ROZDZIAŁ 1
Chata Zwierzaka
Spośród wszystkich, nazwijmy to, nieprawidłowości, jakie toczą środowisko obrońców zwierząt, najtrudniej pogodzić się z sytuacjami, kiedy ci, którzy na sztandarach niosą te wszystkie szczytne postulaty, doprowadzają do realnej i fizycznej krzywdy zwierząt. Otoczka budowana wokół niektórych ludzi, ich medialność oraz niemal aktorska poza sprawiają, że nikt - ze mną włącznie - nawet nie rozważa posądzenia ich o złe traktowanie psów, kotów czy innych koni. Niestety również w tym aspekcie rzeczywistość potrafi bardzo szybko zweryfikować podejście do tematu.
Przyjęło się też, że jeżeli ktoś podejmuje się opieki nad zwierzętami bezdomnymi, to należy mu nieba uchylić i dać wszystko, o co poprosi. Zaryzykuję tezę, że niewiele jest branż, które pozwalają przeciętnemu człowiekowi w stosunkowo krótkim czasie wejść w posiadanie własnej nieruchomości. Aby kupić nieruchomość, trzeba pracować i odkładać pieniądze bardzo długo. Samo wynajęcie odpowiednio dużej posesji jest kosztem niemożliwym do pokrycia dla wielu ludzi. W przypadku ludzi deklarujących miłość do zwierząt wykształcił się jednak system pozwalający na osiągnięcie takiego celu znacznie szybciej, bo w zaledwie kilka lat.
I jest to system genialny w swojej prostocie. Polega na tym, że aktywista zaczyna zbierać zwierzęta do wynajętego domu lub mieszkania. Gromadzi ich więcej i więcej. A każde zwierzę ma swoje imię oraz historię, która jest na bieżąco relacjonowana - czy to w internecie, czy w artykułach lokalnej prasy, a czasem w telewizji śniadaniowej. Każdy potrafiący dodać dwa do dwóch potrafiłby przewidzieć, że z czasem bardzo duża liczba zwierząt zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni zacznie być uporczywa dla sąsiadów. Tworzenie minischroniska w bloku mieszkalnym czy na posesji graniczącej z innymi domami stanowi wręcz gwarancję konfliktu. Szczególnie gdy sama nieruchomość jest jedynie wynajmowana od kogoś innego.
W takiej sytuacji pojawia się kultowe już hasło: "Zwierzęta tracą dach nad głową". Prawdziwy wytrych do otwierania portfeli darczyńców. Przecież nikt nie chce, aby zwierzęta już raz skrzywdzone przez człowieka znów musiały cierpieć. Emocje biorą górę i nikt nawet nie zastanawia się, jak do takiej sytuacji doszło. Z pewnością to jacyś sąsiedzi albo wynajmujący nieruchomość w swojej nieskończonej podłości chcą zaszkodzić zwierzętom będącym pod opieką danej organizacji bądź danego aktywisty. Narastające oburzenie przeradza się w zrzutkę pieniędzy1, która pozwoli uratować zwierzęta. Tym sposobem ich opiekun staje się właścicielem nieruchomości2.
Tak było w przypadku Fundacji Ochrony Zwierząt Chata Zwierzaka. I nawet nie oceniam, ile prawdy jest w opowieści o tym, że twórczyni tej organizacji porzuciła świetnie płatną pracę w korporacji, aby móc zajmować się zwierzętami. Zakładam, że aż tak świetnie płatna nie była, skoro dom musieli ufundować jej jednak darczyńcy. Wiem natomiast, że w tym konkretnym wypadku potoczyło się to bardzo źle. Jednocześnie jest to chyba najlepiej udokumentowana sprawa, w której udało się dowiedzieć, co dzieje się wewnątrz takiej organizacji. Przecież nie da się zamontować kamer w czyimś domu i sprawdzać, jak traktowane są tam zwierzęta, nie da się też przejrzeć wyciągów bankowych z czyjegoś konta, aby dowiedzieć się, jak wydatkowane są pieniądze przekazywane przez ludzi dobrej woli. Tyle że... tym właśnie razem było to możliwe.
Pod koniec 2022 roku otrzymałem drastyczne nagranie z monitoringu Chaty Zwierzaka. Jak można się dowiedzieć z archiwalnych wpisów fundacji, kamery zostały tam zamontowane właśnie po to, aby kontrolować osoby opiekujące się zwierzętami. Zresztą i one zostały zakupione przez darczyńców. Chwała im za to, bo gdyby nie ten zabieg, to nikt nigdy nie dowiedziałby się, do czego dochodziło w tym rzekomym domu spokojnej starości dla skrzywdzonych zwierząt, tym "domowym hospicjum dla psów i kotów"3.
Krótkie nagranie przedstawia postawnego mężczyznę, który wychodząc z domu, przechodzi przez jego przedsionek i po drodze z całej siły kopie w głowę spokojnie leżącego tam psa. Przerażone zwierzę zeskakuje z legowiska i patrzy w oczekiwaniu na to, czy czeka go kolejny atak. Chwilę po samym kopnięciu psa mężczyzna opuszcza pomieszczenie, za to pojawia się w nim właścicielka fundacji, pani Iwona Gabor-Kantorowicz4. Nagranie się kończy - i pytań jest więcej niż odpowiedzi. Po obejrzeniu go chyba pierwszy raz pomyślałem, że to nie jest materiał na media społecznościowe, a raczej od razu do prokuratury. Tam też w końcu trafił. I nie trzeba było długo czekać na rezultat. Inna sprawa, że był to rezultat żenujący...
Mężczyzna z nagrania okazał się nieprzypadkowy. Pan Paweł Durdyń nie był żadnym tragarzem, który akurat przechodził koło siedziby Fundacji Chata Zwierzaka, lecz członkiem jej zarządu, pracownikiem, mieszkańcem, a prywatnie również partnerem pani prezes. Po bardzo krótkim postępowaniu prokuratura przekazała do sądu wniosek o ukaranie, a ten, w trybie nakazowym, uznał winę za niebudzącą wątpliwości i aktywistę skazał. Choć chyba powinienem to skazanie wstawić w cudzysłów - sąd za kopnięcie psa nakazał skazanemu zapłacić tysiąc złotych i to, w praktyce, na jego własne konto5. To nie żart, sam nie wierzyłem w to, co czytałem. W opinii sądu nawiązka powinna zostać wpłacona na konto Fundacji Chata Zwierzaka, której - zgodnie z ówczesnym wpisem w Krajowym Rejestrze Sądowym - skazany był członkiem zarządu i z której pobierał wynagrodzenie. Co więcej, jak się później okazało, podejście członków organizacji do wydatkowania środków z jej konta bankowego było bardzo swobodne, żeby nie powiedzieć - mieszczące się w definicji słowa "defraudacja". Uznaliśmy to za zabieg przypominający przełożenie gotówki z jednej kieszeni do drugiej i złożyliśmy sprzeciw wobec tak absurdalnego wyroku. Jednocześnie nagranie zostało opublikowane w internecie, a sprawę poruszyły niektóre media, w tym Polska Agencja Prasowa.
Po wielu miesiącach od uwiecznionych na nagraniu wydarzeń, po kilku miesiącach prowadzonego już postępowania przygotowawczego w prokuraturze i po zapadnięciu wyroku nakazowego do sprawy postanowiła się odnieść również pani prezes fundacji. Była co prawda świadkiem skopania swojego podopiecznego, następnie wszyscy zainteresowani dziennikarze przychodzili pod jej adres, no i przecież sama nie mogła nie wiedzieć, co się w tej sprawie dzieje, ale do zabrania głosu przekonała ją dopiero publikacja nagrania z jej domu. Właściwie to nie do końca jej domu. Formalnie jest on przecież własnością zarządzanej przez nią fundacji. W praktyce zaś miał należeć do potrzebujących zwierząt, rzecz jasna.
Tłumaczenia pani prezes były kuriozalne. Jej zdaniem wydarzenie miało charakter absolutnie jednorazowy - oczywista oczywistość - ale również wynikało z bardzo emocjonalnego podejścia pana Pawła. Otóż pies, który został kopnięty, wcześniej tego dnia miał zagryźć innego, mniejszego psa. I to kopnięcie było jakąś formą kary. Czyli przyznając się do tego, że jeden z jej podopiecznych został skopany przez jej partnera, dodatkowo przyznała, że inny jej podopieczny stracił życie w wyniku pogryzienia. Nie ujmując jej intelektowi, nie jest to chyba najbardziej przemyślana linia obrony. Ale może dzięki temu została uznana za szczerą i prawdziwą. Choć taka nie była, przynajmniej we fragmencie, gdy mówiła o "jednorazowym przypadku".
Byli pracownicy (lub wolontariusze czy osoby odwiedzające fundację, pewności co do tego, kto fizycznie miał dostęp do monitoringu fundacji, mieć nie mogę) przekazali mi kolejne nagrania z wnętrza tego "azylu" dla skrzywdzonych zwierząt. I były one jeszcze bardziej wstrząsające, a przy okazji całkowicie zdementowały prowadzoną przez panią prezes Chaty Zwierzaka narrację o jednorazowym przypadku czy działaniu w emocjach.
Jedno z nagrań przedstawiało, jak mężczyzna ciska psem przez uchylone drzwi, ten ląduje na wycieraczce i zostaje kopnięty od tyłu. Z krótkiego materiału można wywnioskować, że pracownik fundacji w ten sposób wygonił psa na spacer, a gdy ten po wylądowaniu przed drzwiami na sekundę zamarł w bezruchu, został kopnięty, aby na spacer jednak się udał.
Inne wideo pokazuje tego samego mężczyznę, jak w małym pomieszczeniu próbuje złapać i przycisnąć do ziemi psa szukającego ucieczki, a gdy mu się to udaje, to okłada go pięściami. Pies, mimo swoich całkiem sporych rozmiarów, nie podejmuje żadnej walki. Uderzeń pięścią po tułowiu od dorosłego postawnego faceta mniejsze zwierzę mogłoby nie przeżyć. Jakie obrażenie poniósł ten konkretny pies, nigdy się nie dowiemy.
Na jeszcze innym filmie, tym razem przedstawiającym ujęcia z kilku kamer, pracownik fundacji przechodzi przez kolejne pomieszczenia i w rogu jednego z pokoi znajduje śpiącego, starego psa. Kopie go kilka razy, aż pies bezwładnie dociera do drzwi wyjściowych, przez które również zostaje przekopany. Choć... w sumie nie mam teraz pewności, czy zwierzaka ostatecznie przez sam próg również przetransportowano przy użyciu buta. I nawet nie będę tego już weryfikował, bo oglądanie tych filmów do najprzyjemniejszych nie należy, a w trakcie całej sprawy musiałem oglądać je wielokrotnie.
I dopiero wtedy, po całej serii publikacji zatrważających nagrań, po wielu miesiącach śledztwa prokuratury i wyroku nakazowym, szefowa Fundacji Chata Zwierzaka uznała, że chyba warto zacząć działać. Albo przynajmniej pozorować jakieś działania, bo trudno inaczej nazwać wysłanie wiadomości e-mail na ogólną skrzynkę lokalnej policji. Szefowa opublikowała nawet - dla swoich fanów, po wcześniejszym zablokowaniu wszystkich zadających dociekliwe pytania - zrzut ekranu swojej wiadomości do policjantów. Miała ona za zadanie, przynajmniej zdaniem autorki, pełnić funkcję formalnego zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Temat brzmiał: "Zawiadomienie o przestępstwie Fundacja Ochrony Zwierząt Chata Zwierzaka", a treść była tak obszerna i wyczerpująca, że pozwolę ją sobie zacytować tutaj w całości: "Zgłaszam popełnienie przestępstwa dotyczącego znęcania się nad zwierzętami na terenie siedziby Fundacji Chaty Zwierzaka w Ruda 7a 07-311 Wąsewo". Do tego dodano jeszcze link przekierowujący na jedno z krążących po mediach społecznościowych nagrań. I właściwie tyle.
Autorka wiadomości była nieco rozmowniejsza podczas komentowania nagrań z jej własnego domu. Napisała między innymi: "Drugi film jest zmontowany. Proszę nie wierzyć we wszystko, co jest publikowane. Wystarczy dobrze się przyjrzeć, że o biegłym i opinii nie wspomnę". Zdawała się w ten sposób sugerować, że ktoś mógł modyfikować nagrania z monitoringu w jej własnym domu. Oczywiście nikt tego nie robił. Filmy same w sobie były tak drastyczne, że nawet nie wiem, co ktoś mógłby do nich dodać albo jak je przerobić, żeby wypadały gorzej. Całość tłumaczeń przerywana była stwierdzeniami, że przecież szefowa fundacji nie wiedziała o niczym, więc nie ponosi żadnej odpowiedzialności za los powierzonych jej zwierząt. Nie wiedziała i kropka. Od kilku miesięcy wiedzieli natomiast policja, prokuratura, sąd, jej pracownicy i co oczywiste, jej życiowy partner, tylko ona nie wiedziała, niczym pewien austriacki akwarelista, który to podobnie o niczym miał nie wiedzieć w latach 40. XX wieku.
Po działaniach bardzo wyraźnie pozorowanych nadszedł czas na działania mniej wyraźnie pozorowane. Ale za to odbijające się czkawką szefowej fundacji aż do dzisiaj. Jako że krytyczne komentarze i ogólne zamieszanie wokół jej działalności nadal było spore, ogłosiła ona, że od teraz ktoś inny będzie prezesem fundacji. W zamyśle miało to na celu przywrócić dobre imię całej organizacji. Zarazem nikt jednak nie zamierzał się wyprowadzać z nieruchomości zakupionej przez darczyńców. Roszada miała mieć charakter przede wszystkim formalny, czyli nieść za sobą zmianę w Krajowym Rejestrze Sądowym. Ktoś inny miał od teraz podejmować bliżej nieokreślone, choć na pewno kluczowe decyzje, podczas gdy wcześniejsza pani prezes pozostanie pracownikiem opiekującym się zwierzętami.
Tu na scenę wkracza pan Tomasz Łomnicki, znany szerzej pod pseudonimem "Fit Dzik" - postać, można chyba tak napisać, medialna. Zasłynął występem w telewizji śniadaniowej, gdzie pochwalił się niesamowitą metamorfozą. Z osoby bardzo otyłej przeistoczył się w świetnie zbudowanego uczestnika gal sportowych, podczas których zawodnicy biją się po łbach bez rękawic. Pan "Dzik" jest też przedstawiany jako działacz społeczny pomagający dzieciom prawidłowo się odżywiać i dbać o kondycję. Nie wiem, jak to sobie dwoje prezesów dogadało, ale to on właśnie miał przejąć pałeczkę od pani Iwony Gabor-Kantorowicz i zostać nową twarzą Fundacji Chata Zwierzaka.
Muszę przyznać, że mocno się co do niego pomyliłem. Byłem przekonany, że chodzi o jakąś formę przykrywki, poprawy PR-u lub wyciągnięcie jeszcze większej ilości gotówki z darczyńców. Co do samego traktowania zwierząt przez pana "Dzika" również pojawiły się wątpliwości. Ledwie ogłoszono go nowym prezesem, a już otrzymałem serię wiadomości od jego dawnej pracownicy, która przedstawiła go jako niespecjalnie lubiącego psy. Jego kariera w Chacie Zwierzaka nie trwała jednak długo.
Jak opowiadał mi później, planowano zrobić z niego wizytówkę, która niewiele by miała do powiedzenia, ale firmowałaby swoją twarzą działalność całej organizacji. Wstępnie nawet zgodził się na to, ale zażądał wglądu w dokumentację fundacji6. Gdy tylko do niej zajrzał, zgasł jego entuzjazm do reprezentowania całej organizacji. Bynajmniej nie z powodu braku pieniędzy, bo tych nie brakowało. Problemem był sposób ich wydatkowania, a przynajmniej tak twierdzi sam zainteresowany. Pan "Dzik" zrezygnował z prezesury w obawie o odpowiedzialność karną za podpisywanie się pod takim rodzajem dbałości o przekazywane przez darczyńców środki. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Podczas gdy połowa internetowej bańki zajmującej się zwierzętami rozmawiała wyłącznie o Chacie Zwierzaka, odezwała się do mnie jedna z pracownic, która była tam zatrudniona jeszcze przed pojawieniem się w organizacji pana Pawła Durdynia - (anty)bohatera nagrań. Pani Tatiana, z pochodzenia Łotyszka, pracowała kilka lat dla pani prezes. Trafiła tam praktycznie z przypadku i najpierw pracowała w schronisku, a następnie w siedzibie fundacji. Wybór branży nie był jednak przypadkowy - jako wielka miłośniczka zwierząt tym właśnie chciała się zajmować. Opowiedziała swoją historię i dodała do tego dwa nowe nagrania wideo. Oddajmy jej głos:
Mój wpis nie jest o znęcaniu nad zwierzętami, raczej nad pracownikami Fundacji Chata Zwierzaka. W jakimś stopniu. I nie piszę teraz o pensji, każdemu w moich czasach Iwona była winna kasę.
Nie mogę powiedzieć, że tak karmili zawsze pracowników w Chacie Zwierzaka. Nie, byłoby to nieprawdą, ale często. Kiedy przywozili przeterminowane mięso i wędliny z Biedronki, my robiliśmy selekcję - co śmierdziało mocno - wyrzucaliśmy, co nie śmierdziało, wkładaliśmy do zamrażarki.
I nieważne było, kiedy minął termin ważności - czy miesiąc, czy dwa, czy trzy. Psy też dostawały przeterminowane mięso, co prawda gotowane. Martwe koty z zamrażarki były potem zakopywane na terenie fundacji. Kiedy było komu kopać doły.
Wiele osób, które były ze mną w te dni, pyta mnie, dlaczego nie piszę niczego o tym, jak postąpiła ze mną Iwona w najgorszych czasach mojego życia. To nie jest związane ze zwierzętami, to pokazuje, jakim jest ona człowiekiem. I jeżeli ona tak podchodzi do ludzi, to co mówić o zwierzętach.
Otóż ja przyjechałam do Polski z Łotwy. Na Łotwie została moja mama. Sama. Kategorycznie nie chciała nigdzie wyjeżdżać. Ja pomagałam jej materialnie. W lipcu 2018 roku dostała wylewu. Pojechałam do niej, byłam z nią jakiś czas, wszystko, co miałam, wydałam na szpital z dobrą opieką. Pomogła mi daleka rodzina opłacić. Planowałam wrócić do Polski, zabrać swoje zwierzęta, rzeczy i wrócić na Łotwę. Wróciłam do Polski, minęło kilka dni, i nie zdążyłam. Moja mama zmarła. Trzeba było organizować pogrzeb. Oprócz mnie nie było żadnej bliskiej rodziny. Powiedziałam Iwonie, że potrzebuję kasy na pogrzeb. Swojej, uczciwie i ciężko zarobionej kasy. Obiecywała, że mi ją da. Nie całość, część.
Jak myślicie, ile dała? Zero! Wyjechałam bez jednego grosza w kieszeni. Bilet kupiłam za swoje. Ona obiecywała, że wyśle mi na konto kasę. Przysięgała na Boga. Ile wysłała? Zero!
U mamy mojej nie było odłożonych środków. Ani grosza. Tego, w jakim stanie byłam tam, mając tylko parę groszy od państwa łotewskiego na pogrzeb, w życiu ci, Kantorowicz, nie wybaczę!
Pomogły mi koleżanki z Polski, pożyczyły trochę kasy. Sprzedałam tam wszystko, co mogłam, żeby tylko pochować mamę. Po kilku dniach Kantorowicz opublikowała na stronie fundacji prośbę. Jakoby ode mnie. Że proszę o kasę na pogrzeb mamy. Ja proszę u ludzi, kiedy fundacja winna mi sporo kasy? Na ten moment około 16 tysięcy złotych. Wysłali mi ludzie 700 złotych. Dziękuję im za to.
Ten, kto mówi i piszę, że ta osoba ma serce, bardzo myli się. Ona nie ma serca. Kantorowicz, życzę ci, żeby z tobą też kiedyś tak postąpili. Jak ty ze mną7.
Żeby nie być gołosłowną, lub posądzoną o zbędnie emocjonalny wpis, pani Tatiana do swojego apelu dołączyła nagranie wideo8. Widać na nim, jak wyciąga z zamrażalki kolejne opakowania wędlin i łamaną polszczyzną tłumaczy, że tym właśnie są karmieni pracownicy (a jednocześnie mieszkańcy) Chaty Zwierzaka. Każda kolejna wędlina i kolejne opakowanie mięsa były przeterminowane o kolejne miesiące. Przy czym nie to było drastyczne. Zapewne dobrze przechowywane mięso po terminie ważności nadal można spożywać. Szokujące dla odbiorców było to, że w tej samej zamrażalce, obok jedzenia dla ludzi, choćby przeterminowanego, znajdowały się zwłoki zwierząt. Konkretnie - wspomniane we wpisie pani Tatiany martwe koty. Jedne bardziej, inne mniej zapakowane, ale nadal w bezpośrednim sąsiedztwie pokarmu dla ludzi.
Kobieta tłumaczyła, że z kotami był w tym miejscu spory problem, ponieważ tych chorych nie oddzielano od tych zdrowych, przez co słabsze jednostki szybko chorowały i umierały. Ale tego oczywiście nikt nie udowodni, to tylko relacja byłego pracownika. Jak wspominałem, organizacje tego typu nie podlegają pod żaden nadzór, a co za tym idzie - nie muszą prowadzić ewidencji zwierząt. Gdyby w zarejestrowanym w Inspekcji Weterynaryjnej schronisku nagle znacząco wzrosła liczba padłych zwierząt, ktoś mógłby to zauważyć. W fundacjach, "azylach", "przytuliskach" - zwał jak zwał - nie jest to nigdzie odnotowywane. Poza pamięcią pracowników lub opiekunów tych zwierząt. A ci odezwać się publicznie nie mogą, dopóki są zależni od swojego pracodawcy.
Zarówno pani Tatiana, jak i pan Tomasz vel "Dzik" przekazali swoje informacje policji, czy to w postaci zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, czy to zeznań na temat tego, co widzieli wewnątrz Chaty. Również my zgłosiliśmy - dwukrotnie - znęcanie się nad zwierzętami w wykonaniu członka zarządu fundacji. A ja czekałem na choć jeden moment szczerej refleksji ze strony właścicielki fundacji. Mogę chyba zdradzić, bo nie będzie to przesadnym wybieganiem w przyszłość, że nie doczekałem się tego do dzisiaj. Można było spodziewać się choć jednego akapitu jakiegoś oświadczenia albo kilkudziesięciu sekund nagrania, na którym twórczyni fundacji faktycznie żałowałaby, że pod jej nadzorem doszło do tak drastycznych sytuacji. Nie było tego ani krzty.
Pani Iwona skupiła się raczej na atakowaniu wszystkich, którzy mieli zarzuty do jej pracy. Bez względu na to, jak słuszne i oczywiste były to pretensje. Obrywało się wszystkim, w tym mnie za ujawnienie nagrań. W kontrze pani prezes wrzuciła do sieci fotografie, na których widać mnie za czasów młodości, jak piję piwo na jakiejś imprezie. Z podpisem, że na pewno alkoholik, skoro 15 lat wcześniej spożywał alkohol. Panu Tomaszowi przypisywała różne skrajnie negatywne intencje, jakoby na jej fundacji chciał się dorobić. Było to o tyle absurdalne, że facet wycofał się, gdy tylko zauważył, z czym ma do czynienia, a mógł zrobić wręcz odwrotnie. Spieniężyć, co się da, wyciągnąć trochę gotówki i zapomnieć o całej sprawie. Dostało się też pani Tatianie, że przecież skoro coś jej się nie podobało, to mogła mówić wcześniej. Bo i owszem, mogła, przynajmniej teoretycznie. W praktyce pojedyncza osoba w starciu z osobowością medialną, która jest zaprawiona w manipulowaniu tłumem, nie ma żadnych szans. Prędzej pani Tatiana zostałaby okrzyknięta jakimś potworem, który z pewnością nienawidzi zwierząt, niż do kogoś dotarłoby, że z opieką nad zwierzętami ta cała Chata nie ma wiele wspólnego. Nie zabrakło również grożenia pozwami, odwetami i innymi formami zemsty. Jak na razie nic takiego się nie wydarzyło.
Koronnym argumentem, czy też sednem, linii obrony pani prezes było w tym wszystkim retoryczne pytanie o los zwierząt, które znajdowały się pod jej opieką - co by się z nimi stało, gdyby zgodnie z wolą wielu ludzi nagle w jakiś sposób "zamknięto" cały przybytek? Trzeba przyznać, że jest to argument na tyle abstrakcyjny i pobudzający wyobraźnię, a jednocześnie faktycznie trudny do merytorycznego odbicia, że wielu ludzi przekonuje. W rozumieniu obserwatorów jej działalności może i faktycznie źle się działo, może i członek zarządu fundacji katował zwierzęta, ale nie ma żadnej możliwości, aby ktoś teraz opiekę nad tak ogromnym stadem przejął. A mówimy przecież o około 40 psach i 60 kotach. Plus minus oczywiście, bo dokładnej liczby domowników Chaty nie znamy. Jeśli jednak wierzyć deklaracjom szefowej, to mowa o około setce zwierząt.
Zapadło mi w pamięć określenie stosowane wobec firm finansowych w dobie kryzysu sektora bankowego. Wtedy o tych największych amerykańskich bankach mówiono, że są zbyt duże, by upaść. Dlatego cokolwiek by się działo, jak wielkie błędy by popełniały, to niemożliwy do zrealizowania jest scenariusz, w którym taki, przykładowo, Citibank upada. Podobnie jest w środowisku ochrony zwierząt. Kiedy jakieś miejsce zgromadzi wystarczająco dużo zwierząt, to żadne państwowe instytucje się tym nie zajmą, bez względu na liczbę przesłanek czy dowodów świadczących na niekorzyść zarządców "azylu", "przytuliska" czy jakkolwiek by nazywać te wszystkie "chaty zwierzaków".
Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że jedynymi instytucjami, które mają fizyczną możliwość wzięcia pod opiekę na przykład setki zwierząt, są organizacje ochrony zwierząt. A te są ze sobą w dużej mierze, jeśli nie zaprzyjaźnione, to powiązane siecią kontaktów czy zależności. Nawet gdy już dochodzi do tego, że jedna organizacja zabiera zwierzęta z innej, to zawsze jest to bardzo trudny temat. W myśl powiedzenia, że nie kala się własnego gniazda, niezbyt realistyczny zdaje się scenariusz, w którym odpowiednio duże organizacje wspólnie planują zabranie zwierząt na przykład z Chaty Zwierzaka. Szefowa tej fundacji to przecież ich znajoma, ich organizacje wspierały się nawzajem, wymieniały zwierzętami. Łączą ich poglądy oraz długi wdzięczności. Jedni wiedzą o drugich wystarczająco wiele, by dbać o utrzymanie status quo.
Ale jeśli nie organizacje społeczne, to przecież są schroniska gminne, urzędy, Inspekcja Weterynaryjna i nie tylko, prawda? Prawda, ale tylko w teorii. Najprościej ujmując, aby zabrać z dowolnego miejsca setkę zwierząt, urząd gminy musiałby wyłożyć od ręki kilkaset tysięcy złotych. Być może dałoby się coś takiego przeprowadzić w centrum Warszawy (gdzie nikt żadnych "przytulisk" przecież nie zakłada), ale w przykładowej gminie Wąsewo może się to już okazać znacznie trudniejsze. A nawet gdyby się zdarzyło, że wójt gminy zabezpieczy te 300 tysięcy złotych, to pojawi się następny problem. W Polsce nie ma schroniska, które trzyma wolne miejsce dla takiej liczby psów i kotów. Musiałoby to być kilka schronisk, potencjalnie na terenie całego kraju. Wliczając transport, opłatę za przyjęcie zwierząt, wielomiesięczną opiekę nad nimi oraz niezbędne leczenie - nie wiem, czy urząd gminy zamknąłby się w kwocie poniżej pół miliona złotych. Nikt nawet nie bierze takich scenariuszy pod uwagę.
Cóż, mówią, że pieniądze rządzą światem. Na pewno rządzą tym konkretnym aspektem ochrony zwierząt. Tutaj, żeby coś się urzędowo wydarzyło, trzeba chyba najpierw zabrnąć w ślepą uliczkę, na końcu której martwe zwierzęta wypadają przez okna danego "azylu", pod którymi to oknami przechodzi akurat reporter ogólnopolskiej telewizji. Inaczej, jak się okazuje, niewiele można zrobić, gdy ma się do czynienia z taką skalą działalności. Można zabrać staruszce jednego psa, ale nie można zabrać aktywistce setki psów, o ile aktywistka nie jest akurat skonfliktowana z całą grupą innych, ważniejszych i lepiej umocowanych aktywistów.
Skoro jesteśmy już przy pieniądzach, to w historii Chaty Zwierzaka wydarzyła się jeszcze jedna rzecz warta uwagi, i to taka bez precedensu. Otóż chyba po raz pierwszy w historii tego środowiska, a bez wątpienia pierwszy i jedyny jak dotąd raz, od kiedy ja je obserwuję, wszyscy zainteresowani mogli prześledzić rzeczywiste przepływy gotówki na koncie konkretnej fundacji. Czyli nie tak, jak działa to na sprawozdaniach finansowych, gdzie pod mniej lub bardziej czujnym okiem księgowego rozpisywane są przychody i wydatki. Tym razem można było obejrzeć faktyczne transakcje. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu - na jaw wyszło wszystko, co działo się na fundacyjnym koncie.
Wiedza ta wzięła się z wyciągów bankowych Chaty Zwierzaka. Natomiast tego, skąd wzięły się te wyciągi, nie jestem w stanie zdradzić. Można się domyślać, że dostęp do tak poufnych dokumentów miało bardzo skromne grono osób. Możliwe, że zrazu było to grono jednoosobowe, ale jak wspominałem, w następstwie ujawnienia skandalicznych nagrań na czele organizacji stanął nowy prezes. To jednak tylko spekulacje, których na szczęście nie da się potwierdzić. Ja bowiem otrzymałem te dokumenty anonimowo. Przejrzałem kilka z nich, a jeden wyciąg rozebrałem na czynniki pierwsze.
Miesięczny przychód fundacji wyniósł ponad 100 tysięcy złotych. Czyli - średnio i przyjmując, że w tym miejscu przebywa 40 psów i 60 kotów - jest to tysiąc złotych na jedno zwierzę. Warto nadmienić, że wszystkie zwierzęta są stałymi lokatorami. Zasadniczo nie występuje żaden, by tak to ująć, "obrót" - nie jest tak, że każdego dnia pojawia się w Chacie nowe zwierzę, które wymaga diagnostyki bądź leczenia. Można chyba uznać, że dla utrzymania znakomitej większości podopiecznych wystarczą jedna lub dwie miski z karmą dziennie. Ale nawet nie chodzi mi o jakieś szczegółowe rozliczanie konkretnych zwierząt, bo pewnie raz na jakiś czas zdarza się potrzeba wykonania faktycznie kosztownego zabiegu. Zauważam jedynie, że kwota 100 tysięcy złotych z pewnością nie jest mała. I nijak się ma do powtarzających się z regularnością zachodu słońca apeli na stronie fundacji, jakoby środków było za mało, a brak kolejnych wpłat mógł skutkować rychłym końcem w bólu i cierpieniu.
Ponadto z konta Fundacji wydano 4870 złotych na przyjemności pani prezes. Wśród konkretnych transakcji można wyróżnić następujące: Sephora Warszawa (765 zł), OTCF Warszawa (494 zł), 50Style (231 zł), JD Warszawa (220 zł), Guess Atrium Targówek (1777 zł). Pod konto Chaty Zwierzaka podpięte są też (czy wtedy były) różne usługi, między innymi Netflix (60 zł), Cyfrowy Polsat (250 zł), Storytel (29,90 zł) oraz Tinder (54,42 zł oraz 111,51 zł). I nie, nie wiem, co to za pakiet Polsatu. Ja nawet nie wiedziałem, że Tinder jest płatny. Do tego jakaś kawiarnia, trochę więcej ciuchów, całość blisko 5 tysięcy.
Poprzez bankomaty wypłacono z konta fundacji 13 600 złotych. Nie odważę się jednoznacznie ocenić, że te pieniądze nie miały nic wspólnego z wydatkami na zwierzęta. Może istnieje jakaś przychodnia weterynaryjna, która przyjmuje tylko gotówkę. Najłatwiej byłoby zapytać o to panią prezes, ale obawiam się, że nie odpowie.
Prowizje bankowe wyniosły 365 złotych. Za wypłaty z bankomatów, prowadzenie rachunku, przelewy i alerty SMS o ruchach na koncie. Może jestem skąpy, ale mnie byłoby szkoda tyle płacić za samą obsługę konta bankowego.
Na stacjach benzynowych wydano 3644 złote. I w tym nie ma nic złego. Bo może ktoś musi dużo jeździć. Gorzej, że część z tych płatności to na pewno nie za paliwo. Niektóre skróty wymagają rozszyfrowania. Cóż może na przykład oznaczać taka zagadka: SOPL.CYTR/NA 1 × zł 7,49?
Zakupy spożywcze to 1350 złotych. Absolutnie nie twierdzę, że zwierzęta na tym jakoś nie skorzystały, choć do KFC i Pizza Hut raczej ich nie zabrano.
W aptekach wydano 1250 złotych. Tutaj podobnie - istnieje szansa, że zwierzęta na tym jakoś skorzystały. Ja co prawda lekarstwa dla psa kupuję u weterynarza, ale wiem, że niektóre można zdobyć także w "ludzkiej" aptece.
Materiały budowalna i motoryzacyjne kosztowały 4406 złotych. Zapłacono za nie w czasie, gdy na terenie fundacji nie toczyła się żadna budowa ani naprawa. O tym jednak za chwilę.
Kolejna kategoria to zamówienia online - 4575 złotych. Płatność przez PayU, nie do zweryfikowania. Mogło to być jedzenie dla zwierząt, ale równie dobrze - wyposażenie siłowni. Osobiście chcę wierzyć, że to była karma.
Przelewy do osób prywatnych to kwota 13 150 złotych. Wśród nich dwa do pana Pawła Durdynia, którego to ponoć miało już nie być w Chacie Zwierzaka po tym, jak we wrześniu 2022 roku pierwszy raz "jednorazowo" skopał psa. Wyciąg pokazuje jednak, że w październiku tego samego roku wciąż pobierał on wynagrodzenie (1500 zł + 863 zł).
Dla jasności - wśród wydatków fundacji znalazły się także koszty związane z opieką nad zwierzętami. Skłamałbym, gdybym twierdził, że wszystkie transakcje były dziwne. Oto dwie, które nie dziwią: przelew do Przychodni Jatagan (1500 zł tytułem zaległych faktur) oraz przelew do firmy Super Smak (4272 zł - jak mniemam, za mięso).
Trzeba podkreślić, że wszystko powyżej dotyczy zaledwie jednego miesiąca, października 2022 roku. Nie jest to zestaw wszystkich dziwnych transakcji na koncie bankowym Chaty Zwierzaka, a tylko rozpiska tych, które znalazły się tam w ciągu 30 dni, pomiędzy jednym generowaniem wyciągu bankowego a drugim. W tym czasie pani Iwonie udało się przeprowadzić multum całkowicie prywatnych operacji, które nie służyły zwierzętom w najmniejszym stopniu. No chyba że uznamy, że jej dobre samopoczucie jakoś przekłada się na dobrostan jej podopiecznych. Ale w tym celu i tak powin na przecież używać swojego prywatnego konta, a nie tego należącego do fundacji.
Działając w interesie społecznym, informuję jedynie, co działo się z pieniędzmi darczyńców na koncie Fundacji Chata Zwierzaka. Jeśli ktoś nie zauważył, to październik następuje po wrześniu, a to właśnie we wrześniu 2022 roku fundacja apelowała o wpłaty, bo ich konto "świeciło pustkami"9. Najwyraźniej chwilę później odmienił się los.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że... to wszystko nie jest jeszcze najgorsze. Niepodważalne dowody na znęcanie nad zwierzętami w miejscu, które miało być dla nich "azylem" spokojnej starości, oszukiwanie darczyńców poprzez wyciąganie z nich jak największej ilości pieniędzy, które w praktyce marnotrawiono na prywatne potrzeby - tyle wyszło na jaw, niekiedy przypadkiem lub dzięki zbiegowi okoliczności. Ale ludzie bywający w tym miejscu opowiadali dużo więcej. Tyle że z obawy przed zemstą robili to poufnie, zakładając, że nikt nie wyjawi ich tożsamości.
Powtarzanie usłyszanych historii jest ryzykowne również dla powtarzającego. Bo jeśli nawet nie wystawia się on na pozew sądowy, to stawia jednak na szali co najmniej swoją wiarygodność. Każda opowiedziana historia może być przekoloryzowana bądź zwyczajnie nieprawdziwa. Niemniej powtarzająca się narracja sugerowała, że to wcale nie partner pani prezes był najgorszym, co spotkało zwierzęta w tym miejscu. Informatorzy byli zgodni, że owszem, bił on zwierzęta, gdy nikt nie widział. Znacznie jednak gorszy miał być jego syn, na którego widok zwierzęta ze strachu miały wręcz zamierać w bezruchu.
Stałym elementem opowieści bywalców Chaty Zwierzaka były też bójki pomiędzy panią prezes fundacji a jej partnerem, członkiem zarządu. Zastanawiałem się nawet, znając jej skłonność do manipulacji, czy w którymś momencie nie wejdzie ona w rolę ofiary przemocy domowej i nie spróbuje w ten sposób wzbudzić w ludziach współczucia. Ale nie zrobiła tego. Może zbyt dobrze wiedziała, że była równorzędną uczestniczką bójek, w sprawie których, jak twierdzą okoliczni mieszkańcy, wielokrotnie interweniowała policja.
Ujawnione wydatki, ukazujące, że pani prezes nie stroniła od kupowania za pieniądze darczyńców kosztownych ubrań czy perfum, to jedno. Ludzie mający lepszy wgląd w gospodarowanie pieniędzmi w fundacji mówią, że... było gorzej. Że właściwie cały budżet kręcił się wokół szefowej i jej partnera, bo przecież karma dla zwierząt też pochodziła od darczyńców, a należności za sporadyczne wizyty w przychodniach weterynaryjnych uiszczano z opóźnieniem. Twierdzili też, że budowana w sąsiedniej wsi nieruchomość należąca do partnera pani prezes finansowana jest z datków. Czy tak było, nie da się udowodnić. Szczególnie że prokuratura nie podjęła próby wyjaśnienia sprawy, pomimo zawiadomienia złożonego przez pana Tomasza Łomnickiego vel "Fit Dzika"10. Sporą część gotówki wyciągano jednak z bankomatów, a co za tym idzie - nie da się sprawdzić, na co została przeznaczona. Widać tylko to, co widać, czyli na przykład wciąż zmieniający się wygląd pani prezes. Mam na myśli zabiegi medycyny estetycznej. Nie mnie oceniać efekty, ale metamorfozę widać gołym okiem.
W trakcie rozmów z ludźmi mogącymi posiadać wewnętrzną wiedzę na temat schematów panujących w tej organizacji otrzymałem jeszcze trzy nagrania. Może są mniej drastyczne, ale koniecznie trzeba je odnotować. Zdarza się bowiem, że ktoś podnosi argument nawiązujący do ogólnej sytuacji zwierząt w Polsce. Bo przecież nie byłoby problemów z żadną organizacją, gdyby nie było zwierząt, którymi te organizacje muszą się zajmować. Zwierzęta bywają porzucane, cierpią z powodu bezdomności, a system oparty o zarejestrowane schroniska jest w opinii wielu niewydolny. Nie można temu odmówić logiki, ale to, że coś ma swoją logikę, nie znaczy jeszcze, że jest do końca prawdziwe. Część tych zwierząt wcale przecież nie musiała trafiać do żadnej organizacji, bo miała swoje domy i swoich opiekunów.
Pierwsze nagranie jest autorstwa samej pani prezes. Przesłała je kiedyś swojej znajomej, a ta - wiele miesięcy później - przekazała je mnie. Pokazuje ono, jak pani prezes z partnerem stoją na podwórku przed siedzibą fundacji, a za płotem gromadzą się najprawdopodobniej dalsi sąsiedzi. Powodem ich wizyty miał być pies, który w bliżej nieokreślony sposób trafił do fundacji. To znaczy - najpierw zniknął ze swojego podwórka, a później objawił się w Chacie Zwierzaka jako zwierzę znalezione. Może faktycznie uciekł swoim właścicielom, a może ktoś mu w tej ucieczce pomógł, ale nie to w tej sprawie jest najistotniejsze.
Nagranie pokazuje sytuację, jaka powtarza się niemal każdego dnia gdzieś w Polsce. Właściciele psa stoją za płotem, aktywiści będący w posiadaniu cudzego zwierzęcia stoją zaś na swojej posesji. Sytuacja jest patowa, bo nikt nie przejdzie przez furtkę. Szczególnie gdy - jak na nagraniu sprzed Chaty Zwierzaka - szefowa fundacji trzyma na krótkiej smyczy owczarka kaukaskiego gotowego zabić potencjalnego intruza. Ten owczarek tam mieszka, więc choćby ktoś chciał znaleźć dogodniejszy moment, aby odzyskać swojego pupila, nie będzie to możliwe bez ryzykowania własnym zdrowiem lub życiem. Wezwana na miejsce policja również nie wejdzie na prywatny teren żadnej organizacji bez nakazu. Sytuacja, jaką mundurowi zastają na miejscu, to trochę słowo przeciwko słowu. Jedna strona powie: "To jest mój pies, proszę mi go zwrócić", a druga odpowie: "Ten pies jest zaniedbany, my jesteśmy organizacją, która ma ustawowe uprawnienia do odbierania ludziom zaniedbanych zwierząt". I dalej kłócić można się już w prokuraturach i sądach, co zajmie przy pomyślnych wiatrach rok, przy niepomyślnych - kilka lat. O ile mi wiadomo, w historii z omawianego nagrania żaden ciąg dalszy nie nastąpił. Właściciele psa albo doszli do wniosku, że nic nie mogą zrobić, albo się przestraszyli i dali sobie spokój, aktywistka natomiast uznała, że teraz to już jest jej pies i że będzie nagrywać z nim filmy okraszone numerem konta.
Ciekawy jest też wspomniany owczarek kaukaski. Aby takiego posiadać, teoretycznie trzeba mieć odpowiednie zezwolenie, gdyż kaukazy znajdują na liście tak zwanych ras niebezpiecznych. W praktyce natomiast wystarczy powiedzieć, że ten konkretny pies akurat nie jest rasowy, i problem z głowy. Zarządczyni Chaty Zwierzaka żadnego zezwolenia nie posiada, a sam - kolejny już - owczarek kaukaski zdaje się pełnić funkcję obronną. Przynajmniej względem nachalnych sąsiadów, bo przed agresją ze strony domowników nie udało mu się nikogo obronić.
Drugie nagranie wykonane zostało na terenie ogródka - czy też na wybiegu dla psów - tej samej nieruchomości. Widać na nim, jak jeden pies atakuje drugiego, dość brutalnie. Szefowa fundacji zaczyna do gryzących się psów podchodzić, jednak zostaje zatrzymana przez partnera. Moim zdaniem scena przedstawia dwa podejścia do ułożenia zwierząt tak, aby żyły w stadzie. Jedno polega na rozdzielaniu gryzących się psów, aby nie zrobiły sobie krzywdy, drugie na pozwoleniu zwierzętom, aby samodzielnie ustaliły hierarchię w swojej grupie. I zapewne istnieją zwolennicy zarówno jednego, jak i drugiego podejścia, lecz w kontekście późniejszej wiedzy wynikającej z tłumaczeń pani prezes, jakoby dochodziło pod jej opieką do śmiertelnych pogryzień, rozsądniej byłoby zwierzęta jednak separować w konfliktowych sytuacjach. Nie bez powodu schroniska dla zwierząt już dawno zrezygnowały z modelu, w którym kilkanaście czy kilkadziesiąt psów przebywa na jednym dużym wybiegu. Taki sposób sprawowania opieki zastąpiły kojce, gdzie mieszczą się dwa, czasem trzy psy. I to dobrane charakterem. Ale Chata Zwierzaka nie jest schroniskiem, jest domem wątpliwie spokojnej starości dla psów, gdzie nie ma miejsca na żadne kojce ani boksy. Pięknie wygląda to na reżyserowanych ujęciach, nieco gorzej w rzeczywistości, czego nagranie niepodważalnie dowodzi.
No i trzecie nagranie, pochodzące z zasobów pani Tatiany. Odnalazła je o wiele później, na starszym telefonie. Pokazuje fragment zawartości apteczki, czy właściwie konkretnego leku weterynaryjnego, będącego na wyposażeniu Chaty. A konkretniej dość sporą buteleczkę Morbitalu. Jeśli ktoś nie wie, jest to lek ścisłego zarachowania ze względu na jego narkotyczne właściwości, ale nie ma zastosowania - nazwijmy to - rekreacyjnego. Dwa i pół mililitra leku może poważnie uszkodzić układ nerwowy dorosłego człowieka, a siedem mililitrów zabija. Stosuje się go w celu przeprowadzenia eutanazji zwierzęcia. Co oczywiste, jest to zabieg zarezerwowany dla lekarzy weterynarii. W zasadzie samo posiadanie tego leku jest możliwe tylko w ramach prowadzenia zakładu leczniczego. I tak jak samego używania Morbitalu właścicielce fundacji udowodnić się nie da, tak napoczęta butelka tego środka w domu pani prezes mogłaby w pewien sposób tłumaczyć obecność martwych zwierząt w zamrażalniku. Ale to tylko domysły, może te zwierzęta umarły ze starości. W końcu to dom spokojnej starości dla zwierząt.
I znów, jak w innych tematach, należy podkreślić, że to, co wypłynęło na zewnątrz tej organizacji, to nie jest wszystko. To tylko to, co wypłynęło. A stało się to dzięki kilku osobom, które postanowiły przezwyciężyć wewnętrzne opory, czy też strach, aby podzielić się wiedzą z innymi. Dodatkowo były one na tyle świadome sytuacji, że udokumentowały to, co widziały. Nikt by im nie uwierzył na słowo. Gdyby któraś z nich opowiedziała o dowolnej z powyższych sytuacji, zostałaby okrzyknięta "hejterem", który na pewno mści się, kieruje nienawiścią do zwierząt, albo zwyczajnie zazdrości niesamowitego sukcesu twórczyni Chaty Zwierzaka.
Gwoli formalności - pan Paweł Durdyń, członek zarządu i pracownik fundacji oraz partner życiowy pani prezes Iwony Gabor-Kantorowicz, został pierwotnie skazany na zapłatę 2 tysięcy złotych nawiązki na konto Fundacji Chata Zwierzaka. Był to jednak wyrok nakazowy, któremu się sprzeciwiliśmy. Po przeprowadzeniu procesu sąd ponownie uznał winę oskarżonego i nakazał mu zapłatę nawiązki o tej samej wysokości, ale na rzecz innej już organizacji, a dodatkowo ograniczył jego wolność na dwa lata poprzez wykonywanie prac społecznych w wymiarze 30 godzin miesięcznie. W drugim procesie mężczyzna również został skazany. Znów dostał do zapłaty 2 tysiące złotych, na rzecz kolejnej - innej niż własna - organizacji oraz obowiązek wykonywania prac społecznych11.
Żadnej kary nie otrzymała z kolei szefowa fundacji. Postępowanie prowadzone przez prokuraturę rejonową w Ostrowi Mazowieckiej w temacie defraudacji środków należących do fundacji zostało umorzone, a zażalenie na taką decyzję nie zostało przyjęte, gdyż w opinii prokuratury wnoszący nie był uprawniony do jego złożenia. Zawiadamiającym był chwilowy prezes fundacji, pan Tomasz Łomnicki vel "Fit Dzik". Prokuratura nie zgodziła się z jego argumentacją, iż był pokrzywdzonym w tej sprawie, a co za tym idzie - jej stroną. Można zatem uznać, że w rozumieniu tych, którzy stoją na straży prawa, zakup kosmetyków lub wódki w ramach fundacji charytatywnej nie budzi żadnych zastrzeżeń. Jeśli w istocie tak jest, to nie dziwmy się, że niejasności wokół takich organizacji pojawiają się aż tak często. Nie może wszak dziwić, że opłacalne i zarazem bezkarne postępowanie znajduje naśladowców.
Sama fundacja do dziś ma się świetnie - rysa na wizerunku nie przeszkadza jej w dalszym generowaniu całkiem sporych przychodów, choć ich dokładna wielkość pozostaje nieznana. Szefowa Chaty Zwierzaka przekonuje, że jej partner już nie jest jej partnerem, a co za tym idzie, nie ma styczności ze zwierzętami znajdującymi się pod jej opieką. Niektórzy z tym polemizują, ale znów - to tylko słowa ludzi z dalszego otoczenia.
Czy można powiedzieć, że taki finał jest jakąś namiastką sprawiedliwości? Pewnie tak, choć chyba każdy, kto oglądał te nagrania oraz czytał dokumenty, oczekiwałby wyższej kary. Przynajmniej takiej, która obejmowałaby zakaz posiadania zwierząt. Może udałoby się ją uzyskać, gdyby sprawą zajęła się jedna z organizacji z budżetem pozwalającym na zatrudnienie adwokata z prawdziwego zdarzenia. Żadna jednak nie była tym zainteresowana. Do sprawy dołączyły trzy niszowe organizacje, które dbają o każdy grosz, a nas nie było stać na prawnika. Moim zdaniem rezultat końcowy najtrafniej określa wyrażenie: symboliczne zwycięstwo. Organizacja ochrony zwierząt, która zamiast je chronić, doprowadza do ich cierpienia, powinna być z marszu zdelegalizowana, a jej twórcy otrzymać zakaz prowadzenia działalności związanej ze zwierzętami. W tym wypadku się to nie udało...
Organizacji podobnych do Chaty Zwierzaka jest więcej, choć nikt właściwie nie wie ile. W końcu nie trzeba ich w żaden sposób rejestrować, nie podlegają też one żadnej rutynowej kontroli. Można je sprawdzać w sposób incydentalny, gdy ktoś zawiadomi Inspekcję Weterynaryjną, jednak nawet wtedy niewiele z tego wynika. Nie ma przecież żadnych wytycznych dla takich miejsc, żadnych konkretnych norm, jakie miałyby one spełniać. Jednym ze sztandarowych przykładów, który doczekał się już swojego finału, jest "przytulisko" prowadzone przez Fundację OdNowa.
Miejsce stworzone przez panią Magdalenę Nowakowską fizycznie rozpoczęło działalność w sierpniu 2019 roku, ale założycielka już wcześniej udzielała się w temacie ochrony zwierząt. Pierwsza wzmianka na jej temat pochodzi z roku 2017, gdy przedstawiając się jako członkini ostrołęckiej grupy Fundacji Viva, protestowała przeciw hodowli zwierząt futerkowych12.
Jeśli wierzyć innym wciąż dostępnym śladom - bo większość bezpowrotnie zniknęła z internetu - pani Magdalena zajmowała się też przejmowaniem zwierząt, którym właściciele nie zapewniali odpowiednich warunków. Przytoczyć można chociażby historię "odebrania" psów księdzu z miejscowości Jednorożec. Jak donosił serwis InfoPrzasnysz, pani Magdalena dokonała kontroli dobrostanu zwierząt i podjęła decyzję, że nie mogą one dłużej przebywać u dotychczasowego właściciela13. Ksiądz tłumaczył, że psy są przygarnięte, ona kontrowała, że trzeba o nie dbać lepiej. Wtedy jeszcze nie istniała Fundacja OdNowa, a sama pani Magdalena przedstawiała się jako członkini Stowarzyszenia Obrońców Zwierząt z Ostrołęki.
W tamtych czasach spora część jej działalności charytatywnej nadal była zlokalizowana w mieszkaniu, na jednym z ostrołęckich blokowisk... ale kawalerka w bloku z wielkiej płyty to niekoniecznie dobre miejsce na prowadzenie schroniska dla psów. Nawet jeśli jest to schronisko w mikroskali. Wiąże się to przecież ze stale zmieniającą się liczbą zwierząt, wśród których - jak twierdzi sama zainteresowana - są takie właśnie uratowane, a co za tym idzie, mogące mieć problemy z socjalizacją lub zachowaniem czystości. Sytuacja była więc źródłem narastającego konfliktu sąsiedzkiego. Z jednej strony aktywistka narzekająca, że jest wykończona psychicznie ciągłymi donosami, z drugiej sąsiedzi - też wykończeni psychicznie, ale ciągłym szczekaniem psów. Jak można się domyślać, sprawa stała się przyczynkiem do ogłoszenia akcji pod szyldem "Zwierzęta tracą dach nad głową". Skoro podli sąsiedzi w ramach niezrozumiałej dla aktywistki nienawiści do psów chcą im odebrać miejsce do życia, to rozwiązanie może być tylko jedno - budowa własnego "azylu".
Kamień węgielny pod "przytulisko" został wmurowany, choć nie bez kontrowersji. Świeżo upieczona zarządczyni niezarejestrowanego pseudoschroniska twierdziła, że sprzedała własne mieszkanie, aby pomagać zwierzętom14. Ludzie jej nieprzychylni mówili natomiast, że wyrzucono ją z lokalu, który został zlicytowany przez komornika, i że pomysł z "przytuliskiem" to jej jedyna szansa na jakiś zarobek15. Jak było, nie wnikam, bo chyba nie ma to większego znaczenia dla całej historii. Ważne, że "azyl" powstał i miał wielkie aspiracje. W międzyczasie jego twórczyni odgrywała rolę lokalnej bohaterki od zwierząt. Wskazywała palcem, kto opiekuje się nimi dobrze, a kto robi to źle. Kto powinien mieć psa, a komu wręcz powinno się go "odebrać". Jeździła również do zgłoszeń o błąkających się zwierzętach, gdy tylko jakaś postronna osoba informowała o zobaczeniu jakiegoś w okolicy. Całość - o czym pewnie nie muszę przypominać - była okraszona apelami o wpłacanie pieniędzy i wsparcie w każdej możliwej formie.
Problemy zaczęły się szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidywać. Bo że będą z tego problemy, to było do przewidzenia. W końcu miejscowość - właściwie wieś - o nazwie Gnaty (gmina Lelis) liczyła niewiele ponad 200 mieszkańców. Spokojna i zżyta ze sobą społeczność nie była przygotowana na żadną tego typu inwestycję w swoim sąsiedztwie. I może to był pierwszy, choć poważny błąd aktywistki. Otworzyła swój "azyl" dosłownie za płotem sołtysa. Do dziś pamiętam jego zdziwienie, gdy opowiadał mi o prowizorycznych kojcach, które praktycznie z dnia na dzień wyrosły mu obok działki, o biegających po wsi psach i szczurach, które pojawiły się niewiele później. No i przede wszystkim o bardzo konfliktowej, wręcz roszczeniowej młodej kobiecie, która przekonana o swojej dziejowej misji nie zważała na żadne skargi czy choćby rady okolicznych mieszkańców. Była pewna, że właśnie czyni dobro, a cała reszta miała się do tego dostosować i opcjonalnie przesyłać pani Magdalenie pieniądze, aby mogła ona utrzymać psy oraz siebie. Albo siebie oraz - ewentualnie - psy. Jeśli wierzyć sołtysowi Gnatów, większość z tych spraw dałoby się jakoś poukładać, ale on osobiście nie mógł zdzierżyć widoku pozostawionych samych sobie zwierząt, które całymi dniami wyły pozamykane w niewielkich boksach. To on jako pierwszy podniósł publicznie kwestię bardzo wątpliwej jakości opieki nad przebywającymi w OdNowie zwierzętami16. To jedynie moje przypuszczenie, ale myślę, że gdyby "przytulisko" powstało w miejscu, gdzie nikt postronny nie mógłby zajrzeć, to cała historia miałaby mniej drastyczny finał, w myśl zasady, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Dokładnie trzy miesiące zajęło zorganizowanie się mieszkańców wsi przeciw nowo powstałemu schronisku. W sierpniu 2019 roku "azyl" oficjalnie rozpoczął swoją działalność, a już w listopadzie na biurku wójta gminy Lelis leżała podpisana przez większość mieszkańców Gnatów petycja o pilną interwencję17. O jej bezskuteczności świadczyć może to, że wydarzenia, które opisuję w kolejnym akapicie, rozegrały się dopiero w roku 2022.
Przez kolejne trzy lata zmieniły się jedynie liczba zwierząt przebywających na terenie "przytuliska" we wciąż wyglądających na prowizoryczne kojcach oraz wysokość stosów dokumentów, które gromadziły w tej sprawie kolejne urzędy. Od urzędu gminy przez Inspekcję Weterynaryjną i policję aż po Wojewódzką Inspekcję Ochrony Środowiska i zapewne inne instytucje. Końca nie miały również apele zarządczyni "przytuliska"18. Wołała o pieniądze, karmę, wsparcie bardziej i mniej materialne. Na próżno szukać jakichkolwiek rozliczeń otrzymanych datków. Nieco przyciśnięta do muru aktywistka potrafiła pokazać na przykład paragon z taksówki jako wydatek na pomoc zwierzętom. Logiki odmówić jej nie można, w końcu sama mieszkała w wynajętym domu, a do swojego "azylu" jakoś musiała się dostać. Jak wtedy powiedział mi sołtys Gnatów, przyjeżdżała co drugi dzień, a i wtedy nie spędzała tam zbyt wiele czasu. Jedynie tyle, ile potrzeba, by uzupełnić zwierzętom miski z karmą i wodą. Gdyby jakiś rolnik co drugi dzień widywał swojego zamkniętego w kojcu psa, byłby to przyczynek do interwencyjnego "odebrania" zwierzęcia właścicielowi. No, ale tutaj mowa o sanktuarium, w którym ktoś o ogromnym sercu postanowił dać zwierzętom lepszy los. Wystarczy przecież spojrzeć na nazwę: Fundacja i Przytulisko OdNowa. Czyli od początku lub celem odnowy. Takie miejsca z zasady są nietykalne. Za kilka kolejnych lat zarządczyni "przytuliska" w apelacji od wyroku za znęcanie się nad zwierzętami - o czym więcej za chwilę - będzie twierdzić, że to bliżej nieokreśleni hejterzy odebrali jej wszystko. Bo jeśli ktoś podważa jakość opieki sprawowanej przez organizacje społeczne tego typu, to po prostu musi być hejterem.
Początkiem końca OdNowy był grudzień 2022 roku. Wtedy też na jeden z setek - jeśli nie tysięcy - apeli o wsparcie odpowiedziała pani Iwona, mieszkanka Ostrołęki. Zupełnie przypadkowo przeczytała w internecie, że oto fundacja miłośników zwierząt prosi o pomoc, i postanowiła tę pomoc zaoferować. Tylko nie tak, jak zrobiłaby to większość z nas19. Naturalną reakcją na tego typu apele jest przesłanie skromnej kwoty, co skutecznie uspokaja sumienie, i powrót do przyjemniejszych zajęć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Iwona natomiast postanowiła pomóc przy użyciu własnych rąk. Gdy jednak weszła na teren "azylu", zamurowało ją. Środek zimy, a psy nie miały nawet bud, które chroniłyby je przed zimnem czy wiatrem. Spały na zamarzniętych odchodach, w skrzyniach. Nie miały wody ani jedzenia. Pośród nich w skrzynce leżał martwy szczeniak, którego zdjęcie wywołało pewne zamieszanie w środowisku miłośników zwierząt20. Wraz z tym odkryciem rozwiał się mit bezpiecznej przystani dla zwierząt, a sprawy zaczęły toczyć się nieco szybciej. Już nie tylko - jak to szefowa fundacji nazywała swoich krytyków - hejterzy rozumieli, z czym tak naprawdę mają tutaj do czynienia. Pani Magdalena obstawała jednak przy swoich racjach. Jej nakład pracy w utrzymanie "przytuliska" również się nie zmienił. Można było odnieść wrażenie, że zajmuje się ona wyłącznie pisaniem kolejnych apeli o pieniądze. A te, siłą rzeczy, były coraz mniej skuteczne.
Pani Iwona - chwilowa wolontariuszka Fundacji OdNowa - jeszcze będąc na miejscu, zapytała panią Magdalenę o zastaną sytuację. Telefonicznie, bo co dość znamienne, szefowej w "przytulisku" nie było. Dowiedziała się jedynie, gdzie znajdzie szpadel oraz gdzie może zakopać zwłoki martwego psa. Jej relacja, wraz z zebraną dokumentacją, nie była bez znaczenia dla późniejszych wizyt, czy raczej kontroli, które odbywały się w tym miejscu z ramienia Inspekcji Weterynaryjnej i Państwowej Inspekcji Sanitarnej.
Pierwsze efekty przyniosło to już w lutym 2023 roku. Właśnie wtedy podczas kontroli Inspekcji Weterynaryjnej zdecydowano o konieczności "odebrania" przebywających w "azylu" zwierząt. I właściwie to powinien być finał sprawy, koniec i kropka. Tak się jednak nie stało, ponieważ... jak już wspominałem, to nie takie proste. Nie w Polsce, nie przy obecnych przepisach dotyczących zwierząt, nie w naszych realiach. Organizacja poproszona o podjęcie się akcji przeceniła swoje możliwości i nie była w stanie zapewnić miejsca wszystkim zwierzętom, których w tamtym momencie było ponad 20. Z kolei gmina nie znalazła środków na pokrycie kosztów utrzymania psów w schronisku. Włodarze liczyli na to, że znajdzie się jednak jakaś organizacja, która odpowie na apel, zapewni dom zwierzętom i zabierze je z "przytuliska" bezkosztowo. Ale tak się nie stało. Tym samym przedsięwzięcie pani Magdaleny nadal prosperowało, choć z mocno nadszarpniętym wizerunkiem. Ubyło też kilka psów - głównie chorych i szczeniaków, które zdołała przyjąć interweniująca na miejscu organizacja.
Kolejny rok upłynął pani Magdalenie na niekończących się apelach o pieniądze. Miała ona trudności z utrzymaniem nie tylko "przytuliska", lecz także swojego - wynajętego wcześniej - domu. Bez większego skrępowania namawiała darczyńców do wpłat na potrzeby opłacenia jej czynszu, przejazdów taksówkami oraz rzecz jasna na utrzymanie samych zwierząt. Nie da się stwierdzić, jak skuteczne były to apele, trudno też oszacować, jaki procent wpłat faktycznie trafiał do zwierząt. Można za to, z pewną dozą prawdopodobieństwa, założyć, że priorytetowy w tej sytuacji był dobrostan samej pani prezes.
W tym czasie powstał również na Facebooku profil o nazwie Historia psów z Odnowa21. na którym kilka osób od dawna obserwujących tę sprawę zaczęło na bieżąco opisywać kolejne wydarzenia. Pojawiały się tam zdjęcia kiepskich warunków utrzymania zwierząt, nagrania szczurów biegających po terenie "azylu" oraz ich odchodów w niemal każdej psiej misce. Apelowano o przygarnięcie choćby jednego psa będącego pod władztwem pani prezes, ale było to bezcelowe. Raz, że ostateczna decyzja o przekazaniu komuś psa zawsze należała do właścicielki, a dwa, że taki proces przypominał wylewanie wody z dziurawej łajby. Na miejsce jednego psa, który jakimś cudem znalazł nowy dom, w kilka chwil mogły trafić dwa kolejne.
Ruch wykonała za to Prokuratura Rejonowa w Ostrołęce, już wcześniej zawiadomiona o możliwości znęcania się przez panią Magdalenę nad zwierzętami. Moim zdaniem był on jednak kuriozalny. Może i jakoś logicznie spójny, ale niedostosowany do okoliczności całej sprawy. Otóż wydano postanowienie o zakazie zajmowania się zwierzętami, ale dotyczyło ono konkretnie pani Magdaleny, a nie organizacji, której szefowała. Oznaczało to, że spora liczba zwierząt i tak pozostała w "przytulisku" Fundacji OdNowa. Kiedy piszę, że taka decyzja była podyktowana jakąś logiką, mam na myśli to, że formalnie fundacje jako organizacje pozarządowe mają osobowość prawną odrębną od osób fizycznych, które je tworzą i nimi zarządzają. W teorii zatem zastosowany w tej sprawie środek zapobiegawczy był skuteczny. Pani Magdalena nie mogła już bezpośrednio zajmować się zwierzętami znajdującymi się pod pieczą fundacji, więc fundacja musiała ją kimś zastąpić w roli opiekuna. W praktyce jednak tego typu organizacje bardzo często tworzone są przez jedną, faktycznie zaangażowaną w temat osobę oraz całą grupę, brzydko mówiąc, słupów. Nie inaczej było w tym wypadku.
Rolę zawieszonej poniekąd w pracy - przynajmniej tej fizycznej - pani prezes musiała przejąć jej matka. I to jest chyba najbardziej bulwersująca część tej historii - przynajmniej dla mnie. Bo oto zbliżająca się do siedemdziesiątki, drobna i schorowana kobieta miała teraz wziąć na barki obsługę kilkudziesięciu zwierząt. No i znaleźć się na celowniku wszystkich instytucji, które od wielu miesięcy prowadziły różne postępowania w temacie fundacji. Jak się to dla niej skończyło? Źle. Ale o tym za chwilę. Zresztą, jak mogłoby się skończyć inaczej. Prawidłowa opieka nad choćby kilkoma psami, i to we własnym domu, nie jest łatwa. Zajęcie się 30 zwierzętami umieszczonymi w prowizorycznym schronisku, zwłaszcza gdy nie ma się możliwości samodzielnego dotarcia na miejsce samochodem, jest praktycznie niemożliwe. Można zapewnić im wodę czy karmę, ale to nadal będzie tylko iluzja faktycznej opieki.
Okres stagnacji trwał do czerwca 2024 roku, co wcale nie oznacza, że "w kuluarach" nic się nie działo. Przez cały ten czas bardzo wielu ludzi dążyło do znalezienia sposobu na zakończenie cierpienia zwierząt w niezarejestrowanym pseudoschronisku w Gnatach. Do kolejnej, szczęśliwie ostatniej już interwencji doszło 13 czerwca. Pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej, Urzędu Gminy Lelis i schroniska dla zwierząt Canis w asyście funkcjonariuszy policji weszli na teren "przytuliska" z decyzją o zabraniu z niego wszystkich psów22. Tym razem było to możliwe, ponieważ odpowiednio wcześniej zarezerwowano dla nich miejsca w innych schroniskach. W pobliskim Kruszewie oraz w oddalonych o blisko 200 i 300 kilometrów Korabiewicach i Bydgoszczy. Już tylko te odległości wskazują na to, jak trudna pod względem logistycznym była to operacja, i dowodzą, że niełatwo znaleźć w takich sytuacjach miejsca dla zwierząt. Uczestnicy wydarzeń byli bardzo wdzięczni pani Żanecie Cwalinie-Śliwowskiej, posłance Polski 2050, która pomagała między innymi w rozmowach między gminą a schroniskami mogącymi zaopiekować się psami. Tego samego dnia 32 psy z działki przerobionej na "przytulisko" naprawdę zaczęło życie od nowa. Dziś większość z nich znalazła już nowe domy. Był to koniec pewnego etapu nie tylko dla zwierząt, również wielu ludzi odetchnęło z ulgą. Długie miesiące, a właściwie lata dobijania się do wszelkich umocowanych do działań w takich kwestiach urzędów - i odbijania się od nich - zakończyło się wreszcie sukcesem.
Podsumujmy zatem te wydarzenia. Wszystko rozegrało się w latach 2019-2024. Przez ten czas, mimo graniczących z pewnością podejrzeń, że zwierzętom dzieje się krzywda, wszystkie organy państwowe pozostawały bezradne. Czy gdyby na przykład w sprawę nie zaangażowała się posłanka, to udałoby się wyrwać wszystkie zwierzęta z niezarejestrowanego "przytuliska", czy może znów doszłoby do "odebrania" tylko części stada, a co zdrowsze osobniki wegetowałyby dalej w Gnatach? Albo gdyby nie zebrała się grupa osób, która nie dała się zaszczuć oskarżeniami o hejt i próbę zniszczenia pięknego miejsca, to czy udałoby się zgromadzić jakiekolwiek dowody? Przecież zarządczyni "przytuliska" nie miała obowiązku dokumentować stanu posiadanych zwierząt czy się z niego rozliczać. Prawdopodobnie bez tych kilku osób, które przez długie miesiące i lata trzymały rękę na pulsie, w sprawie nie wydarzyłoby się nic konkretnego. Można też dywagować w przeciwnym kierunku. Co działoby się, gdyby na miejscu zwierząt ostatecznie było nie 34, a na przykład 320? Przecież gdyby pani prezes wykazała się nieco większą dozą sprytu i przedsiębiorczości, mogłaby rozwinąć swoją działalność do bardziej imponujących rozmiarów. Tak jak zrobili to jej koledzy po fachu w innych miejscach. Czy wtedy garstka zainteresowanych osób mogłaby coś na to poradzić? Czy wystarczyłaby jedna posłanka niszowej partii, czy może interweniować musiałby sam premier? Czy jakakolwiek gmina byłaby w stanie wygospodarować fundusze na zastępcze utrzymanie takiej liczby zwierząt? Czy w przypadku setek psów można by zdziałać cokolwiek bez ogólnopolskiej akcji szukania miejsc w schroniskach i milionów złotych dotacji? Obawiam się, że nie.
6 listopada 2024 roku pani Magdalena Nowakowska, prezes Fundacji i Przytuliska OdNowa, została prawomocnie skazana za znęcanie się nad 44 psami. Wyrok: sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Dodatkowo skazana otrzymała zakaz posiadania wszelkich zwierząt na dwa lata oraz prowadzenia działalności związanej ze zwierzętami, w szczególności polegającej na ich ochronie, na okres czterech lat. Oprócz tego musiała zapłacić 2 tysiące złotych na rzecz jednego ze schronisk, które przyjęło zaniedbane przez nią psy, 1000 złotych na rzecz lokalnej organizacji, która pełniła funkcję oskarżyciela posiłkowego, oraz koszty sądowe23.
Sąd odniósł się również szczegółowo do treści apelacji złożonej przez skazaną. Przyznaję, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak merytorycznie, punkt po punkcie, z maniakalnym uporem próbował wyjaśniać pani prezes, dlaczego postąpiła źle. Mój podziw wynika głównie z tego, że czytałem także samą apelację24. choć chyba należałoby tu użyć jakiegoś cudzysłowu. Tekst przypominał raczej post napisany przez nastolatkę w mediach społecznościowych, w którym autorka zastąpiła interpunkcję niesamowitym ładunkiem emocjonalnym. Skazana obwinia cały świat o swoje niepowodzenia, wskazuje na wyimaginowanych wrogów, którzy z pewnością chcieli jej zaszkodzić. Czego z kolei nie zauważa, to swojej winy. W jej odczuciu wszystko potoczyłoby się super, gdyby tylko ludzie bardziej jej pomogli. Wysłali więcej pieniędzy, znaleźli więcej domów dla psów, przywieźli więcej karmy i zbudowali lepsze kojce. Można się tylko zastanawiać, do czego w tej historii była potrzeba sama pani Magdalena i jej prezesowskie oblicze, skoro wszystko powinni byli zrobić za nią bliżej nieokreśleni ludzie. Do zarządzania całością zza komputera, pisania rzewnych apeli w internecie i - oczywiście - opłacania sobie dzięki temu czynszu?
Postscriptum tej historii jest jeszcze smutniejsze. Kolejny raz o Magdalenie usłyszałem, gdy ktoś zrobił jej zdjęcie, jak koczuje pod namiotem. Okazało się, że traciła kolejne wynajmowane domy z powodu braku uiszczania opłat. Wtedy akurat była pomiędzy jednym wynajmem a drugim. Najwyraźniej błagalne apele w internecie na dłuższą metę nie są zbyt stabilnym źródłem dochodu.
Nie mogę tego wiedzieć na pewno, ale rozeszły się chyba drogi pani Magdaleny i jej matki. Przynajmniej fizycznie. Choć prawdopodobnie będą się jeszcze widzieć w sądzie, w końcu seniorce również postawiono zarzuty znęcania nad zwierzętami. W przypadku starszej pani wierzę, że nie prosiła się o taki los. Nie wymyśliła sobie zakładania fundacji ani "przytuliska". Nie planowała, że do miejsca bez dostępu do bieżącej wody będzie musiała donosić ją zwierzętom w baniakach. Nie chciała być też gwiazdą internetu. Moim zdaniem, ale to znów tylko zgadywanie, chciała jedynie pomóc córce w spełnieniu marzeń. Prawdopodobnie tak właśnie działa bezwarunkowa miłość. Szkoda tylko, że nie mogły na nią liczyć zwierzęta.
Fundacja Chata Zwierzaka z Wąsewa ma się świetnie, mimo niepodważalnych dowodów na bicie podopiecznych. Szefowej fundacji udało się przekonać darczyńców, że to jedynie jej partner, członek zarządu i pracownik w jednej osobie, kopał psy, a ona o niczym nie wiedziała. Ja wiem, że wiedziała, ale skoro nie potrafię tego udowodnić, to mogę wypominać jej jedynie niewystarczający nadzór nad dobrem powierzonych jej zwierząt, a opcjonalnie - marnotrawienie fundacyjnych pieniędzy. Ostrołęcki odpowiednik Chaty Zwierzaka, czyli Fundacja OdNowa, kategorycznie zakończył działalność, choć czasem ktoś, raczej w ramach ciekawostki, podrzuca mi kolejne elaboraty pisane w mediach społecznościowych przez panią Magdalenę. Ona nadal czuje się inspektorką do spraw zwierząt, nadal widzi siebie w roli ofiary jakiegoś kosmicznego spisku. Pewnie już się to nie zmieni.
Podobnych historii można oczywiście przytoczyć więcej. Niedawno do sądu trafiła sprawa o znęcanie nad zwierzętami wytoczona przeciwko dwóm działaczkom, które - w ocenie prokuratury - miały dopuścić się znęcania nad zwierzętami w "azylu" we wsi Hucisko niedaleko Suchej Beskidzkiej25. Na ławie oskarżonych siedzi pani prezes Stowarzyszenia Frikaj.pl oraz jej podwładna. Jak przekazała rzeczniczka prokuratury okręgowej w Krakowie: "W toku postępowania ustalono, że od 1 lipca do 28 października 2023 roku w Hucisku dochodziło do znęcania się nad 54 psami, 9 końmi, 3 cielakami, 6 kozami, 8 świnkami getyńskimi oraz kucykiem. Zwierzęta były niedożywione, trzymane w złych warunkach lokalowych i z ranami na ciele"26.
Trudno przewidzieć, jak zakończy się ta sprawa. Na ten moment wydaje się, że stowarzyszenie dobrowolnie zawiesiło działalność. Może z powodu wstydu, a może dlatego, że manewr, który próbowały wykonać jego władze po ujawnieniu skandalicznych warunków trzymania zwierząt w ich niezarejestrowanym pseudoschronisku, zwyczajnie się nie udał. Nieskromnie dodam, że nie udał się również dzięki mojemu skromnemu udziałowi. Polegać miał na tym, że pewna koleżanka i stała współpracowniczka pani prezes Stowarzyszenia Frikaj.pl udała się do "azylu" w Hucisku, aby zasymulować interwencję i ogłosić światu, że oto właśnie odkryła przypadek znęcania nad zwierzętami. Chodziła po zabrudzonych pomieszczeniach, dokumentując każdy zakamarek i sztucznie zawodząc, jak jest przejęta losem przebywających tam zwierząt27. Zapewne gdyby mogła cofnąć czas, nigdy nie opublikowałaby tego nagrania. Wtedy jednak plan wydawał się nie mieć wad. Oto kobieta formalnie niezwiązana ze Stowarzyszeniem Frikaj.pl odkrywa "azyl" tej organizacji (oczywiście w swojej relacji pomija jej nazwę) i dokumentuje zastane w nim nieprawidłowości. Cały gniew opinii publicznej miał zostać przekierowany na opiekunkę zwierząt znajdujących się w Hucisku, podwładną pani prezes. Ostatecznie się to nie udało. Ludzie zaczęli dopytywać o organizację prowadzącą to miejsce, o to, kto jest odpowiedzialny za nadzór nad nim i jak ten cały system miał funkcjonować. W końcu zrzucenie na barki jednej osoby opieki nad 80 zwierzętami nie mogło skończyć się dobrze. Na wyrok przyjdzie nam jednak jeszcze chwilę poczekać.
Z prawomocnie zakończonych spraw mógłbym przytoczyć historię "chaty zwierzaka" z Chrzanowa. Tam również tandem matki z córką prowadził - w dwóch lokalizacjach - swój "azyl", "przytulisko" dla niechcianych zwierząt. Według aktu oskarżenia łącznie miało to być 20 psów oraz około 60 kotów. Tyle że w pewnym momencie coś potoczyło się bardzo źle, bo obie panie, Helena i Diana Rawickie, przestały dbać o zwierzęta oraz ich bezpośrednie otoczenie. Kobiety, działające pod szyldem Towarzystwa Ochrony Przyrody "Inni", tłumaczyły w sądzie, że jakoś się pogubiły, że coś nie wyszło. Sąd uznał obie panie winnymi znęcania nad zwierzętami i skazał je na odpowiednio osiem i sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Do tego oczywiście pięcioletni zakaz posiadania zwierząt - w przypadku pani Diany z wyjątkiem kilku, których przeniesienie do schroniska w ocenie sądu mogłoby okazać się dla nich szkodliwe - oraz siedmioletni zakaz prowadzenia działalności związanej ze zwierzętami28.
Z przedwczesnym zakończeniem sprawy sądowej mieliśmy do czynienia w Toruniu, gdzie w parterowym pawilonie pośrodku osiedla mieszkalnego siedzibę miała Toruńska Kocia Straż. Joanna Wenda - młoda i świeżo upieczona prezes fundacji - gromadziła tam zwierzęta, jednak podobnie jak w przypadku Fundacji OdNowa nie do końca przemyślała lokalizację swojej "chaty zwierzaka". "Azyl" wzbudzał coraz większe zainteresowanie mieszkańców okolicy, co z czasem poskutkowało koniecznością przeprowadzenia kontroli w tym miejscu. Sceny niczym z filmu rozegrały się tam w marcu 2024 roku. Pod "przytuliskiem" stawiły się zastęp strażaków, policja, Inspekcja Weterynaryjna oraz przedstawiciele Toruńskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zaryzykuję stwierdzenie, że nikt z obecnych nie spodziewał się tego, co chwilę później miał zobaczyć w środku29. Bo nawet w tej kategorii wyjątkowa jest sytuacja, w której w miejscu nominalnie przeznaczonym na schronienie dla zwierząt więcej było ich nieżywych niż żywych. Z niezbyt przestronnego pomieszczenia uratowano 9 psów i 12 kotów. Poza tym znaleziono 36 martwych zwierząt, głównie kotów. W listopadzie 2025 roku postępowanie przeciw aktywistce umorzono ze względu na jej niepoczytalność30. Ona sama nadal pozostaje bardzo aktywna w internecie i wciąż uważa się za obrończynię zwierząt.
Mógłbym przytaczać kolejne przykłady, a wręcz całą książkę poświęcić sytuacjom, gdy w miejscach formalnie zajmujących się ochroną zwierząt działo się coś dokładnie odwrotnego. Zwierzęta były w najlepszym wypadku zaniedbywane, w najgorszym zaś bite bądź doprowadzane do śmierci. W końcu przecież według wszelkich dostępnych źródeł najwyższy w historii Polski wyrok za znęcanie się nad zwierzętami zapadł w sprawie wydarzeń, do których doszło w tak zwanym domu tymczasowym jednej z organizacji ochrony zwierząt. Skazany został nie rolnik, nie myśliwy ani żaden inny przedstawiciel środowisk regularnie trafiających na celownik aktywistów, a gość czy tam bywalec miejsca, w którym zwierzęta miały otrzymywać schronienie31. Nie w tym jednak rzecz. To oczywiste, że wszelkie miejsca masowego gromadzenia zwierząt powinny podlegać rutynowym kontrolom albo przynajmniej obowiązkowi sprawozdawczemu, dzięki któremu reakcja na krzywdę zwierząt mogłaby być szybsza. W Polsce nie ma na to jednak żadnych szans, choć takie rozwiązanie w oczywisty sposób jest potrzebne. Skoro oczekujemy, że rejestrowane schroniska będą raportowały, jak sobie radzą z coraz to nowszymi regulacjami, to dlaczego fundacyjne "przytuliska" nie muszą nawet informować, ile zwierząt w danym okresie przyjęły, a ile przeszło za słynny tęczowy most? Ważniejsze wydaje się to, że wszystkie wspomniane wyżej organizacje, w czasie gdy zwierzęta znajdujące się pod ich opieką przechodziły gehennę, na bieżąco relacjonowały - a wręcz manifestowały - swoją miłość do zwierząt. I nikt niczego nie podejrzewał.
Dziesiątki tysięcy obserwatorów i darczyńców czytało kolejne apele o pieniądze, oglądało zdjęcia i nagrania z miejsc, w których dochodziło do znęcania nad zwierzętami, nierzadko również czerpało pełnymi garściami z doradztwa doświadczonych aktywistów i... nie domyślało się, iż rzeczywistość może bardzo różnić się od tego, co przedstawia się im w mediach społecznościowych. Nawet jeżeli trafiła się jakaś osoba widząca więcej niż pozostałe, to prawdopodobnie szybko zyskiwała manio hejtera, który z sobie tylko wiadomych przyczyn nienawidzi zwierząt, więc nikt nie powinien liczyć się z opinią kogoś tak podłego.
Oto paradoks. Polska ochrona zwierząt jest zdominowana przez działalność społeczną, w ramach której przypadkowy obywatel może ogłosić się aktywistą i rozpocząć gromadzenie podopiecznych. Ba, może ich nawet zabierać innym ludziom, bo przecież ustawowo - z marszu - otrzymuje kompetencje do "odbierania" zwierząt ich właścicielom. Jednocześnie on sam będzie wyjęty spod kontroli systemowej i skutecznie unikał tej społecznej. Taka sytuacja to państwo w państwie i nie służy ona nikomu poza garstką aktywistów, którzy potrafią tworzyć chwytające za serce legendy, dobrze operują aparatem fotograficznym i mają smykałkę do obsługi mediów społecznościowych. A już na pewno nie służy zwierzętom. Oby kiedyś się to zmieniło...