Patriarchat, feminizm, siła kobiet. Te hasła
odmieniane w ostatniej dekadzie przez wszystkie przypadki świadczą o tym, że powstaje na naszych oczach nowa rzeczywistość, zmiana już się
zaczęła. Kobiety buntują się, walczą o swoje prawa, budują nowe pozycje
w związkach, w pracy, w rodzinie. Tylko gdzie to się tak naprawdę
odbywa? Gdzie ten patriarchat rzeczywiście jest rozmontowywany, a gdzie
to nadal tylko puste słowo, a bunt kobiet gaszony jest szybkim ruchem
jak papieros?
Impulsem, który pchnął mnie do pracy nad pierwszą częścią książki, czyli
Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci, pieniądze, była rozmowa z Ukrainką mieszkającą od wielu lat w Polsce. Sprzątała ona w rezydencji u pewnego multimilionera i powiedziała mi, że choć był to niewątpliwie
najpiękniejszy budynek, w jakim w życiu pracowała, miał w sobie coś
upiornego. Ciężka atmosfera, głucha cisza najczęściej w nim panująca
przypominały jej cmentarz. Pomyślałam, że ciekawie byłoby zajrzeć do
innych domów polskiej "Dynastii". Przyjrzeć się temu, jakie panują tam
zwyczaje, jak wyglądają relacje między ludźmi, towarzyskie kody, jak
wygląda ich praca, czas wolny, o czym marzą, jakim wysiłkiem okupiony
jest ich sukces, co daje im szczęście.
O stylu życia multimilionerów pisałam w poprzedniej książce. Ale było
coś, co zelektryzowało mnie wtedy najbardziej. I temu od razu chciałam
poświęcić osobną książkę. To pozycja kobiet w tym świecie. Kobiet, które
najczęściej nie pracują, bo albo nie mogą, albo nie chcą. Materialnie
mają wszystko, a sytość tępi ich instynkt samozachowawczy. W efekcie
usadawiają się w złotej klatce, uczepione finansowego paska bajecznie
bogatego męża. Oczywiście to ich wybór, ale kody towarzyskie, silnie
utrwalone rytuały w tym środowisku, przysłaniają im świadomość wolnego
wyboru. Rzecz jasna nie wszystkie takie są, zdarzają się i w tym świecie
kobiety, które ramię w ramię budują z mężami finansowe imperia albo
próbują odnieść sukces na własny rachunek. Ale to margines.
Przyglądając się temu światu, rozmawiając z partnerkami multimilionerów,
ich pracownikami, zobaczyłam coś, czego nie przepuściłaby żadna cenzura
Instagrama czy programów typu Żony Hollywood. Zobaczyłam zabetonowany
patriarchat, zobaczyłam kobiety w dresach za kilkanaście tysięcy
złotych, ale bez własnego konta w banku i prawa głosu przy stole.
Poznałam rzeczywistość kobiet milionerów, zwłaszcza tych, które są na
krok przed byciem porzuconą, bo dobiegają pięćdziesiątki, a to wiek, w którym kończy się okres przydatności do spożycia i jest się wymienianą
na młodszą. Poznałam też takie, które chcą uciec z tego świata, bo pod
suknią wysadzaną drogimi kamieniami ukrywają siniaki, anoreksję,
bulimię, blizny po nieudanej liposukcji, silikonowe piersi zrobione tuż
po urodzeniu dziecka, żeby tylko on nie odszedł, nie porzucił. A książę
i tak zdradza albo w ogóle idzie w siną dal.
Spotkałam kobiety, które przekonywały mnie, że są ze stali, ale najdalej
po godzinie, przy akompaniamencie drżącego głosu, wypadały im z torebek
środki na uspokojenie, a w przypływie odwagi pokazywały mi w swoich
przepastnych garderobach poukrywane spakowane walizki. Niektóre z tych
pań są już gotowe do ucieczki, bo czują się upokarzane we własnym domu,
ale czekają na odpowiedni moment. Gdy męża dłużej nie będzie, gdy
uzbierają tyle pieniędzy, że wystarczy im na wynajęcie mieszkania na pół
roku. Tak, bo wiele z nich nie ma żadnych oszczędności. Setki tysięcy,
które wydawały na ubrania, biżuterię, zabiegi w gabinecie medycyny
estetycznej, zdeponowane były na karcie kredytowej męża, która - i one
to wiedzą - zostanie zablokowana kilka sekund po tym, jak oznajmią, że
odchodzą.
Myślicie, że ich rozwody różnią się od rozwodów przeciętnych ludzi?
Owszem, różni ich liczba zer na koncie, długość procesów, większa
komplikacja, bo oprócz osób rozwodzi się też firmy. Ale modele ludzkich
zachowań są takie same. Za to po wszystkim sytuacja tych kobiet jest
inna niż na przykład w klasie średniej. Bo jeśli partnerka milionera
przegra przy rozwodzie, często nie ma nie tylko pieniędzy, ale i umiejętności, kapitału społecznego, żeby się odbudować, pójść na swoje,
zarabiać pieniądze adekwatne chociażby do swojego wieku czy
wykształcenia. Nawet jeśli była po studiach, to nierzadko przez
dwadzieścia, trzydzieści lat nie pracowała. Bo mąż jej zabronił,
zajmowała się dziećmi, domem. Tylko co, jeśli książę po ćwierćwieczu się
rozmyślił i jednak nie chce dotrwać z wybranką do grobowej deski?
Postanowiłam poświęcić tym kobietom osobną książkę, bo ich historie są
nie tylko bardzo poruszające, ale i pouczające. Wbrew pozorom są podobne
do naszych historii - zwykłych Kowalskich, naszych błędów, rozczarowań,
fatalnych decyzji, które łamią nam kręgosłupy i podniesienie się po nich
zajmuje długie lata, a czasem nigdy się nie udaje.
Czego ja, ty możemy uczyć się od żon milionerów? Ano tego, żeby zawsze
pracować, nawet jeśli partner obiecuje złote góry i nawet jeśli stawia
je nam w ogrodzie. Dbać o to, by mieć swoje pieniądze, nie myśleć o tym,
że coś jest na zawsze, stawiać granice, nawet gdy chór z tyłu
podpowiada: "Bez przesady, przecież nikt nie ma idealnie", nie dać się
zastraszyć i nie sprzedawać swojej godności nawet za jachty, brylanty i najdroższe loga na torebkach.
Spotykałam się z tymi kobietami i w ciasnych odrapanych kawalerkach, i w rezydencjach mających ponad dwa tysiące metrów kwadratowych. Niektóre,
choć są od lat na wojnie rozwodowej, ciągle boją się podsłuchów, więc
zabierały mnie do domów swoich krewnych, rodziców. Inne z dumą
pokazywały mi swoje nowe miejsce pracy - tam, gdzie udało im się
zarzucić kotwicę i jednak nie utonąć, choć wielokrotnie słyszały tę
przepowiednię od byłych mężów i ich prawników. Wszystkie są
rozczarowane, część zrezygnowana, znerwicowana, smutna. W niektórych
jest duża wola walki, chęć zbudowania siebie na nowo, zerwania ze starym
światem, ale są i takie, które choć zostały porzucone, powielają
wszystkie swoje błędy, byle tylko pozostać w tym świecie, wsunąć się na
ławkę rezerwowych u kolejnych "książąt z bajki". Nie chcą rezygnować z "hajlajfu", bo jak same mówią - bez niego są nikim.
Opowiem wam o tym, co się dzieje z Kopciuszkiem, gdy wyrzucają go z pałacu. Co dzieje się z królewiczem, gdy ma tak dużo, że już żadna bajka
go nie podnieca. Nie po to, byśmy litowali się nad tymi, którzy ocierają
łzy studolarówkami, ale po to, byśmy my - kobiety, przejrzały się w schematach tych zachowań i zobaczyły, że walka o niezależność finansową,
zawodową, emocjonalną, walka o dzieci, o swoją godność i własną drogę
życiową dotyczy każdej z nas, bez względu na świat, z którego pochodzi i z którego wychodzi. A ten uprzywilejowany bywa często uprzywilejowany
pozornie, bo tam, gdzie są wielkie pieniądze, amunicji na wojnie
wystarcza na dłużej i można pastwić się nad drugim człowiekiem w bardziej wyrafinowany sposób. Historie, które opisuję, to też świetne
lustro dla mężczyzn, nie tylko milionerów. Zobaczycie w nim, do czego
prowadzi zepchnięcie kobiety do roli ozdoby, myślenie tunelowe w konflikcie, gdzie na ołtarzu odwetu kładzie się bezbronne dzieci.
Patriarchat w naszym społeczeństwie powoli, cegła po cegle, jest
rozmontowywany. Widzę to po sobie, po bliższych i dalszych znajomych,
rodzinie. Niezależność finansowa, partnerstwo w związku, wyjście z roli
służącej, odrzucenie zaciekłej rywalizacji w konkursie piękności o najatrakcyjniejszego samca, to wszystko zauważam w swoim środowisku. Ale
zbierając materiały do książek o życiu elity finansowej, zobaczyłam, że
tam patriarchat czuje się niezagrożony w swojej pozycji.
Osoby:
Anna
Trzydzieści siedem lat, staż małżeński dwanaście lat, wspólnie z mężem
milionerem prowadzili wielką firmę w branży usługowej w kilku częściach
Polski. Mają syna i córkę. Anna była drugą żoną swojego męża; rozwód
trwa od 2018 roku; małżonkowie toczą przeciwko sobie kilkadziesiąt
postępowań sądowych.
Agnieszka
Pięćdziesiąt trzy lata, staż małżeński dwadzieścia siedem lat. W czasie
gdy mąż budował finansowe imperium, ona zajmowała się trójką ich dzieci
i domem. Po rozstaniu, by przeżyć, zarabiała, sprzątając biura. Rozwód
po pięcioletniej walce orzeczono w 2021 roku.
Marta
Trzydzieści siedem lat, staż małżeński dziesięć lat, pracowała z mężem
milionerem w jego wielkiej firmie deweloperskiej. Marta była drugą żoną
swojego męża, wspólnie wychowywali córkę Marty z poprzedniego związku.
Rozwód orzeczono w 2021 roku.
Laura
Czterdzieści dziewięć lat, staż małżeński dwadzieścia pięć lat, w latach
dziewięćdziesiątych wraz z mężem otwierali swój pierwszy rodzinny
biznes, który po latach przerodził się w imperium warte blisko miliard
złotych. Odkąd urodziła dwójkę dzieci, poświęciła się opiece nad nimi i domem. Rozwodowa wojna trwa od 2017 roku.
Monika
Pięćdziesiąt jeden lat, staż małżeński dwadzieścia pięć lat, wieloletnia
dyrektor marketingu w jednej z największych międzynarodowych korporacji,
wprowadzała na polski rynek kluczowe marki z rynku produktów
spożywczych, porzuciła to na rzecz inwestowania w luksusowe
nieruchomości i rynek hotelarski, co było marzeniem jej męża. W 2020
roku mąż zostawił ją dla młodszej o dwadzieścia pięć lat kobiety. Od
dwóch lat próbują podzielić majątek i dopiero wtedy złożyć pozew
rozwodowy.
Karolina
Trzydzieści pięć lat, przez sześć lat była związana z multimilionerem z branży nieruchomości i przemysłu. Nigdy nie wzięli ślubu, mają dwoje
dzieci w wieku pięciu i sześciu lat. Partner odszedł od niej, gdy była w drugiej ciąży. Od pięciu lat walczy z nim w sądzie o alimenty, oboje
domagają się przyznania im wyłącznej opieki nad dziećmi.
Anna
Anna
Poznaliśmy się, kiedy byłam na zagranicznym stypendium naukowym. Na
stołówce uniwersyteckiej. Byłam bardzo młoda, ale już działałam w parlamencie studenckim. On jest starszy, robił już swoje pierwsze
biznesy. Zagadał do mnie, powiedział jakiś komplement. Ale nie
prostacki, to był inteligentny tekst, bo ten typ umie czarować.
Złapała się pani na to?
Odburknęłam mu coś i poszłam z tacą do stolika. Ale on nie odpuścił.
Dosiadł się, zaczęliśmy rozmawiać. Nie podrywał mnie, rozmawialiśmy o pracy, o rozwoju zawodowym. Szybko się zorientował, że jestem zaradna,
inteligentna, nie boję się, mam pomysły. Pochodzę z inteligenckiej
rodziny, mój ojciec jest profesorem akademickim, ja sama mieszkałam w kilku krajach, mówię biegle w pięciu językach. Myślę, że się mną
zainteresował, bo widział, że mam głowę do interesów. No i pewnie mu się
podobałam jako kobieta.
Dalej już szybkie zaręczyny, ślub, dziecko?
Nie, bo on wtedy był w innym związku, miał małe dziecko, przez jakiś
czas tylko pracowaliśmy razem. Zawodowo, pod kątem temperamentu,
wzajemnego nakręcania się na rozwój, byliśmy bardzo dopasowani.
Widziała pani, jak w tym czasie wyglądały jego relacje z pierwszą żoną i ich malutkim dzieckiem?
Były bardzo słabe. Zresztą po jego rozwodzie, kiedy jego córka
odwiedzała ojca, to głównie ja się nią zajmowałam, bawiłam się,
wymyślałam różne zajęcia. Miałam z nią bliższą relację niż ojciec.
To pani nie zniechęciło, żeby związać się z takim mężczyzną?
Zawsze ci się wydaje, że z tobą będzie inaczej. My naprawdę przez kilka
lat nadawaliśmy na tych samych falach. Mieliśmy podobny życiowy drive,
podobną energię, oboje uwielbiamy działać, kręci nas, gdy dużo się
dzieje, gdy jesteśmy w centrum. Dlatego na początku nasze wspólne życie
mi pasowało, podobało mi się, że oboje idziemy coraz wyżej. Inna sprawa,
że uważam, że mój mąż ma nieprawdopodobne zdolności manipulatorskie i jest klasycznym typem narcyza. Jako bardzo młoda dziewczyna nie miałam
doświadczenia w obcowaniu z takimi ludźmi. Nie rozumiałam tych
mechanizmów i łatwo padłam ich ofiarą. Dopiero kiedy przeczytałam
dziesiątki książek psychologicznych, opracowań, bo chciałam zrozumieć,
co tak naprawdę wydarzyło się w moim życiu, dowiedziałam się, że przez
lata byłam poddawana manipulacji, nieprawdopodobnej presji, mąż niszczył
moje poczucie własnej wartości, choć byłam przekonana, że ono jest tak
wysokie i stabilne, że nic go nie ruszy. Ale jednak w pewne pułapki,
jeśli nie znamy mechanizmu działania manipulacji, każdy może się złapać.
On to wiedział i robił ze mną, co chciał.
Ale na początku była miłość. Jak wyglądały wasze dobre lata?
Przede wszystkim budowaliśmy razem firmę. To nas pochłaniało od rana do
nocy. Najpierw była to jedna spółka, później kolejne, to pączkowało. W końcu nasza największa firma trafiła na giełdę, wciąż rosła, stawaliśmy
się gigantem. Przede wszystkim połączyła nas ścieżka zawodowa, poza tym
imponował mi. On potrafi być zabawny, inteligentny, ekstremalnie
pracowity, kreatywny. To mi się podoba, to mnie nakręca, bo ja jestem
wściekle ambitna, jeśli coś robię, chcę być w tym numer jeden. Jeśli
mówię w obcym języku, to najlepiej ze wszystkich, których znam. Jak
trenuję taniec, to chcę w tym osiągnąć perfekcję - to zresztą
wyciągnęłam z baletu, który trenowałam jako dziecko. W prezesowaniu
spółce było podobnie. Rywalizowaliśmy z mężem zawodowo, ale też
wzajemnie się napędzaliśmy, czyja spółka będzie lepsza, więcej zarobi.
Tak naprawdę połączyła nas wspólna pasja i ona nas spajała. Tą pasją był
biznes.
Firma rosła, pani zaczęła pojawiać się na okładach biznesowej prasy, dostawaliście nagrody, mąż też. Podobał
się wam ten szum wokół was, coraz większe pieniądze?
Lubię luksusowe życie. Zasłużyłam na nie, bo od dziecka inwestowałam w siebie, w swoją edukację, podróże, mam kontakty na całym świecie, mam
wiedzę ekonomiczną, prawniczą, psychologiczną, skończyłam też
architekturę wnętrz. Widzi pani ten dom? Sama pani powiedziała po
wejściu, że robi wrażenie. Bo robi. I ja go sama urządziłam w każdym
centymetrze. Zaprojektowałam, wymyśliłam, zaaranżowałam. Lubię życie na
najwyższych obrotach, lubię być doceniana. Jak powiększaliśmy naszą
grupę kapitałową, to siadaliśmy oboje z mężem i rzeźbiliśmy w liczbach,
bardzo długo braliśmy wspólnie udział we wszystkich transakcjach, ale to
ja sczytywałam bardzo skomplikowane umowy, rozmawiałam z prawnikami, to
ja doradzałam z tylnego fotela. Uzupełnialiśmy się w biznesie i...
W imprezowaniu?
Lubię drogi styl życia, podróże, luksusowe hotele, najlepsze knajpy.
Pracowaliśmy na to, było nas stać. W trudnych latach, kiedy już wszystko
zaczęło się walić, mogłam nie jeść, ale drogiego szampana zawsze miałam
w lodówce. Po prostu ten typ tak ma. Był czas, kiedy oboje z mężem
lubiliśmy poimprezować. Czemu nie? Lubię i umiem tańczyć, potrafię się
dobrze zabawić. Wyjeżdżaliśmy na Ibizę, też w inne miejsca na świecie,
gdzie można się porządnie wyluzować. Tylko że ja umiem to wyważyć,
połączyć z normalnym życiem, a mój mąż nie. I w pewnym momencie
zorientowałam się, że to jest "too much" dla mnie i że sytuacja wymyka
się spod kontroli.
Co konkretnie przestało się pani podobać?
Momentem przełomowym był rok, w którym nasza firma weszła na giełdę i nagle oboje zaczęliśmy mieć naprawdę duże pieniądze. Zaszumiało nam w głowach, ale ja się obudziłam, a mój mąż nie. To było nie do
wytrzymania...
Co takiego?
On uwierzył, że jest bogiem. Jak każdy narcyz, który we wszystkich
sukcesach widzi tylko siebie i we wszystkich porażkach widzi innych.
Uwierzył, że może mieć, co chce, kogo chce, może oszukiwać, zdradzać,
podporządkowywać sobie każdego. Zaczął brać narkotyki, właściwie non
stop był pobudzony kokainą. Wiecznie go męczył katar, krwawienia z nosa,
bo ma kompletnie rozwaloną błonę śluzową od wciągania. Alkohol już mu
nie wystarczał. A później zaczął znikać. Nie było go jeden wieczór,
później dwa, później znikał tygodniami. Niby w celach służbowych, niby
wyjeżdżał na negocjacje, networking, a tak naprawdę balował z prostytutkami.
Pani to tolerowała?
Mieliśmy małe dziecko, w dodatku nasza firma była cały czas na fali
wznoszącej. Zależało mi na tym, żeby ratować rodzinę i biznes. I wtedy
się go bałam. Przymykałam oko. Długo. Za długo. To go rozpuściło,
zachęciło do przesuwania granicy.
Co było następne?
Następne było to, że właściwie straciłam kontrolę nad naszym wspólnym
życiem. Bo mąż znikał do tego stopnia, że nie wiedziałam nawet, na jakim
był aktualnie kontynencie. A jak się pojawiał, był coraz bardziej
agresywny. Kpił ze mnie, poniżał, mówił, że jestem do niczego, że do
biznesu się nie nadaję, a w łóżku już go nie zaspokajam. Brał udział w orgiach seksualnych, chciał, żebym też w nich uczestniczyła.
Zgadzała się pani?
Pamiętam, jak pewnego ranka obudziłam się w łóżku, a obok leżał mój mąż
i inna kobieta. Pomyślałam sobie: dość tego, muszę z tym skończyć. Za
długo robiłam wszystko, by było tak, jak on chce.
Ale to jeszcze nie był koniec.
Tak. Nadal wracał do domu naćpany. W końcu ciężko mnie pobił i zgwałcił
na oczach kilkuletniego syna. Córka była na szczęście za mała, by to
widzieć, rozumieć, zapamiętać.
To była jednorazowa sytuacja?
Nie, zrobił to jeszcze raz. A potem kolejny. Dziecko widziało mnie całą
we krwi.
Poszła pani na policję?
Powiedziałam mu, że to koniec, że ma wy... z naszego życia.
Co on na to?
Powiedział, że mnie zniszczy, jak odejdę. Bo od niego się nie odchodzi.
I albo zgadzam się na to, że do domu wprowadzają się jego dziwki i są tu
na jego warunkach, a ja je akceptuję i wraz z nimi spełniam jego
zachcianki seksualne, albo zostanę z niczym. Bez firmy, bez domu, bez
dzieci, bo też mi je zabierze.
I co pani zrobiła?
Wypowiedziałam mu wojnę.
* * *
Agnieszka
Agnieszka
Poznaliśmy się pod koniec lat dziewięćdziesiątych w jego pierwszej
firmie, niedużej, ale sprawnie działającej. Miałam dwadzieścia lat, gdy
wyszłam za niego za mąż. Początek był bardzo obiecujący. No tak, po
prostu byłam młodą dziewczyną, zaimponował mi wieloma rzeczami. Był ode
mnie jedenaście lat starszy, wykształcony, inteligentny, z dużym
wigorem. To, co mnie w nim uwiodło najbardziej, to siła. Wyglądało na
to, że jest bardzo silny i opiekuńczy, ale po czasie okazało się, że to
niestety siła przemocowa.
Była pani bardzo młoda, gdy wychodziła za mąż. Co na to pani rodzice?
Byli bardzo przeciwni. Nie podobało im się, że jest o tyle starszy i że
zupełnie demontuje moje plany życiowe. Bo rzeczywiście je miałam. Tuż po
tym, jak go poznałam, wyjechałam do Francji, zaczęłam studia w Paryżu.
No ale on przyjechał do mnie, oświadczył się, powiedział, żebyśmy razem
wracali do Polski. Zgodziłam się, bo byłam w nim bardzo zakochana. Tak,
nie będę ukrywać, to była miłość. Fakt, że skończyło się to wszystko
katastrofą, nie unieważnia tego, że przez dobrych dwadzieścia lat byłam
w nim absolutnie zakochana.
Po powrocie do Polski pani zaszła zaraz w ciążę, a mąż zaczął robić interesy...
Mój były mąż pochodzi z dobrej rodziny, prawniczo-lekarskiej, z ugruntowaną pozycją społeczną, ale z zerowym doświadczeniem w biznesie.
Sam natomiast miał chyba wrodzone zdolności do robienia interesów i wykorzystał szansę w momencie, gdy się nadarzyła. A lata
dziewięćdziesiąte w Polsce to był nieprawdopodobny boom na wszelkiego
rodzaju biznesy. Można było zrobić pieniądze dosłownie na wszystkim.
Trzeba było tylko chcieć i się nie bać. No i mieć trochę szczęścia. On
miał. W krótkim czasie dorobił się wielkich pieniędzy.
Sam?
Na początku byłam bardzo zaangażowana. Zaczynaliśmy od naprawdę różnych
działalności. Agencja hostess, agencja modelek, targi, bardzo pomagałam
w tych wszystkich biznesach, też byłam hostessą, pracowałam przy
organizacji targów. Oczywiście, nie otrzymywałam za to pieniędzy do
ręki, to przecież było "nasze". Później szyłam zasłony do biur,
kupowałam meble, remontowałam, urządzałam wszystko. Wydawało mi się, że
gramy do jednej bramki. Niedługo potem zaszłam w drugą ciążę. A do tego
nasze biznesy wystrzeliły. Mąż zainwestował w usługi, nie chcę zdradzać
branży. W ciągu roku poszło jak burza. To był wystrzał. Czyli jakiś
czwarty, piąty rok naszego małżeństwa. I wtedy zaczęło się między nami
psuć.
Dlaczego?
Byłam totalnie ograniczana. Nic nie mogłam sama robić. Byłam bardzo
młoda, miałam tylko maturę, zaczęte studia, z których zrezygnowałam.
Przyjechałam tutaj, urodziłam dzieci, pomagałam w firmie, ale też miałam
swoje ambicje. Zawsze interesowałam się modą, skończyłam kurs szycia,
potem kurs sekretarski, bo pomyślałam sobie, że będę miała takie
umiejętności, które się przydadzą. W pewnym momencie powiedziałam
mężowi, że chcę pójść do pracy, zarabiać swoje pieniądze, a on niech
rozwija swoje biznesy. Pamiętam, że jeszcze wcześniej, kiedy pierwsza
nasza córeczka miała półtora roku, trafiłam do człowieka, który był
dystrybutorem filmowym, i zaproponował mi pracę. Niestety, nie dostałam
pozwolenia, żeby pójść pracować. Mąż uznał, że to bez sensu, bo zarobię
niewiele więcej, niż wtedy kosztowała niania dla dziecka. Postarałam się
więc, żeby dostać lepsze pieniądze, ale i tak to nie przekonało mojego
męża. Nie było mowy, żebym poszła do pracy. A ja nie miałam niestety
siły przebicia. Jestem raczej osobą łagodną i spokojną, i po prostu nie
czułam się na tyle pewnie, żeby się kłócić na ten temat. Próbowałam, ale
niestety nie potrafiłam znaleźć na tyle silnych argumentów, żeby zmienił
zdanie. Firmy mojego męża się rozwijały, więc zatrudnił nianię,
gosposię, a ja miałam siedzieć w domu i pomagać w rodzinnej firmie.
Czy miała pani jakieś swoje pieniądze?
Nie. Dostawałam pieniądze od męża, gdy zgłaszałam mu, co konkretnie chcę
kupić, czego potrzebuję ja, dzieci, dom. On mi dawał potrzebną kwotę.
Pełna kontrola wydatków.
Tak.
A miała pani swoje konto?
Absolutnie nie. To nie wchodziło w grę. Konta nie miałam nigdy, karty
przez długi czas też nie, po latach w końcu dostałam jedną. Oczywiście
była to karta podpięta do konta męża. Przez prawie trzydzieści lat
naszego małżeństwa nigdy nie miałam konta czy konkretnej sumy pieniędzy,
która byłaby zapisana tylko na mnie. Telefon nie był na mnie, samochód
nie był na mnie. Po prostu nic. Po kilku latach uświadomiłam sobie, że
to jest nie w porządku. Przecież mieliśmy wspólność majątkową, konkretny
podział, kto czym się zajmuje w naszym wspólnym rodzinnym życiu. To, że
nie chodziłam codziennie do biura, nie oznacza, że nic nie robiłam.
Wychowywałam trójkę dzieci, ten obowiązek zupełnie zdjęłam z głowy męża,
ale przecież za to się żonom nie płaci. Wtedy pomyślałam, że w zasadzie
nieważne, co się będzie działo, ja muszę być od niego totalnie
uzależniona. On ma taki styl bycia i nie potrafi inaczej funkcjonować.
Miałam nawet pomysł na biznes, podjęłam jakieś kroki, żeby choć trochę
uniezależnić się od męża, z koleżanką chciałyśmy założyć coś małego,
swojego, ale wtedy okazało się, że jestem w trzeciej ciąży. Urodził się
syn i ponieważ widziałam, że mąż coraz mocniej izoluje mnie od spraw
firmowych, ostatecznie postanowiłam, że skupiam się na dzieciach, na
tym, by były zadbane, świetnie wykształcone, miały dobrą przyszłość. No
i szczerze powiedziawszy, dla mnie to była praca na pełen etat. I owszem, mieliśmy gosposię, panią od sprzątania, ogrodnika, ale naprawdę,
proszę mi wierzyć, przy trójce dzieci - a ja miałam megaambitny plan,
woziłam je wszędzie na zajęcia - dzień był wypełniony po brzegi. Języki
obce, akrobatyka, balet, pływanie, moje córki grały na wielu
instrumentach, pianino oczywiście w domu, jednego roku saksofon, innego
gitara. Tylko żeby były aktywne, tylko żeby się rozwijały, odkrywały
swoje talenty, pasje. To był mój cel życia, tu ulokowałam swoje ambicje.
Mężowi się to podobało?
Bardzo. Muszę powiedzieć, że przynajmniej w tym jednym obszarze naszego
życia to ja przejęłam kontrolę i udało mi się tu być choć trochę
decyzyjną. Oczywiście wszystkie moje pomysły musiały być skonsultowane z nim, no ale sprytnie tak to robiłam, że wyglądało, jakby to on
decydował. Tymczasem pomysły i realizacja były po mojej stronie.
Jaki mąż miał kontakt z dziećmi?
W ciągu tygodnia nie miał żadnych, ale wakacje absolutnie były wspólne.
Wyjazdy na narty, wyjazdy letnie to był czas, kiedy on był z nami.
Natomiast on się kompletnie nie angażował w codzienne życie domu, życie
rodzinne. Dla niego istniała tylko praca, pomnażanie pieniędzy, rozwój
zawodowy. Jedynie podczas wakacji czasem gotował. Bo to lubił. Gotował i pił wino.
Dużo pił alkoholu?
On jest alkoholikiem. Na początku to było niewidoczne, to styl życia
wszystkich zamożnych ludzi. Kolacje, bale, przyjęcia, w domowym barku
zawsze luksusowy alkohol. Szklaneczka whisky wieczorem, kieliszek
dobrego wina. I ten jego alkoholizm długo był zakamuflowany, bo nasze
życie było aktywne. Ale w pewnym momencie wykrystalizował mu się sztywny
rytuał, że po pracy wracał do domu, włączał telewizję i leciała jedna
butelka wina, druga butelka i jeszcze jakiś drink. I tak było
codziennie. Po pewnym czasie stałam się takim bodyguardem, który chodzi
i sprawdza, czy dzieci nie widzą, że leży pijany, albo po cichu
odprowadzałam go do sypialni, żeby nie spadł ze schodów. Cały czas
musiałam być w trybie czuwania. Nie chciałam, by dzieci widziały, że on
pije, nie chciałam ich stresować. Zależało mi, żeby miały spokojne
dzieciństwo, żeby się dobrze uczyły, żebym ja przynajmniej jako matka
nie nawaliła.
Mówiła mu pani o tym, że ma problem
z piciem?
Oczywiście. Zresztą on się w pewnym momencie sam przyznał. Tak się też
złożyło w interesach, że mniej więcej w tym czasie wyjechaliśmy do
Paryża i mieszkaliśmy tam przez cztery lata. Wtedy nie pił, zupełnie
odstawił alkohol. Ale jak wróciliśmy do Polski, to znowu się zaczęło.
Jak w tym czasie wyglądały wasze relacje? Była jakaś bliskość, intymność
między wami?
Przede wszystkim była hipokryzja. Mężowi zależało na tym, żebyśmy
prezentowali się jak idealna rodzina niczym z amerykańskiej reklamy:
uśmiechnięte, spełnione małżeństwo, piękny dom, na podjeździe ferrari,
troje wybitnie uzdolnionych dzieci biegających po ogrodzie, mówiących
kilkoma obcymi językami, grających na instrumentach, no i ta żona, która
uśmiechnięta, podaje gościom pachnące ciasto z piekarnika. Wszystko
oczywiście polane sosem dużych pieniędzy. Często robiliśmy przyjęcia
rodzinne. Ja to wszystko przygotowywałam z pomocą gosposi, lał się drogi
szampan, na stole ostrygi, steki, kawior, a on brylował i wygłaszał
peany o tym, jak to rodzina jest w życiu najważniejsza. Nie wspominał
słowem, że ta rodzina, to przyjęcie, te zadbane dzieci to moja codzienna
ciężka praca. Ja byłam dla niego nikim. Utrzymywanie tej pozy, tej
obrzydliwej fasady, trzymanie tego uśmiechu dla innych było dla mnie
strasznie smutne i męczące. Okropnie drenowało mnie z energii. Ale
jeszcze wtedy nie wiedziałam, że w ogóle jest jakakolwiek możliwość, by
te kraty w oknach wygiąć i jakoś uciec z tego więzienia.
A seks? Jak się wam układało w łóżku,
skoro w domu czuła się pani jak w więzieniu?
Na początku było dobrze. Później mąż odkrył swojej prawdziwe, przemocowe
oblicze.
Zmuszał panią do seksu?
Nigdy wcześniej o tym nie mówiłam... Może mojej prawniczce tylko. Wie
pani, ja jestem... Mnie jest trudno po prostu mówić o takich rzeczach. Ja
się tego wstydzę.
Nie musi pani mówić. Możemy zmienić
temat.
(cisza) Nie, może właśnie nie zmieniajmy. Ja przez prawie trzydzieści
lat ciągle coś zamiatałam pod dywan, ukrywałam, że coś mnie boli, rani,
obraża. Zgadzałam się na wiele, żeby tylko uratować rodzinę. Zgadzałam
się na udział w swingers party, choć to jest najdalej jak tylko można od
moich potrzeb seksualnych, modelu intymności, którego pragnę. To mnie
poniżało, przerażało, ale godziłam się, bo nie chciałam, żeby miał
kochankę, żeby chodził do agencji towarzyskiej.
I nie chodził?
Niestety, po jakimś czasie dowiedziałam się, że odwiedza burdele.
Widocznie mimo wszystko nie spełniałam jego seksualnych potrzeb i fantazji. On potrzebował cały czas stymulować się przemocą. Żeby się
podniecić, zmuszał mnie do opowiadania mu historii o tym, że na przykład
byłam gwałcona przez trzech czarnoskórych napastników. Jego to
podniecało, mnie nie.
Powiedziała pani, że była dla męża nikim. Kiedy to do pani tak naprawdę
dotarło? Właśnie wtedy, gdy zapraszał panią do orgii?
Naprawdę dotarło to do mnie, jak to usłyszałam. Wprost. Usłyszałam raz,
a później słyszałam już często, coraz częściej. I to nie po alkoholu,
mówił to również na trzeźwo. Bo dla niego to było normalne. Facet, król
interesów, bogaty prezes, który parkuje pod swoim wielkim pięknym domem
swoje czerwone ferrari, ma prawo tak mówić do każdego, kogo uważa za
gorszego od siebie. A mnie uważał. Pamiętam, jak w urodziny naszej córki
siedzieliśmy całą rodziną na przyjęciu z tej okazji. My i troje naszych
dzieci. Rozmawialiśmy o planach na przyszłość naszej jubilatki,
powiedziałam chyba coś o kraju, w którym warto studiować, a mąż przy
wszystkich przerwał mi i powiedział: "Po co się wtrącasz? Przecież się
nie znasz. Ty jesteś nikim". Zapadła cisza. Niech sobie pani wyobrazi tę
wielką gulę, która stanęła mi w gardle, te palące policzki, na których
skupiły się oczy naszych skonfundowanych dzieci. Ich matka właśnie
została potraktowana przez ojca w ich obecności jak ścierka do podłogi.
Co pani zrobiła?
Zdusiłam w sobie płacz, opanowałam się, podniosłam głowę i powiedziałam
najspokojniej jak umiałam: "Dzisiaj są urodziny naszego dziecka,
kochanie". Uśmiechnęłam się, przełknęłam ślinę. Córka szybko zmieniła
temat.
Co pani dzieci na to wszystko?
Dorastały i widziały upokarzaną matkę. Stanęły po pani stronie czy
opowiedziały się za ojcem milionerem?
Miałam z dziećmi bardzo bliski, emocjonalnie silny kontakt. Dzieci chcą
mieć oboje rodziców, nie chcą się opowiadać za jednym, nie chcą widzieć
ich w konflikcie, dlatego ja nigdy nimi nie grałam. Może nawet to był
mój błąd, że tak bardzo chciałam udawać przed nimi szczęśliwą rodzinę,
dobre małżeństwo. Udawałam, że ich ojciec mnie nie rani, że nie pije, że
wszystko jest w porządku. Taki bal na Titanicu. Ale dzieci nie są
głupie. One widzą więcej, niż się nam wydaje. I to moje malowanie trawy
na zielono, malowanie tej zgniłej fasady wyszło mi bokiem, bo z jednej
strony bardzo chciałam wychować moje córki na wyemancypowane kobiety i bardzo dużo wkładałam im takich treści do głowy. A z drugiej strony mój
wizerunek jako kury domowej i wszystkie zabiegi, które robiłam, naprawdę
przeczyły temu. Zresztą córki, gdy zaczęły dorastać, powiedziały mi
wprost: "Do pewnego momentu miałyśmy szczęśliwe dzieciństwo, do pewnego
momentu wszystko widziałyśmy w fantastycznych barwach, ale
zorientowałyśmy się wreszcie, jak byłaś traktowana przez ojca,
pozwalałaś na to i to było straszne. Jak my mamy być niezależne i wyemancypowane, skoro ty jesteś totalnie podległa ojcu i godzisz się na
przemoc". Miały rację. Nie było u nas w domu przemocy fizycznej, ale
werbalna i ekonomiczna tak. To wystarczy, proszę mi wierzyć.
Kiedy w końcu powiedziała pani "dość"?
Kroplą, która dopełniła czarę goryczy, ale jeszcze jej nie przelała,
była decyzja życiowa najstarszej córki, która kompletnie roztrzaskała
ten nasz "idealny" obraz rodzinny. Nasza najstarsza córka - oczko w głowie mojego byłego męża - skończyła w USA najlepszy uniwersytet, była
bardzo zdolna i ojciec pokładał w niej swoje największe nadzieje i ambicje. Miał po prostu na nią konkretny plan, inwestował w jej edukację
ogromną kasę i oczywiście chciał, by tak jak ja była mu poddana. Ale ona
postanowiła mu się odwinąć i zrobiła fikołka dekady. Skończyła ten
uniwersytet, obroniła dyplom i nagle oznajmiła nam, że jakiś czas temu
wyszła za mąż za pewnego Amerykanina. Do tego zmienia zawód, nie będzie
robić tego, co chce jej ojciec, tylko będzie pomagać osobom uzależnionym
od narkotyków - zresztą jej mąż też był uzależniony. W mojego męża
strzelił piorun. To był naprawdę pierwszy moment w naszym wspólnym
życiu, kiedy on dostał taki cios, po którym nie mógł się podnieść. Były
karczemne awantury, groźby odcięcia od fortuny, wydziedziczenia córki i tak dalej. Ale ona postawiła na swoim, powiedziała, że nie chce jego
pieniędzy, że wprawdzie kocha go, ale nie będzie już dłużej tańczyła,
jak on jej gra, bo to jest jej życie i ona nie powieli mojego schematu.
Nie chciała być "matką bis". To mną wstrząsnęło. Abstrahując od tego,
czy podobała mi się jej decyzja czy nie, bo też inaczej wyobrażałam
sobie jej przyszłość, jej postawa, jej bunt i sprzeciwienie się ojcu
były dla mnie punktem zwrotnym. Pomyślałam sobie: "Jak to, to ona może
mu się wyrwać, a ja nie? Ona ma odwagę żyć własnym życiem, skoczyć na
głęboką wodę, zrezygnować z rodzinnych pieniędzy i od zera budować swoją
niezależność, a ja co? Dalej będę jego służącą, bez swojego konta,
ambicji? Kim ja właściwie jestem? Miałam studiować w Paryżu, a skończyłam tylko na maturze. Dzieci zaraz odejdą, a ja zostanę sama z człowiekiem, który mnie dociska do ziemi".
Powiedziała mu pani: "To koniec!"?
Nie, to nie takie proste. Ale powoli zaczął we mnie kiełkować plan
ucieczki. Miałam jeszcze jedną córkę do wykształcenia, która też chciała
studiować w Nowym Jorku. I syna, który był w podstawówce, amerykańskiej,
prywatnej, z bardzo wysokim czesnym. Bałam się, że jeśli ucieknę od
męża, on z zemsty zakręci dzieciom kran z pieniędzmi i zablokuje ich
dalsze kształcenie. Dlatego chciałam to jeszcze jakoś kleić, żeby
wytrzymać do końca studiów drugiej córki.
Udało się pani?
Nie, znów byłam naiwna. Po tym, jak starsza córka z przytupem wyszła ze
swojej strefy komfortu, mąż przestał się do niej odzywać. Przez trzy
lata nie utrzymywał z nią kontaktu, ponieważ uważał, że absolutnie go
zawiodła, że wyszła za mąż bez jego zgody, nie było ceremonii, jakiej on
by oczekiwał, a do tego wszystkiego jej wybranek był straszny - bez
pieniędzy, pozycji, po przejściach z uzależnieniami. Ale w tym czasie
nasza druga córka faktycznie dostała się na nowojorski uniwersytet, a to
nie jest takie łatwe, mimo że studia są koszmarnie drogie. W związku z tym, żeby jakoś to utrzymać, wzięłam całą winę na siebie. Posypałam
głowę popiołem przed mężem, powiedziałam, że w końcu to ja wychowuję
dzieci, to moja wina, że starsza córka podjęła taką decyzję. Ale po pół
roku stwierdziłam, że znowu nie daje to żadnych rezultatów, że tak
naprawdę wszystko, co robię, nic nie daje, nic się nie zmienia.
Czego pani oczekiwała?
Po pierwsze tego, że po przetłumaczeniu mu pewnych rzeczy zacznie
rozmawiać z córką. Po drugie, że będzie miał jakieś refleksje na swój
temat. Inteligentny człowiek przecież w końcu przyjrzy się faktom na
spokojnie, połączy kropki, wyciągnie wnioski. Ale nie w tym przypadku.
Mój mąż to typ osoby, która uważa, że jest krystaliczna, najmądrzejsza,
a największy dramat jego życia polega na tym, że otaczają go sami
idioci, nieudacznicy, bezbarwne jednostki, z którymi on musi się męczyć.
To człowiek, który absolutnie nie przyjmuje nic do siebie, bo jego celem
nadrzędnym jest to, by czuć się dobrze, czyli nie dopuszczać do siebie
żadnej krytyki. To narcyz ze skłonnościami destrukcyjnymi. Przecież on
przez to samouwielbienie położył całą swoją wielką firmę, finansowe
imperium. Ale dobrze, o tym za chwilę. Dotarło do mnie ostatecznie, że
już tego nie posklejam, nie zmienię, nie uratuję rodziny, choćbym nie
wiem jak naginała kark. On zawsze będzie niezadowolony, nie będzie mnie
szanował, a moje poczucie własnej wartości, które i tak już było bliskie
zeru, przebije się przez dno.
Mając tak fatalną perspektywę,
skąd pani wzięła siły, żeby jednak uciekać?
Jeżeli już jest się tak bezsilnym, nie widać wyjścia z sytuacji, można
albo zupełnie się zakopać, albo coś ze sobą zrobić. I wtedy wpadła mi w ręce książka Biegnąca z wilkami. Widzi pani, czasem drobiazg, książka
właśnie albo jakieś spotkanie z kimś, doświadczenie jakiejś skrajnej
sytuacji może potrząsnąć nami tak mocno, że dostajemy paliwo, żeby w końcu zrobić coś ze swoim życiem. Dla mnie ta książka była wielkim
wstępem do zrozumienia siebie, tego, kim jestem, w jakie bagno
emocjonalne dałam się zapędzić. Czytałam ją na okrągło przez rok. Był to
dla mnie początek terapii. Wcześniej nie bardzo potrafiłam uczestniczyć
w sesjach psychoterapeutycznych, bo jestem bardzo zamknięta, więc sama
musiałam ze sobą poprzerabiać wszystkie tematy. A jak to zrobiłam,
poszłam na kilka sesji z terapeutą. Wtedy postanowiłam, że zapisuję się
na studia i będę stawać na własnych nogach, tak by w niedługim czasie
móc odciąć się od pieniędzy męża. To był ten moment, kiedy miałam takie
klasyczne, filmowe spojrzenie w lustro z pytaniem, kim tak naprawdę
jestem. To trwało z pół roku, zanim doszłam do tego, że to nie jest moje
życie, nie kieruję nim, robię jakieś rzeczy, ale tak naprawdę nie robię
nic, co jest moje.
Co na to mąż, że pani poszła na studia?
Mój Boże, nie miałam chwili spokoju. Cały czas mnie wyśmiewał, kpił, co
i rusz dźgając mnie tekstami w stylu: "O, jaka ty teraz mądra jesteś!".
Ale nie zabronił?
No nie, widział, że coś się we mnie zmieniło, i nie zabronił. Chciałam
pójść na studia związane z kulturą, ale wtedy, to było pięć, sześć lat
temu, akurat zamknięto mój wymarzony kierunek animator kultury. Poszłam
więc na dziennikarstwo. I potem zdarzył się wypadek samochodowy. Poważny
i to z mojej winy. Ja zawsze bardzo dużo prowadziłam i nie miałam
właściwie żadnych złych przygód, a tym razem stało się. Mój mąż wtedy
przyjechał na miejsce wypadku i zamiast mnie wesprzeć, zrobił mi
karczemną awanturę, krzyczał na mnie, wyzywał mnie. Byłam bliska zawału.
Kobieta wjechała w mój samochód, ale to się stało z mojej winy. To był
szok, zobaczyłam tę kobietę siedzącą w samochodzie zupełnie nieruchomą.
Myślałam, że ona nie żyje, że zabiłam człowieka. Do tej pory, jak o tym
myślę, słabo mi się robi. W tamtym momencie, kiedy życie przeleciało mi
przed oczami, dostałam od mojego męża ostatecznego kopniaka w brzuch. To
mnie złamało, ale w pozytywnym sensie. Poczułam całą sobą, że szkoda
marnować życia, i powiedziałam tego samego dnia, że to koniec, występuję
o rozwód.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki