Jak poznałam Frania Drania - Sabi M. K-rys

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1.

Wypełnij KUPON, Sabi! - czyli dobre złego początki

Pewnego letniego popołudnia, znudzona jak przysłowiowy mops, rozsiadam się w wygodnym fotelu i odpalam laptopa. Otwieram Facebooka, by przejrzeć nowiny i wrzucić kilka zdjęć na moją oś czasu.

Wśród zaproszeń do grona znajomych dostrzegam faceta o spojrzeniu, które niemal parzy mnie przez ekran. Zdjęcie profilowe tego gościa to prawdziwy majstersztyk. Na widok takiego CIACHA moje wrażliwe na męskie atuty serce wywija pełne salto mortale, a puls zdecydowanie przyspiesza.

Facet nazywa się Frank Stones i wygląda, jakby właśnie zszedł z okładki "Vogue Man". Ma inteligentną twarz i olśniewający uśmiech, który momentalnie zwala mnie z nóg, a w głowie generuje setki nieprzyzwoitych myśli. Jestem totalnie zauroczona!

Biorę się w ryzy, tłumię emocje i uspokajam walące serce. Grzeszyć - przynajmniej tu i teraz - niestety mi nie wypada. Przebywam w Medjugorie - miejscu objawień, gdzie obowiązuje przyzwoitość i dozwolone są wyłącznie skromne myśli.

Uczestniczę w Festiwalu Młodych - pięknym wydarzeniu religijnym. Towarzyszą mi trzy fajne dziewczyny:

- Magda - moja szczęśliwie zamężna przyjaciółka,

- jej trzynastoletnia córka Majka - super nastolatka, typowy "bunt w trampkach",

- Anka - zagorzała singielka, niezła zołza, ale przede wszystkim równa babka i moja najlepsza kumpela.

Mieszkamy w maleńkim hoteliku. Wieczorami, popijając na tarasie bośniackie wino (zaznaczam: Majka wina nie pije!), gawędzimy o wszystkim i o niczym. Jest miło, zabawnie i... przyzwoicie.

Na pielgrzymce rzadko korzystam z Internetu. Sporadycznie wchodzę na Facebooka, sprawdzam nowości i - obowiązkowo! - wstawiam fotorelację z kolejnego modlitewnego dnia. Tym razem jednak, zauroczona nowym znajomym, całkowicie zapominam o tej świętej powinności.

Wiem, co teraz myślicie: "Oho, Sabi to naiwna desperatka polująca na miłość w sieci". Nic bardziej mylnego! Takie akcje nigdy nie były, nie są i nigdy nie będą w moim stylu.

Nigdy... aż do dziś. Dlaczego? Bo gdy tylko zobaczyłam zdjęcie Franka, coś we mnie pękło. To COŚ zagłuszyło mój zwyczajowy sensus communis i - jak ujęłaby to Anka - "wypaczyło wewnętrzny GPS do wydawania trzeźwych osądów i podejmowania słusznych decyzji".

Czy to prażące sierpniowe słońce, pod którym codziennie spaceruję? A może bośniackie wino szumiące w głowie? Albo atmosfera religijnego festiwalu? Bóg jeden wie! Jedno jest pewne - to COŚ kazało mi uwierzyć, że oto stał się cud i właśnie patrzę na fotę MIŁOŚCI MOJEGO ŻYCIA. Dacie wiarę?!

Żeby nie było wątpliwości - nie jestem ani zagubioną szarą myszką, ani niedowartościowanym brzydkim kaczątkiem. Wręcz przeciwnie! Jestem fajną, atrakcyjną, niezależną i bystrą babeczką. Wielbiciele kręcą się wokół mnie jak ćmy wokół lampy.

Niestety, pomimo niesłabnącego powodzenia - PARADOKSALNIE - wciąż jestem singielką. Chcecie wiedzieć dlaczego?

Hmm... prawdopodobnie dlatego, że:

1. Nigdy nie przejmowałam się związkami - zawsze traktowałam je jak dodatkowe zajęcia na siłce: mile widziane, ale niekonieczne.

2. Nie dążyłam desperacko do zmiany stanu cywilnego.

3. Miałam inne, bardziej wzniosłe cele niż przyziemne zamążpójście.

4. Polowanie na męża i ojca moich przyszłych dzieci nigdy nie było moim priorytetem.

Cóż, powodów znalazłoby się wiele.

Wiodłam życie barwne, pełne szalonych przygód i namiętnych romansów. Młodość przeciekała mi przez palce, podczas gdy ja bawiłam się świetnie. Aż do dnia, gdy dotarło do mnie, że choć nie jestem sama, to czuję się SAMOTNA. Uznałam wtedy, że czas to zmienić.

Pierwszy krok? Cóż... przyznaję, nie padł ani pierwszy, ani ŻADEN inny. Po bilansie zysków i strat stwierdziłam, że brak faceta jest jak brak filiżanki do kolekcji - szkoda jej, ale żyć się bez niej da. Brakowało mi zarówno motywacji, jak i czasu, by się tym przejmować.

Tak więc dalej nie robiłam nic, no może poza... sporadycznymi, niezobowiązującymi prośbami do Pana Boga podczas wieczornego pacierza. Błagałam Wszechmogącego, by zlitował się nad samotną, lekko już podstarzałą panną i postawił na jej drodze fajnego faceta. Miałam nadzieję, że taki osobnik istnieje, że został stworzony specjalnie dla mnie, i że teraz szuka mnie z większym zapałem, niż ja jego.

Ale wiecie, jak to jest - gdy sługa Boży nie wykazuje inicjatywy, to i Wszechmogący bezradnie rozkłada ręce.

Przypomina mi to dowcip o pewnym starym Żydzie, który codziennie modlił się do Boga, prosząc o wygraną w Totolotka. Otóż, minęło wiele lat, zanim usłyszał zniecierpliwiony głos wołający z Niebios:

- Icek, TY daj mi szansę, TY wypełnij wreszcie ten cholerny kupon i zagraj!

Cóż, ja miałam podobnie. - Wypełnij KUPON, Sabi! - błagałam samą siebie. - Na litość boską, otwórz laptopa, stuknij w klawiaturę i ZAGRAJ O TEGO FACETA, kobieto!

ZANIM WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO...

Drogie Panie

Czy marzycie o prawdziwej miłości - takiej na dobre i na złe? Czy wierzycie w magię seksualnych uniesień, płomiennych wyznań i dozgonnych deklaracji? Czy czekacie na księcia z bajki, który odmieni Wasze samotne życie?

Myślę, że wiele z Was odpowie: tak, tak, i jeszcze raz tak! Dlaczego? Bo choć żyjemy w coraz bardziej zmaterializowanym świecie, to nadal pragniemy romantycznej bliskości i głębokich więzi.

Niestety, poszukiwanie "drugiej połówki jabłka" to zadanie trudne, pracochłonne i często obarczone ryzykiem. Zafascynowane i zaślepione miłosnym uniesieniem kobiety doświadczają nierzadko czegoś zgoła innego niż oczekują: padają ofiarą kłamstw, zdrad, oszustw i... wyłudzeń finansowych. Te ostatnie ranią podwójnie - godząc zarówno w serca, jak i w portfele tych pań.

Przekręty finansowe rozgrywają się głównie w wirtualnej rzeczywistości: na portalach randkowych, forach internetowych i w mediach społecznościowych.

Dlaczego akurat tam?

Bo ekran komputera, laptopa czy smartfona to idealna "zasłona dymna". Można ukryć za nią prawdziwą tożsamość i stworzyć nową - fikcyjną - która posłuży różnym niecnym celom.

Jednym z najczęściej popełnianych wirtualnych przestępstw jest "internetowy romans militarny".

Jak działa jego mechanizm?

"Oszuści w mundurach" (zwani też "żołnierzami z Sieci") działają według następującego modus operandi:

1. Kreują fałszywą tożsamość: podszywają się pod żołnierzy USA, rzekomo stacjonujących na misji w strefach walki (Bliski Wschód, Afganistan).

2. Budują wiarygodny profil: wykorzystują skradzione z Internetu zdjęcia, by stworzyć przekonujący wizerunek wojennego bohatera na Facebooku, WhatsAppie lub innym komunikatorze.

3. Szukają ofiar: surfują po sieci w poszukiwaniu samotnych, spragnionych miłości kobiet.

4. Rozpalają uczucia: nawiązują intymną relację z ofiarą, zasypując ją zapewnieniami o wielkim uczuciu i oddaniu.

5. Wyłudzają pieniądze: pod różnymi pretekstami (nagłe opłaty lotnicze, "krytyczna operacja", konfiskata pieniędzy) żądają przelania dużych sum pieniędzy.

Ich ofiary są różne: często dzieli je wiek, wykształcenie i pochodzenie. Łączy natomiast jedno: silne pragnienie miłości. To ono, przeradzając się często w dziką desperację, sprawia, że zazwyczaj rozsądne panie stają się ślepe i głuche na oczywiste znaki ostrzegawcze.

Wydział Dochodzeń Kryminalnych Armii Stanów Zjednoczonych (CID) corocznie rejestruje tysiące skarg od oszukanych kobiet. W zgłoszeniach ofiary wskazują na powtarzalny schemat działania: uwiedzenie, następnie wykorzystanie finansowe, a na końcu brutalne porzucenie.

Poniesione straty wynoszą często tysiące dolarów, niekiedy zaś dorównują wartości całych życiowych oszczędności. Niestety, szanse na odzyskanie utraconych środków są minimalne.

Ten proceder jest szczególnie rozpowszechniony w krajach Afryki Zachodniej, a jego "sercem" jest Nigeria. Tamtejsi oszuści dopracowali swoją przestępczą metodę do perfekcji, wspierając żądania podrobionymi dokumentami i serią kłamliwych historyjek.

Nie wiem, drogie Panie, czy Was to pocieszy, ale ofiarami oszustów padają również mężczyźni. CID ostrzega przed tzw. sextorsją.

Jest to proceder, w którym oszuści podszywają się pod atrakcyjne kobiety i nawiązują relacje online z żołnierzami na misjach. Po krótkim czasie - często po wymianie intymnych materiałów - szantażują swoje ofiary, grożąc upublicznieniem kompromitujących treści w zamian za pieniądze lub przysługi. To równie obrzydliwy proceder.

Skąd to wszystko wiem?

Odpowiedź jest prostsza, niż myślicie:

Drogie, oszukane Panie - byłam kiedyś jedną z Was.

Parę lat temu zostałam niedoszłą ofiarą "romansu militarnego". Co więcej... stałam się w tym paskudnym procederze całkiem cwaną oszustką.

Ironicznie, oszust, o którym Wam opowiem, padł w końcu ofiarą nie tylko własnego, ale i mojego przekrętu. Tak to czasem bywa: ofiara może przechytrzyć myśliwego.

Brzmi skomplikowanie? No cóż... w praktyce było to... dość proste.

Jesteście ciekawe szczegółów?

Jeśli tak, to nic prostszego! Rozsiądźcie się wygodnie w swoich fotelikach, najlepiej z "małym co nieco" w szklaneczce, a ja Wam opowiem moją historię - krok po kroku.

Ku przestrodze.

Autorka

ROZDZIAŁ 2.

Całkiem niezłe złego początki, czyli UŚMIECH - ten jeden jedyny na milion!

Sobota, 4 sierpnia, godz. 17:21

Historia, którą Wam opowiem, zaczyna się pewnego sobotniego popołudnia, dokładnie w chwili, gdy jednym stanowczym kliknięciem myszki dodaję do grona facebookowych przyjaciół przystojnego Franka Stones. Zaproszenie, które mi wysłał, akceptuję bez chwili wahania. Wiem, że okazja poznania faceta z TAKIM uśmiechem i z TAKIM błyskiem w oku - w MOIM przypadku - graniczy niemal z cudem. Zmarnowanie okazji, jaką mi właśnie zesłały Niebiosa, byłoby więc niewybaczalnym grzechem, a na pielgrzymce grzeszyć nie wypada.

Chwilę później mój nowy znajomy wita mnie na czacie. Po krótkiej wymianie uprzejmości informuje, że jest pięćdziesięcioletnim amerykańskim lekarzem pochodzenia brazylijsko-kanadyjskiego (!), który na stałe mieszka w Miami (!), ale obecnie przebywa na wojskowej misji pokojowej w Bagdadzie (!). Muszę przyznać, że międzynarodowy życiorys tego pana bardzo mi imponuje (stąd te wszystkie wykrzykniki).

Rozmawiamy krótko, bo śpieszę się na modlitewne czuwanie, ale umawiam się z przystojnym doktorem na kontynuację naszej miłej pogawędki. Jestem podekscytowana, bo nowa znajomość zapowiada się obiecująco.

Niedziela, 5 sierpnia, godz. 9:17

Następnego dnia pospiesznie zjadam śniadanie, rozsiadam się w wygodnym fotelu i wbijam wzrok w laptopa. Sącząc kawę (tym razem w stylu irish), z niecierpliwością typową dla zauroczonej kobiety czekam na czat z "Facetem Idealnym". Taką ksywkę nadałam mężczyźnie, którego właściwie nie znam. Ot, ja i moja odwieczna fascynacja gatunkiem z planety Mars. Co kilka minut sprawdzam skrzynkę mailową, ale ta wciąż jest pusta - Franek do mnie nie pisze.

Po godzinie smętnego warowania przed monitorem stwierdzam, że prawdopodobnie tylko tracę czas. Po dwóch zaczynam się poważnie niepokoić i zastanawiać, gdzie się ulotnił mój nowy chłopak. Czemu jeszcze do mnie nie napisał? Czyżby już mnie rzucił? A może znalazł sobie inną? Albo - nie daj Boże! - coś mu się stało w tym całym Bagdadzie?

Jestem zirytowana, rozczarowana, a nawet trochę upokorzona, ale znoszę wszystko ze stoickim spokojem kobiety dumnej niezależnej... i wciąż cierpliwie czekam. Cholernie długo czekam.

Po kolejnej godzinie moja cierpliwość zostaje niespodziewanie nagrodzona. Doktorek loguje się na Fejsa i po chwili wysyła mi nowe zaproszenie do grona znajomych. Tym razem z innego konta. Oczywiście akceptuję je bez wahania. Kilka minut później pojawia się pierwsza wiadomość od Franka. Wreszcie!

FS: Witaj, skarbie. Ktoś zhakował moje konto na Facebooku, więc założyłem nowe - tłumaczy się "Facet Idealny".

Schlebia mi, że Franek nazywa mnie "skarbem", choć wiem, że to kolokwializm, który nie wyraża ani głębszych uczuć, ani nawet cienia czułości. Amerykanie lubią go nadużywać, głównie w nieformalnych albo niezobowiązujących rozmowach. Jednak wpleciony w banalne pogawędki ma swoje zalety - podkreśla AMERYKAŃSKĄ swobodę i skraca dystans przy nawiązywaniu nowych znajomości. Mnie natomiast - kobiecie z natury nieśmiałej w sprawach sercowych - dodaje odwagi do inicjowania skomplikowanych relacji osobistych.

Podekscytowana rzucam się do klawiatury w pełnej romantycznej gotowości. Chcę jak najszybciej odpisać mojemu "skarbowi":

JA: Hej! Gdzie się, u licha, podziewałeś?! - strzelam fochem na start. To "kara" za godziny zmarnowane przed kompem.

FS: Dlaczego pytasz? Myślałaś, że cię zablokowałem? - Zamiast okazać skruchę, Frank rzuca żartem jak obuchem. Dacie wiarę?

JA: Ależ skąd! Byłam pewna, że to sprawka CIA - odpowiadam w tym samym tonie.

FS: Ha, ha, ha, masz fajne poczucie humoru - chwali mnie mój żołnierz.

Widzę, że żart się spodobał, więc przyznaję sobie w myślach pierwszy punkt.

JA: Bądź co bądź, niezła z ciebie szycha. - zachęcona pozytywnym odbiorem mojego finezyjnego poczucia humoru, serwuję kolejny żarcik.

FS: Ha, ha, ha! Mówisz serio? - Franek znów jest rozbawiony.

Co?! Ja i gadka serio? Czy ten człowiek stracił rozum, czy może próbuje mnie obrazić? To oczywiste, że toczę bekę, ale nie wyprowadzam gościa z błędu. Niech jego ego poczuje odrobinę mocy.

JA: Masz dziś wolny dzień? - pytam rzeczowo.

Przechodzę do konkretów, bo szkoda czasu na "grę wstępną" z takim przystojniakiem. Poza tym, chcę sprawdzić, czy nic nie zakłóci naszej dzisiejszej "randki".

FS: Tak - ten potwierdza lakonicznie.

Super, doktorku! - myślę zadowolona. - Świetnie się składa, bo ja też!

JA: Wiesz, zostanę dziś w hotelu, bo upał w mieście nie do wytrzymania - delikatnie daję do zrozumienia Frankowi, że dla takiego faceta jak on, jestem gotowa przykleić się do kompa na cały boży dzień.

FS: OK. - Ten kwituje moją sugestię krótko i bez entuzjazmu.

No cóż, spodziewałam się zachwytów, więc jestem nieco zawiedziona.

JA: Gorąco tu jak w piekle, zupełnie jak w Bagdadzie - dodaję prowokacyjnie, licząc na coś więcej niż zdawkowe "OK".

Moja nadzieja gaśnie w chwili, gdy po drugiej stronie ekranu zapada cisza. Najwidoczniej Franek nie zrozumiał aluzji o pogodzie i związanej z nią gotowości romansowej. Cóż za rozczarowanie! Mój apetyt na gorący flirt rośnie w postępie geometrycznym, a jedyne, co dostaję, to albo zdawkowe "OK", albo niezręczne chwile milczenia.

Ech, ten nasz dzisiejszy czat jakoś się nie klei. Wczoraj było super, dziś totalna klapa. Zastanawiam się, jak rozruszać mojego wojaka, zanim nasza znajomość umrze śmiercią naturalną i przejdzie do historii.

FS: Chodzisz do kościoła? - przerywa milczenie Franek.

Zaskakuje mnie to nagłe zainteresowanie moim życiem religijnym, ale mam je w nosie. Wolę frankowe wścibstwo od kolejnej głuchej ciszy na łączach.

JA: Oczywiście! Jestem praktykującą katoliczką. A ty?

FS: Ja również.

CUD-ownie!!! To niepodważalny dowód na to, że Franka zesłały mi Niebiosa - myślę radośnie. - Czyżby Wszechmogący wreszcie miał dość mojego rozrywkowego bycia solo i chciał mnie zeswatać z jakimś miłym katolikiem?

JA: Naprawdę? Jesteś super! Lubię cię coraz bardziej.

Po tak intymnym wyznaniu spodziewam się uczuciowego rewanżu ze strony mojego nowego chłopaka. Niestety, ten znów mnie zawodzi, bo zamiast rzucić czułymi słówkami, przechodzi od razu do sedna:

FS: Musimy dziś sporo omówić, więc zainstaluj Hangouts - zarządza krótko.

Nie powiem, pierwsza część tego żądania mocno mnie intryguje, druga niestety trochę niepokoi.

JA: Dlaczego? Nie możemy zostać na Messengerze? - próbuję zaprotestować nieśmiało.

Cieszę się, że czat z ukochanym się rozkręca, ale to nie znaczy, że muszę zapychać laptopa kolejną zbędną aplikacją.

FS: Messenger bywa czasem niebezpieczny - oznajmia tajemniczo Frank, a ja nadal go nie rozumiem.

JA: Może przejdziemy na WhatsAppa? - desperacko bronię mojego zapchanego laptopa.

FS: Niestety, nie możemy. WhatsApp instaluje się w telefonach komórkowych, a te są w bazie

surowo zabronione. Mówiłem ci wczoraj, że używamy ich tylko w wyjątkowych sytuacjach - cierpliwie wyjaśnia mi Franek.

No tak, powinnam była to przewidzieć. Ach, te wojskowe restrykcje! Zachciało ci się romansu z żołnierzem, to teraz cierp, kobieto!

JA: Ale czyż my nie tworzymy WYJĄTKOWEJ SYTUACJI? - Nie poddaję się i wciąż dzielnie walczę o swojego laptopa.

Franek nie odpowiada, więc po kilku minutach oczekiwania, z rezygnacją odejmuję sobie wcześniej zdobyty punkt.

JA: Franek, przyznaj się, gdzie ty właściwie stacjonujesz: w amerykańskiej bazie wojskowej, czy w irackim więzieniu o zaostrzonym rygorze? - Próbuję znowu błysnąć czarnym humorem.

FS: Ha, ha, ha!

Tym razem żarcik spodobał się mojemu żołnierzowi, więc natychmiast przywracam stracony punkt.

Cóż, żal mi przeciążonego laptopa, ale czego nie zrobi zauroczona babeczka dla rodzącej się miłości? Poddaję się i instaluję Hangouts.

JA: OK, apka pobrana. Podaj mi maila, to dodam cię do kontaktów- instruuję Franka.

FS: Nie, to ty podaj swoje dane, a ja zaproszę ciebie - ten zarządza inaczej.

Hmm... Kolejna niespodzianka! Dlaczego mój żołnierz nie chce podać swojego maila? Czy to też tajna informacja wojskowa? Z moim życiowym pechem - pewnie tak jest. Ustępuję i wysyłam Frankowi potrzebne informacje. Chwilę później łączymy się na Hangouts.

FS: Cześć, kochanie - ponownie wita mnie mój amant.

Oooo, ho, ho, ho! Czyżby, przechodząc na Hangouts, awansowałam ze "skarba" na "kochanie"? Wobec tego instalacja nowej apki jednak się opłaciła!

JA: Cześć, mój drogi. Ale powiedz... dlaczego Messenger nie jest bezpieczny?- pytam, bo frankowa informacja nie daje mi spokoju.

FS: Używaj Hangouts, a sama zauważysz różnicę.

Krótko, zwięźle i na temat, ale ja wciąż nie rozumiem, co chłop sugeruje. Ależ mi wstyd! Latami używałam Messengera, zupełnie nieświadoma zagrożeń, na jakie narażał mnie ten podstępny komunikator. Dzięki Frankowi wreszcie to pojęłam.

Zdawkowym "OK" zamykam wątek wyższości jednej aplikacji nad drugą. Nie mam zamiaru dłużej kompromitować się swoją internetową ignorancją.

JA: Jakie masz plany na dziś, mój żołnierzu? - pytam, bezpiecznie zmieniając temat.

FS: Tylko rutynowe, kochanie. Zwykle przed lunchem spaceruję z kolegą po bazie, a po posiłku wracam do swojego pokoiku - odpisuje Franek po chwili.

Wow, praca chirurga wojskowego na misji pokojowej ONZ w Bagdadzie to niezła fucha: spacerek, jedzonko, łóżeczko i relaks! - myślę z niemałą dozą zazdrości.

Z rozmyślań wyrywa mnie kolejna wiadomość. Świetnie! Chłopak zaczyna się rozkręcać.

FS: Opowiesz mi coś więcej o sobie, twojej rodzinie, o tym, co lubisz, a czego nie? - "Facet Idealny" zasypuje mnie gradem pytań! Wygląda na to, że Sabi Kudd go trochę kręci. Nie powiem, bardzo mnie to cieszy.

JA: Z przyjemnością - odpisuję i, jako gaduła z natury, od razu się rozpisuję:- Jestem Polką, ale do niedawna mieszkałam w USA. Wróciłam do kraju po dziesięciu latach...

Kobieto, co ty wyprawiasz?! - karcę się w duchu. - Zwierzasz się obcemu facetowi jak spotkanej po latach kumpeli! Upał stopił ci zwoje mózgowe?

FS: Mów dalej, kochanie - zachęca mnie Franek.

Zainteresowanie tego przystojniaka schlebia mojej próżności, więc pomimo wątpliwości zdradzam mu kolejne szczegóły mojego życiorysu:

JA: Po powrocie ze Stanów zamieszkałam w Żywcu. Wiesz, gdzie to jest? - pytam żartem, bo nie spodziewam się, by przeciętny amerykański żołnierz znał to polskie miasteczko.

FS: Tak, kojarzę to miejsce - ten potwierdza bez wahania.

Nie do wiary! Dla tego gościa nie ma rzeczy niemożliwych! Może jest smakoszem żywieckiego piwa? Muszę go o to później spytać.

FS: Dalej, skarbie, opowiadaj!- ponagla mnie Franek.

Zachęcona rosnącym zainteresowaniem mojego amanta, snuję dalej:

JA: Jak wspomniałam wczoraj - jestem nauczycielką...

FS: Super, jestem z ciebie dumny. Musisz być pracowitą kobietą. Masz dom w swoim kraju?

Nie odpowiadam, wciąż skupiona na swojej autobiografii:

JA: ...kocham swoją pracę i...

FS: To oczywiste. Ale dom masz? - ponawia pytanie Franek.

JA: ...jak każda nauczycielka, mam mnóstwo wolnego czasu. ? - Wysyłam całusa emotkę, licząc, że chłopak zrozumie aluzję.

FS: To co z tym domem? Mieszkasz sama czy z kimś? - ten, zniecierpliwiony, powraca do tematu.

Przyznaję, czuję się jak na przesłuchaniu KGB , ale wcale mi to nie przeszkadza. Uporczywe pytania Franka odbieram jako dowód jego rosnącej fascynacji moją skromną osobą.

JA: Kocham podróże, a że nie mam dzieci, to przeznaczam swoje - całkiem spore - dochody głównie na ten cel.

Brawo, Sabi, dajesz czadu! Co cię, do diabła, podkusiło, żeby tak gładko przejść od "wolnego czasu" do "CAŁKIEM SPORYCH dochodów"? Niezły skrót myślowy! To cała ty i twoje gadulstwo. Cud, że się jeszcze nie pochwaliłaś rozmiarem swojego biustonosza!

Oj tam, oj tam - usprawiedliwiam się sama przed sobą chwilę później. - Niech Franio wie, że ma do czynienia z zaradną i niezależną kobietką.

FS: Jesteś mężatką? - ten wtrąca kolejne intymne pytanie.

JA: Nie, ale byłam zaręczona... z bardzo miłym, inteligentnym mężczyzną.

To oczywiście bujda na resorach, ale nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, by usprawiedliwić moje odwieczne staropanieństwo.

FS: I co się z nim stało? - dopytuje Franio.

JA: Zmarł... Na raka - odpisuję po namyśle.

Jestem POTWOREM! Właśnie uśmierciłam człowieka, w dodatku nieistniejącego! Czy powinnam się z tego morderstwa spowiadać?

FS: OMG!

Akronim OMG! (ang. Oh my God!) oznacza frazę wykrzyknikową: "O mój Boże"! Jak się wkrótce przekonacie, jest to jeden z ulubionych i często używanych przez Franka skrótów.

JA: Wtedy postanowiłam wrócić do Polski - kontynuuję, zadowolona z wrażenia, jakie moje "zabójstwo" wywarło na Franku.

FS: Świetnie się składa, że swego zmarłego narzeczonego poznałaś akurat w Nowym Jorku - ten stwierdza enigmatycznie, a ja nie pojmuję, co chłop ma na myśli. Chcę o to zapytać, ale na ekranie pojawia się kolejne pytanie:

FS: Bardzo go kochałaś?

JA: Był dla mnie ważny.

Baju, baju, BUJDA... Nie chcę kolejnych pytań o nieistniejącego narzeczonego, bo kiepsko kłamię na zawołanie, więc znów zmieniam temat:

JA: Wyjechałam do USA w 2002 roku.

FS: Sama czy z kimś?

Ho, ho, ho! Widzę, że Frania interesuje każdy szczegół mojej przeszłości. Super! Mam nadzieję, że planowanie naszej przyszłości wzbudzi w nim równie wielki zapał.

JA: Z przyjaciółką, ale...

FS: Ale?! - przerywa niecierpliwie Franek.

JA: ...ale nasze drogi się rozeszły, gdy Ela wróciła do kraju.

Zapada cisza. Dopiero po dłuższej chwili pojawia się pytanie:

FS: Czy to oznacza, że wolisz kobiety od mężczyzn?

WTF, co to za pytanie?! - myślę sobie.

W ocenzurowanej wersji ten angielski skrót (WTF) oznacza: "Co masz na myśli, skarbie?", a w nieocenzurowanej: "Co, do cholery, właśnie odwalasz?!" Wybierzcie sobie wersję, która Wam bardziej odpowiada.

JA: Ależ skąd! Interesują mnie wyłącznie MĘŻCZYŹNI! - zapewniam gorliwie. - I tylko tacy przystojni jak ty - dodaję w myślach.

Przystojniak kwituje tę deklarację kolejnym zdawkowym OK.

JA : Oooo, widzę nowe zdjęcia na twoim profilu! - próbuję zmienić temat, by ożywić naszą nudnawą rozmowę.

Faktycznie, Franek dodał zdjęcia z jakiejś operacji plastycznej przypominającej odsysanie tłuszczu. Ale niespodzianka! Na poprzednim koncie mój chirurg nie wstawił żadnych fotek.

Niestety, to mało estetyczny widok, ale zauroczonej kobiecie odrobina krwi absolutnie nie przeszkadza!

JA: Widzę, że czynisz cuda zmieniając spore grubaski w całkiem zgrabniutkie laski.

Ależ ładnie mi się zrymowało!

FS: Kochanie, to zdjęcia sprzed lat - wyjaśnia Franek. - Jeszcze z czasów, gdy mieszkałem w Miami. W bazie wojskowej w Bagdadzie robienie zdjęć jest surowo wzbronione.

Smutne musi być życie w miejscu pełnym zakazów - myślę, współczując mojemu żołnierzowi coraz bardziej.

JA: Kiedy zrobiono te zdjęcia? - pytam zaciekawiona, bo mężczyzna na nich nie wygląda na pięćdziesięciolatka. Ale może taki brazylijsko-kanadyjski miks starzeje się wolniej niż my, zwykli śmiertelnicy?

FS: Dwa temu - odpowiada mój wolno starzejący się "brazylijsko-kanadyjski miks".

Ha! Więc zdjęcia są aktualne - stwierdzam z ulgą i zapisuję kolejny punkt, tym razem dla "miksa".

FS: Co ci się podoba, a co nie? - dopytuje mnie Franek.

JA: Wszystko! - oświadczam. - Ale najbardziej to, że podczas operacji rzucasz wątrobą pacjenta w kolegę po fachu!

Znowu serwuję żarcik z gatunku czarnego humoru. Oczywiście wymyślam tę makabryczną scenkę wyłącznie na potrzeby flirtu.

Franek - kolejny raz! - kwituje mój dowcip zdawkowym OK, a ja znów czuję się zażenowana swoim nietrafionym żartem.

FS: Pytałem o to, co lubisz... tak ogólnie - wyjaśnia po chwili.

Aaaaa, o TO ci, skarbie, chodziło? Ups!

Trochę mi wstyd, że nie zrozumiałam prostego pytania w języku angielskim, który przecież znam całkiem dobrze. Jednocześnie wydaje mi się, że Franek - mimo trzydziestoletniego pobytu w Stanach - kaleczy swój ojczysty język. Niektóre jego wypowiedzi przypominają styl Kalego. Pamiętacie tego sympatycznego chłopaka z powieści "W pustyni i w puszczy"?

Franka tłumaczy jednak fakt, że pochodzi z Miami - miasta, gdzie częściej mówi się po hiszpańsku niż po angielsku. Może więc w tym języku jest bardziej biegły? Jak widać, zakochana kobieta potrafi sobie w prosty sposób wytłumaczyć dosłownie wszystko.

Odpowiadam na zadane pytanie bardzo precyzyjnie:

JA: Lubię:

1. szczerych ludzi,

2. uczciwość,

3. podróże,

4. wycieczki rowerowe,

5. wędrówki po górach,

6. dzieci (i to nie tylko własne),

7. francuskie filmy i amerykańskie seriale,

8. słoneczne dni,

9. jazz i czerwone wino, ale tylko wtedy, gdy jedno wzmacnia emocje wywołane przez drugie,

10....ale najbardziej lubię Ciebie! - kończę sugestywnie.

Ależ jestem dumna z tej listy, a szczególnie z jej zakończenia! Zwykle nie jestem aż tak odważna, by deklarować sympatię mężczyźnie już na pierwszej randce. Dzisiaj jednak animuszu dodaje mi szklaneczka wypełniona Johnny'm Walkerem i fakt, że ukrywam się bezpiecznie za ekranem laptopa.

Następny drineczek jeszcze bardziej rozbudza moją wenę twórczą i mocno podkręca wyobraźnię, więc kreuję kolejną listę:

JA: Nie lubię:

1. tzw. dyplomacji,

2. żonatych facetów - to tak tobie ku przestrodze, skarbie!- dodaję w myślach,

3. burz podczas spaceru lub jazdy rowerem,

4. ciepłej whisky - oj, tej to szczerze nienawidzę!

5. nudy w samotności,

6. monotonii w życiu,

7. scen zazdrości i niekontrolowanej histerii moich byłych facetów,

8. śniegu, spod którego muszę wykopać samochód, zanim ten łaskawie zechce zawieść mnie do pracy...

...i tu moja wena twórcza - mimo pobudzania jej drineczkiem - niespodziewanie się kończy.

Znów zapada cisza. Tym razem jednak domyślam się jej powodu: Franek oniemiał z podziwu po przeczytaniu moich fantastycznych list! Radośnie dopisuję sobie w myślach kolejny zasłużony punkt.

JA: Opowiesz mi coś o sobie, skarbie? - pytam, przejmując inicjatywę. Najwyższy czas dowiedzieć się czegoś konkretnego o moim doktorku.

Ten ostatni tylko czeka, by rozpocząć autoprezentację:

FS: Jestem miłym, pokornym człowiekiem z dobrym sercem. Moi bliscy nigdy nie wątpią w moją szczerość.

Ho, ho, ho! Ten chłopak to skarb! - zachwycam się mężczyzną, o którym wciąż wiem tak niewiele. Cóż... to podobno klasyczny syndrom zauroczenia.

FS: Jestem pomocny, opiekuńczy, lojalny, tolerancyjny, wyrozumiały i prawdomówny... - promuje się Franek, z godnym podziwu samozaparciem.

Chłopak wylicza swoje zalety niemal jednym tchem, a mnie ogarnia fala radości zmieszana z falą wdzięczności. Czy moje gorliwe modły zostały wysłuchane właśnie tu, w Medjugorie - miejscu cudów? Czy Franek to moja, długo poszukiwana i w końcu odnaleziona, DRUGA POŁÓWKA?

Przez lata łudziłam się, że pewnego dnia stanie się cud i ta spadnie mi z nieba, niczym manna zrzucona Izraelitom na pustyni. No dobrze, może nie tyle spadnie, co zajedzie z piskiem opon pod moją chałupę. I to koniecznie czarnym Bugatti albo krwistoczerwonym Ferrari!

Po latach, gdy pod drzwiami nie pojawił się nawet właściciel zdezelowanego Trabanta, zrozumiałam, że Opatrzność wysyłała mi sygnały jak niegdyś Ickowi. Nie usłyszałam wprawdzie: "Ty Sabi, zagraj w Totka", ale raczej: "Ty kobieto, daj mi szansę i w końcu umów się na randkę!" No i wreszcie coś drgnęło!

JA: Masz dziewczynę? - przerywam brutalnie autopromocję Franka, by przejść do interesujących mnie konkretów. Niestety, ten nie reaguje... bo wciąż wymienia swoje zalety:

FS: Jestem bardzo namiętny, wysportowany, głęboko romantyczny, optymistyczny, mądry i inteligentny.

I wyjątkowo skromny - dodaję zgryźliwie, mrugając porozumiewawczo do swojego odbicia w lustrze. "Odbita Sabi" natychmiast odpowiada mi tym samym, a potem obie wybuchamy śmiechem jak dwie wariatki. Nie dziwcie się - szczęście czasem odbiera rozum.

FS: Żartujesz?! Gdybym miał dziewczynę, czy rozmawiałbym z Tobą W TAKI SPOSÓB?! oburza się Franek, w końcu łapiąc wątek.

Wow, ależ to uczciwy gość! Prawdziwy unikat w świecie męskich szowinistów. Jeśli to "Facet Idealny", to prawie nierealny. Znów mi się zrymowało? ? To pewnie na szczęście.

JA: Dlaczego nie? Wczoraj mówiłeś, że na Facebooku szukasz tylko "przyjaciółki"... - podpuszczam ukochanego i niecierpliwie czekam na jego reakcję.

Mijają minuty, zanim nadchodzi odpowiedź:

FS: To prawda, ale dziś czuję, że zaczynam cię lubić INACZEJ.

Oj, Franiu! - myślę zachwycona - Ja też lubię cię inaczej. ZDECYDOWANIE inaczej! Czas, by ci to wyznać!

JA: Naprawdę? Super! Ja prawie SZALEJĘ za tobą, kochanie! - piszę odważnie i czekam na "uczuciowy" rewanż.

Niestety, Franek znów odpowiada milczeniem. Odejmuję sobie w myślach następny punkt, a rozczarowanie zapijam kolejnym łykiem whisky.

JA: Opowiesz mi więcej o sobie i synku? - pytam, bo z długiej wyliczanki mojego amanta niewiele się dowiedziałam. - Jeśli nie chcesz, zrozumiem - dodaję wspaniałomyślnie. Niech gość wie, że ma do czynienia z kobietą wrażliwą i klasą samą w sobie.

Na szczęście ten ostatni zamierza się zwierzać:

FS: Życie mnie nie rozpieszczało, więc nauczyłem się siły i pokory. Mój ojciec był Brazylijczykiem, zmarł, gdy byłem dzieckiem. Matka - Kanadyjką - odeszła kilka lat temu. Byłem ich jedynym dzieckiem.

Moja mama była najcudowniejszą kobietą na świecie - troskliwą, kochającą, bogobojną, pełną szacunku dla innych i odpowiedzialności za mnie. Odeszła zbyt wcześnie, ale wierzę, że taka była Wola Boża. Teraz Derrick jest moją jedyną rodziną.

JA: Och... przykro mi, kochanie - odpisuję po chwili wymownej ciszy.

Boże, ileż ta moja sierotka przeżyła! -myślę prawdziwie poruszona. - Nie to co ja. Wciąż mam kochającą rodzinę i fajnych przyjaciół. Do szczęścia brakuje mi tylko męża.

FS: Mój syn przebywa teraz na wakacjach w Londynie. Jest wszystkim, co mam.

JA: Na pewno masz też wielu przyjaciół! Z taką osobowością (i wyglądem niezłego ciacha - dodaję w myślach) przyciągasz ludzi jak magnes. - Pisząc "LUDZI" mam na myśli wyłącznie KOBIETY!

FS: Niestety, nie utrzymuję wielu znajomości. Nikomu na mnie nie zależy. Jestem samotnym wilkiem.

Zastygam z wrażenia. Ten facet jest NIESAMOWITY! Nie dość, że:

1. dobry, przystojny i odważny,

2. szlachetny i współczujący,

3. troskliwy i opiekuńczy wobec syna-sieroty,

to jeszcze BEZ MATRYMONIALNYCH ZOBOWIĄZAŃ! Gdzież się taki okaz tak długo ukrywał, że żadna spryciara go do tej pory nie znalazła i nie zaciągnęła do ołtarza?!

Podekscytowana, puszczam wodze fantazji: wyrywam "samotnego wilka" z jego świata i wprowadzam do mojej rodziny. Mama już lepi pierogi, tato częstuje cygarem, a siostra udaje, że nie sprawdza go w social mediach... Jednym słowem, wszyscy przyjmują go z otwartymi ramionami. Potem żyjemy długo i szczęśliwie...

Opadam z "obłoków" na ziemię, gdy na laptopie dostrzegam zdjęcie uśmiechniętego chłopca. Młody ma około dziesięciu lat, ciemne włosy, brązowe oczy i rozłożone ręce - jakby chciał nimi objąć fotografa.

FS: To mój syn - wyjaśnia dumny tata, a ja jestem oczarowana - już nie wiem kim bardziej: ojcem czy jego potomkiem.

JA: OMG! Jaki słodziak! Jesteś szczęściarzem! ? ? ? ? ? ? ? ? - zachwycam się, sypiąc z uznania emotikonami.

FS: Derrick to cały mój świat.

JA: Przyznaję, jestem trochę zazdrosna, bo sama nie mam dzieci (...ale chętnie jakieś zaadoptuję! - dodaję w myślach).

FS: Mój syn mieszkał z babcią, dopóki ta nie umarła. Niech spoczywa w pokoju. Amen.

JA: Amen - powtarzam za Frankiem, po czym zapada długa cisza, której nie mam sumienia przerwać.

Modlę się w duchu za duszę staruszki, jednocześnie szukając mniej przygnębiającego tematu. Na szczęście, mój chłopak ratuje sytuację:

FS: Nie zazdrość mi, kochanie, mój syn może być też twoim... jeśli tylko go zechcesz. To błyskotliwy, pełen szacunku chłopiec.

Czy ten mężczyzna wielu cnót i talentów potrafi również czytać w cudzych myślach?

JA: Uwierz, z radością go zaadoptuję!

FS: Tak myślałem. Opowiem mu wkrótce o tobie.

Hurra! Ogarnia mnie fala czułości dla Franka i jego sierotki. Czyżby moje modlitwy zostały wysłuchane, a nawet dostałam więcej, czyli i męża, i syna? W takiej superpromocji: dwa w jednym?

FS: Poznałem żonę, gdy miałem trzydzieści lat. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Pobraliśmy się, urodził się Derrick... ale ukochana wkrótce zmarła na raka. Byłem potwornie nieszczęśliwy i bardzo cierpiałem, bo straciłem najdroższą osobę...

JA: Skarbie, właśnie wróciły moje przyjaciółki! - Faktycznie, Anka, Magda i Majka właśnie weszły do pokoju.

Niestety, dopiero teraz dostrzegam ostatni wpis Franka.

JA: Ups, właśnie przeczytałam twoje smutne wyznanie! Tak mi przykro, kochanie - dopisuję pośpiesznie.

Karcę się w myślach za brak należytej empatii wobec życiowej sytuacji Franka. Ależ mi wstyd! Pewnie zrobiłam na nim wrażenie nieczułej suki. Co o mnie pomyśli mój "Facet Idealny"?

Ale, jak to bywa z ideałami, Franio jest nie tylko przystojny, mądry, dobry i uroczy, ale również wyrozumiały, więc uspokaja mnie natychmiast:

FS: Niech ci nie będzie przykro, moja droga; tak czasami w życiu bywa. Bóg doświadcza tych, których najbardziej kocha.

Też mi pocieszenie! - myślę, wzdychając i natychmiast pieję obowiązkowe peany:

JA: Kochanie, jesteś wyjątkowy! To szczęście mieć tak IDEALNEGO przyjaciela.

"Ideał" nie tylko nie zaprzecza, ale wprost przeciwnie - kontynuuje swoją wyliczankę:

FS: Uwielbiam pomagać, ale wiem, że pewnego dnia umrę. Takie właśnie jest życie i po to je mamy. Powinniśmy żyć i poświęcać je innym.

Zupełnie nie kumam, do czego zmierza autor tego patetycznego przesłania, więc milczę. Poza tym, nie mam odwagi przerywać tak poruszającego wywodu.

FS: Śmierć żony była jak zły sen - niech dusza jej spoczywa w pokoju. Nie mam znajomych, nie randkuję - to przez charakter mojej pracy. W związku cenię zaufanie, komunikację, zrozumienie, uczciwość. Życie to dar od Boga, który trzeba przeżyć w miłości.

No to wszystko jasne! Moja, dopiero co odnaleziona "druga połówka jabłka" wciąż przeżywa stratę ukochanej Pani Małżonki. Czy Franek jest gotowy na nowy związek? Jeśli nie, to czeka mnie trudne zadanie.

JA: Masz rację... - przytakuję, po czym zapadam w wymowne milczenie.

Chcę się nad pięknymi słowami ukochanego "pochylić" z należytą pokorą. Niestety, zamiast tego, nad moimi plecami pochyla się smarkata Majka. Ciekawska dziewczyna bezceremonialnie zerka mi przez ramię. Złapana na gorącym uczynku "romansowania na pielgrzymce", szybko zamykam klapę laptopa.

Czatując, zatraciłam poczucie czasu i nie zauważyłam, że już pora kolacji. Niestety oznacza to przerwanie flirtu i to w tak intrygującym momencie! Przeganiam Majkę, otwieram ponownie laptopa i piszę:

JA : Słuchaj, skarbie, znajome wróciły i...

Franek mnie jednak ignoruje i z niezachwianą pewnością siebie kontynuuje wyliczankę swoich niezliczonych zalet.

FS: Jestem aktywny. Gram w squasha, kręgle, szachy, a nawet warcaby. Pływam, jeżdżę na nartach i na rowerze. Czasem łowię ryby i kraby. Grywam też w golfa.

Squash, kraby, golf? No, no, ten chłop to prawdziwy człowiek renesansu! Z kimś tak wszechstronnym nie można się nudzić!.

Czuję, że pasujemy do siebie z Frankiem. Ja też uprawiam sport, a poza tym jestem wulkanem energii - prawdziwą torpedą firecracker! Tę ksywkę nadał mi Kevin - mój były amerykański szef. Uwierzcie lub nie, ale w ustach tego gościa był to wyraz dużego uznania.

Wreszcie Franek kończy swoją autopromocję. Pewnie dotarło do niego, że nieco przesadził z przechwałkami... a może po prostu wyczerpał listę sportowych wyczynów?

FS: Kochanie, jeśli chcesz teraz porozmawiać z koleżankami, to się nie krępuj. Daj tylko znać, gdy już sobie pójdą.

JA: Oczywiście! Uwielbiam z tobą rozmawiać Frankie!

Jestem zafascynowana, oszołomiona i... kompletnie zauroczona! Nie mogę uwierzyć, że szczęście, które przez lata omijało mnie szerokim łukiem, teraz się do mnie uśmiecha. Spotkałam mężczyznę swojego życia!

Oczywiście, nie bez znaczenia jest fakt, że poznałam go właśnie tu i teraz. Wymodliłam gościa na pielgrzymce! Nastąpił kolejny CUD w Medjugorje! Księżniczka w końcu spotkała swojego rycerza! Hurra, hurrra, hurrrra!!!

Franek kończy czat zaskakującym "kocham cię". Ta nagła deklaracja uczuć oszałamia mnie, ale i wzbudza lekki niepokój. Dlaczego mój żołnierz wyznaje mi miłość z prędkością radzieckiego karabinu maszynowego? Czy to możliwe, by TAKI mężczyzna zakochał się w KIMŚ TAKIM jak ja w TAK KRÓTKIM czasie?

Ale właściwie czemu nie? Ja też go prawie kocham. Udowodnił mi przecież - na razie tylko w słowach - że jest wrażliwym, troskliwym, a przy tym WOLNYM mężczyzną! Tacy faceci działają na kobiety jak lep na muchy.

Ależ miałam szczęście, że Franek właśnie MNIE wypatrzył na Facebooku i przy tym okazałam się być jego typem kobiety! Niesamowite! Wszyscy wiemy, jaka jest tam konkurencja w TYCH sprawach. Kocham Franka! Kocham Facebooka! Kocham życie! Hurra!!!

JA: Ja ciebie też! ? ? ? ? ? ? ? - rewanżuję się podobnym wyznaniem i na dowód znów dołączam lawinę buziaków.

- A ja ciebie nie! - słyszę nagle głos Anki. Zaskoczona odwracam się i napotykam trzy pary zaciekawionych oczu.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.