Jan Leino i Saana Havas (tom 2). Kiedy znikają ślady - Elina Backman

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sesja numer I

Kaj zagląda w kalen­darz. Na dzi­siej­szy dyżur w pry­wat­nym gabi­ne­cie skła­dają się spo­tka­nia z trzema klien­tami, a potem w pro­gra­mie ma godzinną roz­mowę z super­wi­zo­rem. Dopija wodę i patrzy przez okno. Do środka prze­nika głu­chy szum samo­cho­dów. Z budynku znaj­du­ją­cego się w dziel­nicy Töölö widać piękne fasady domów i jeden klon. Naprawdę czę­sto gapię się na to drzewo, myśli tera­peuta i wstaje, żeby odnieść szklankę do wspól­nej dla wszyst­kich pomiesz­czeń kuchni.

Przez ostat­nie dwa lata dzie­lił czas mię­dzy pry­watną prak­tykę i przy­pad­kowe zle­ce­nia. Poma­ga­nie śled­czym z CBK w przy­go­to­wa­niu pro­filu prze­stępcy jest inte­re­su­jące, ale osta­tecz­nie bar­dzo dale­kie od tego, co naj­bar­dziej lubi, czyli poma­ga­nia poje­dyn­czym oso­bom. Dla nie­któ­rych wizyta w jego gabi­ne­cie ozna­cza utrzy­ma­nie się przy życiu, dla innych coś, co nadaje ich egzy­sten­cji praw­dzi­wość i głę­bię. Kaj cie­szy się, gdy może zaob­ser­wo­wać kon­kretny postęp. W naj­lep­szym wypadku nawet po jed­nej sesji zauważa zmianę, pew­nego rodzaju ulgę, gdy klient mu się zwie­rza i wycho­dzi z lżej­szą głową. Osią­gnię­cie trwal­szej ducho­wej rów­no­wagi wymaga wie­lo­let­niej pracy.

Spo­gląda na zega­rek, do spo­tka­nia ma jesz­cze dwie minuty. Następna osoba powinna przyjść o rów­nej godzi­nie. Już lata temu pacjenci zamie­nili się wła­śnie w klien­tów. Kaj wraca do sie­bie, żeby zamknąć okno, i sły­szy, jak skrzypi par­kiet.

Jakaś dziew­czyna weszła bez puka­nia.

- Drzwi były otwarte - oświad­cza z nie­śmia­łym wyra­zem twa­rzy. Tera­peuta się uśmie­cha.

- Zapra­szam - mówi zachę­ca­ją­cym gło­sem. Ubrana w czarną skó­rzaną kurtkę, biały swe­ter i czarne dżinsy bru­netka patrzy w pod­łogę i w mil­cze­niu pod­cho­dzi do sto­ją­cego na środku kom­pletu wypo­czyn­ko­wego, i podej­muje szybką decy­zję. Zamiast fotela z wyso­kim opar­ciem wybiera miękką sofę i kła­dzie się na niej. Kaj zerka na notes, który leży na jego kola­nach. Nowe spo­tka­nie, pusta kartka, pierw­sza sesja.

- Co cię do mnie spro­wa­dza? - pyta i wygła­dza dło­nią nie­tkniętą, lśniącą bielą stronę.

- Nawet nie wiem, czy to wła­ściwe dla mnie miej­sce - mam­ro­cze dziew­czyna. - Ale nie mogę zasnąć - dodaje. Potem zamyka oczy oto­czone czar­nymi kre­skami i krzy­żuje ręce na piersi.

Kaj patrzy na nią, jak leży na sofie w butach. Ostat­nio pod­czas sesji oma­wiał głów­nie zabu­rze­nia w odży­wia­niu i depre­sję, nie­okre­ślone przy­gnę­bie­nie i wyczer­pa­nie pracą. Nowa klientka budzi jego cie­ka­wość. Ludzki umysł jest jak góra lodowa i widać tylko jego część. Pod powierzch­nią wody może się kryć cokol­wiek. Aby zanur­ko­wać głę­boko w umysł dru­giego czło­wieka, potrzeba czasu i dużego zaufa­nia. Ludzie chęt­niej się zasła­niają, niż otwie­rają.

Prze­nosi wzrok na stół, na któ­rym posta­wił opa­ko­wa­nie z chu­s­tecz­kami i dwie szklanki z wodą. W gabi­ne­cie, w tych czte­rech ścia­nach nie obo­wią­zują takie same reguły grzecz­no­ściowe jak poza nim. Tutaj każdy klient jest sobą, bez ochron­nego pan­ce­rza i sym­boli świad­czą­cych o jego sta­tu­sie. W każ­dym razie pod­czas tej sesji, przez czter­dzie­ści pięć minut Kaj ofe­ruje bez­pieczną prze­strzeń, w któ­rej można wyra­zić i prze­ana­li­zo­wać uczu­cia bez obawy, że ktoś będzie je oce­niał. Tutaj czło­wiek może być po pro­stu sobą.

- Czy ta bez­sen­ność trwa od dłuż­szego czasu? - pyta, notu­jąc sobie, że klientka nie może spać. - Byłoby dobrze, gdy­byś na począ­tek opi­sała, co kon­kret­nie masz na myśli - uści­śla. - Czy sen trwa tylko kilka godzin, czy wybu­dzasz się od czasu do czasu? Cier­pisz na znaczny nie­do­sta­tek snu?

- Są noce, kiedy nie śpię wcale, i takie, kiedy zasy­piam na kilka godzin, ale nad ranem się budzę i już nie mogę zasnąć - opo­wiada dziew­czyna. - Wytrą­cam się ze snu.

- Od jak dawna to się dzieje? - wypy­tuje Kaj. Klientka jest blada, ale zmę­cze­nie nie uze­wnętrz­niło się jesz­cze. Wewnętrzna walka czło­wieka rzadko jest widoczna. Ludzie potra­fią ukryć to wszystko, co ich naj­sku­tecz­niej zjada lub czego wsty­dzą się naj­bar­dziej. W pokoju panuje cisza. Tera­peuta przy­pusz­cza, że dziew­czyna nad czymś się zasta­na­wia, ale ponie­waż jej mil­cze­nie się prze­dłuża, docho­dzi do wnio­sku, że chyba odpo­czywa.

- Od jak dawna trwa ta bez­sen­ność? - powta­rza pyta­nie.

Klientka pod­kłada sobie pod głowę poduszkę, przyj­muje embrio­nalną pozy­cję i przy­gląda się pomiesz­cze­niu.

- Od wielu lat, co naj­mniej od czte­rech - oświad­cza cichym gło­sem.

Kaja ogar­nia dziwne uczu­cie. Jakieś prze­ko­na­nie nie­oparte na niczym kon­kret­nym. Wydaje mu się, że ota­cza­jący świat prze­ra­sta dziew­czynę, że przy­szła do jego gabi­netu po to, by choć przez chwilę odpo­cząć. Potrząsa głową, stara się odrzu­cić wnio­ski, jakie pod­po­wiada mu mózg. Jest tera­peutą i jego jedyne zada­nie to mieć otwarty umysł, nie robić żad­nych pośpiesz­nych zało­żeń.

- Czy w twoim życiu zda­rzyło się ostat­nio coś takiego, co może się z tym wią­zać? - pod­po­wiada jej, dając czas na spo­kojną odpo­wiedź, wtedy, kiedy będzie gotowa.

Klientka siada, spra­wia wra­że­nie oszo­ło­mio­nej.

- Moja matka uważa, że spo­ty­kam się z nie­bez­piecz­nym męż­czy­zną - oświad­cza.

Kaj nie­mal się wzdryga na dźwięk prze­ry­wa­ją­cego ciszę pięk­nego głę­bo­kiego głosu. W deli­kat­nej twa­rzy domi­nują wiel­kie sar­nie oczy.

- A co ty o tym sądzisz? - pyta spo­koj­nie, sta­ra­jąc się patrzeć na nią jak naj­życz­li­wiej. Nie chce jej naci­skać ani prze­stra­szyć, pozwala, by mówiła we wła­snym ryt­mie.

Dziew­czyna wzru­sza ramio­nami, wyciąga z ręka­wów skó­rza­nej kurtki krańce bia­łego cien­kiego weł­nia­nego swe­tra, zakry­wa­ją­cego nie­mal cał­kiem jej dło­nie. Pod­nosi prawą rękę i odsuwa za ucho opa­dły na poli­czek kosmyk czar­nych wło­sów. Potem znów wzru­sza ramio­nami.

- Naj­chęt­niej opo­wie­dzia­ła­bym naj­pierw o nim - oznaj­mia. Kaj spo­gląda na nią z zasta­no­wie­niem. Sytu­acja patowa. Klientka ponow­nie milk­nie, a on patrzy ukrad­kiem na zega­rek. Są dopiero na początku, a trwa­jąca czter­dzie­ści pięć minut sesja pra­wie się koń­czy.

- To twój czas - pró­buje jesz­cze raz, czu­jąc jed­no­cze­śnie, jakby ude­rzał głową w miękką ścianę. - Oczy­wi­ście, możesz mówić o tym, o czym chcesz, ale pamię­taj, że tutaj sku­piamy się na tobie.

Dziew­czyna nie podej­muje wątku, tylko wpa­truje się w zamy­śle­niu we wzo­rzy­sty maro­kań­ski dywan leżący na pod­ło­dze gabi­netu. Wła­ści­wie to nic jesz­cze nie powie­działa. Tę mil­czącą i son­du­jącą sesję można jed­nak uznać za pierw­szy krok do stwo­rze­nia wza­jem­nego zaufa­nia.

- Nie­stety, czas się skoń­czył - stwier­dza tera­peuta.

- W takim razie nie zdążę opo­wie­dzieć swo­jej histo­rii - mówi klientka, oglą­da­jąc swoje dłu­gie, poma­lo­wane na czarno paznok­cie. Jej oczy są zwę­żone, przy­po­mi­nają szparki.

- Histo­rii? - powta­rza spo­koj­nie Kaj, pró­bu­jąc pochwy­cić jej nie­śmiałe spoj­rze­nie. - Jestem tutaj dla cie­bie. Obie­caj mi, że następ­nym razem, kiedy znów się spo­tkamy, opo­wiesz mi wyłącz­nie to, co praw­dziwe. Tutaj nie musisz wymy­ślać żad­nych opo­wie­ści ani uda­wać nikogo. Inte­re­sują mnie sprawy, które są praw­dziwe - dodaje łagod­nie.

Dziew­czyna kiwa głową w mil­cze­niu, wstaje powoli, pod­cho­dzi do drzwi i zatrzy­muje się przy nich na chwilę.

- Nie­długo znów umó­wię się na wizytę - oświad­cza, kła­dąc dłoń na klamce. - Gdy­bym... rze­czy­wi­ście opo­wie­działa ci prawdę, tobyś ni­gdy nie uwie­rzył - stwier­dza i sta­wia­jąc ostroż­nie kroki, wycho­dzi z gabi­netu.

JAN

Dobry począ­tek, uznaje śled­czy, zbie­ga­jąc lekko po scho­dach poli­cyj­nego budynku. Pierw­sze wra­że­nie, jakie zro­biła na nim sze­fowa, jest neu­tralne, może nawet pozy­tywne. A on zawsze polega na swoim pierw­szym wra­że­niu.

Nie­całą godzinę póź­niej spod kasku leją mu się strużki potu, więc wyciera twarz ręka­wem. Oprócz tego, że - jak uwa­żają nie­któ­rzy - spę­dza za dużo czasu w tere­nie - wie także, że kole­gów iry­tuje jego jazda na rowe­rze. Jest cie­pło i peda­ło­wa­nie spra­wia mu teraz wię­cej przy­jem­no­ści niż rano. Zatrzy­muje się na wysy­pa­nym żwi­rem miej­scu par­kin­go­wym przy dro­dze, spraw­dza w nawi­ga­cji dal­szą trasę i dokładną loka­li­za­cję. Puszy­ste, bie­lu­sień­kie chmury uno­szą się pod jasno­nie­bie­skim nie­bem. Na pobli­skim polu młócą już zboże. Rży­sko w kolo­rze cie­płej żółci lśni, ale obrzeża drogi są na­dal tu i tam zie­lone. Jan pozwala toczyć się rowe­rowi swo­bod­nie i zasta­na­wia się, co takiego czeka go u celu.

Po dotar­ciu do Viikki odpina bidon ze ste­laża. Mio­dowy napój bar­dzo mu sma­kuje, więc wypija wszystko. Ciało na­dal reaguje z opóź­nie­niem z powodu nie­do­boru snu. Nawet napój ener­ge­tyczny nie daje oży­wie­nia. Na szczę­ście nie­długo prze­sta­nie się pocić, kiedy spod gorą­cego słońca wje­dzie w chłodny cień lasu. Przy­pina rower dwoma zam­kami do masyw­nego drew­nia­nego sto­jaka i zerka na znaj­du­jący się obok dro­go­wska­zów pień z wyry­tymi sowami i drob­nymi pta­kami. Na chwilę przy­myka oczy i nasłu­chuje. Wiatr szumi w gałę­ziach drzew, a poza tym panuje zupełna cisza. Pta­sie kon­certy z początku lata ustały. Nie­długo roz­pocz­nie się migra­cyjny blues i niebo wypełni się krą­żą­cymi wysoko, łączą­cymi się w stada pta­kami. Śled­czy ogląda uważ­nie zie­lony teren. Na żwi­ro­wej dro­dze widać wyraźne odci­ski opon. Na pewno jechały po niej cięż­sze pojazdy, ale par­kują tu tylko dwa ciemne samo­chody. Natych­miast roz­po­znaje jeden z nich - należy do Heidi. Po przej­ściu dwu­dzie­stu metrów dociera na miej­sce, które poka­zuje mu nawi­ga­cja. Potężne drzewa uno­szą się wysoko, a zza nich wyziera róg bia­łego namiotu roz­bi­tego przez kry­mi­na­li­sty­ków. Co spro­wa­dziło tego jak na razie nie­zna­nego chło­paka do lasu w Van­han­kau­pun­gin­lahti? I co spo­wo­do­wało jego śmierć?

W oddali widać jakiś ruch. Jan spo­gląda w stronę namiotu. Dwóch ubra­nych w kom­bi­ne­zony śled­czych na­dal prze­cze­suje oko­licę w poszu­ki­wa­niu ewen­tu­al­nych śla­dów. Zmie­rza­jąc w stronę przy­kuc­nię­tych męż­czyzn, zasta­na­wia się nad wła­sną obse­syjną potrzebą zna­le­zie­nia się na miej­scu zbrodni, w tere­nie. Tu nie cho­dzi o wybór, lecz o powo­ła­nie. Tylko to pomaga mu zła­pać wątek. Zro­zu­mieć powody popeł­nio­nych okru­cieństw. Prak­tycz­nie rzadko dzieje się tak, jak napi­szą póź­niej w rapor­cie. Mapa to nie tery­to­rium. Jan czuje, że szcze­góły tego przy­padku zaczną wkrótce prze­ni­kać do jego pod­świa­do­mo­ści. Począt­kowo będą mu się śniły. Jed­no­cze­śnie pozo­staną w pamięci i nawet naj­drob­niej­sze szcze­góły roz­poczną wła­sne życie w jego gło­wie. Powoli frag­menty infor­ma­cji upo­rząd­kują się w logiczne łań­cu­chy, które popro­wa­dzą go w stronę roz­wią­za­nia. Nie­wy­tłu­ma­czalne prze­twa­rza­nie danych w mózgu odbywa się też bez jego świa­do­mego zaan­ga­żo­wa­nia. Trzeba tylko wsłu­chać się w instynkt i zaufać mu. Ale ten nie zbu­dzi się, jeśli Jan będzie sie­dział w biu­rze i czy­tał raporty. Do tego potrzebne są wszel­kie dostępne sty­mu­la­tory. Zapa­chy, smaki, wonie, barwy. Atmos­fera miej­sca zbrodni. Drobne sprawy, któ­rych na początku się nie zauważa.

Śled­czy wkłada biały ochronny kom­bi­ne­zon i roz­gląda się wokoło z zain­te­re­so­wa­niem. Jego mil­cząca obser­wa­cja spra­wia, że dwóch rów­nież ubra­nych w kom­bi­ne­zony męż­czyzn prze­rywa na chwilę pracę. Jan wita się z nimi, a oni wra­cają do swo­jego zaję­cia. Potem pod­nosi poli­cyjną taśmę i zain­try­go­wany wcho­dzi na wydzie­lony nie­wielki obszar objęty docho­dze­niem. Teraz już z bli­ska widzi miej­sce, w któ­rym zna­le­ziono ciało. Głę­boki błot­ni­sty dół po wyrwa­nych korze­niach. Dokoła pełno jest drzew igla­stych. Zie­mię pokry­wają miliony igieł. Janowi nasuwa się na myśl piętno tajem­nicy, które on sam nosi na sobie. Jest niczym zło­wróżbny ptak z CBK, a jego przy­by­cie ozna­cza naj­czę­ściej naj­gor­szą wia­do­mość: gwał­towne zabój­stwo i począ­tek pościgu.

W odle­gło­ści około metra od miej­sca zna­le­zie­nia zwłok wid­nieje jakiś ozna­czony ślad ludz­kiej stopy, odci­śnięty w ziemi wzór pode­szwy buta. Jan robi zdję­cie. Przy­kuc­nięty ogląda powierzch­nię gleby, gdy ktoś dotyka jego barku.

- Howdy. - Sły­szy czyjś głos.

- Heidi. - Odwraca się do przy­by­łej. - Stę­sk­ni­łaś się za mną, że dzwo­ni­łaś? - wita się z nią uśmiech­nięty.

Poli­cjantka jest świet­nym ofi­ce­rem docho­dze­nio­wym, zawsze w zna­ko­mi­tej for­mie fizycz­nej, tre­nuje pew­nie dwa razy wię­cej niż on. Ni­gdy się do tego nie przy­zna, ale przy­pusz­cza, że pobi­łaby go na przy­kład w bie­ga­niu, gdyby wystar­to­wali razem. Nikt jed­nak nie urzą­dza takiego wyścigu, bo w pracy zespo­ło­wej nie ma co rywa­li­zo­wać.

Po obej­rze­niu miej­sca zna­le­zie­nia ciała i oko­licy wycho­dzą z odgro­dzo­nego terenu i ścią­gają kom­bi­ne­zony ochronne.

- Nie pomy­li­łeś dzie­dzin sportu? - Heidi nie może się powstrzy­mać, wska­zu­jąc jego koszulkę kolar­ską. - To nie jest żadne Tour de France, tylko w naj­lep­szym wypadku pościg za mor­dercą. Nie­stety, na pierw­szym eta­pie zosta­li­śmy mocno w tyle.

- Głupi dow­cip - odpo­wiada śled­czy. W jego gło­sie sły­chać jed­nak nagro­ma­dzone przez lata wobec niej cie­płe uczu­cia.

Stoją pośrodku wspa­nia­łego parku naro­do­wego, świa­domi prze­ra­ża­jąco nie­na­tu­ral­nego zda­rze­nia. Urwane życie mło­dego czło­wieka. Gdzieś tutaj, bli­sko lub daleko, poru­szał się być może dzia­ła­jący z zimną krwią mor­derca. Ktoś, o kim nikt jesz­cze nic nie wie. Ktoś, kto zabił tego chło­paka, a potem znik­nął. Teraz oni ruszą w ślad za nim. Widząc zde­cy­do­waną minę Heidi, Jan wie dobrze, że nie spo­czną, dopóki nie wyja­śnią sprawy. Wkrótce zapeł­nią infor­ma­cjami pierw­szą, teraz jesz­cze nie­mal pustą stronę. Kim jest zna­le­ziony w lesie mar­twy czło­wiek? I co się wła­ści­wie wyda­rzyło?

Kiedy opusz­czają teren, Heidi zatrzy­muje się na żwi­ro­wej dro­dze oto­czo­nej zie­loną roślin­no­ścią.

- Tam jest wieża obser­wa­cyjna. Wcho­dzimy na nią? - pyta. Jan uznaje to za dobry pomysł. Chciałby zoba­czyć całą prze­strzeń, mieć jak naj­ob­szer­niej­szy widok. Mil­cząc, docho­dzą do celu i zaczy­nają się wspi­nać po stro­mych drew­nia­nych scho­dach.

- Jak sobie radzisz? - pyta Heidi, kiedy już stoją na górze, oparci o poręcz, patrząc na roz­cią­ga­jący się przed nimi zachwy­ca­jący kra­jo­braz. - Z żałobą i wszyst­kim innym - dodaje.

Janowi przy­po­mina się matka, która ode­szła latem, i natych­miast dopada go smu­tek. Jed­nak z ulgą stwier­dza, że ogrom żalu nie pochła­nia go już cał­ko­wi­cie. Jakaś jego część się ulot­niła i od czasu do czasu może głę­boko ode­tchnąć.

- Cał­kiem dobrze, dzię­kuję - odpo­wiada zaska­ku­jąco mięk­kim gło­sem. - Lepiej - uzu­peł­nia, zakła­da­jąc, że Heidi wie, że nawią­zuje do poprzed­niego śledz­twa. Pełni lata, kiedy żałoba była naj­gor­sza. To wszystko na­dal w nim tkwi, prze­cież od śmierci matki upły­nęło tak mało czasu. Są dni, kiedy zapo­mina na chwilę o stra­cie, ale są też takie, gdy tęsk­nota drąży serce i ciąży mu, para­li­żu­jąc całe ciało.

- Na upo­ra­nie się z żalem potrzeba czasu - stwier­dza poli­cjantka i uśmie­cha się pocie­sza­jąco.

Oparci o poręcz przy­glą­dają się sze­ro­kiej połaci trzci­no­wi­ska. Słońce odbija się poły­skli­wie od powierzchni wody, wysoko w górze prze­la­tują ptaki.

- I znów pra­cu­jemy razem - oświad­cza, postu­ku­jąc ner­wowo pal­cami o drew­nianą poręcz.

- Znów razem - potwier­dza Jan.

- Ten przy­pa­dek jest jed­nak inny - mówi Heidi, jakby czę­ściowo do sie­bie. - Kryje się w nim coś, czego nie potra­fię okre­ślić. Wydaje mi się, że ma wiele poten­cjal­nych wąt­ków, a jed­no­cze­śnie żad­nego takiego, któ­rego można by się uchwy­cić. Nie mam nawet pew­no­ści, że w grę wcho­dzi mor­der­stwo. Dla­tego musia­łam się z tobą skon­tak­to­wać. Wszystko jest jakoś takie zimne. To, co się wyda­rzyło, to nie wypa­dek.

- Wiem, co masz na myśli - pota­kuje śled­czy. - Dla­tego chcia­łaś, żebym przy­je­chał? Podej­rze­wasz, że wła­śnie natra­fi­li­śmy na ślad mor­dercy dzia­ła­ją­cego z pre­me­dy­ta­cją? - pyta, pro­stu­jąc się, a potem spo­gląda na nią z zacie­ka­wie­niem.

- Jeżeli chło­pak został zabity, to skąd możemy mieć pew­ność, że jest pierw­szą ofiarą mor­dercy? - roz­waża poli­cjantka. - Nie wiem. Twoja nowa sze­fowa spra­wia wra­że­nie przy­tom­nej. Spo­dzie­wam się, że dużo powie­dzą nam wyniki sek­cji zwłok.

- Jone dała do zro­zu­mie­nia, że jeśli znaj­dzie się choć jeden powód, to przej­mie sprawę. Pocze­kajmy dwa dni, będziemy mądrzejsi.

- Ten las mnie zasta­na­wia. Przy­roda i rezer­wat. Czy oko­lica ma jakieś zna­cze­nie? Kiedy szłam tutaj i patrzy­łam, jak śled­czy się uwi­jają, ogar­nęło mnie silne prze­czu­cie, że ktoś naj­spo­koj­niej w świe­cie zosta­wił tu ciało mar­twego czło­wieka. Jest jesz­cze inna bar­dzo dziwna sprawa.

- Jaka? - wpada jej w słowo Jan, nie mogąc się powstrzy­mać.

- Prze­cho­dziły tędy różne zwie­rzęta, ale ze wstęp­nych infor­ma­cji wynika, że zwłoki prze­le­żały w lesie bez szwanku. Są nie­na­ru­szone. Zwy­kle zwie­rzęta gro­ma­dzą się wokół padliny, nawet w pobliżu zabu­do­wań. Cza­sami zano­szą czę­ści ciała w inne miej­sca. Kobieta, która je zna­la­zła, mówiła, że było tam dużo wron, ale one też nie pró­bo­wały go dzio­bać. Zupeł­nie jakby... - Heidi prze­rywa i odwraca się do kolegi.

- Zupeł­nie jakby co? - pyta śled­czy.

- Jakby las przy­gar­nął ciało i zamiast je nisz­czyć, chro­nił - dodaje poli­cjantka, a on czuje, że mimo gorąca na ciele poja­wia mu się gęsia skórka.

SAANA

Dzien­ni­karka unosi wide­lec do ust. W kuchni ciotki roz­nosi się nie­biań­ski zapach melan­zane. Bie­rze następny kęs, popija czer­wo­nym winem i się uśmie­cha. Jed­no­cze­śnie ogar­nia ją lekki smu­tek. Nie wia­domo kiedy pojawi się tu następ­nym razem.

- Faj­nie, że przy­je­cha­łaś - oświad­cza Inkeri z peł­nymi ustami. Saana przy­wy­kła już do tego jego okrop­nego nawyku.

- Wiesz, że twój dom staje się moim naj­ulu­bień­szym miej­scem na świe­cie - mówi uśmiech­nięta.

- Posta­no­wi­łaś, co zro­bisz z zebra­nym mate­ria­łem? - pyta ciotka, odsu­wa­jąc na bok pusty talerz, i spo­gląda cie­pło na sio­strze­nicę.

- Pod­czas podróży pod­ję­łam decy­zję - opo­wiada Saana, czu­jąc, jak ogar­nia ją entu­zjazm. - Zamie­rzam na pod­sta­wie tego przy­padku zro­bić dokład­nie wyre­ży­se­ro­wany pod­cast. Gazety tak bar­dzo roz­pi­sy­wały się o mor­der­stwach w kró­le­stwie Har­toli, że arty­kuły dadzą mi sporo dodat­ko­wych infor­ma­cji. Wymy­śli­łam nawet tytuł. Będzie brzmiał Kiedy umiera król.

Ciotka się uśmie­cha i kiwa głową.

- Pamię­tasz, jak latem powie­dzia­łam, że znaj­dziesz tu jesz­cze coś dla sie­bie? Wszystko na to wska­zuje.

Zabie­rają kie­liszki z winem i sia­dają na huś­tawce w ogro­dzie. Saana spo­gląda naj­pierw na niebo, a potem na ciotkę, która popy­cha huś­tawkę, żeby się szyb­ciej koły­sała. Wokół latają małe, deli­katne owady. Nad traw­ni­kiem przed domem two­rzy się mgła. Zza rogu wyziera wie­czorne słońce, malu­jąc wszystko na złoto.

- Pomy­śla­łam, że zostanę tutaj do soboty i napi­szę sce­na­riusz pierw­szych roz­dzia­łów tek­stu. W przy­szłym tygo­dniu będę mogła pójść do stu­dia, żeby zro­bić próbne nagra­nie - oświad­cza i wypija łyk wina o wyraź­nym smaku. Jest śliw­kowe, mięk­kie, suchych tanin nie czuć na dzią­słach ani na pod­nie­bie­niu. - Zacznę też szu­kać pracy.

- Będę za tobą tęsk­niła.

Saana przy­ła­puje się na podob­nych myślach. Przez lato zdą­żyły się do sie­bie przy­zwy­czaić.

- No ale teraz masz też inne towa­rzy­stwo - mówi z uśmiesz­kiem, wska­zu­jąc maszynę do cię­cia polan i piłę tar­czową, które pod­czas jej nie­obec­no­ści poja­wiły się przed szopą poma­lo­waną na kolor ochry.

- Harri to tylko Harri. W tym wieku nie pozwolę już zbu­rzyć nikomu spo­koju, jaki sobie zbu­do­wa­łam - oświad­cza Inkeri niby twardo, ale na pierw­szy rzut oka widać w jej spoj­rze­niu mięk­kość. Męż­czy­zna poja­wił się w jej życiu pod koniec lata i naj­wy­raź­niej pozo­sta­wił ślady na wyraź­nie ogro­dzo­nym pustel­ni­czym tere­nie kobiety. Świad­czą o tym zwi­nięte w kłę­bek ręka­wice robo­cze i ogromne gumowce na scho­dach.

- Zjemy deser? - pyta Saana. Przy­wio­zła ze sobą babeczki pastéis de nata, choć nie z Por­tu­ga­lii, ale z pobli­skiego mar­ketu.

- Nie, dzię­kuję. Ty je zjedz. Uni­kamy teraz z Har­rim sło­dy­czy - odma­wia ciotka, zanim zdaje sobie sprawę z sensu swo­jej wypo­wie­dzi, a jej sio­strze­nica zaczyna się śmiać iro­nicz­nie. Wygląda na to, że nie­za­leżna Inkeri cał­kiem prze­pa­dła.

Kiedy śmiech milk­nie, idą do domu dolać sobie wina.

Wtorek, 27 sierpnia

JAN

- Przy­czyna śmierci? - pyta śled­czy, opie­ra­jąc się o ścianę. Poma­lo­wana na biało beto­nowa powierzch­nia wydaje się chłodna. Joki krąży nad sztyw­nym cia­łem i nawet się nie odwraca, by na niego spoj­rzeć. Heidi stoi pośrodku pomiesz­cze­nia i z zain­te­re­so­wa­niem przy­gląda się czyn­no­ściom pato­loga.

- Jest dużo takich rze­czy, o któ­rych jesz­cze nie wiemy - zaczyna lekarz. Lampa jarze­niowa oświe­tla jego bladą skórę. Spra­wia ona wra­że­nie cien­kiej błony, pod którą bie­gną splą­tane żyły niczym nie­bie­skawe robaki. Ari Joki jest naj­lep­szym ich zda­niem leka­rzem sądo­wym bada­ją­cym przy­czyny śmierci. Wśród poli­cjan­tów wydziału kry­mi­nal­nego nazy­wany jest "Cichą Rzeką"1. Ten męż­czy­zna z kostycz­nym poczu­ciem humoru nie boi się pogrze­bać w spra­wie głę­biej.

- Nic nie świad­czy, żeby zasto­so­wano prze­moc - stwier­dza. Jan kiwa głową, a Heidi pod­cho­dzi ostroż­nie do stołu obduk­cyj­nego, na któ­rym leży zmarły.

- Na czaszce ani kościach nie zauwa­ży­łem oznak cio­sów nożem lub innymi ostrymi przed­mio­tami. W tkan­kach mięk­kich widoczne są drobne zasi­nie­nia, ale brak śla­dów wska­zu­ją­cych na pchnię­cia czy ude­rze­nia. Zakła­dam, że gdyby ofiara zmarła w wyniku ataku cho­roby, to wystą­piłby skurcz mię­śni i nie leża­łaby w takiej roz­luź­nio­nej pozy­cji jak teraz - dodaje pato­log, a oni sta­rają się zapa­mię­tać nawet naj­drob­niej­sze szcze­góły. - Ten chło­pak wygląda, jakby po pro­stu zasnął z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Albo ktoś uło­żył go w takiej pozy­cji.

Jan słu­cha, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak wiele przy­pad­ków ana­li­zo­wali razem. Jed­nak lekarz zabiera się do każ­dej nowej sprawy, jakby to było jego pierw­sze zle­ce­nie. Pra­cuje w spo­sób zor­ga­ni­zo­wany i skru­pu­latny.

- Jak oce­niasz, kiedy ofiara mogła zgi­nąć? - pyta poli­cjant, kie­ru­jąc wzrok na ciało, które nie wydaje mu się ludz­kie. Z całych sił stara się patrzeć na nie jak na jakiś rekwi­zyt fil­mowy, a nie na praw­dzi­wego, obję­tego stę­że­niem pośmiert­nym, cuch­ną­cego już czło­wieka.

- Dokład­nej godziny nie da się okre­ślić, ale powie­dział­bym, że zgi­nął w pią­tek dwu­dzie­stego trze­ciego sierp­nia póź­nym wie­czo­rem, praw­do­po­dob­nie w nocy. Od chwili zgonu do momentu zna­le­zie­nia zwłok upły­nęły nie­całe dwie doby. Padał lekki cie­pły deszcz, owa­dów pra­wie wcale nie było. - Jabłko Adama leka­rza prze­suwa się do góry i na dół. Już przy pierw­szym spo­tka­niu Jan dostrzegł w nim ptaka. Dla niego pato­log to bez­sprzecz­nie gypini. Łysa głowa, haczy­ko­waty nos, cienka, długa szyja, ptasi tułów.

- Zdrowy, młody, ma dopiero około dwu­dzie­stu lat - stwier­dza Joki i dło­nią w latek­so­wej ręka­wiczce podaje mu pla­sti­kową torebkę z rze­czami zna­le­zio­nymi przy zmar­łym. Jan spraw­dza zawar­tość torebki. Jest tam jedy­nie mały, pociem­niały srebrny wisio­rek na skó­rza­nym pasku. Żad­nego tele­fonu, port­fela ani klu­czy do miesz­ka­nia.

- Temu kole­dze nie robiono ope­ra­cji ani nie wsta­wiono meta­lo­wych lub podob­nych ele­men­tów. Nic takiego, co pomo­głoby usta­lić jego toż­sa­mość za pomocą doku­men­ta­cji medycz­nej. Odci­ski zębów i próbki DNA już pobra­li­śmy, porów­nu­jemy je wła­śnie z danymi osoby, któ­rej zagi­nię­cie zgło­szono w nie­dzielę.

- Jasne - kwi­tuje śled­czy lako­nicz­nie, chcąc, żeby pato­log kon­ty­nu­ował.

- Jedno z naj­istot­niej­szych pytań doty­czy na pewno tego, co spro­wa­dziło chło­paka do lasu na miej­sce jego ostat­niego spo­czynku. Tam, gdzie go zna­le­ziono, nie wykryto żad­nych śla­dów wle­cze­nia ani cią­gnię­cia. Ciało jest nie­na­ru­szone, bez oznak suge­ru­ją­cych ude­rze­nia. Paznok­cie są czy­ste, nie zauwa­ży­li­śmy sinia­ków, roz­cięć ani zna­czą­cych zadra­pań, które by powstały przed śmier­cią lub po niej. Ślady nie dają nam więc pod­staw, by zakła­dać, że cią­gnięto ofiarę po ziemi.

- Prawda - godzi się poli­cjant. Jak na razie kry­mi­na­li­stycy nie zna­leźli w lesie nic nad­zwy­czaj­nego, ale teren jest jesz­cze prze­cze­sy­wany.

- Teo­ria o tym, że on zgi­nął wcze­śniej, gdzie indziej i dopiero po śmierci został prze­nie­siony do parku, jest na razie wąt­pliwa. Mar­twe ciało trudno trans­por­to­wać w leśnym gąsz­czu, a poza tym można je ukryć znacz­nie łatwiej - dodaje Joki.

- Cie­kawe, że zmarły leżał w samym środku rezer­watu przy­rody - ana­li­zuje Heidi. - Ten młody czło­wiek był kom­plet­nie ubrany, nic nie wska­zuje na prze­moc sek­su­alną albo jakieś bru­talne czyny. Coś w tym obra­zie suge­ruje mi, że on dobro­wol­nie przy­szedł na miej­sce ostat­niego spo­czynku. Poło­żył się na ziemi twa­rzą ku niebu i wtedy nade­szła śmierć.

- Ale gdzie to domnie­mane mor­der­stwo, z powodu któ­rego nas zaalar­mo­wa­łaś? - pyta Jan.

Poli­cjantka cho­dzi pod­eks­cy­to­wana po nie­przy­tul­nym pomiesz­cze­niu, prze­tra­wia­jąc słowa kolegi. Ten zamyka oczy i pozwala, żeby mózg zapi­sał infor­ma­cje. Ostre, zimne świa­tło pada­jące z jarze­nió­wek prze­dziera się nawet przez opusz­czone powieki. Uno­sząca się z ciała deli­katna woń nie drażni już jego zmy­słów. Nos zdą­żył przy­wyk­nąć.

- Nie wia­domo, czy ktoś chciał, aby ofiara została zna­le­ziona - prze­rywa ciszę Heidi. - Wydaje mi się, że raczej pozo­sta­wił ją w lesie, nie myśląc o następ­stwach. Jeżeli w grę wcho­dzi mor­der­stwo, to sprawca pew­nie uznał, że dół po wyrwa­nym drze­wie będzie dobrym roz­wią­za­niem.

- Mógł też pomy­śleć, że nikt nie znaj­dzie jego śla­dów - dodaje Jan.

- Ale był tam odcisk buta - mru­czy pod nosem poli­cjantka.

- Wszystko to, co widzimy, może wska­zy­wać na zabój­stwo w afek­cie. Sprawca nie był zain­te­re­so­wany teatral­nym spek­ta­klem. Zabił czło­wieka pod wpły­wem impulsu i pozo­sta­wił go w lesie. Ale jaka jest ofi­cjalna przy­czyna śmierci? Zna­la­złeś coś w jego krwi? - pyta śled­czy.

- Ofi­cjalną przy­czynę śmierci dosta­nie­cie w naj­bliż­szym cza­sie, kiedy otrzy­mam wyniki badań labo­ra­to­ryj­nych. Praw­do­po­dob­nie chło­pak był mocno pijany w chwili śmierci. Ślady alko­holu znaj­dują się we krwi i bło­nach ślu­zo­wych. Ale to nie alko­hol go zabił. Dokład­niej rzecz bio­rąc, podej­rze­wam, że został otruty - oświad­cza Joki, roz­ko­szu­jąc się ide­alną ciszą wywo­łaną jego sło­wami.

- Więc można powie­dzieć, że nie ma niczego, co wska­zy­wa­łoby na nie­szczę­śliwy wypa­dek - upew­nia się Jan.

- Ofiara nie stra­ciła na przy­kład przy­tom­no­ści i nie udu­siła się wła­snymi wymio­ci­nami. Zamar­z­nię­cie też nie wcho­dzi w grę, bo noc była cie­pła - komen­tuje pato­log.

- A samo­bój­stwo? - pyta z waha­niem Heidi. Cho­ciaż dla­czego ktoś chciałby się truć w lesie? Są łatwiej­sze spo­soby na opusz­cze­nie tego świata.

- Nie przy­chy­lam się do samo­bój­stwa - zaprze­cza Joki. - Jest mia­no­wi­cie pewien szcze­gół, o któ­rym powin­ni­ście wie­dzieć - uzu­peł­nia, wska­zu­jąc dło­nią ciało zmar­łego. - Na klatce pier­sio­wej ofiary leżał kwiat. Tam, na stole są pozo­sta­ło­ści, zabra­łem je do dokład­niej­szego zba­da­nia.

Jan i Heidi pod­cho­dzą wraz z nim do stołu. Na sta­lo­wej tacy widać długą zwię­dłą łodygę z fio­le­to­wymi suchymi kwia­tami.

- Wstęp­nie je prze­ana­li­zo­wa­łem: to jest naparst­nica pur­pu­rowa.

Poli­cjant ogląda roślinę, robi zdję­cie komórką, czu­jąc, jak budzi się w nim oży­wie­nie. Chło­pak umarł z kwia­tem na piersi, czy też naparst­nicę poło­żono dopiero potem?

- Ona jest bar­dzo popu­larna w ogro­dach. Na pewno roz­po­zna­cie ją od razu na zdję­ciach. Zwy­kle nie wystę­puje w spo­sób natu­ralny w lesie.

Jarze­niówka bzy­czy pod sufi­tem. W pomiesz­cze­niu piw­nicz­nym troje ludzi nachyla się nad rośliną, przy­glą­da­jąc się jej z namy­słem.

- Może ktoś poło­żył mu ten kwiat na piersi?

SAANA

Dzien­ni­karka zabiera duży wypeł­niony kawą kubek w róże do ogrodu, siada na huś­tawce i z roz­ko­szą sta­wia gołe stopy na pokry­tej chłodną poranną rosą ziemi. Inkeri wynosi na zewnątrz tacę ze śnia­da­niem.

- Chodź - mówi i zmu­sza jesz­cze senną sio­strze­nicę, żeby wstała z huś­tawki. - Obo­wiąz­kowy obchód ogrodu - dodaje i ruszają obie w stronę nasa­dzeń. - Tutaj mam gro­szek - zaczyna ciotka, poka­zu­jąc zachwy­ca­jące, różo­wawe rośliny przy­po­mi­na­jące pach­nącą odmianę. - A tam jest nachy­łek, języczka poma­rań­czowa, naparst­nica i jeżówka.

Saana zatrzy­muje się przy tej ostat­niej. Różowe liście zebrane wokół czer­wo­na­wego oczka opa­dły niczym uszy zająca.

- Lato­listki cytrynki naj­bar­dziej lubią wła­śnie jeżówki, a dostojki mali­nowce latają w kwia­tach mięty - wyja­śnia Inkeri i idzie dalej.

Dzien­ni­karka oddy­cha głę­boko wil­got­nym pach­ną­cym roślin­no­ścią powie­trzem i czuje, jak budzi się powoli.

- Sier­pień to dla motyli naj­lep­szy czas. Teraz poja­wiły się te, które jako doro­słe osob­niki zimują i wra­cają na wio­snę - obja­śnia ciotka, wycią­ga­jąc dłoń, aby owady na niej usia­dły. - Rusałka admi­rał jest wędrow­cem, przy­la­tuje do Fin­lan­dii z koń­cem wio­sny. Część z tych motyli wędruje z prą­dami powietrz­nymi z powro­tem.

Inkeri dopiero się roz­kręca, a sio­strze­nica przy­ta­kuje jej z uśmie­chem.

- Rusałka oset­nik jest wyjąt­kowa. Te motyle przy­la­tują znad połu­dnio­wej czę­ści Morza Śród­ziem­nego i w trak­cie ich wędrówki roz­wija się już nowe poko­le­nie. W tym roku widzia­łam w goź­dzi­kach pazia kró­lo­wej.

Dzien­ni­karka uświa­da­mia sobie z żalem, że nie będzie pamię­tała nawet połowy nazw roślin czy motyli.

- Im mniej sta­rasz się je zwa­bić do sie­bie, tym więk­sze masz szanse na to, że się nie będą bały i usiądą ci na ręce. - Roz­ba­wiona Inkeri opusz­cza dłoń.

Roz­glą­da­jąc się po ogro­dzie, Saana myśli, jak mało czasu spę­dziła wśród tych nie­zwy­kłych kwia­tów. Gdzie się podziało całe lato?

- W waka­cje drogi twoje i motyli nie krzy­żo­wały się zbyt czę­sto - mówi ciotka, jakby czy­ta­jąc w jej myślach. - One latają i szy­bują w słońcu, a ty kry­łaś się wtedy prze­waż­nie w cie­niu.

- Mamy jasny podział ról. Ty wyko­pu­jesz świeżą zie­mię, a ja stare mor­der­stwa.

Po śnia­da­niu Saana opusz­cza ogród i idzie na krótką prze­chadzkę, koniki polne ska­czą w zaro­ślach na pobo­czu drogi, a powie­trze jest tak łagodne, że kobieta odnosi wra­że­nie, jakby była za gra­nicą. Wkrótce jed­nak nad­cho­dzący z naprze­ciwka czło­wiek z kij­kami przy­po­mina jej, gdzie się znaj­duje. W samym środku Fin­lan­dii, w Har­toli, małej, dum­nej gmi­nie, nazy­wa­ją­cej samą sie­bie kró­le­stwem.

Kie­ruje się w stronę zna­jo­mej ścieżki. Liście wierz­bówki poczer­wie­niały tro­chę na czubku, a fio­le­towe kwiatki zamie­niły się w dłu­gie suche od spodu badyle z bia­łym deli­kat­nym puchem na górze. Patrząc na nie, myśli, że ona też była na początku lata niczym ta obumarła roślina, miała mętlik w gło­wie. Dopiero teraz, gdy czuje się tro­chę lepiej, zauważa, że stres znik­nął i jakby prze­peł­niał ją deli­katny spo­kój. Czy życie może wyda­wać się tak lek­kie? Cza­sami ma wra­że­nie, jakby obu­dziła się z dłu­giego letargu, wyszła z mgły spo­wo­do­wa­nej dziw­nym zmę­cze­niem, trwa­ją­cym przez całą wio­snę.

W końcu wcho­dzi do sklepu, kupuje lody w waflu i siada przed wiel­kim muro­wa­nym kościo­łem, by pochło­nąć przy­smak. Wyciąga tele­fon i zaczyna prze­glą­dać oferty pracy. Z prze­ra­że­niem wczy­tuje się w wyma­ga­nia sta­wiane przez firmy. Każda z nich szuka widocz­nie super­bo­ha­tera. Otwiera Face­bo­oka i po chwili tra­fia na ogło­sze­nie, któ­rym dzieli się jej dawna kole­żanka po fachu. Com­mu­ni­ca­tions spe­cia­list. Agen­cja Komu­ni­ka­cji poszu­kuje kon­sul­tanta na pół etatu, osoby, która umie pisać dobre tek­sty i pra­co­wała jako dzien­ni­karz. Saana zjada lody i posta­na­wia spró­bo­wać. Wielu jej przy­ja­ciół z dzien­ni­kar­ską prze­szło­ścią zna­la­zło nie­złą pracę w agen­cjach zaj­mu­ją­cych się mar­ke­tin­giem albo komu­ni­ka­cją. Ona też może zary­zy­ko­wać. Wydaje się jej, że jest gotowa, by wró­cić do życia zawo­do­wego. A nara­sta­jące pro­blemy z pie­niędzmi także są nie bez zna­cze­nia.

Piątek, 23 sierpnia

Saana przy­gląda się zauł­kom Alfamy, małym sto­li­kom usta­wio­nym na zewnątrz i miłym jadło­daj­niom, w któ­rych podaje się gril­lo­wane sar­dynki. Już kil­ka­krot­nie dzwo­niono do Jana z pracy. W samym środku urlopu. Nawet nie zdą­żyli pomy­śleć o powro­cie, gdy codzienne życie osa­czyło ich przez tele­fon. Uświa­da­mia sobie, jak mało bra­ko­wało, by powie­działa Janowi, że go kocha, że się w nim zako­chała. Prze­szko­dziła jej w tym jed­nak pierw­sza roz­mowa tele­foniczna, która zepsuła atmos­ferę. Od tam­tej chwili minęło parę dni, a ona za każ­dym razem przy­ła­puje Jana, jak wpa­truje się przed sie­bie w zamy­śle­niu. Teraz te wiel­kie słowa na pewno nie tra­fi­łyby do niego. Poza tym znają się dopiero od kilku tygo­dni. Czy to w ogóle moż­liwe, że się zako­chała? Patrzy, jak on wstu­kuje coś do tele­fonu, i już nie zauważa mięk­kiego świa­tła odbi­ja­ją­cego się od wyło­żo­nych kaflami ścian lub tego, jak pięk­nie wyglą­dają stare znisz­czone drzwi. Wydep­tane na gładko bru­kowe kamie­nie wydają się śli­skie pod san­da­łami.

- Zjemy lody? - pyta Jan, uno­sząc wresz­cie wzrok znad ekranu komórki. Saana zsuwa oku­lary prze­ciw­sło­neczne z oczu, aby przyj­rzeć się jego twa­rzy ponad ciem­nymi szkłami. Mruży podejrz­li­wie oczy w ostrym świe­tle słońca i ponow­nie się uśmie­cha. Ni­gdy nie odrzu­ciła pro­po­zy­cji zje­dze­nia lodów.

- Czy wszystko w porządku? - pyta, gła­dząc jego ramię. Szcze­góły pracy Jana są zwy­kle objęte tajem­nicą, ale ona pró­buje wyło­wić jakąś drobną infor­ma­cję o tym, co dzieje się w Fin­lan­dii.

- Jeżeli nawią­zu­jesz do mojej roz­mowy, to dzwo­niła nowa sze­fowa. Chciała się przed­sta­wić - stwier­dza męż­czy­zna, wycią­ga­jąc do niej rękę i uda­jąc, że jest jed­nak obecny duchem.

- Czy wie, że masz jesz­cze tydzień waka­cji? - Saana upew­nia się, czy dobrze usły­szała.

Chwyta jego rękę i pozwala, żeby przy­cią­gnął ją do sie­bie. W ten gorący dzień w Por­tu­ga­lii ich sple­cione dło­nie natych­miast wil­got­nieją. Wtu­lona w niego, unosi twarz ku słońcu. Z zakło­po­ta­niem uświa­da­mia sobie, że skóra pod nosem znów pokrywa się kro­plami potu. Patrzy, jak on wsuwa w końcu tele­fon do kie­szeni spodni. Ni­gdy by nie przy­pusz­czała, że wyje­dzie na waka­cje ze śled­czym z Cen­tral­nego Biura Kry­mi­nal­nego. Czło­wie­kiem, który nawet pod­czas takiego upału nie wkłada szor­tów. Uśmie­cha się w duchu, patrząc na jego ciemne dżinsy i koszulkę. Potem wychyla się do poca­łunku i czuje, jak jego zarost ją łasko­cze.

Trzy­ma­jąc się za ręce, pod­cho­dzą do okna wysta­wo­wego kawiarni z lodami. Jan pusz­cza jej dłoń. W mil­cze­niu wpa­trują się w ape­tyczne róż­no­ko­lo­rowe góry. Przed nimi wiel­kie wyzwa­nie tego urlo­po­wego dnia: wybór odpo­wied­niego smaku. Saana patrzy to na lody, to na męż­czy­znę. Wie, że nie warto zada­wać mu pytań. Latem stra­cił matkę, więc z pew­no­ścią jego mil­czący nastrój wynika czę­ściowo z żałoby, choć poli­cjant zwy­kle ma poważną minę. Znają się od nie­dawna i ona nie wie jesz­cze, jaki jest naprawdę. Ten nor­malny Jan. W pracy zacho­wuje się bar­dzo powścią­gli­wie i rze­czowo. I naj­chęt­niej nie mówiłby w ogóle o spra­wach zawo­do­wych, choćby ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Nawet jeśli w Fin­lan­dii wyda­rzy­łoby się nie wia­domo co, jako śled­czy biura kry­mi­nal­nego nie może jej niczego zdra­dzić. Docho­dze­nia w związku z zabój­stwami i przy­padki śmierci nie są sprawą cywi­lów. Poli­cjanci nie opo­wia­dają w domu o tym, co się wyda­rzyło w pracy. Nawet prze­stępcy o tym wie­dzą. Taka prak­tyka chroni rodziny poli­cjantów. Tak jej powie­dział Jan. Ale po ostat­nim tele­fo­nie stał się bar­dziej mil­czący i jakby tro­chę nie­spo­kojny. Jak gdyby już tęsk­nił za obo­wiąz­kami.

Zie­lone pista­cjowe lody, które sobie wybrał, top­nieją i wyle­wają się na jego dłoń, więc wzro­kiem szuka ser­wetki. Nagle Saanę ogar­nia wielki przy­pływ czu­ło­ści. Przy­gląda się, jak upar­cie znów decy­duje się na lody w waflu, cho­ciaż za każ­dym razem miękną bły­ska­wicz­nie. Patrzy na jego silną, opa­loną dłoń trzy­ma­jącą przy­smak. Zachwyca się tym męż­czy­zną, z któ­rym spę­dziła już tyle dni. Ist­nieje czas przed nim i czas po nim - cha­otyczny, dziwny i wspa­niały, który zaczął się od ich spo­tka­nia. Zimny dreszcz prze­biega przez jej ciało, gdy myśli o wszyst­kim, co wyda­rzyło się pod­czas lata. A może chwi­lowy chłód jest spo­wo­do­wany lodami? Patrzy, jak on z uśmie­chem dzię­kuje sprze­dawcy, który podaje mu kilka ser­we­tek, znacz­nie cień­szych niż w Fin­lan­dii. Jan jest przy­stojny, w surowy spo­sób. Wła­śnie taki typ zawsze ją pocią­gał. Zde­cy­do­wana postawa z odro­biną cze­goś nie­okre­ślo­nego. Cze­goś, czego nie da się natych­miast uchwy­cić i co wzbu­dza zain­te­re­so­wa­nie. Kry­jąca się w nim tajem­ni­czość powo­duje, że ona cały czas ma się na bacz­no­ści. Cho­ciaż może to być tylko wytwo­rem jej wyobraźni. W naj­gor­szym wypadku stwo­rzy swoją wer­sję męż­czy­zny i zako­cha się nie­przy­tom­nie we wła­snych ilu­zjach.

Nie, przy­sięga sobie, tym razem nie popeł­nię błędu. Sięga malutką łyżeczką w stronę lodów. Ama­rena. Jej ulu­bione, w któ­rych mie­sza się smak jogurtu i wiśni. Teraz nie pozwolę sobie na pomyłkę, pozo­stanę otwarta i na spo­koj­nie prze­ko­nam się, jaki ten męż­czy­zna jest naprawdę. Zapa­mię­tam jedy­nie to, o czym on sam mi opo­wie - obie­cuje sobie w duchu. I tak ich wyprawa nie­długo się zakoń­czy. Wraz z top­nie­ją­cymi w pucharku lodami znika bez­tro­ska wypeł­niona miło­ścią. Jesz­cze na początku tygo­dnia sta­no­wili jed­ność, a dzi­siaj znów są dwoj­giem osob­nych ludzi, budzą­cymi się ze wspa­nia­łego cie­płego snu.

Niedziela, 25 sierpnia

Noora sły­szy tylko swój oddech. Bie­gnie szybko, zda­jąc sobie sprawę, że znaj­duje się na gra­nicy wytrzy­ma­ło­ści, choć jed­no­cze­śnie wszystko ma pod kon­trolą. Zna dobrze swoje ciało, wie, ile może wytrzy­mać. Jesz­cze da radę. Poru­sza się w tere­nie instynk­tow­nie, od czasu do czasu zerka na korze­nie, żeby się nie potknąć, ale głów­nie kie­ruje wzrok przed sie­bie, w dal, i sku­pia się na oddy­cha­niu i na drze­wach. Im dłu­żej bie­gnie, tym bar­dziej otwie­rają się jej zmy­sły i tym bar­dziej czuje się swo­bod­nie, sama ze sobą. Zasta­na­wia się nad swoim życiem - musi jechać samo­cho­dem, żeby dostać się do praw­dzi­wego lasu, zaczerp­nąć powie­trza i porząd­nie się zmę­czyć. Jest wcze­sny ranek, jesz­cze godzinę temu nad wodą uno­siła się mgła. O tej porze cały ten teren może mieć dla sie­bie, ni­gdzie nie widać nikogo. Zauważa, że zapu­ściła się głę­biej niż inni zacho­dzący tu ludzie. Ale ona biega naj­chęt­niej wła­snymi tra­sami. Żadne utarte ścieżki ni­gdy jej nie pocią­gały.

Poko­nu­jąc dłu­gie dystanse, nie podzi­wia szcze­gó­łów oto­cze­nia, a raczej roz­ko­szuje się świe­żym powie­trzem i powszech­nie panu­jącą zie­lo­no­ścią, lasem takim, jaki jest w rze­czy­wi­sto­ści. Pokryta roślin­no­ścią zie­mia, tu i ówdzie stare powa­lone i poła­mane drzewa. Prze­ni­ka­jące mię­dzy gałę­ziami pro­mie­nie słońca spra­wiają, że wszystko wydaje się nie­mal magiczne, spo­kojne, w natu­ral­nym sta­nie. Las rośnie, jed­no­cze­śnie butwie­jąc.

Po pół­to­ra­go­dzin­nym biegu Noora przy­staje koło wieży obser­wa­cyj­nej w Keinumäki, spraw­dza puls i stwier­dza, że nie­źle trzyma się w ryzach. Sys­te­ma­tyczne bie­ga­nie w ciągu lata zaczyna powoli przy­no­sić rezul­taty. Zapo­wiada się cie­pły dzień. Odkąd się zatrzy­mała, czuje coraz więk­szy ucisk na pęcherz. Roz­gląda się wokół. Wciąż nikogo nie ma. Mogłaby szybko przy­kuc­nąć w gęstych zaro­ślach i zaraz by jej ulżyło. Patrzy za sie­bie, potem w prawo i w lewo. Pustka. Pró­buje wyrów­nać oddech, uspo­koić się i przy­słu­chać. A jeżeli ktoś jest w pobliżu. Czyżby to jakieś kroki? Wiatr szumi w liściach, konary drzew skrzy­pią, ocie­ra­jąc się o sie­bie. Skądś docho­dzi cichy trzask. Czy to jakieś zwie­rzę? Czę­sto wydaje się jej, jakby las był żywy. Jakby podą­żał za nią z każ­dym kro­kiem, wstrzy­mu­jąc oddech. Bie­gnąc szybko ścież­kami na prze­łaj, Noora wyobraża sobie, że leśne istoty kryją się przed nią, a potem, po jej odej­ściu znów się poja­wiają.

W pobliżu sły­chać kra­ka­nie wron. Ni­gdy ich nie lubiła, podob­nie jak kru­ków czy kawek. Zacho­wują się zbyt pew­nie i bez­czel­nie, głos także mają nie­przy­jemny - skrze­czący, skrzy­piący. Nie­bie­ska­wo­czarny kolor zwia­stuje coś ponu­rego, o czym zwłasz­cza teraz, gdy jest sama, nie chcia­łaby myśleć. Sądząc po odgło­sach, wron musi być tu dużo. Idzie w stronę gęstych sosen, gałę­zie potęż­nych drzew wystają na drogę, więc odsuwa je ostroż­nie, nie chcąc się pokłuć ich igłami. Upew­nia się, że nikt na nią nie patrzy, i kuca szybko, opusz­cza­jąc spodnie. I wtedy to zauważa. Z dołu widać dobrze miej­sce, które zakryły drzewa i zie­lone poszy­cie. Wokół wyrwa­nych korzeni zebrały się wrony. Jest ich sporo, tło­czą się obok sie­bie. W miarę jak pęcherz się opróż­nia, do głowy przy­cho­dzą jej okropne myśli. Dla­czego ptaki pod­la­tują i skrze­czą wła­śnie tam? Wygląda, jakby coś dzio­bały. Co mnie to obcho­dzi, myśli sobie naj­pierw, cho­ciaż jej cie­ka­wość już się roz­bu­dziła. Tro­chę nie­chęt­nie, ale zain­try­go­wana wstaje i pod­cho­dzi do potęż­nego drzewa leżą­cego na ziemi. Ciemne korze­nie wystają ze spulch­nio­nej gleby i ster­czą w stronę nieba. Ogromna sosna prze­wró­ciła się cał­ko­wi­cie, pozo­sta­wia­jąc wielki dół. Swoim upad­kiem spo­wo­do­wała na pewno ogromny hałas, cho­ciaż być może nikt tego nie sły­szał, roz­waża Noora, pod­cho­dząc do wykrotu.

Wrony skrze­czą i prze­pusz­czają czło­wieka, odla­tu­jąc nieco dalej, ale nie ucie­kają. Zacie­ka­wione przy­glą­dają się, jak ubrana na spor­towo spo­cona kobieta zbliża się i zagląda ostroż­nie do dołu po korze­niach. Wzbi­jają się w powie­trze dopiero wtedy, gdy roz­lega się jej histe­ryczny krzyk.

HEIDI

Poli­cjantka wyciąga z kie­szeni dżin­sów klu­cze do samo­chodu i odblo­ko­wuje drzwi. Pozo­sta­wiony na par­kingu czarny pojazd nagrzał się w poran­nym słońcu i panuje w nim gorąco i duchota. Kobieta opada na fotel i czuje, że już jest spo­cona. Jakby sie­działa w piecu, więc czeka w mil­cze­niu. Czeka, aż zacznie dzia­łać kli­ma­ty­za­cja i schło­dzi samo­chód. Ale przede wszyst­kim czeka na to, aby móc dzia­łać. Bez­tro­ska wypa­ro­wuje z niej rów­nie szybko co woda w takim upale. Każda kro­pla potu spły­wa­jąca na twarz jest świad­kiem zmiany, która się wła­śnie roz­po­częła. Nie­dzielny alarm. Powrót z urlopu do pracy. Jeśli cho­dzi o zabój­stwa, to żaden dzień nie jest szcze­gól­nie zły. I dzi­siaj, dobę wcze­śniej, niż pla­no­wała, naciąga na sie­bie ciężką, pełną odpo­wie­dzial­no­ści kol­czugę. Kom­pa­nia śmierci. A ona, śled­cza zaj­mu­jąca się mor­der­stwami, zawsze roz­po­czyna swoje robo­cze spo­tka­nie z zabitą osobą.

Chłodne powie­trze wpływa do samo­chodu i powoli wypeł­nia jego wnę­trze. Nie­długo znik­nie tro­chę osza­ła­mia­jące poczu­cie wol­no­ści, które ogar­nęło ją pod­czas urlopu, i pojawi się coś innego. Nie­od­parta chęć roz­wią­za­nia nowej sprawy. Strach? Strach przed tym, że nowy przy­pa­dek znów pochło­nie jej wszyst­kie myśli i wypali od wewnątrz, pozo­sta­wia­jąc pusty odwłok. Twardą sko­rupę, zbroję, która pozwoli jej jako tako zacho­wać rów­no­wagę. Mimo wszystko, mimo per­spek­tywy bez­sen­no­ści i obra­zów nio­są­cych zagro­że­nie Heidi czuje, jak stop­niowo nabiera zapału. Co takiego się wyda­rzyło? Kac po prze­pro­wa­dzo­nym w ciągu lata śledz­twie zaczyna zni­kać. Nie­zi­den­ty­fi­ko­wany mar­twy czło­wiek w samym środku lasu? Mózg prze­twa­rza nową przy­nętę i ogar­nia ją oży­wie­nie. Zwłoki leżą podobno pod korze­niami powa­lo­nego drzewa. Pod­czas gdy kli­ma­ty­za­cja wyje nie­mal na cały głos, poli­cjantka wyco­fuje samo­chód, czu­jąc roz­cho­dzący się w środku cudowny lodo­waty chłód. Nie minie chwila, a zimno oto­czy ją cał­ko­wi­cie.

Okręg sto­łeczny ma bar­dziej wiej­ski cha­rak­ter, niż ludzie sądzą, stwier­dza, mija­jąc czer­wone zabu­do­wa­nia dziel­nicy Van­han­kau­pun­gin­ko­ski i dud­niący potok. Na pastwi­skach Viikki widać krowy. Poli­cjantka hamuje, wydaje się jej, że zaje­chała za daleko. Włą­cza świa­tła awa­ryjne i przy­staje na chwilę na pobo­czu. Gdzie naj­le­piej wysiąść i stam­tąd podejść na miej­sce? Robi zawrotkę i jedzie z powro­tem wzdłuż Vii­kin­tie. Po jed­nej stro­nie wid­nieją nowe osie­dla miesz­ka­niowe, a po dru­giej roz­cią­gają się sze­ro­kie pola. W oddali rysuje się gra­nica lasu. Mija dom aukcyjny Helan­der i zbliża się do pola. Szosa koń­czy się przy Säynäslahdentie. Po pra­wej zauważa zabu­do­wa­nia fabryczne, a po lewej nie­bie­skie baraki i kilka wychod­ków Baja­maja. Z przodu cią­gnie się sze­roki rów. Obok bie­gnie ścieżka rekre­acyjna zamknięta dla samo­cho­dów. Heidi sie­dzi przez chwilę w aucie i znaj­duje w inter­ne­cie mapę obszaru Van­han­kau­pun­gin­lahti, żeby zorien­to­wać się w roz­mia­rze terenu. Rezer­wat przy­rody obej­muje na pewno trzci­no­wi­sko w Säynäslahti i część akwenu po połu­dnio­wej stro­nie, a także olchy czarne w Por­na­isten­niemi, las w Mölylä oraz kawa­łek zachod­niego pasa trzcin w pobliżu Lam­mas­sa­ari. Czy miej­sce, w któ­rym zna­le­ziono ciało, jest także czę­ścią rezer­watu przy­rody? Heidi nie ma pew­no­ści. Van­han­kau­pun­gin­lahti i oko­lice to więk­sza całość, nie tylko obszary chro­nione. Rol­ni­cze gospo­dar­stwo doświad­czalne w Viikki i jego nad­mor­skie tereny zostały wydzie­lone w pierw­szej kolej­no­ści już w roku 1959 - czyta obja­śnie­nia i przy­gląda się idyl­licz­nemu kra­jo­bra­zowi. Wybrzeże, a w oddali koły­szą się na wodzie ptaki. Chwie­jące się na wie­trze korony drzew i kawki szy­bu­jące na nie­bie. Stary mie­szany las. Poli­cjantka powta­rza sobie prze­słane ese­me­sem infor­ma­cje. Ofiara została zna­le­ziona chyba w Säynäslahti. Zwal­nia hamu­lec posto­jowy i bez waha­nia wjeż­dża na żwi­rową ścieżkę pro­wa­dzącą na pół­nocny wschód.

Wkrótce napo­tyka pierw­sze zdzi­wione i poiry­to­wane miny - samo­cho­dem po leśnej dro­dze? Wyobraża sobie, jakie komen­ta­rze prze­chod­nie rzu­cają pod jej adre­sem. Zjeż­dżaj stąd, stuk­nięta babo! Posta­na­wia uła­ska­wić stró­żów pil­nu­ją­cych wła­snego prawa. Ludzi, któ­rzy patrzą złym wzro­kiem, kiedy ktoś łamie prze­pisy. Otwiera okno i sta­wia poli­cyjny stro­bo­skop na dachu cywil­nego pojazdu. Zejdź­cie mi z drogi, dokucz­liwe milczki, mru­czy pod nosem i dodaje lekko gazu. Brzegi rowu pora­stają kwit­nące rośliny. Heidi zerka na pożół­kłe, koły­szące się na wie­trze trzciny, cią­gnące się aż pod ciemny impo­nu­jący las. Przy dro­dze stoi drew­niana tabliczka z napi­sem "Uni­wer­sy­tet w Hel­sin­kach. Arbo­re­tum". Otwarta oko­lica prze­kształca się szybko w lesi­sty teren, gęsto poro­śnięty sosnami.

Rezer­wat przy­rody obej­mu­jący Viikki i część Van­han­kau­pun­gin­lahti ma ponad trzy­sta hek­ta­rów. Wła­ści­wie to aż trudno uwie­rzyć, że ten wielki, cudow­nie zie­lony, zróż­ni­co­wany park znaj­duje się tak bli­sko cen­trum Hel­si­nek. Na skrzy­żo­wa­niach stoją wyso­kie, potężne drew­niane wiaty z ilu­stro­wa­nymi infor­ma­cjami o tutej­szej przy­ro­dzie. Karetka jesz­cze nie odje­chała, a oprócz niej drogę zagra­dzają dwa radio­wozy. Taśma poli­cyjna zamyka trasę przed przy­pad­ko­wymi prze­chod­niami, zmu­sza każ­dego do jej obej­ścia. Heidi wysiada z chłod­nego samo­chodu i zasko­czona stwier­dza, jak mocno przy­grzewa słońce. Żwir chrzę­ści pod nogami. Z zado­wo­le­niem zosta­wia płaszcz na fotelu pasa­żera. Buty trek­kin­gowe mocno trzy­mają stopy, a ona zaczyna tęsk­nić za wędrów­kami, na któ­rych tak dobrze się spra­wo­wały. Lofoty, Lapo­nia i wio­senna wyprawa do Bad Gastein. Tereny w Fin­lan­dii są wspa­niałe, ale w porów­na­niu z Nor­we­gią lub Alpami - skromne. W zamy­śle­niu wpa­truje się w ścieżkę pro­wa­dzącą do wieży obser­wa­cyj­nej. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem kie­ruje się ku ciem­nej stro­nie lasu.

Otrzy­mała wyraźne wska­zówki: od ścieżki z dro­go­wska­zem należy przejść dróżką trzy­dzie­ści metrów. Potem powinna zoba­czyć po pra­wej stro­nie biały namiot. Szybko idzie do umó­wio­nego punktu. Na nie­miłe spo­tka­nie ze zmar­łym.

Czuje suchość w ustach. Sztywne zwłoki leżą w dole, twarz męż­czy­zny jest zwró­cona ku niebu. Wokół uwi­jają się tech­nicy reje­stru­jący każdy szcze­gół. Kamera fil­muje, próbki są pobie­rane i wkła­dane do tore­bek. W górze dron fil­muje bez­gło­śnie cały teren. Gdzieś daleko, w tle szu­mią prze­jeż­dża­jące samo­chody. Heidi w mil­cze­niu ogląda ciało. Młody, nie­zi­den­ty­fi­ko­wany czło­wiek. Ręce ma skrzy­żo­wane na piersi. Ratow­nicy z karetki potwier­dzili zgon. Zesztyw­niałe koń­czyny i zasnute mgłą oczy świad­czą o tym, że stwier­dze­nie to jest jedy­nie for­mal­no­ścią. Heidi ogląda ręce zmar­łego: paznok­cie ma czy­ste, skóra na grzbie­cie dłoni wydaje się nie­na­ru­szona. Chło­pak jest ubrany w czarną bluzę z kap­tu­rem, szare spodnie z nisko umiesz­czo­nymi kie­sze­niami i czarne buty spor­towe marki Vans. Na ziemi leży kape­lusz rybacki. Poli­cjantka nachyla się, żeby mu się przyj­rzeć, ale nie znaj­duje niczego zaska­ku­ją­cego. Spraw­dza głowę, lecz nie zauważa żad­nych śla­dów ude­rzeń ani krwi. Dło­nie przy­trzy­mują jakiś zwię­dły kwiat uło­żony na piersi. Nachyla się jesz­cze bar­dziej, ale nie roz­po­znaje rośliny. Ciało nie nosi żad­nych widocz­nych oznak suge­ru­ją­cych nie­szczę­śliwy wypa­dek, a atak cho­roby został już wyklu­czony. Co im w takim razie pozo­staje? Heidi wodzi wzro­kiem po pniach drzew, gęstych gałę­ziach i pokry­tej igłami gle­bie. Szybko ogar­nia ją ponure podej­rze­nie. Uło­że­nie ciała. Miej­sce jego odkry­cia. Spo­kój tu panu­jący. Na pewno nie jest to przy­pad­kowa śmierć.

SAANA

W dro­dze powrot­nej dzien­ni­karka przy­ci­ska czoło do zim­nej jak lód szyby okna samo­lotu. Na zewnątrz jest już szaro. Kiedy leci do Fin­lan­dii wie­czo­rem, ma jakby lep­szy nastrój. W ciem­no­ści może jesz­cze przez chwilę sobie wyobra­żać, że wybiera się w podróż. Samo­lot zata­cza łuk nad zie­mią, tu i tam widać poje­dyn­cze wyspy i koły­szące się ciemne morze. Zasta­na­wia się, co by czuła, gdyby lądo­wała w jakimś innym mie­ście. Ber­li­nie, Nicei albo Nowym Jorku. Ale nie­stety, cze­kają na nią nie­odwo­łal­nie lot­ni­sko Hel­sinki-Van­taa, a potem tak­sówka i dom przy Stu­ren­katu.

Przy­cho­dzi jej na myśl zaczy­na­jący się wła­śnie tydzień. Odwie­dzi ciotkę, zabie­rze swoje rze­czy. Spę­dziła w Har­toli całe lato, roz­wią­zu­jąc zagadkę mor­der­stwa sprzed dzie­sią­tek lat. Przy­po­mi­nają się jej pierw­sze let­nie dni, kiedy przy­je­chała do Inkeri, do małego mia­sta, żeby odpo­cząć i zre­ge­ne­ro­wać się po wyczer­pu­ją­cej pracy. Stop­niowo odzy­ski­wała siły i zaczęła roz­wi­kły­wać stary, nie­wy­ja­śniony przy­pa­dek śmierci, który się tam wyda­rzył. Popro­wa­dził on ją w sam śro­dek skom­pli­ko­wa­nego i nie­bez­piecz­nego docho­dze­nia. Teraz, po fak­cie wydaje się ono pra­wie nierze­czywiste. Mate­riały ze śledz­twa i przej­mu­jąca histo­ria w nich zawarta cze­kają na nią w szu­fla­dzie komody pokoju gościn­nego w domu ciotki. Poje­dyn­cze kartki z infor­ma­cjami, stare zdję­cia, wywiady z ludźmi, wydru­ko­wane arty­kuły pra­sowe. Napi­sane już frag­menty odzwier­cie­dla­jące atmos­ferę. Teraz mia­łaby czas, żeby stwo­rzyć szkic opo­wie­ści przed­sta­wia­ją­cej wyda­rze­nia z lata. Cho­ciaż Lizbona spra­wiła, że prze­stała wspo­mi­nać mor­der­stwa, to mimo wszystko od czasu do czasu nacho­dziły ją nie­pro­szone pomy­sły na gotowy tekst. Tajem­nic kró­le­stwa Har­toli wystar­czy na inte­re­su­jący pod­cast. Jed­no­cze­śnie mogłaby zacząć szu­kać pracy.

Gła­dzi szorstki, pokryty zaro­stem poli­czek Jana, który od razu po star­cie zasnął, opie­ra­jąc z zado­wo­le­niem głowę na jej ramie­niu. Wkrótce zacznie się lądo­wa­nie, a ona nie ma serca go budzić. Wygląda na zewnątrz, uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Powoli poja­wia się coraz wię­cej Fin­lan­dii o tej błę­kit­nej porze wie­czor­nej. Wyspy i woda, wszę­dzie gęsty i ciemny las, wśród któ­rego widać powścią­gliwe świa­tła mia­sta, wiel­ko­ści główki od szpilki. Led­wie zdąży zauwa­żyć zna­jome miej­sca na wybrzeżu, gdy maszyna zakręca nad mniej zna­nym jej Espoo, a ona traci poczu­cie kie­runku. Wtedy budzi się Jan.

Fin­lan­dia jest rzadko zamiesz­ka­nym kra­jem. Czło­wiek uświa­da­mia to sobie dopiero wtedy, gdy wraca z gęsto zalud­nio­nej Europy Środ­ko­wej. Z miast, w któ­rych pod­czas lądo­wa­nia widać nie­koń­czące się świa­tła zabu­do­wań. Lot­ni­sko w Hel­sin­kach ma skromną ilu­mi­na­cję. Dobrze utrzy­many, spo­kojny port lot­ni­czy oto­czony lasem. Z góry jasne auto­strady przy­po­mi­nają jarzące się kable. Tereny przy dro­gach kryją się w mroku. Pola uprawne roz­cią­gają się nawet na obsza­rze metro­po­li­tal­nym. Oboje wra­cają dzi­siaj do tego cichego kraju, w któ­rym ludzie mają czy­stą wodę i mnó­stwo reguł. Do kraju zna­nego z wytrwa­ło­ści i edu­ka­cji. Wła­snego, uko­cha­nego kraju, któ­rego urodę doce­nia się dopiero wtedy, gdy się wyje­dzie z niego na chwilę. Wszę­dzie tutaj jest dużo prze­strzeni i świe­żego powie­trza, ale także patrzą­cych spode łba gbu­ro­wa­tych ludzi.

Samo­lot wysuwa pod­wo­zie, a ludzie wstrzy­mują oddech, dopóki nie poczują, że dotknął nim ziemi zwa­nej Fin­lan­dią.

Poniedziałek, 26 sierpnia

JAN

Śled­czy ma wra­że­nie, jakby po wylą­do­wa­niu spał jedy­nie przez dwie godziny. W tak­sówce poże­gnał się pośpiesz­nie z rów­nie zmę­czoną jak on Saaną i oboje poje­chali do swo­ich miesz­kań, żeby wypo­cząć. Gdy zna­lazł się w łóżku, ogar­nął go strach, że nie zmruży oka. I fak­tycz­nie tak się stało. Dopiero nad ranem zapadł w drzemkę gra­ni­czącą ze snem, ale na nic się to nie zdało, gdyż budzik w tele­fo­nie miał nasta­wiony już na pięt­na­ście po szó­stej. Teraz dosy­puje do pie­kiel­nie moc­nego espresso tro­chę brą­zo­wego cukru i pociera skro­nie. Nowy dzień - po dłuż­szym cza­sie znów jest sam, po dłuż­szym cza­sie znów we wła­snym domu i od razu idzie do pracy. Wypija kawę i obcho­dzi miesz­ka­nie, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, gdzie poło­żył rowe­rowy ekwi­pu­nek.

Mgła w gło­wie rzed­nie dopiero wtedy, gdy prze­jeż­dża dwa kilo­me­try. Oddy­cha głę­boko fiń­skim ożyw­czym powie­trzem i zauważa, że pach­nie ono już tro­chę wrze­śniem. Wyczuwa nadej­ście jesieni, cho­ciaż nie widać jesz­cze wyraź­nie jej oznak. Jest też zaska­ku­jąco cie­pło. W biu­rze zmie­nia spor­tową koszulkę na dżin­sową bluzę, nie bio­rąc prysz­nica. W roz­tar­gnie­niu rzuca akce­so­ria rowe­rowe na znisz­czoną sofę sto­jącą w kącie służ­bo­wego pokoju, kie­ru­jąc się jed­no­cze­śnie do kuchni. Róż­nica czasu wynosi jedy­nie dwie godziny, ale to ozna­cza, że dzi­siaj będzie musiał być sku­piony dłu­żej niż zwy­kle. Poza tym wszystko zaczyna się od zera. Nowa sze­fowa, powrót do codzien­no­ści. Zdą­żył wła­śnie posta­wić kawę na biurku, gdy kątem oka zauważa jakiś ruch. Ktoś idzie zde­cy­do­wa­nym kro­kiem w jego stronę, a on nawet bez patrze­nia wie, że to jego prze­ło­żona.

Kobieta kiwa do niego głową i siada na rogu biurka, nie poda­jąc mu ręki.

- Johanna Nie­mi­nen - przed­sta­wia się.

- Jan Leino.

- Teraz, gdy for­mal­no­ści mamy zała­twione, mogę ci zdra­dzić, że ludzie zazwy­czaj mówią na mnie Jone.

- Jasna sprawa - odpo­wiada śled­czy. - Mnie nazy­wają po pro­stu Janem. - Uśmie­cha się i unosi dłoń w geście powi­ta­nia. Johanna Nie­mi­nen. Jone. Jej prze­zwi­sko wryło mu się już w pamięć, ponie­waż dzwo­niła do niego bez­czel­nie w samym środku urlopu.

- Nie możemy tego dłu­żej odkła­dać. Porzą­dek dnia się zmie­nił. W Hel­sin­kach wyda­rzyło się coś i potrzebna jest nasza opi­nia - mówi sze­fowa. - Pierw­szy przy­pa­dek, odkąd obję­łam to sta­no­wi­sko. Już widzę, jak wszy­scy wstrzy­mują oddech i cze­kają, aż się zbłaź­nię. - Śmieje się, a Jan nie ma pew­no­ści, czy ona mówi poważ­nie. Przy­gląda się jej i nie może wymy­ślić żad­nej traf­nej odpo­wie­dzi. Nie jest ani tego samego, ani odmien­nego zda­nia. Jeżeli odnosi wła­ściwe wra­że­nie, to Jone chce go spro­wo­ko­wać, i jeśli da się zła­pać na haczyk, i zacznie jej przy­ta­ki­wać, to ona być może odwróci kota ogo­nem, a on znaj­dzie się w nie­mi­łej sytu­acji. Być może.

- Teraz chyba wszy­scy chcą grać w jed­nej dru­ży­nie - odpo­wiada Jana, czu­jąc się jak poli­tyk. Jone uśmie­cha się, doce­nia­jąc widocz­nie jego ostroż­ność.

- Sły­sza­łam, że jesteś jed­nym z naj­lep­szych śled­czych. Sprawy, w któ­rych pro­wa­dzi­łeś docho­dze­nie, zostały roz­wią­zane bez zarzutu, cho­ciaż jak na szefa za dużo pra­cu­jesz w tere­nie. Z rapor­tów wynika, że masz naprawdę nie­zły pro­cent roz­wią­za­nych przy­pad­ków - mówi Nie­mi­nen, wyma­chu­jąc jed­no­cze­śnie prawą nogą w szty­ble­cie. - Rozu­miem cię, ja też nie­na­wi­dzę biu­ro­kra­cji i jeśli mam być szczera, tej waszej kawy także - oświad­cza, poka­zu­jąc na trzy­many w ręku kubek.

Jan uśmie­cha się, widząc, że wybrała z szafki kuchen­nej ten z Simp­so­nami. Sie­dząc w fotelu, czuje, jak nowa dyrek­torka go obser­wuje, cho­ciaż stara się wyglą­dać na zre­lak­so­waną, a nawet bez­tro­ską osobę.

- Sto - mówi, patrząc jej pro­sto w oczy. Wie, że sprawy, które pro­wa­dził, zostały roz­wią­zane w stu pro­cen­tach.

- Panie Setko, mamy nowe domnie­mane zabój­stwo - oznaj­mia sze­fowa i wstaje. Zaczyna prze­cha­dzać się nie­spo­koj­nie tam i z powro­tem przed biur­kiem. - Wczo­raj na tere­nie rezer­watu przy­rody w Van­han­kau­pun­gin­lahti zna­le­ziono ciało mło­dego czło­wieka - dodaje, zatrzy­mu­jąc się. - Natknęła się na nie jakaś kobieta pod­czas jog­gingu. Zobo­wią­zała się, że na razie nie będzie o tym mówiła ani komen­to­wała tego publicz­nie. Tylko organy ści­ga­nia wie­dzą. Teren został natych­miast odgro­dzony.

Jan kiwa głową.

- Tą sprawą zaj­muje się wydział zabójstw poli­cji w Hel­sin­kach, roz­po­częli już docho­dze­nie. Tuż przed twoim przy­jaz­dem skon­tak­to­wała się ze mną pro­wa­dząca śledz­two i pytała, czy nie mógł­byś zer­k­nąć na sprawę i powie­dzieć, co o tym sądzisz.

- Dla­czego? - Jan nie może się powstrzy­mać, żeby nie zapy­tać. Poli­cja w Hel­sin­kach potrafi prze­cież dopro­wa­dzić każdą sprawę do końca, jak należy.

- Nie wiem. Ale to się szybko wyja­śni. Dzwo­niła jakaś Nurmi.

- Heidi Nurmi? - Śled­czy upew­nia się, czy dobrze usły­szał. To naj­zdol­niej­sza ze wszyst­kich mu zna­nych inspek­to­rów docho­dze­nio­wych. Co takiego zna­leźli w tym lesie, że ona potrze­buje wspar­cia Cen­tral­nego Biura Kry­mi­nal­nego i jesz­cze dobro­wol­nie prosi o pomoc? Może tęskni za nim? Poli­cjant uśmie­cha się w duchu.

- Wła­śnie ona - potwier­dza Jone. - Chcia­ła­bym, żebyś poje­chał na miej­sce odkry­cia zwłok i rozej­rzał się tro­chę. Dziwna śmierć, młody zna­le­ziony w lesie czło­wiek: nie brzmi to dobrze. Oczy­wi­ście chcie­li­by­śmy roz­wiać wszel­kie pogło­ski o paskud­nym zabój­stwie, cho­ciaż z dru­giej strony po to tu jeste­śmy. Ten przy­pa­dek wysyła sygnały alar­mowe, które wyczu­wam na kilo­metr.

Jan znów pota­kuje. Podoba mu się, że nowa sze­fowa mówi wprost i kon­kret­nie. Dopiero teraz przy­gląda się jej dokład­niej. Jest wyspor­to­wana, ciemne włosy, ładna twarz. Deli­katny maki­jaż i inte­li­gentny wzrok. Na ser­decz­nym palcu lewej dłoni wid­nieją dwie obrączki; jedna z nich ozdo­biona skrom­nym rzę­dem dia­men­tów. Kobieta ma chyba od czter­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu lat, oce­nia śled­czy, ale nawet nie pró­buje tego zapa­mię­tać.

- Popro­si­łam, żeby ci dostar­czono wszyst­kie zebrane do tej pory infor­ma­cje; będziesz mógł się od razu zapo­znać ze sprawą - mówi Jone, a on budzi swój kom­pu­ter, poru­sza­jąc spo­czy­wa­jącą na pod­kładce myszką.

- Od chwili zna­le­zie­nia zwłok upły­nęła nie­cała doba. Wczo­raj póź­nym wie­czo­rem prze­wie­ziono ciało do kost­nicy, ale tech­nicy na­dal prze­cze­sują teren. Wiemy tylko, że jest to męż­czy­zna, być może padł ofiarą prze­stęp­stwa. I twier­dzę tak dla­tego, że czuję to w kościach. Zwłoki leżały w lesie naj­wy­żej kilka dni. Cze­kamy na dokład­niej­sze wyniki.

- Z pew­no­ścią należy przy­pusz­czać, że ktoś już go szuka - komen­tuje śled­czy.

- Porów­nu­jemy dane zagi­nio­nych z pobraną próbką DNA - dodaje Jone, odcho­dząc od niego na kilka kro­ków.

Jan na­dal sie­dzi przy kom­pu­te­rze, zasta­na­wia­jąc się, czy nie powi­nien wstać i pójść za nią, ale rezy­gnuje.

- Dobrze - kwi­tuje, patrząc na zega­rek. Jeżeli w grę wcho­dzi jakaś zagi­niona nie­dawno osoba, toż­sa­mość zmar­łego ustali się w ciągu kilku godzin. Wypija łyk gorz­kiej kawy. Myśl o zabój­stwie także jest gorzka. To naj­gor­sze, co może się wyda­rzyć Finowi kocha­ją­cemu przy­rodę, uznaje w duchu. Młody czło­wiek, zna­le­ziony mar­twy na uczęsz­cza­nym tere­nie. Jak wska­zują sta­ty­styki, nawet w czte­rech na pięć przy­pad­ków śmierć mło­dych męż­czyzn jest spo­wo­do­wana albo samo­bój­stwem, albo nie­szczę­śli­wym wypad­kiem w sta­nie odu­rze­nia alko­ho­lo­wego.

- Jeżeli potwier­dzą się podej­rze­nia co do zabój­stwa i jeżeli zauwa­żysz w tej spra­wie coś dziw­nego, wystą­pię o to, żeby została ona w cało­ści prze­ka­zana CBK, bo nie mamy w zwy­czaju tylko zer­kać na coś - oznaj­mia Jone, zatrzy­mu­jąc się. - Z tego, co zro­zu­mia­łam, poprzedni przy­pa­dek także roz­wią­zano sku­tecz­nie przy współ­pracy z poli­cją w Hel­sin­kach. Możesz mi coś o tym opo­wie­dzieć? - pyta, a Jan patrzy na nią zdu­miony. Nowa sze­fowa mówi bez ogró­dek i rze­czowo, bez żad­nych pokręt­nych pod­tek­stów, a do tego naj­wi­docz­niej zapo­znała się z wcze­śniej­szymi pro­wa­dzo­nymi przez niego docho­dze­niami, które zakoń­czyły się cał­ko­wi­tym wyja­śnie­niem sprawy.

- Nie odmó­wię współ­pracy z kimś, kto należy do zespołu wydziału zabójstw poli­cji w Hel­sin­kach i nazywa się Nurmi - odpo­wiada śled­czy. - Nasz Saki też jest nie­za­stą­piony, a ja nie boję się pro­sić o pomoc, jeżeli są na nią środki - dodaje, spo­dzie­wa­jąc się przez chwilę gro­mów, ale te nie nad­cho­dzą.

- Jasne - oświad­cza Jone, przy­glą­da­jąc mu się. - Nie mam wcale ochoty mie­szać w dobrze funk­cjo­nu­ją­cym ukła­dzie. Jakby co, to ja tego nie powie­dzia­łam, ale na ogół łatwiej jest prze­pra­szać po fak­cie, niż uzy­skać ode mnie pozwo­le­nie wcze­śniej. Jak coś nie będzie dzia­łać albo zoba­czę, że środki są wyko­rzy­sty­wane nie­wła­ści­wie, to mimo oka­za­nego zaufa­nia jestem gotowa szybko wysa­dzić wszystko w powie­trze - stwier­dza, szcze­rząc zęby.

- Rozu­miem - odpo­wiada Jan, obmy­śla­jąc jed­no­cze­śnie, co robić dalej. Zapo­zna się z nowym przy­pad­kiem i jeżeli sytu­acja będzie tego wyma­gała, weź­mie udział w docho­dze­niu. Wydział kry­mi­nalny poli­cji w Hel­sin­kach już je roz­po­czął, więc szybko dołą­czy do nich, cho­ciaż nie lubi przy­glą­dać się nie­wy­ja­śnio­nej spra­wie, zanim ofi­cjal­nie nie mia­nują go pro­wa­dzą­cym śledz­two. Musiałby mieć jakieś dowody na co naj­mniej zamie­rzone zabój­stwo.

- A jeśli cho­dzi o zmar­łego - wraca do głów­nego tematu, cho­ciaż Jone skoń­czyła roz­mowę. - Są jakieś pod­stawy, by sądzić, że ten czło­wiek został zamor­do­wany?

Sze­fowa zatrzy­muje się i obraca na pię­cie.

- Każde w poło­wie urwane życie ozna­cza, że czło­wiek padł ofiarą jakie­goś tra­gicz­nego wyda­rze­nia - mówi. - W tym przy­padku naszą podejrz­li­wość budzą oko­licz­no­ści. Ciało znaj­do­wało się w lesie, a w pobliżu nie było żad­nych nale­żą­cych do zmar­łego rze­czy. Ple­caka, namiotu ani cze­goś podob­nego. Niczego, co pomo­głoby w usta­le­niu jego toż­sa­mo­ści. Nie można jesz­cze wyklu­czyć cał­ko­wi­cie samo­bój­stwa albo ataku cho­roby. Ciało leżało w swo­bod­nej pozy­cji na ziemi, więc nie­szczę­śliwy wypa­dek nie wcho­dzi w grę. Nie stwier­dzono żad­nych ran postrza­ło­wych ani od cio­sów nożem. Żad­nych śla­dów wska­zu­ją­cych na powie­sze­nie, ude­rze­nia. Niczego.

- Niczego? - upew­nia się Jan.

- Obec­nie nie mamy nic i to wła­śnie budzi moje podej­rze­nia.