Jakub Wędrowycz. Łajdactwa zebrane - Andrzej Pilipiuk

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Andrzej PilipiukCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2003-2026
WYDANIE I
ISBN 978-83-8375-387-4
Kod produktu: 4000745
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska
REDAKCJAKatarzyna Motyka (obecnie Pilipiuk)Karolina WiśniewskaRafał Dębski
KOREKTAMagdalena Byrska
GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ ILUSTRACJEAndrzej Łaski
PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak
PROJEKT WYKLEJKIPaweł Zaręba
SKŁAD WERSJI [email protected]
PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]
DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/
WYDAWCARobert Łakuta
DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska
MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]
Płomień pod blachą pieca przygasał. Syn Jakuba, Marek, objął swoją żonę ramieniem.
- Tatko? - zagadnął.
- Haw?
- Idziemy na nocny spacer. Może byś tak uśpił wnuka?
Stary kłusownik poskrobał się po głowie.
- Żaden problem.
Spod kuchennej ławy, na której siedział, wydobył młot kowalski i zrogowaciałym paznokciem zeskrobał z niego jakieś paprochy.
- Chińską narkozę mu dam - zaproponował.
Syn wyjął starcowi młot z ręki i wyrzucił przez otwarte okno.
- Masz być delikatny. Znasz takie słowo?
Jakub łypnął swoimi wodnistobłękitnymi oczyma.
- Delikatny. Nu pewnie, że rozumiem. Jeszcze za mały, żeby brać po łbie na uspokojenie, haw?
- Otóż to.
- Nu jest metoda. Upiję go bimbrem do nieprzytomności.
Synowa zemdlała. Docucili ją z trudem.
- Pani wybaczy - powiedział starzec. - To tylko takie zwyrodniałe poczucie humoru. Bajkę mu opowiem. O Czerwonym Kapturku albo o Jasiu i Małgosi. Znam bajek bez liku.
Nieco uspokojeni rodzice poszli sobie, a on wkroczył do pokoju, gdzie leżał jego sześcioletni wnuk.
- Nu i co ty? - zagadnął. - Spać ci się nie chce?
- Nie - odpowiedział mały Maciuś. - Opowiesz mi coś?
- A co byś chciał usłyszeć?
- Tę historię o tym, jak wypuszczałeś ze szwabów krew wiadrami i nosiłeś te wiadra...
- Na tę historię jesteś jeszcze za mały.
- To może tę, jak przegryzłeś gardło...
- Na tę też jesteś za mały. Opowiem ci bajkę.
- Nie chcę bajki. Wolę coś prawdziwego.
- Ale wybrzydzasz. No dobrze. Będzie prawdziwa historia o tym, jak to było z Czerwonym Kapturkiem.
- E, znam tę bajkę na pamięć.
- Znasz wersję ocenzurowaną - wyjaśnił dziadek z godnością.
- Co to znaczy ocenzurowaną?
- No taką, z której wycięto najważniejsze fragmenty, żeby się dzieciom nie śniły.
- To tak jak w artykułach o tobie, dziadku? "Znany pasożyt społeczny ze Starego Majdanu Jakub W."? Tata zawsze mówi, że gdyby pisali wszystko, to nikt by nie uwierzył.
- Co? - zdziwił się Jakub.
- Tata ma całą teczkę artykułów z lokalnej prasy. "Znany w okolicy jako hiena cmentarna Jakub W."...
- Uch, pismaki przeklęte! Nie wierz w to, co tam piszą. Dobrze?
- Zgoda. Ale zacznij opowiadać, bo zaraz zasnę.
- To może zaśniesz bez opowiadania?
- Nie. Chcę bajkę. To znaczy tę prawdę o Czerwonym Kapturku.
Jakub wydobył z kieszeni manierkę, odkręcił nakrętkę i pociągnął z lubością siedemdziesięcioprocentowego samogonu.
- A więc było to tak. Dwieście lat temu w leśniczówce...
- W jakiej leśniczówce?
- W tej koło szosy na Chełm. W leśniczówce żyła sobie staruszka. We dnie mieszkała w chatce, a w nocy nago latała na miotle... Nie, to nie tak. Żyła sobie staruszka. Pewnego razu cechmistrz szkoły katów wezwał do siebie czeladnika...
- Dlaczego szkoły katów?
- Bo kaci chodzili w czerwonych kapturach. Trzeba trochę myśleć.
- Wezwał czeladnika. Jak się ten czeladnik nazywał?
Jakub pociągnął z manierki kolejny łyk na odświeżenie pamięci.
- Nazywał się zupełnie zwyczajnie. Maciuś, tak jak ty.
- Aha. I co było dalej?
- Wziął Maciuś maczugę, metalowy kastet, karabin...
- Oszukujesz, dziadku. W tamtych czasach nie było jeszcze karabinów.
- Jak umiesz lepiej opowiadać, to może się zamienimy?
- No dobrze, niech ci będzie ten karabin. A jaki on był?
- A Pepeszka.
- Lepszy byłby amerykański.
- Wtedy jeszcze nie było Ameryki. Znaczy Kolumb nie dopłynął. Więc poszedł przez las.
- A nie miał ze sobą koszyka?
- Miał.
- A w środku? Co było w środku koszyka?
- No wiadomo. Chlebuś z drabinką sznurową, ciasto nadziane pilnikami, słoik z miodem, a w miodzie dynamit.
- Dziadku?
- Tak?
- A były w nim lekarstwa dla staruszki?
- A tak. Był arszenik i cyjanek, i strychnina...
- Zaraz, czegoś nie rozumiem. Po co był ten pilnik i drabinka sznurowa?
- Żeby babcia mogła prysnąć z ciupy.
- To ona nie siedziała w chatce, tylko w ciupie?
To faktycznie był problem. Jakub wydobył zza pieca flaszkę piwa Perła i otworzywszy o kant łóżka wnusia, pociągnął kilka łyków. Oczywiście ten wspaniały napój natychmiast rozjaśnił mroki jego umysłu.
- No jasne. W tamtych czasach tam nie było chatki, tylko nieduży zameczek.
- Aha. A arszenik to trucizna?
- Żeby otruć okrutnych strażników.
- To znaczy, że kaci byli wrogami klawiszy?
To zaczynało się robić coraz trudniejsze. Butelka poszła cała, zanim dziadek wydedukował właściwe rozwiązanie.
- Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się trochę w czasie. Otóż sześćdziesiąt lat wcześniej były rozbiory Polski. Słyszałeś o tym.
- Tak. Naszą ojczyznę rozgrabili trzej zaborcy.
- Jesteś bardzo mądrym dzieckiem. A więc tak, staruszka była królewną i po śmierci jej ojca, eee... Stanisława, eee... Sobieskiego, tron należał się jej. Ale zaborcy nakazali ją uwięzić, żeby nie mogła na nim zasiąść. A kaci służyli dawnemu królowi i postanowili wyciągnąć ją z więzienia, żeby mogła urodzić następcę tronu.
- To ona mogła jeszcze rodzić w tym wieku? Miała przecież ze sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt lat.
- Chcesz wiedzieć, co było dalej, czy badamy genealogię naszych władców?
- Mów, dziadku.
- No więc idzie Czerwony Kapturek przez las, a tu zza drzewa wyłazi ogromniasty wilk w białogwardyjskim mundurze.
- A co to za mundur?
- To taki mundur siepaczy jednego z zaborców. Taki jak Semen nosi.
- Aha. Dlaczego wilk miał go na sobie? Przecież wilki chodzą bez ubrania?
- Skaranie boskie z tobą. To był specjalny wilk. Wyhodowany sztucznie.
- Mutant popromienny?
- Otóż to. Zaczynasz myśleć. Więc wyskoczył wilk zza drzewa i pyta: "Dokąd idziesz, Czerwony Zakapiorze?".
- Chyba Kapturku?
- No właśnie, Kapturku. A Kapturek na to: "Idę do mojej babci do mamra".
- Dziadku?
- Tak?
- To nielogiczne. Skoro Kapturek był wnukiem królewny, to był synem następcy tronu. Dlaczego jego tata nie zasiadł?
- Jego tatę zaciukali bolszewicy w osiemnastym roku. A Kapturek był za mały, żeby zasiąść na tronie. Babcia była mu potrzebna jako regentka.
- A co to jest regentka?
- Regentka to taka zastępczyni króla, jeśli jest za mały.
- Aha. A nie mogli zamiast małego królewicza wysłać kogoś mniej ważnego? To było niebezpieczne.
- Myśleli, że taki mały łatwiej się przemknie. Nie będzie zwracał na siebie uwagi.
Na szczęście wnuk nie zapytał, dlaczego królewicz został czeladnikiem w cechu katów, bo dziadek chyba by się nie wyłgał.
- Aha. To mów dalej.
- A gdzie jesteśmy, bo chyba się zgubiłem?
- Kapturek mówi wilkowi, że idzie do swojej babci do ciupy.
- Dobrze. Wilk pobiegł szybko i przybiegł do więzienia pierwszy. Zapukał do drzwi celi, ale w środku nikogo nie było, bo babcia była na przepustce w Sielcu i chlała na umór w knajpie. Wilk ubrał się w garsonkę babci, założył jej pończochy z podwiązkami...
- Co to są podwiązki?
- Jak dorośniesz, to się dowiesz. I uwalił się na babcinej pryczy. Na to wszedł Czerwony Kapturek. "Babciu - zapytał - dlaczego masz takie wielkie oczy...?"
- Dziadku, znowu oszukujesz. Wilki mają zupełnie małe oczka.
- Przecież już ustaliliśmy, że to był ten, no... mumtant.
- Mutant.
- No właśnie. "Babciu, dlaczego masz takie wielkie uszy?", zapytał Czerwony Kaptur. "Po to, żeby cię lepiej słyszeć, jak z sąsiedniej celi będziesz wystukiwać wiadomość więziennym alfabetem..."
- To oni chcieli go zapudłować?
- No właśnie. Przecież był następcą tronu.
- Dziadku, znowu coś kręcisz. Przecież we wszystkich bajkach Czerwony Kapturek jest dziewczynką!
- Coś takiego? - zdumiał się Jakub. - E, niemożliwe. Nabierasz starego dziadka. Przecież gdyby był dziewczynką, to nie byłby ten Kapturek, tylko ta Kapturek. Zresztą dziewczynek nie przyjmowali do cechu.
- Może z tym cechem katów to też lipa? Strasznie kantujesz, dziadku.
- To może lepiej o Jasiu i Małgosi?
- Dokończ tamtą.
Jakub otworzył kolejną butelkę i wypił nieco.
- Dobra. "A dlaczego, babciu, masz takie wielkie zęby?", zapytał Kapturek. "To zmiany zwyrodnieniowe od używania pasty do zębów".
- Co to są zmiany zwyrodnieniowe?
- Jak się za często myje zęby, to one się zanadto rozrastają. Ja swoich wcale nie myłem i mam wszystkie. Nawet niektóre są ze złota.
- Ale to nie twoje własne.
- Jak to nie? A, już wiem. Nagadali ci, że stary dziadek wyrywa złote zęby nieboszczykom? Kłamstwa.
- I co, wilk połknął Czerwonego Kapturka?
- No, połknął.
- Wiesz co, dziadku, tak się zawsze zastanawiałem, w tych wszystkich bajkach to wilk połyka w całości. Jak to możliwe? Przecież wilk ma małą paszczę.
- A ty widziałeś w życiu wilka?
- Pewnie. W zoo. I widziałem, że rozgryzał wszystko, zanim połknął.
Ćwierć butelki później Jakub wiedział już, co odpowiedzieć.
- W bajkach wszystko jest możliwe - odparł.
- Ale to miała być prawda! Oszukałeś mnie.
Butelka wyleciała oknem. Pusta. Zza pieca Jakub wydobył kolejną.
- Oczywiście, że to prawda. W bajkach wszystko jest możliwe, ale naprawdę to ten wilk był, tego... mutas.
- Mutant.
- No właśnie. Więc połknął Kapturkę, to jest, chciałem powiedzieć, Kapturka. Leży wilk na łożu...
- W ciupie są łoża? Opowiadałeś, że jak siedziałeś, to były prycze z desek!
- Ale to było dawno temu.
- Dawno temu to chyba dawali słomę na goły kamień.
Jakub doszedł do wniosku, że nie lubi dzieci.
- Słomę dawali takim zwykłym, a babci dali łóżko, bo była szlachetnie urodzona. Rozumiesz?
- Tak.
- To siedź teraz cicho, a dziadek opowiada. No więc wilk leży sobie i trawi Kapturka, ale Kapturek nie taki głupi. Zapala w brzuchu wilka zapałkę, a tu jak nie huknie. Bo widzisz, zapałka mu upadła w kałużę bimbru. Przylatuje staruszka, bo w knajpie usłyszała huk, a babcia pod dobrą datą była. Wpada do celi, widzi: wilk leży i dym mu idzie z pyska. No to wódkę w gardło i trach butelką o kant baru, żeby zrobić tulipana.
- Zaraz. A skąd w celi bar?
- Klawisze robili po cichu wyszynk, ale schowali przed inspekcją. No więc babcia chce wilkowi pruć szkłem brzuch i wyjąć wnuczkę.
- Przecież to był chłopiec!
- Wnuczka. Musiałem się przejęzyczyć. Ale wilk był szybszy. "Rzuć to szkło, stara ruro", powiedział i trzask babcię z rewolweru. Na to przylatuje inspektor, a tu trup w celi, wilk ululany, a Kapturek w środku kolejną kałużą spirytusu trzask, ale tym razem nie wybuchło. Tylko się zaczęło hajcować, aże zdrowo. No to wilk poleciał do rzeki.
- Do tej na łąkach?
- Tak. Do Wojsławki. I zaczął pić wodę, żeby zgasić ogień.
- I pił tak długo, aż pękł?
- Zgadza się.
- A szewczyk Skuba zrobił sobie buty?
Jakub mimo zamroczenia alkoholem poczuł, że coś jest nie tak. Przez chwilę wytężał umysł.
- Jaki szewczyk? - zapytał ostrożnie.
- Szewczyk Skuba. Ten od Smoka Wawelskiego.
- To nie tutaj. O Smoku opowiem ci innym razem. - Dziadek poskrobał się po głowie. Wszy rzuciły się do panicznej ucieczki. - Gdzie to skończyliśmy? - zapytał.
- Jak wilk pękł.
- Aha. Wyciągnęli kaci Kapturka ze środka, a tu patrzą, wilk całkiem utopiony przez tę wodę.
- Przecież wilk pękł.
- Ach. To Kapturek utopiony, no i dlatego nie mamy króla - zakończył prawie wesoło Jakub.
- To teraz następną bajkę. O leśnej królewnie.
Leśna królewna. Jakub przypomniał sobie jak przez mgłę chudą i złośliwą ruską kapitanicę z oddziału czerwonej partyzantki. Tak ją właśnie nazywali. Zaraziła syfilisem coś ze stu chłopa.
- Ja na momencik - powiedział i ruszył do drzwi. Nawet w nie trafił.
Gdy Marek z żoną wrócili do domu, wzeszedł już księżyc. Jakub leżał przed chałupą zalany w trupa. Jego umysł wędrował gdzieś daleko.
- Mały śpi - powiedziała kobieta.
Nieszczęsna nie zauważyła, że to wcale nie jej synek, tylko ściągnięty ze strychu manekin.
- Tatko też, ale to nie bajka go uśpiła. Cholerny pijaczyna.
- Straszna ta twoja rodzinka.
- Na szczęście ja jestem zupełnie normalny.
- Co z nim zrobimy?
- Narzucę derką i niech śpi. Może mu się przyśni coś paskudnego.
Tymczasem sześcioletni Maciuś szedł przez las na Zarowiu w stronę leśniczówki. Zza drzewa wyszedł wielki i paskudny wilk...
- Dokąd idziesz, Czerwony Kapturku? - zapytał.
- Nie jestem Czerwony Kapturek. Jestem Maciej Wędrowycz - odpowiedział malec z godnością.
- Z tych Wędrowyczów? - przeraził się wilk.
Świsnęła w powietrzu linka hamulcowa. Stalowy splot wpił się w szyję zwierzaka. Nim zmętniało mu spojrzenie, zauważył jeszcze, jak młody kłusownik zręcznym pociągnięciem majchra przebija się do jego aorty, a potem była już tylko ciemność.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.