Jak zostałam Zołzą - Szafran Szafran

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O Autorce

Kobieta, która przeszła przez wiele życiowych zakrętów, upadków i wewnętrznych burz. Przez długi czas szukała siebie w miejscach, gdzie jej nie było - w oczach innych, w oczekiwaniach, w ciszy własnego serca. Dopiero gdy odważyła się wybrać siebie, stanąć do walki o własną prawdę, zaczęła naprawdę żyć. To właśnie miłość - do samej siebie i do mężczyzny, który pokochał ją bezwarunkowo - pomogła jej wrócić do domu, który miała zawsze w sobie. Jako żona, matka, kobieta i partnerka - odnalazła swoje miejsce. Dziś, z wdzięcznością i siłą, którą zbudowała cegła po cegle, idzie dalej. Rozwija się, tworzy, inspiruje. Jej pasją jest wspieranie innych kobiet w drodze do siebie - tych, które jeszcze nie wiedzą, że mają prawo być wolne, szczęśliwe i spełnione. Bo każda kobieta zasługuje na to, by odzyskać swój głos. I każda może go odnaleźć - na nowo, po swojemu, we własnym rytmie.

Dla mojego Męża Zbyszka

Za każde "dasz radę", kiedy sama w siebie nie wierzyłam.

Za to, że widzisz we mnie więcej, niż ja czasem dostrzegam.

Za to, że jesteś nie tylko moim mężem, ale też przyjacielem, partnerem,

kreatywnym współtwórcą - zawsze blisko, zawsze z sercem.

To dzięki Tobie miałam odwagę napisać tę książkę.

To Ty podszeptałeś mi, żebym opowiedziała tę historię.

Z miłości rodzą się największe rzeczy. Ty jesteś jej źródłem.

Dla moich Przyjaciółek Kasi, Oli i Kariny

Za obecność - czułą, wierną i prawdziwą.

Za kobiecą siłę, którą przekazujecie szeptem i śmiechem.

Za herbaty, łzy, śmiech do łez i milczenie, które rozumie więcej niż słowa.

Jesteście moim kompasem i lustrami. Dzięki Wam mam odwagę być sobą.

I dla moich Synów - Eryka i Maksymiliana

Moje serca. Moja nadzieja.

Marzę, byście kiedyś przeczytali te słowa i poczuli dumę.

Byście zobaczyli w swojej mamie kobietę, która się nie poddała.

Która uczyła się życia od nowa - z miłością, z odwagą, z pasją.

Niech ta historia będzie dla Was drogowskazem.

Bo najpiękniejszą spuścizną, jaką mogę Wam zostawić,

jest prawda o sobie i wiara, że zawsze można zacząć od nowa.

List do Ciebie, Droga Czytelniczko

Witaj w Mojej przestrzeni, w świecie Zołzy.

Przed Tobą książka, która nie tylko opowiada historię czterech kobiet, ale również jest zaproszeniem do głębszej podróży - podróży do siebie samej, do swoich marzeń, pasji i odwagi, by je realizować. Każda z nas w tej książce ma swoją historię, ale w rzeczywistości to Ty jesteś bohaterką tej opowieści.

Bo każda z nas to Zołza. To kobieta, która nie boi się stawić czoła wyzwaniom, która wie, że najtrudniejszą, ale i najpiękniejszą podróżą, jest ta ku sobie. Zołzy to kobiety, które łączą w sobie siłę, delikatność, wrażliwość i determinację. To my - z pełnym przekonaniem, że życie daje nam nie tylko trudności, ale i nieskończoną ilość możliwości.

Historie w tej książce, to coś więcej niż opowieść o przeszłości. To także przestrzeń dla Ciebie, byś i Ty odkryła w sobie siłę do podejmowania trudnych decyzji, do wyjścia ze swojej bańki, do pozwolenia sobie na to, by być szczęśliwą. Wspólnie stworzymy przestrzeń, w której kobieta może być kimkolwiek chce. Bez ocen, bez presji. Po prostu - sobą.

Wierzę, że każda z nas może być Zołzą, że każda z nas jest wystarczająco silna, by kroczyć swoją drogą. A jeśli kiedykolwiek poczujesz się samotna, pamiętaj, że jesteśmy tu. Zołzy wspierają.

Bo przyjaźń, prawdziwa przyjaźń, jest silna. I niech to będzie Twoje przypomnienie, byś zawsze miała odwagę stanąć po swojej stronie.

Z pozdrowieniami,

Twoja Zołza

Zołza

Kiedy miałam piętnaście lat, życie wydawało się pełne obietnic. Wierzyłam wtedy, że ludzie z natury są dobrzy, że świat nagradza szczerość, a łzy nie są niczym złym. Ubierałam się tak, jak lubiłam, mówiłam to, co naprawdę myślałam. i śmiałam się wtedy, kiedy czułam radość - nie wtedy, kiedy wypadało. Wierzyłam w przyjaźnie na zawsze i miłość od pierwszego wejrzenia. Moja głowa była pełna marzeń, a świat książek był moim bezpiecznym schronieniem. Tam czułam się kimś ważnym - bohaterką własnej historii.

Czytając o postaciach, które przeżywały wielkie miłości i podejmowały heroiczne decyzje, czułam, że moje życie też może być pełne sensu i radości z bycia sobą. Jakże się myliłam.

Większość dziewczyn w moim wieku rozmawiała o chłopakach i modzie - tematach, które wydawały mi się błahe. Ja zanurzałam się w literaturze, teatrze, pisaniu. Nie potrafiłam odnaleźć się w świecie, który nie widział w tym żadnej wartości. Moje marzenia traktowano jak ulotne zachcianki, coś, co miało z czasem przeminąć. A ja po prostu miałam dorosnąć i zacząć myśleć o przyszłości. Czułam się nierozumiana, jakby wszyscy wokół próbowali odebrać mi to, co najcenniejsze - moją wyobraźnię, moją pasję.

"Musisz myśleć o przyszłości, o szkole, o pracy. Z grania w teatrze i pisania książek się nie utrzymasz" - słyszałam niemal codziennie.

Mama, mimo dobrych intencji, nie rozumiała, że to, co mnie naprawdę poruszało, nie było tylko hobby - to była część mnie. W jej oczach były to fanaberie, które miały minąć. I w końcu zaczęłam w to wierzyć.

Zaczęłam myśleć, że może naprawdę nie ma dla mnie miejsca w tym świecie. Czułam się samotna. Gdy rówieśniczki rozmawiały o chłopakach, ja myślałam o postaciach z książek i scenach, które chciałam odegrać. Ale z czasem zauważyłam, że w ich oczach staję się... dziwna. Coraz częściej trzymałam się na uboczu, z nosem w książce.

Pewnego dnia mama powiedziała:

- Nie możesz całe życie żyć w książkach. Musisz myśleć o przyszłości, o pracy. Z tego, co chcesz robić, nie utrzymasz się.

Patrzyłam na nią w milczeniu, jakbym była w transie. Wiedziałam, że miała rację. A jednak czułam, że coś we mnie pęka. Bo razem z tym zdaniem odeszło coś więcej - wiara w to, że moje marzenia mają znaczenie.

Nie wiem, kiedy to się stało. Kiedy przestałam mówić "nie". Kiedy moje marzenia zsunęły się pod łóżko, obok dziecięcych rysunków i pudełka z listami, których nigdy nie wysłałam.

Mam dziś trzydzieści lat. Mój syn śpi w pokoju obok, przytulając pluszowego tygrysa. Mam męża, balkon, zmywarkę, która wciąż brzęczy, że trzeba ją załadować. Mam wszystko, co - według świata - powinnam mieć.

A mimo to czasem siadam nocą w kuchni, z zimną herbatą i pytam siebie szeptem:

"A co masz naprawdę, dziewczyno?"

Kiedy miałam piętnaście lat, wierzyłam, że wystarczy być sobą. Że dobro wraca, a szczerość to zaleta, nie wada, którą trzeba ukrywać jak bliznę. Pisałam listy do przyszłej siebie w zeszycie w kratkę:

"Nie zapomnij, kim jesteś. Nie pozwól nikomu cię zmieniać."

Ale zapomniałam. Pozwoliłam. Zrozumiałam to naprawdę dopiero wtedy, gdy mój syn miał trzy lata, a ja po raz kolejny przepraszałam jego ojca za coś, co zrobił on. I wtedy, przez ułamek sekundy, spojrzałam w odbicie w kuchennej szafce - potargane włosy, oczy pełne łez - i zrozumiałam: Jestem Zołzą. Nie tą, którą wyobrażałam sobie wcześniej - nie wredną, nie zimną. Tylko tą, która zbyt długo zgadzała się na to, co bolało. Która milczała, żeby było "miło". Tą, którą świat nauczył, że żeby być kochaną, trzeba być cichą. Że nie wolno odpyskować - ani mężowi, ani matce. A przecież kiedyś...Chciałam być pisarką. Albo podróżniczką. Albo po prostu kimś, kto rano wstaje i czuje, że jego życie naprawdę należy do niego.

Dzień dobry, proszę pani

Miałam może siedem lat, kiedy po raz pierwszy poczułam, że to, co czuję, nie ma znaczenia.

Szłyśmy z mamą do sklepu. Lato wtedy było inne - bardziej żółte, pachnące truskawkami i kurzem z asfaltu. Miałam na sobie sukienkę w kwiaty, którą sama wybrałam z katalogu. Ale mama powiedziała, że nie mogę jej nosić bez rajstop, bo "to nie wypada". Mimo że było trzydzieści stopni.

Minęłyśmy sąsiadkę z trzeciego piętra. Tę, co zawsze zaglądała ludziom w koszyki i mówiła: "a pani to chyba schudła" takim tonem, że człowiek czuł się, jakby właśnie przytył dziesięć kilo.

- No i co się mówi? - syknęła mama przez zęby, kiedy tylko ją zauważyła.

- Dzień dobry, proszę pani - wyrecytowałam posłusznie.

- Głośniej. I się uśmiechnij.

Uśmiechnęłam się. Nie dlatego, że chciałam. Dlatego, że trzeba było. Bo mama będzie potem zła. Bo "co ludzie powiedzą".

Sąsiadka przeszła, a mama uśmiechnęła się z dumą.

- Widzisz? Tak trzeba się zachowywać. Grzeczne dziewczynki mówią dzień dobry i nie pyskują. A jak coś się nie podoba, to się milczy. Rozumiesz?

Rozumiałam. Aż za dobrze. I nauczyłam się.

Przez kolejne lata mówiłam "dzień dobry", nawet gdy ktoś traktował mnie jak powietrze. Przepraszałam, nawet jeśli to nie ja zawiniłam. Słuchałam, nawet gdy serce wrzeszczało, że to bzdura. Grzeczna. Miła. Ułożona.

A potem, kiedy byłam już dorosła i płakałam w poduszkę po raz setny, ktoś powiedział mi:

- Ty to jesteś taka Zołza. Nic ci nie pasuje.

I pomyślałam: To chyba o kimś innym. Ja przecież zawsze byłam dobrą dziewczynką.