Jak śpią pasożyty - Bartosz Florianowicz

Reflow text when sidebars are open.
Miasto znowu śmierdziało. Przynajmniej tak uważał. Powietrze było ciężkie w ten lipcowy poranek i każdy oddech był wysiłkiem, który dodatkowo był spotęgowany przez porannego kaca. Ivo przekręcił się na bok, żeby dosięgnąć szklanki, którą postawił pod ręką już wieczorem, bo wiedział, że nadciąga nieuniknione. Żył w zawieszeniu pomiędzy wolnością, jaką dawały mu niedawno zakończone studia, a szarą codziennością i koniecznością zarabiania na samego siebie. Syndrom wczorajszego wieczoru skutecznie zaburzył jego zdolność do oceny odległości dłoni od szklanki, która zahaczona upadła na podłogę i rozbiła się, wypełniając pokój głuchym huknięciem.
"Kurwa" - pomyślał.
Nie miał czasu zbierać tego, co zostało z jego poniedziałkowego koła ratunkowego. W chwili, gdy zaklął w myślach, jego umysł został wyrwany z trybu wybudzania przez brutalny dźwięk alarmu w telefonie. Kiedy wreszcie udało mu się trafić w przycisk wyłączający, spojrzał na nadciągający wyrok. Siedem wiadomości od jego dziewczyny. Znowu popełnił najgorsze wykroczenie i wyhamował o jeden drink za daleko. Zmęczony całym tygodniem, stwierdził, że niedzielne drinki przyniosą ulgę. Nie wykalkulował jednak różnicy między relaksem a zaśnięciem i jego wiadomości z dziewczyną urwały się nagle. Wiedział, że będzie musiał przepraszać. Jedynym dylematem było, czy zrobić to od razu, czy czekać, aż zobaczą się na żywo. Dla uśpienia swojego sumienia, że dał ciała, wysłał tylko krótkie: Przepraszam, ale zaspałem, i ruszył w klasyczny taniec człowieka zbierającego się do pracy.
Orkiestra w postaci telewizora przygrywała klasyczne poranne wiadomości. Polityk przyłapany na przyjmowaniu łapówki. Ostrzeżenie przed zmieniającą się pogodą. Kolejne morderstwo z okaleczoną ofiarą. Gdy usłyszał to ostatnie, stwierdził, że ma już tego dosyć i woli jednak zjeść świeżo przyrządzone płatki bez takiego akompaniamentu. Pomysł na płatki był o tyle trafiony, że mleko stanowiło doskonały substytut utraconej szklanki wody. Spojrzał na zegarek. Zdąży skończyć płatki i wziąć szybki prysznic, który postawi go na nogi. Może i nie wyrobi się na ten co zawsze pociąg do centrum, ale przecież spóźnienie się do roboty o piętnaście minut jeszcze nikogo nie zabiło. Liczył też na wyrozumiałość szefowej. Może nawet i ją dorwie ta klątwa zwana poniedziałkiem i nie będzie o czasie. Kiedy wreszcie dobiegł na peron, poczuł dwie rzeczy. Jedną z nich była delikatna rosa na jego plecach, która zaczęła się tworzyć przez pośpiech, jaki mu towarzyszył w marszu. Drugą były wibracje telefonu w kieszeni. Wiadomość od dziewczyny.
Powinieneś był przeprosić na żywo, a nie w wiadomości... - napisała.
"Kurwa" - znowu pomyślał.
Gdy wsiadał do pociągu, dotarło do niego, że to nie będzie udany poniedziałek. Nie wiedział tylko, że cały ten tydzień nie będzie udany i ta okaleczona ofiara z telewizji jeszcze da mu o sobie znać.
-
Budynek komendy z zewnątrz przypominał mały dworek z gatunku tych, w jakich rodzili się znani kompozytorzy, z nutką szorstkiej estetyki kina noir. Jego środek stał jednak w całkowitej sprzeczności z fasadą. Wykończony zgodnie z najnowocześniejszymi standardami, zarówno technologicznym, jak i tymi z zakresu energooszczędności, przypominał bardziej nowoczesny biurowiec niż miejsce, w którym można było zgłosić kradzież torebki. Wszystko to wynikało z nacisków na komendanta, jakie skutecznie wywierała szefowa Ivo. Jej aura była bardzo zbliżona do tej, jaką na myśl przywodził ten budynek. Funkcja ponad formą. Ivo miał nadzieję, że uda mu się przemknąć niepostrzeżenie do biurka, jednak kiedy już był gotów otworzyć swoją szafkę, żeby wyciągnąć rzeczy potrzebne do pracy, usłyszał jej głos za plecami.
- Czyżby o jeden drink za dużo? - zapytała Anita.
Dziwiło go, że tak dobrze jest go w stanie prześwietlić. Jedyne wytłumaczenie, jakie potrafił znaleźć, to fakt, że kiedy zbierała zespół ze świeżych absolwentów kryminalistyki, była zainteresowana bardziej nim niż innymi kandydatami.
- Skąd ty wiesz takie rzeczy? - odbił piłeczkę, chociaż pamiętał, jak wielokrotnie był upominany, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie.
- Widzę, że masz podkrążone oczy. To jeszcze o niczym nie świadczy, bo równie dobrze mogłeś się po prostu nie wyspać. Niesie się też za tobą ledwie wyczuwalna woń alkoholu, która jest tłumiona przez perfumy i gumę do żucia. To też jeszcze o niczym nie świadczy, bo mogłeś użyć płynu do dezynfekcji rąk. Ale to, że odpowiedziałeś pytaniem na pytanie, mówi wszystko.
Z jednej strony był pod wrażeniem tego, jak potrafiła przełożyć tak prostą sytuację na poziom wręcz subatomowy. Z drugiej trochę mu ulżyło, że chociaż ta kwestia nie wiązała się z jej zdolnością do prześwietlania go, tylko była podparta dedukcją. Mimo że słowo "mentor" przez kulturę starożytnej Grecji kojarzyło się głównie z mężczyzną, to Ivo uważał, że nikt nie pasuje do tego tytułu bardziej niż jego szefowa. Anita przez swoją prezencję budziła respekt i podziw. Jej wejście do pokoju nie umykało nikomu. Nie było to spowodowane tylko budową jej ciała godną amazonek, która skutecznie maskowała jej wiek. Liczba przeżytych przez nią wiosen była dla większości tajemnicą, a każdy z nowych techników, do których zaliczał się Ivo, obawiał się, że takie pytanie sprowadzi go z poziomu absolwenta kryminalistyki do poziomu przedszkolaka. Nie, to nie była żadna z tych rzeczy. To wzrok, który przewiercał się przez skórę, mięśnie, kości, aż docierał do samego ducha człowieka.
- Byłem zmęczony ostatnim tygodniem. Wiesz, kręcimy się non stop wokół jednej sprawy - odpowiedział Ivo, bo uznał, że nie ma sensu dalej kluczyć.
Kiedy wypowiedział te słowa, dotarło do niego, jak słabe jest to tłumaczenie.
- Spokojnie. Nie oceniam - skwitowała krótko.
Zdziwił go ten lakoniczny ton. Nagle odgarnęła kruczoczarne włosy, które gdzieniegdzie były przyprószone srebrnymi kosmykami. I w tym momencie już wiedział. Zobaczył to przez ułamek sekundy w jej bladozielonych oczach. Pora na dokręcenie śruby. Nie widział jeszcze tylko, ile niutonometrów ten klucz dynamometryczny przyłoży.
- Kręcimy? W sensie, że "my"? Chłopcze, ta sprawa jest lata świetlne od twojej ligi. Ledwo kółka od rowerka odkręciłeś, a już chcesz w Tour de France startować?
"Właśnie dlatego wyłącznie skończony dureń próbowałby ją zapytać o wiek" - pomyślał Ivo.
- Na razie biorę tę sprawę na siebie - kontynuowała - bo mamy tak naprawdę jedną rzecz wspólną dla każdego z tych incydentów. Jak dojdę do wniosku, że potrzebna mi pomoc, to na pewno zwrócę się do ciebie. Tylko najpierw się ogarnij. Przynajmniej gębę obmyj w toalecie, bo widać, że się spieszyłeś na pociąg.
Incydent. Nigdy nie używała słowa "morderstwo". Ivo podejrzewał, że to próba uniknięcia wyhodowania w sobie znieczulicy, tak typowej dla tej pracy. To nie strach powodował, że Ivo nie próbował jej poprawiać. Chciał uszanować jej pancerz, który i tak już sporo znosił. Podejrzewał też, że ten pancerz skutecznie osłaniał ją przed jakimikolwiek aspiracjami do wyższych stanowisk. Musiałaby wtedy stawiać czoła nie tylko okrucieństwom ludzkiej natury, lecz także całej machinie gierek, podstępów i animozji typowych chyba dla każdego miejsca pracy. A stawka rośnie proporcjonalnie do wysokości zajmowanego stanowiska. Wystarczało to, że góra liczyła się z jej zdaniem i często konsultowała z nią przeróżne sprawy, pomimo że była zaledwie kierowniczką zespołu techników.
- Dobra, lecę na jednej nóżce, z uśmiechem na ustach, się ogarnąć. Zacząć od ogarniania swoich finansów czy od życia uczuciowego? - zażartował.
Wiedział, że jest jednym z tych, którzy rzucają dowcipy bez względu na sytuację i konsekwencje.
Na jej twarzy, która w kącikach ust była udekorowana drobnymi zmarszczkami, zawitał delikatny i niewymuszony uśmiech.
- Śmieszkuj tak dalej, Wiktorowicz, to będziesz ogarniał zużyte dowody z materiałem genetycznym. I nie mam na myśli krwi.
Klon uśmiechu Anity pojawił się na twarzy Ivo. Skinął głową i dodał przed udaniem się do toalety:
- Widzimy się na odprawie.
- Tylko się uwijaj. Nie mam problemu z tłumaczeniem się, gdy komendant się przyczepia o nieobecnych z mojego zespołu na odprawie. Po prostu nie lubię tego robić w poniedziałki.
-
Mimo że komenda wewnątrz była nad wyraz nowoczesna, to łazienki miały typowe chłodne wykończenie. Szczególnie dało się to odczuć przez światło, jakie rzucały klasyczne jarzeniówki. Ivo poczekał chwilę, aż przestaną migotać. Dobiegł szybko do umywalki, bo nie chciał zobaczyć swojego odbicia w lustrze. Czuł, że nie jest dziś pierwszej świeżości. Wolał spojrzeć dopiero po opłukaniu twarzy, jakby liczył na to, że zimna woda zmieni go w gwiazdę filmową, do której wzdychają rzesze fanów. Ta myśl towarzyszyła mu tylko przez chwilę. Był świadom tego, jak bardzo wszyscy lubią sami siebie oszukiwać, więc starał się nie karmić w sobie tego podstawowego instynktu.
Po umyciu twarzy spojrzał wreszcie w lustro. Nie spodobało mu się to, co zobaczył. To nie jego wiek był problemem, w końcu był młodym człowiekiem świeżo po studiach. Był świadom, że pod tymi kasztanowymi włosami, z których formowała się bujna czupryna, chowają się jedni z najgorszych przeciwników każdego człowieka. Przemyślenia. Jego właśnie kręciły się wokół jednej z najgorszych sfer, czyli przemijania. Wiedział, że czas słodkiej beztroski przeminął bezpowrotnie. Teraz nadciągało zderzenie z szarą rzeczywistością, która będzie przytłaczała tym bardziej, im dalej będzie od czasów, w których królowały nieodpowiedzialność, bezmyślność i hedonizm. Wiele osób mówiło mu, że jest wyjątkowo dojrzały jak na swój wiek i świadomość nieubłagalności upływu czasu była jednym z elementów, które doskonale o tym świadczyły.
Przetarł twarz i ruszył ospale na powitanie pierwszego poniedziałkowego obowiązku, jakim była poranna odprawa.
-
- Jak sytuacja z kawą? - zapytał komendant.
Filip Molnicki już ponad dwa lata piastował to stanowisko i pasja do mikrozarządzania przerodziła się w fanatyczne oddanie tej formie nadzorowania ludzi. Ivo podejrzewał, że musi się to brać z solidnych niedoborów pewności siebie. Dowiedział się od Anity, że miał ułatwioną drogę na to stanowisko ze względu na "plecy" w ministerstwie spraw wewnętrznych. Takie skróty niewątpliwie ułatwiają życie, ale uniemożliwiają człowiekowi pokazanie, z czego tak naprawdę jest ulepiony. Jedyne, co mógł pokazać jako akt całkowicie zależny od niego, to ukrycie postępującej łysiny. Do tego celu wybrał najbardziej oklepane ze wszystkich możliwych rozwiązań, czyli zaczeskę. W połączeniu z jego krągłą i niską posturą dawało to obraz raczej groteskowej postaci złoczyńcy z komiksów niż cieszącego się poszanowaniem podwładnych komendanta. Ivo wyczuwał, że Molnicki jest świadom tych niedociągnięć w swojej aparycji i jest to jego wisienka na torcie o smaku braku pewności siebie.
"Osoby, na które potrafimy spojrzeć najbardziej powierzchownie, to my sami" - pomyślał Ivo.
On też nie był szczególnie wysportowany. Uważał, że skoro od techników nie wymaga się standardowych testów wydolnościowych, takich jak od policjantów pracujących w terenie, to wystarczy absolutne minimum, jeśli chodzi o ćwiczenia. W jego słowniku tym minimum był spacer na pociąg do pracy, a po niej ze stacji do domu. Mimo to nie cierpiał na odkładające się boczki czy schorowany kręgosłup. Błogosławieństwo człowieka przed trzydziestką.
- Kawy w zupełności wystarczy do końca miesiąca - odpowiedział kierownik działu administracji. - Ciastek także.
- Może dasz się wreszcie wypowiedzieć "ciasteczkom" ze swojego zespołu? - rzucił Filip i spojrzał lubieżnie na żeńską cześć załogi administracji.
"Jeśli chodzi o oddzielenie oceniania wyglądu i zachowania, to słabo ci, stary, idzie" - ta myśl wyjątkowo szybko przebiegła przez umysł Ivo. Ale nie tak szybko, jak riposta Anity.
- Ty się zajmij wpieprzaniem zwykłych ciastek, a nie wpieprzaniem się w to, jak działa zespół administracji.
- No już, już, Anita. Czy człowiek nie może trochę rozładować napięcia w poniedziałkowy poranek?
- Może. Pod warunkiem że jest zabawny.
Trzeba było przyznać jej jedno. Wiedziała, kiedy się postawić, i nie zważała na konsekwencje. Ivo był pod wrażeniem takiego rebelianckiego nastawienia. Tym bardziej że najczęściej objawiało się ono w sytuacjach, kiedy trzeba było bronić tych, którzy sami bronić się nie mogli. Idealna cecha osób na szczycie hierarchii jakiejkolwiek struktury społecznej. Niestety, osoby zarządzające bardzo rzadko powinny w ogóle się tym zajmować, a ci, którzy zostali do tego stworzeni, zazwyczaj się do tego nie pchają.
- No dobrze, skoro mamy część administracyjną za sobą, to poproszę o opuszczenie sali przez osoby niezwiązane ze sprawą X. Drogówka, wy możecie zostać, jeśli chcecie. Tylko pamiętajcie, jak dojdzie do jakiegoś przecieku do prasy, to was też będę maglował.
Drogówka była na tyle bystra, żeby znać stare porzekadło, że im mniej człowiek wie, tym dłużej pożyje, i opuściła salę odpraw razem z pracownikami administracji.
- Jeśli oglądaliście poranne wiadomości - kontynuował Molnicki - to wiecie już zapewne, że prasa dostała cynk o trzeciej ofierze. W całym tym szambie plusem jest to, że przynajmniej nie wiedzą, co konkretnie robi nasz sprawca, i ograniczają się do sformułowania "okaleczona ofiara". Nie chcę, żeby jakiś dziennikarzyna wpadł na pomysł ksywki w stylu "Język", "Jęzor" albo nie daj Boże "Ozór". Kryminalni! - zwrócił się do najbardziej psychicznie zdystansowanej grupy w pokoju. - Powiedzcie mi, że coś macie. Przy trzech ofiarach i zainteresowaniu mediów to na pewno zwróci uwagę ministerstwa.
"Ach tak. Ministerstwo. Jakby to był najważniejszy problem w całej tej popieprzonej sprawie" - pomyślał Ivo.
- Nic nie mamy - odezwał się porucznik.
Jego imienia Ivo jeszcze nie zdążył zapamiętać, ale wiedział, że on i Anita darzą się wzajemnym szacunkiem, więc to w zupełności wystarczyło, żeby liczyć się z jego zdaniem.
- Żadna z ofiar nie miała cech wspólnych z poprzednią - kontynuował porucznik. - Zarówno płeć, rasa, wiek, jak i status materialny każdej z ofiar były inne.
- Skąd wiecie, że sprawca mógł brać pod uwagę sytuację materialną? - wtrącił się nagle Ivo.
Dostrzegł karcący wzrok Anity. Już wcześniej zdarzyło mu się wypalić jak z odbezpieczonej broni w rękach szympansa i wiedział, że będzie się to wiązało z uwagami Anity po odprawie. Ale ciekawość zwyciężyła nad konsekwencjami.
- Wiemy, że pierwsza z ofiar mieszkała na osiedlu typowym dla klasy średniej. Druga w domku jednorodzinnym, takim, jakie dziane ćwoki sobie budują, żeby uciec z miasta. Z kolei trzecia w obskurnej pipidówie, gdzie mieszkają głównie imigranci.
- A pomyśleliście, że sprawca lub sprawczyni celowo wybierali ofiary z różnych klas społecznych? - wtrąciła się Anita.
Tym pytaniem podbudowała Ivo, bo dokładnie w tę stronę zmierzał ze swoim pierwszym pytaniem.
- Ciekawa teoria. Przyjrzymy się jej.
- Przyglądajcie się szybciej.
Ivo dostrzegł, że poza tą subtelną wymianą złośliwości doszło też do wymiany uśmiechów. Najczystsza forma wzajemnego szacunku.
- No dobrze, to skoro już wiemy, co nie łączy tych ofiar - wtrącił komendant - to czy istnieje coś, co je łączy?
- Poza wyciętym językiem - rozpoczął porucznik - i wyrwaną ze stawu...
- Błagam! - wrzasnął Molnicki. - Nie chcę słuchać tego, co jest dla nas oczywiste. Liczyłem na jakieś nowości.
"Żeby sprzedać je mojemu kochanemu koledze z ministerstwa" - dokończył za niego w myślach Ivo.
- Dobra - powiedział zrezygnowany komendant - koniec odprawy. Brać się do roboty i liczę na efekty do czwartku.
Ivo domyślił się, że komendant spodziewa się wizytacji z ministerstwa w piątek. Razem z innymi zebrał swoje rzeczy i ruszył do biurka. Już miał iść po kawę, gdy na drodze stanęła mu Anita.
- No to pochwal się, jaki kupiłeś - rzuciła, czym zaskoczyła Ivo.
Wcześniej opowiedział jej o swoich planach wobec dziewczyny, z którą mieszkał od dwóch lat, więc kwestia wizyty u jubilera też nie była tajemnicą.
- Nie jest zbyt okazały. Wiesz, dopiero zaczynam karierę i to raczej w niezbyt dochodowej branży...
Anita zerknęła, gdy wyciągał szkatułkę z szafki przy biurku. Szafka była zamykana na kluczyk, a raczej nikt nie próbowałby włamać się na komendę, żeby ukraść pierścionek z diamentem nieprzekraczającym dwóch dziesiątych karata.
- Jest idealny - powiedziała Anita, co podbudowało Ivo, który obawiał się, że może nie sprostać wymaganiom miłości jego życia. - Kiedy wraca?
- Z delegacji? Dzisiaj. Mam ją odebrać z lotniska, bo te korpoludziki od niej stwierdziły, że jeszcze spędzą niedzielę na zwiedzaniu i że wrócą w poniedziałek. Czy ci ludzie z korporacji aż tak nie lubią czasu z bliskimi?
- A bo ja wiem? Może pracują przy jakichś chorych i wstrętnych sprawach, o których nikt normalny nie opowiadałby bliskim.
Zaśmiali się oboje, bo to był idealny przytyk do tego, z czym sami na co dzień się użerali. Gdy wesoła atmosfera trochę przygasła, Ivo dodał:
- Jest jeden problem...
- Mianowicie? - zapytała zaintrygowana Anita.
- Przeprosiłem przez wiadomość, a nie na żywo.
Ciche "uuu" z ust Anity uświadomiło Ivo, że zanim dobiegnie do mety, będzie musiał się jeszcze chwilę poczołgać.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Chociaż mieszkanie podczas jej nieobecności było zamieszkiwane tylko przez dwa ptaszniki, chciała je przeprosić za hałas, jakiego narobiła, mimo że nie było to specjalnie. Obładowana laptopem, drobnymi zakupami i żarciem na wynos nie skoordynowała manewru otwierania drzwi i efekt był, jaki był.
"Muszę wreszcie ogarnąć dobry plecak na laptopa" - pomyślała.
Lubiła, gdy takie małe problemy wyłaniały się z pustki wszechświata. Były łatwe do rozwiązania, a przynosiły satysfakcję, jaką przebijało wyłącznie rozwiązanie sprawy. Stwierdziła, że z drobnych zakupów pochowa tylko te, które wymagają umieszczenia w lodówce, a pozostałe zostawi na razie na blacie, bo jej żołądek za głośno wzywał zawartość torby z jedzeniem z fast foodu. Nie zawsze uciekała się do takich skrótów, jednak tym razem zależało jej na czasie.
Starała się utrzymywać mieszkanie w nienagannej czystości. Różniło się wręcz drastycznie od nowoczesnych wnętrz komendy. W jej królestwie panował ciepły klimat drewna i zieleni przypominającej kolor stołu bilardowego. Każdy, kto ją odwiedzał, stwierdzał, że czuje się u niej jak w starym, klasycznym brytyjskim pubie. Liczba gości jednak drastycznie się skurczyła w ciągu ostatnich pięciu lat. Ukłuło ją, gdy poczuła, że właśnie zbliża się rocznica śmierci jej męża, którego straciła w wypadku samochodowym. To on był duszą towarzystwa i przyciągał ludzi jak magnes opiłki żelaza. Niemniej brak tłumu w mieszkaniu jej nie doskwierał. Wystarczały jej relacje, jakie miała z osobami z pracy. Wyłącznie za jednym człowiekiem odczuwała tęsknotę i nie próbowała jej zaspokajać kimś innym.
Skończywszy chowanie zapasów, zgodnie z ustalonym przez siebie wcześniej planem otworzyła papierową torbę z jedzeniem. Znajoma woń burgera i frytek dotarła do jej nozdrzy, przez co kora mózgowa wysłała sygnał do ślinianek, żeby były gotowe na pierwszy kęs. Za podstawowym odruchem mózgu poszła świadomość, że nie będzie to jeden z tych wykwintnych, krwistych burgerów, ale tym razem zależało jej jak najszybszym zaspokojeniu głodu i zabraniu się za sprawę, która czekała na nią na służbowym laptopie. Włączyła telewizor, żeby przełamać ciszę. Od razu uruchomił się serwis streamingowy, na którym nadal wyświetlana była klasyczna animacja. Zasnęła przy niej dzień wcześniej. To był jeden z jej drobnych rytuałów. W każdą niedzielę tuż przed zaśnięciem odpalała jakaś bajkę, którą oglądała dawno temu. Traktowała to jako formę ucieczki przed zbliżającym się poniedziałkiem do czasów, kiedy wymagało się od człowieka jedynie tego, żeby był dzieckiem.
Przełączyła na kanał informacyjny i usłyszała głos prowadzącego nocne wydanie wiadomości:
- Z tego, co udało nam się ustalić - rozpoczął dziennikarz - ofiarą jest czterdziestosześcioletni mężczyzna. To już trzecia ofiara Łowcy Języków. Mamy także dla państwa nagranie z miejsca zbrodni, które niektórzy widzowie mogą uznać za niepokojące. W związku z tym osoby o słabszych nerwach prosimy o zmianę kanału.
Wiedziała, że to klasyczna zagrywka mediów. Szokować i grać na emocjach. Gdyby naprawdę mieli faktyczne ujęcie ofiary i puścili je, nawet o tak późnej porze, to żaden adwokat nie wyciągnąłby ich z prawnej gównoburzy, w jaką by się wpakowali. Miała rację. Jedyne, co pokazali, to amatorskie nagranie telefonem z dużej odległości od miejsca zbrodni ogrodzonego przez policję. Jej uwagę bardziej niż samo nagranie przykuły słowa dziennikarza i napis na pasku.
"Trzecia ofiara Łowcy Języków" - widniało na czerwonym tle.
Do głowy przyszły jej dwie możliwości odpowiedzi na pytanie, skąd media wiedziały o językach. Pierwsza - może ktoś powiedział coś za głośno, kiedy gapie byli w pobliżu. Druga opcja była gorsza i oznaczała, że jakiś policjant sam celowo sprzedał te informacje.
"Jakby na to nie spojrzeć, to chlapnął językiem" - pomyślała, że właśnie taki tekst rzuciłby Ivo, bo znała jego brak wyczucia czasu i okoliczności na dowcipy.
Uznała jednak, że ze względu na dwuznaczność jest to zabawne i delikatnie uniosły jej się kąciki ust, by w ułamku sekundy opaść. Dotarło do niej, że Molnicki zrobi istną jesień średniowiecza, bo nie dość, że istniało ryzyko przecieków, to prasa już nadała przydomek mordercy, którego tak obawiał się komendant. [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.