ROZDZIAŁ 2
Nie wiedziała, kiedy pierwszy raz to poczuła. Najpierw delikatnie, jakby muśnięcie piórkiem. Za jakiś czas trochę mocniej. Jakby opuszki palców? Nagle, znienacka coś zaczęło jej przeszkadzać, uwierać ją. Zaczynała czuć się coraz cięższa. Coraz trudniej było jej złapać oddech. Z głowy uciekły wszystkie wspomnienia i myśli. Nie widziała już swojej turkusowej kanapy, nie czuła przyjemnego powiewu wiatru na bieszczadzkiej połoninie, ciepła rąk córki, która się do niej przytula. Było jej coraz zimniej, coraz nieprzyjemniej. Do jej uszu zaczął dobiegać jakiś dźwięk. Nie panowała nad sobą. Chciała się ruszyć, podrapać, ale ciało wydawało jej się takie ciężkie, nie mogła unieść ręki. Zaczynały kłębić się w niej emocje. Złe emocje. Frustracja, złość. Poczuła ból, wiedziała, że z jej ciałem dzieje się coś, czego nie mogła kontrolować. Miała wrażenie, że z jej ust wyrwał się cichy jęk. Była przerażona, zdawało jej się, że zastyga, jakby była jakimś wielkim kamieniem. Były momenty, w których czuła się taka ciężka, a później znowu jakby znikała. I ten ból... Jakby nagle stał się częścią jej życia, na początku go nie było, później wracał, miała wrażenie, że nawet w tych momentach, w których jej nie było, ból cały czas był z nią. Czasami docierały do niej jakieś dziwne dźwięki, ale ich nie rozumiała. Raz były spokojne i łagodne, innym razem ostre i nieprzyjemne.
A później chciała otworzyć oczy, przemówić, ale ciało nie słuchało. Pod powieki wbijało się przerażająco ostre światło, a usta, choć otwarte, nie chciały wydać żadnego dźwięku. Czuła się uwięziona we własnym ciele. Zniknęła lekkość, to przyjemne uczucie, piękne przebłyski wspomnień. Nie wiedziała, co się dzieje, ale zapragnęła wydostać się z tego okropnego miejsca i wrócić w tamto spokojne, niczym niezmącone. Nie chciała walczyć. W imię czego? Nie miała ochoty ani siły. Nie miała... Tak jej się przynajmniej wydawało, dopóki nie naszła ją znowu ta myśl. Pomyślała o dzieciach... O córce i synu. Jak sobie poradzą bez niej? Dzieci, jej siła i moc. I nagle wszystko się zmieniło. Wiedziała, że tak to się nie może skończyć. Że ma przecież dzieci.
- Razi... - Chciała wypowiedzieć to słowo, ale z jej ust wydobył się słaby charkot. To światło raziło ją niesamowicie. Gdyby miała siłę, zasłoniłaby ręką oczy, ale nie była pewna, czy w ogóle ma rękę. Nie wiedziała, co się stało. Nie miała pojęcia, gdzie jest.
- Rolety - usłyszała męski, stanowczy głos. Przynajmniej nie była tu sama.
- Słyszysz mnie? - Ktoś zadał pytanie. Czy to było do niej? Bała się znowu spróbować otworzyć oczy. Światło sprawiało jej ból.
- Alicjo, słyszysz mnie? - Tym razem do jej uszu dotarł delikatny kobiecy głos.
Alicja... To chyba ja, pomyślała. Chciała coś odpowiedzieć, ale zdobyła się jedynie na ciche westchnienie.
- Boże... - Głos kobiety był pełen emocji. - Ona chyba się budzi!
- Nie wiem, na ile to możliwe - stwierdził mężczyzna.
- Doktorze, specjaliści ze Szwajcarii byli innego zdania. Zapewniali, że pacjentka ma ogromną szansę na wybudzenie się, ich praca z nią w egzoszkielecie, te wszystkie terapie, którym została poddana... - mówiła kobieta gorączkowo.
- To były zwykłe tortury! Jej ciało od lat leży, mięśnie nie pracują, a oni przez ostatni rok znęcali się nad tą biedną kobietą, czemu ja byłem przeciwny! - zabrzmiał stanowczo. - To niemalże niemożliwe, żeby się obudziła, nie po tylu latach! Przestańcie wszyscy wierzyć, bo cuda się nie zdarzają! - dodał niemal ze złością.
Alicja instynktownie czuła, że był pewien swoich słów. W takim razie co się tu dzieje? Skoro to niemożliwe, to dlaczego ich słyszy? Czy umarli słyszą? Ogarnął ją strach... A jeżeli nie żyje? Pomyślała, że musi im powiedzieć, że tutaj jest, dać znać, udowodnić to!
- Panie doktorze, może trochę więcej optymizmu?
- Optymizmu? Widziała pani kiedyś pacjenta, który wybudził się po takim czasie i wrócił do życia? Który mógł mówić? Albo się poruszać? - Był poważny.
- Dotychczas nie mieliśmy jeszcze nikogo, kto przeszedłby tak gruntowną rehabilitację jak ta pacjentka. W Szwajcarii się postarali, nasz fizjoterapeuta sam przyznał, że dokonali tam jakiegoś cudu, jej mięśnie są w takiej kondycji, w jakiej nigdy nie powinny być po takim czasie. - Kobieta nie dawała za wygraną i twardo obstawała przy swoim.
- Mięśnie to jeszcze nie wszystko, przecież jej mózg pewnie nie pracuje, więc co z tego, że może mogłaby ruszać nogami? No dobra, może jakimś cudem mogłaby chodzić, ona musi się najpierw obudzić, a na to nic nie wskazuje.
- Szwajcarzy przekazali nam przecież informację, że wykazywała pewne oznaki świadomości, że podczas rehabilitacji w egzoszkielecie zauważyli w jej mózgu pewną aktywność.
- To była reakcja na ból! Ta kobieta przez te wszystkie nowoczesne bzdury została narażona na niewyobrażalne cierpienie! To jest nic innego jak znęcanie się nad nią, niech pomagają tym, którym da się pomóc! Tutaj nie ma takiej możliwości! - niemal to wykrzyczał, a później zamknął za sobą drzwi trochę gwałtowniej, niż powinien.
Do Alicji docierały strzępy tych informacji, jakieś wyrazy, które rozumiała, ale nie mogła pojąć ich sensu.
Kolejnym, co poczuła, był czyjś dotyk na swojej głowie.
- Szwajcarzy mówili, że masz ogromne szanse na wybudzenie się, więc dalej, maleńka, na co czekasz... - Głos był miły i miała wrażenie, że mówi to ktoś, kto jest obok niej, ta sama osoba, która najpierw dotykała jej głowy, a teraz dotyka dłoni. Alicja spróbowała nią poruszyć. - No dalej, zrób to jeszcze raz, maleńka! - usłyszała bardzo wyraźnie i znowu spróbowała poruszyć dłonią. - Ty mnie słyszysz?
Wiedziała, że to pytanie było skierowane do niej, ale mimo że próbowała ze wszystkich sił, nie była w stanie zrobić nic innego, jak tylko ruszyć dłonią, w której nagle poczuła jakieś ciepło. Nie wiedziała, co to, nie zorientowała się, że pielęgniarka, która się nią zajmowała, chwyciła ją za rękę i cały czas coś do niej mówiła. Zmęczenie, które ją ogarnęło znienacka, nie pozwoliło jej jednak na usłyszenie tych słów.
- Jeeee... - Nie była pewna, czy ją usłyszała, jej głos był słaby, zachrypnięty. Mówienie sprawiało jej ból. Chciała się poruszyć, ale nie mogła... Poczuła czyjś dotyk. Ktoś pogłaskał ją po ręce, a ona miała ochotę wyć z bólu. Jak to możliwe?
- Pani Alicjo, słyszy mnie pani?
Nie spała, leżała z zamkniętymi oczami. Tak było jej najlepiej, poczuła, że znowu jest, że istnieje, że ma ciało i słyszy.
- Yyy... - Chciała coś powiedzieć, jakieś słowa pojawiały się w jej głowie, ale nie była w stanie ich wypowiedzieć. Jedyne, co wydobywało się z jej ust, to jakiś pojedynczy jęk. A później znowu jakby ktoś wyłączył światło.
- Ten stan trwa już tak długo... - usłyszała jakby z oddali znajomy już kobiecy głos.
- To wszystko, na co możemy liczyć. To jest to wasze spektakularne wybudzenie. Tak już zostanie - usłyszała odpowiedź, a potem znowu zapadła cisza.
Co jakiś czas ktoś przychodził i wychodził. Chyba byli po prostu ciekawi, czy jeszcze żyje, bo czuła się, jakby właśnie umierała. Nie miała pojęcia, ile czasu tak leżała. Chciała spytać, ale jak to zrobić, kiedy nie ma się dość siły, by otworzyć usta? Jeszcze trochę, jeszcze kilka chwil i powie im, żeby przestali się z nią bawić, żeby zawołali dzieci. Nawet nie usłyszała, kiedy tamta kobieta o delikatnym głosie wyszła, chociaż... może nie wyszła? Może nadal tam była? Zupełnie zagubiła się w czasoprzestrzeni. Nie wiedziała, gdzie jest, chwilami musiała się zastanowić, kim jest... Oddychała i głównie na tym się skupiała. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech...
To stało się nagle, bez żadnego uprzedzenia, z zaskoczenia. Poczuła, że to już, że chce i może się obudzić, otworzyć oczy, podrapać po nosie, którego uporczywe swędzenie zaczęło jej doskwierać. I nagle się obudziła, otworzyła oczy. Udało się. Na początku wszystko było rozmazane, jednak po chwili obraz się wyostrzył. Poczuła, że chciałaby poruszyć ręką, ale delikatne jej przesunięcie sprawiło, że poczuła niewyobrażalny ból.
Rozejrzała się po miejscu, w którym się znajdowała, nie była w stanie ani obrócić, ani podnieść głowy, jedyne, czym mogła swobodnie poruszać, to oczy. Nic szczególnego nie przyciągnęło jej uwagi. Zastanawiało ją, gdzie jest, co się z nią działo, jaki był dzień tygodnia. Ciemności w pokoju rozpraszało delikatne, przygaszone światło. Mogła się rozglądać, ale wygodniejsze i mniej męczące dla niej było wpatrywanie się w jeden punkt, to w sufit, to w drzwi, które widziała doskonale.
- O mój Boże... - Alicja spojrzała w kierunku, z którego dochodził głos. W drzwiach stała jakaś kobieta.
Ala chciała zapytać, co się stało, otworzyła usta, ale jedyne, co się z nich wydobyło, to niezrozumiały jęk.
- Boże... - Kobieta w drzwiach wyciągnęła telefon i zadzwoniła do kogoś. Powiedziała coś niezrozumiałego, a po chwili była już przy niej. - Ktoś zaraz tutaj przyjdzie, poczekam z panią.
Usiadła koło łóżka. Alicja zamrugała oczami, znowu chciała coś powiedzieć, ale była w stanie tylko coś cicho wyjęczeć. Poczuła, że kobieta chwyciła ją za dłoń, a ona bezwiednie na tyle, na ile była w stanie, ścisnęła jej rękę.
- Boże... - usłyszała kolejny raz szept. - Zaraz ktoś przyjdzie... - powtórzyła pielęgniarka.
A później zaczęło się kolejne piekło. Nagle się okazało, że czuje więcej niż dotychczas, że może poruszać palcami u nóg, że może minimalnie ruszyć kciukiem, by pokazać, że rozumie, co do niej mówią. I nagle te momenty nieświadomości były krótsze, poczuła, że coś się dzieje z jej ciałem, że jest przesuwane, przenoszone. Później zdała sobie sprawę, że jest w jakiejś maszynie, a jej kończyny się poruszają, mimo że tego nie chciała. To nie był jej wybór i jedyne, co była w stanie z siebie wydobyć, to te okropne jęki, bo to bolało, jakby ktoś łamał jej wszystkie kości. Nie miała pojęcia, ile to trwało. Czasami się modliła, żeby z jej ust wydobył się w końcu jakiś inny dźwięk, coś, co by sprawiło, że przestaliby robić z nią to wszystko, co cały czas robili. I nagle odkryła, że z dnia na dzień świadomość jej ciała jest jakby większa, to już nie było tylko delikatne uniesienie kciuka, mogła przekręcić głowę na bok, mogła podnieść rękę i chociaż trochę zgiąć kolano.
Już nie pojawiał się u niej ten niesympatyczny lekarz, teraz przychodziły tłumy ludzi i opowiadały sobie, co będą robić z nią dalej. Przyszła kobieta, która kazała jej powtarzać po sobie różne dźwięki. Jej jęki zaczęły się w końcu zmieniać, zaczęły brzmieć trochę bardziej jak "tak" albo "nie", a ona z całą już świadomością, coraz wytrwałej powtarzała "nie", ale nikt jej nie słuchał. Cały czas jej powtarzano, że to dla jej dobra i że już niedługo. Tylko nikt nie mówił, co nastąpi później. Wszyscy byli mili i przekonywali, jaka była dzielna, ale nie powiedziano jej, co się z nią dzieje. Słyszała tylko, że miała wypadek i musi dojść do siebie. Tylko jak długo można dochodzić do siebie?