ROZDZIAŁ 1
Urszula
Dzieci kończyły rok szkolny, ale w gminnym domu kultury w Zaciszu, w którym pracowałam, nastał czas wzmożonej pracy. Dwa miesiące wakacji to nie lada wyzwanie dla rodziców, którzy muszą zapewnić latoroślom atrakcje, a przynajmniej opiekę.
Nie każdego było stać na wypasione wakacje czy drogie obozy, dlatego rokrocznie staraliśmy się w domu kultury organizować dzieciakom kolonie, za które byłam odpowiedzialna jako lokalny kaowiec. Gmina obfitowała w jeziora i przepływające przez nie rzeczki, a lasy nie skąpiły jagód i jeżyn. Piętnastoletni staż pracy sprawiał, że mogłam pochwalić się doświadczeniem w ogarnianiu kolonii dla dzieciaków z pobliskich wsi. Mieliśmy już obozy przetrwania, wioskę piratów, kolonie piłkarskie, pingpongowe, artystyczne, kulinarne. W tym roku wymyśliłam wodną przygodę z kajakami. Pomysł dobry, ale realizacja nastręczała trochę problemów, głównie z powodu braku sponsorów. Komercyjny najem kajaków nie wchodził w rachubę z powodu kosztów. Przydałyby się również kapoki dla dzieciaków i kadra, która zaofiaruje się pracować za minimalną krajową.
Rodzice chętnie korzystali z naszych inicjatyw, ale z płaceniem bywało różnie.
- Ula, co roku mówię ci, żebyś dała sobie spokój z organizowaniem tych cholernych kolonii! - beształ mnie mąż, kiedy narzekałam na trudności w znalezieniu sponsorów. - Sezon truskawkowy w pełni, w gospodarstwie robota, a ty ciągle musisz pracować dla innych!
- Przecież wynająłeś Ukraińców, jak zawsze - odpowiadałam zniecierpliwiona jego zrzędzeniem. Był jak zdarta płyta.
Nie byłam winna temu, że Wojtek obsadził krzaczkami truskawek kilka hektarów i zawiązał nam pętlę na szyi.
- Ale zawsze dodatkowa para rąk by się przydała. - Dawał mi do zrozumienia, że powinnam zająć się czymś pożytecznym.
W jednej sprawie się z nim zgadzałam: widziały gały, co brały. Cóż, zakochałam się w facecie z gospodarstwem i zamieszkałam na wsi. A mama odradzała...
Poznałam Wojtka właśnie w miejscowym domu kultury, do którego skierowano mnie na praktyki po trzecim roku kulturoznawstwa. Pewnego dnia na zajęcia plastyczne przyszedł wysoki misiowaty facet z kilkuletnią dziewczynką. Mała nie chciała puścić ręki ojca, a on nie bardzo wiedział, jak się zachować.
Podeszłam do nich, kiedy zajęli miejsce na ławeczce pod drabinkami w sali gimnastycznej.
- Jak masz na imię? - spytałam małą.
Bąknęła coś pod nosem i uciekła spojrzeniem.
- Majeczko, powiedz pani. - Mężczyzna próbował ośmielić córkę.
- To może porozmawiamy później - odparłam polubownie. - A teraz popatrz sobie, jak pracują dzieci.
Po jakimś czasie Maja podeszła do stolika, gdzie wyrabialiśmy talerze z papier mâché, i dołączyła do nas. Ciekawość pokonała nieśmiałość.
- Proszę zostawić małą - wyszeptałam, odciągnąwszy jej ojca na bok. - Poradzi sobie.
Warsztaty udały się nadzwyczajnie, a ja uzyskałam dobrą ocenę od kierownictwa domu kultury. Nie była to jedyna korzyść. Wróciłam do domu bogatsza o znajomość z panem Wojciechem Babiczem, wdowcem.
Przyznaję, że ujęły mnie nieprzystające do potężnej postury łagodność i tkliwość wobec córki. Ja w swoim domu ich nie zaznałam. Tato był mężczyzną z zasadami i rygorystą, typem, który ma zawsze rację. Przytulanki na kolanach raczej nie wchodziły w rachubę, a słowo "empatia" było mu obce.
Nie chciałam, by mój życiowy partner miał podobne cechy. Ba, nawet nikogo nie szukałam. Bo kiedy już napatoczył się jakiś chłopak, ojciec szybko go przeganiał.
- Edmund, dlaczego byłeś niemiły dla tego Janka? - usłyszałam któregoś dnia szept mamy. - Że nie wspomnę o Marcinie i tym, jak mu tam... - Usiłowała przypomnieć sobie imię Olka, który kiedyś próbował zabrać mnie do kina.
- Jako ojciec mam prawo. Jest młoda, ma czas na amory - odparł tato stanowczo. - Skończy studia, to znajdzie sobie odpowiedniego mężczyznę - uciął.
- To kto jest według ciebie odpowiedni? - Mama zdobyła się na odwagę.
- Gadasz jak jakaś nawiedzona! Może być inżynier, prawnik, lekarz. Ktoś dobrze ustawiony albo przynajmniej z perspektywami. Chłop musi zarobić, kiedy jego kobieta siedzi w domu. Źle ci było nie pracować przez całe życie?
Aż się skurczyłam w sobie, choć słyszałam te słowa wielokrotnie. Współczułam mamie, że musi znosić tę impertynencję. Jednak ona nie dawała się podburzyć przeciw ojcu i zawsze kiedy próbowałam, broniła swojego terrorysty.
Wiedziałam, że muszę jak najszybciej wyprowadzić się z domu i rozpocząć życie na własny rachunek. Niestety, pozbawiona inicjatywy tkwiłam w miejscu i wmawiałam sobie, że czekam na odpowiedni czas.
Aż tu nagle poznałam pana Wojciecha, o którym nie potrafiłam zapomnieć.
Na praktykach w Zaciszu spędziłam dwa tygodnie, licząc po cichu, że ojciec z córką jeszcze odwiedzą naszą placówkę. Niestety, tak się nie stało. Myśli o poznanym mężczyźnie powoli odpływały. Wyjechałam z kumpelami nad morze. We wrześniu pracowałam jako kelnerka, a za zarobione pieniądze wykupiłam kurs włoskiego. Miałam wyjątkowy dar do nauki języków. Angielski poznałam na studiach, całkiem nieźle radziłam sobie z francuskim, aż wreszcie postanowiłam spełnić swoje włoskie marzenie. Po liceum zamierzałam iść na italianistykę, ale ojciec zdecydował, że mam studiować w rodzinnym mieście, a tutejszy uniwersytet nie oferował tego kierunku. Wprawdzie kulturoznawstwo też uważała za fanaberię, ale przynajmniej mieszkałam w domu i nie generowałam kosztów.
- Gdybyś szła na politechnikę, jak Zbyszek - stawiał za przykład mojego cudownego pod każdym względem brata - nic bym nie powiedział i łożył na twój akademik. Ale to twoje kulturoznawstwo, cokolwiek to jest, możesz sobie studiować tutaj - zakończył rozmowę o mojej przyszłości.
Złożyłam zatem papiery, a języka uczyłam się w wolnych chwilach sama.
Na włoski poszłam w październiku, w tajemnicy przed rodzicami. Na kurs zaciągnęłam również swoją kumpelę Manię. Planowałyśmy kiedyś wyprawę do Italii, podbój Toskanii, Kampanii, Rzymu, odwiedzenie Sycylii i Bari. Uwielbiałam południowe klimaty, choć w realu nie miałam okazji ich poznać. Rodzice preferowali polskie klimaty, więc wczasy spędzaliśmy głównie nad Bałtykiem, w górach, a najczęściej nad jeziorami. Ojciec lubił wędkować.
Od kiedy sporo czasu spędził w Libii, budując drogi Arabom i zarabiając ciężkie pieniądze (twierdził, że dla nas i dla matki), zagraniczne wojaże go nie interesowały. Schowałam więc swoje ciągoty głęboko i marzyłam, że znajomość języków kiedyś zaprocentuje.
Tamten październik był wyjątkowo pogodny i złocisty, postanowiłam zatem przespacerować się chwilę kasztanową aleją. Prowadziła z placu Wolności, gdzie znajdowała się szkoła językowa, do zajezdni autobusowej, skąd miałam bezpośrednie połączenie z ulicą Truskawkową, przy której stał nasz dom.
Mieszkaliśmy na obrzeżach miasta, w eleganckiej dzielnicy domków jednorodzinnych. Nasza posesja zajmowała dwa tysiące metrów kwadratowych; sąsiadujące z nią działki były mniejsze. Mieliśmy spory ogród, który stanowił królestwo mamy. Warzywnik imponował mnogością roślin, sad dostarczał owoców, a kwiatowych rabat nie powstydziłby się najlepszy ogrodnik. Podziwiałam jej dzieło, jednak nie znajdowałam przyjemności w pieleniu grządek, do czego niejednokrotnie bywałam zaganiana, przycinaniu krzewów malin czy zbieraniu plonów.
Mama uciekała w krainę zieleni, ojciec w przerwach między zaleganiem przed telewizorem z ulubionym drinkiem wyjeżdżał na ryby. Brat robił karierę w stolicy, a ja chowałam się w swoim pokoju i przyswajałam nowe słówka, marząc o świecie, który tak chciałam poznać.
Zerknęłam na rozkład jazdy. Najbliższy autobus odjeżdżał za dziesięć minut. Przyśpieszyłam kroku, ale ktoś zastąpił mi drogę. Odruchowo złapałam za torebkę.
- Przepraszam, jeśli panią przestraszyłem. - Zza krzaka wychynęła znajoma sylwetka.
Nie od razu poznałam czyja, ponieważ przesłaniał ją bukiet astrów. Przez moment pomyślałam, że przypominają te z maminej rabaty.
- Nie, tak, przepraszam, nie poznałam - wyjąkałam nieskładnie.
Przede mną stał pan Wojciech Babicz, tak samo zmieszany jak ja.
Wyciągnął przed siebie rękę z kwiatami.
- To dla pani.
- Dziękuję. Skąd pan wiedział, gdzie mnie znaleźć? - wypaliłam bez zastanowienia.
- Postarałem się - odparł ze zwieszoną głową, jak gdyby miał ochotę uciec. - Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale skoro już tu jestem... Może przyjmie pani zaproszenie na filiżankę kawy w cukierni? Znam jedną za rogiem, czasami zabieram tam Maję na lody. To znaczy jeżeli pani zna jakieś inne miejsce albo w ogóle nie chce ze mną pójść... Nie chciałbym się narzucać.
Myśli kotłowały się w mojej głowie niczym sztormowe fale, a serce kołatało.
- Bardzo chętnie! - zgodziłam się natychmiast, olawszy autobus.
A nawet kolejne.
Tato miał męskie spotkanie z kumplami, więc raczej nie spodziewałam się wymówek z powodu późniejszego powrotu.
Pan Wojciech wyraźnie się ożywił.
- To zapraszam.
Posiedzieliśmy ze dwie godziny przy kawie i wuzetkach. Zazwyczaj nie jadałam ciastek, ale wtedy, w towarzystwie Wojtka, z którym zaczęliśmy sobie mówić po imieniu, smakowały mi wyjątkowo.
Do domu wróciłam zakochana. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, to się myli. Wojtek wpadł mi w oko w zaciszańskim domu kultury, ujął w niewielkiej cukierence przy kawie i wuzetkach. I przepadłam. A potem już chciałam z nim być.
I marzenia się ziściły.
A teraz mój truskawkowy potentat próbował zagonić własną żonę do zbierania plonów.
- Wojtek, co roku to samo! - broniłam się dzielnie. - Przecież wiesz, że mam pracę, z której nie zamierzam zrezygnować. Radek i Asia będą ze mną. Zresztą nimi nigdy nie musiałeś się kłopotać. Dlaczego mnie nękasz, że nie zbieram tych cholernych truskawek? Skoro to taki problem, to może powinieneś z nich zrezygnować? Całe wakacje zmarnowane! Półtora miesiąca na zbiory, potem prace polowe, te czy inne. Przychodzi wrzesień, a my nigdzie nie byliśmy! Powoli zaczyna mnie to męczyć. Znoszę to gadanie już piętnaście lat. Zastanów się, Wojtek. A przynajmniej nie przeszkadzaj mi żyć i pracować - wyrzuciłam z siebie nagromadzone rozdrażnienie.
Mój mąż posłał mi gorzkie spojrzenie i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI