy war­to­ści.

Abso­lut­nie nie jest tak, że kiedy podej­mu­jemy decy­zję o świa­do­mej zmia­nie, to wszech­świat grzecz­nie usuwa nam z drogi wszel­kie prze­szkody. Wiatr nie wieje jed­nak po to, żeby zmie­nić kie­ru­nek naszej strzały. Trudne rze­czy po pro­stu się zda­rzają. To my decy­du­jemy, jak wyko­rzy­stać warunki, w któ­rych przy­szło nam strze­lać.

Czy­ta­jąc tę książkę, nauczysz się więc dobrze rozu­mieć pro­ces zmiany i wszel­kie psy­cho­lo­giczne mecha­ni­zmy, które się z nim wiążą. Nauczysz się budo­wać siłę tak, abyś mogła z jej pomocą posłu­gi­wać się takim łukiem, jaki masz. Poznasz jego cię­żar i wła­ści­wo­ści. Spraw­dzisz, w czym ten sprzęt oka­zuje się pomocny, a co wymaga od cie­bie więk­szej pracy. Przyj­rzysz się kie­run­kowi wia­tru i nauczysz się kory­go­wać tor lotu strzały. No i naj­waż­niej­sze - będziesz to robić nie po to, żeby zawsze bez­błęd­nie tra­fiać w dzie­siątkę, ale żeby wpra­wiać się w sztuce łucz­nic­twa.

Człowiek w zmianie

Zmiana ni­gdy nie dzieje się w próżni, choć upar­cie pró­bu­jemy wie­rzyć, że tak wła­śnie jest. Aby dopro­wa­dzić do trwa­łej trans­for­ma­cji, trzeba uwzględ­nić indy­wi­du­alny kon­tekst oraz opra­co­wać ade­kwatne do niego spo­soby dzia­ła­nia. Każdy czło­wiek ma nie­po­wta­rzalny zestaw cech tem­pe­ra­men­tal­nych, jedyną w swoim rodzaju histo­rię oraz ukształ­to­wane w jej wyniku prze­ko­na­nia i spo­soby radze­nia sobie z prze­ciw­no­ściami losu. Każdy ma okre­ślone zasoby i ogra­ni­cze­nia. Wszyst­kie te ele­menty odgry­wają nie­ba­ga­telną rolę w opi­sy­wa­nym tu pro­ce­sie. Zanim więc zaczniemy zasta­na­wiać się nad tym, w jaki spo­sób doko­nać zmiany, żeby osią­gnąć trwałe efekty, przyj­rzyjmy się temu, kto tej zmiany doko­nuje.

Wróćmy na chwilę do przy­kładu łucz­nika. Możesz wie­dzieć, czego chcesz, możesz godzi­nami wizu­ali­zo­wać sobie cel i naprawdę bar­dzo, ale to bar­dzo chcieć do niego tra­fić. Samo pra­gnie­nie jed­nak nie wystar­czy. O efek­cie zade­cy­duje spo­sób, w jaki będziesz strze­lać, a wcze­śniej - zro­zu­mie­nie całego pro­cesu, czyli fizyki i bio­lo­gii łucz­nic­twa. Dla­tego głę­boka zmiana nie może ogra­ni­czać się wyłącz­nie do aktu wypusz­cza­nia strzały, czyli zacho­wa­nia. Jeżeli tak do niej podej­dziesz, wszel­kie twoje sta­ra­nia spalą na panewce. Skoro chcesz, aby zmiana stała się inte­gralną czę­ścią two­jego życia, musisz zejść głę­biej.

Chcia­ła­bym, żebyś zwró­ciła uwagę na dwa szcze­gól­nie ważne obszary, któ­rych trwała zmiana nie może pomi­jać: oso­bo­wość i toż­sa­mość. Oso­bo­wość to coś, z czym wcho­dzisz w pro­ces trans­for­ma­cji. Toż­sa­mość zaś można opi­sać jako to, kim jesteś we wła­snej opo­wie­ści o sobie. Psy­cho­lo­go­wie wydzie­lają w każ­dym z tych obsza­rów liczne pod­ka­te­go­rie. Ich przy­to­cze­nie zmie­ni­łoby kolejne strony w wykład aka­de­micki, a tego tutaj nie chcemy (bar­dziej szcze­gó­łowe przed­sta­wie­nie tych zagad­nień znaj­dziesz w czę­ści "Dla spra­gnio­nych wie­dzy", znaj­du­ją­cej się na końcu książki). W tym miej­scu inte­re­suje nas przede wszyst­kim, jak to, jaka jesteś i za kogo sie­bie uwa­żasz, wpływa na zmianę, którą pró­bu­jesz wpro­wa­dzić.

Zacznijmy od oso­bo­wo­ści. Naj­ła­twiej będzie zro­zu­mieć ją na kon­kret­nych przy­kła­dach, przyj­rzyjmy się więc wymy­ślo­nym na potrzeby tej książki posta­ciom, Mał­go­rza­cie i Annie. O tej pierw­szej wszy­scy wie­dzą, że ma krótki lont. Kiedy ktoś ją zde­ner­wuje - świeć Panie nad jego duszą. Mał­go­rzata nie bie­rze jeń­ców. Zna­jomi wolą się jej nie nara­żać. Mają świa­do­mość, że powrót do rów­no­wagi zaj­muje jej sporo czasu. Po kłótni potrafi przez wiele godzin cho­dzić wku­rzona po biu­rze i mam­ro­tać coś pod nosem, naj­pew­niej prze­kli­na­jąc tych, któ­rzy weszli jej w drogę.

Anna rów­nież się zło­ści, stre­suje i boi - nie jest prze­cież cybor­giem - ale reaguje zde­cy­do­wa­nie spo­koj­niej i szyb­ciej wraca do rów­no­wagi. Kon­flikt? Naj­pierw weź­mie trzy głę­bo­kie wde­chy, zbie­rze myśli, a potem ze sto­ic­kim spo­ko­jem spró­buje się doga­dać. Trudne wyzwa­nie? Anna nie traci czasu na bez­sen­sowną panikę. Opra­co­wuje plan dzia­ła­nia, a potem z godną podziwu kon­se­kwen­cją go reali­zuje. Nawet jeśli jej córka trzy­dzie­sty raz w ciągu jed­nego dnia zapyta o to, gdzie zała­twiają się ryby, Anna z cier­pli­wo­ścią bud­dyj­skiego mni­cha wyja­śni jej ten feno­men, tłu­ma­cząc przy tym, że o ile ryby mogą zała­twiać się do jeziora, o tyle czło­wiek powi­nien raczej korzy­stać z toa­lety. Mogłaby nauczać zen, gdyby nie pewien kot, który pod­kradł jej tę robotę1.

Tak ogromne róż­nice mię­dzy Mał­go­rzatą a Anną wyni­kają mię­dzy innymi z tem­pe­ra­mentu, czyli bio­lo­gicz­nie uwa­run­ko­wa­nej reak­tyw­no­ści układu ner­wo­wego. Tem­pe­ra­ment jest wro­dzony i ma pod­łoże gene­tyczne. Dosta­jemy go w pakie­cie star­to­wym. Nie wybie­rasz tego, jak działa twój układ ner­wowy, ale możesz nauczyć się lepiej go rozu­mieć i sku­tecz­niej nim zarzą­dzać. W pro­ce­sie zmiany jest to bar­dzo ważne. Osoba sil­nie reak­tywna potrze­buje innych narzę­dzi do pracy nad sobą niż ktoś, kogo trudno wytrą­cić z rów­no­wagi. W przy­padku Mał­go­rzaty prio­ry­te­tem będzie solidny tre­ning regu­lo­wa­nia pobu­dze­nia, bo bez tego nie ruszy dalej. Anna, któ­rej układ ner­wowy z natury reaguje spo­koj­niej, nie musi wkła­dać w ten obszar aż tyle pracy i może sku­pić się na zupeł­nie innych aspek­tach zmiany.

Tem­pe­ra­ment nie wyczer­puje jed­nak całego zagad­nie­nia, jakim jest oso­bo­wość. Tę ostat­nią możemy opi­sy­wać rów­nież poprzez względ­nie trwałe wzorce prze­ży­wa­nia i dzia­ła­nia. W tzw. modelu Wiel­kiej Piątki2 defi­niuje się je za pomocą pię­ciu wymia­rów. Słowo "wymiar" ma tutaj klu­czowe zna­cze­nie, ponie­waż każda z tych cech wystę­puje na kon­ti­nuum - nie dzie­limy się na tych, któ­rzy daną cechę mają, oraz tych, któ­rzy jej nie mają, lecz róż­nimy się jej nasi­le­niem. Owych pięć wymia­rów to: eks­tra­wer­sja, ugo­do­wość, sumien­ność, neu­ro­tycz­ność i otwar­tość na doświad­cze­nie.

Wróćmy więc do Mał­go­rzaty i Anny. Pierw­sza z nich ma rela­tyw­nie wysoki poziom neu­ro­tycz­no­ści. Sil­nie reaguje na stres, szybko zaczyna się zamar­twiać i długo pamięta wymie­rzoną pod jej adre­sem kry­tykę. Druga znaj­duje się bli­żej prze­ciw­le­głego końca tego wymiaru. Rów­nież doświad­cza trud­nych emo­cji, ale łatwiej się regu­luje. Upada, ale szybko wstaje, otrze­puje kurz i idzie dalej.

Mał­go­rzata jest bar­dzo eks­tra­wer­tyczna. Uwiel­bia innych ludzi, ini­cjuje spo­tka­nia, ma całą masę zna­jo­mych, potrafi opo­wia­dać o czymś godzi­nami, a po cało­noc­nej impre­zie ze zna­jo­mymi wraca do domu z więk­szą ilo­ścią ener­gii, niż miała przed wyj­ściem. Anna jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej intro­wer­tyczna. Lubi innych ludzi, ale woli mieć zale­d­wie kilka bli­skich rela­cji, a w klu­bie była dwa razy w życiu - pierw­szy i ostatni. Po week­en­do­wym wyjeź­dzie ze zna­jo­mymi potrze­buje pobyć sama. Bate­rie ładuje w ciszy i spo­koju.

Mał­go­rzata ma wysoki poziom otwar­to­ści na doświad­cze­nie. Eks­pe­ry­men­tuje z wyglą­dem, chęt­nie pró­buje dzi­wacz­nych potraw, któ­rych nazw nie potrafi wymó­wić. Jeśli w środku nocy naj­dzie ją ochota na wycieczkę nad morze, to bez waha­nia kupi bilet na pociąg i poje­dzie, aby z kub­kiem cie­płej mat­chy oglą­dać wschód słońca. Anna woli pla­no­wać wszystko z wyprze­dze­niem. Zanim zde­cy­duje się na jakiś krok, chce naj­pierw wie­dzieć, z czym dokład­nie będzie miała do czy­nie­nia. Chęt­niej wraca do zna­nych miejsc, trzy razy obej­rzała Shreka, a wie­czo­rami po raz czwarty czyta Harry'ego Pot­tera. Wybiera kla­syczne kroje ubrań i sto­no­wane kolory.

W wymia­rze ugo­do­wo­ści sytu­acja wygląda odwrot­nie. Anna szuka kom­pro­misu, bie­rze pod uwagę potrzeby innych i zwy­kle zależy jej na dobrej atmos­fe­rze. Mał­go­rzata jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej bez­po­śred­nia. Pro­wa­dzi twarde nego­cja­cje i mówi to, co myśli, nie zwa­ża­jąc na kon­se­kwen­cje.

I w końcu sumien­ność. Anna lubi porzą­dek i zawsze dotrzy­muje danego słowa. Jeśli coś sobie posta­nowi, z pew­no­ścią to zrobi. Mał­go­rzata działa spon­ta­nicz­nie. Potrafi rzu­cić się w nowe przed­się­wzię­cie z ogrom­nym entu­zja­zmem, ale z dużą trud­no­ścią przy­cho­dzi jej dopro­wa­dza­nie sprawy do końca.

Każdy z nas sta­nowi uni­kalną kom­bi­na­cję tych pię­ciu cech (eks­tra­wer­sja, ugo­do­wość, sumien­ność, neu­ro­tycz­ność i otwar­tość na doświad­cze­nie) wystę­pu­ją­cych w róż­nym nasi­le­niu. Jed­no­cze­śnie żaden z wymia­rów Wiel­kiej Piątki nie jest z defi­ni­cji "dobry" ani "zły". Przy­kła­dowo: duża otwar­tość na doświad­cze­nia sprzyja zmia­nie, bo zachęca do eks­pe­ry­men­to­wa­nia, może jed­nak spra­wić, że zanim zdą­żysz ogar­nąć jeden obszar zmiany, rzu­cisz się w wir pię­ciu kolej­nych, rów­nie pil­nych i cie­ka­wych. Duża sumien­ność sprzyja kon­se­kwen­cji, ale może rów­nież pro­wa­dzić do upar­tych prób rato­wa­nia cze­goś, co wypa­da­łoby pocho­wać. Mała ugo­do­wość gene­ruje kon­flikty, ale uła­twia sta­wia­nie gra­nic. Mała neu­ro­tycz­ność sprzyja osią­gnię­ciu sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej, ale może też spra­wiać, że będziemy mieć ten­den­cję do nie­do­ce­nia­nia ryzyka.

Dla­czego więc z prak­tycz­nego punktu widze­nia warto jest znać sie­bie rów­nież pod tym wzglę­dem? Załóżmy, że zarówno Mał­go­rzata, jak i Anna sta­wiają sobie dokład­nie ten sam cel: chcą nauczyć się lepiej sta­wiać gra­nice. Mał­go­rzata bar­dzo szybko eks­cy­tuje się nowymi pomy­słami, ale rów­nie szybko potrafi je porzu­cić. Jej znaczna otwar­tość na doświad­cze­nie może więc spra­wić, że po prze­czy­ta­niu książki przez trzy dni będzie sta­wiała gra­nice wszyst­kim, nawet wła­snemu psu, po czym czwar­tego dnia zain­te­re­suje się czymś zupeł­nie innym i nie utrwali nowej umie­jęt­no­ści. Dwa tygo­dnie póź­niej uzna więc, że znów ma pro­blem ze sta­wia­niem gra­nic i pew­nie coś jest z nią nie tak.

Mał­go­rzata po pro­stu jest tak skon­stru­owana. Nie jest to jej wada, lecz obszar, który warto uwzględ­nić w pro­ce­sie zmiany. W jej przy­padku naj­więk­szym wyzwa­niem nie będzie bowiem roz­po­czę­cie zmiany, ale wytrwa­nie w niej wtedy, gdy prze­sta­nie być dla niej tak eks­cy­tu­jąca, jak była na początku. Mał­go­rzata nie powinna więc opie­rać swo­jego planu wyłącz­nie na począt­ko­wym entu­zja­zmie. Potrze­buje pro­stego spo­sobu pod­trzy­my­wa­nia dzia­ła­nia rów­nież w póź­niej­szej, nud­niej­szej fazie pro­cesu - na przy­kład codzien­nego ćwi­cze­nia jed­nego zacho­wa­nia, regu­lar­nego spraw­dza­nia i zapi­sy­wa­nia postę­pów oraz ogra­ni­cze­nia liczby zmian wpro­wa­dza­nych jed­no­cze­śnie.

Anna ma ina­czej. Nowo­ści nie są dla niej szcze­gól­nie kuszące, a wręcz ją znie­chę­cają. Jeśli więc przez ostat­nie pięt­na­ście lat odpo­wia­dała na każdą prośbę: "Jasne, nie ma pro­blemu", to stwier­dze­nie, że tym razem nie da rady, będzie dla niej zde­cy­do­wa­nie więk­szym wyda­rze­niem niż dla Mał­go­rzaty. Anna potrze­buje zatem stop­nio­wego oswa­ja­nia nowego spo­sobu zacho­wa­nia - powinna zacząć od sytu­acji o mniej­szym kali­brze i nie­wiel­kim zna­cze­niu, wcze­śniej przy­go­to­wać sobie kilka zdań, któ­rych będzie chciała użyć, oraz roz­sąd­nie zwięk­szać poziom trud­no­ści wraz ze stop­nio­wym przy­swa­ja­niem sobie nowych zacho­wań. Jeśli dodat­kowo Anna znaj­duje się wysoko w wymia­rze ugo­do­wo­ści, samo posta­wie­nie gra­nicy może wywo­łać u niej silny dys­kom­fort, bo nie­za­do­wo­le­nie dru­giego czło­wieka jest dla niej szcze­gól­nie trudne do znie­sie­nia. W pla­nie zmiany musi więc uwzględ­nić naukę tole­ro­wa­nia dys­kom­fortu, który poja­wia się, gdy ktoś jest roz­cza­ro­wany, ziry­to­wany czy nie­za­do­wo­lony, i pamię­tać, że reak­cja dru­giej osoby nie ozna­cza koniecz­no­ści rezy­gno­wa­nia z wła­snych gra­nic.

Mał­go­rza­cie, która prze­ja­wia niż­szy poziom ugo­do­wo­ści, samo posta­wie­nie gra­nicy przyj­dzie zde­cy­do­wa­nie łatwiej. Jej zada­niem w tym pro­ce­sie będzie jed­nak nie tyle oswa­ja­nie dys­kom­fortu, ile spraw­dza­nie, czy dba­jąc o wła­sne gra­nice, nie zamie­nia ich w zasieki, które ranią innych, a jed­no­cze­śnie izo­lują ją samą. Musi nauczyć się komu­ni­ko­wać w taki spo­sób, żeby jed­no­cze­śnie chro­nić wła­sną prze­strzeń i uwzględ­niać fakt, że po dru­giej stro­nie także stoi czło­wiek z krwi i kości.

Podob­nie będzie z neu­ro­tycz­no­ścią. Jeśli Mał­go­rzata wie, że szybko wybu­cha i długo wraca do rów­no­wagi, rów­nież powinna brać na to poprawkę i ważne roz­mowy o dużym ładunku emo­cjo­nal­nym prze­pro­wa­dzać dopiero, gdy jej układ ner­wowy się wyre­gu­luje. Wszystko po to, żeby nie eska­lo­wać.

Anna, znaj­du­jąca się nisko w wymia­rze neu­ro­tycz­no­ści, będzie miała pod tym wzglę­dem zde­cy­do­wa­nie łatwiej. Może jed­nak potrze­bo­wać świa­do­mego zatrzy­my­wa­nia się i spraw­dza­nia, czy cze­goś nie baga­te­li­zuje lub nie unika. To, co u Mał­go­rzaty uru­cho­mi­łoby wszyst­kie alarmy, sku­tecz­nie moty­wu­jąc ją do zaję­cia się pro­ble­mem, Anna może po pro­stu zamieść pod dywan, uzna­jąc, że "nie jest tak źle" albo "to nic takiego".

Cel obu kobiet pozo­staje więc ten sam, ale po uwzględ­nie­niu róż­nic indy­wi­du­al­nych droga do niego będzie wyglą­dała ina­czej.

Widzisz teraz, jak ważne jest uświa­do­mie­nie sobie, jakie miej­sce zaj­mu­jesz w poszcze­gól­nych wymia­rach oso­bo­wo­ści? Ta wie­dza uła­twi ci prze­cho­dze­nie przez pro­ces zmiany w zgo­dzie z wła­snymi uwa­run­ko­wa­niami, bo one two­rzą twój łuk. W jed­nych obsza­rach będzie ci on poma­gał i sta­no­wił ogromny zasób, w innych będzie wyma­gał mądrej pracy, pro­wa­dzo­nej z sza­cun­kiem do samej sie­bie (jak już wspo­mi­na­łam, na końcu książki, w czę­ści "Dla spra­gnio­nych wie­dzy", oma­wiam te obszary dokład­niej; przed­sta­wiam tam rów­nież spraw­dzone metody, które uła­twiają radze­nie sobie ze zmianą w indy­wi­du­al­nych sytu­acjach).

Tem­pe­ra­ment oraz cechy oso­bo­wo­ści, opi­sy­wane w modelu Wiel­kiej Piątki, two­rzą bio­lo­gicz­nie uwa­run­ko­waną część naszego spo­sobu funk­cjo­no­wa­nia. Na to, jak wygląda nasze wypo­sa­że­nie, wpływ mają jed­nak rów­nież doświad­cze­nia, na pod­sta­wie któ­rych wykształ­camy prze­ko­na­nia o sobie, innych ludziach i świe­cie. Aby lepiej zro­zu­mieć, o czym tu mowa, wróćmy do przy­kładu opi­sy­wa­nych wcze­śniej kobiet.

Mał­go­rzata może być eks­tra­wer­tyczna i otwarta na innych, a jed­no­cze­śnie głę­boko wie­rzyć, że nie­za­leż­nie od swo­ich sta­rań prę­dzej czy póź­niej i tak zosta­nie odrzu­cona. W dzie­ciń­stwie wie­lo­krot­nie dawano jej prze­cież do zro­zu­mie­nia, że jest zbyt gło­śna, za dużo mówi, nie potrafi się sku­pić i jest roz­trze­pana. Porządne dziew­czynki są spo­kojne, pilne i bez­pro­ble­mowe. Och, gdyby tylko taka była...

Anna wła­śnie taka jest: sumienna i ugo­dowa. Jed­no­cze­śnie nosi w sobie prze­ko­na­nie, że war­tość czło­wieka zależy od tego, jak mało popeł­nia błę­dów i jak mało pro­ble­mów spra­wia innym. Mama była z niej zado­wo­lona przede wszyst­kim wtedy, gdy przy­no­siła czer­wony pasek na świa­dec­twie. Kiedy zaś Ani było źle albo smutno, sły­szała, że dzie­cięce pro­blemy to nie pro­blemy, praw­dziwe pro­blemy ma mama, a jeśli będzie pła­kać, dosta­nie karę. Powinna więc pójść do pokoju i prze­my­śleć swoje zacho­wa­nie. Oczy­wi­ście sama.

Tak wła­śnie powstają i dzia­łają nasze prze­ko­na­nia, czyli utrwa­lone spo­soby rozu­mie­nia sie­bie, innych ludzi i świata: "Nie jestem wystar­cza­jąca"; "Ludziom nie można ufać"; "Muszę być potrzebna, żeby ktoś mnie kochał"; "Nie pora­dzę sobie sama"; "Jeżeli nie zro­bię cze­goś ide­al­nie, sta­nie się kata­strofa". Nie rodzimy się z nimi. Uczymy się ich na pod­sta­wie doświad­czeń, a już szcze­gól­nie tych powta­rza­ją­cych się regu­lar­nie oraz zwią­za­nych z waż­nymi dla nas ludźmi - naj­czę­ściej rodzi­cami lub opie­ku­nami (takimi jak rodzice zastęp­czy, bab­cia, cio­cia itp.). Z cza­sem zaczy­namy uzna­wać te prze­ko­na­nia za nie­pod­wa­żalne fakty i wie­rzymy w nie bar­dziej niż w prawa fizyki. Skoro zaś fana­tycz­nie w nie wie­rzymy, to zaczy­namy rów­nież zacho­wy­wać się tak, żeby jakoś sobie z tą "prawdą" pora­dzić. A radzimy sobie za pomocą róż­nych stra­te­gii obron­nych, czyli spo­so­bów chro­nie­nia się przed bólem wyni­ka­ją­cym z wła­snych prze­ko­nań i doświad­czeń.

Jeśli Mał­go­rzata wie­rzy, że nie­ustan­nie wisi nad nią groźba odrzu­ce­nia, nawet gdy nie ma na to żad­nych dowo­dów, to może robić wszystko, żeby zawsze być inte­re­su­jąca, zabawna i potrzebna. Może też reago­wać paniką na wszel­kie oznaki dystansu i auto­ma­tycz­nie odno­sić je do sie­bie. Tym­cza­sem drugi czło­wiek może być po pro­stu zmę­czony, zmar­twiony albo pochło­nięty czymś, co nie ma z nią nic wspól­nego - takie jest życie. Czu­jąc, że wciąż grozi jej odrzu­ce­nie, Mał­go­rzata może rów­nież obrać prze­ciwną stra­te­gię: porzu­cać pierw­sza, zanim ktoś zdąży porzu­cić ją.

Jeżeli Anna wie­rzy, że jej war­tość zależy od bycia bez­błędną, to jej stra­te­gią obronną będzie per­fek­cjo­nizm, chro­niący przed byciem "żało­sną" i nie­wi­dzialną. Nie musi to jed­nak ozna­czać, że Anna będzie wspi­nać się po szcze­blach kariery i nie­ustan­nie pod­no­sić sobie poprzeczkę. Rów­nie dobrze może wybrać bez­pieczną, mało wyma­ga­jącą pracę, w któ­rej ryzyko porażki jest nie­wiel­kie, i wła­śnie tam per­fek­cjo­ni­stycz­nie dopiesz­czać każdy szcze­gół. Lepiej być per­fek­cyjną na bez­piecz­nym, mało ambit­nym poletku, niż spraw­dzić się tam, gdzie ist­nieje realne ryzyko nie­po­wo­dze­nia.

Nasze wewnętrzne prze­ko­na­nia o sobie, innych i świe­cie mówią nam więc o tym, w jakie "prawdy obja­wione" wie­rzymy, a stra­te­gie - o tym, co robimy, żeby pora­dzić sobie z tym, w co wie­rzymy. Wię­cej o tym zagad­nie­niu piszę w książce Kto decy­duje, ile zna­czysz?3, jeśli więc jesteś zacie­ka­wiona tema­tem, zachę­cam cię do lek­tury. Już jed­nak na pod­sta­wie tego, o czym wspo­mi­nam tutaj, możesz dostrzec, dla­czego sama zmiana zacho­wa­nia tak czę­sto oka­zuje się nie­wy­star­cza­jąca. Możesz powie­dzieć Mał­go­rza­cie: "Prze­stań zabie­gać o względy tych, któ­rzy źle cię trak­tują", a ona może to zro­bić, odci­na­jąc jakąś tok­syczną rela­cję. Jeśli jed­nak wciąż będzie głę­boko wie­rzyła, że jest nie­ak­cep­to­walna i nie­warta miło­ści, to po cza­sie i tak będzie to sobie potwier­dzała, wcho­dząc w rela­cje, w któ­rych zosta­nie odrzu­cona. Pro­blem nie polega na zami­ło­wa­niu Mał­go­rzaty do maso­chi­zmu, lecz na jej prze­ko­na­niu, że tylko na takie trak­to­wa­nie zasłu­guje.

Możesz powie­dzieć Annie: "Prze­stań się modlić nad każ­dym e-mailem, szkoda two­jej ener­gii", i ow­szem, Anna spró­buje sobie odpusz­czać. Przez kilka dni nie będzie spraw­dzała po kil­ka­na­ście razy, czy w wia­do­mo­ści, którą zamie­rza wysłać, nie ma żad­nego błędu. Jeśli jed­nak na­dal będzie głę­boko wie­rzyła, że naj­drob­niej­szy błąd świad­czy o jej bez­war­to­ścio­wo­ści, bar­dzo szybko wróci do per­fek­cjo­ni­stycz­nego dopiesz­cza­nia każ­dego szcze­gółu swo­jej pracy. Sedno pro­blemu nie leży bowiem w tym, że Anna robi rze­czy zbyt dokład­nie, ale w tym, że per­fek­cjo­nizm chroni ją przed sytu­acją, w któ­rej popeł­nie­nie błędu ura­sta w jej gło­wie do roz­mia­rów kata­strofy nukle­ar­nej.

Dla­tego wła­śnie głę­boka zmiana nie polega wyłącz­nie na zastą­pie­niu jed­nego zacho­wa­nia dru­gim. Trzeba jesz­cze zoba­czyć i zro­zu­mieć, w czym poma­gało ci stare zacho­wa­nie, przed czym cię chro­niło, jakie prze­ko­na­nie pod­trzy­my­wało, jaką potrzebę zaspo­ka­jało, sło­wem - jaką miało funk­cję w twoim życiu. Dobra wia­do­mość jest taka, że choć nie wybie­ra­łaś swo­jego tem­pe­ra­mentu ani wielu doświad­czeń, które ukształ­to­wały twoje prze­ko­na­nia, nie ozna­cza to, że jesteś ich więź­niem. Cechy oso­bo­wo­ści są względ­nie trwałe, ale spo­sób, w jaki nimi zarzą­dzasz, może się zmie­niać. Prze­ko­na­nia można uela­stycz­niać, a stra­te­gie kory­go­wać, zastę­pu­jąc je bar­dziej adap­ta­cyj­nymi.

Dru­gim, oprócz oso­bo­wo­ści, obsza­rem szcze­gól­nie waż­nym w pro­ce­sie trwa­łej zmiany jest toż­sa­mość. Składa się na nią to, jak rozu­miesz wła­sną histo­rię, czyli mię­dzy innymi jak twoje wspo­mnie­nia i doświad­cze­nia ukształ­to­wały twoje war­to­ści, prze­ko­na­nia czy odgry­wane role. Dzięki niej możesz doświad­czać sie­bie jako tej samej osoby, mimo że z bie­giem czasu bar­dzo dużo się w tobie zmie­nia.

Zdrowa i spójna toż­sa­mość pozwala ci bowiem spoj­rzeć na sie­bie sprzed kilku czy kil­ku­na­stu lat i pomy­śleć: "Dzi­siaj wybra­ła­bym ina­czej, ale rozu­miem, dla­czego wtedy myśla­łam i postę­po­wa­łam wła­śnie tak". Czyli możesz ewo­lu­ować jak poke­mon. Byłaś Char­man­de­rem, na szes­na­stym levelu ewo­lu­owa­łaś w Char­me­le­ona, a przy trzy­dzie­stym szó­stym sta­łaś się Cha­ri­zar­dem. Zmie­ni­łaś się cał­kiem solid­nie, ale nie obu­dzi­łaś się nagle jako Pika­chu.

Treść two­jej toż­sa­mo­ści może więc pod­le­gać cią­głej aktu­ali­za­cji, pod­czas gdy ty zacho­wu­jesz poczu­cie cią­gło­ści wła­snego "ja". Wiem, że w swo­bod­nej roz­mo­wie pada cza­sem stwier­dze­nie: "Teraz jestem zupeł­nie inną osobą niż kie­dyś". Może i tobie zda­rzyło się tak powie­dzieć. Mam jed­nak nadzieję, że za tym zda­niem nie stoi u cie­bie poczu­cie bycia zupeł­nie kimś innym, bo jeśli mamy takie poczu­cie, to co do zasady nie jest ono wyra­zem zdro­wej zmiany, tylko odcię­cia się od swo­jej prze­szło­ści.

Roz­wi­ja­jąc się, nie porzu­camy wcze­śniej­szych wer­sji sie­bie i nie zaczy­namy za każ­dym razem od początku. Kolejne doświad­cze­nia, umie­jęt­no­ści i zasoby włą­czamy w ist­nie­jącą już toż­sa­mość. Dzięki temu możemy się zmie­niać bez koniecz­no­ści odci­na­nia się od wła­snej histo­rii. To, kim byłaś i czego doświad­czy­łaś, jest i zawsze będzie odpo­wie­dzią na pyta­nie, jak sta­łaś się osobą, którą jesteś dzi­siaj. To nato­miast, czego uczysz się teraz, może stać się czę­ścią tego, jaka będziesz jutro.

Zatem praca nad zmianą, do któ­rej zapra­szam cię w tej książce, będzie pole­gała na stop­nio­wym włą­cza­niu nowych spo­so­bów funk­cjo­no­wa­nia w obraz samej sie­bie, tak aby sta­wały się one czę­ścią spój­nej i zin­te­gro­wa­nej toż­sa­mo­ści.

Pułapki zmiany

Nowy rok kalen­da­rzowy lub nowy rok życia to świetne momenty na wpro­wa­dza­nie u sie­bie zmian. Tak przy­naj­mniej głosi nar­ra­cja spo­łeczna czy wręcz swego rodzaju moda. A mimo że mody bywają nie­mą­dre lub nawet zwy­czaj­nie głu­pie, to psy­cho­lo­gia poka­zuje nam, że to prze­ko­na­nie wcale głu­pie nie jest - choć takie bywa. Nowy rok, podob­nie zresztą jak nowy mie­siąc, tydzień, dzień, a także kolejny rok życia, sta­nowi moment sym­bo­licz­nego przej­ścia od sta­rego do nowego. Naszym oczom uka­zuje się wtedy wyraźna gra­nica, która zamyka pewien roz­dział, i dzięki temu zde­cy­do­wa­nie łatwiej jest nam pod­jąć decy­zję o zmia­nie. W końcu - coś i tak się koń­czy. A skoro tak, to siłą rze­czy rów­nież coś się zaczyna. Tym razem może być lepiej, możemy nie popeł­nić takich samych błę­dów, nie potknąć się, bole­śnie obtłu­ku­jąc sobie kolana, i nie doznać znów naj­pa­skud­niej­szego z uczuć - wstydu.

Wspo­mniane daty gra­niczne natu­ral­nie zachę­cają nas do pod­su­mo­wa­nia tego, co się wyda­rzyło, doko­na­nia bilansu zysków i strat, zauwa­że­nia lek­cji i wysnu­cia wnio­sków na przy­szłość. Całe zatem szczę­ście, że funk­cjo­nu­jemy w cyklach pozwa­la­ją­cych na regu­larne poja­wia­nie się dat gra­nicz­nych. Ba, całe szczę­ście, że nar­ra­cja spo­łeczna pod­kre­śla ich zna­cze­nie!

Robie­nie posta­no­wień na "nowe okresy życia" nie jest jedy­nie wymy­słem współ­cze­sno­ści. Ludzie postę­po­wali w ten spo­sób od wie­ków. To część spo­łecz­nej zmiany i ewo­lu­cji całego świata, w któ­rym żyjemy. Nowy rok, nowa era, nowy rząd, nowa pora roku... i coś wypa­da­łoby w związku z tym "nowym" zro­bić, żeby nie popeł­nić w nim "sta­rych" błę­dów. Wszy­scy jeste­śmy co do tego zgodni, i świet­nie! To daje nam dodat­kową siłę, ponie­waż żaden czło­wiek nie jest do szpiku kości indy­wi­du­ali­stą. Nikt z nas nie jest wol­nym elek­tro­nem. Choć­by­śmy bar­dzo chcieli odciąć się od spo­łe­czeń­stwa, nie jest to moż­liwe (ani nawet zdrowe). Współ­two­rzymy szer­szą nar­ra­cję i potrze­bu­jemy jej jak tlenu, czy nam się to podoba, czy nie. Dzięki temu zamiast zaczy­nać samot­nie, sta­jemy się ele­men­tem zbio­ro­wego ruchu, a wspólne roz­mowy o celach i dzie­le­nie się pla­nami real­nie zwięk­szają naszą moty­wa­cję, przede wszyst­kim zaś potra­fią być źró­dłem nie­wy­czer­pa­nej inspi­ra­cji. Natu­ralne mecha­ni­zmy psy­cho­spo­łeczne, wyko­rzy­stu­jące daty i wyda­rze­nia gra­niczne, są naprawdę cen­nym zaso­bem, z któ­rego warto korzy­stać.

Nie­stety czę­sto sym­bol zaczyna zastę­po­wać sam pro­ces zmiany, któ­rego miał być prze­cież jedy­nie zwia­stu­nem. Wydaje nam się, że magiczna data i towa­rzy­sząca jej atmos­fera ożyw­czej świe­żo­ści popchnie naszą zmianę, dzięki czemu dokona się ona szybko i łatwo, a naj­le­piej bły­ska­wicz­nie - tak jak powstają frytki w McDo­nal­dzie. Łudzimy się, że na nasze życie zadziała moc daty, a nie wła­snej pracy. To nie­bez­pieczne wyobra­że­nie, bo daty same w sobie nie mają żad­nych magicz­nych mocy. Owe moce nada­jemy im my sami. Godzina 7:07 we wto­rek 11 maja może być rów­nie magiczna jak 0:01 w ponie­dzia­łek 1 stycz­nia, nie­za­leż­nie od tego, co na to zodia­kary. Jeśli nie ma tam magii, a my usil­nie chcemy w nią wie­rzyć, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej niż w pracę wła­sną, to możemy się gorzko roz­cza­ro­wać i utknąć w pyta­niu "Co z tym świa­tem/kalen­da­rzem, do cho­lery, jest nie tak?". A może: "Co jest nie tak ze mną / z moim rytu­ałem?".

Daty gra­niczne są źró­dłem trud­no­ści, bo nakła­dają na nas pre­sję. Wypa­da­łoby w nowym roku coś zmie­nić! Czas naj­wyż­szy! Powinno się mieć jakieś posta­no­wie­nia, wszy­scy je mają! Każdy kolejny rok życia też nas do tego zobo­wią­zuje, w końcu skoro jeste­śmy starsi, to wypa­da­łoby, żeby­śmy byli także mądrzejsi i doj­rzalsi. Tego wymaga roz­wój czło­wieka! To, czy w ogóle mamy na tę zmianę realną prze­strzeń, staje się mniej istotne. Trzeba, to trzeba. Wypada, to wypada.

Pamię­taj, że data ni­gdy nie zdej­mie z cie­bie cię­żaru kon­fron­to­wa­nia się z opo­rem czy lękiem, nie zni­we­luje two­jego zmę­cze­nia ani two­jej fru­stra­cji. Żadna data nie wykona pracy za cie­bie, a wszyst­kie kon­se­kwen­cje ponie­siesz ty sama. Żaden sym­bol nie prze­pro­wa­dzi cię przez okres desta­bi­li­za­cji. Możesz dostać impuls, poczuć wspól­no­tową ener­gię, doświad­czyć entu­zja­zmu na początku, ale to wciąż będzie jedy­nie zapro­sze­nie do pro­cesu, a nie pro­ces sam w sobie. Jeśli sym­boliczna gra­nica pomaga ci zebrać myśli, nazwać kie­ru­nek i pod­jąć decy­zję, korzy­staj z niej. Nie ocze­kuj tylko, że wykona robotę za cie­bie.

Zmiana jest pro­ce­sem wyma­ga­ją­cym prze­strzeni. Ow­szem, może być zain­spi­ro­wana sym­bo­lem czy zapo­cząt­ko­wana datą, ale w każ­dym swoim calu jest ona pro­ce­sem. My zaś aktyw­nie współ­two­rzymy ten pro­ces, anga­żu­jąc się na dobre i na złe, będąc w nim w zdro­wiu i cho­ro­bie, a nie jedy­nie gdy utrzy­muje się entu­zjazm pierw­szych chwil. Początki napę­dzane są emo­cjami, a emo­cja z defi­ni­cji jest doświad­cze­niem cza­so­wym - ona mija, podob­nie zresztą jak moty­wa­cja.

Zmiana kosz­tuje uwagę, czas i ener­gię. Do jej zaist­nie­nia nie­zbędne są tole­ran­cja na fru­stra­cję i zdol­ność zno­sze­nia okre­so­wego cha­osu. Wymaga ona ucze­nia się nowych zacho­wań, podej­mo­wa­nia decy­zji, popeł­nia­nia błę­dów, wra­ca­nia po potknię­ciach i wie­lo­krot­nego powta­rza­nia nowych zacho­wań. Im bar­dziej obcią­żona jesteś w innych obsza­rach życia, tym mniej zostaje ci na ten pro­ces.

A prze­strzeń jest prze­cież klu­czowa. Nie zawsze poja­wia się dokład­nie wtedy, kiedy jej sobie zaży­czymy, i nie zawsze jest jej tyle, ile sobie wyma­rzymy. Mówiąc o prze­strzeni, mam na myśli nie tylko czas, choć oczy­wi­ście bywa on pierw­szym i naj­bar­dziej oczy­wi­stym jej wymia­rem. Prze­strzeń to także twoja pojem­ność psy­chiczna nie­zbędna do pomiesz­cze­nia i zin­te­gro­wa­nia nowo­ści, to doj­rza­łość i goto­wość psy­chiczna, zależna od stop­nia two­jego obec­nego prze­cią­że­nia i bagażu, który w momen­cie zmiany dźwi­gasz, a także sił psy­chicz­nych i fizycz­nych, które masz. Pojem­ność psy­chiczna jest zależna od tego, z iloma nie­do­mknię­tymi spra­wami i pro­ce­sami mie­rzysz się w teraź­niej­szo­ści, z iloma kry­zy­sami mie­rzy­łaś się w bli­skiej prze­szło­ści, jak sku­tecz­nie pro­cesy rege­ne­ra­cji przy­bli­żają cię do osią­gnię­cia home­ostazy i jak sil­nego wyczer­pa­nia doświad­czasz.

Zmiana potrze­buje prze­strzeni, bo zawsze jest pro­ce­sem desta­bi­li­zu­ją­cym. Nawet ta naj­bar­dziej upra­gniona zachwieje twoim dotych­cza­so­wym porząd­kiem. Świet­nie, jeśli o zmia­nie decy­du­jesz, będąc wypo­czętą, zre­ge­ne­ro­waną, wyspaną i naje­dzoną, posia­da­jąc liczne zasoby, czer­piąc satys­fak­cję z życia wyso­kiej jako­ści, w któ­rym chcesz się roz­wi­jać, bo wtedy łatwo pora­dzisz sobie z desta­bi­li­za­cją. Gorzej, jeśli pod­czas decy­do­wa­nia o niej jesteś prze­cią­żona, funk­cjo­nu­jesz na gra­nicy wydol­no­ści i sta­rasz się jedy­nie prze­trwać kolejny dzień. W takich oko­licz­no­ściach każda dodat­kowa próba reor­ga­ni­za­cji życia może spa­lić na panewce, nie­za­leż­nie od tego, ile masz w sobie sil­nej woli.

Tonący cha­otycz­nie macha rękami i nogami, wal­cząc o każdy haust powie­trza, a jak trzeba, to i brzy­twy się chwyci. W końcu lepiej żyć bez ręki, niż nie żyć w ogóle. Tonący nie myśli o tym, że jak zatrzyma się na kilka sekund i zsyn­chro­ni­zuje ruchy, to będzie mógł zaczerp­nąć tyle tlenu, ile potrze­buje jego ciało, żeby mieć siłę, aby pły­nąć dalej. Nie ma na to prze­strzeni! W sil­nym kry­zy­sie psy­chicz­nym prze­strzeni nie­zbęd­nej do zaczerp­nię­cia tlenu rów­nież może nie być i wynika to z bar­dzo pod­sta­wo­wych praw rzą­dzą­cych naszym wewnętrz­nym świa­tem. Prze­strzeń jest koniecz­no­ścią. Prze­strzeń jest świę­to­ścią. A mimo to sta­nowi ona luk­sus, na który nie na każ­dym eta­pie życia można sobie pozwo­lić w takiej for­mie, w jakiej by się chciało. Dla­tego też trzeba mie­rzyć zamiary podług sił i roz­sąd­nie opra­co­wy­wać plan zmiany, żeby uwzględ­niał to, czym real­nie dys­po­nu­jesz.

Bar­dzo nie­bez­pieczną pułapką jest pory­wa­nie się na zmianę, do któ­rej nie mamy zaso­bów. Co to zna­czy? Możesz bar­dzo chcieć tre­no­wać pięć razy w tygo­dniu, ale doba na­dal ma dwa­dzie­ścia cztery godziny. Jeśli osiem z nich prze­zna­czasz na pracę, dwie na dojazdy, kolejne na opiekę nad dziećmi, zakupy, goto­wa­nie, sprzą­ta­nie i wypro­wa­dza­nie psa, a gdzieś w tym wszyst­kim sta­rasz się jesz­cze uwzględ­nić sen, to nawet naj­więk­sza moty­wa­cja nie wycza­ruje ci dodat­ko­wych kilku godzin dnia.

Możesz chcieć zmie­nić pracę, ale nie mieć poduszki finan­so­wej, która pozwoli ci przez kilka mie­sięcy spo­koj­nie szu­kać dla sie­bie nowego miej­sca. Możesz chcieć roz­po­cząć wła­sną dzia­łal­ność, ale nie mieć pie­nię­dzy na inwe­sty­cję, odpo­wied­niej wie­dzy, wspar­cia albo czasu, żeby rów­no­le­gle utrzy­my­wać dotych­cza­sowe źró­dło dochodu. Możesz marzyć o prze­pro­wadzce, ale być zwią­zana kre­dy­tem, opieką nad bli­ską osobą albo obo­wiąz­kami, któ­rych nie da się spa­ko­wać do kar­tonu i wysta­wić na Vin­ted. Możesz bar­dzo chcieć lepiej regu­lo­wać emo­cje, ale od tygo­dni spać po cztery godziny na dobę, więc dopóki nie nauczysz się dbać o swoje zasoby ener­ge­tyczne i sza­no­wać ich, żadne mądre porad­niki nie spra­wią, że prze­sta­niesz wybu­chać na swo­ich bli­skich.

Doba ma dwa­dzie­ścia cztery godziny, ciało potrze­buje snu, pie­nią­dze nie rosną na drze­wie, układ ner­wowy ma swoją wydol­ność, prze­szło­ści nie da się wyma­zać, a czę­ści kon­se­kwen­cji wcze­śniej­szych wybo­rów nie da się anu­lo­wać. Nie ma co się obra­żać na rze­czy­wi­stość za to, jak wygląda. Można nato­miast nauczyć się pro­jek­to­wać zmianę z jej uwzględ­nie­niem.

Dla­tego przed roz­po­czę­ciem zmiany powin­naś zro­bić uczciwy bilans uwzględ­nia­jący skła­dowe rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej żyjesz. Ile czasu tak naprawdę możesz prze­zna­czyć na zaan­ga­żo­wa­nie się w pro­ces? Ile real­nie ener­gii zostaje ci na zmianę po stan­dar­do­wym dniu? Jak dobrze sypiasz? Czy jesteś zdrowa, czy na coś cho­ru­jesz, a jeśli tak, to jak bar­dzo jesteś chora? Ile spraw jed­no­cze­śnie wymaga two­jej uwagi? Na czyje wspar­cie możesz liczyć? Jakimi zaso­bami finan­so­wymi dys­po­nu­jesz?

Cho­dzi o ure­al­nie­nie skali zmiany, żebyś się nie pory­wała z motyką na słońce. Co istotne, nie każdy potrzebny ci zasób musisz mieć już na wstę­pie, w momen­cie pla­no­wa­nia zmiany. Część z nich możesz zbu­do­wać, zdo­być albo zor­ga­ni­zo­wać. Ich zapew­nie­nie sta­nowi pierw­szy, konieczny krok we wdra­ża­niu zmiany. Jak go zro­bić? Zapra­szam cię w dal­szą podróż przez ten nie­zwy­kle cie­kawy pro­ces.

Dlaczego chcemy się zmieniać, ale nie potrafimy?

Zmiana zawsze wywo­łuje opór naszej psy­chiki, a im więk­sze owa zmiana ma dla nas zna­cze­nie i im bar­dziej inge­ruje w dotych­cza­sowy spo­sób funk­cjo­no­wa­nia, tym sil­niej­szy może powo­do­wać bunt. Poja­wia się wtedy zwy­kle nie­uświa­do­miona pokusa, aby w mniej lub bar­dziej racjo­nal­nie uza­sad­niony spo­sób sabo­to­wać wła­sne wysiłki. Ludzka ten­den­cja do powstrzy­my­wa­nia reali­za­cji zmian, które sami chcemy wpro­wa­dzić w swoim życiu, może się nam wyda­wać kom­plet­nie nie­lo­giczna. Skoro zmiana ma nam przy­nieść ulgę, szczę­ście, lep­szą jakość życia, to po co ją sabo­to­wać? Nie ma prze­cież sensu odbie­rać sobie cze­goś, czego pra­gniemy. Dyso­nans powstały na pozio­mie poznaw­czym jest cał­ko­wi­cie zro­zu­miały. Nie­stety nasza psy­chika rzą­dzi się swoją wła­sną, dość szcze­gólną logiką.

Jeśli zatem zasta­na­wiasz się, dla­czego zmiana sta­wia tak zde­cy­do­wany opór przed sta­niem się inte­gralną czę­ścią twego życia, mimo że tak bar­dzo jej pra­gniesz, to chcę ci powie­dzieć, że wszyst­kiemu winna jest... lojal­ność. W tym wypadku cho­dzi o lojal­ność wobec tego, co już znasz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki