Jak porzucić miliardera i przeżyć - Monika Sobień-Górska

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (28,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Patriar­chat, femi­nizm, siła kobiet. Te hasła odmie­niane w ostat­niej deka­dzie przez wszyst­kie przy­padki świad­czą o tym, że powstaje na naszych oczach nowa rze­czy­wi­stość, zmiana już się zaczęła. Kobiety bun­tują się, wal­czą o swoje prawa, budują nowe pozy­cje w związ­kach, w pracy, w rodzi­nie. Tylko gdzie to się tak naprawdę odbywa? Gdzie ten patriar­chat rze­czy­wi­ście jest roz­mon­to­wy­wany, a gdzie to na­dal tylko puste słowo, a bunt kobiet gaszony jest szyb­kim ruchem jak papie­ros?

Impul­sem, który pchnął mnie do pracy nad pierw­szą czę­ścią książki, czyli Pol­scy miliar­de­rzy. Ich żony, dzieci, pie­nią­dze, była roz­mowa z Ukra­inką miesz­ka­jącą od wielu lat w Pol­sce. Sprzą­tała ona w rezy­den­cji u pew­nego mul­ti­mi­lio­nera i powie­działa mi, że choć był to nie­wąt­pli­wie naj­pięk­niej­szy budy­nek, w jakim w życiu pra­co­wała, miał w sobie coś upior­nego. Ciężka atmos­fera, głu­cha cisza naj­czę­ściej w nim panu­jąca przy­po­mi­nały jej cmen­tarz. Pomy­śla­łam, że cie­ka­wie byłoby zaj­rzeć do innych domów pol­skiej "Dyna­stii". Przyj­rzeć się temu, jakie panują tam zwy­czaje, jak wyglą­dają rela­cje mię­dzy ludźmi, towa­rzy­skie kody, jak wygląda ich praca, czas wolny, o czym marzą, jakim wysił­kiem oku­piony jest ich suk­ces, co daje im szczę­ście.

O stylu życia mul­ti­mi­lio­ne­rów pisa­łam w poprzed­niej książce. Ale było coś, co zelek­try­zo­wało mnie wtedy naj­bar­dziej. I temu od razu chcia­łam poświę­cić osobną książkę. To pozy­cja kobiet w tym świe­cie. Kobiet, które naj­czę­ściej nie pra­cują, bo albo nie mogą, albo nie chcą. Mate­rial­nie mają wszystko, a sytość tępi ich instynkt samo­za­cho­waw­czy. W efek­cie usa­da­wiają się w zło­tej klatce, ucze­pione finan­so­wego paska bajecz­nie boga­tego męża. Oczy­wi­ście to ich wybór, ale kody towa­rzy­skie, sil­nie utrwa­lone rytu­ały w tym śro­do­wi­sku, przy­sła­niają im świa­do­mość wol­nego wyboru. Rzecz jasna nie wszyst­kie takie są, zda­rzają się i w tym świe­cie kobiety, które ramię w ramię budują z mężami finan­sowe impe­ria albo pró­bują odnieść suk­ces na wła­sny rachu­nek. Ale to mar­gi­nes.

Przy­glą­da­jąc się temu światu, roz­ma­wia­jąc z part­ner­kami mul­ti­mi­lio­ne­rów, ich pra­cow­ni­kami, zoba­czy­łam coś, czego nie prze­pu­ści­łaby żadna cen­zura Insta­grama czy pro­gra­mów typu Żony Hol­ly­wood. Zoba­czy­łam zabe­to­no­wany patriar­chat, zoba­czy­łam kobiety w dre­sach za kil­ka­na­ście tysięcy zło­tych, ale bez wła­snego konta w banku i prawa głosu przy stole. Pozna­łam rze­czy­wi­stość kobiet milio­ne­rów, zwłasz­cza tych, które są na krok przed byciem porzu­coną, bo dobie­gają pięć­dzie­siątki, a to wiek, w któ­rym koń­czy się okres przy­dat­no­ści do spo­ży­cia i jest się wymie­nianą na młod­szą. Pozna­łam też takie, które chcą uciec z tego świata, bo pod suk­nią wysa­dzaną dro­gimi kamie­niami ukry­wają siniaki, ano­rek­sję, buli­mię, bli­zny po nie­uda­nej lipo­suk­cji, sili­ko­nowe piersi zro­bione tuż po uro­dze­niu dziecka, żeby tylko on nie odszedł, nie porzu­cił. A książę i tak zdra­dza albo w ogóle idzie w siną dal.

Spo­tka­łam kobiety, które prze­ko­ny­wały mnie, że są ze stali, ale naj­da­lej po godzi­nie, przy akom­pa­nia­men­cie drżą­cego głosu, wypa­dały im z tore­bek środki na uspo­ko­je­nie, a w przy­pły­wie odwagi poka­zy­wały mi w swo­ich prze­past­nych gar­de­ro­bach poukry­wane spa­ko­wane walizki. Nie­które z tych pań są już gotowe do ucieczki, bo czują się upo­ka­rzane we wła­snym domu, ale cze­kają na odpo­wiedni moment. Gdy męża dłu­żej nie będzie, gdy uzbie­rają tyle pie­nię­dzy, że wystar­czy im na wyna­ję­cie miesz­ka­nia na pół roku. Tak, bo wiele z nich nie ma żad­nych oszczęd­no­ści. Setki tysięcy, które wyda­wały na ubra­nia, biżu­te­rię, zabiegi w gabi­ne­cie medy­cyny este­tycz­nej, zde­po­no­wane były na kar­cie kre­dy­to­wej męża, która - i one to wie­dzą - zosta­nie zablo­ko­wana kilka sekund po tym, jak oznaj­mią, że odcho­dzą.

Myśli­cie, że ich roz­wody róż­nią się od roz­wo­dów prze­cięt­nych ludzi? Ow­szem, różni ich liczba zer na kon­cie, dłu­gość pro­ce­sów, więk­sza kom­pli­ka­cja, bo oprócz osób roz­wo­dzi się też firmy. Ale modele ludz­kich zacho­wań są takie same. Za to po wszyst­kim sytu­acja tych kobiet jest inna niż na przy­kład w kla­sie śred­niej. Bo jeśli part­nerka milio­nera prze­gra przy roz­wo­dzie, czę­sto nie ma nie tylko pie­nię­dzy, ale i umie­jęt­no­ści, kapi­tału spo­łecz­nego, żeby się odbu­do­wać, pójść na swoje, zara­biać pie­nią­dze ade­kwatne cho­ciażby do swo­jego wieku czy wykształ­ce­nia. Nawet jeśli była po stu­diach, to nie­rzadko przez dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat nie pra­co­wała. Bo mąż jej zabro­nił, zaj­mo­wała się dziećmi, domem. Tylko co, jeśli książę po ćwierć­wie­czu się roz­my­ślił i jed­nak nie chce dotrwać z wybranką do gro­bo­wej deski?

Posta­no­wi­łam poświę­cić tym kobie­tom osobną książkę, bo ich histo­rie są nie tylko bar­dzo poru­sza­jące, ale i poucza­jące. Wbrew pozo­rom są podobne do naszych histo­rii - zwy­kłych Kowal­skich, naszych błę­dów, roz­cza­ro­wań, fatal­nych decy­zji, które łamią nam krę­go­słupy i pod­nie­sie­nie się po nich zaj­muje dłu­gie lata, a cza­sem ni­gdy się nie udaje.

Czego ja, ty możemy uczyć się od żon milio­ne­rów? Ano tego, żeby zawsze pra­co­wać, nawet jeśli part­ner obie­cuje złote góry i nawet jeśli sta­wia je nam w ogro­dzie. Dbać o to, by mieć swoje pie­nią­dze, nie myśleć o tym, że coś jest na zawsze, sta­wiać gra­nice, nawet gdy chór z tyłu pod­po­wiada: "Bez prze­sady, prze­cież nikt nie ma ide­al­nie", nie dać się zastra­szyć i nie sprze­da­wać swo­jej god­no­ści nawet za jachty, bry­lanty i naj­droż­sze loga na toreb­kach.

Spo­ty­ka­łam się z tymi kobie­tami i w cia­snych odra­pa­nych kawa­ler­kach, i w rezy­den­cjach mają­cych ponad dwa tysiące metrów kwa­dra­to­wych. Nie­które, choć są od lat na woj­nie roz­wo­do­wej, cią­gle boją się pod­słu­chów, więc zabie­rały mnie do domów swo­ich krew­nych, rodzi­ców. Inne z dumą poka­zy­wały mi swoje nowe miej­sce pracy - tam, gdzie udało im się zarzu­cić kotwicę i jed­nak nie uto­nąć, choć wie­lo­krot­nie sły­szały tę prze­po­wied­nię od byłych mężów i ich praw­ni­ków. Wszyst­kie są roz­cza­ro­wane, część zre­zy­gno­wana, zner­wi­co­wana, smutna. W nie­któ­rych jest duża wola walki, chęć zbu­do­wa­nia sie­bie na nowo, zerwa­nia ze sta­rym świa­tem, ale są i takie, które choć zostały porzu­cone, powie­lają wszyst­kie swoje błędy, byle tylko pozo­stać w tym świe­cie, wsu­nąć się na ławkę rezer­wo­wych u kolej­nych "ksią­żąt z bajki". Nie chcą rezy­gno­wać z "haj­lajfu", bo jak same mówią - bez niego są nikim.

Opo­wiem wam o tym, co się dzieje z Kop­ciusz­kiem, gdy wyrzu­cają go z pałacu. Co dzieje się z kró­le­wi­czem, gdy ma tak dużo, że już żadna bajka go nie pod­nieca. Nie po to, byśmy lito­wali się nad tymi, któ­rzy ocie­rają łzy stu­do­la­rów­kami, ale po to, byśmy my - kobiety, przej­rzały się w sche­ma­tach tych zacho­wań i zoba­czyły, że walka o nie­za­leż­ność finan­sową, zawo­dową, emo­cjo­nalną, walka o dzieci, o swoją god­ność i wła­sną drogę życiową doty­czy każ­dej z nas, bez względu na świat, z któ­rego pocho­dzi i z któ­rego wycho­dzi. A ten uprzy­wi­le­jo­wany bywa czę­sto uprzy­wi­le­jo­wany pozor­nie, bo tam, gdzie są wiel­kie pie­nią­dze, amu­ni­cji na woj­nie wystar­cza na dłu­żej i można pastwić się nad dru­gim czło­wie­kiem w bar­dziej wyra­fi­no­wany spo­sób. Histo­rie, które opi­suję, to też świetne lustro dla męż­czyzn, nie tylko milio­ne­rów. Zoba­czy­cie w nim, do czego pro­wa­dzi zepchnię­cie kobiety do roli ozdoby, myśle­nie tune­lowe w kon­flik­cie, gdzie na ołta­rzu odwetu kła­dzie się bez­bronne dzieci.

Patriar­chat w naszym spo­łe­czeń­stwie powoli, cegła po cegle, jest roz­mon­to­wy­wany. Widzę to po sobie, po bliż­szych i dal­szych zna­jo­mych, rodzi­nie. Nie­za­leż­ność finan­sowa, part­ner­stwo w związku, wyj­ście z roli słu­żą­cej, odrzu­ce­nie zacie­kłej rywa­li­za­cji w kon­kur­sie pięk­no­ści o naja­trak­cyj­niej­szego samca, to wszystko zauwa­żam w swoim śro­do­wi­sku. Ale zbie­ra­jąc mate­riały do ksią­żek o życiu elity finan­so­wej, zoba­czy­łam, że tam patriar­chat czuje się nie­za­gro­żony w swo­jej pozy­cji.

Osoby:

Anna

Trzy­dzie­ści sie­dem lat, staż mał­żeń­ski dwa­na­ście lat, wspól­nie z mężem milio­ne­rem pro­wa­dzili wielką firmę w branży usłu­go­wej w kilku czę­ściach Pol­ski. Mają syna i córkę. Anna była drugą żoną swo­jego męża; roz­wód trwa od 2018 roku; mał­żon­ko­wie toczą prze­ciwko sobie kil­ka­dzie­siąt postę­po­wań sądo­wych.

Agnieszka

Pięć­dzie­siąt trzy lata, staż mał­żeń­ski dwa­dzie­ścia sie­dem lat. W cza­sie gdy mąż budo­wał finan­sowe impe­rium, ona zaj­mo­wała się trójką ich dzieci i domem. Po roz­sta­niu, by prze­żyć, zara­biała, sprzą­ta­jąc biura. Roz­wód po pię­cio­let­niej walce orze­czono w 2021 roku.

Marta

Trzy­dzie­ści sie­dem lat, staż mał­żeń­ski dzie­sięć lat, pra­co­wała z mężem milio­ne­rem w jego wiel­kiej fir­mie dewe­lo­per­skiej. Marta była drugą żoną swo­jego męża, wspól­nie wycho­wy­wali córkę Marty z poprzed­niego związku. Roz­wód orze­czono w 2021 roku.

Laura

Czter­dzie­ści dzie­więć lat, staż mał­żeń­ski dwa­dzie­ścia pięć lat, w latach dzie­więćdziesiątych wraz z mężem otwie­rali swój pierw­szy rodzinny biz­nes, który po latach prze­ro­dził się w impe­rium warte bli­sko miliard zło­tych. Odkąd uro­dziła dwójkę dzieci, poświę­ciła się opiece nad nimi i domem. Roz­wo­dowa wojna trwa od 2017 roku.

Monika

Pięć­dzie­siąt jeden lat, staż mał­żeń­ski dwa­dzie­ścia pięć lat, wie­lo­let­nia dyrek­tor mar­ke­tingu w jed­nej z naj­więk­szych mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji, wpro­wa­dzała na pol­ski rynek klu­czowe marki z rynku pro­duk­tów spo­żyw­czych, porzu­ciła to na rzecz inwe­sto­wa­nia w luk­su­sowe nie­ru­cho­mo­ści i rynek hote­lar­ski, co było marze­niem jej męża. W 2020 roku mąż zosta­wił ją dla młod­szej o dwa­dzie­ścia pięć lat kobiety. Od dwóch lat pró­bują podzie­lić mają­tek i dopiero wtedy zło­żyć pozew roz­wo­dowy.

Karo­lina

Trzy­dzie­ści pięć lat, przez sześć lat była zwią­zana z mul­ti­mi­lio­ne­rem z branży nie­ru­cho­mo­ści i prze­my­słu. Ni­gdy nie wzięli ślubu, mają dwoje dzieci w wieku pię­ciu i sze­ściu lat. Part­ner odszedł od niej, gdy była w dru­giej ciąży. Od pię­ciu lat wal­czy z nim w sądzie o ali­menty, oboje doma­gają się przy­zna­nia im wyłącz­nej opieki nad dziećmi.

Anna

Anna

Pozna­li­śmy się, kiedy byłam na zagra­nicz­nym sty­pen­dium nauko­wym. Na sto­łówce uni­wer­sy­tec­kiej. Byłam bar­dzo młoda, ale już dzia­ła­łam w par­la­men­cie stu­denc­kim. On jest star­szy, robił już swoje pierw­sze biz­nesy. Zaga­dał do mnie, powie­dział jakiś kom­ple­ment. Ale nie pro­stacki, to był inte­li­gentny tekst, bo ten typ umie cza­ro­wać.

Zła­pała się pani na to?

Odburk­nę­łam mu coś i poszłam z tacą do sto­lika. Ale on nie odpu­ścił. Dosiadł się, zaczę­li­śmy roz­ma­wiać. Nie pod­ry­wał mnie, roz­ma­wia­li­śmy o pracy, o roz­woju zawo­do­wym. Szybko się zorien­to­wał, że jestem zaradna, inte­li­gentna, nie boję się, mam pomy­sły. Pocho­dzę z inte­li­genc­kiej rodziny, mój ojciec jest pro­fe­so­rem aka­de­mic­kim, ja sama miesz­ka­łam w kilku kra­jach, mówię bie­gle w pię­ciu języ­kach. Myślę, że się mną zain­te­re­so­wał, bo widział, że mam głowę do inte­re­sów. No i pew­nie mu się podo­ba­łam jako kobieta.

Dalej już szyb­kie zarę­czyny, ślub, dziecko?

Nie, bo on wtedy był w innym związku, miał małe dziecko, przez jakiś czas tylko pra­co­wa­li­śmy razem. Zawo­dowo, pod kątem tem­pe­ra­mentu, wza­jem­nego nakrę­ca­nia się na roz­wój, byli­śmy bar­dzo dopa­so­wani.

Widziała pani, jak w tym cza­sie wyglą­dały jego rela­cje z pierw­szą żoną i ich malut­kim dziec­kiem?

Były bar­dzo słabe. Zresztą po jego roz­wo­dzie, kiedy jego córka odwie­dzała ojca, to głów­nie ja się nią zaj­mo­wa­łam, bawi­łam się, wymy­śla­łam różne zaję­cia. Mia­łam z nią bliż­szą rela­cję niż ojciec.

To pani nie znie­chę­ciło, żeby zwią­zać się z takim męż­czy­zną?

Zawsze ci się wydaje, że z tobą będzie ina­czej. My naprawdę przez kilka lat nada­wa­li­śmy na tych samych falach. Mie­li­śmy podobny życiowy drive, podobną ener­gię, oboje uwiel­biamy dzia­łać, kręci nas, gdy dużo się dzieje, gdy jeste­śmy w cen­trum. Dla­tego na początku nasze wspólne życie mi paso­wało, podo­bało mi się, że oboje idziemy coraz wyżej. Inna sprawa, że uwa­żam, że mój mąż ma nie­praw­do­po­dobne zdol­no­ści mani­pu­la­tor­skie i jest kla­sycz­nym typem nar­cyza. Jako bar­dzo młoda dziew­czyna nie mia­łam doświad­cze­nia w obco­wa­niu z takimi ludźmi. Nie rozumia­łam tych mecha­ni­zmów i łatwo padłam ich ofiarą. Dopiero kiedy prze­czy­ta­łam dzie­siątki ksią­żek psy­cho­lo­gicz­nych, opra­co­wań, bo chcia­łam zro­zu­mieć, co tak naprawdę wyda­rzyło się w moim życiu, dowie­dzia­łam się, że przez lata byłam pod­da­wana mani­pu­la­cji, nie­praw­do­po­dobnej pre­sji, mąż nisz­czył moje poczu­cie wła­snej war­to­ści, choć byłam prze­ko­nana, że ono jest tak wyso­kie i sta­bilne, że nic go nie ruszy. Ale jed­nak w pewne pułapki, jeśli nie znamy mecha­ni­zmu dzia­ła­nia mani­pu­la­cji, każdy może się zła­pać. On to wie­dział i robił ze mną, co chciał.

Ale na początku była miłość. Jak wyglą­dały wasze dobre lata?

Przede wszyst­kim budo­wa­li­śmy razem firmę. To nas pochła­niało od rana do nocy. Naj­pierw była to jedna spółka, póź­niej kolejne, to pącz­ko­wało. W końcu nasza naj­więk­sza firma tra­fiła na giełdę, wciąż rosła, sta­wa­li­śmy się gigan­tem. Przede wszyst­kim połą­czyła nas ścieżka zawo­dowa, poza tym impo­no­wał mi. On potrafi być zabawny, inte­li­gentny, eks­tre­mal­nie pra­co­wity, kre­atywny. To mi się podoba, to mnie nakręca, bo ja jestem wście­kle ambitna, jeśli coś robię, chcę być w tym numer jeden. Jeśli mówię w obcym języku, to naj­le­piej ze wszyst­kich, któ­rych znam. Jak tre­nuję taniec, to chcę w tym osią­gnąć per­fek­cję - to zresztą wycią­gnę­łam z baletu, który tre­no­wa­łam jako dziecko. W pre­ze­so­wa­niu spółce było podob­nie. Rywa­li­zo­wa­li­śmy z mężem zawo­dowo, ale też wza­jem­nie się napę­dza­li­śmy, czyja spółka będzie lep­sza, wię­cej zarobi. Tak naprawdę połą­czyła nas wspólna pasja i ona nas spa­jała. Tą pasją był biz­nes.

Firma rosła, pani zaczęła poja­wiać się na okła­dach biz­ne­so­wej prasy, dosta­wa­li­ście nagrody, mąż też. Podo­bał się wam ten szum wokół was, coraz więk­sze pie­nią­dze?

Lubię luk­su­sowe życie. Zasłu­ży­łam na nie, bo od dziecka inwe­sto­wa­łam w sie­bie, w swoją edu­ka­cję, podróże, mam kon­takty na całym świe­cie, mam wie­dzę eko­no­miczną, praw­ni­czą, psy­cho­lo­giczną, skoń­czy­łam też archi­tek­turę wnętrz. Widzi pani ten dom? Sama pani powie­działa po wej­ściu, że robi wra­że­nie. Bo robi. I ja go sama urzą­dzi­łam w każ­dym cen­ty­me­trze. Zapro­jek­to­wa­łam, wymy­śli­łam, zaaran­żo­wa­łam. Lubię życie na naj­wyż­szych obro­tach, lubię być doce­niana. Jak powięk­sza­li­śmy naszą grupę kapi­ta­łową, to sia­da­li­śmy oboje z mężem i rzeź­bi­li­śmy w licz­bach, bar­dzo długo bra­li­śmy wspól­nie udział we wszyst­kich trans­ak­cjach, ale to ja sczy­ty­wa­łam bar­dzo skom­pli­ko­wane umowy, roz­ma­wia­łam z praw­ni­kami, to ja dora­dza­łam z tyl­nego fotela. Uzu­peł­nia­li­śmy się w biz­ne­sie i...

W impre­zo­wa­niu?

Lubię drogi styl życia, podróże, luk­su­sowe hotele, naj­lep­sze knajpy. Pra­co­wa­li­śmy na to, było nas stać. W trud­nych latach, kiedy już wszystko zaczęło się walić, mogłam nie jeść, ale dro­giego szam­pana zawsze mia­łam w lodówce. Po pro­stu ten typ tak ma. Był czas, kiedy oboje z mężem lubi­li­śmy poim­pre­zo­wać. Czemu nie? Lubię i umiem tań­czyć, potra­fię się dobrze zaba­wić. Wyjeż­dża­li­śmy na Ibizę, też w inne miej­sca na świe­cie, gdzie można się porząd­nie wylu­zo­wać. Tylko że ja umiem to wywa­żyć, połą­czyć z nor­mal­nym życiem, a mój mąż nie. I w pew­nym momen­cie zorien­to­wa­łam się, że to jest "too much" dla mnie i że sytu­acja wymyka się spod kon­troli.

Co kon­kret­nie prze­stało się pani podo­bać?

Momen­tem prze­ło­mo­wym był rok, w któ­rym nasza firma weszła na giełdę i nagle oboje zaczę­li­śmy mieć naprawdę duże pie­nią­dze. Zaszu­miało nam w gło­wach, ale ja się obu­dzi­łam, a mój mąż nie. To było nie do wytrzy­ma­nia...

Co takiego?

On uwie­rzył, że jest bogiem. Jak każdy nar­cyz, który we wszyst­kich suk­ce­sach widzi tylko sie­bie i we wszyst­kich poraż­kach widzi innych. Uwie­rzył, że może mieć, co chce, kogo chce, może oszu­ki­wać, zdra­dzać, pod­po­rząd­ko­wy­wać sobie każ­dego. Zaczął brać nar­ko­tyki, wła­ści­wie non stop był pobu­dzony koka­iną. Wiecz­nie go męczył katar, krwa­wie­nia z nosa, bo ma kom­plet­nie roz­wa­loną błonę ślu­zową od wcią­ga­nia. Alko­hol już mu nie wystar­czał. A póź­niej zaczął zni­kać. Nie było go jeden wie­czór, póź­niej dwa, póź­niej zni­kał tygo­dniami. Niby w celach służ­bo­wych, niby wyjeż­dżał na nego­cja­cje, networ­king, a tak naprawdę balo­wał z pro­sty­tut­kami.

Pani to tole­ro­wała?

Mie­li­śmy małe dziecko, w dodatku nasza firma była cały czas na fali wzno­szą­cej. Zale­żało mi na tym, żeby rato­wać rodzinę i biz­nes. I wtedy się go bałam. Przy­my­ka­łam oko. Długo. Za długo. To go roz­pu­ściło, zachę­ciło do prze­su­wa­nia gra­nicy.

Co było następne?

Następne było to, że wła­ści­wie stra­ci­łam kon­trolę nad naszym wspól­nym życiem. Bo mąż zni­kał do tego stop­nia, że nie wie­dzia­łam nawet, na jakim był aktu­al­nie kon­ty­nen­cie. A jak się poja­wiał, był coraz bar­dziej agre­sywny. Kpił ze mnie, poni­żał, mówił, że jestem do niczego, że do biz­nesu się nie nadaję, a w łóżku już go nie zaspo­ka­jam. Brał udział w orgiach sek­su­al­nych, chciał, żebym też w nich uczest­ni­czyła.

Zga­dzała się pani?

Pamię­tam, jak pew­nego ranka obu­dzi­łam się w łóżku, a obok leżał mój mąż i inna kobieta. Pomy­śla­łam sobie: dość tego, muszę z tym skoń­czyć. Za długo robi­łam wszystko, by było tak, jak on chce.

Ale to jesz­cze nie był koniec.

Tak. Na­dal wra­cał do domu naćpany. W końcu ciężko mnie pobił i zgwał­cił na oczach kil­ku­let­niego syna. Córka była na szczę­ście za mała, by to widzieć, rozu­mieć, zapa­mię­tać.

To była jed­no­ra­zowa sytu­acja?

Nie, zro­bił to jesz­cze raz. A potem kolejny. Dziecko widziało mnie całą we krwi.

Poszła pani na poli­cję?

Powie­dzia­łam mu, że to koniec, że ma wy... z naszego życia.

Co on na to?

Powie­dział, że mnie znisz­czy, jak odejdę. Bo od niego się nie odcho­dzi. I albo zga­dzam się na to, że do domu wpro­wa­dzają się jego dziwki i są tu na jego warun­kach, a ja je akcep­tuję i wraz z nimi speł­niam jego zachcianki sek­su­alne, albo zostanę z niczym. Bez firmy, bez domu, bez dzieci, bo też mi je zabie­rze.

I co pani zro­biła?

Wypo­wie­dzia­łam mu wojnę.

* * *

Agnieszka

Agnieszka

Pozna­li­śmy się pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych w jego pierw­szej fir­mie, nie­du­żej, ale spraw­nie dzia­ła­ją­cej. Mia­łam dwa­dzie­ścia lat, gdy wyszłam za niego za mąż. Począ­tek był bar­dzo obie­cu­jący. No tak, po pro­stu byłam młodą dziew­czyną, zaim­po­no­wał mi wie­loma rze­czami. Był ode mnie jede­na­ście lat star­szy, wykształ­cony, inte­li­gentny, z dużym wigo­rem. To, co mnie w nim uwio­dło naj­bar­dziej, to siła. Wyglą­dało na to, że jest bar­dzo silny i opie­kuń­czy, ale po cza­sie oka­zało się, że to nie­stety siła prze­mo­cowa.

Była pani bar­dzo młoda, gdy wycho­dziła za mąż. Co na to pani rodzice?

Byli bar­dzo prze­ciwni. Nie podo­bało im się, że jest o tyle star­szy i że zupeł­nie demon­tuje moje plany życiowe. Bo rze­czy­wi­ście je mia­łam. Tuż po tym, jak go pozna­łam, wyje­cha­łam do Fran­cji, zaczę­łam stu­dia w Paryżu. No ale on przy­je­chał do mnie, oświad­czył się, powie­dział, żeby­śmy razem wra­cali do Pol­ski. Zgo­dzi­łam się, bo byłam w nim bar­dzo zako­chana. Tak, nie będę ukry­wać, to była miłość. Fakt, że skoń­czyło się to wszystko kata­strofą, nie unie­waż­nia tego, że przez dobrych dwa­dzie­ścia lat byłam w nim abso­lut­nie zako­chana.

Po powro­cie do Pol­ski pani zaszła zaraz w ciążę, a mąż zaczął robić inte­resy...

Mój były mąż pocho­dzi z dobrej rodziny, praw­ni­czo-lekar­skiej, z ugrun­to­waną pozy­cją spo­łeczną, ale z zero­wym doświad­cze­niem w biz­ne­sie. Sam nato­miast miał chyba wro­dzone zdol­no­ści do robie­nia inte­re­sów i wyko­rzy­stał szansę w momen­cie, gdy się nada­rzyła. A lata dzie­więć­dzie­siąte w Pol­sce to był nie­praw­do­po­dobny boom na wszel­kiego rodzaju biz­nesy. Można było zro­bić pie­nią­dze dosłow­nie na wszyst­kim. Trzeba było tylko chcieć i się nie bać. No i mieć tro­chę szczę­ścia. On miał. W krót­kim cza­sie doro­bił się wiel­kich pie­nię­dzy.

Sam?

Na początku byłam bar­dzo zaan­ga­żo­wana. Zaczy­na­li­śmy od naprawdę róż­nych dzia­łal­no­ści. Agen­cja hostess, agen­cja mode­lek, targi, bar­dzo poma­ga­łam w tych wszyst­kich biz­ne­sach, też byłam hostessą, pra­co­wa­łam przy orga­ni­za­cji tar­gów. Oczy­wi­ście, nie otrzy­my­wa­łam za to pie­nię­dzy do ręki, to prze­cież było "nasze". Póź­niej szy­łam zasłony do biur, kupo­wa­łam meble, remon­to­wa­łam, urzą­dza­łam wszystko. Wyda­wało mi się, że gramy do jed­nej bramki. Nie­długo potem zaszłam w drugą ciążę. A do tego nasze biz­nesy wystrze­liły. Mąż zain­we­sto­wał w usługi, nie chcę zdra­dzać branży. W ciągu roku poszło jak burza. To był wystrzał. Czyli jakiś czwarty, piąty rok naszego mał­żeń­stwa. I wtedy zaczęło się mię­dzy nami psuć.

Dla­czego?

Byłam total­nie ogra­ni­czana. Nic nie mogłam sama robić. Byłam bar­dzo młoda, mia­łam tylko maturę, zaczęte stu­dia, z któ­rych zre­zy­gno­wa­łam. Przy­je­cha­łam tutaj, uro­dzi­łam dzieci, poma­ga­łam w fir­mie, ale też mia­łam swoje ambi­cje. Zawsze inte­re­so­wa­łam się modą, skoń­czy­łam kurs szy­cia, potem kurs sekre­tar­ski, bo pomy­śla­łam sobie, że będę miała takie umie­jęt­no­ści, które się przy­da­dzą. W pew­nym momen­cie powie­dzia­łam mężowi, że chcę pójść do pracy, zara­biać swoje pie­nią­dze, a on niech roz­wija swoje biz­nesy. Pamię­tam, że jesz­cze wcze­śniej, kiedy pierw­sza nasza córeczka miała pół­tora roku, tra­fi­łam do czło­wieka, który był dys­try­bu­to­rem fil­mo­wym, i zapro­po­no­wał mi pracę. Nie­stety, nie dosta­łam pozwo­le­nia, żeby pójść pra­co­wać. Mąż uznał, że to bez sensu, bo zaro­bię nie­wiele wię­cej, niż wtedy kosz­to­wała nia­nia dla dziecka. Posta­ra­łam się więc, żeby dostać lep­sze pie­nią­dze, ale i tak to nie prze­ko­nało mojego męża. Nie było mowy, żebym poszła do pracy. A ja nie mia­łam nie­stety siły prze­bi­cia. Jestem raczej osobą łagodną i spo­kojną, i po pro­stu nie czu­łam się na tyle pew­nie, żeby się kłó­cić na ten temat. Pró­bo­wa­łam, ale nie­stety nie potra­fi­łam zna­leźć na tyle sil­nych argu­men­tów, żeby zmie­nił zda­nie. Firmy mojego męża się roz­wijały, więc zatrud­nił nia­nię, gospo­się, a ja mia­łam sie­dzieć w domu i poma­gać w rodzin­nej fir­mie.

Czy miała pani jakieś swoje pie­nią­dze?

Nie. Dosta­wa­łam pie­nią­dze od męża, gdy zgła­sza­łam mu, co kon­kret­nie chcę kupić, czego potrze­buję ja, dzieci, dom. On mi dawał potrzebną kwotę.

Pełna kon­trola wydat­ków.

Tak.

A miała pani swoje konto?

Abso­lut­nie nie. To nie wcho­dziło w grę. Konta nie mia­łam ni­gdy, karty przez długi czas też nie, po latach w końcu dosta­łam jedną. Oczy­wi­ście była to karta pod­pięta do konta męża. Przez pra­wie trzy­dzie­ści lat naszego mał­żeń­stwa ni­gdy nie mia­łam konta czy kon­kret­nej sumy pie­nię­dzy, która byłaby zapi­sana tylko na mnie. Tele­fon nie był na mnie, samo­chód nie był na mnie. Po pro­stu nic. Po kilku latach uświa­do­mi­łam sobie, że to jest nie w porządku. Prze­cież mie­li­śmy wspól­ność mająt­kową, kon­kretny podział, kto czym się zaj­muje w naszym wspól­nym rodzin­nym życiu. To, że nie cho­dzi­łam codzien­nie do biura, nie ozna­cza, że nic nie robi­łam. Wycho­wy­wa­łam trójkę dzieci, ten obo­wią­zek zupeł­nie zdję­łam z głowy męża, ale prze­cież za to się żonom nie płaci. Wtedy pomy­śla­łam, że w zasa­dzie nie­ważne, co się będzie działo, ja muszę być od niego total­nie uza­leż­niona. On ma taki styl bycia i nie potrafi ina­czej funk­cjo­no­wać.

Mia­łam nawet pomysł na biz­nes, pod­ję­łam jakieś kroki, żeby choć tro­chę unie­za­leż­nić się od męża, z kole­żanką chcia­ły­śmy zało­żyć coś małego, swo­jego, ale wtedy oka­zało się, że jestem w trze­ciej ciąży. Uro­dził się syn i ponie­waż widzia­łam, że mąż coraz moc­niej izo­luje mnie od spraw fir­mo­wych, osta­tecz­nie posta­no­wi­łam, że sku­piam się na dzie­ciach, na tym, by były zadbane, świet­nie wykształ­cone, miały dobrą przy­szłość. No i szcze­rze powie­dziaw­szy, dla mnie to była praca na pełen etat. I ow­szem, mie­li­śmy gospo­się, panią od sprzą­ta­nia, ogrod­nika, ale naprawdę, pro­szę mi wie­rzyć, przy trójce dzieci - a ja mia­łam mega­am­bitny plan, wozi­łam je wszę­dzie na zaję­cia - dzień był wypeł­niony po brzegi. Języki obce, akro­ba­tyka, balet, pły­wa­nie, moje córki grały na wielu instru­men­tach, pia­nino oczy­wi­ście w domu, jed­nego roku sak­so­fon, innego gitara. Tylko żeby były aktywne, tylko żeby się roz­wi­jały, odkry­wały swoje talenty, pasje. To był mój cel życia, tu ulo­ko­wa­łam swoje ambi­cje.

Mężowi się to podo­bało?

Bar­dzo. Muszę powie­dzieć, że przy­naj­mniej w tym jed­nym obsza­rze naszego życia to ja prze­ję­łam kon­trolę i udało mi się tu być choć tro­chę decy­zyjną. Oczy­wi­ście wszyst­kie moje pomy­sły musiały być skon­sul­to­wane z nim, no ale spryt­nie tak to robi­łam, że wyglą­dało, jakby to on decy­do­wał. Tym­cza­sem pomy­sły i reali­za­cja były po mojej stro­nie.

Jaki mąż miał kon­takt z dziećmi?

W ciągu tygo­dnia nie miał żad­nych, ale waka­cje abso­lut­nie były wspólne. Wyjazdy na narty, wyjazdy let­nie to był czas, kiedy on był z nami. Nato­miast on się komplet­nie nie anga­żo­wał w codzienne życie domu, życie rodzinne. Dla niego ist­niała tylko praca, pomna­ża­nie pie­nię­dzy, roz­wój zawo­dowy. Jedy­nie pod­czas waka­cji cza­sem goto­wał. Bo to lubił. Goto­wał i pił wino.

Dużo pił alko­holu?

On jest alko­ho­li­kiem. Na początku to było nie­wi­doczne, to styl życia wszyst­kich zamoż­nych ludzi. Kola­cje, bale, przy­ję­cia, w domo­wym barku zawsze luk­su­sowy alko­hol. Szkla­neczka whi­sky wie­czo­rem, kie­li­szek dobrego wina. I ten jego alko­holizm długo był zaka­mu­flo­wany, bo nasze życie było aktywne. Ale w pew­nym momen­cie wykry­sta­li­zo­wał mu się sztywny rytuał, że po pracy wra­cał do domu, włą­czał tele­wi­zję i leciała jedna butelka wina, druga butelka i jesz­cze jakiś drink. I tak było codzien­nie. Po pew­nym cza­sie sta­łam się takim body­gu­ar­dem, który cho­dzi i spraw­dza, czy dzieci nie widzą, że leży pijany, albo po cichu odpro­wa­dza­łam go do sypialni, żeby nie spadł ze scho­dów. Cały czas musia­łam być w try­bie czu­wa­nia. Nie chcia­łam, by dzieci widziały, że on pije, nie chcia­łam ich stre­so­wać. Zale­żało mi, żeby miały spo­kojne dzie­ciń­stwo, żeby się dobrze uczyły, żebym ja przy­naj­mniej jako matka nie nawa­liła.

Mówiła mu pani o tym, że ma pro­blem z piciem?

Oczy­wi­ście. Zresztą on się w pew­nym momen­cie sam przy­znał. Tak się też zło­żyło w inte­re­sach, że mniej wię­cej w tym cza­sie wyje­cha­li­śmy do Paryża i miesz­ka­li­śmy tam przez cztery lata. Wtedy nie pił, zupeł­nie odsta­wił alko­hol. Ale jak wró­ci­li­śmy do Pol­ski, to znowu się zaczęło.

Jak w tym cza­sie wyglą­dały wasze rela­cje? Była jakaś bli­skość, intym­ność mię­dzy wami?

Przede wszyst­kim była hipo­kry­zja. Mężowi zale­żało na tym, żeby­śmy pre­zen­to­wali się jak ide­alna rodzina niczym z ame­ry­kań­skiej reklamy: uśmiech­nięte, speł­nione mał­żeń­stwo, piękny dom, na pod­jeź­dzie fer­rari, troje wybit­nie uzdol­nio­nych dzieci bie­ga­ją­cych po ogro­dzie, mówią­cych kil­koma obcymi języ­kami, gra­ją­cych na instru­men­tach, no i ta żona, która uśmiech­nięta, podaje gościom pach­nące cia­sto z pie­kar­nika. Wszystko oczy­wi­ście polane sosem dużych pie­nię­dzy. Czę­sto robi­li­śmy przy­ję­cia rodzinne. Ja to wszystko przy­go­to­wy­wa­łam z pomocą gosposi, lał się drogi szam­pan, na stole ostrygi, steki, kawior, a on bry­lo­wał i wygła­szał peany o tym, jak to rodzina jest w życiu naj­waż­niej­sza. Nie wspo­mi­nał sło­wem, że ta rodzina, to przy­ję­cie, te zadbane dzieci to moja codzienna ciężka praca. Ja byłam dla niego nikim. Utrzy­my­wa­nie tej pozy, tej obrzy­dli­wej fasady, trzy­ma­nie tego uśmie­chu dla innych było dla mnie strasz­nie smutne i męczące. Okrop­nie dre­no­wało mnie z ener­gii. Ale jesz­cze wtedy nie wie­dzia­łam, że w ogóle jest jaka­kol­wiek moż­li­wość, by te kraty w oknach wygiąć i jakoś uciec z tego wię­zie­nia.

A seks? Jak się wam ukła­dało w łóżku, skoro w domu czuła się pani jak w wię­zie­niu?

Na początku było dobrze. Póź­niej mąż odkrył swo­jej praw­dziwe, prze­mo­cowe obli­cze.

Zmu­szał panią do seksu?

Ni­gdy wcze­śniej o tym nie mówi­łam... Może mojej praw­niczce tylko. Wie pani, ja jestem... Mnie jest trudno po pro­stu mówić o takich rze­czach. Ja się tego wsty­dzę.

Nie musi pani mówić. Możemy zmie­nić temat.

(cisza) Nie, może wła­śnie nie zmie­niajmy. Ja przez pra­wie trzy­dzie­ści lat cią­gle coś zamia­ta­łam pod dywan, ukry­wa­łam, że coś mnie boli, rani, obraża. Zga­dza­łam się na wiele, żeby tylko ura­to­wać rodzinę. Zga­dza­łam się na udział w swin­gers party, choć to jest naj­da­lej jak tylko można od moich potrzeb sek­su­al­nych, modelu intym­no­ści, któ­rego pra­gnę. To mnie poni­żało, prze­ra­żało, ale godzi­łam się, bo nie chcia­łam, żeby miał kochankę, żeby cho­dził do agen­cji towa­rzy­skiej.

I nie cho­dził?

Nie­stety, po jakimś cza­sie dowie­dzia­łam się, że odwie­dza bur­dele. Widocz­nie mimo wszystko nie speł­nia­łam jego sek­su­al­nych potrzeb i fan­ta­zji. On potrze­bo­wał cały czas sty­mu­lo­wać się prze­mocą. Żeby się pod­nie­cić, zmu­szał mnie do opo­wia­da­nia mu histo­rii o tym, że na przy­kład byłam gwał­cona przez trzech czar­no­skó­rych napast­ni­ków. Jego to pod­nie­cało, mnie nie.

Powie­działa pani, że była dla męża nikim. Kiedy to do pani tak naprawdę dotarło? Wła­śnie wtedy, gdy zapra­szał panią do orgii?

Naprawdę dotarło to do mnie, jak to usły­sza­łam. Wprost. Usły­sza­łam raz, a póź­niej sły­sza­łam już czę­sto, coraz czę­ściej. I to nie po alko­holu, mówił to rów­nież na trzeźwo. Bo dla niego to było nor­malne. Facet, król inte­re­sów, bogaty pre­zes, który par­kuje pod swoim wiel­kim pięk­nym domem swoje czer­wone fer­rari, ma prawo tak mówić do każ­dego, kogo uważa za gor­szego od sie­bie. A mnie uwa­żał. Pamię­tam, jak w uro­dziny naszej córki sie­dzie­li­śmy całą rodziną na przy­ję­ciu z tej oka­zji. My i troje naszych dzieci. Roz­ma­wia­li­śmy o pla­nach na przy­szłość naszej jubi­latki, powie­dzia­łam chyba coś o kraju, w któ­rym warto stu­dio­wać, a mąż przy wszyst­kich prze­rwał mi i powie­dział: "Po co się wtrą­casz? Prze­cież się nie znasz. Ty jesteś nikim". Zapa­dła cisza. Niech sobie pani wyobrazi tę wielką gulę, która sta­nęła mi w gar­dle, te palące policzki, na któ­rych sku­piły się oczy naszych skon­fun­do­wa­nych dzieci. Ich matka wła­śnie została potrak­to­wana przez ojca w ich obec­no­ści jak ścierka do pod­łogi.

Co pani zro­biła?

Zdu­si­łam w sobie płacz, opa­no­wa­łam się, pod­nio­słam głowę i powie­dzia­łam naj­spo­koj­niej jak umia­łam: "Dzi­siaj są uro­dziny naszego dziecka, kocha­nie". Uśmiech­nę­łam się, prze­łknę­łam ślinę. Córka szybko zmie­niła temat.

Co pani dzieci na to wszystko? Dora­stały i widziały upo­ka­rzaną matkę. Sta­nęły po pani stro­nie czy opo­wie­działy się za ojcem milio­ne­rem?

Mia­łam z dziećmi bar­dzo bli­ski, emo­cjo­nal­nie silny kon­takt. Dzieci chcą mieć oboje rodzi­ców, nie chcą się opo­wia­dać za jed­nym, nie chcą widzieć ich w kon­flik­cie, dla­tego ja ni­gdy nimi nie gra­łam. Może nawet to był mój błąd, że tak bar­dzo chcia­łam uda­wać przed nimi szczę­śliwą rodzinę, dobre mał­żeń­stwo. Uda­wa­łam, że ich ojciec mnie nie rani, że nie pije, że wszystko jest w porządku. Taki bal na Tita­nicu. Ale dzieci nie są głu­pie. One widzą wię­cej, niż się nam wydaje. I to moje malo­wa­nie trawy na zie­lono, malo­wa­nie tej zgni­łej fasady wyszło mi bokiem, bo z jed­nej strony bar­dzo chcia­łam wycho­wać moje córki na wyeman­cy­po­wane kobiety i bar­dzo dużo wkła­da­łam im takich tre­ści do głowy. A z dru­giej strony mój wize­ru­nek jako kury domo­wej i wszyst­kie zabiegi, które robi­łam, naprawdę prze­czyły temu. Zresztą córki, gdy zaczęły dora­stać, powie­działy mi wprost: "Do pew­nego momentu mia­ły­śmy szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, do pew­nego momentu wszystko widzia­ły­śmy w fan­ta­stycz­nych bar­wach, ale zorien­to­wa­ły­śmy się wresz­cie, jak byłaś trak­to­wana przez ojca, pozwa­la­łaś na to i to było straszne. Jak my mamy być nie­za­leżne i wyeman­cy­po­wane, skoro ty jesteś total­nie pod­le­gła ojcu i godzisz się na prze­moc". Miały rację. Nie było u nas w domu prze­mocy fizycz­nej, ale wer­balna i eko­no­miczna tak. To wystar­czy, pro­szę mi wie­rzyć.

Kiedy w końcu powie­działa pani "dość"?

Kro­plą, która dopeł­niła czarę gory­czy, ale jesz­cze jej nie prze­lała, była decy­zja życiowa naj­star­szej córki, która kom­plet­nie roz­trza­skała ten nasz "ide­alny" obraz rodzinny. Nasza naj­star­sza córka - oczko w gło­wie mojego byłego męża - skoń­czyła w USA naj­lep­szy uni­wer­sy­tet, była bar­dzo zdolna i ojciec pokła­dał w niej swoje naj­więk­sze nadzieje i ambi­cje. Miał po pro­stu na nią kon­kretny plan, inwe­sto­wał w jej edu­ka­cję ogromną kasę i oczy­wi­ście chciał, by tak jak ja była mu pod­dana. Ale ona posta­no­wiła mu się odwi­nąć i zro­biła fikołka dekady. Skoń­czyła ten uni­wer­sy­tet, obro­niła dyplom i nagle oznaj­miła nam, że jakiś czas temu wyszła za mąż za pew­nego Ame­ry­ka­nina. Do tego zmie­nia zawód, nie będzie robić tego, co chce jej ojciec, tylko będzie poma­gać oso­bom uza­leż­nio­nym od nar­ko­ty­ków - zresztą jej mąż też był uza­leż­niony. W mojego męża strze­lił pio­run. To był naprawdę pierw­szy moment w naszym wspól­nym życiu, kiedy on dostał taki cios, po któ­rym nie mógł się pod­nieść. Były kar­czemne awan­tury, groźby odcię­cia od for­tuny, wydzie­dzi­cze­nia córki i tak dalej. Ale ona posta­wiła na swoim, powie­działa, że nie chce jego pie­nię­dzy, że wpraw­dzie kocha go, ale nie będzie już dłu­żej tań­czyła, jak on jej gra, bo to jest jej życie i ona nie powieli mojego sche­matu. Nie chciała być "matką bis". To mną wstrzą­snęło. Abs­tra­hu­jąc od tego, czy podo­bała mi się jej decy­zja czy nie, bo też ina­czej wyobra­ża­łam sobie jej przy­szłość, jej postawa, jej bunt i sprze­ci­wie­nie się ojcu były dla mnie punk­tem zwrot­nym. Pomy­śla­łam sobie: "Jak to, to ona może mu się wyrwać, a ja nie? Ona ma odwagę żyć wła­snym życiem, sko­czyć na głę­boką wodę, zre­zy­gno­wać z rodzin­nych pie­nię­dzy i od zera budo­wać swoją nie­za­leż­ność, a ja co? Dalej będę jego słu­żącą, bez swo­jego konta, ambi­cji? Kim ja wła­ści­wie jestem? Mia­łam stu­dio­wać w Paryżu, a skoń­czyłam tylko na matu­rze. Dzieci zaraz odejdą, a ja zostanę sama z czło­wie­kiem, który mnie doci­ska do ziemi".

Powie­działa mu pani: "To koniec!"?

Nie, to nie takie pro­ste. Ale powoli zaczął we mnie kieł­ko­wać plan ucieczki. Mia­łam jesz­cze jedną córkę do wykształ­ce­nia, która też chciała stu­dio­wać w Nowym Jorku. I syna, który był w pod­sta­wówce, ame­ry­kań­skiej, pry­wat­nej, z bar­dzo wyso­kim cze­snym. Bałam się, że jeśli ucieknę od męża, on z zemsty zakręci dzie­ciom kran z pie­niędzmi i zablo­kuje ich dal­sze kształ­ce­nie. Dla­tego chcia­łam to jesz­cze jakoś kleić, żeby wytrzy­mać do końca stu­diów dru­giej córki.

Udało się pani?

Nie, znów byłam naiwna. Po tym, jak star­sza córka z przy­tu­pem wyszła ze swo­jej strefy kom­fortu, mąż prze­stał się do niej odzy­wać. Przez trzy lata nie utrzy­my­wał z nią kon­taktu, ponie­waż uwa­żał, że abso­lut­nie go zawio­dła, że wyszła za mąż bez jego zgody, nie było cere­mo­nii, jakiej on by ocze­ki­wał, a do tego wszyst­kiego jej wybra­nek był straszny - bez pie­nię­dzy, pozy­cji, po przej­ściach z uza­leż­nie­niami. Ale w tym cza­sie nasza druga córka fak­tycz­nie dostała się na nowo­jor­ski uni­wer­sy­tet, a to nie jest takie łatwe, mimo że stu­dia są kosz­mar­nie dro­gie. W związku z tym, żeby jakoś to utrzy­mać, wzię­łam całą winę na sie­bie. Posy­pa­łam głowę popio­łem przed mężem, powie­dzia­łam, że w końcu to ja wycho­wuję dzieci, to moja wina, że star­sza córka pod­jęła taką decy­zję. Ale po pół roku stwier­dzi­łam, że znowu nie daje to żad­nych rezul­ta­tów, że tak naprawdę wszystko, co robię, nic nie daje, nic się nie zmie­nia.

Czego pani ocze­ki­wała?

Po pierw­sze tego, że po prze­tłu­ma­cze­niu mu pew­nych rze­czy zacznie roz­ma­wiać z córką. Po dru­gie, że będzie miał jakieś reflek­sje na swój temat. Inte­li­gentny czło­wiek prze­cież w końcu przyj­rzy się fak­tom na spo­koj­nie, połą­czy kropki, wycią­gnie wnio­ski. Ale nie w tym przy­padku. Mój mąż to typ osoby, która uważa, że jest kry­sta­liczna, naj­mą­drzej­sza, a naj­więk­szy dra­mat jego życia polega na tym, że ota­czają go sami idioci, nie­udacz­nicy, bez­barwne jed­nostki, z któ­rymi on musi się męczyć. To czło­wiek, który abso­lut­nie nie przyj­muje nic do sie­bie, bo jego celem nad­rzęd­nym jest to, by czuć się dobrze, czyli nie dopusz­czać do sie­bie żad­nej kry­tyki. To nar­cyz ze skłon­no­ściami destruk­cyj­nymi. Prze­cież on przez to samo­uwiel­bie­nie poło­żył całą swoją wielką firmę, finan­sowe impe­rium. Ale dobrze, o tym za chwilę. Dotarło do mnie osta­tecz­nie, że już tego nie poskle­jam, nie zmie­nię, nie ura­tuję rodziny, choć­bym nie wiem jak nagi­nała kark. On zawsze będzie nie­za­do­wo­lony, nie będzie mnie sza­no­wał, a moje poczu­cie wła­snej war­to­ści, które i tak już było bli­skie zeru, prze­bije się przez dno.

Mając tak fatalną per­spek­tywę, skąd pani wzięła siły, żeby jed­nak ucie­kać?

Jeżeli już jest się tak bez­sil­nym, nie widać wyj­ścia z sytu­acji, można albo zupeł­nie się zako­pać, albo coś ze sobą zro­bić. I wtedy wpa­dła mi w ręce książka Bie­gnąca z wil­kami. Widzi pani, cza­sem dro­biazg, książka wła­śnie albo jakieś spo­tka­nie z kimś, doświad­cze­nie jakiejś skraj­nej sytu­acji może potrzą­snąć nami tak mocno, że dosta­jemy paliwo, żeby w końcu zro­bić coś ze swoim życiem. Dla mnie ta książka była wiel­kim wstę­pem do zro­zu­mie­nia sie­bie, tego, kim jestem, w jakie bagno emo­cjo­nalne dałam się zapę­dzić. Czy­ta­łam ją na okrą­gło przez rok. Był to dla mnie począ­tek tera­pii. Wcze­śniej nie bar­dzo potra­fi­łam uczest­ni­czyć w sesjach psy­cho­te­ra­peu­tycz­nych, bo jestem bar­dzo zamknięta, więc sama musia­łam ze sobą poprze­ra­biać wszyst­kie tematy. A jak to zro­bi­łam, poszłam na kilka sesji z tera­peutą. Wtedy posta­no­wi­łam, że zapi­suję się na stu­dia i będę sta­wać na wła­snych nogach, tak by w nie­dłu­gim cza­sie móc odciąć się od pie­nię­dzy męża. To był ten moment, kiedy mia­łam takie kla­syczne, fil­mowe spoj­rze­nie w lustro z pyta­niem, kim tak naprawdę jestem. To trwało z pół roku, zanim doszłam do tego, że to nie jest moje życie, nie kie­ruję nim, robię jakieś rze­czy, ale tak naprawdę nie robię nic, co jest moje.

Co na to mąż, że pani poszła na stu­dia?

Mój Boże, nie mia­łam chwili spo­koju. Cały czas mnie wyśmie­wał, kpił, co i rusz dźga­jąc mnie tek­stami w stylu: "O, jaka ty teraz mądra jesteś!".

Ale nie zabro­nił?

No nie, widział, że coś się we mnie zmie­niło, i nie zabro­nił. Chcia­łam pójść na stu­dia zwią­zane z kul­turą, ale wtedy, to było pięć, sześć lat temu, aku­rat zamknięto mój wyma­rzony kie­ru­nek ani­ma­tor kul­tury. Poszłam więc na dzien­ni­kar­stwo. I potem zda­rzył się wypa­dek samo­cho­dowy. Poważny i to z mojej winy. Ja zawsze bar­dzo dużo pro­wa­dzi­łam i nie mia­łam wła­ści­wie żad­nych złych przy­gód, a tym razem stało się. Mój mąż wtedy przy­je­chał na miej­sce wypadku i zamiast mnie wes­przeć, zro­bił mi kar­czemną awan­turę, krzy­czał na mnie, wyzy­wał mnie. Byłam bli­ska zawału. Kobieta wje­chała w mój samo­chód, ale to się stało z mojej winy. To był szok, zoba­czy­łam tę kobietę sie­dzącą w samo­cho­dzie zupeł­nie nie­ru­chomą. Myśla­łam, że ona nie żyje, że zabi­łam czło­wieka. Do tej pory, jak o tym myślę, słabo mi się robi. W tam­tym momen­cie, kiedy życie prze­le­ciało mi przed oczami, dosta­łam od mojego męża osta­tecz­nego kop­niaka w brzuch. To mnie zła­mało, ale w pozy­tyw­nym sen­sie. Poczu­łam całą sobą, że szkoda mar­no­wać życia, i powie­dzia­łam tego samego dnia, że to koniec, wystę­puję o roz­wód.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki