Jak to się stało - Anna Karpińska

Kup ebooka

36.80 zł
28.34 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Od tej wizyty zależało bardzo wiele. Prowadzący tatę urolog, doktor Zawilski, wezwał mnie i mamę do szpitala, wyznaczywszy godzinę po przedpołudniowych zabiegach. Zadzwonił do mamy. Próbowałam wyciągnąć z niej informacje o wynikach badań, niestety nie została o nich poinformowana przez telefon.

- Naprawdę nic nie wiesz? - dopytywałam cała w nerwach.

- Powtarzam: podał godzinę i natychmiast się rozłączył. Nie pozwolił mi nawet o nic zapytać - odparła zgaszona.

Pewnie nie ma dla nas dobrych wiadomości, pomyślałam i otarłam spocone czoło.

Tegoroczny czerwiec raczył nas niebywałym upałem. Żar płynął z nieba, a o choćby lekkim wietrzyku można było zapomnieć. Pocieszające było to, że do końca roku szkolnego pozostało zaledwie kilka dni, oceny wystawiono i dzieciaki nie musiały zaprzątać sobie głowy nauką. Niczym konie w boksie czekały na dawno zaplanowany wyjazd na chorwacką wyspę Hvar, którą rodzinnie odwiedziliśmy już kilka razy. Łukasz, mój mąż, właściciel biura podróży, organizował tam wczasy dla klientów, a przy okazji postanowił zabrać również mnie i trójkę naszych dzieci. Dziesięcioletnia Nela i dwa lata starszy Bruno wciąż chętnie z nami jeździli, ale szesnastoletnia Iga powoli zaczynała strzelać fochy, próbując przeforsować alternatywne sposoby spędzania wakacji, oczywiście z kolegami pod namiotem.

Jak pewnie każdy rodzic nie miałam przekonania do posłania nieletniej "na zatracenie", jednak moja córka wykazywała w tej kwestii niezłomność. A kiedy niemal byłam gotowa się złamać, do mamy zatelefonowano ze szpitala.

Do mnie zadzwoniła kilka dni wcześniej, wieczorem, kiedy wkładałam do piekarnika zapiekankę (co mi strzeliło do głowy z gorącą kolacją w taki upał?).

- Córeczko, rozmawiałam z lekarzem i... Tato potrzebuje przeszczepu nerki - wykrztusiła załamana.

Próbowałam ją pocieszać, mimo że pogarszający się w ostatnim czasie stan ojca martwił mnie równie mocno.

- To jeszcze nie tragedia. Zrobimy, co się da. A poza wszystkim można żyć z jedną nerką.

- Nie rozumiesz. Ta druga też już ledwo zipie. Musimy szukać nerki dla ojca. Poprosiłam doktora Zawilskiego, żeby zrobił mi badania na zgodność. Może będę mogła oddać tacie swoją?

- To ja też je zrobię! - zareagowałam spontanicznie.

Byłam córeczką tatusia, jego ukochaną jedynaczką, i nie ulegało kwestii, jak mam postąpić, kiedy znalazł się w potrzebie.

Mama nie podzielała mojego entuzjazmu.

- To poważna decyzja, Natalko. Nie podejmuj jej pod wpływem emocji. Jeszcze o tym porozmawiamy.

Nie odpuściłam.

- Kiedy idziesz na pobranie krwi? - zapytałam.

- Natalio, powiedziałam ci...

- Kiedy? - powtórzyłam. - Mamo, mam trzydzieści dziewięć lat i od dawna jestem dorosła. Pozwól mi choć raz zdecydować o sobie. - Ucięłam stanowczo. - To jak? Powiesz mi czy mam osobiście odwiedzić doktora Zawilskiego i poprosić o skierowanie?

Poszłyśmy obie, z nadzieją, że którejś z nas się uda. Ja, jako rodzona córka, miałam większe szanse i mimo wątpliwości mamy i Łukasza chciałam oddać tacie nerkę.

Do czasu odebrania wyników postanowiłyśmy nic mu nie mówić. Dzisiaj o czternastej miałyśmy je poznać.

Gnane niepokojem przyszłyśmy do szpitala kwadrans przed czasem i zajęłyśmy miejsca na niebieskich plastikowych krzesełkach w poczekalni poradni urologicznej. Pielęgniarka poprosiła nas o cierpliwość.

- Doktor zaraz panie przyjmie. Może szklankę wody? - padło pytanie do mamy, która, jak dopiero spostrzegłam, siedziała czerwona z emocji. Chętnie przyjęła łyk czegoś zimnego.

- Dobrze się czujesz? - spytałam zaniepokojona.

- Dobrze. O, idzie pan doktor. - Podniosła się na widok Zawilskiego.

Zachęcone gestem dłoni weszłyśmy do gabinetu. Próbowałam czytać z twarzy lekarza, niestety bez rezultatu. Kamienne oblicze, bez żadnego grymasu, który dałby mi nadzieję na pozytywny wynik.

Zawilski wskazał nam krzesła naprzeciw biurka, sam zajął fotel i sięgnął do szuflady po dwie kartki z naszymi wynikami. Siedziałyśmy bez słowa.

- Niestety, nie mam dla pań dobrych wiadomości. Żadna z pań nie może być dawczynią nerki dla chorego.

- Nawet ja? Jego córka? - Zrozpaczona niemal krzyknęłam.

- Proszę pani, istnieje duże prawdopodobieństwo zgodności w przypadku dzieci biologicznych. Ale pani nie jest przecież biologiczną córką pana Mirosława, prawda?

Mama zbladła, a ja przez moment obawiałam się, że zsunie się z krzesła. Ale kiedy dotarła do mnie straszna prawda, przestałam myśleć o jej samopoczuciu. Ktoś inny był moim tatą, więc mama...

- Zdradziłaś tatę? Z kim? Kto jest moim ojcem? - wrzasnęłam, nie zważając na obecność lekarza.

Zanim zdołała wydobyć z siebie choć słowo, Zawilski spojrzał na nią i dorzucił kolejną straszliwą prawdę:

- Bardzo mi przykro, ale również pani nie jest biologiczną matką pani Natalii.

Oszołomiona nie słuchałam dalszych wywodów o grupach krwi w układzie ABO, które się nam nie zgadzają. Faktycznie, w szkole mnie tego uczono, ale dawno temu i wiedza wywietrzała.

Mama dostała zastrzyk uspokajający. Ja próbowałam pojąć, jak to możliwe, że świat może tak nagle rozsypać się jak domek z kart.

ROZDZIAŁ 1 

Urszula

Dzieci kończyły rok szkolny, ale w gminnym domu kultury w Zaciszu, w którym pracowałam, nastał czas wzmożonej pracy. Dwa miesiące wakacji to nie lada wyzwanie dla rodziców, którzy muszą zapewnić latoroślom atrakcje, a przynajmniej opiekę.

Nie każdego było stać na wypasione wakacje czy drogie obozy, dlatego rokrocznie staraliśmy się w domu kultury organizować dzieciakom kolonie, za które byłam odpowiedzialna jako lokalny kaowiec. Gmina obfitowała w jeziora i przepływające przez nie rzeczki, a lasy nie skąpiły jagód i jeżyn. Piętnastoletni staż pracy sprawiał, że mogłam pochwalić się doświadczeniem w ogarnianiu kolonii dla dzieciaków z pobliskich wsi. Mieliśmy już obozy przetrwania, wioskę piratów, kolonie piłkarskie, pingpongowe, artystyczne, kulinarne. W tym roku wymyśliłam wodną przygodę z kajakami. Pomysł dobry, ale realizacja nastręczała trochę problemów, głównie z powodu braku sponsorów. Komercyjny najem kajaków nie wchodził w rachubę z powodu kosztów. Przydałyby się również kapoki dla dzieciaków i kadra, która zaofiaruje się pracować za minimalną krajową.

Rodzice chętnie korzystali z naszych inicjatyw, ale z płaceniem bywało różnie.

- Ula, co roku mówię ci, żebyś dała sobie spokój z organizowaniem tych cholernych kolonii! - beształ mnie mąż, kiedy narzekałam na trudności w znalezieniu sponsorów. - Sezon truskawkowy w pełni, w gospodarstwie robota, a ty ciągle musisz pracować dla innych!

- Przecież wynająłeś Ukraińców, jak zawsze - odpowiadałam zniecierpliwiona jego zrzędzeniem. Był jak zdarta płyta.

Nie byłam winna temu, że Wojtek obsadził krzaczkami truskawek kilka hektarów i zawiązał nam pętlę na szyi.

- Ale zawsze dodatkowa para rąk by się przydała. - Dawał mi do zrozumienia, że powinnam zająć się czymś pożytecznym.

W jednej sprawie się z nim zgadzałam: widziały gały, co brały. Cóż, zakochałam się w facecie z gospodarstwem i zamieszkałam na wsi. A mama odradzała...

Poznałam Wojtka właśnie w miejscowym domu kultury, do którego skierowano mnie na praktyki po trzecim roku kulturoznawstwa. Pewnego dnia na zajęcia plastyczne przyszedł wysoki misiowaty facet z kilkuletnią dziewczynką. Mała nie chciała puścić ręki ojca, a on nie bardzo wiedział, jak się zachować.

Podeszłam do nich, kiedy zajęli miejsce na ławeczce pod drabinkami w sali gimnastycznej.

- Jak masz na imię? - spytałam małą.

Bąknęła coś pod nosem i uciekła spojrzeniem.

- Majeczko, powiedz pani. - Mężczyzna próbował ośmielić córkę.

- To może porozmawiamy później - odparłam polubownie. - A teraz popatrz sobie, jak pracują dzieci.

Po jakimś czasie Maja podeszła do stolika, gdzie wyrabialiśmy talerze z papier mâché, i dołączyła do nas. Ciekawość pokonała nieśmiałość.

- Proszę zostawić małą - wyszeptałam, odciąg­nąwszy jej ojca na bok. - Poradzi sobie.

Warsztaty udały się nadzwyczajnie, a ja uzyskałam dobrą ocenę od kierownictwa domu kultury. Nie była to jedyna korzyść. Wróciłam do domu bogatsza o znajomość z panem Wojciechem Babiczem, wdowcem.

Przyznaję, że ujęły mnie nieprzystające do potężnej postury łagodność i tkliwość wobec córki. Ja w swoim domu ich nie zaznałam. Tato był mężczyzną z zasadami i rygorystą, typem, który ma zawsze rację. Przytulanki na kolanach raczej nie wchodziły w rachubę, a słowo "empatia" było mu obce.

Nie chciałam, by mój życiowy partner miał podobne cechy. Ba, nawet nikogo nie szukałam. Bo kiedy już napatoczył się jakiś chłopak, ojciec szybko go przeganiał.

- Edmund, dlaczego byłeś niemiły dla tego Janka? - usłyszałam któregoś dnia szept mamy. - Że nie wspomnę o Marcinie i tym, jak mu tam... - Usiłowała przypomnieć sobie imię Olka, który kiedyś próbował zabrać mnie do kina.

- Jako ojciec mam prawo. Jest młoda, ma czas na amory - odparł tato stanowczo. - Skończy studia, to znajdzie sobie odpowiedniego mężczyznę - uciął.

- To kto jest według ciebie odpowiedni? - Mama zdobyła się na odwagę.

- Gadasz jak jakaś nawiedzona! Może być inżynier, prawnik, lekarz. Ktoś dobrze ustawiony albo przynajmniej z perspektywami. Chłop musi zarobić, kiedy jego kobieta siedzi w domu. Źle ci było nie pracować przez całe życie?

Aż się skurczyłam w sobie, choć słyszałam te słowa wielokrotnie. Współczułam mamie, że musi znosić tę impertynencję. Jednak ona nie dawała się podburzyć przeciw ojcu i zawsze kiedy próbowałam, broniła swojego terrorysty.

Wiedziałam, że muszę jak najszybciej wyprowadzić się z domu i rozpocząć życie na własny rachunek. Niestety, pozbawiona inicjatywy tkwiłam w miejscu i wmawiałam sobie, że czekam na odpowiedni czas.

Aż tu nagle poznałam pana Wojciecha, o którym nie potrafiłam zapomnieć.

Na praktykach w Zaciszu spędziłam dwa tygodnie, licząc po cichu, że ojciec z córką jeszcze odwiedzą naszą placówkę. Niestety, tak się nie stało. Myśli o poznanym mężczyźnie powoli odpływały. Wyjechałam z kumpelami nad morze. We wrześniu pracowałam jako kelnerka, a za zarobione pieniądze wykupiłam kurs włoskiego. Miałam wyjątkowy dar do nauki języków. Angielski poznałam na studiach, całkiem nieźle radziłam sobie z francuskim, aż wreszcie postanowiłam spełnić swoje włoskie marzenie. Po liceum zamierzałam iść na italianistykę, ale ojciec zdecydował, że mam studiować w rodzinnym mieście, a tutejszy uniwersytet nie oferował tego kierunku. Wprawdzie kulturoznawstwo też uważała za fanaberię, ale przynajmniej mieszkałam w domu i nie generowałam kosztów.

- Gdybyś szła na politechnikę, jak Zbyszek - stawiał za przykład mojego cudownego pod każdym względem brata - nic bym nie powiedział i łożył na twój akademik. Ale to twoje kulturoznawstwo, cokolwiek to jest, możesz sobie studiować tutaj - zakończył rozmowę o mojej przyszłości.

Złożyłam zatem papiery, a języka uczyłam się w wolnych chwilach sama.

Na włoski poszłam w październiku, w tajemnicy przed rodzicami. Na kurs zaciągnęłam również swoją kumpelę Manię. Planowałyśmy kiedyś wyprawę do Italii, podbój Toskanii, Kampanii, Rzymu, odwiedzenie Sycylii i Bari. Uwielbiałam południowe klimaty, choć w realu nie miałam okazji ich poznać. Rodzice preferowali polskie klimaty, więc wczasy spędzaliśmy głównie nad Bałtykiem, w górach, a najczęściej nad jeziorami. Ojciec lubił wędkować.

Od kiedy sporo czasu spędził w Libii, budując drogi Arabom i zarabiając ciężkie pieniądze (twierdził, że dla nas i dla matki), zagraniczne wojaże go nie interesowały. Schowałam więc swoje ciągoty głęboko i marzyłam, że znajomość języków kiedyś zaprocentuje.

Tamten październik był wyjątkowo pogodny i złocisty, postanowiłam zatem przespacerować się chwilę kasztanową aleją. Prowadziła z placu Wolności, gdzie znajdowała się szkoła językowa, do zajezdni autobusowej, skąd miałam bezpośrednie połączenie z ulicą Truskawkową, przy której stał nasz dom.

Mieszkaliśmy na obrzeżach miasta, w eleganckiej dzielnicy domków jednorodzinnych. Nasza posesja zajmowała dwa tysiące metrów kwadratowych; sąsiadujące z nią działki były mniejsze. Mieliśmy spory ogród, który stanowił królestwo mamy. Warzywnik imponował mnogością roślin, sad dostarczał owoców, a kwiatowych rabat nie powstydziłby się najlepszy ogrodnik. Podziwiałam jej dzieło, jednak nie znajdowałam przyjemności w pieleniu grządek, do czego niejednokrotnie bywałam zaganiana, przycinaniu krzewów malin czy zbieraniu plonów.

Mama uciekała w krainę zieleni, ojciec w przerwach między zaleganiem przed telewizorem z ulubionym drinkiem wyjeżdżał na ryby. Brat robił karierę w stolicy, a ja chowałam się w swoim pokoju i przyswajałam nowe słówka, marząc o świecie, który tak chciałam poznać.

Zerknęłam na rozkład jazdy. Najbliższy autobus odjeżdżał za dziesięć minut. Przyśpieszyłam kroku, ale ktoś zastąpił mi drogę. Odruchowo złapałam za torebkę.

- Przepraszam, jeśli panią przestraszyłem. - Zza krzaka wychynęła znajoma sylwetka.

Nie od razu poznałam czyja, ponieważ przesłaniał ją bukiet astrów. Przez moment pomyślałam, że przypominają te z maminej rabaty.

- Nie, tak, przepraszam, nie poznałam - wyjąkałam nieskładnie.

Przede mną stał pan Wojciech Babicz, tak samo zmieszany jak ja.

Wyciągnął przed siebie rękę z kwiatami.

- To dla pani.

- Dziękuję. Skąd pan wiedział, gdzie mnie znaleźć? - wypaliłam bez zastanowienia.

- Postarałem się - odparł ze zwieszoną głową, jak gdyby miał ochotę uciec. - Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale skoro już tu jestem... Może przyjmie pani zaproszenie na filiżankę kawy w cukierni? Znam jedną za rogiem, czasami zabieram tam Maję na lody. To znaczy jeżeli pani zna jakieś inne miejsce albo w ogóle nie chce ze mną pójść... Nie chciałbym się narzucać.

Myśli kotłowały się w mojej głowie niczym sztormowe fale, a serce kołatało.

- Bardzo chętnie! - zgodziłam się natychmiast, olawszy autobus.

A nawet kolejne.

Tato miał męskie spotkanie z kumplami, więc raczej nie spodziewałam się wymówek z powodu późniejszego powrotu.

Pan Wojciech wyraźnie się ożywił.

- To zapraszam.

Posiedzieliśmy ze dwie godziny przy kawie i wuzetkach. Zazwyczaj nie jadałam ciastek, ale wtedy, w towarzystwie Wojtka, z którym zaczęliśmy sobie mówić po imieniu, smakowały mi wyjątkowo.

Do domu wróciłam zakochana. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, to się myli. Wojtek wpadł mi w oko w zaciszańskim domu kultury, ujął w niewielkiej cukierence przy kawie i wuzetkach. I przepadłam. A potem już chciałam z nim być.

I marzenia się ziściły.

A teraz mój truskawkowy potentat próbował zagonić własną żonę do zbierania plonów.

- Wojtek, co roku to samo! - broniłam się dzielnie. - Przecież wiesz, że mam pracę, z której nie zamierzam zrezygnować. Radek i Asia będą ze mną. Zresztą nimi nigdy nie musiałeś się kłopotać. Dlaczego mnie nękasz, że nie zbieram tych cholernych truskawek? Skoro to taki problem, to może powinieneś z nich zrezygnować? Całe wakacje zmarnowane! Półtora miesiąca na zbiory, potem prace polowe, te czy inne. Przychodzi wrzesień, a my nigdzie nie byliśmy! Powoli zaczyna mnie to męczyć. Znoszę to gadanie już piętnaście lat. Zastanów się, Wojtek. A przynajmniej nie przeszkadzaj mi żyć i pracować - wyrzuciłam z siebie nagromadzone rozdrażnienie.

Mój mąż posłał mi gorzkie spojrzenie i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI