Sesja numer I
Kaj zagląda w kalendarz. Na dzisiejszy dyżur w prywatnym gabinecie
składają się spotkania z trzema klientami, a potem w programie ma
godzinną rozmowę z superwizorem. Dopija wodę i patrzy przez okno. Do
środka przenika głuchy szum samochodów. Z budynku znajdującego się w dzielnicy Töölö widać piękne fasady domów i jeden klon. Naprawdę często
gapię się na to drzewo, myśli terapeuta i wstaje, żeby odnieść szklankę
do wspólnej dla wszystkich pomieszczeń kuchni.
Przez ostatnie dwa lata dzielił czas między prywatną praktykę i przypadkowe zlecenia. Pomaganie śledczym z CBK w przygotowaniu profilu
przestępcy jest interesujące, ale ostatecznie bardzo dalekie od tego, co
najbardziej lubi, czyli pomagania pojedynczym osobom. Dla niektórych
wizyta w jego gabinecie oznacza utrzymanie się przy życiu, dla innych
coś, co nadaje ich egzystencji prawdziwość i głębię. Kaj cieszy się, gdy
może zaobserwować konkretny postęp. W najlepszym wypadku nawet po jednej
sesji zauważa zmianę, pewnego rodzaju ulgę, gdy klient mu się zwierza i wychodzi z lżejszą głową. Osiągnięcie trwalszej duchowej równowagi
wymaga wieloletniej pracy.
Spogląda na zegarek, do spotkania ma jeszcze dwie minuty. Następna osoba
powinna przyjść o równej godzinie. Już lata temu pacjenci zamienili się
właśnie w klientów. Kaj wraca do siebie, żeby zamknąć okno, i słyszy,
jak skrzypi parkiet.
Jakaś dziewczyna weszła bez pukania.
- Drzwi były otwarte - oświadcza z nieśmiałym wyrazem twarzy. Terapeuta
się uśmiecha.
- Zapraszam - mówi zachęcającym głosem. Ubrana w czarną skórzaną kurtkę,
biały sweter i czarne dżinsy brunetka patrzy w podłogę i w milczeniu
podchodzi do stojącego na środku kompletu wypoczynkowego, i podejmuje
szybką decyzję. Zamiast fotela z wysokim oparciem wybiera miękką sofę i kładzie się na niej. Kaj zerka na notes, który leży na jego kolanach.
Nowe spotkanie, pusta kartka, pierwsza sesja.
- Co cię do mnie sprowadza? - pyta i wygładza dłonią nietkniętą, lśniącą
bielą stronę.
- Nawet nie wiem, czy to właściwe dla mnie miejsce - mamrocze
dziewczyna. - Ale nie mogę zasnąć - dodaje. Potem zamyka oczy otoczone
czarnymi kreskami i krzyżuje ręce na piersi.
Kaj patrzy na nią, jak leży na sofie w butach. Ostatnio podczas sesji
omawiał głównie zaburzenia w odżywianiu i depresję, nieokreślone
przygnębienie i wyczerpanie pracą. Nowa klientka budzi jego ciekawość.
Ludzki umysł jest jak góra lodowa i widać tylko jego część. Pod
powierzchnią wody może się kryć cokolwiek. Aby zanurkować głęboko w umysł drugiego człowieka, potrzeba czasu i dużego zaufania. Ludzie
chętniej się zasłaniają, niż otwierają.
Przenosi wzrok na stół, na którym postawił opakowanie z chusteczkami i dwie szklanki z wodą. W gabinecie, w tych czterech ścianach nie
obowiązują takie same reguły grzecznościowe jak poza nim. Tutaj każdy
klient jest sobą, bez ochronnego pancerza i symboli świadczących o jego
statusie. W każdym razie podczas tej sesji, przez czterdzieści pięć
minut Kaj oferuje bezpieczną przestrzeń, w której można wyrazić i przeanalizować uczucia bez obawy, że ktoś będzie je oceniał. Tutaj
człowiek może być po prostu sobą.
- Czy ta bezsenność trwa od dłuższego czasu? - pyta, notując sobie, że
klientka nie może spać. - Byłoby dobrze, gdybyś na początek opisała, co
konkretnie masz na myśli - uściśla. - Czy sen trwa tylko kilka godzin,
czy wybudzasz się od czasu do czasu? Cierpisz na znaczny niedostatek
snu?
- Są noce, kiedy nie śpię wcale, i takie, kiedy zasypiam na kilka
godzin, ale nad ranem się budzę i już nie mogę zasnąć - opowiada
dziewczyna. - Wytrącam się ze snu.
- Od jak dawna to się dzieje? - wypytuje Kaj. Klientka jest blada, ale
zmęczenie nie uzewnętrzniło się jeszcze. Wewnętrzna walka człowieka
rzadko jest widoczna. Ludzie potrafią ukryć to wszystko, co ich
najskuteczniej zjada lub czego wstydzą się najbardziej. W pokoju panuje
cisza. Terapeuta przypuszcza, że dziewczyna nad czymś się zastanawia,
ale ponieważ jej milczenie się przedłuża, dochodzi do wniosku, że chyba
odpoczywa.
- Od jak dawna trwa ta bezsenność? - powtarza pytanie.
Klientka podkłada sobie pod głowę poduszkę, przyjmuje embrionalną
pozycję i przygląda się pomieszczeniu.
- Od wielu lat, co najmniej od czterech - oświadcza cichym głosem.
Kaja ogarnia dziwne uczucie. Jakieś przekonanie nieoparte na niczym
konkretnym. Wydaje mu się, że otaczający świat przerasta dziewczynę, że
przyszła do jego gabinetu po to, by choć przez chwilę odpocząć. Potrząsa
głową, stara się odrzucić wnioski, jakie podpowiada mu mózg. Jest
terapeutą i jego jedyne zadanie to mieć otwarty umysł, nie robić żadnych
pośpiesznych założeń.
- Czy w twoim życiu zdarzyło się ostatnio coś takiego, co może się z tym
wiązać? - podpowiada jej, dając czas na spokojną odpowiedź, wtedy, kiedy
będzie gotowa.
Klientka siada, sprawia wrażenie oszołomionej.
- Moja matka uważa, że spotykam się z niebezpiecznym mężczyzną -
oświadcza.
Kaj niemal się wzdryga na dźwięk przerywającego ciszę pięknego
głębokiego głosu. W delikatnej twarzy dominują wielkie sarnie oczy.
- A co ty o tym sądzisz? - pyta spokojnie, starając się patrzeć na nią
jak najżyczliwiej. Nie chce jej naciskać ani przestraszyć, pozwala, by
mówiła we własnym rytmie.
Dziewczyna wzrusza ramionami, wyciąga z rękawów skórzanej kurtki krańce
białego cienkiego wełnianego swetra, zakrywającego niemal całkiem jej
dłonie. Podnosi prawą rękę i odsuwa za ucho opadły na policzek kosmyk
czarnych włosów. Potem znów wzrusza ramionami.
- Najchętniej opowiedziałabym najpierw o nim - oznajmia. Kaj spogląda na
nią z zastanowieniem. Sytuacja patowa. Klientka ponownie milknie, a on
patrzy ukradkiem na zegarek. Są dopiero na początku, a trwająca
czterdzieści pięć minut sesja prawie się kończy.
- To twój czas - próbuje jeszcze raz, czując jednocześnie, jakby uderzał
głową w miękką ścianę. - Oczywiście, możesz mówić o tym, o czym chcesz,
ale pamiętaj, że tutaj skupiamy się na tobie.
Dziewczyna nie podejmuje wątku, tylko wpatruje się w zamyśleniu we
wzorzysty marokański dywan leżący na podłodze gabinetu. Właściwie to nic
jeszcze nie powiedziała. Tę milczącą i sondującą sesję można jednak
uznać za pierwszy krok do stworzenia wzajemnego zaufania.
- Niestety, czas się skończył - stwierdza terapeuta.
- W takim razie nie zdążę opowiedzieć swojej historii - mówi klientka,
oglądając swoje długie, pomalowane na czarno paznokcie. Jej oczy są
zwężone, przypominają szparki.
- Historii? - powtarza spokojnie Kaj, próbując pochwycić jej nieśmiałe
spojrzenie. - Jestem tutaj dla ciebie. Obiecaj mi, że następnym razem,
kiedy znów się spotkamy, opowiesz mi wyłącznie to, co prawdziwe. Tutaj
nie musisz wymyślać żadnych opowieści ani udawać nikogo. Interesują mnie
sprawy, które są prawdziwe - dodaje łagodnie.
Dziewczyna kiwa głową w milczeniu, wstaje powoli, podchodzi do drzwi i zatrzymuje się przy nich na chwilę.
- Niedługo znów umówię się na wizytę - oświadcza, kładąc dłoń na klamce.
- Gdybym... rzeczywiście opowiedziała ci prawdę, tobyś nigdy nie uwierzył
- stwierdza i stawiając ostrożnie kroki, wychodzi z gabinetu.
JAN
Dobry początek, uznaje śledczy, zbiegając lekko po schodach policyjnego
budynku. Pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na nim szefowa, jest
neutralne, może nawet pozytywne. A on zawsze polega na swoim pierwszym
wrażeniu.
Niecałą godzinę później spod kasku leją mu się strużki potu, więc
wyciera twarz rękawem. Oprócz tego, że - jak uważają niektórzy - spędza
za dużo czasu w terenie - wie także, że kolegów irytuje jego jazda na
rowerze. Jest ciepło i pedałowanie sprawia mu teraz więcej przyjemności
niż rano. Zatrzymuje się na wysypanym żwirem miejscu parkingowym przy
drodze, sprawdza w nawigacji dalszą trasę i dokładną lokalizację.
Puszyste, bielusieńkie chmury unoszą się pod jasnoniebieskim niebem. Na
pobliskim polu młócą już zboże. Rżysko w kolorze ciepłej żółci lśni, ale
obrzeża drogi są nadal tu i tam zielone. Jan pozwala toczyć się rowerowi
swobodnie i zastanawia się, co takiego czeka go u celu.
Po dotarciu do Viikki odpina bidon ze stelaża. Miodowy napój bardzo mu
smakuje, więc wypija wszystko. Ciało nadal reaguje z opóźnieniem z powodu niedoboru snu. Nawet napój energetyczny nie daje ożywienia. Na
szczęście niedługo przestanie się pocić, kiedy spod gorącego słońca
wjedzie w chłodny cień lasu. Przypina rower dwoma zamkami do masywnego
drewnianego stojaka i zerka na znajdujący się obok drogowskazów pień z wyrytymi sowami i drobnymi ptakami. Na chwilę przymyka oczy i nasłuchuje. Wiatr szumi w gałęziach drzew, a poza tym panuje zupełna
cisza. Ptasie koncerty z początku lata ustały. Niedługo rozpocznie się
migracyjny blues i niebo wypełni się krążącymi wysoko, łączącymi się w stada ptakami. Śledczy ogląda uważnie zielony teren. Na żwirowej drodze
widać wyraźne odciski opon. Na pewno jechały po niej cięższe pojazdy,
ale parkują tu tylko dwa ciemne samochody. Natychmiast rozpoznaje jeden
z nich - należy do Heidi. Po przejściu dwudziestu metrów dociera na
miejsce, które pokazuje mu nawigacja. Potężne drzewa unoszą się wysoko,
a zza nich wyziera róg białego namiotu rozbitego przez kryminalistyków.
Co sprowadziło tego jak na razie nieznanego chłopaka do lasu w Vanhankaupunginlahti? I co spowodowało jego śmierć?
W oddali widać jakiś ruch. Jan spogląda w stronę namiotu. Dwóch ubranych
w kombinezony śledczych nadal przeczesuje okolicę w poszukiwaniu
ewentualnych śladów. Zmierzając w stronę przykucniętych mężczyzn,
zastanawia się nad własną obsesyjną potrzebą znalezienia się na miejscu
zbrodni, w terenie. Tu nie chodzi o wybór, lecz o powołanie. Tylko to
pomaga mu złapać wątek. Zrozumieć powody popełnionych okrucieństw.
Praktycznie rzadko dzieje się tak, jak napiszą później w raporcie. Mapa
to nie terytorium. Jan czuje, że szczegóły tego przypadku zaczną wkrótce
przenikać do jego podświadomości. Początkowo będą mu się śniły.
Jednocześnie pozostaną w pamięci i nawet najdrobniejsze szczegóły
rozpoczną własne życie w jego głowie. Powoli fragmenty informacji
uporządkują się w logiczne łańcuchy, które poprowadzą go w stronę
rozwiązania. Niewytłumaczalne przetwarzanie danych w mózgu odbywa się
też bez jego świadomego zaangażowania. Trzeba tylko wsłuchać się w instynkt i zaufać mu. Ale ten nie zbudzi się, jeśli Jan będzie siedział
w biurze i czytał raporty. Do tego potrzebne są wszelkie dostępne
stymulatory. Zapachy, smaki, wonie, barwy. Atmosfera miejsca zbrodni.
Drobne sprawy, których na początku się nie zauważa.
Śledczy wkłada biały ochronny kombinezon i rozgląda się wokoło z zainteresowaniem. Jego milcząca obserwacja sprawia, że dwóch również
ubranych w kombinezony mężczyzn przerywa na chwilę pracę. Jan wita się z nimi, a oni wracają do swojego zajęcia. Potem podnosi policyjną taśmę i zaintrygowany wchodzi na wydzielony niewielki obszar objęty
dochodzeniem. Teraz już z bliska widzi miejsce, w którym znaleziono
ciało. Głęboki błotnisty dół po wyrwanych korzeniach. Dokoła pełno jest
drzew iglastych. Ziemię pokrywają miliony igieł. Janowi nasuwa się na
myśl piętno tajemnicy, które on sam nosi na sobie. Jest niczym
złowróżbny ptak z CBK, a jego przybycie oznacza najczęściej najgorszą
wiadomość: gwałtowne zabójstwo i początek pościgu.
W odległości około metra od miejsca znalezienia zwłok widnieje jakiś
oznaczony ślad ludzkiej stopy, odciśnięty w ziemi wzór podeszwy buta.
Jan robi zdjęcie. Przykucnięty ogląda powierzchnię gleby, gdy ktoś
dotyka jego barku.
- Howdy. - Słyszy czyjś głos.
- Heidi. - Odwraca się do przybyłej. - Stęskniłaś się za mną, że
dzwoniłaś? - wita się z nią uśmiechnięty.
Policjantka jest świetnym oficerem dochodzeniowym, zawsze w znakomitej
formie fizycznej, trenuje pewnie dwa razy więcej niż on. Nigdy się do
tego nie przyzna, ale przypuszcza, że pobiłaby go na przykład w bieganiu, gdyby wystartowali razem. Nikt jednak nie urządza takiego
wyścigu, bo w pracy zespołowej nie ma co rywalizować.
Po obejrzeniu miejsca znalezienia ciała i okolicy wychodzą z odgrodzonego terenu i ściągają kombinezony ochronne.
- Nie pomyliłeś dziedzin sportu? - Heidi nie może się powstrzymać,
wskazując jego koszulkę kolarską. - To nie jest żadne Tour de France,
tylko w najlepszym wypadku pościg za mordercą. Niestety, na pierwszym
etapie zostaliśmy mocno w tyle.
- Głupi dowcip - odpowiada śledczy. W jego głosie słychać jednak
nagromadzone przez lata wobec niej ciepłe uczucia.
Stoją pośrodku wspaniałego parku narodowego, świadomi przerażająco
nienaturalnego zdarzenia. Urwane życie młodego człowieka. Gdzieś tutaj,
blisko lub daleko, poruszał się być może działający z zimną krwią
morderca. Ktoś, o kim nikt jeszcze nic nie wie. Ktoś, kto zabił tego
chłopaka, a potem zniknął. Teraz oni ruszą w ślad za nim. Widząc
zdecydowaną minę Heidi, Jan wie dobrze, że nie spoczną, dopóki nie
wyjaśnią sprawy. Wkrótce zapełnią informacjami pierwszą, teraz jeszcze
niemal pustą stronę. Kim jest znaleziony w lesie martwy człowiek? I co
się właściwie wydarzyło?
Kiedy opuszczają teren, Heidi zatrzymuje się na żwirowej drodze
otoczonej zieloną roślinnością.
- Tam jest wieża obserwacyjna. Wchodzimy na nią? - pyta. Jan uznaje to
za dobry pomysł. Chciałby zobaczyć całą przestrzeń, mieć jak
najobszerniejszy widok. Milcząc, dochodzą do celu i zaczynają się
wspinać po stromych drewnianych schodach.
- Jak sobie radzisz? - pyta Heidi, kiedy już stoją na górze, oparci o poręcz, patrząc na rozciągający się przed nimi zachwycający krajobraz. -
Z żałobą i wszystkim innym - dodaje.
Janowi przypomina się matka, która odeszła latem, i natychmiast dopada
go smutek. Jednak z ulgą stwierdza, że ogrom żalu nie pochłania go już
całkowicie. Jakaś jego część się ulotniła i od czasu do czasu może
głęboko odetchnąć.
- Całkiem dobrze, dziękuję - odpowiada zaskakująco miękkim głosem. -
Lepiej - uzupełnia, zakładając, że Heidi wie, że nawiązuje do
poprzedniego śledztwa. Pełni lata, kiedy żałoba była najgorsza. To
wszystko nadal w nim tkwi, przecież od śmierci matki upłynęło tak mało
czasu. Są dni, kiedy zapomina na chwilę o stracie, ale są też takie, gdy
tęsknota drąży serce i ciąży mu, paraliżując całe ciało.
- Na uporanie się z żalem potrzeba czasu - stwierdza policjantka i uśmiecha się pocieszająco.
Oparci o poręcz przyglądają się szerokiej połaci trzcinowiska. Słońce
odbija się połyskliwie od powierzchni wody, wysoko w górze przelatują
ptaki.
- I znów pracujemy razem - oświadcza, postukując nerwowo palcami o drewnianą poręcz.
- Znów razem - potwierdza Jan.
- Ten przypadek jest jednak inny - mówi Heidi, jakby częściowo do
siebie. - Kryje się w nim coś, czego nie potrafię określić. Wydaje mi
się, że ma wiele potencjalnych wątków, a jednocześnie żadnego takiego,
którego można by się uchwycić. Nie mam nawet pewności, że w grę wchodzi
morderstwo. Dlatego musiałam się z tobą skontaktować. Wszystko jest
jakoś takie zimne. To, co się wydarzyło, to nie wypadek.
- Wiem, co masz na myśli - potakuje śledczy. - Dlatego chciałaś, żebym
przyjechał? Podejrzewasz, że właśnie natrafiliśmy na ślad mordercy
działającego z premedytacją? - pyta, prostując się, a potem spogląda na
nią z zaciekawieniem.
- Jeżeli chłopak został zabity, to skąd możemy mieć pewność, że jest
pierwszą ofiarą mordercy? - rozważa policjantka. - Nie wiem. Twoja nowa
szefowa sprawia wrażenie przytomnej. Spodziewam się, że dużo powiedzą
nam wyniki sekcji zwłok.
- Jone dała do zrozumienia, że jeśli znajdzie się choć jeden powód, to
przejmie sprawę. Poczekajmy dwa dni, będziemy mądrzejsi.
- Ten las mnie zastanawia. Przyroda i rezerwat. Czy okolica ma jakieś
znaczenie? Kiedy szłam tutaj i patrzyłam, jak śledczy się uwijają,
ogarnęło mnie silne przeczucie, że ktoś najspokojniej w świecie zostawił
tu ciało martwego człowieka. Jest jeszcze inna bardzo dziwna sprawa.
- Jaka? - wpada jej w słowo Jan, nie mogąc się powstrzymać.
- Przechodziły tędy różne zwierzęta, ale ze wstępnych informacji wynika,
że zwłoki przeleżały w lesie bez szwanku. Są nienaruszone. Zwykle
zwierzęta gromadzą się wokół padliny, nawet w pobliżu zabudowań. Czasami
zanoszą części ciała w inne miejsca. Kobieta, która je znalazła, mówiła,
że było tam dużo wron, ale one też nie próbowały go dziobać. Zupełnie
jakby... - Heidi przerywa i odwraca się do kolegi.
- Zupełnie jakby co? - pyta śledczy.
- Jakby las przygarnął ciało i zamiast je niszczyć, chronił - dodaje
policjantka, a on czuje, że mimo gorąca na ciele pojawia mu się gęsia
skórka.
SAANA
Dziennikarka unosi widelec do ust. W kuchni ciotki roznosi się
niebiański zapach melanzane. Bierze następny kęs, popija czerwonym winem
i się uśmiecha. Jednocześnie ogarnia ją lekki smutek. Nie wiadomo kiedy
pojawi się tu następnym razem.
- Fajnie, że przyjechałaś - oświadcza Inkeri z pełnymi ustami. Saana
przywykła już do tego jego okropnego nawyku.
- Wiesz, że twój dom staje się moim najulubieńszym miejscem na świecie -
mówi uśmiechnięta.
- Postanowiłaś, co zrobisz z zebranym materiałem? - pyta ciotka,
odsuwając na bok pusty talerz, i spogląda ciepło na siostrzenicę.
- Podczas podróży podjęłam decyzję - opowiada Saana, czując, jak ogarnia
ją entuzjazm. - Zamierzam na podstawie tego przypadku zrobić dokładnie
wyreżyserowany podcast. Gazety tak bardzo rozpisywały się o morderstwach
w królestwie Hartoli, że artykuły dadzą mi sporo dodatkowych informacji.
Wymyśliłam nawet tytuł. Będzie brzmiał Kiedy umiera król.
Ciotka się uśmiecha i kiwa głową.
- Pamiętasz, jak latem powiedziałam, że znajdziesz tu jeszcze coś dla
siebie? Wszystko na to wskazuje.
Zabierają kieliszki z winem i siadają na huśtawce w ogrodzie. Saana
spogląda najpierw na niebo, a potem na ciotkę, która popycha huśtawkę,
żeby się szybciej kołysała. Wokół latają małe, delikatne owady. Nad
trawnikiem przed domem tworzy się mgła. Zza rogu wyziera wieczorne
słońce, malując wszystko na złoto.
- Pomyślałam, że zostanę tutaj do soboty i napiszę scenariusz pierwszych
rozdziałów tekstu. W przyszłym tygodniu będę mogła pójść do studia, żeby
zrobić próbne nagranie - oświadcza i wypija łyk wina o wyraźnym smaku.
Jest śliwkowe, miękkie, suchych tanin nie czuć na dziąsłach ani na
podniebieniu. - Zacznę też szukać pracy.
- Będę za tobą tęskniła.
Saana przyłapuje się na podobnych myślach. Przez lato zdążyły się do
siebie przyzwyczaić.
- No ale teraz masz też inne towarzystwo - mówi z uśmieszkiem, wskazując
maszynę do cięcia polan i piłę tarczową, które podczas jej nieobecności
pojawiły się przed szopą pomalowaną na kolor ochry.
- Harri to tylko Harri. W tym wieku nie pozwolę już zburzyć nikomu
spokoju, jaki sobie zbudowałam - oświadcza Inkeri niby twardo, ale na
pierwszy rzut oka widać w jej spojrzeniu miękkość. Mężczyzna pojawił się
w jej życiu pod koniec lata i najwyraźniej pozostawił ślady na wyraźnie
ogrodzonym pustelniczym terenie kobiety. Świadczą o tym zwinięte w kłębek rękawice robocze i ogromne gumowce na schodach.
- Zjemy deser? - pyta Saana. Przywiozła ze sobą babeczki pastéis de
nata, choć nie z Portugalii, ale z pobliskiego marketu.
- Nie, dziękuję. Ty je zjedz. Unikamy teraz z Harrim słodyczy - odmawia
ciotka, zanim zdaje sobie sprawę z sensu swojej wypowiedzi, a jej
siostrzenica zaczyna się śmiać ironicznie. Wygląda na to, że niezależna
Inkeri całkiem przepadła.
Kiedy śmiech milknie, idą do domu dolać sobie wina.
Wtorek, 27 sierpnia
JAN
- Przyczyna śmierci? - pyta śledczy, opierając się o ścianę. Pomalowana
na biało betonowa powierzchnia wydaje się chłodna. Joki krąży nad
sztywnym ciałem i nawet się nie odwraca, by na niego spojrzeć. Heidi
stoi pośrodku pomieszczenia i z zainteresowaniem przygląda się
czynnościom patologa.
- Jest dużo takich rzeczy, o których jeszcze nie wiemy - zaczyna lekarz.
Lampa jarzeniowa oświetla jego bladą skórę. Sprawia ona wrażenie
cienkiej błony, pod którą biegną splątane żyły niczym niebieskawe
robaki. Ari Joki jest najlepszym ich zdaniem lekarzem sądowym badającym
przyczyny śmierci. Wśród policjantów wydziału kryminalnego nazywany jest
"Cichą Rzeką"1. Ten mężczyzna z kostycznym poczuciem humoru nie
boi się pogrzebać w sprawie głębiej.
- Nic nie świadczy, żeby zastosowano przemoc - stwierdza. Jan kiwa
głową, a Heidi podchodzi ostrożnie do stołu obdukcyjnego, na którym leży
zmarły.
- Na czaszce ani kościach nie zauważyłem oznak ciosów nożem lub innymi
ostrymi przedmiotami. W tkankach miękkich widoczne są drobne zasinienia,
ale brak śladów wskazujących na pchnięcia czy uderzenia. Zakładam, że
gdyby ofiara zmarła w wyniku ataku choroby, to wystąpiłby skurcz mięśni
i nie leżałaby w takiej rozluźnionej pozycji jak teraz - dodaje patolog,
a oni starają się zapamiętać nawet najdrobniejsze szczegóły. - Ten
chłopak wygląda, jakby po prostu zasnął z rękami skrzyżowanymi na
piersi. Albo ktoś ułożył go w takiej pozycji.
Jan słucha, przypominając sobie, jak wiele przypadków analizowali razem.
Jednak lekarz zabiera się do każdej nowej sprawy, jakby to było jego
pierwsze zlecenie. Pracuje w sposób zorganizowany i skrupulatny.
- Jak oceniasz, kiedy ofiara mogła zginąć? - pyta policjant, kierując
wzrok na ciało, które nie wydaje mu się ludzkie. Z całych sił stara się
patrzeć na nie jak na jakiś rekwizyt filmowy, a nie na prawdziwego,
objętego stężeniem pośmiertnym, cuchnącego już człowieka.
- Dokładnej godziny nie da się określić, ale powiedziałbym, że zginął w piątek dwudziestego trzeciego sierpnia późnym wieczorem, prawdopodobnie
w nocy. Od chwili zgonu do momentu znalezienia zwłok upłynęły niecałe
dwie doby. Padał lekki ciepły deszcz, owadów prawie wcale nie było. -
Jabłko Adama lekarza przesuwa się do góry i na dół. Już przy pierwszym
spotkaniu Jan dostrzegł w nim ptaka. Dla niego patolog to bezsprzecznie
gypini. Łysa głowa, haczykowaty nos, cienka, długa szyja, ptasi tułów.
- Zdrowy, młody, ma dopiero około dwudziestu lat - stwierdza Joki i dłonią w lateksowej rękawiczce podaje mu plastikową torebkę z rzeczami
znalezionymi przy zmarłym. Jan sprawdza zawartość torebki. Jest tam
jedynie mały, pociemniały srebrny wisiorek na skórzanym pasku. Żadnego
telefonu, portfela ani kluczy do mieszkania.
- Temu koledze nie robiono operacji ani nie wstawiono metalowych lub
podobnych elementów. Nic takiego, co pomogłoby ustalić jego tożsamość za
pomocą dokumentacji medycznej. Odciski zębów i próbki DNA już
pobraliśmy, porównujemy je właśnie z danymi osoby, której zaginięcie
zgłoszono w niedzielę.
- Jasne - kwituje śledczy lakonicznie, chcąc, żeby patolog kontynuował.
- Jedno z najistotniejszych pytań dotyczy na pewno tego, co sprowadziło
chłopaka do lasu na miejsce jego ostatniego spoczynku. Tam, gdzie go
znaleziono, nie wykryto żadnych śladów wleczenia ani ciągnięcia. Ciało
jest nienaruszone, bez oznak sugerujących uderzenia. Paznokcie są
czyste, nie zauważyliśmy siniaków, rozcięć ani znaczących zadrapań,
które by powstały przed śmiercią lub po niej. Ślady nie dają nam więc
podstaw, by zakładać, że ciągnięto ofiarę po ziemi.
- Prawda - godzi się policjant. Jak na razie kryminalistycy nie znaleźli
w lesie nic nadzwyczajnego, ale teren jest jeszcze przeczesywany.
- Teoria o tym, że on zginął wcześniej, gdzie indziej i dopiero po
śmierci został przeniesiony do parku, jest na razie wątpliwa. Martwe
ciało trudno transportować w leśnym gąszczu, a poza tym można je ukryć
znacznie łatwiej - dodaje Joki.
- Ciekawe, że zmarły leżał w samym środku rezerwatu przyrody - analizuje
Heidi. - Ten młody człowiek był kompletnie ubrany, nic nie wskazuje na
przemoc seksualną albo jakieś brutalne czyny. Coś w tym obrazie sugeruje
mi, że on dobrowolnie przyszedł na miejsce ostatniego spoczynku. Położył
się na ziemi twarzą ku niebu i wtedy nadeszła śmierć.
- Ale gdzie to domniemane morderstwo, z powodu którego nas
zaalarmowałaś? - pyta Jan.
Policjantka chodzi podekscytowana po nieprzytulnym pomieszczeniu,
przetrawiając słowa kolegi. Ten zamyka oczy i pozwala, żeby mózg zapisał
informacje. Ostre, zimne światło padające z jarzeniówek przedziera się
nawet przez opuszczone powieki. Unosząca się z ciała delikatna woń nie
drażni już jego zmysłów. Nos zdążył przywyknąć.
- Nie wiadomo, czy ktoś chciał, aby ofiara została znaleziona - przerywa
ciszę Heidi. - Wydaje mi się, że raczej pozostawił ją w lesie, nie
myśląc o następstwach. Jeżeli w grę wchodzi morderstwo, to sprawca
pewnie uznał, że dół po wyrwanym drzewie będzie dobrym rozwiązaniem.
- Mógł też pomyśleć, że nikt nie znajdzie jego śladów - dodaje Jan.
- Ale był tam odcisk buta - mruczy pod nosem policjantka.
- Wszystko to, co widzimy, może wskazywać na zabójstwo w afekcie.
Sprawca nie był zainteresowany teatralnym spektaklem. Zabił człowieka
pod wpływem impulsu i pozostawił go w lesie. Ale jaka jest oficjalna
przyczyna śmierci? Znalazłeś coś w jego krwi? - pyta śledczy.
- Oficjalną przyczynę śmierci dostaniecie w najbliższym czasie, kiedy
otrzymam wyniki badań laboratoryjnych. Prawdopodobnie chłopak był mocno
pijany w chwili śmierci. Ślady alkoholu znajdują się we krwi i błonach
śluzowych. Ale to nie alkohol go zabił. Dokładniej rzecz biorąc,
podejrzewam, że został otruty - oświadcza Joki, rozkoszując się idealną
ciszą wywołaną jego słowami.
- Więc można powiedzieć, że nie ma niczego, co wskazywałoby na
nieszczęśliwy wypadek - upewnia się Jan.
- Ofiara nie straciła na przykład przytomności i nie udusiła się
własnymi wymiocinami. Zamarznięcie też nie wchodzi w grę, bo noc była
ciepła - komentuje patolog.
- A samobójstwo? - pyta z wahaniem Heidi. Chociaż dlaczego ktoś chciałby
się truć w lesie? Są łatwiejsze sposoby na opuszczenie tego świata.
- Nie przychylam się do samobójstwa - zaprzecza Joki. - Jest mianowicie
pewien szczegół, o którym powinniście wiedzieć - uzupełnia, wskazując
dłonią ciało zmarłego. - Na klatce piersiowej ofiary leżał kwiat. Tam,
na stole są pozostałości, zabrałem je do dokładniejszego zbadania.
Jan i Heidi podchodzą wraz z nim do stołu. Na stalowej tacy widać długą
zwiędłą łodygę z fioletowymi suchymi kwiatami.
- Wstępnie je przeanalizowałem: to jest naparstnica purpurowa.
Policjant ogląda roślinę, robi zdjęcie komórką, czując, jak budzi się w nim ożywienie. Chłopak umarł z kwiatem na piersi, czy też naparstnicę
położono dopiero potem?
- Ona jest bardzo popularna w ogrodach. Na pewno rozpoznacie ją od razu
na zdjęciach. Zwykle nie występuje w sposób naturalny w lesie.
Jarzeniówka bzyczy pod sufitem. W pomieszczeniu piwnicznym troje ludzi
nachyla się nad rośliną, przyglądając się jej z namysłem.
- Może ktoś położył mu ten kwiat na piersi?
SAANA
Dziennikarka zabiera duży wypełniony kawą kubek w róże do ogrodu, siada
na huśtawce i z rozkoszą stawia gołe stopy na pokrytej chłodną poranną
rosą ziemi. Inkeri wynosi na zewnątrz tacę ze śniadaniem.
- Chodź - mówi i zmusza jeszcze senną siostrzenicę, żeby wstała z huśtawki. - Obowiązkowy obchód ogrodu - dodaje i ruszają obie w stronę
nasadzeń. - Tutaj mam groszek - zaczyna ciotka, pokazując zachwycające,
różowawe rośliny przypominające pachnącą odmianę. - A tam jest nachyłek,
języczka pomarańczowa, naparstnica i jeżówka.
Saana zatrzymuje się przy tej ostatniej. Różowe liście zebrane wokół
czerwonawego oczka opadły niczym uszy zająca.
- Latolistki cytrynki najbardziej lubią właśnie jeżówki, a dostojki
malinowce latają w kwiatach mięty - wyjaśnia Inkeri i idzie dalej.
Dziennikarka oddycha głęboko wilgotnym pachnącym roślinnością powietrzem
i czuje, jak budzi się powoli.
- Sierpień to dla motyli najlepszy czas. Teraz pojawiły się te, które
jako dorosłe osobniki zimują i wracają na wiosnę - objaśnia ciotka,
wyciągając dłoń, aby owady na niej usiadły. - Rusałka admirał jest
wędrowcem, przylatuje do Finlandii z końcem wiosny. Część z tych motyli
wędruje z prądami powietrznymi z powrotem.
Inkeri dopiero się rozkręca, a siostrzenica przytakuje jej z uśmiechem.
- Rusałka osetnik jest wyjątkowa. Te motyle przylatują znad południowej
części Morza Śródziemnego i w trakcie ich wędrówki rozwija się już nowe
pokolenie. W tym roku widziałam w goździkach pazia królowej.
Dziennikarka uświadamia sobie z żalem, że nie będzie pamiętała nawet
połowy nazw roślin czy motyli.
- Im mniej starasz się je zwabić do siebie, tym większe masz szanse na
to, że się nie będą bały i usiądą ci na ręce. - Rozbawiona Inkeri
opuszcza dłoń.
Rozglądając się po ogrodzie, Saana myśli, jak mało czasu spędziła wśród
tych niezwykłych kwiatów. Gdzie się podziało całe lato?
- W wakacje drogi twoje i motyli nie krzyżowały się zbyt często - mówi
ciotka, jakby czytając w jej myślach. - One latają i szybują w słońcu, a ty kryłaś się wtedy przeważnie w cieniu.
- Mamy jasny podział ról. Ty wykopujesz świeżą ziemię, a ja stare
morderstwa.
Po śniadaniu Saana opuszcza ogród i idzie na krótką przechadzkę, koniki
polne skaczą w zaroślach na poboczu drogi, a powietrze jest tak łagodne,
że kobieta odnosi wrażenie, jakby była za granicą. Wkrótce jednak
nadchodzący z naprzeciwka człowiek z kijkami przypomina jej, gdzie się
znajduje. W samym środku Finlandii, w Hartoli, małej, dumnej gminie,
nazywającej samą siebie królestwem.
Kieruje się w stronę znajomej ścieżki. Liście wierzbówki poczerwieniały
trochę na czubku, a fioletowe kwiatki zamieniły się w długie suche od
spodu badyle z białym delikatnym puchem na górze. Patrząc na nie, myśli,
że ona też była na początku lata niczym ta obumarła roślina, miała
mętlik w głowie. Dopiero teraz, gdy czuje się trochę lepiej, zauważa, że
stres zniknął i jakby przepełniał ją delikatny spokój. Czy życie może
wydawać się tak lekkie? Czasami ma wrażenie, jakby obudziła się z długiego letargu, wyszła z mgły spowodowanej dziwnym zmęczeniem,
trwającym przez całą wiosnę.
W końcu wchodzi do sklepu, kupuje lody w waflu i siada przed wielkim
murowanym kościołem, by pochłonąć przysmak. Wyciąga telefon i zaczyna
przeglądać oferty pracy. Z przerażeniem wczytuje się w wymagania
stawiane przez firmy. Każda z nich szuka widocznie superbohatera.
Otwiera Facebooka i po chwili trafia na ogłoszenie, którym dzieli się
jej dawna koleżanka po fachu. Communications specialist. Agencja
Komunikacji poszukuje konsultanta na pół etatu, osoby, która umie pisać
dobre teksty i pracowała jako dziennikarz. Saana zjada lody i postanawia
spróbować. Wielu jej przyjaciół z dziennikarską przeszłością znalazło
niezłą pracę w agencjach zajmujących się marketingiem albo komunikacją.
Ona też może zaryzykować. Wydaje się jej, że jest gotowa, by wrócić do
życia zawodowego. A narastające problemy z pieniędzmi także są nie bez
znaczenia.
Piątek, 23 sierpnia
Saana przygląda się zaułkom Alfamy, małym stolikom ustawionym na
zewnątrz i miłym jadłodajniom, w których podaje się grillowane sardynki.
Już kilkakrotnie dzwoniono do Jana z pracy. W samym środku urlopu. Nawet
nie zdążyli pomyśleć o powrocie, gdy codzienne życie osaczyło ich przez
telefon. Uświadamia sobie, jak mało brakowało, by powiedziała Janowi, że
go kocha, że się w nim zakochała. Przeszkodziła jej w tym jednak
pierwsza rozmowa telefoniczna, która zepsuła atmosferę. Od tamtej chwili
minęło parę dni, a ona za każdym razem przyłapuje Jana, jak wpatruje się
przed siebie w zamyśleniu. Teraz te wielkie słowa na pewno nie trafiłyby
do niego. Poza tym znają się dopiero od kilku tygodni. Czy to w ogóle
możliwe, że się zakochała? Patrzy, jak on wstukuje coś do telefonu, i już nie zauważa miękkiego światła odbijającego się od wyłożonych kaflami
ścian lub tego, jak pięknie wyglądają stare zniszczone drzwi. Wydeptane
na gładko brukowe kamienie wydają się śliskie pod sandałami.
- Zjemy lody? - pyta Jan, unosząc wreszcie wzrok znad ekranu komórki.
Saana zsuwa okulary przeciwsłoneczne z oczu, aby przyjrzeć się jego
twarzy ponad ciemnymi szkłami. Mruży podejrzliwie oczy w ostrym świetle
słońca i ponownie się uśmiecha. Nigdy nie odrzuciła propozycji zjedzenia
lodów.
- Czy wszystko w porządku? - pyta, gładząc jego ramię. Szczegóły pracy
Jana są zwykle objęte tajemnicą, ale ona próbuje wyłowić jakąś drobną
informację o tym, co dzieje się w Finlandii.
- Jeżeli nawiązujesz do mojej rozmowy, to dzwoniła nowa szefowa. Chciała
się przedstawić - stwierdza mężczyzna, wyciągając do niej rękę i udając,
że jest jednak obecny duchem.
- Czy wie, że masz jeszcze tydzień wakacji? - Saana upewnia się, czy
dobrze usłyszała.
Chwyta jego rękę i pozwala, żeby przyciągnął ją do siebie. W ten gorący
dzień w Portugalii ich splecione dłonie natychmiast wilgotnieją. Wtulona
w niego, unosi twarz ku słońcu. Z zakłopotaniem uświadamia sobie, że
skóra pod nosem znów pokrywa się kroplami potu. Patrzy, jak on wsuwa w końcu telefon do kieszeni spodni. Nigdy by nie przypuszczała, że
wyjedzie na wakacje ze śledczym z Centralnego Biura Kryminalnego.
Człowiekiem, który nawet podczas takiego upału nie wkłada szortów.
Uśmiecha się w duchu, patrząc na jego ciemne dżinsy i koszulkę. Potem
wychyla się do pocałunku i czuje, jak jego zarost ją łaskocze.
Trzymając się za ręce, podchodzą do okna wystawowego kawiarni z lodami.
Jan puszcza jej dłoń. W milczeniu wpatrują się w apetyczne różnokolorowe
góry. Przed nimi wielkie wyzwanie tego urlopowego dnia: wybór
odpowiedniego smaku. Saana patrzy to na lody, to na mężczyznę. Wie, że
nie warto zadawać mu pytań. Latem stracił matkę, więc z pewnością jego
milczący nastrój wynika częściowo z żałoby, choć policjant zwykle ma
poważną minę. Znają się od niedawna i ona nie wie jeszcze, jaki jest
naprawdę. Ten normalny Jan. W pracy zachowuje się bardzo powściągliwie i rzeczowo. I najchętniej nie mówiłby w ogóle o sprawach zawodowych,
choćby ze względów bezpieczeństwa. Nawet jeśli w Finlandii wydarzyłoby
się nie wiadomo co, jako śledczy biura kryminalnego nie może jej niczego
zdradzić. Dochodzenia w związku z zabójstwami i przypadki śmierci nie są
sprawą cywilów. Policjanci nie opowiadają w domu o tym, co się wydarzyło
w pracy. Nawet przestępcy o tym wiedzą. Taka praktyka chroni rodziny
policjantów. Tak jej powiedział Jan. Ale po ostatnim telefonie stał się
bardziej milczący i jakby trochę niespokojny. Jak gdyby już tęsknił za
obowiązkami.
Zielone pistacjowe lody, które sobie wybrał, topnieją i wylewają się na
jego dłoń, więc wzrokiem szuka serwetki. Nagle Saanę ogarnia wielki
przypływ czułości. Przygląda się, jak uparcie znów decyduje się na lody
w waflu, chociaż za każdym razem miękną błyskawicznie. Patrzy na jego
silną, opaloną dłoń trzymającą przysmak. Zachwyca się tym mężczyzną, z którym spędziła już tyle dni. Istnieje czas przed nim i czas po nim -
chaotyczny, dziwny i wspaniały, który zaczął się od ich spotkania. Zimny
dreszcz przebiega przez jej ciało, gdy myśli o wszystkim, co wydarzyło
się podczas lata. A może chwilowy chłód jest spowodowany lodami? Patrzy,
jak on z uśmiechem dziękuje sprzedawcy, który podaje mu kilka serwetek,
znacznie cieńszych niż w Finlandii. Jan jest przystojny, w surowy
sposób. Właśnie taki typ zawsze ją pociągał. Zdecydowana postawa z odrobiną czegoś nieokreślonego. Czegoś, czego nie da się natychmiast
uchwycić i co wzbudza zainteresowanie. Kryjąca się w nim tajemniczość
powoduje, że ona cały czas ma się na baczności. Chociaż może to być
tylko wytworem jej wyobraźni. W najgorszym wypadku stworzy swoją wersję
mężczyzny i zakocha się nieprzytomnie we własnych iluzjach.
Nie, przysięga sobie, tym razem nie popełnię błędu. Sięga malutką
łyżeczką w stronę lodów. Amarena. Jej ulubione, w których miesza się
smak jogurtu i wiśni. Teraz nie pozwolę sobie na pomyłkę, pozostanę
otwarta i na spokojnie przekonam się, jaki ten mężczyzna jest naprawdę.
Zapamiętam jedynie to, o czym on sam mi opowie - obiecuje sobie w duchu.
I tak ich wyprawa niedługo się zakończy. Wraz z topniejącymi w pucharku
lodami znika beztroska wypełniona miłością. Jeszcze na początku tygodnia
stanowili jedność, a dzisiaj znów są dwojgiem osobnych ludzi, budzącymi
się ze wspaniałego ciepłego snu.
Niedziela, 25 sierpnia
Noora słyszy tylko swój oddech. Biegnie szybko, zdając sobie sprawę, że
znajduje się na granicy wytrzymałości, choć jednocześnie wszystko ma pod
kontrolą. Zna dobrze swoje ciało, wie, ile może wytrzymać. Jeszcze da
radę. Porusza się w terenie instynktownie, od czasu do czasu zerka na
korzenie, żeby się nie potknąć, ale głównie kieruje wzrok przed siebie,
w dal, i skupia się na oddychaniu i na drzewach. Im dłużej biegnie, tym
bardziej otwierają się jej zmysły i tym bardziej czuje się swobodnie,
sama ze sobą. Zastanawia się nad swoim życiem - musi jechać samochodem,
żeby dostać się do prawdziwego lasu, zaczerpnąć powietrza i porządnie
się zmęczyć. Jest wczesny ranek, jeszcze godzinę temu nad wodą unosiła
się mgła. O tej porze cały ten teren może mieć dla siebie, nigdzie nie
widać nikogo. Zauważa, że zapuściła się głębiej niż inni zachodzący tu
ludzie. Ale ona biega najchętniej własnymi trasami. Żadne utarte ścieżki
nigdy jej nie pociągały.
Pokonując długie dystanse, nie podziwia szczegółów otoczenia, a raczej
rozkoszuje się świeżym powietrzem i powszechnie panującą zielonością,
lasem takim, jaki jest w rzeczywistości. Pokryta roślinnością ziemia, tu
i ówdzie stare powalone i połamane drzewa. Przenikające między gałęziami
promienie słońca sprawiają, że wszystko wydaje się niemal magiczne,
spokojne, w naturalnym stanie. Las rośnie, jednocześnie butwiejąc.
Po półtoragodzinnym biegu Noora przystaje koło wieży obserwacyjnej w Keinumäki, sprawdza puls i stwierdza, że nieźle trzyma się w ryzach.
Systematyczne bieganie w ciągu lata zaczyna powoli przynosić rezultaty.
Zapowiada się ciepły dzień. Odkąd się zatrzymała, czuje coraz większy
ucisk na pęcherz. Rozgląda się wokół. Wciąż nikogo nie ma. Mogłaby
szybko przykucnąć w gęstych zaroślach i zaraz by jej ulżyło. Patrzy za
siebie, potem w prawo i w lewo. Pustka. Próbuje wyrównać oddech,
uspokoić się i przysłuchać. A jeżeli ktoś jest w pobliżu. Czyżby to
jakieś kroki? Wiatr szumi w liściach, konary drzew skrzypią, ocierając
się o siebie. Skądś dochodzi cichy trzask. Czy to jakieś zwierzę? Często
wydaje się jej, jakby las był żywy. Jakby podążał za nią z każdym
krokiem, wstrzymując oddech. Biegnąc szybko ścieżkami na przełaj, Noora
wyobraża sobie, że leśne istoty kryją się przed nią, a potem, po jej
odejściu znów się pojawiają.
W pobliżu słychać krakanie wron. Nigdy ich nie lubiła, podobnie jak
kruków czy kawek. Zachowują się zbyt pewnie i bezczelnie, głos także
mają nieprzyjemny - skrzeczący, skrzypiący. Niebieskawoczarny kolor
zwiastuje coś ponurego, o czym zwłaszcza teraz, gdy jest sama, nie
chciałaby myśleć. Sądząc po odgłosach, wron musi być tu dużo. Idzie w stronę gęstych sosen, gałęzie potężnych drzew wystają na drogę, więc
odsuwa je ostrożnie, nie chcąc się pokłuć ich igłami. Upewnia się, że
nikt na nią nie patrzy, i kuca szybko, opuszczając spodnie. I wtedy to
zauważa. Z dołu widać dobrze miejsce, które zakryły drzewa i zielone
poszycie. Wokół wyrwanych korzeni zebrały się wrony. Jest ich sporo,
tłoczą się obok siebie. W miarę jak pęcherz się opróżnia, do głowy
przychodzą jej okropne myśli. Dlaczego ptaki podlatują i skrzeczą
właśnie tam? Wygląda, jakby coś dziobały. Co mnie to obchodzi, myśli
sobie najpierw, chociaż jej ciekawość już się rozbudziła. Trochę
niechętnie, ale zaintrygowana wstaje i podchodzi do potężnego drzewa
leżącego na ziemi. Ciemne korzenie wystają ze spulchnionej gleby i sterczą w stronę nieba. Ogromna sosna przewróciła się całkowicie,
pozostawiając wielki dół. Swoim upadkiem spowodowała na pewno ogromny
hałas, chociaż być może nikt tego nie słyszał, rozważa Noora, podchodząc
do wykrotu.
Wrony skrzeczą i przepuszczają człowieka, odlatując nieco dalej, ale nie
uciekają. Zaciekawione przyglądają się, jak ubrana na sportowo spocona
kobieta zbliża się i zagląda ostrożnie do dołu po korzeniach. Wzbijają
się w powietrze dopiero wtedy, gdy rozlega się jej histeryczny krzyk.
HEIDI
Policjantka wyciąga z kieszeni dżinsów klucze do samochodu i odblokowuje
drzwi. Pozostawiony na parkingu czarny pojazd nagrzał się w porannym
słońcu i panuje w nim gorąco i duchota. Kobieta opada na fotel i czuje,
że już jest spocona. Jakby siedziała w piecu, więc czeka w milczeniu.
Czeka, aż zacznie działać klimatyzacja i schłodzi samochód. Ale przede
wszystkim czeka na to, aby móc działać. Beztroska wyparowuje z niej
równie szybko co woda w takim upale. Każda kropla potu spływająca na
twarz jest świadkiem zmiany, która się właśnie rozpoczęła. Niedzielny
alarm. Powrót z urlopu do pracy. Jeśli chodzi o zabójstwa, to żaden
dzień nie jest szczególnie zły. I dzisiaj, dobę wcześniej, niż
planowała, naciąga na siebie ciężką, pełną odpowiedzialności kolczugę.
Kompania śmierci. A ona, śledcza zajmująca się morderstwami, zawsze
rozpoczyna swoje robocze spotkanie z zabitą osobą.
Chłodne powietrze wpływa do samochodu i powoli wypełnia jego wnętrze.
Niedługo zniknie trochę oszałamiające poczucie wolności, które ogarnęło
ją podczas urlopu, i pojawi się coś innego. Nieodparta chęć rozwiązania
nowej sprawy. Strach? Strach przed tym, że nowy przypadek znów pochłonie
jej wszystkie myśli i wypali od wewnątrz, pozostawiając pusty odwłok.
Twardą skorupę, zbroję, która pozwoli jej jako tako zachować równowagę.
Mimo wszystko, mimo perspektywy bezsenności i obrazów niosących
zagrożenie Heidi czuje, jak stopniowo nabiera zapału. Co takiego się
wydarzyło? Kac po przeprowadzonym w ciągu lata śledztwie zaczyna znikać.
Niezidentyfikowany martwy człowiek w samym środku lasu? Mózg przetwarza
nową przynętę i ogarnia ją ożywienie. Zwłoki leżą podobno pod korzeniami
powalonego drzewa. Podczas gdy klimatyzacja wyje niemal na cały głos,
policjantka wycofuje samochód, czując rozchodzący się w środku cudowny
lodowaty chłód. Nie minie chwila, a zimno otoczy ją całkowicie.
Okręg stołeczny ma bardziej wiejski charakter, niż ludzie sądzą,
stwierdza, mijając czerwone zabudowania dzielnicy Vanhankaupunginkoski i dudniący potok. Na pastwiskach Viikki widać krowy. Policjantka hamuje,
wydaje się jej, że zajechała za daleko. Włącza światła awaryjne i przystaje na chwilę na poboczu. Gdzie najlepiej wysiąść i stamtąd
podejść na miejsce? Robi zawrotkę i jedzie z powrotem wzdłuż Viikintie.
Po jednej stronie widnieją nowe osiedla mieszkaniowe, a po drugiej
rozciągają się szerokie pola. W oddali rysuje się granica lasu. Mija dom
aukcyjny Helander i zbliża się do pola. Szosa kończy się przy
Säynäslahdentie. Po prawej zauważa zabudowania fabryczne, a po lewej
niebieskie baraki i kilka wychodków Bajamaja. Z przodu ciągnie się
szeroki rów. Obok biegnie ścieżka rekreacyjna zamknięta dla samochodów.
Heidi siedzi przez chwilę w aucie i znajduje w internecie mapę obszaru
Vanhankaupunginlahti, żeby zorientować się w rozmiarze terenu. Rezerwat
przyrody obejmuje na pewno trzcinowisko w Säynäslahti i część akwenu po
południowej stronie, a także olchy czarne w Pornaistenniemi, las w Mölylä oraz kawałek zachodniego pasa trzcin w pobliżu Lammassaari. Czy
miejsce, w którym znaleziono ciało, jest także częścią rezerwatu
przyrody? Heidi nie ma pewności. Vanhankaupunginlahti i okolice to
większa całość, nie tylko obszary chronione. Rolnicze gospodarstwo
doświadczalne w Viikki i jego nadmorskie tereny zostały wydzielone w pierwszej kolejności już w roku 1959 - czyta objaśnienia i przygląda się
idyllicznemu krajobrazowi. Wybrzeże, a w oddali kołyszą się na wodzie
ptaki. Chwiejące się na wietrze korony drzew i kawki szybujące na
niebie. Stary mieszany las. Policjantka powtarza sobie przesłane
esemesem informacje. Ofiara została znaleziona chyba w Säynäslahti.
Zwalnia hamulec postojowy i bez wahania wjeżdża na żwirową ścieżkę
prowadzącą na północny wschód.
Wkrótce napotyka pierwsze zdziwione i poirytowane miny - samochodem po
leśnej drodze? Wyobraża sobie, jakie komentarze przechodnie rzucają pod
jej adresem. Zjeżdżaj stąd, stuknięta babo! Postanawia ułaskawić stróżów
pilnujących własnego prawa. Ludzi, którzy patrzą złym wzrokiem, kiedy
ktoś łamie przepisy. Otwiera okno i stawia policyjny stroboskop na dachu
cywilnego pojazdu. Zejdźcie mi z drogi, dokuczliwe milczki, mruczy pod
nosem i dodaje lekko gazu. Brzegi rowu porastają kwitnące rośliny. Heidi
zerka na pożółkłe, kołyszące się na wietrze trzciny, ciągnące się aż pod
ciemny imponujący las. Przy drodze stoi drewniana tabliczka z napisem
"Uniwersytet w Helsinkach. Arboretum". Otwarta okolica przekształca się
szybko w lesisty teren, gęsto porośnięty sosnami.
Rezerwat przyrody obejmujący Viikki i część Vanhankaupunginlahti ma
ponad trzysta hektarów. Właściwie to aż trudno uwierzyć, że ten wielki,
cudownie zielony, zróżnicowany park znajduje się tak blisko centrum
Helsinek. Na skrzyżowaniach stoją wysokie, potężne drewniane wiaty z ilustrowanymi informacjami o tutejszej przyrodzie. Karetka jeszcze nie
odjechała, a oprócz niej drogę zagradzają dwa radiowozy. Taśma policyjna
zamyka trasę przed przypadkowymi przechodniami, zmusza każdego do jej
obejścia. Heidi wysiada z chłodnego samochodu i zaskoczona stwierdza,
jak mocno przygrzewa słońce. Żwir chrzęści pod nogami. Z zadowoleniem
zostawia płaszcz na fotelu pasażera. Buty trekkingowe mocno trzymają
stopy, a ona zaczyna tęsknić za wędrówkami, na których tak dobrze się
sprawowały. Lofoty, Laponia i wiosenna wyprawa do Bad Gastein. Tereny w Finlandii są wspaniałe, ale w porównaniu z Norwegią lub Alpami -
skromne. W zamyśleniu wpatruje się w ścieżkę prowadzącą do wieży
obserwacyjnej. Zdecydowanym krokiem kieruje się ku ciemnej stronie lasu.
Otrzymała wyraźne wskazówki: od ścieżki z drogowskazem należy przejść
dróżką trzydzieści metrów. Potem powinna zobaczyć po prawej stronie
biały namiot. Szybko idzie do umówionego punktu. Na niemiłe spotkanie ze
zmarłym.
Czuje suchość w ustach. Sztywne zwłoki leżą w dole, twarz mężczyzny jest
zwrócona ku niebu. Wokół uwijają się technicy rejestrujący każdy
szczegół. Kamera filmuje, próbki są pobierane i wkładane do torebek. W górze dron filmuje bezgłośnie cały teren. Gdzieś daleko, w tle szumią
przejeżdżające samochody. Heidi w milczeniu ogląda ciało. Młody,
niezidentyfikowany człowiek. Ręce ma skrzyżowane na piersi. Ratownicy z karetki potwierdzili zgon. Zesztywniałe kończyny i zasnute mgłą oczy
świadczą o tym, że stwierdzenie to jest jedynie formalnością. Heidi
ogląda ręce zmarłego: paznokcie ma czyste, skóra na grzbiecie dłoni
wydaje się nienaruszona. Chłopak jest ubrany w czarną bluzę z kapturem,
szare spodnie z nisko umieszczonymi kieszeniami i czarne buty sportowe
marki Vans. Na ziemi leży kapelusz rybacki. Policjantka nachyla się,
żeby mu się przyjrzeć, ale nie znajduje niczego zaskakującego. Sprawdza
głowę, lecz nie zauważa żadnych śladów uderzeń ani krwi. Dłonie
przytrzymują jakiś zwiędły kwiat ułożony na piersi. Nachyla się jeszcze
bardziej, ale nie rozpoznaje rośliny. Ciało nie nosi żadnych widocznych
oznak sugerujących nieszczęśliwy wypadek, a atak choroby został już
wykluczony. Co im w takim razie pozostaje? Heidi wodzi wzrokiem po
pniach drzew, gęstych gałęziach i pokrytej igłami glebie. Szybko ogarnia
ją ponure podejrzenie. Ułożenie ciała. Miejsce jego odkrycia. Spokój tu
panujący. Na pewno nie jest to przypadkowa śmierć.
SAANA
W drodze powrotnej dziennikarka przyciska czoło do zimnej jak lód szyby
okna samolotu. Na zewnątrz jest już szaro. Kiedy leci do Finlandii
wieczorem, ma jakby lepszy nastrój. W ciemności może jeszcze przez
chwilę sobie wyobrażać, że wybiera się w podróż. Samolot zatacza łuk nad
ziemią, tu i tam widać pojedyncze wyspy i kołyszące się ciemne morze.
Zastanawia się, co by czuła, gdyby lądowała w jakimś innym mieście.
Berlinie, Nicei albo Nowym Jorku. Ale niestety, czekają na nią
nieodwołalnie lotnisko Helsinki-Vantaa, a potem taksówka i dom przy
Sturenkatu.
Przychodzi jej na myśl zaczynający się właśnie tydzień. Odwiedzi ciotkę,
zabierze swoje rzeczy. Spędziła w Hartoli całe lato, rozwiązując zagadkę
morderstwa sprzed dziesiątek lat. Przypominają się jej pierwsze letnie
dni, kiedy przyjechała do Inkeri, do małego miasta, żeby odpocząć i zregenerować się po wyczerpującej pracy. Stopniowo odzyskiwała siły i zaczęła rozwikływać stary, niewyjaśniony przypadek śmierci, który się
tam wydarzył. Poprowadził on ją w sam środek skomplikowanego i niebezpiecznego dochodzenia. Teraz, po fakcie wydaje się ono prawie
nierzeczywiste. Materiały ze śledztwa i przejmująca historia w nich
zawarta czekają na nią w szufladzie komody pokoju gościnnego w domu
ciotki. Pojedyncze kartki z informacjami, stare zdjęcia, wywiady z ludźmi, wydrukowane artykuły prasowe. Napisane już fragmenty
odzwierciedlające atmosferę. Teraz miałaby czas, żeby stworzyć szkic
opowieści przedstawiającej wydarzenia z lata. Chociaż Lizbona sprawiła,
że przestała wspominać morderstwa, to mimo wszystko od czasu do czasu
nachodziły ją nieproszone pomysły na gotowy tekst. Tajemnic królestwa
Hartoli wystarczy na interesujący podcast. Jednocześnie mogłaby zacząć
szukać pracy.
Gładzi szorstki, pokryty zarostem policzek Jana, który od razu po
starcie zasnął, opierając z zadowoleniem głowę na jej ramieniu. Wkrótce
zacznie się lądowanie, a ona nie ma serca go budzić. Wygląda na
zewnątrz, uśmiechając się do siebie. Powoli pojawia się coraz więcej
Finlandii o tej błękitnej porze wieczornej. Wyspy i woda, wszędzie gęsty
i ciemny las, wśród którego widać powściągliwe światła miasta, wielkości
główki od szpilki. Ledwie zdąży zauważyć znajome miejsca na wybrzeżu,
gdy maszyna zakręca nad mniej znanym jej Espoo, a ona traci poczucie
kierunku. Wtedy budzi się Jan.
Finlandia jest rzadko zamieszkanym krajem. Człowiek uświadamia to sobie
dopiero wtedy, gdy wraca z gęsto zaludnionej Europy Środkowej. Z miast,
w których podczas lądowania widać niekończące się światła zabudowań.
Lotnisko w Helsinkach ma skromną iluminację. Dobrze utrzymany, spokojny
port lotniczy otoczony lasem. Z góry jasne autostrady przypominają
jarzące się kable. Tereny przy drogach kryją się w mroku. Pola uprawne
rozciągają się nawet na obszarze metropolitalnym. Oboje wracają dzisiaj
do tego cichego kraju, w którym ludzie mają czystą wodę i mnóstwo reguł.
Do kraju znanego z wytrwałości i edukacji. Własnego, ukochanego kraju,
którego urodę docenia się dopiero wtedy, gdy się wyjedzie z niego na
chwilę. Wszędzie tutaj jest dużo przestrzeni i świeżego powietrza, ale
także patrzących spode łba gburowatych ludzi.
Samolot wysuwa podwozie, a ludzie wstrzymują oddech, dopóki nie poczują,
że dotknął nim ziemi zwanej Finlandią.
Poniedziałek, 26 sierpnia
JAN
Śledczy ma wrażenie, jakby po wylądowaniu spał jedynie przez dwie
godziny. W taksówce pożegnał się pośpiesznie z równie zmęczoną jak on
Saaną i oboje pojechali do swoich mieszkań, żeby wypocząć. Gdy znalazł
się w łóżku, ogarnął go strach, że nie zmruży oka. I faktycznie tak się
stało. Dopiero nad ranem zapadł w drzemkę graniczącą ze snem, ale na nic
się to nie zdało, gdyż budzik w telefonie miał nastawiony już na
piętnaście po szóstej. Teraz dosypuje do piekielnie mocnego espresso
trochę brązowego cukru i pociera skronie. Nowy dzień - po dłuższym
czasie znów jest sam, po dłuższym czasie znów we własnym domu i od razu
idzie do pracy. Wypija kawę i obchodzi mieszkanie, próbując sobie
przypomnieć, gdzie położył rowerowy ekwipunek.
Mgła w głowie rzednie dopiero wtedy, gdy przejeżdża dwa kilometry.
Oddycha głęboko fińskim ożywczym powietrzem i zauważa, że pachnie ono
już trochę wrześniem. Wyczuwa nadejście jesieni, chociaż nie widać
jeszcze wyraźnie jej oznak. Jest też zaskakująco ciepło. W biurze
zmienia sportową koszulkę na dżinsową bluzę, nie biorąc prysznica. W roztargnieniu rzuca akcesoria rowerowe na zniszczoną sofę stojącą w kącie służbowego pokoju, kierując się jednocześnie do kuchni. Różnica
czasu wynosi jedynie dwie godziny, ale to oznacza, że dzisiaj będzie
musiał być skupiony dłużej niż zwykle. Poza tym wszystko zaczyna się od
zera. Nowa szefowa, powrót do codzienności. Zdążył właśnie postawić kawę
na biurku, gdy kątem oka zauważa jakiś ruch. Ktoś idzie zdecydowanym
krokiem w jego stronę, a on nawet bez patrzenia wie, że to jego
przełożona.
Kobieta kiwa do niego głową i siada na rogu biurka, nie podając mu ręki.
- Johanna Nieminen - przedstawia się.
- Jan Leino.
- Teraz, gdy formalności mamy załatwione, mogę ci zdradzić, że ludzie
zazwyczaj mówią na mnie Jone.
- Jasna sprawa - odpowiada śledczy. - Mnie nazywają po prostu Janem. -
Uśmiecha się i unosi dłoń w geście powitania. Johanna Nieminen. Jone.
Jej przezwisko wryło mu się już w pamięć, ponieważ dzwoniła do niego
bezczelnie w samym środku urlopu.
- Nie możemy tego dłużej odkładać. Porządek dnia się zmienił. W Helsinkach wydarzyło się coś i potrzebna jest nasza opinia - mówi
szefowa. - Pierwszy przypadek, odkąd objęłam to stanowisko. Już widzę,
jak wszyscy wstrzymują oddech i czekają, aż się zbłaźnię. - Śmieje się,
a Jan nie ma pewności, czy ona mówi poważnie. Przygląda się jej i nie
może wymyślić żadnej trafnej odpowiedzi. Nie jest ani tego samego, ani
odmiennego zdania. Jeżeli odnosi właściwe wrażenie, to Jone chce go
sprowokować, i jeśli da się złapać na haczyk, i zacznie jej przytakiwać,
to ona być może odwróci kota ogonem, a on znajdzie się w niemiłej
sytuacji. Być może.
- Teraz chyba wszyscy chcą grać w jednej drużynie - odpowiada Jana,
czując się jak polityk. Jone uśmiecha się, doceniając widocznie jego
ostrożność.
- Słyszałam, że jesteś jednym z najlepszych śledczych. Sprawy, w których
prowadziłeś dochodzenie, zostały rozwiązane bez zarzutu, chociaż jak na
szefa za dużo pracujesz w terenie. Z raportów wynika, że masz naprawdę
niezły procent rozwiązanych przypadków - mówi Nieminen, wymachując
jednocześnie prawą nogą w sztyblecie. - Rozumiem cię, ja też nienawidzę
biurokracji i jeśli mam być szczera, tej waszej kawy także - oświadcza,
pokazując na trzymany w ręku kubek.
Jan uśmiecha się, widząc, że wybrała z szafki kuchennej ten z Simpsonami. Siedząc w fotelu, czuje, jak nowa dyrektorka go obserwuje,
chociaż stara się wyglądać na zrelaksowaną, a nawet beztroską osobę.
- Sto - mówi, patrząc jej prosto w oczy. Wie, że sprawy, które
prowadził, zostały rozwiązane w stu procentach.
- Panie Setko, mamy nowe domniemane zabójstwo - oznajmia szefowa i wstaje. Zaczyna przechadzać się niespokojnie tam i z powrotem przed
biurkiem. - Wczoraj na terenie rezerwatu przyrody w Vanhankaupunginlahti
znaleziono ciało młodego człowieka - dodaje, zatrzymując się. - Natknęła
się na nie jakaś kobieta podczas joggingu. Zobowiązała się, że na razie
nie będzie o tym mówiła ani komentowała tego publicznie. Tylko organy
ścigania wiedzą. Teren został natychmiast odgrodzony.
Jan kiwa głową.
- Tą sprawą zajmuje się wydział zabójstw policji w Helsinkach,
rozpoczęli już dochodzenie. Tuż przed twoim przyjazdem skontaktowała się
ze mną prowadząca śledztwo i pytała, czy nie mógłbyś zerknąć na sprawę i powiedzieć, co o tym sądzisz.
- Dlaczego? - Jan nie może się powstrzymać, żeby nie zapytać. Policja w Helsinkach potrafi przecież doprowadzić każdą sprawę do końca, jak
należy.
- Nie wiem. Ale to się szybko wyjaśni. Dzwoniła jakaś Nurmi.
- Heidi Nurmi? - Śledczy upewnia się, czy dobrze usłyszał. To
najzdolniejsza ze wszystkich mu znanych inspektorów dochodzeniowych. Co
takiego znaleźli w tym lesie, że ona potrzebuje wsparcia Centralnego
Biura Kryminalnego i jeszcze dobrowolnie prosi o pomoc? Może tęskni za
nim? Policjant uśmiecha się w duchu.
- Właśnie ona - potwierdza Jone. - Chciałabym, żebyś pojechał na miejsce
odkrycia zwłok i rozejrzał się trochę. Dziwna śmierć, młody znaleziony w lesie człowiek: nie brzmi to dobrze. Oczywiście chcielibyśmy rozwiać
wszelkie pogłoski o paskudnym zabójstwie, chociaż z drugiej strony po to
tu jesteśmy. Ten przypadek wysyła sygnały alarmowe, które wyczuwam na
kilometr.
Jan znów potakuje. Podoba mu się, że nowa szefowa mówi wprost i konkretnie. Dopiero teraz przygląda się jej dokładniej. Jest
wysportowana, ciemne włosy, ładna twarz. Delikatny makijaż i inteligentny wzrok. Na serdecznym palcu lewej dłoni widnieją dwie
obrączki; jedna z nich ozdobiona skromnym rzędem diamentów. Kobieta ma
chyba od czterdziestu do pięćdziesięciu lat, ocenia śledczy, ale nawet
nie próbuje tego zapamiętać.
- Poprosiłam, żeby ci dostarczono wszystkie zebrane do tej pory
informacje; będziesz mógł się od razu zapoznać ze sprawą - mówi Jone, a on budzi swój komputer, poruszając spoczywającą na podkładce myszką.
- Od chwili znalezienia zwłok upłynęła niecała doba. Wczoraj późnym
wieczorem przewieziono ciało do kostnicy, ale technicy nadal przeczesują
teren. Wiemy tylko, że jest to mężczyzna, być może padł ofiarą
przestępstwa. I twierdzę tak dlatego, że czuję to w kościach. Zwłoki
leżały w lesie najwyżej kilka dni. Czekamy na dokładniejsze wyniki.
- Z pewnością należy przypuszczać, że ktoś już go szuka - komentuje
śledczy.
- Porównujemy dane zaginionych z pobraną próbką DNA - dodaje Jone,
odchodząc od niego na kilka kroków.
Jan nadal siedzi przy komputerze, zastanawiając się, czy nie powinien
wstać i pójść za nią, ale rezygnuje.
- Dobrze - kwituje, patrząc na zegarek. Jeżeli w grę wchodzi jakaś
zaginiona niedawno osoba, tożsamość zmarłego ustali się w ciągu kilku
godzin. Wypija łyk gorzkiej kawy. Myśl o zabójstwie także jest gorzka.
To najgorsze, co może się wydarzyć Finowi kochającemu przyrodę, uznaje w duchu. Młody człowiek, znaleziony martwy na uczęszczanym terenie. Jak
wskazują statystyki, nawet w czterech na pięć przypadków śmierć młodych
mężczyzn jest spowodowana albo samobójstwem, albo nieszczęśliwym
wypadkiem w stanie odurzenia alkoholowego.
- Jeżeli potwierdzą się podejrzenia co do zabójstwa i jeżeli zauważysz w tej sprawie coś dziwnego, wystąpię o to, żeby została ona w całości
przekazana CBK, bo nie mamy w zwyczaju tylko zerkać na coś - oznajmia
Jone, zatrzymując się. - Z tego, co zrozumiałam, poprzedni przypadek
także rozwiązano skutecznie przy współpracy z policją w Helsinkach.
Możesz mi coś o tym opowiedzieć? - pyta, a Jan patrzy na nią zdumiony.
Nowa szefowa mówi bez ogródek i rzeczowo, bez żadnych pokrętnych
podtekstów, a do tego najwidoczniej zapoznała się z wcześniejszymi
prowadzonymi przez niego dochodzeniami, które zakończyły się całkowitym
wyjaśnieniem sprawy.
- Nie odmówię współpracy z kimś, kto należy do zespołu wydziału zabójstw
policji w Helsinkach i nazywa się Nurmi - odpowiada śledczy. - Nasz Saki
też jest niezastąpiony, a ja nie boję się prosić o pomoc, jeżeli są na
nią środki - dodaje, spodziewając się przez chwilę gromów, ale te nie
nadchodzą.
- Jasne - oświadcza Jone, przyglądając mu się. - Nie mam wcale ochoty
mieszać w dobrze funkcjonującym układzie. Jakby co, to ja tego nie
powiedziałam, ale na ogół łatwiej jest przepraszać po fakcie, niż
uzyskać ode mnie pozwolenie wcześniej. Jak coś nie będzie działać albo
zobaczę, że środki są wykorzystywane niewłaściwie, to mimo okazanego
zaufania jestem gotowa szybko wysadzić wszystko w powietrze - stwierdza,
szczerząc zęby.
- Rozumiem - odpowiada Jan, obmyślając jednocześnie, co robić dalej.
Zapozna się z nowym przypadkiem i jeżeli sytuacja będzie tego wymagała,
weźmie udział w dochodzeniu. Wydział kryminalny policji w Helsinkach już
je rozpoczął, więc szybko dołączy do nich, chociaż nie lubi przyglądać
się niewyjaśnionej sprawie, zanim oficjalnie nie mianują go prowadzącym
śledztwo. Musiałby mieć jakieś dowody na co najmniej zamierzone
zabójstwo.
- A jeśli chodzi o zmarłego - wraca do głównego tematu, chociaż Jone
skończyła rozmowę. - Są jakieś podstawy, by sądzić, że ten człowiek
został zamordowany?
Szefowa zatrzymuje się i obraca na pięcie.
- Każde w połowie urwane życie oznacza, że człowiek padł ofiarą jakiegoś
tragicznego wydarzenia - mówi. - W tym przypadku naszą podejrzliwość
budzą okoliczności. Ciało znajdowało się w lesie, a w pobliżu nie było
żadnych należących do zmarłego rzeczy. Plecaka, namiotu ani czegoś
podobnego. Niczego, co pomogłoby w ustaleniu jego tożsamości. Nie można
jeszcze wykluczyć całkowicie samobójstwa albo ataku choroby. Ciało
leżało w swobodnej pozycji na ziemi, więc nieszczęśliwy wypadek nie
wchodzi w grę. Nie stwierdzono żadnych ran postrzałowych ani od ciosów
nożem. Żadnych śladów wskazujących na powieszenie, uderzenia. Niczego.
- Niczego? - upewnia się Jan.
- Obecnie nie mamy nic i to właśnie budzi moje podejrzenia.