Jak Feniks z popiołów... Armia Polska w Związku Sowieckim 1941-1942 - Sławomir Kalbarczyk

Kup ebooka

30.00 zł
25.50 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Jak Feniks z popiołów powstaje, mimo licznych trudów,

nowa Armia Polska w Rosji, podtrzymywana energicznie

przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone Ameryki.

(Z rozkazu gen. Władysława Sikorskiego wydanego 11 listopada 1941 r. w Egipcie - w drodze do Rosji)

Był 20 października 1942 r., kiedy w Londynie doszło do spotkania gen. Mariana Kukiela, ministra spraw wojskowych w gabinecie gen. Władysława Sikorskiego, i Aleksandra Bogomołowa, ambasadora Związku Sowieckiego przy rządach uchodźczych w Londynie. Rozmowa nie należała ani do łatwych, ani do przyjemnych. Od początku roku stosunki polsko-sowieckie były w stanie pogłębiającego się kryzysu - "zamieciona pod dywan" w układzie Sikorski-Majski sprawa wschodniej granicy Polski wracała z coraz większą siłą. Bogomołow, usiłując dowieść, jak wiele rząd sowiecki zrobił w ostatnim czasie dla Polski, wykazywał na wyrażenie zgody na utworzenie na swoim terytorium obcej, zupełnie niezależnej armii polskiej. Podkreślał przy tym, że jest to jedyny taki przypadek w dziejach Rosji Sowieckiej1.

Faktycznie, formacja, która powstała w następstwie zawarcia polsko-sowieckiego układu sojuszniczego 30 lipca 1941 r. (potocznie nazywanego układem Sikorski-Majski), była fenomenem. I to nie dlatego, że władze Związku Sowieckiego zgodziły się na jej powstanie. O wyjątkowości Armii Polskiej przesądzili ludzie, którzy ją tworzyli. Byli oni obywatelami państwa, które 17 września 1939 r. zostało napadnięte zbrojnie przez Związek Sowiecki i w wyniku tej agresji jego połowa dostała się pod okupację sowiecką. Oni sami zaś - uznani za "wrogów władzy sowieckiej" - trafili do obozów, więzień i miejsc zesłania w głębi ZSRS, gdzie ich więziono, torturowano, głodzono i zmuszano do niewolniczej pracy. Po zawarciu wspomnianego sojuszu przez Polskę i Związek Sowiecki "z dnia na dzień" musieli uznać swych prześladowców za sojuszników. "Oswajając" się z tą zdumiewającą sytuacją, żartobliwie nazywali się "armią kryminalistów", bo właśnie wyszli zza więziennych murów.

Inną osobliwą cechą Armii Polskiej w ZSRS jest to, że w ciągu roku stacjonowania na terytorium sowieckim nie udało się jej w całości uzbroić. Okres, w którym była nieustająco formacją in statu nascendi, zamiast walki zbrojnej wypełniały zabiegi o zdobycie broni i ekwipunku, zmagania o przeżycie, szkolenia, wreszcie polityka i dyplomacja.

Pisanie o Armii Polskiej w Związku Sowieckim w latach 1941-1942 nie jest rzeczą prostą. I nie chodzi tu tylko o stan badań - daleki zresztą od ideału. Główny problem tkwi w tym, że z uwagi na brak swobodnego dostępu do mających kluczowe znaczenie archiwów w Rosji nie można stwierdzić, na ile znane dokumenty sowieckie wyczerpują temat. W tej sytuacji żaden z badaczy nie jest pewien, czy to, o czym pisze, ma charakter w pełni obiektywny, czy też jest częściowo, a może nawet w znacznej mierze skrzywionym obrazem wynikającym z fragmentarycznego dostępu do dokumentacji rosyjskiej. Szczególny problem stanowi niemożność ustalenia motywów różnych poczynań władz ZSRS, a w szczególności samego Stalina. W źródłach często ich nie podawano, a nawet jeśli zostały wskazane, nie wiadomo do końca, czy miały one charakter faktyczny czy też fikcyjny. Prawdomówność strony sowieckiej jest bowiem - delikatnie mówiąc - kwiestią mocno wątpliwą. Wykrętne odpowiedzi udzielane już po podpisaniu sojuszu z Polską w sprawie losów oficerów WP, którzy w 1939 r. zostali wzięci do niewoli przez Sowietów i ślad po nich zaginął, są tego najlepszym przykładem. Wymijące lub po prostu kłamliwe informacje służyły ukryciu tragicznej prawdy - tego, że oficerowie ci wiosną 1940 r. stali się ofiarami zbrodni katyńskiej.

W sytuacji, kiedy niektóre kwestie nie dają się wyjaśnić wprost, badacze idą w kierunku - jeśli tak można powiedzieć - "procesu poszlakowego". Nie zawsze jednak rekonstrukcje tego typu są przekonujące.

Historiografia rosyjska nie zdobyła się też dotąd na żadną godną uwagi publikację naukową, która wnosiłaby coś odkrywczego do dziejów Armii Polskiej w Związku Sowieckim. Zamiast tego wydano wiele bezwartościowych prac publicystycznych odgrzewających sowiecko-komunistyczne ataki na tę formację z podstawową tezą: Armia Andersa "uciekła" do Iranu, ponieważ nie chciała się bić z Niemcami.

Co wobec tego może zrobić historyk, którego jedynym celem jest przecież przedstawienie pełnej prawdy o przeszłości? Pisać sine ira et studio. Rozróżniać między faktem, hipotezą i przypuszczeniem. Nie udawać, że wszystko wie i wszystko jest dla niego jasne. Wystrzegać się prezentyzmu, tj. udowadniania tez z góry przyjętych. Nie pomijać zjawisk negatywnych (nawet, jeśli miały one niewielką skalę), aby nie tworzyć pięknego ale nieprawdziwego obrazu przeszłości, przed czym już dawno przestrzegał Adam Kersten w słynnej biografii Stafana Czarnieckiego: "W rzeczywistości w przeszłości narodu blaski i cienie splatają się tak nierozerwalnie, że przenosząc do tradycji pierwsze, a pomijając drugie, stwarzamy fikcję, która rozwiewa się przy pierwszej próbie badania naukowego"2. I - last but not least - nie wchodzić bezkrytycznie w utarte koleiny historiografii, które nierzadko wiodą na manowce.

Autor ma nadzieję, że proponuje Czytelnikowi pracę opartą na tych właśnie zasadach. Z oczywistych względów nie wyczerpuje ona, a nawet nie podejmuje wszystkich wątków związanych z dziejami wojska polskiego w Rosji3 w latach 1941-1942. Wynika to przede wszystkim z niewielkiej objętości i popularnonaukowego charakteru, a także, a może przede wszystkim, ze specyfiki projektu "Szlaki Nadziei. Odyseja Wolności". Jego istotą jest przedstawienie zbiorowych przemieszczeń obywateli polskich w latach II wojny światowej, które zmierzały do przywrócenia wolności Polsce i innym państwom podbitym przez III Rzeszę i jej sojuszników. Nie trzeba wyjaśniać, że zawsze wiązały się one z uczestnictwem Polski w antyniemieckiej koalicji. Tłumaczy to, dlaczego w pracy relacje z aliantami zajmują tak eksponowane miejsce.

Uwzględniając ramy objętościowe pracy i jej popularnonaukowy charakter, stosowanie przypisów ograniczono do minimum. Występują one praktycznie wyłącznie w przypadku cytatów (nawet przy tak wstrzemięźliwym podejściu do stosowania przypisów praca zawiera ich ponad sto). Niewątpliwie część Czytelników będzie z tego rozwiązania zadowolona. Rekompensatą dla pozostałych - zainteresowanych zapoznaniem się z materiałami, na bazie których praca powstała, jest obszerna Bibliografia selektywna.

Przyglądając się dziejom wojska polskiego w Rosji, łatwo zauważyć, że dzielą się one na trzy okresy. Pierwszy trwa od lata 1941 r. (układ Sikorski-Majski, podpisanie umowy wojskowej, początki formowania Armii) do grudniowej wizyty gen. Sikorskiego w ZSRS. Drugi zamyka tzw. pierwsza ewakuacja, po której Polskie Siły Zbrojne w ZSRS nie były już tym, czym były przed nią. Trzeci kończy druga i jednocześnie ostateczna ewakuacja wojsk polskich z Rosji, zamykająca polsko-sowiecką współpracę wojskową. Okresy te różnią się długością, a co za tym idzie - nasyceniem faktami. Z tego względu poświęcone im rozdziały mają zróżnicowaną objętość.

Klarowny podział na rozdziały sprawdza się przede wszystkim z ogólnego punktu widzenia. Dla wielu specyficznych wątków nie ma on jednak większego znaczenia i jego zastosowanie byłoby czymś sztucznym. Dlatego też trzy rozdziały o charakterze ogólnym, stanowiące pierwszą część książki, uzupełniono o część drugą, w której zaprezentowano (z konieczności szkicowo) wątki mające inną logikę rozwoju. Tego typu rozwiązanie stanowi w pewnym sensie spełnienie powinności historyka, które jeden z wybitnych przedstawicieli tego zawodu ujął następująco: "Zadaniem historyka jest prowadzenie analizy z dwóch perspektyw: procesu dziejowego i życia codziennego ludzi"4.

W tym miejscu należy poświęcić kilka słów o stosowanej terminologii. Określenia "Armia Polska w ZSRS" i "Polskie Siły Zbrojne w ZSRS", mające charakter "urzędowy" (tj. występujące w tekstach układów międzynarodowych oraz rozkazach polskich władz wojskowych), stosowano zamiennie. Występujące w pracy nazwy "Środkowy Wschód" i "Bliski Wschód" odzwierciedlają rzeczywistość historyczną: Brytyjczycy (ale niekiedy i Polacy) posługiwali się tym pierwszym pojęciem, oznaczającym Egipt i kraje leżące na wschód od niego - aż po Indie (łącznie z Afganistanem); Polacy zasadniczo operowali drugim pojęciem, które nie obejmowało Egiptu i Afganistanu.

Na koniec słowo wyjaśnienia na temat książki o Armii Andersa, opublikowanej przez piszącego te słowa kilka lat temu5 - czym różnią się tamta i obecna publikacja? Książka z 2020 r. obejmuje właściwie jeden wątek, którym jest ewakuacja wojsk polskich z ZSRS do Iranu w 1942 r. Niniejsza publikacja nie ma tak monotematycznego charakteru i przedstawia dzieje wojsk polskich w Rosji bardziej wielowątkowo. Także samo zagadnienie ewakuacji zostało w niej poważnie wzbogacone o liczne, nowe, poczynione już po wydaniu książki Armia Andersa w ZSRS 1941-1942. Niespełnione braterstwo broni z Armią Czerwoną, ustalenia. W tej sytuacji istnieją podstawy, by sądzić, że Czytelnicy, którzy znają pierwszą pracę i zapoznają się z nową publikacją, nie będą rozczarowani.

Burzliwe dzieje Armii Polskiej w ZSRS

Trudny start

Obok naszych żołnierzy, którzy walczyli w Norwegii,

w Afryce i w Egipcie, w walce o Atlantyk -

stajemy obecnie my.

(Z przemówienia wygłoszonego 25 sierpnia 1941 r. przez gen. Władysława Andersa do polskich jeńców wojennych w obozie jenieckim NKWD w Griazowcu)

Tytuł tej części pracy nie jest bynajmniej figurą retoryczną. Bo chociaż Armia Polska w ZSRS nigdy nie trafiła na front, jej dzieje istotnie były burzliwe. Ile armii w dziejach zostało przerzuconych kilka tysięcy kilometrów, żeby było im... cieplej? A w historii Armii Polskiej w Związku Sowieckim zdarzył się taki "epizod". Czy o dramatycznych dziejach nie świadczy też fakt, że ta niewalcząca z wrogiem formacja straciła więcej żołnierzy niż porównywalny pod względem liczebności 2 Korpus Polski prowadzący ciężkie walki z Niemcami we Włoszech w latach 1944-1945? Liczba zgonów w Armii Polskiej w Związku Sowieckim w latach 1941-1942 wyniosła ok. 3,7 tys., natomiast żołnierzy 2. Korpusu zabitych we Włoszech było ok. 2,3 tys. Na usta ciśnie się pytanie: jak stało się to możliwe?

Należy zacząć od oczywistego skądinąd twierdzenia, że nie doszłoby do powstania Armii Polskiej w ZSRS, gdyby nie:

- układ Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r.;

- niemiecko-sowiecka napaść na Polskę we wrześniu 1939 r.;

- sowiecka okupacja tej części państwa polskiego, którą Związek Sowiecki zajął na mocy sierpniowego układu z Niemcami oraz korygującego jego ustalenia sowiecko-niemieckiego traktatu "o przyjaźni i granicach" z 28 września 1939 r.

Wszystkie te powszechnie znane fakty doprowadziły do tego, że w głębi ZSRS znalazła się wielotysięczna rzesza represjonowanych obywateli polskich: jeńców wojennych, więźniów osadzonych w więzieniach i obozach pracy przymusowej oraz deportowanych. To właśnie oni stworzyli później polskie wojsko w Rosji. Ale aby do tego doszło, konieczny był jeszcze jeden element - rozpad sojuszu Hitlera ze Stalinem i wejście Związku Sowieckiego do antyniemieckiej koalicji. Nastąpiło to, jak wiadomo, latem 1941 r.

Pierwszy projekt sformowania armii polskiej we współpracy rządów Polski i Związku Sowieckiego powstał jednak znacznie wcześniej - już w czerwcu 1940 r. Był on jednym wielkim paradoksem. Po pierwsze, nie stworzyli go ani Polacy, ani Rosjanie. Wszystko wskazuje na to, że za jego powstaniem stali... Brytyjczycy. Po drugie, projekt ten ujrzał światło dzienne w czasie, gdy Polska i Rosja formalnie znajdowały się w stanie wojny. Datowało się to od 17 września 1939 r., kiedy siły zbrojne ZSRS wtarg­nęły do Polski, by zagarnąć tę jej część, która Związkowi Sowieckiemu "dostała się" w słynnym układzie Ribbentrop-Mołotow (wschodnia część państwa sięgająca po Wisłę, Narew i San). Chociaż przez dwa kolejne lata strona sowiecka twierdziła, że państwo polskie nie istnieje (bo rozpadło się wskutek niemieckiego ataku), prawda była inna. Państwo polskie, acz podbite i okupowane przez Niemcy i Rosję, zachowało ciągłość prawną, a także konstytucyjne organy władzy, które wznowiły działalność w sojuszniczej Francji (rząd, prezydent).

Dlaczego Brytyjczykom zależało na tym, aby "pogodzić" ofiarę z agresorem i skłonić ich do współpracy wojskowej? I dlaczego podjęli działania w tym kierunku akurat w czerwcu 1940 r., kiedy to Francja, największy sojusznik Wielkiej Brytanii, doznawała spektakularnej klęski z rąk Niemców? Otóż, porażka armii francuskiej w dramatyczny sposób zwiększała zagrożenie Wielkiej Brytanii. Na placu boju z potężną III Rzeszą pozostała bowiem zasadniczo sama. To skłoniło brytyjskich polityków do szukania nowego, silnego sprzymierzeńca. Znalezienie go stanowiło jednak wielką trudność. O wciągnięciu do wojny pogrążonych w izolacjonizmie Stanów Zjednoczonych Ameryki nie było mowy. Jedyną siłą, która w przekonaniu Brytyjczyków wchodziła w grę, był Związek Sowiecki. Państwo Stalina na mocy układu Ribbentrop-Mołotow pozostawało jednak związane sojuszem z III Rzeszą. Sojusz ten należało zatem rozerwać. Takie zadanie postawiono przed nowym ambasadorem Wielkiej Brytanii w Związku Sowieckim, Staffordem Crippsem, mianowanym na to stanowisko w pierwszych dniach czerwca 1940 r. W tym momencie przed politykami brytyjskimi pojawiło się jednak pytanie - czym "zapłacić" Stalinowi za porzucenie aliansu z Hitlerem? Odpowiedź była prosta - zgodą na zatrzymanie tych ziem polskich, które Stalin zajął w 1939 r. Ale kto miałby taką zgodę wyrazić? Oczywiście nie Brytyjczycy, tylko polski rząd. Jego premier, gen. Władysław Sikorski, zaproszony pod koniec wojny francusko-niemieckiej przez szefa rządu Zjednoczonego Królestwa Winstona Churchilla przybył do Londynu 18 czerwca 1940 r.

59-letni wówczas Sikorski stanowił połączenie żołnierza i polityka. W wojnie polsko-rosyjskiej 1920 r. z powodzeniem dowodził jedną z polskich armii, a dwa lata później na pół roku objął stanowisko szefa rządu. Przez trzy kolejne lata pełnił różne wysokie funkcje w armii, ale przewrót wojskowy dokonany w maju 1926 r. przez Marszałka Józefa Piłsudskiego, z którym Sikorski był skonfliktowany, przyniósł odsunięcie go na boczny tor. Z czasem generał zajął stanowisko opozycyjne wobec systemu rządów wprowadzonego po zamachu majowym. W tym czasie sporo pisał na tematy polityczne i wojskowe. Jego bodaj najważniejszym dziełem była opublikowana w 1934 r. teoretyczna rozprawa Przyszła wojna - jej możliwości i charakter oraz związane z nim zagadnienia obrony kraju (niemal od razu przetłumaczona na francuski i rosyjski). W pracy tej Sikorski - nie dając się zwieść doświadczeniom I wojny światowej zdominowanej przez walki pozycyjne - przewidział, że "przyszła wojna" będzie miała charakter manewrowy. Trafnie prognozował też, że będzie to wojna globalna, a zarazem - totalna.

Stanowisko premiera Sikorski piastował od końca września 1939 r. Od listopada tego roku był także Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych. Jego powrót do władzy umożliwiło to, że dotychczasowy rząd w trakcie przejazdu do sojuszniczej Francji został internowany na terenie Rumunii. W tej sytuacji nowy gabinet stworzyła przedwojenna opozycja.

Sikorski nie był człowiekiem pozbawionym talentów, ale nawet bliscy mu ludzie zwracali uwagę na jego poważne wady. Należały do nich: porywczość, samochwalstwo oraz tendencja do myślenia życzeniowego. Ta ostatnia sprawiała, że polski polityk i wojskowy nierzadko postrzegał sytuację Polski w zbyt różowych barwach. Tak było na przykład z jego oceną położenia kraju w przededniu wybuchu II wojny światowej. Sikorski uważał, że tylko zagrożenie ze strony Niemiec jest realne. Nie przypuszczał, że również wschodni sąsiad może wystąpić przeciwko Rzeczypospolitej. Co więcej, snuł oderwane od rzeczywistości teorie, w których Związkowi Sowieckiemu przydzielał rolę państwa życzliwie neutralnego Polsce na wypadek konfliktu zbrojnego z Niemcami. Ta błędna, oparta na złudzeniach diagnoza została boleśnie zweryfikowana, gdy Polska padła ofiarą sowieckiej agresji.

Fot. 1. Generał broni Władysław Sikorski (NAC)

Następnego dnia po przybyciu do Londynu - z samego rana - Sikorski zamówił u Stefana Litauera projekt memoriału, który zamierzał wręczyć Churchillowi w południe. Litauer, londyński korespondent Polskiej Agencji Telegraficznej, to postać tajemnicza, ale jedno jest pewne - miał silne powiązania z brytyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych (Foreign Office). Przygotowany przez niego dokument był dla Sikorskiego niemiłą niespodzianką. Proponował bowiem następującą transakcję: za wyrażenie zgody przez rząd polski na zmiany terytorialne na wschodzie kraju na rzecz Związku Sowieckiego i podjęcie współpracy z władzami sowieckimi przy tworzeniu armii polskiej do walki z Niemcami jako wspólnym wrogiem rząd ZSRS złagodzi politykę prowadzoną wobec ludności polskiej na terenie okupacji sowieckiej.

Trudno się dziwić, że szef polskiego rządu uznał memoriał za bezużyteczny i nie przekazał go brytyjskiemu premierowi. Oznaczałoby to bowiem zalegalizowanie układu Ribbentrop-Mołotow (i późniejszego sowiecko-niemieckiego układu o przyjaźni i granicach). Na polecenie generała nową, akceptowalną wersję dokumentu przygotował polski ambasador w Wielkiej Brytanii Edward Raczyński. Nie było w niej już żadnych wzmianek o koncesjach terytorialnych na rzecz ZSRS. Podtrzymano jednak pomysł zorganizowania "za zgodą władz sowieckich" armii polskiej przeznaczonej do walki z Niemcami. Koncepcję tę nawet rozbudowano: armia miała być tworzona nie tylko z polskiej ludności znajdującej się pod okupacją sowiecką, lecz także z polskich jeńców wojennych wywiezionych do ZSRS. Dokument określił liczebność przyszłej armii na 300 tys. żołnierzy. Strona polska nie odrzuciła zatem możliwości współpracy ze Związkiem Sowieckim, ale nie zamierzała za nią płacić zmianami granicznymi.

Reakcja Brytyjczyków na memoriał wyraźnie wskazywała, że jego pierwotna wersja powstała na ich "zamówienie". Uznali oni bowiem, że nowy dokument nie ma "wartości negocjacyjnej". Faktycznie, w przewidzianej w nim formule ułożenia polsko-sowieckich stosunków Stalin nie zyskiwał nic, a w szczególności - tego, na czym mu najbardziej zależało, czyli połowy Polski. Dostawał za to wojnę z Niemcami u szczytu ich potęgi, co nie mogło być dla niego zachęcające. Cała jego "filozofia" polegała bowiem na tym, by trzymać się z dala od konfliktu zbrojnego. Oczywiście do czasu. Kiedy siły stron walczących uległyby wyczerpaniu, nietknięta Armia Czerwona zalałaby Europę.

Opisana historia z memoriałem sprawia wrażenie przysłowiowej bańki mydlanej, która pękła, nie pozostawiając żadnego śladu. Tak jednak nie było. Już w sierpniu 1940 r. rząd Sikorskiego wpisał w program polskiej polityki zagranicznej możliwość współdziałania z Rosją. Oczywiście była ona obwarowana różnymi warunkami, z których do najważniejszych należały dwa: po pierwsze Związek Sowiecki stanie się sojusznikiem Wielkiej Brytanii w walce z Niemcami, po drugie - uzna przedwojenne granice Polski.

Nic nie wskazuje na to, by władze sowieckie cokolwiek o tym wszystkim wiedziały. W ich optyce nie było zresztą możliwości powrotu do jakichkolwiek relacji z polskim rządem. Obowiązywał wszak pogląd, że "Polska nie istnieje". Jak ujął to 31 października 1939 r. kierownik sowieckiej polityki zagranicznej Wiaczesław Mołotow: "wystarczyło krótkiego uderzenia zadanego Polsce najpierw przez armię niemiecką, a następnie - przez Armię Czerwoną, aby nic nie pozostało z tego szpetnego tworu Traktatu Wersalskiego [...]"1. Nieco rok później bieg wydarzeń zmusił jednak Związek Sowiecki do porzucenia tego wygodnego stanowiska, które bazowało na sojuszu z Niemcami i jego następstwach. Okazało się bowiem, że totalitaryzmy niemiecki i sowiecki nie są w stanie ze sobą koegzystować na dłuższą metę. 22 czerwca 1941 r. Hitler, zebrawszy potężne siły, uderzył na Związek Sowiecki, mając nadzieję na kolejny Blitzkrieg.

Czujni Anglicy wiedzieli o tym wcześniej i planowali współpracę z państwem Stalina. Zdawali sobie sprawę, że na razie niewiele mogą zaoferować. Więcej - z oczywistych przyczyn - mogli dać Polacy. Dlatego też, kiedy 18 czerwca 1941 r. zawitał do Londynu ambasador Cripps, z miejsca postanowił spotkać się z gen. Sikorskim i odpowiednio urobić polskiego przywódcę. Najpierw zapewnił go, że niemiecki atak na Związek Sowiecki jest kwestią kilku dni. Potem zapowiedział, że kiedy tylko to nastąpi, Wielka Brytania udzieli sowieckiemu państwu pomocy. Pomoc ta - ubolewał brytyjski ambasador w Moskwie - będzie niewielka, ograniczy się bowiem do wysłania misji wojskowej do ZSRS. Większego wsparcia mógłby udzielić rząd polski, mając na terytorium sowieckim znaczną liczbę oficerów i żołnierzy. Sikorski zrozumiał właściwie podsuwaną mu propozycję. Zgodził się na formowanie wojsk polskich w Rosji, żądając jednak uznania przez nią przedwojennych granic Polski i likwidacji bezprawia, jakiego władze sowieckie dopuściły się wobec polskich obywateli. Oceniał, że w sowieckich obozach jenieckich znajduje się 300 tys. polskich żołnierzy.

Publicznie polski premier dał wyraz gotowości do współpracy z ZSRS w przemówieniu radiowym wygłoszonym 23 czerwca 1941 r. Domniemywał wówczas, że Rosja unieważni układ z Niemcami z 1939 r., co przywróci stosunki polsko-sowieckie na grunt układu pokojowego zawartego przez Polskę i Rosję 18 marca 1921 r. w Rydze. Jednocześnie upomniał się o uwolnienie Polek i Polaków z sowieckich więzień, a także "ćwierci miliona" polskich jeńców wojennych "marniejących bezczynnie" w obozach sowieckich.

Sowietom wcale nie spieszyło się jednak do sojuszu z Polską. Wyraźnie pokazało to spotkanie brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Anthony'ego Edena z sowieckim ambasadorem w Wielkiej Brytanii Iwanem Majskim, które odbyło się nazajutrz. Kiedy Eden wystąpił z propozycją zwolnienia polskich jeńców wojennych, aby mogli się włączyć do walki z Niemcami, Majski odpowiedział, że rząd polski deklaruje, że Polska jest ze Związkiem Sowieckim w stanie wojny. Jak zatem można - pytał retorycznie - zwolnić jeńców państwa, które znajduje się w stanie wojny z państwem sowieckim?

Trudno powiedzieć, jakie konkretnie enuncjacje rządu polskiego Majski miał na myśli. W każdym razie prawidłowo określił stanowisko polskich władz wobec wschodniego sąsiada. Generał Sikorski ujął je jasno w przemówieniu radiowym do narodu polskiego wygłoszonym 1 marca 1940 r. Stwierdził wówczas: "jesteśmy w stanie wojny z Sowietami na równo z Niemcami"2. Mylił się natomiast Majski, insynuując, że to deklaracje rządu polskiego ukonstytuowały stan wojny między Polską a Związkiem Sowieckim. Za taki stan rzeczy odpowiadało państwo Stalina, które napadając zbrojnie 17 września 1939 r. na Rzeczpospolitą, wywołało wojnę polsko-sowiecką. Jak widać, Majski był "właściwym człowiekiem na właściwym miejscu", bo z typowo sowiecką przewrotnością usiłował przerzucić odpowiedzialność z agresora na ofiarę.

Wkrótce okazało się, jakie rozwiązanie najbardziej odpowiadałoby stronie sowieckiej. Zamiast sojuszu z rządem suwerennej Rzeczypospolitej, władze sowieckie chciały utworzyć na swoim terenie Polski Komitet Narodowy i jemu podporządkować polskie oddziały w Rosji. Było rzeczą oczywistą, że ten dziwaczny twór polityczny będzie całkowicie zależny od Kremla. Tu jednak "trafiła kosa na kamień" - Sikorski przekazał Edenowi, że Polska ma legalny rząd i o żadnym Komitecie nie może być mowy.

Dopiero 5 lipca 1941 r. Sikorski i Majski mogli wreszcie spojrzeć sobie w oczy (wcześniej wymiana poglądów dokonywała się "zaocznie" - przez Edena). Sikorski wyłożył polskie stanowisko w sprawie normalizacji stosunków z ZSRS, przy czym proponował, by ze zwolnionych polskich jeńców wojennych stworzyć "niepodległą, suwerenną Armię Polską w Związku Sowieckim". Gdyby rząd sowiecki nie chciał jej na swoim terytorium, mogłaby być przeniesiona gdzie indziej i tam walczyć z Niemcami. Powołując się na oficjalne statystyki podane w ZSRS, liczbę polskich żołnierzy w niewoli sowieckiej oceniał na 191 tys. (w tym 9 tys. oficerów). Teraz wszystko zależało od decyzji rządu sowieckiego - mógł on propozycję tworzenia niezależnych wojsk polskich na swoim terytorium odrzucić. Tak się jednak nie stało. 11 lipca Majski przekazał Sikorskiemu, że jego rząd wyraża zgodę na tworzenie armii polskiej na terenie ZSRS. To nie zamknęło sprawy, bo chwilę potem Sikorski zmienił zdanie i zażądał, by wszyscy polscy jeńcy zostali ewakuowani ze Związku Sowieckiego na teren Imperium Brytyjskiego. Była to reakcja na twierdzenie Majskiego, że w ZSRS znajduje ok. 20 tys. polskich jeńców wojennych - czyli niemal dziesięciokrotnie mniej niż wskazywały na to przytoczone przez Sikorskiego dane. Drastyczne "zaniżenie" liczby polskich jeńców w Rosji uznał bowiem za dowód niechęci Moskwy do organizowania wojska polskiego.

W istocie rzecz polegała na nieporozumieniu - Sikorski operował danymi z sowieckich gazet, które były aktualne w 1939, a nie w 1941 r. Już w 1939 r. władze sowieckie zwolniły ponad 42 tys. jeńców - szeregowych i podoficerów będących mieszkańcami ziem polskich okupowanych przez ZSRS po agresji 17 września 1939 r. Niemal tyle samo szeregowych, którzy zamieszkiwali na ziemiach okupowanych przez Niemców, odesłano na teren Generalnego Gubernatorstwa. W rezultacie pod koniec 1939 r. w ZSRS pozostało jedynie ok. 40 tys. polskich jeńców wojennych. W następnym roku, 1940, liczba ta zmniejszyła się o ok. 14,5 tys. jeńców (przetrzymywanych w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oficerów Wojska Polskiego i funkcjonariuszy Policji Państwowej), których zamordowano w Katyniu, Charkowie i Kalininie. W obozach jenieckich pozostali głównie szeregowi i nieliczni (ukrywający swoje stopnie) oficerowie, których zatrzymano do wykonania rozmaitych robót: pracy w kopalniach, budowy dróg, linii kolejowych i lotnisk. Majski podał zatem w przybliżeniu prawdziwe dane o jeńcach (w rzeczywistości było ich ok. 27 tys.), ale też nie wyjaśnił, dlaczego ich liczba tak radykalnie spadła. Nie było to zresztą jego winą, bo informacje z Moskwy były bardzo lakoniczne i sprowadzały się do przekazania "gołej" liczby jeńców. W każdym razie na ewakuację się nie zgodził; wojsko miało tworzyć się na miejscu.

Ostatecznie sprawę uregulował układ polsko-sowiec­­ki podpisany 30 lipca 1941 r. w Londynie przez Sikorskiego i Majskiego (i z tego względu nazywany układem Sikorski-Majski). W uroczystości złożenia podpisów pod dokumentem wzięli udział Churchill i Eden. Nie ma wątpliwości, że bez Brytyjczyków o jego zawarciu nie byłoby mowy. To oni ostrzegli polskiego premiera, że odmowa podpisania układu z Rosją będzie "gwoździem do trumny" rządu RP. Ale to też oni wymogli na Stalinie zwolnienie represjonowanych obywateli polskich znajdujących się na terytorium sowieckim, bez czego Sikorski nie podpisałby układu. Zrobili więc wszystko, nie cofając się przed użyciem brutalnych środków, aby zmontować możliwie silną koalicję antyniemiecką. Orientacja Brytyjczyków na ZSRS miała źródło w obawie, że po ewentualnym pokonaniu Armii Czerwonej Hitler całą potęgą uderzy na Anglię. Należało więc wszelkimi sposobami wzmacnić państwo Stalina.

W układzie rząd sowiecki wyraził zgodę na utworzenie w ZSRS Armii Polskiej, która na terytorium sowieckim w sprawach operacyjnych będzie podlegać Naczelnemu Dowództwu ZSRS. Użycie tego wojska, jego organizacja, a także szczegóły związane z dowodzeniem miało uregulować późniejsze porozumienie.

Fot. 2. Podpisanie polsko-radziec­kiego układu o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Siedzą od lewej: premier RP i Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Anthony Eden, premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, ambasador ZSRS w Wielkiej Brytanii Iwan Majski, Londyn, 30 lipca 1941 r. (NAC)

Oczywiście sprawy wojskowe stanowiły jedynie część postanowień układu Sikorski-Majski. Przede wszystkim regulował on takie kwestie polityczne, jak: uznanie za nieważne przez rząd sowiecki traktatów zawartych w 1939 r. z Niemcami dotyczących zmian terytorialnych w Polsce, zapowiedź wznowienia stosunków dyplomatycznych między rządami Polski i ZSRS oraz obietnica udzielenia przez rząd sowiecki "amnestii" wszystkim obywatelom polskim pozbawionym wolności na terytorium ZSRS bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innych "odpowiednich podstawach".

"Amnestia", w szczególności dla tych, którzy nie byli jeńcami wojennymi, wydaje się mało związana z kwestią wojska. Tymczasem miała ona fundamentalne znaczenie dla kształtu przyszłej armii. Dlaczego? Otóż władze sowieckie już na wstępie pertraktacji zgodziły się na uwolnienie polskich jeńców wojennych. Tych było jednak zaledwie dwadzieścia kilka tysięcy. Kategorycznie odmawiały natomiast przywrócenia wolności więźniom politycznym, czyli deportowanym i osadzonym w więzieniach i łagrach, uważając ich za przestępców, którzy zgodnie z prawem zostali ukarani. Takie stanowisko oznaczało, że rozmiary wojska polskiego w Rosji byłyby więcej niż skromne. Wyjściem z sytuacji okazała się brytyjska propozycja, aby polskim więźniom politycznym udzielić "amnestii", na co Stalin wyraził zgodę (to właśnie ich określono w układzie enigmatycznie jako pozbawionych wolności "na innych odpowiednich podstawach"). Chociaż przyjęte rozwiązanie było bezsensowne z punktu widzenia prawa i moralnie obraźliwe, pozwoliło rozszerzyć rekrutację do wojska na tysiące obywateli polskich niemających statusu jeńców wojennych.

Swoją drogą warto zwrócić uwagę, że godząc się na udzielenie "amnestii" polskim jeńcom wojennym, Związek Sowiecki zdezawuował swoje wcześniejsze twierdzenia o braku stanu wojny między Polską a ZSRS od 17 września 1939 r. Skąd bowiem wzięliby się oni w ZSRS, gdyby nie wojna między obu państwami?

Luką w umowie polsko-sowieckiej byli ci obywatele RP, których w czasie sowieckiej okupacji Kresów Wschodnich wcielono do Armii Czerwonej. Z oczywistych względów "amnestia" ich nie objęła. Z formalnego punktu widzenia nie zostali oni pozbawieni wolności, a powołani do odbycia obowiązkowej służby wojskowej - jako obywatele ZSRS. Obywatelstwo to zostało im narzucone - tak, jak pozostałym mieszkańcom Kresów Wschodnich - dekretem Rady Najwyższej ZSRS z 29 listopada 1939 r. w następstwie wcielenia Kresów do Związku Sowieckiego. Pobór na Kresach przeprowadzono w drugiej połowie 1940 r.; objął on ok. 51 tys. mężczyzn. Do jednostek wojskowych zakwalifikowano jednak tylko tych, którzy legitymowali się "odpowiednim" według doktryny komunistycznej pochodzeniem, tzn. byli synami robotników, ubogich chłopów i niższych urzędników. Biorąc pod uwagę to klasowe podejście, trudno się dziwić, że wśród wcielonych do oddziałów dominowali przedstawiciele mniejszości narodowych. Struktura narodowościowa tej kategorii rekrutów przedstawiała się następująco: ponad 31 tys. było Ukraińcami, niemal 11 tys. - Białorusinami i niemal 5 tys. - Żydami. Polacy stanowili niespełna 5 tys. poborowych wcielonych do jednostek Armii Czerwonej. Dzieci oficerów Wojska Polskiego, policjantów, żandarmów, wyższych urzędników, właścicieli majątków ziemskich, fabrykantów i bogatszych chłopów (tzw. kułaków) wcielono do batalionów budowlanych i roboczych. Nie mieli oni broni i byli używani do rozmaitych prac (budowy umocnień, linii kolejowych, lotnisk itd). W odniesieniu do tej grupy nie ma żadnych wiarygodnych danych liczbowych.

Podpisany pod brytyjską presją układ polsko-sowiecki był przede wszystkim sojuszem wojskowym - oba rządy zobowiązywały się w nim do udzielania wzajemnej pomocy w wojnie przeciwko Niemcom. Niestety gen. Sikorski wyolbrzymiał jego znaczenie, uważając, że otwiera on "nową erę" w stosunkach polsko-sowieckich. Tymczasem Polskę i Rosję łączył co najwyżej cel taktyczny, którym było pokonanie Niemiec. Ich cele strategiczne były natomiast sprzeczne: Polska pragnęła wyjść z wojny w nietkniętym kształcie terytorialnym, Rosja chciała zaś zagarnąć połowę polskiego terytorium i wcale się z tym nie kryła. Już w czasie pierwszego spotkania z Sikorskim (5 lipca) Majski powiedział, że rząd sowiecki nie może uznać polskich granic z 1939 r. - widzi Polskę w granicach "narodowych". W rezultacie w układzie nie było paragrafu, w którym rząd ZSRS uznawał polską granicę wschodnią w jej przedwojennym kształcie. Stronie polskiej to nie przeszkadzało, bo uważała, że unieważnienie układów z Niemcami było z tym równoznaczne (można to uznać za klasyczny przykład myślenia życzeniowego). Tymczasem anulowanie układów niemiecko-sowieckich z 1939 r., z których pierwszy był układem o "nieagresji", a drugi "o przyjaźni i granicy" nie miało żadnego sensu. Unieważniła je bowiem napaść Niemiec na ZSRS w czerwcu 1941 r., likwidując za jednym zamachem i "nieagresję", i "przyjaźń", i "granicę" między oboma państwami.

Ta "walka z wiatrakami" ignorowała prawdziwe zagrożenie. Było nim opieranie przez Sowietów pretensji do połowy Polski nie na układach z Niemcami, a na plebiscytach, które bezprawnie przeprowadzili na ziemiach polskich zagarniętych na mocy owych układów. Fałszując wyniki głosowania, twierdzili potem, jakoby sami mieszkańcy wschodniej części Polski dobrowolnie opowiedzieli się za jej włączeniem do ZSRS i ich życzeniem było nie tylko przyłączenie wschodniej Polski do Związku Sowieckiego, lecz także nabycie obywatelstwa sowieckiego. Takie stanowisko oznaczało, że obywatele polscy wywiezieni w ramach represji ze wschodniej Polski do ZSRS są... obywatelami sowieckimi.

Komu zatem ZSRS miał udzielić "amnestii" przewidzianej w układzie Sikorski-Majski? Była w nim wszak mowa o "obywatelach polskich". Jak się okaże, strona sowiecka zastosuje zdumiewającą interpretację tego pojęcia. Będzie ona miała niebagatelny wpływ na los wojska polskiego w Rosji, którego bazę rekrutacyjną stanowili przede wszystkim mieszkańcy wschodniej Polski wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego. Koniec końców sojusz był przysłowiową "bombą z opóźnionym zapłonem" - konflikt terytorialny, którego póki co obie strony nie stawiały na ostrzu noża, wcześniej czy później musiał go rozsadzić.

Dalsza część w wersji pełnej