Jak śpią pasożyty - Bartosz Florianowicz

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Ivo

Mia­sto zno­wu śmier­dzia­ło. Przy­naj­mniej tak uwa­żał. Po­wie­trze było cięż­kie w ten lip­co­wy po­ra­nek i każ­dy od­dech był wy­sił­kiem, któ­ry do­dat­ko­wo był spo­tę­go­wa­ny przez po­ran­ne­go kaca. Ivo prze­krę­cił się na bok, żeby do­się­gnąć szklan­ki, któ­rą po­sta­wił pod ręką już wie­czo­rem, bo wie­dział, że nad­cią­ga nie­unik­nio­ne. Żył w za­wie­sze­niu po­mię­dzy wol­no­ścią, jaką da­wa­ły mu nie­daw­no za­koń­czo­ne stu­dia, a sza­rą co­dzien­no­ścią i ko­niecz­no­ścią za­ra­bia­nia na sa­me­go sie­bie. Syn­drom wczo­raj­sze­go wie­czo­ru sku­tecz­nie za­bu­rzył jego zdol­ność do oce­ny od­le­gło­ści dło­ni od szklan­ki, któ­ra za­ha­czo­na upa­dła na pod­ło­gę i roz­bi­ła się, wy­peł­nia­jąc po­kój głu­chym huk­nię­ciem.

"Kur­wa" - po­my­ślał.

Nie miał cza­su zbie­rać tego, co zo­sta­ło z jego po­nie­dział­ko­we­go koła ra­tun­ko­we­go. W chwi­li, gdy za­klął w my­ślach, jego umysł zo­stał wy­rwa­ny z try­bu wy­bu­dza­nia przez bru­tal­ny dźwięk alar­mu w te­le­fo­nie. Kie­dy wresz­cie uda­ło mu się tra­fić w przy­cisk wy­łą­cza­ją­cy, spoj­rzał na nad­cią­ga­ją­cy wy­rok. Sie­dem wia­do­mo­ści od jego dziew­czy­ny. Zno­wu po­peł­nił naj­gor­sze wy­kro­cze­nie i wy­ha­mo­wał o je­den drink za da­le­ko. Zmę­czo­ny ca­łym ty­go­dniem, stwier­dził, że nie­dziel­ne drin­ki przy­nio­są ulgę. Nie wy­kal­ku­lo­wał jed­nak róż­ni­cy mię­dzy re­lak­sem a za­śnię­ciem i jego wia­do­mo­ści z dziew­czy­ną urwa­ły się na­gle. Wie­dział, że bę­dzie mu­siał prze­pra­szać. Je­dy­nym dy­le­ma­tem było, czy zro­bić to od razu, czy cze­kać, aż zo­ba­czą się na żywo. Dla uśpie­nia swo­je­go su­mie­nia, że dał cia­ła, wy­słał tyl­ko krót­kie: Prze­pra­szam, ale za­spa­łem, i ru­szył w kla­sycz­ny ta­niec czło­wie­ka zbie­ra­ją­ce­go się do pra­cy.

Or­kie­stra w po­sta­ci te­le­wi­zo­ra przy­gry­wa­ła kla­sycz­ne po­ran­ne wia­do­mo­ści. Po­li­tyk przy­ła­pa­ny na przyj­mo­wa­niu ła­pów­ki. Ostrze­że­nie przed zmie­nia­ją­cą się po­go­dą. Ko­lej­ne mor­der­stwo z oka­le­czo­ną ofia­rą. Gdy usły­szał to ostat­nie, stwier­dził, że ma już tego do­syć i woli jed­nak zjeść świe­żo przy­rzą­dzo­ne płat­ki bez ta­kie­go akom­pa­nia­men­tu. Po­mysł na płat­ki był o tyle tra­fio­ny, że mle­ko sta­no­wi­ło do­sko­na­ły sub­sty­tut utra­co­nej szklan­ki wody. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Zdą­ży skoń­czyć płat­ki i wziąć szyb­ki prysz­nic, któ­ry po­sta­wi go na nogi. Może i nie wy­ro­bi się na ten co za­wsze po­ciąg do cen­trum, ale prze­cież spóź­nie­nie się do ro­bo­ty o pięt­na­ście mi­nut jesz­cze ni­ko­go nie za­bi­ło. Li­czył też na wy­ro­zu­mia­łość sze­fo­wej. Może na­wet i ją do­rwie ta klą­twa zwa­na po­nie­dział­kiem i nie bę­dzie o cza­sie. Kie­dy wresz­cie do­biegł na pe­ron, po­czuł dwie rze­czy. Jed­ną z nich była de­li­kat­na rosa na jego ple­cach, któ­ra za­czę­ła się two­rzyć przez po­śpiech, jaki mu to­wa­rzy­szył w mar­szu. Dru­gą były wi­bra­cje te­le­fo­nu w kie­sze­ni. Wia­do­mość od dziew­czy­ny.

Po­wi­nie­neś był prze­pro­sić na żywo, a nie w wia­do­mo­ści... - na­pi­sa­ła.

"Kur­wa" - zno­wu po­my­ślał.

Gdy wsia­dał do po­cią­gu, do­tar­ło do nie­go, że to nie bę­dzie uda­ny po­nie­dzia­łek. Nie wie­dział tyl­ko, że cały ten ty­dzień nie bę­dzie uda­ny i ta oka­le­czo­na ofia­ra z te­le­wi­zji jesz­cze da mu o so­bie znać.

-

Bu­dy­nek ko­men­dy z ze­wnątrz przy­po­mi­nał mały dwo­rek z ga­tun­ku tych, w ja­kich ro­dzi­li się zna­ni kom­po­zy­to­rzy, z nut­ką szorst­kiej es­te­ty­ki kina noir. Jego śro­dek stał jed­nak w cał­ko­wi­tej sprzecz­no­ści z fa­sa­dą. Wy­koń­czo­ny zgod­nie z naj­no­wo­cze­śniej­szy­mi stan­dar­da­mi, za­rów­no tech­no­lo­gicz­nym, jak i tymi z za­kre­su ener­go­osz­częd­no­ści, przy­po­mi­nał bar­dziej no­wo­cze­sny biu­ro­wiec niż miej­sce, w któ­rym moż­na było zgło­sić kra­dzież to­reb­ki. Wszyst­ko to wy­ni­ka­ło z na­ci­sków na ko­men­dan­ta, ja­kie sku­tecz­nie wy­wie­ra­ła sze­fo­wa Ivo. Jej aura była bar­dzo zbli­żo­na do tej, jaką na myśl przy­wo­dził ten bu­dy­nek. Funk­cja po­nad for­mą. Ivo miał na­dzie­ję, że uda mu się prze­mknąć nie­po­strze­że­nie do biur­ka, jed­nak kie­dy już był go­tów otwo­rzyć swo­ją szaf­kę, żeby wy­cią­gnąć rze­czy po­trzeb­ne do pra­cy, usły­szał jej głos za ple­ca­mi.

- Czyż­by o je­den drink za dużo? - za­py­ta­ła Ani­ta.

Dzi­wi­ło go, że tak do­brze jest go w sta­nie prze­świe­tlić. Je­dy­ne wy­tłu­ma­cze­nie, ja­kie po­tra­fił zna­leźć, to fakt, że kie­dy zbie­ra­ła ze­spół ze świe­żych ab­sol­wen­tów kry­mi­na­li­sty­ki, była za­in­te­re­so­wa­na bar­dziej nim niż in­ny­mi kan­dy­da­ta­mi.

- Skąd ty wiesz ta­kie rze­czy? - od­bił pi­łecz­kę, cho­ciaż pa­mię­tał, jak wie­lo­krot­nie był upo­mi­na­ny, że nie od­po­wia­da się py­ta­niem na py­ta­nie.

- Wi­dzę, że masz pod­krą­żo­ne oczy. To jesz­cze o ni­czym nie świad­czy, bo rów­nie do­brze mo­głeś się po pro­stu nie wy­spać. Nie­sie się też za tobą le­d­wie wy­czu­wal­na woń al­ko­ho­lu, któ­ra jest tłu­mio­na przez per­fu­my i gumę do żu­cia. To też jesz­cze o ni­czym nie świad­czy, bo mo­głeś użyć pły­nu do de­zyn­fek­cji rąk. Ale to, że od­po­wie­dzia­łeś py­ta­niem na py­ta­nie, mówi wszyst­ko.

Z jed­nej stro­ny był pod wra­że­niem tego, jak po­tra­fi­ła prze­ło­żyć tak pro­stą sy­tu­ację na po­ziom wręcz sub­a­to­mo­wy. Z dru­giej tro­chę mu ulży­ło, że cho­ciaż ta kwe­stia nie wią­za­ła się z jej zdol­no­ścią do prze­świe­tla­nia go, tyl­ko była pod­par­ta de­duk­cją. Mimo że sło­wo "men­tor" przez kul­tu­rę sta­ro­żyt­nej Gre­cji ko­ja­rzy­ło się głów­nie z męż­czy­zną, to Ivo uwa­żał, że nikt nie pa­su­je do tego ty­tu­łu bar­dziej niż jego sze­fo­wa. Ani­ta przez swo­ją pre­zen­cję bu­dzi­ła re­spekt i po­dziw. Jej wej­ście do po­ko­ju nie umy­ka­ło ni­ko­mu. Nie było to spo­wo­do­wa­ne tyl­ko bu­do­wą jej cia­ła god­ną ama­zo­nek, któ­ra sku­tecz­nie ma­sko­wa­ła jej wiek. Licz­ba prze­ży­tych przez nią wio­sen była dla więk­szo­ści ta­jem­ni­cą, a każ­dy z no­wych tech­ni­ków, do któ­rych za­li­czał się Ivo, oba­wiał się, że ta­kie py­ta­nie spro­wa­dzi go z po­zio­mu ab­sol­wen­ta kry­mi­na­li­sty­ki do po­zio­mu przed­szko­la­ka. Nie, to nie była żad­na z tych rze­czy. To wzrok, któ­ry prze­wier­cał się przez skó­rę, mię­śnie, ko­ści, aż do­cie­rał do sa­me­go du­cha czło­wie­ka.

- By­łem zmę­czo­ny ostat­nim ty­go­dniem. Wiesz, krę­ci­my się non stop wo­kół jed­nej spra­wy - od­po­wie­dział Ivo, bo uznał, że nie ma sen­su da­lej klu­czyć.

Kie­dy wy­po­wie­dział te sło­wa, do­tar­ło do nie­go, jak sła­be jest to tłu­ma­cze­nie.

- Spo­koj­nie. Nie oce­niam - skwi­to­wa­ła krót­ko.

Zdzi­wił go ten la­ko­nicz­ny ton. Na­gle od­gar­nę­ła kru­czo­czar­ne wło­sy, któ­re gdzie­nie­gdzie były przy­pró­szo­ne srebr­ny­mi ko­smy­ka­mi. I w tym mo­men­cie już wie­dział. Zo­ba­czył to przez uła­mek se­kun­dy w jej bla­do­zie­lo­nych oczach. Pora na do­krę­ce­nie śru­by. Nie wi­dział jesz­cze tyl­ko, ile niu­to­no­me­trów ten klucz dy­na­mo­me­trycz­ny przy­ło­ży.

- Krę­ci­my? W sen­sie, że "my"? Chłop­cze, ta spra­wa jest lata świetl­ne od two­jej ligi. Le­d­wo kół­ka od ro­wer­ka od­krę­ci­łeś, a już chcesz w Tour de Fran­ce star­to­wać?

"Wła­śnie dla­te­go wy­łącz­nie skoń­czo­ny du­reń pró­bo­wał­by ją za­py­tać o wiek" - po­my­ślał Ivo.

- Na ra­zie bio­rę tę spra­wę na sie­bie - kon­ty­nu­owa­ła - bo mamy tak na­praw­dę jed­ną rzecz wspól­ną dla każ­de­go z tych in­cy­den­tów. Jak doj­dę do wnio­sku, że po­trzeb­na mi po­moc, to na pew­no zwró­cę się do cie­bie. Tyl­ko naj­pierw się ogar­nij. Przy­naj­mniej gębę ob­myj w to­a­le­cie, bo wi­dać, że się spie­szy­łeś na po­ciąg.

In­cy­dent. Ni­g­dy nie uży­wa­ła sło­wa "mor­der­stwo". Ivo po­dej­rze­wał, że to pró­ba unik­nię­cia wy­ho­do­wa­nia w so­bie znie­czu­li­cy, tak ty­po­wej dla tej pra­cy. To nie strach po­wo­do­wał, że Ivo nie pró­bo­wał jej po­pra­wiać. Chciał usza­no­wać jej pan­cerz, któ­ry i tak już spo­ro zno­sił. Po­dej­rze­wał też, że ten pan­cerz sku­tecz­nie osła­niał ją przed ja­ki­mi­kol­wiek aspi­ra­cja­mi do wyż­szych sta­no­wisk. Mu­sia­ła­by wte­dy sta­wiać czo­ła nie tyl­ko okru­cień­stwom ludz­kiej na­tu­ry, lecz tak­że ca­łej ma­chi­nie gie­rek, pod­stę­pów i ani­mo­zji ty­po­wych chy­ba dla każ­de­go miej­sca pra­cy. A staw­ka ro­śnie pro­por­cjo­nal­nie do wy­so­ko­ści zaj­mo­wa­ne­go sta­no­wi­ska. Wy­star­cza­ło to, że góra li­czy­ła się z jej zda­niem i czę­sto kon­sul­to­wa­ła z nią prze­róż­ne spra­wy, po­mi­mo że była za­le­d­wie kie­row­nicz­ką ze­spo­łu tech­ni­ków.

- Do­bra, lecę na jed­nej nóż­ce, z uśmie­chem na ustach, się ogar­nąć. Za­cząć od ogar­nia­nia swo­ich fi­nan­sów czy od ży­cia uczu­cio­we­go? - za­żar­to­wał.

Wie­dział, że jest jed­nym z tych, któ­rzy rzu­ca­ją dow­ci­py bez wzglę­du na sy­tu­ację i kon­se­kwen­cje.

Na jej twa­rzy, któ­ra w ką­ci­kach ust była ude­ko­ro­wa­na drob­ny­mi zmarszcz­ka­mi, za­wi­tał de­li­kat­ny i nie­wy­mu­szo­ny uśmiech.

- Śmiesz­kuj tak da­lej, Wik­to­ro­wicz, to bę­dziesz ogar­niał zu­ży­te do­wo­dy z ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym. I nie mam na my­śli krwi.

Klon uśmie­chu Ani­ty po­ja­wił się na twa­rzy Ivo. Ski­nął gło­wą i do­dał przed uda­niem się do to­a­le­ty:

- Wi­dzi­my się na od­pra­wie.

- Tyl­ko się uwi­jaj. Nie mam pro­ble­mu z tłu­ma­cze­niem się, gdy ko­men­dant się przy­cze­pia o nie­obec­nych z mo­je­go ze­spo­łu na od­pra­wie. Po pro­stu nie lu­bię tego ro­bić w po­nie­dział­ki.

-

Mimo że ko­men­da we­wnątrz była nad wy­raz no­wo­cze­sna, to ła­zien­ki mia­ły ty­po­we chłod­ne wy­koń­cze­nie. Szcze­gól­nie dało się to od­czuć przez świa­tło, ja­kie rzu­ca­ły kla­sycz­ne ja­rze­niów­ki. Ivo po­cze­kał chwi­lę, aż prze­sta­ną mi­go­tać. Do­biegł szyb­ko do umy­wal­ki, bo nie chciał zo­ba­czyć swo­je­go od­bi­cia w lu­strze. Czuł, że nie jest dziś pierw­szej świe­żo­ści. Wo­lał spoj­rzeć do­pie­ro po opłu­ka­niu twa­rzy, jak­by li­czył na to, że zim­na woda zmie­ni go w gwiaz­dę fil­mo­wą, do któ­rej wzdy­cha­ją rze­sze fa­nów. Ta myśl to­wa­rzy­szy­ła mu tyl­ko przez chwi­lę. Był świa­dom tego, jak bar­dzo wszy­scy lu­bią sami sie­bie oszu­ki­wać, więc sta­rał się nie kar­mić w so­bie tego pod­sta­wo­we­go in­stynk­tu.

Po umy­ciu twa­rzy spoj­rzał wresz­cie w lu­stro. Nie spodo­ba­ło mu się to, co zo­ba­czył. To nie jego wiek był pro­ble­mem, w koń­cu był mło­dym czło­wie­kiem świe­żo po stu­diach. Był świa­dom, że pod tymi kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi, z któ­rych for­mo­wa­ła się buj­na czu­pry­na, cho­wa­ją się jed­ni z naj­gor­szych prze­ciw­ni­ków każ­de­go czło­wie­ka. Prze­my­śle­nia. Jego wła­śnie krę­ci­ły się wo­kół jed­nej z naj­gor­szych sfer, czy­li prze­mi­ja­nia. Wie­dział, że czas słod­kiej bez­tro­ski prze­mi­nął bez­pow­rot­nie. Te­raz nad­cią­ga­ło zde­rze­nie z sza­rą rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra bę­dzie przy­tła­cza­ła tym bar­dziej, im da­lej bę­dzie od cza­sów, w któ­rych kró­lo­wa­ły nie­od­po­wie­dzial­ność, bez­myśl­ność i he­do­nizm. Wie­le osób mó­wi­ło mu, że jest wy­jąt­ko­wo doj­rza­ły jak na swój wiek i świa­do­mość nie­ubła­gal­no­ści upły­wu cza­su była jed­nym z ele­men­tów, któ­re do­sko­na­le o tym świad­czy­ły.

Prze­tarł twarz i ru­szył ospa­le na po­wi­ta­nie pierw­sze­go po­nie­dział­ko­we­go obo­wiąz­ku, ja­kim była po­ran­na od­pra­wa.

-

- Jak sy­tu­acja z kawą? - za­py­tał ko­men­dant.

Fi­lip Mol­nic­ki już po­nad dwa lata pia­sto­wał to sta­no­wi­sko i pa­sja do mi­kro­za­rzą­dza­nia prze­ro­dzi­ła się w fa­na­tycz­ne od­da­nie tej for­mie nad­zo­ro­wa­nia lu­dzi. Ivo po­dej­rze­wał, że musi się to brać z so­lid­nych nie­do­bo­rów pew­no­ści sie­bie. Do­wie­dział się od Ani­ty, że miał uła­twio­ną dro­gę na to sta­no­wi­sko ze wzglę­du na "ple­cy" w mi­ni­ster­stwie spraw we­wnętrz­nych. Ta­kie skró­ty nie­wąt­pli­wie uła­twia­ją ży­cie, ale unie­moż­li­wia­ją czło­wie­ko­wi po­ka­za­nie, z cze­go tak na­praw­dę jest ule­pio­ny. Je­dy­ne, co mógł po­ka­zać jako akt cał­ko­wi­cie za­leż­ny od nie­go, to ukry­cie po­stę­pu­ją­cej ły­si­ny. Do tego celu wy­brał naj­bar­dziej okle­pa­ne ze wszyst­kich moż­li­wych roz­wią­zań, czy­li za­cze­skę. W po­łą­cze­niu z jego krą­głą i ni­ską po­stu­rą da­wa­ło to ob­raz ra­czej gro­te­sko­wej po­sta­ci zło­czyń­cy z ko­mik­sów niż cie­szą­ce­go się po­sza­no­wa­niem pod­wład­nych ko­men­dan­ta. Ivo wy­czu­wał, że Mol­nic­ki jest świa­dom tych nie­do­cią­gnięć w swo­jej apa­ry­cji i jest to jego wi­sien­ka na tor­cie o sma­ku bra­ku pew­no­ści sie­bie.

"Oso­by, na któ­re po­tra­fi­my spoj­rzeć naj­bar­dziej po­wierz­chow­nie, to my sami" - po­my­ślał Ivo.

On też nie był szcze­gól­nie wy­spor­to­wa­ny. Uwa­żał, że sko­ro od tech­ni­ków nie wy­ma­ga się stan­dar­do­wych te­stów wy­dol­no­ścio­wych, ta­kich jak od po­li­cjan­tów pra­cu­ją­cych w te­re­nie, to wy­star­czy ab­so­lut­ne mi­ni­mum, je­śli cho­dzi o ćwi­cze­nia. W jego słow­ni­ku tym mi­ni­mum był spa­cer na po­ciąg do pra­cy, a po niej ze sta­cji do domu. Mimo to nie cier­piał na od­kła­da­ją­ce się bocz­ki czy scho­ro­wa­ny krę­go­słup. Bło­go­sła­wień­stwo czło­wie­ka przed trzy­dziest­ką.

- Kawy w zu­peł­no­ści wy­star­czy do koń­ca mie­sią­ca - od­po­wie­dział kie­row­nik dzia­łu ad­mi­ni­stra­cji. - Cia­stek tak­że.

- Może dasz się wresz­cie wy­po­wie­dzieć "cia­stecz­kom" ze swo­je­go ze­spo­łu? - rzu­cił Fi­lip i spoj­rzał lu­bież­nie na żeń­ską cześć za­ło­gi ad­mi­ni­stra­cji.

"Je­śli cho­dzi o od­dzie­le­nie oce­nia­nia wy­glą­du i za­cho­wa­nia, to sła­bo ci, sta­ry, idzie" - ta myśl wy­jąt­ko­wo szyb­ko prze­bie­gła przez umysł Ivo. Ale nie tak szyb­ko, jak ri­po­sta Ani­ty.

- Ty się zaj­mij wpie­prza­niem zwy­kłych cia­stek, a nie wpie­prza­niem się w to, jak dzia­ła ze­spół ad­mi­ni­stra­cji.

- No już, już, Ani­ta. Czy czło­wiek nie może tro­chę roz­ła­do­wać na­pię­cia w po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek?

- Może. Pod wa­run­kiem że jest za­baw­ny.

Trze­ba było przy­znać jej jed­no. Wie­dzia­ła, kie­dy się po­sta­wić, i nie zwa­ża­ła na kon­se­kwen­cje. Ivo był pod wra­że­niem ta­kie­go re­be­lianc­kie­go na­sta­wie­nia. Tym bar­dziej że naj­czę­ściej ob­ja­wia­ło się ono w sy­tu­acjach, kie­dy trze­ba było bro­nić tych, któ­rzy sami bro­nić się nie mo­gli. Ide­al­na ce­cha osób na szczy­cie hie­rar­chii ja­kiej­kol­wiek struk­tu­ry spo­łecz­nej. Nie­ste­ty, oso­by za­rzą­dza­ją­ce bar­dzo rzad­ko po­win­ny w ogó­le się tym zaj­mo­wać, a ci, któ­rzy zo­sta­li do tego stwo­rze­ni, za­zwy­czaj się do tego nie pcha­ją.

- No do­brze, sko­ro mamy część ad­mi­ni­stra­cyj­ną za sobą, to po­pro­szę o opusz­cze­nie sali przez oso­by nie­zwią­za­ne ze spra­wą X. Dro­gów­ka, wy mo­że­cie zo­stać, je­śli chce­cie. Tyl­ko pa­mię­taj­cie, jak doj­dzie do ja­kie­goś prze­cie­ku do pra­sy, to was też będę ma­glo­wał.

Dro­gów­ka była na tyle by­stra, żeby znać sta­re po­rze­ka­dło, że im mniej czło­wiek wie, tym dłu­żej po­ży­je, i opu­ści­ła salę od­praw ra­zem z pra­cow­ni­ka­mi ad­mi­ni­stra­cji.

- Je­śli oglą­da­li­ście po­ran­ne wia­do­mo­ści - kon­ty­nu­ował Mol­nic­ki - to wie­cie już za­pew­ne, że pra­sa do­sta­ła cynk o trze­ciej ofie­rze. W ca­łym tym szam­bie plu­sem jest to, że przy­naj­mniej nie wie­dzą, co kon­kret­nie robi nasz spraw­ca, i ogra­ni­cza­ją się do sfor­mu­ło­wa­nia "oka­le­czo­na ofia­ra". Nie chcę, żeby ja­kiś dzien­ni­ka­rzy­na wpadł na po­mysł ksyw­ki w sty­lu "Ję­zyk", "Ję­zor" albo nie daj Boże "Ozór". Kry­mi­nal­ni! - zwró­cił się do naj­bar­dziej psy­chicz­nie zdy­stan­so­wa­nej gru­py w po­ko­ju. - Po­wiedz­cie mi, że coś ma­cie. Przy trzech ofia­rach i za­in­te­re­so­wa­niu me­diów to na pew­no zwró­ci uwa­gę mi­ni­ster­stwa.

"Ach tak. Mi­ni­ster­stwo. Jak­by to był naj­waż­niej­szy pro­blem w ca­łej tej po­pie­przo­nej spra­wie" - po­my­ślał Ivo.

- Nic nie mamy - ode­zwał się po­rucz­nik.

Jego imie­nia Ivo jesz­cze nie zdą­żył za­pa­mię­tać, ale wie­dział, że on i Ani­ta da­rzą się wza­jem­nym sza­cun­kiem, więc to w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło, żeby li­czyć się z jego zda­niem.

- Żad­na z ofiar nie mia­ła cech wspól­nych z po­przed­nią - kon­ty­nu­ował po­rucz­nik. - Za­rów­no płeć, rasa, wiek, jak i sta­tus ma­te­rial­ny każ­dej z ofiar były inne.

- Skąd wie­cie, że spraw­ca mógł brać pod uwa­gę sy­tu­ację ma­te­rial­ną? - wtrą­cił się na­gle Ivo.

Do­strzegł kar­cą­cy wzrok Ani­ty. Już wcze­śniej zda­rzy­ło mu się wy­pa­lić jak z od­bez­pie­czo­nej bro­ni w rę­kach szym­pan­sa i wie­dział, że bę­dzie się to wią­za­ło z uwa­ga­mi Ani­ty po od­pra­wie. Ale cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła nad kon­se­kwen­cja­mi.

- Wie­my, że pierw­sza z ofiar miesz­ka­ła na osie­dlu ty­po­wym dla kla­sy śred­niej. Dru­ga w dom­ku jed­no­ro­dzin­nym, ta­kim, ja­kie dzia­ne ćwo­ki so­bie bu­du­ją, żeby uciec z mia­sta. Z ko­lei trze­cia w ob­skur­nej pi­pi­dó­wie, gdzie miesz­ka­ją głów­nie imi­gran­ci.

- A po­my­śle­li­ście, że spraw­ca lub spraw­czy­ni ce­lo­wo wy­bie­ra­li ofia­ry z róż­nych klas spo­łecz­nych? - wtrą­ci­ła się Ani­ta.

Tym py­ta­niem pod­bu­do­wa­ła Ivo, bo do­kład­nie w tę stro­nę zmie­rzał ze swo­im pierw­szym py­ta­niem.

- Cie­ka­wa teo­ria. Przyj­rzy­my się jej.

- Przy­glą­daj­cie się szyb­ciej.

Ivo do­strzegł, że poza tą sub­tel­ną wy­mia­ną zło­śli­wo­ści do­szło też do wy­mia­ny uśmie­chów. Naj­czyst­sza for­ma wza­jem­ne­go sza­cun­ku.

- No do­brze, to sko­ro już wie­my, co nie łą­czy tych ofiar - wtrą­cił ko­men­dant - to czy ist­nie­je coś, co je łą­czy?

- Poza wy­cię­tym ję­zy­kiem - roz­po­czął po­rucz­nik - i wy­rwa­ną ze sta­wu...

- Bła­gam! - wrza­snął Mol­nic­ki. - Nie chcę słu­chać tego, co jest dla nas oczy­wi­ste. Li­czy­łem na ja­kieś no­wo­ści.

"Żeby sprze­dać je mo­je­mu ko­cha­ne­mu ko­le­dze z mi­ni­ster­stwa" - do­koń­czył za nie­go w my­ślach Ivo.

- Do­bra - po­wie­dział zre­zy­gno­wa­ny ko­men­dant - ko­niec od­pra­wy. Brać się do ro­bo­ty i li­czę na efek­ty do czwart­ku.

Ivo do­my­ślił się, że ko­men­dant spo­dzie­wa się wi­zy­ta­cji z mi­ni­ster­stwa w pią­tek. Ra­zem z in­ny­mi ze­brał swo­je rze­czy i ru­szył do biur­ka. Już miał iść po kawę, gdy na dro­dze sta­nę­ła mu Ani­ta.

- No to po­chwal się, jaki ku­pi­łeś - rzu­ci­ła, czym za­sko­czy­ła Ivo.

Wcze­śniej opo­wie­dział jej o swo­ich pla­nach wo­bec dziew­czy­ny, z któ­rą miesz­kał od dwóch lat, więc kwe­stia wi­zy­ty u ju­bi­le­ra też nie była ta­jem­ni­cą.

- Nie jest zbyt oka­za­ły. Wiesz, do­pie­ro za­czy­nam ka­rie­rę i to ra­czej w nie­zbyt do­cho­do­wej bran­ży...

Ani­ta zer­k­nę­ła, gdy wy­cią­gał szka­tuł­kę z szaf­ki przy biur­ku. Szaf­ka była za­my­ka­na na klu­czyk, a ra­czej nikt nie pró­bo­wał­by wła­mać się na ko­men­dę, żeby ukraść pier­ścio­nek z dia­men­tem nie­prze­kra­cza­ją­cym dwóch dzie­sią­tych ka­ra­ta.

- Jest ide­al­ny - po­wie­dzia­ła Ani­ta, co pod­bu­do­wa­ło Ivo, któ­ry oba­wiał się, że może nie spro­stać wy­ma­ga­niom mi­ło­ści jego ży­cia. - Kie­dy wra­ca?

- Z de­le­ga­cji? Dzi­siaj. Mam ją ode­brać z lot­ni­ska, bo te kor­po­lu­dzi­ki od niej stwier­dzi­ły, że jesz­cze spę­dzą nie­dzie­lę na zwie­dza­niu i że wró­cą w po­nie­dzia­łek. Czy ci lu­dzie z kor­po­ra­cji aż tak nie lu­bią cza­su z bli­ski­mi?

- A bo ja wiem? Może pra­cu­ją przy ja­kichś cho­rych i wstręt­nych spra­wach, o któ­rych nikt nor­mal­ny nie opo­wia­dał­by bli­skim.

Za­śmia­li się obo­je, bo to był ide­al­ny przy­tyk do tego, z czym sami na co dzień się uże­ra­li. Gdy we­so­ła at­mos­fe­ra tro­chę przy­ga­sła, Ivo do­dał:

- Jest je­den pro­blem...

- Mia­no­wi­cie? - za­py­ta­ła za­in­try­go­wa­na Ani­ta.

- Prze­pro­si­łem przez wia­do­mość, a nie na żywo.

Ci­che "uuu" z ust Ani­ty uświa­do­mi­ło Ivo, że za­nim do­bie­gnie do mety, bę­dzie mu­siał się jesz­cze chwi­lę po­czoł­gać.

Roz­dział 2

Anita

Drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Cho­ciaż miesz­ka­nie pod­czas jej nie­obec­no­ści było za­miesz­ki­wa­ne tyl­ko przez dwa ptasz­ni­ki, chcia­ła je prze­pro­sić za ha­łas, ja­kie­go na­ro­bi­ła, mimo że nie było to spe­cjal­nie. Ob­ła­do­wa­na lap­to­pem, drob­ny­mi za­ku­pa­mi i żar­ciem na wy­nos nie sko­or­dy­no­wa­ła ma­new­ru otwie­ra­nia drzwi i efekt był, jaki był.

"Mu­szę wresz­cie ogar­nąć do­bry ple­cak na lap­to­pa" - po­my­śla­ła.

Lu­bi­ła, gdy ta­kie małe pro­ble­my wy­ła­nia­ły się z pust­ki wszech­świa­ta. Były ła­twe do roz­wią­za­nia, a przy­no­si­ły sa­tys­fak­cję, jaką prze­bi­ja­ło wy­łącz­nie roz­wią­za­nie spra­wy. Stwier­dzi­ła, że z drob­nych za­ku­pów po­cho­wa tyl­ko te, któ­re wy­ma­ga­ją umiesz­cze­nia w lo­dów­ce, a po­zo­sta­łe zo­sta­wi na ra­zie na bla­cie, bo jej żo­łą­dek za gło­śno wzy­wał za­war­tość tor­by z je­dze­niem z fast fo­odu. Nie za­wsze ucie­ka­ła się do ta­kich skró­tów, jed­nak tym ra­zem za­le­ża­ło jej na cza­sie.

Sta­ra­ła się utrzy­my­wać miesz­ka­nie w nie­na­gan­nej czy­sto­ści. Róż­ni­ło się wręcz dra­stycz­nie od no­wo­cze­snych wnętrz ko­men­dy. W jej kró­le­stwie pa­no­wał cie­pły kli­mat drew­na i zie­le­ni przy­po­mi­na­ją­cej ko­lor sto­łu bi­lar­do­we­go. Każ­dy, kto ją od­wie­dzał, stwier­dzał, że czu­je się u niej jak w sta­rym, kla­sycz­nym bry­tyj­skim pu­bie. Licz­ba go­ści jed­nak dra­stycz­nie się skur­czy­ła w cią­gu ostat­nich pię­ciu lat. Ukłu­ło ją, gdy po­czu­ła, że wła­śnie zbli­ża się rocz­ni­ca śmier­ci jej męża, któ­re­go stra­ci­ła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. To on był du­szą to­wa­rzy­stwa i przy­cią­gał lu­dzi jak ma­gnes opił­ki że­la­za. Nie­mniej brak tłu­mu w miesz­ka­niu jej nie do­skwie­rał. Wy­star­cza­ły jej re­la­cje, ja­kie mia­ła z oso­ba­mi z pra­cy. Wy­łącz­nie za jed­nym czło­wie­kiem od­czu­wa­ła tę­sk­no­tę i nie pró­bo­wa­ła jej za­spo­ka­jać kimś in­nym.

Skoń­czyw­szy cho­wa­nie za­pa­sów, zgod­nie z usta­lo­nym przez sie­bie wcze­śniej pla­nem otwo­rzy­ła pa­pie­ro­wą tor­bę z je­dze­niem. Zna­jo­ma woń bur­ge­ra i fry­tek do­tar­ła do jej noz­drzy, przez co kora mó­zgo­wa wy­sła­ła sy­gnał do śli­nia­nek, żeby były go­to­we na pierw­szy kęs. Za pod­sta­wo­wym od­ru­chem mó­zgu po­szła świa­do­mość, że nie bę­dzie to je­den z tych wy­kwint­nych, krwi­stych bur­ge­rów, ale tym ra­zem za­le­ża­ło jej jak naj­szyb­szym za­spo­ko­je­niu gło­du i za­bra­niu się za spra­wę, któ­ra cze­ka­ła na nią na służ­bo­wym lap­to­pie. Włą­czy­ła te­le­wi­zor, żeby prze­ła­mać ci­szę. Od razu uru­cho­mił się ser­wis stre­amin­go­wy, na któ­rym na­dal wy­świe­tla­na była kla­sycz­na ani­ma­cja. Za­snę­ła przy niej dzień wcze­śniej. To był je­den z jej drob­nych ry­tu­ałów. W każ­dą nie­dzie­lę tuż przed za­śnię­ciem od­pa­la­ła ja­kaś baj­kę, któ­rą oglą­da­ła daw­no temu. Trak­to­wa­ła to jako for­mę uciecz­ki przed zbli­ża­ją­cym się po­nie­dział­kiem do cza­sów, kie­dy wy­ma­ga­ło się od czło­wie­ka je­dy­nie tego, żeby był dziec­kiem.

Prze­łą­czy­ła na ka­nał in­for­ma­cyj­ny i usły­sza­ła głos pro­wa­dzą­ce­go noc­ne wy­da­nie wia­do­mo­ści:

- Z tego, co uda­ło nam się usta­lić - roz­po­czął dzien­ni­karz - ofia­rą jest czter­dzie­sto­sze­ścio­let­ni męż­czy­zna. To już trze­cia ofia­ra Łow­cy Ję­zy­ków. Mamy tak­że dla pań­stwa na­gra­nie z miej­sca zbrod­ni, któ­re nie­któ­rzy wi­dzo­wie mogą uznać za nie­po­ko­ją­ce. W związ­ku z tym oso­by o słab­szych ner­wach pro­si­my o zmia­nę ka­na­łu.

Wie­dzia­ła, że to kla­sycz­na za­gryw­ka me­diów. Szo­ko­wać i grać na emo­cjach. Gdy­by na­praw­dę mie­li fak­tycz­ne uję­cie ofia­ry i pu­ści­li je, na­wet o tak póź­nej po­rze, to ża­den ad­wo­kat nie wy­cią­gnął­by ich z praw­nej gów­no­bu­rzy, w jaką by się wpa­ko­wa­li. Mia­ła ra­cję. Je­dy­ne, co po­ka­za­li, to ama­tor­skie na­gra­nie te­le­fo­nem z du­żej od­le­gło­ści od miej­sca zbrod­ni ogro­dzo­ne­go przez po­li­cję. Jej uwa­gę bar­dziej niż samo na­gra­nie przy­ku­ły sło­wa dzien­ni­ka­rza i na­pis na pa­sku.

"Trze­cia ofia­ra Łow­cy Ję­zy­ków" - wid­nia­ło na czer­wo­nym tle.

Do gło­wy przy­szły jej dwie moż­li­wo­ści od­po­wie­dzi na py­ta­nie, skąd me­dia wie­dzia­ły o ję­zy­kach. Pierw­sza - może ktoś po­wie­dział coś za gło­śno, kie­dy ga­pie byli w po­bli­żu. Dru­ga opcja była gor­sza i ozna­cza­ła, że ja­kiś po­li­cjant sam ce­lo­wo sprze­dał te in­for­ma­cje.

"Jak­by na to nie spoj­rzeć, to chlap­nął ję­zy­kiem" - po­my­śla­ła, że wła­śnie taki tekst rzu­cił­by Ivo, bo zna­ła jego brak wy­czu­cia cza­su i oko­licz­no­ści na dow­ci­py.

Uzna­ła jed­nak, że ze wzglę­du na dwu­znacz­ność jest to za­baw­ne i de­li­kat­nie unio­sły jej się ką­ci­ki ust, by w ułam­ku se­kun­dy opaść. Do­tar­ło do niej, że Mol­nic­ki zro­bi ist­ną je­sień śre­dnio­wie­cza, bo nie dość, że ist­nia­ło ry­zy­ko prze­cie­ków, to pra­sa już nada­ła przy­do­mek mor­der­cy, któ­re­go tak oba­wiał się ko­men­dant. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.