1
Kiedy przychodzi, nie jest jak w powieściach Stephena Kinga albo w filmach. Cząstki powietrza nie kształtują niewyraźnego zarysu jego postaci. Nie pokazuje mi się w przymglonej tafli lustra ani nie zostawia odcisków palców w głębokim kurzu w miejscach, których nigdy nie sprzątam. Po prostu budzę się i czuję, że w pokoju nie jestem już sama.
Jest wczesny poranek. Szary świt przedziera się przez popielate zasłony i układa jasnym prostokątem na drewnianej podłodze i w nogach mojego łóżka. Poprzedniego dnia w prognozie pogody przepowiadano, że będzie ciepło, ale kiedy sennie pocieram oczy, moje palce są zimne jak lód.
Strzępy snu krążą pod powiekami. Jest tam coś o moich stopach, o tym, że tracę nad nimi kontrolę, że przyklejają się do ściany i prowadzą mnie w stronę ciemnego korytarza...
Nie wiem, jak długo leżę w bezruchu, ogarnięta wrażeniem, że stało się coś złego. Mija jeszcze kilka chwil i wtedy przychodzi ta świadomość. Ktoś nie żyje - myślę, przytomniejąc.
Ty nie żyjesz.
Urodziłam się pół roku po twoim przyjściu na świat. Kiedy miałam zaledwie dobę, Alicja przyjechała do szpitala, gdzie leżałam przy mamie, i zabrała z sobą ciebie.
- Synku, poznaj małą Jasmin!
Wyciągnęła twoją rączkę tak, żeby dotknęła mojej zaciśniętej piąstki.
- To jest Staś, a to Jasmin...
Miałam siedem lat, kiedy z trawy zrobiłeś dla mnie obrączkę, a potem wsunąłeś mi ją na palec.
- Kiedyś się z tobą ożenię - oznajmiłeś, spoglądając na moją dłoń, którą uniosłam pod słońce.
Kilka dni później zapytałam twoją mamę, czy można wyjść za mąż za swojego kuzyna.
- Staszek nie jest twoim kuzynem, Jasmin - odpowiedziała Alicja z roztargnieniem i dopiero po chwili sens mojego pytania przebił się do jej świadomości. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem: - A masz na myśli jego? - I zanim zdążyłam odpowiedzieć, wrzasnęła do mamy: - Reni! Reni, mamy problem!!!
Od tamtej pory nasze matki już nie nalegały tak mocno, byśmy spędzali całe dnie razem, i przestały wpadać na krępujące nas pomysły, jak kąpiel w morzu bez strojów kąpielowych. Oczywiście mojej szybko znudziło się kontrolowanie nas i w końcu usłyszałam, jak wzdycha:
- Na Boga, Alicjo, przecież to jeszcze dzieci! Chcesz się teraz bawić w świętą inkwizycję?
Nasze ostatnie wakacje spędziłam w Pradze, a ty zostałeś w Gdyni, gdzie podjąłeś pracę w firmie zajmującej się wykończeniówką domów. Z Pragi wróciłam z końcem lata. Byłam wówczas opaloną, szczupłą i długowłosą blondynką o zaróżowionych policzkach i oczach jak dwa oceany, kropla w kroplę podobną do mamy. Prosto z lotniska taksówką pojechałam pod Monar, ponieważ w piątki Alicja prowadziła tam terapię poprzez sztukę i było więcej niż pewne, że jej w tym pomagasz.
Już przy siatce ogradzającej budynek zauważyłam twój niebieski rower. Zostawiłeś na nim chustę oraz rękawiczki bez palców. Zwolniłam kroku. A więc byłeś tu. Po ponad dwóch miesiącach nareszcie miałam cię spotkać!
Było za ciepło na zajęcia w sali, więc znalazłam was na tyłach budynku. Na zalanym słońcem trawniku stały puszki z farbami, pędzle i flamastry. Twoja matka, ubrana w białą indyjską sukienkę, która wyglądała, jakby uszyto ją z pieluchy tetrowej, i blada, jakby nie tknął jej jeszcze żaden promień słońca, wyróżniała się na tle podopiecznych. Właśnie prosiła, żeby wszyscy zdjęli buty.
Zsunęłam sandały i pod stopami poczułam miękką trawę, która przyprawiła mnie o uśmiech.
Podwinąłeś nogawki dżinsów i włosy spadły ci na oczy. Odgarnąłeś je, ale nie odruchowo, jak zrobiłabym to ja, tylko powoli, z namysłem. Założyłeś najdłuższe kosmyki za uszy, przesłałeś miły uśmiech dziewczynie, która w tym momencie też na ciebie popatrzyła, a potem wyprostowałeś się i twoje spojrzenie padło na mnie. Znieruchomiałeś, jakbyś zobaczył zjawę.
- Hej! - wyszeptałam, stawiając na trawie walizkę.
- Cześć.
Nie odrywałeś ode mnie oczu. Twoje spojrzenie prześlizgnęło się w dół. Zauważyłeś moją pogniecioną bluzkę na ramiączkach, pobrudzone kawą dżinsy i zacząłeś się uśmiechać.
- Przyjechałaś prosto z lotniska?
Kiwnęłam głową.
- Wariatka. Czemu nie zadzwoniłaś?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zamknąłeś mnie w ciasnym uścisku.
- Daj mi dwadzieścia minut, Jasmin - wyszeptałeś w moje włosy. - Za dwadzieścia minut zabiorę cię stąd.
Alicji głos przebił się przez śmiechy i rozmowy:
- Chciałabym, żeby każdy z was spróbował zostawić ślad siebie! - zawołała, rozwijając szeroką na półtora metra ryzę papieru. - Macie całkowitą dowolność! Możecie korzystać z farb, flamastrów oraz własnych pomysłów!
Ludzie moczyli stopy w farbach i ich odbicia zostawiali na papierze. Odciskali swoje twarze, palcami stawiali małe kroczki na kartkach, bawiąc się tak dobrze, że niemal zapomniałam, dlaczego w ogóle tu przebywają.
- Mój ślad.
Obrysowałam pomadką usta i pocałowałam papier. Ty zanurzyłeś dłonie w turkusowej farbie, a potem ułożyłeś je na kartce.
- Jak w Hollywood - zażartowałam. - Walk of Fame...
Stanęliśmy blisko siebie, a poproszona przez nas dziewczyna obrysowała czarnym flamastrem nasze cienie. Połączone nie przypominały postaci, tylko podłużną, dziwną formę.
- Jasmin, co ty tu robisz? Renata nie wspominała, że już wróciłaś. - Twoja mama przystanęła koło nas i popatrzyła na zarysowany na papierze kształt. - To twoje odbicie?
- Nie, to Stasiojasmin - odpowiedziałam, śmiejąc się.
- Stasiojasmin? - zdziwiła się Alicja i chyba naprawdę nie zrozumiała, o czym mówię. - A co to takiego?
- To taka podwójna forma, ciociu. Choćby ktoś bardzo się starał, nie da się jej rozdzielić!
Osiem dni później zaginąłeś.
Ostatnią osobą, która cię widziała, był starszy mężczyzna, sąsiad z waszego bloku. Zeznał, że z rana w poniedziałek, szesnastego września, o wpół do szóstej rano minęliście się na klatce schodowej. W szczegółach potrafił opisać twój strój. Twierdził, że miałeś na sobie szarą bluzę z kapturem, a na ramieniu - torbę, która sprawiała wrażenie ciężkiej. Zapamiętał twój ubiór, ponieważ gdy przytrzymałeś dla niego drzwi, przypomniał sobie, że w prognozie pogody przepowiadano upalny dzień. Podobno powiedział do ciebie: "Młody człowieku, dzisiaj ma być prawie trzydzieści stopni! Nie przesadziłeś z tymi ciuchami?". Podobno odpowiedziałeś nieuważnym uśmiechem, przeczekałeś, aż on wyjdzie z klatki, i przełożywszy torbę na drugie ramię, opuściłeś blok.
Od kilku tygodni pracowałeś w firmie, która zajmowała się kolportowaniem ulotek reklamowych oraz bezpłatnej gazety trafiającej na stojaki w blokach i wieżowcach Trójmiasta. Wyznaczono ci teren Starego Oksywia w Gdyni. Składały się na niego cztery dawno nieremontowane bloki rozmieszczone wzdłuż rozległego pasa lasu, graniczącego z dziką plażą.
Tamten poniedziałek dla mnie przebiegł w okamgnieniu. Mama od rana miała klientki, którym ścinała i farbowała włosy, więc korzystając z tego, że jestem w domu, angażowała mnie do pomocy.
- Jasmin, peleryna!
Czarną pelerynę narzuciłam na ramiona pani Marii, młodej mężatki życzącej sobie pasemek.
- Rozmieszaj rozjaśniacz! - rozkazała mama, więc posłusznie poszłam do kuchni po butelkę.
Wtedy zadzwonił telefon.
- Jasmin, jest u ciebie Staszek? - To była Alicja. - Możesz spróbować się do niego dodzwonić? Jak ja dzwonię, nie odbiera... Twój telefon może odbierze.
W komórce miałeś ustawione "granie na czekanie", piosenkę Green Day Boulevard of Broken Dreams, ale tamtego dnia, kiedy wybrałam numer, utwór włączył się tylko na moment i zaraz zamilkł. Mechaniczny głos powiadomił mnie, że abonent nie może zrealizować rozmowy. Spróbowałam zadzwonić jeszcze raz, ale tym razem w ogóle nie rozległa się muzyka. Od razu włączyła się poczta głosowa.
Telefon ponownie odezwał się w środku nocy. Jego dźwięk mnie nie zbudził. Dopiero mama, pochylając się nad łóżkiem w ciemności, zmusiła mnie do rozchylenia powiek.
- Jasmin, obudź się - wyszeptała. - Musisz się zastanowić, gdzie może być Staszek.
Potarłam powieki, z trudem unosząc głowę.
- Co się stało? - głos miałam schrypnięty, moje spojrzenie pływało po jej sylwetce, ledwie odcinającej się w ciemności od ścian. - Nie wiem, gdzie jest. Czemu mnie budzisz?
Myślałam, że da mi spokój, ale ona wciąż nade mną stała. W jej głosie wyczułam napięcie:
- Jasmin, Staszek nie wrócił jeszcze do domu po tym, jak z rana wyszedł do pracy.
- A która jest godzina? - Byłam pewna, że dochodzi północ, a przecież nieraz zdarzało ci się zasiedzieć gdzieś dłużej.
Odpowiedź sprawiła, że nareszcie oprzytomniałam:
- Jest trzecia trzydzieści.
W nocy wszystko wydawało się inne: błysk kuchennych blatów, ciemność za oknem, odgłos stawianego na stole kubka, dźwięk odkręcanej pokrywki w pojemniku na herbatę. Siedziałam na drewnianym krześle, pocierając oczy, osowiała i dziwnie zmarznięta.
- Jasmin, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałaś? Widzieliście się wczoraj?
Próbowałam popatrzeć na tę sytuację z perspektywy jutra, które miało nadejść: będziemy z mamą się dziwić, że piłyśmy herbatę o czwartej rano i analizowałyśmy moje ostatnie rozmowy z tobą.
- Tak. - Objęłam rękami kubek, pod palcami poczułam ciepło napoju.
Mama zwinęła dłoń luźno w pięść i kciukiem dotykała dolnej wargi, jakby się nad czymś zastanawiała.
- Skarbie, zastanów się, czy nie wspomniał ci, że gdzieś się wybiera po pracy albo planuje się z kimś spotkać?
Po chwili namysłu pokręciłam głową. Nie rozmawialiśmy o twojej pracy, w ogóle nie rozmawialiśmy o poniedziałku. Widzieliśmy się krótko, na bulwarze nadmorskim. Pod ławką, na której usiedliśmy, schował się biały chudy kot. Powiedziałeś, że przypomina ci Pandę.
Pandę znalazłeś niemal pięć lat wcześniej. Wyszedł zza śmietnika i otarł się o twoje nogi. "Popatrz, jaki śliczny!" - wyciągnęłam rękę, żeby go pogłaskać, i moje palce zanurkowały w sierści. Kiedy zauważyłam, że za uchem ma krwawą ranę, cofnęłam dłoń. "Chyba jest chory". Zsunąłeś się z drabinek, na których siedzieliśmy, i kucnąłeś przed nim. "Cześć. Nic ci nie zrobię, chodź, nie bój się". Kiedy kot powąchał twoją rękę, zacząłeś się uśmiechać. "Co ci się stało?" Rozgarnąłeś jego futerko w miejscu, gdzie znajdowała się rana. "Może potrącił go samochód?" - podsunęłam. Otoczyłeś rękoma kolana i przez chwilę obserwowałeś zwierzę. W końcu podjąłeś decyzję: "Wezmę cię na ręce, okej?". Nie podrapał cię, chociaż był spięty. Okryłeś go bluzą i pojechaliśmy do najbliższego weterynarza. Kolejne tygodnie leczył się w twoim mieszkaniu. Nazwałeś go Panda, ponieważ miał biało-czarne futerko, jak miś. Miałeś go już prawie pół roku, kiedy pod twoją nieobecność znikł.
Mama spojrzała na zegar ścienny. Ja też. Czwarta już minęła.
- Więc o czym rozmawialiście? Co ci mówił?
Zaczęłam się bać tego, o czym rozmawialiśmy, i tego, że nie wróciłeś jeszcze do domu. Pierwszy raz spróbowałam spojrzeć na tę rozmowę z perspektywy kogoś, kto potwierdzi twoje zaginięcie. A co, jeśli się nie znajdzie? - przemknęło mi przez myśl.
Zrobiło mi się jeszcze zimniej, odruchowo skuliłam ramiona i poprawiłam sweter naciągnięty na piżamę.
- Nie było mowy o poniedziałku - powtórzyłam.