Jak zostałem sobą - Robert Górski

Reflow text when sidebars are open.
ze zderzakiem
Żeby się pozbyć tych wspomnień, bo niektóre są męczące, albo żeby odczuć radość dzielenia się nimi, czasem robię z nich skecz. Ale dla tych, które się w skeczach nie mieszczą, szukam innej formy. Jak ta książka.
Uspokój się! - powiedziałem, choć nie pamiętam, żeby w trakcie kłótni ktokolwiek po "uspokój się" faktycznie się uspokoił. Wręcz przeciwnie: "Jestem spokojny!!!".
Ale to nie była kłótnia. Przed chwilą coś gruchnęło pod moją Toyotą. Zajechałem do garażu. Wysiadłem i obejrzałem przód. Zostało pół zderzaka.
Kiedy następnego dnia rano wróciłem na miejsce, już wiedziałem, co się stało. To był przejazd przez tory tramwajowe, gdzie jeszcze niedawno stał żółty słupek przeszkodowy, a teraz już tylko sterczał zgięty metalowy pręt. To na niego wpadłem. Widocznie wcześniej ktoś staranował ten słupek, ja przejechałem przez już staranowany.
Między torami leżał granatowy zderzak. Mój. Zabiorę - pomyślałem - może uda się skleić. Zawróciłem i zaparkowałem na pustym chodniku, naprzeciwko Pomnika Umschlagplatzu. I wtedy poczułem na sobie jego wzrok.
Był w garniturze, w okularach przeciwsłonecznych, ze słuchawką i z bronią za paskiem. No tak, to pewnie ochroniarz, który czekał na wycieczkę. Patrzył na mnie podejrzliwie, jakbym za chwilę miał dokonać zamachu. Źle - pomyślałem. Jestem tu sam, żadnych aut ani ludzi naokoło, za moment przejdę przez ulicę w nieoznaczonym miejscu, żeby podnieść nie wiadomo co leżące między torami. Może mnie nie zastrzeli, ale na pewno rzuci na glebę, a ja będę łamanym angielskim tłumaczył, że próbuję odzyskać pół zderzaka. Źle. No ale przecież nie odjadę tylko z tego powodu, że on tu stoi.
Zacząłem się rozglądać, a ochroniarz nie spuszczał mnie z oczu. Po drugiej stronie ulicy był Rossmann. Pomyślałem, że chociaż nie potrzebuję nic z Rossmanna, i tak wejdę, a jak wyjdę, jego już nie będzie. Kupiłem papier toaletowy, bo ten zawsze się przyda, jak nie teraz, to później, i wyszedłem. Ale on nadal tam był. Od razu mnie zauważył, zauważył, że na niego patrzę i że na jego widok się zawahałem. Zderzak wciąż leżał między torami, tak blisko, parę kroków i już bym go miał. Ale nie mogłem się ruszyć. Przez ten papier. Poczułem, jak pogrąża mnie w oczach ochroniarza. Ale powrót do domu z papierem zamiast zderzaka wydał mi się jeszcze bardziej upokarzający.
Co robić?
Zadzwonię do mamy - postanowiłem. Wprawdzie rozmawiałem z nią wczoraj, ale co mi szkodzi jeszcze raz wysłuchać, co tam na działce i że znowu pada wszędzie, tylko nie na Bródnie. A może w trakcie rozmowy pojawi się wreszcie ta cholerna wycieczka.
Pojawiła się przy sczerniałych pomidorach na działce. U wujka Zdziśka na Siekierkach też sczerniały, a gromada młodych Żydów oddaliła się w stronę pomnika razem z dwoma kolejnymi ochroniarzami - i z tym moim, który do końca zerkał, czy pod papierem toaletowym nie składam karabinu. Uff. Wreszcie - wolny jak ptak, choć obciążony dziesięcioma rolkami - ruszyłem między tory. Ludzie, którzy teraz w końcu się pojawili, patrzyli na mnie jak na wariata. Ale przynajmniej nikt nie strzelał. Podniosłem zderzak. Granatowy, ale to nie ten odcień. Nie był mój.
***
Postanowiłem zacząć tę książkę od zabawnej historyjki, bo tego ludzie się po mnie spodziewają. I w sumie słusznie. Nawet parę razy próbowałem napisać coś dłuższego na serio, ale zawsze w którymś momencie zarzucało mnie w stronę humoru.
Kiedy pisałem piosenkę o niechcianym ślubie po wpadce, planowałem smutne zakończenie. Ostatecznie jednak zmieniłem finał na bardziej optymistyczny. Uznałem, że skoro sam wymyśliłem bohaterów, nie powinienem odbierać im szansy na udane, a więc całkiem wesołe życie. Tak już mam.
Kolega Mikołaj (Cieślak), znany też niektórym jako Mariusz Błaszczak, do dziś śmieje się z propozycji filmowej, którą kiedyś dostałem. Pewien znany reżyser postanowił obsadzić mnie całkowicie wbrew mojemu scenicznemu wizerunkowi: miałem zagrać tragiczną rolę ojca, który próbując ratować rodzinę, umiera gdzieś w Azji na malarię.
Może właśnie dlatego ten film nigdy nie powstał.
Generalnie ta książka jest śmieszna, ale momentami - nielicznymi - w ogóle. Bo dobrze jest się pośmiać, jednak nieprzerwany śmiech bywa męczący. A nawet, szczerze mówiąc, trochę nienaturalny. I na scenie, i w życiu.
Jeśli publiczność wyśmieje się przez pierwsze pół godziny - a czasem bardzo tego chce i reaguje entuzjastyczniej, niż trzeba - potem dużo trudniej dowieźć cały program do końca. A przecież spektakl trwa dwie godziny.
Bywa, że przed nagraniem telewizyjnym reżyser specjalnie zachęca widownię do żywszych reakcji, bo to dobrze wygląda potem na ekranie. Problem w tym, że kiedy ludzie zaczynają się śmiać i klaskać nawet po żartach, które wcale na to nie zasługują, my na scenie wypadamy z rytmu. Zamiast prowadzić program dalej, musimy przeczekać brawa i wypełnić powstałą nagle pustkę, próbując nie stracić energii, którą sami chwilę wcześniej zbudowaliśmy.
Mądrzę się.
Zawsze myślałem o sobie, że kiedy już osiągnę pewien słuszny wiek - powiedzmy: pięćdziesiąt lat - w końcu stanę się mądry. Będę wiedział wszystko, będę wiedział, co robić i jak się zachować, żeby było dobrze, właściwie i odpowiedzialnie.
I rzeczywiście parę rzeczy wiem. Jak się je rybę dwoma widelcami, jak się trzyma kieliszek do wina, znam wszystkie rodzaje zbóż, wiem już z grubsza, czym różni się netto od brutto, które drzwi są prawe, a które lewe (to znaczy tego nie wiem, ale wiem, że są prawe i lewe), poznałem wielką prawdę, że sikać trzeba zawsze, kiedy się da, bo nie wiadomo, kiedy będzie się dało znowu. Znam nawet kolejność planet Układu Słonecznego, choć za każdym razem muszę się zastanowić, czy Mars jest przed, czy za Ziemią. Wiem, że każdą historię można opowiedzieć tak, że zadziała na twoją korzyść. Wiem też, że niektóre rzeczy tylko na początku wyglądają źle. Na przykład pokój hotelowy. Z czasem okazuje się, że nie jest taki straszny, trzeba tylko przetrwać gniew żony i pierwszą panikę. Ale wiem też, że niektóre rzeczy na początku wyglądają źle, a potem też są złe albo i gorsze. Wiem, że wyrządzone Dobro nie zawsze wraca, a Zło nie zawsze spotyka kara.
Parę technicznych tricków opanowałem, owszem, ale żebym był mądry, tak jak być chciałem, to już nie. Wyobrażałem sobie, że w pewnym wieku zostanę siwym, lekko uśmiechniętym mędrcem, który w sandałach tłumaczy przy ognisku zagubionym biedakom zawiłości świata i nigdy nie bywa bezradny. No nie, nie stałem się kimś takim. Ciągle naiwnie wierzę, że ludzie są lepsi, niż są naprawdę, że działają logicznie, że nie są w stanie posunąć się do pewnych rzeczy, że ich pobudki są szlachetniejsze, że jak ktoś się uśmiecha, to jest dobry, że nie chodzi tylko o forsę. Że nie trzeba wszystkiego mówić wprost, bo ludzie powinni się domyślić.
Ta moja errata, spis tego, jak jest, choć być powinno inaczej, z czasem staje się coraz dłuższa.
A w sumie z tymi rybami i widelcami, winem i kieliszkami... Wszystko to kiedyś wiedziałem, ale też sporo zdążyłem zapomnieć. Apogeum wiedzy mam już za sobą. Ale i tak najważniejsze jest to, co z wiedzy wynika. Bo jeśli już wiesz, z jakich kieliszków pije się jakie wino, możesz je pić, jak chcesz.
***
Jestem z tych, co mają słabą pamięć. Czytam i zaraz zapominam. Słucham i po chwili wylatuje mi to z głowy. Ktoś mi się przedstawia, a ja potem nie wiem, kto to. Ma to swoje dobre i złe strony. Nie chowam w sercu urazy, ale też nie pamiętam tego, co chciałbym zapamiętać, bo jest warte zapamiętania. Dlatego rzadko, bo rzadko, ale robię zdjęcia - nie po to, żeby podziwiać, tylko żeby dokumentować. Że to było wtedy i wtedy, tam i tam. Z niektórych wyjazdów mam tylko jedno zdjęcie: widok z hotelowego okna. Zrobione, żebym zapamiętał ten konkretny pobyt - niech obrazek uruchomi skojarzenia. Inna sprawa, że nigdy potem nie oglądam tych zdjęć, bo po co.
Kiedy urodził mi się syn, a potem na świat przyszła córka, bezpośrednio po porodzie toczyłem walkę sam ze sobą, czy kręcić film o cudzie narodzin, czy patrzeć na ten cud. Pamięć telefonu versus ta ulotna w głowie. Mieć zapamiętane czy próbować zapamiętać.
Ale - każdy z nas ma tak, że wchodzi z impetem do łazienki i nagle nie pamięta, po co tu przyszedł. Wtedy warto się wysikać, bo tak naprawdę zawsze człowiek z siebie coś wydusi, a w trakcie wyduszania może sobie przypomni, że chodziło o nożyczki, by obciąć drapiącą metkę.
Mam pamięć, która pozwala mi zapamiętać to, co chcę powiedzieć ze sceny, ale nie mam pamięci, dzięki której ludzie zostają wybitnymi profesorami, luminarzami kultury czy politykami. Oni pamiętają twarze, nazwy, detale sprzed lat, mają w głowie bibliotekę posegregowanych cytatów, wzorów i najdrobniejszych wydarzeń. Słyszałem o pewnym polityku - w ramach kampanii wyborczej przyjechał do małej mieściny, którą odwiedził dobrych kilka lat wcześniej, a mimo to pamiętał imię każdego działacza i dopytywał o dzieci, jak im tam w ósmej klasie, bo pięć lat temu były w trzeciej.
To nie jest tak, że z wiekiem człowiek tylko mądrzeje. Większość ludzi się po prostu starzeje. Czasami myślimy, że ktoś zmądrzał, bo nie robi już głupot jak przedtem - nie, on po prostu już nie ma na te głupoty siły. Jak mówi kolega Przemek (Borkowski), autor kryminałów "seryjny morderca nie przestaje mordować, bo mu się nie chce, tylko dlatego, że już nie może".
Na stare lata uświadamiamy sobie co najwyżej, ile nabraliśmy kredytów i że może zabraknąć nam czasu, by je spłacić. Mądrość starości to najczęściej po prostu zmęczenie głupotą.
Kiedyś myślałem, że siwe włosy są oznaką mądrości. Teraz myślę, że tylko czasami, a częściej to oznaka zgorzknienia, przekonania, że się zjadło wszystkie rozumy, nieuzasadnionego poczucia wyższości. Szczęśliwie udało mi się tego, jak sądzę, uniknąć, siwych włosów nie mam tak dużo, ale słaba pamięć i fakt, że nie wiem wszystkiego, co już kiedyś wiedziałem, strasznie mnie irytują. Zanim więc całkiem zapomnę, że cokolwiek wiedziałem, spiszę to, co pamiętam. Przynajmniej będę miał dowód, że jednak coś mi się w życiu wydarzyło.
Tu warto wspomnieć o rosyjskim elektryku Iwanie. Mówi się, że tuż przed śmiercią człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie. Otóż życie Iwana było tak nudne i nieciekawe, że gdy porażony prądem spadał ze słupa, przed oczami przeleciało mu tylko pięć metrów słupa.
***
Mam już za sobą książkę wywiad zatytułowaną Jak zostałem premierem i książkę wywiad Jak zostałem prezesem, pomyślałem więc, że zakończę tę trylogię książką niewywiadem Jak zostałem sobą. W końcu tworząc tamte postaci, zakładałem kostiumy na kogoś ukrytego pod spodem. No to pokażmy teraz tego morusa (morus - inaczej łajza, typo, półmenel) bez przebrania. Krótko mówiąc: "Uwaga, uwaga, rozbieram się do naga!". To znaczy: bez przesady, niektóre miejsca zostawię jednak pod liściem, trzeba coś mieć tylko dla siebie.
A propos trylogii - na studiach uczyli mnie, że jeśli poeta odnosi sukces, to pierwsze dwa jego tomiki są dobre. Pierwszy jest dobry, bo jest dobry, drugi też jest dobry, bo są w nim wiersze, które nie zmieściły się w pierwszym. A trzeci już niekoniecznie, bo kolega zaczyna kombinować, już nie jest nieznany, więc presja jest większa, a on chce przeskoczyć sam siebie. Tak było chociażby z Grochowiakiem. No to zobaczymy, jak będzie z Górskim.
Poza tym pomyślałem, że jak opiszę wszystko, co o sobie pamiętam, nie będę musiał udzielać wywiadów. Nie przepadam za nimi, zawsze odnoszę wrażenie, że jestem mądrzejszy niż to, co mówię, ale nie mam na to dowodów. Przede wszystkim jednak nie będę musiał ich czytać i autoryzować - tego nie lubię jeszcze bardziej. A na koniec nie będą mnie ciągać na sesje zdjęciowe, które mają ilustrować te wywiady - sesji nie lubię najbardziej. Chociaż dokładnie ten trójskok doprowadził do sytuacji, w której znalazłem ukochaną żonę, a więc nielubiana procedura ostatecznie sprawiła, że na stare lata myślę o sobie jako o kimś niezgorzkniałym i niezajadłym, jako o kimś, kto jest szczęśliwy, spełniony i nie liczy na reinkarnację, żeby się odegrać. Mam wrażenie, że aktualnie - jak mawiają hazardziści - gram za wygrane.
I jeszcze jedno - może jeśli opowiem, jak poznałem swoją żonę, w programach śniadaniowych nie będę już więcej pytany o to, jak ją poznałem. Ta sensacyjna opowieść znajduje się na końcu książki. Ale - uwaga! - nie wolno tam przeskakiwać, trzeba uczciwie doczytać.
Sięgam więc do swojej marnej pamięci, żeby opisać rzeczy, które krążą mi po głowie i które sprawiły, że jestem, kim jestem. A że widzę siebie jako introwertyka, który czasem szarżuje w roli ekstrawertyka, pisanie dla wielu osób naraz jest moim ulubionym sposobem kontaktu ze światem. Choć napisanie książki, oprócz satysfakcji, niesie też problemy. Przychodzą do ciebie bliżsi i dalsi znajomi z prośbą o dedykację. Każdy z nas zna dużo więcej ludzi niż ich imion, niektórych zapamiętujemy jedynie przydomkami, i nagle przychodzi do ciebie znajomy Dentysta z Pułtuska, szurnięty Ginekolog z Łochowa albo Ta Od Zespołu Ludowego Nie Wiadomo Skąd, Co Zawsze Jest i proszą o imienną dedykację. I trzeba albo kluczyć, co jest złym rozwiązaniem, albo przyznać się do nieznajomości imienia, co też jest złym rozwiązaniem.
W obu przypadkach wychodzisz wtedy na kogoś, kto uważa się za ważniejszego, niż jest. A ja naprawdę jestem skromny. Myślę, że najskromniejszy na całym świecie.
***
Pomyślałem, że to dobry moment na rodzaj autobiografii, bo zauważyłem, że z większymi emocjami czyta się wspomnienia osób żyjących niż nieżyjących. W pewnym momencie każda książka, po którą sięgałem, także ta z półki "beletrystyka", okazywała się wspomnieniami. Może inaczej się nie da, w końcu opowiadamy to, co sami przeżyliśmy. Ale zaczęło mnie to bardzo irytować. Na studiach antybohaterem wspomnień i wspominania był dla mnie Marek Nowakowski. Miałem wrażenie, że ów nieco zapomniany pisarz (co wcześniej czy później czeka każdego pisarza) urodził się głównie po to, żeby wspominać, i zaczął to robić niezwłocznie po narodzinach. To zadziwiające, bo zasadniczo człowiek rodzi się bez wspomnień (oprócz tych nielicznych ludzi, którzy pamiętają swoje poprzednie wcielenia), a jednak on pokonał tę barierę.
To umówmy się, że nie będę wspominał, tylko od czasu do czasu będę mówił, jak było.
Pan Edward, przechodząc przez tory, zamyślił się i niefortunnie wpadł pod tramwaj, który obciął mu obie nogi na wysokości ud. Na początku bardzo się zmartwił, ale przypomniał sobie, że w końcu nawet mu to na rękę, bo przecież pracuje jako brukarz, a w tej pracy najgorsze jest to schylanie się i ciągły ból kręgosłupa. Ta myśl od razu poprawiła mu humor i w podskokach, na ile oczywiście pozwalał mu brak obu nóg, pobiegł, pogwizdując, do domu na obiad.
Wśród rzeczy, które się pamięta i będzie się pamiętać zawsze, są oczywiście te ważne, przełomowe, rytuały przejścia, życiowe zwroty akcji - to oczywiste. Ale też pełno jest w głowie drobiazgu, rzeczy błahych, pozornie nieistotnych, które, niczym piasek, wypełniają szpary między głazami. I skoro te drobnostki nie poginęły w podróży przez życie, to znaczy, że miały i mają dla nas znaczenie i wpływ na to, kim jesteśmy, kim się staliśmy. Czasem będę o nich opowiadał wprost, czasem nie, w formie literackich wtrętów. Dla przypomnienia - autor i narrator czy podmiot liryczny to nie ta sama osoba. Mam na imię Robert, a nie Artur, choć parę osób, które rozpoznało mnie na ulicy, pozdrowiło mnie słowami: "Bardzo pana lubię, panie Arturze!".
Artur zaproponował żonie seks, ale ta odmówiła, wymawiając się zmęczeniem. Była dużo młodsza od niego, atrakcyjna, ale śpiąca.
- Jutro - odparła, choć wiedziała, że jutro też nie, bo są umówieni ze znajomymi i wrócą późno.
- Jutro... - powtórzył Artur. - Dla ciebie jutro to po prostu jutro, a dla mnie jeden dzień mniej.
Dominika nic nie odpowiedziała, bo chciało jej się spać.
Żeby się pozbyć tych wspomnień, bo niektóre są męczące, albo żeby odczuć radość dzielenia się nimi, czasem robię z nich skecz. Ale dla tych, które się w skeczach nie mieszczą, szukam innej formy. Jak ta książka. Tym samym stwarzam sobie dyskomfort, bo być może nie będę miał już czego opowiadać w trakcie spotkań towarzyskich. Nie będę miał czym czarować nowo poznanych koleżanek. "Tak, wiem, czytałam w twojej książce".
Mój kolega, gdy zmieniał dziewczyny, opłakiwał poprzednią, ale też cieszył się na następną. Cieszyło go zwłaszcza to, że wszystkie swoje zabawne historyjki może opowiedzieć na nowo, bo zapas był już na wyczerpaniu.
Usiadł na łóżku.
- Możesz zmienić muzykę? Ta jakoś nie pasuje...
- Wiem, jest okropna - powiedziała prostytutka - ale szef kazał, żeby było disco polo. Ja zawsze puszczałam, bo go bardzo lubię, Rynkowskiego, ale szef kazał zmienić.
- Dlaczego?
- Bo faceci siedzieli, słuchali, że na rozstaju dróg przydrożny Chrystus stał, że wypijmy za błędy, i im się wszystkiego odechciewało. I interes się nie kręcił.
"Ciekawe, czy ja przeszedłbym test Rynkowskiego", zastanawiał się, ale tylko przez chwilę, bo disco polo zagłuszyło jego myśli.
"Pamiętaj, że twój strach jest największą bronią w rękach twoich nieprzyjaciół", powiedział z kolei mój szef w agencji reklamowej, gdy porzucałem pracę z dobrą comiesięczną pensją na rzecz żywota artysty, co było krokiem w nieznane. Jak poranne piwo. Ale to nieznane było bardziej nęcące niż bezpieczny etat. Nie, przepraszam, umowa śmieciowa. Mimo że zarabiałem dużo, koniec końców, opłacało się.
No więc...
Aha, jeszcze jedno, żeby potem nie było. Nie będę tu pisał o tym, jak wydostałem się z alkoholowej matni, jak przez narkotyki otarłem się o śmierć, bo nigdy nie byłem w szponach nałogu i w ogóle nie byłem na dnie. Nie siedziałem też w więzieniu, co dla niektórych rodziców bywa wystarczającym, a nawet ostatecznym argumentem za tym, że syn czy córka "wyszli na ludzi". Tego wszystkiego nie doświadczyłem, choć bywało, że żeglowałem po morzu alkoholu jako kapitan statku zrobionego z połowy orzeszka. Szczęśliwie wypłynąłem na spokojniejsze wody i teraz ta żegluga to relaks, a nie walka o przetrwanie. Gdy się w końcu ożeniłem, pomyślałem: tylko teraz tego nie spie...ol (nie popsuj). Czyli uważaj ze szklankami, a reszta to drobiazg. Jak bym też nie wytężał pamięci, nie przypomnę sobie już nigdy (chociaż im dalej od wojny, tym więcej weteranów), że w dzieciństwie byłem molestowany, a jakiś ksiądz chciał ode mnie czegoś więcej niż znajomości pacierza.
Więc...
A, to nie jest też książka, w której będę informował, jak miał na nazwisko kierowca Kabaretu Moralnego Niepokoju w latach 2006-2008, nie będzie również opowieści, jak to dowcipnie bywa za kulisami, po jakich żartach wszyscy "ryli ze śmiechu" lub "tarzali się po ziemi". Nigdy nie widziałem, żeby ktoś się tarzał ze śmiechu (nawet Tarzan), to raz, a dwa - żarty za kulisami są jak gałązki bzu: żyją tylko na krzaku, zerwane zaraz więdną. A puenta, której używają kronikarze: "Wszyscy się śmiali", to gówno, nie puenta.
Ostatecznie więc...
Dalsza część w wersji pełnej