Panie Profesorze, zacznijmy standardowo, choć
Pański życiorys jest nietuzinkowy i można by nim obdzielić kilka
osób.
Mój życiorys, jeśli chodzi o okres
dzieciństwa, jest niezwykle zawiły i skomplikowany. Urodziłem
się w Gdańsku, w klinice położniczej, w której moja przyszła
żona, Krystyna Mazur, po latach odbywała praktykę jako studentka
medycyny. A już w pierwszym roku życia znalazłem się w Tczewie.
Dlaczego właśnie tam?
W Gdańsku mieszkała moja matka
wraz z moim starszym bratem, Erwinem, w domu moich dziadków,
Franciszka i Marty Hallmann (z domu Potrykus). Dziadkowie byli
z krwi i kości Kaszubami - pochodzili z okolic Kartuz (dziadek)
i Wejherowa (babcia). Swojego ojca właściwie nie znałem, widziałem
go może dwa lub trzy razy. Stało się bowiem coś, czego do dziś nie
potrafię wytłumaczyć. Matka oddała mnie swojej siostrze, Marcie,
która wraz z mężem mieszkała w Tczewie. Tak więc przez całe
swoje życie, począwszy od okresu niemowlęcego, wychowywałem się
u rodziców przybranych - Marty i Alfonsa Szneiderów. Ciocię Martę
nazywałem mamą, a mojego wujka - tatą. W naszej rozmowie, kiedy
mówię o "matce" i "ojcu", mam na myśli moich rodziców
biologicznych, a kiedy używam słów "mama" i "tata",
chodzi o rodziców przybranych, choć nigdy sądownie o taki status
nie zabiegali. Zawsze nosiłem własne nazwisko, a swoją matkę,
którą dosyć często spotykałem na różnych imprezach rodzinnych,
traktowałem jak ciocię. Jak Państwo widzą, jest to pierwsza poważna
komplikacja w moim życiu. Moja matka i brat, mieszkając w Gdańsku,
uważali się nie tyle za Kaszubów, ile raczej za Niemców. Poza moją
mamą dotyczy to również innych dzieci moich dziadków.
Dziadkowie ze strony matki (i mamy), Marta i Franciszek
Hallmannowie, w swoim ogrodzie
Pańskie nazwisko jest zatem
niemieckie.
Było pisane przez "h" -
Strehlau. Mój brat, przez wiele lat mieszkający we Francji, tak
właśnie się nazywał: Strehlau, choć francuska wymowa tego nazwiska
w żadnej mierze go nie przypomina, w odróżnieniu od języka polskiego
i niemieckiego. Mnie nazywano Strelau i tak już zostało, choć jeszcze
w drugiej klasie szkoły powszechnej (do pierwszej nie uczęszczałem)
na moim świadectwie figuruje nazwisko pisane przez "h". Potem już
bez tej litery.
Takie kwestie regulowało się
gdzieś w urzędzie?
Nie regulowało się nigdzie, w każdym
razie nieznany mi jest taki fakt. Jak już wspomniałem, moi przybrani
rodzice nosili nazwisko Szneider, różnie pisane przez braci mojego
taty: Schneider (po polsku "krawiec") lub Sznajder. To też jest
niemieckie nazwisko, ale mój tata pochodził z Pomorza i tam wyrósł
w rodzinie o tradycjach i korzeniach polskich mimo tego niemieckiego
nazwiska.
Które z najwcześniejszych
wspomnień najbardziej utkwiło Panu w pamięci?
Potrzebny jest tutaj
komentarz. Otóż nie mam cienia wątpliwości, że od urodzenia
towarzyszy mi pewien deficyt pamięci. Przekonałem się o tym już
w drugiej klasie szkoły powszechnej, a szczególnie zauważalne
stało się to wtedy, gdy w mojej edukacji szkolnej pojawił się
przedmiot "historia" - prawie zawsze miałem z niej dwójkę
(śmiech). Jakoś jednak przechodziłem z tą
nieszczęsną historią - z reguły po poprawkach - do kolejnych
klas.
A czy pamięta Pan coś
z wcześniejszego okresu?
Tak, chociaż moje pierwsze wspomnienia
to nieliczne epizody. Bodaj jeden z najwcześniejszych spośród tych,
które pamiętam, to Gwiazdka, podczas której zebrała się cała
rodzina ze strony taty. Brat mojej babci Józefiny, z przybranej
rodziny Szneiderów (z domu Tymeckiej), był prałatem w Grążawie,
miejscowości w okolicach Brodnicy na Pomorzu. Według mojego
wyobrażenia miał olbrzymi majątek - gospodarstwo, konie, krowy,
a także duży dom i ogród, pamiętam również bryczki i sanie. Tam
właśnie, w Grążawie, zebrała się cała rodzina, w tym ja z moimi
rodzicami. Rodzina Szneiderów traktowała mnie tak jak innych moich
rówieśników - dzieci rodzeństwa taty. W pamięci utkwiło mi to,
że w prezencie pod choinkę dostałem szablę. Szabla była drewniana,
tak przynajmniej zapisała się w mojej pamięci. O tym zresztą
przypomnieli mi moi rodzice, którzy opowiadali mi, jak skakałem wkoło,
machając tą szablą.
Dziadkowie ze strony taty,
Józefina i Brunon Schneiderowie, w swoim ogrodzie
A jakieś inne wspomnienie?
Inne wspomnienie kojarzy mi się
z moimi dziadkami - Szneiderami. Dziadek Brunon i babcia Józefina
również mieszkali w Tczewie, do ich domu trzeba było przejść przez
niewielki park. Często zabierali mnie nad Wisłę. Byli zapalonymi
wędkarzami. Pamiętam długą wędkę mojej babci, która łowiąc ryby,
jednocześnie dziergała na drutach i w dodatku krzyczała na dziadka,
który zbyt głośno chrząkał.
Nasuwa mi się jeszcze jedno
wspomnienie, o zdarzeniu, które miało dla mnie duże znaczenie -
powiedziałbym dzisiaj: o charakterze niemal egzystencjalnym.
To znaczy?
Dość często odwiedzaliśmy moich
dziadków ze strony mamy we Wrzeszczu, tam gdzie mieszkała moja matka
razem z bratem. Było to w czasie którejś wizyty, już nie pamiętam,
miałem może sześć lat, może siedem, w każdym razie jeszcze przed
wojną. Bawiliśmy się na ulicy z kolegami mojego brata, którego
językiem naturalnym był niemiecki. W którymś momencie jego koledzy
zaczęli we mnie rzucać kamieniami - trafili w prawy łuk brwiowy
- i wołali za mną: Du Polnischer Dumkopf,
co można przetłumaczyć jako "Ty polski półgłówku". I coś
we mnie pękło, zdałem sobie sprawę, że jestem inny - inny niż
mój brat. Nie tylko dlatego, że on jest razem z moją matką, a ja
mieszkam z przybraną, ale także dlatego, że ja jestem Polakiem,
a on Niemcem. To miało duże znaczenie dla poczucia mojej tożsamości,
zapewne wpłynęło na kształtowanie jaźni, choć bardziej intuicyjnie
niż świadomie. W tym wieku nie myślałem przecież w kategoriach
abstrakcyjnych.
Wrzeszcz, ul. Osterzeile (obecnie Stanisława Dubois);
pod numerem 35 mieszkali dziadkowie Hallmann. Pokazuję to miejsce mojemu
bratankowi Ericowi i córce Monice
Czy kontekst Kaszubów jest
tutaj istotny?
Wydaje mi się, że obecnie
w odniesieniu do tej grupy etnicznej nie mówi się o narodowości
kaszubskiej, tylko o narodowości polskiej - w każdym razie,
gdy chodzi o Kaszubów zamieszkałych w Polsce. W gruncie rzeczy
to samo dotyczy Ślązaków. Warto jednak zaznaczyć, że Kaszubi
mieszkający w Niemczech uważają się za Niemców. Moja rodzina
była dość skomplikowana, jeżeli ją rozpatrywać w kategoriach:
Polacy - Niemcy - Kaszubi.
Kontynuując wątek kaszubski,
dlaczego Kaszubi nie chcą oddzielnego państwa, a Ślązacy -
tak?
Uważam, że historia Ślązaków
i Kaszubów była inna, poza tym sądzę, iż Kaszubi pogodzili się
z faktem, że są grupą etniczną z dość dużą autonomią. Ja
mam na Kaszubach domek letniskowy w miejscowości Przewóz, w gminie
Studzienice, powiat bytowski. Tam nazwy miejscowości są zapisane na
tablicach i po polsku, i po kaszubsku, ale tylko w tych gminach,
w których samorząd sobie tego zażyczył. Nie jest to zatem
ogólna dyrektywa. Jedni Kaszubi w zależności od tradycji rodzinnych
zdecydowali, że są Polakami, inni, że są Niemcami. Przypomina mi to
historię opisaną w Blaszanym bębenku Güntera
Grassa. Oskar, który chował się pod spódnicę swojej babci, przecież
sam zdecydował o tym, że będzie Niemcem. Günter Grass poszedł tą
drogą. Ja także sam zdecydowałem - podobnie jak Grass - o swojej
narodowości. Z wyboru jestem Polakiem należącym do grupy etnicznej
Kaszubów.
Pańskie życie było zatem dosyć
zagmatwane.
Rzeczywiście, początek mojego życia
był dość skomplikowany. Dość często spotykałem się z moją
matką i z bratem. Jak już mówiłem, ojca widziałem może dwa, trzy
razy. Nigdy jednak nie pytałem - i tak zostało do końca życia mojej
matki (biologicznej) i mamy (przybranej) - dlaczego nie jestem razem
z bratem u mojej matki. W roku 1957 wybierałem się do Niemiec, żeby
odwiedzić matkę mieszkającą w Niemczech, w miasteczku Hildesheim,
między innymi po to, aby wreszcie zadać jej to pytanie, ale mi się
to nie udało - o czym później.
Z nostalgią myśli Pan o Gdańsku?
Mimo że mieszkałem w Tczewie,
do dziś zachowałem sentyment do Gdańska. Po uzyskaniu habilitacji
w roku 1968 na Uniwersytecie Warszawskim myślałem o tym, żeby się
zatrudnić w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku (od roku 1970
Uniwersytet Gdański), ale kiedy to się zaczęło urzeczywistniać,
otrzymałem przydział na mieszkanie przy ulicy Bełdan 11 -
w tym miejscu teraz rozmawiamy. To przesądziło o mojej przyszłej
karierze akademickiej. Mój dyplom głosi, że "Jan Strelau [...]
uzyskał stopień naukowy docenta nauk humanistycznych w zakresie
psychologii". W gronie moich rówieśników psychologów nie spotkałem
ani jednej osoby, która uzyskała taki sam dyplom.
Moja matka Hildegarda, Tczew 1942
Dlaczego?
Podejrzewam, że ministerstwo
ze względu na wysyp docentów mianowanych - zwanych również
"marcowymi", ponieważ otrzymali mianowanie po wydarzeniach Marca
'68 na Uniwersytecie Warszawskim - zachowało się reaktywnie, na
zasadzie "bodziec - reakcja", bez perspektywicznego spojrzenia na
sprawy habilitacji. Podobna sytuacja zresztą wydarzyła się niedawno,
kiedy to pod wpływem informacji o zamknięciu filozofii jako kierunku
na uniwersytecie w Białymstoku podwyższono dziesięcioprocentowy limit
bezpłatnych studiów na drugim kierunku do 20 procent. Takie reakcje
ad hoc nie są dobrym predyktorem prowadzenia
racjonalnej polityki edukacyjnej.
Bardzo dużo osiągnął Pan w Polsce,
w Niemczech zapewne nie osiągnąłby Pan więcej. Ale czy nie kusiło
Pana, żeby tam zamieszkać? Niekoniecznie u naszych zachodnich
sąsiadów, ale w ogóle za granicą?
Jak już wspomniałem, sam zdecydowałem
o swojej przynależności narodowej - czuję się Polakiem i to
między innymi przesądziło o losach mojej kariery naukowej. Bodaj
nigdy nie zaprzątała mi głowy myśl, żeby się przenieść do Niemiec
i tam pracować, chociaż fakt, że urodziłem się w Gdańsku i duża
część mojej rodziny mieszkała w Niemczech Zachodnich, bardzo by mi
to ułatwił. Hipotetycznie biorąc, można by oczekiwać, że miałbym
lepsze niż w Polsce warunki do pracy naukowej, lepsze mieszkanie
(być może dom z ogródkiem i BMW) i więcej pieniędzy, choć te na
żadnym etapie mojej kariery naukowej nie odgrywały najistotniejszej
roli. Ja sam jestem w pełni usatysfakcjonowany przebiegiem swojej
drogi akademickiej - tu, w moim kraju.
Dyplom docenta
habilitowanego
A jak wyglądała sytuacja po wojnie? W Polsce
nie było przecież naukowców, polski świat naukowy był bardzo
ubogi.
Tak, ale tu wybiegamy
w przyszłość. Moja przygoda z nauką zaczęła się wtedy, gdy
po trzecim roku studiowania psychologii na Uniwersytecie Warszawskim
prowadziłem zajęcia ze studentami, a po czwartym roku, jeszcze
jako student, otrzymałem etat zastępcy asystenta - miałem już
legitymację pracowniczą i związkową (należałem do ZNP). Ten
fakt może unaocznić to, że kadra naukowa w owym czasie nie była
zbyt liczna.
Wróćmy jeszcze do Pańskiego dzieciństwa.
Z okresu przedszkolnego pamiętam
niewiele. Zazdroszczę tym, którzy sięgają pamięcią nawet do drugiego
roku życia. Zawdzięczają to zapewne wyjątkowym zdolnościom pamięci
długotrwałej, choć wpływ na to mają również inne czynniki, które
sprzyjają wydobyciu z pamięci epizodów pochodzących z wczesnego
okresu życia.
Rodzice często wracają do tych
chwil i rozmawiają o tym z dzieckiem, a częste powtarzanie tych
historii, czy nawet pojedynczych scen sprzyja ich zapamiętaniu. Inną
przyczynę widzę w tym, że maluchy od momentu, gdy potrafią już
obserwować, oglądają swoje fotografie, a rodzice opowiadają
im, w jakich okolicznościach zrobiono te zdjęcia. Takie zabiegi
sprzyjają powrotowi do dzieciństwa i utrwalaniu związanych z nim
wspomnień.
Okres żłobkowy i przedszkolny,
najbezpieczniej było z mamą
Zachowały się Pańskie fotografie
z tamtego okresu?
Niewiele, dosłownie kilka, w dodatku
są to malutkie zdjęcia. Poza tym w domu rzadko się mówiło
o moim dzieciństwie. Mnie z kolei najbardziej utkwiło w głowie
pójście do szkoły. Był wrzesień 1938 roku, miałem wówczas siedem
lat. Na Pomorzu istniał taki zwyczaj, przejęty zapewne z Niemiec, że
uczeń w dniu rozpoczęcia nauki szkolnej otrzymuje dużą, spiczastą
torbę ze słodyczami, przypominającą czapkę krasnoludka. To mi się
bardziej zapisało niż pierwsze wejście do klasy szkolnej. Jak już
wspomniałem, nie uczęszczałem do pierwszej klasy, choć nie bardzo
wiem dlaczego - czyżbym był taki mądry, że od razu przyjęto mnie
do drugiej klasy? A z tą torbą sytuacja była o tyle śmieszna,
że przychodzili z nią tylko pierwszoklasiści, więc trochę mnie to
krępowało (śmiech). Nieopodal szkoły znajduje
się piękny kościół parafialny, w którym przyjąłem pierwszą
komunię świętą. Z okresu dzieciństwa najbardziej pamiętam też
pierwszy dzień drugiej wojny światowej, a zwłaszcza sen, który
miałem poprzedniej nocy. Obudziłem się z przerażeniem. Słyszałem
jakieś przeraźliwe dźwięki przypominające walenie czymś ciężkim
w olbrzymie blachy. Okazało się, że to było bombardowanie
Tczewa.
Pierwszy dzień w szkole, 1938; budynek
mojej szkoły
W tym kościele parafialnym przystąpiłem do pierwszej
Komunii Świętej, obok z mamą i tatą
Mimo problemów z historią w szkole osiągnął
Pan duży sukces. Kiedy ujawnił się Pański talent?
To wymaga omówienia i jest to
długa historia. W którymś momencie znalazłem się w małym
seminarium duchownym w Słupsku, w klasie przedmaturalnej. Było to
po moim pobycie w gimnazjum i liceum w Bytowie. Tam uchodziłem za
przeciętnego ucznia. Jedne przedmioty bardziej mi pasowały, inne mniej,
z historią zawsze byłem na bakier. Kiedy jednak w drugim semestrze
klasy przedmaturalnej znalazłem się we wspomnianym seminarium duchownym,
to poza modlitwami oraz innymi czynnościami liturgicznymi właściwie
cały czas poświęcałem na uczenie się. Okazało się, że oceny na
moim świadectwie szkolnym radykalnie się zmieniły - miałem niemal
same piątki. To był moment, który jakoś mi uświadomił, że stać
mnie na więcej, niż mi się wydawało.
A jak wyglądał dom, w którym
Pan się wychowywał, kto był bardziej opiekuńczy - tata czy
mama?
Moja mama była gospodynią
domową. Myślę, że nie ukończyła szkoły średniej. Z kolei tata,
z przedwojenną tak zwaną małą maturą, pracował w magistracie jako
księgowy. Przed wojną przez jakiś czas był bezrobotny.
Nie przypominam sobie, żeby
mnie w domu bito czy molestowano, choć dzisiaj wiele osób przyznaje
się do takich wspomnień. Czasem tylko, gdy zrobiłem w kuchni coś
nie tak, mama trzepnęła mnie ścierką po głowie. Moi przybrani
rodzice byli bezdzietni i traktowali mnie jak syna. Kiedy na przykład
byłem chory, a lekarze w Tczewie nie potrafili sobie z tym poradzić,
rodzice zawozili mnie do Gdańska. Byli niezwykle troskliwi, tata chyba
nawet bardziej niż mama. Poza tym rodzice, przede wszystkim tata, byli
bardzo muzykalni (dotyczy to zresztą wszystkich braci taty). W domu
było pianino, a dla mnie zorganizowano lekcje fortepianu, z których
jednak zrezygnowałem. Rodzice posyłali mnie również na lekcje gry na
skrzypcach, ale i z tego zrezygnowałem, bodaj po czterech czy pięciu
próbach. Mimo to wydaje mi się, że jestem muzykalny. Zresztą gra na
fortepianie potem mi się przydała. W klasie licealnej zarabiałem
od czasu do czasu, grając na zabawach wiejskich - na fortepianie
albo na akordeonie. Tak więc rodzice dbali o moje wykształcenie. Nie
pamiętam jednak wspólnego odrabiania lekcji w domu. Miałem poczucie
dość dużej samodzielności, i to od początku.
Moja mama przed drugą wojną
światową
W Tczewie często przebywałem
u swoich przybranych dziadków Szneiderów. Babcia z reguły
częstowała mnie "szneką z glancem" - tak się na Pomorzu
mówiło na ciasto drożdżowe oblane lukrem, w środku często
napełnione budyniem. U dziadków był ogród, w którym chętnie
przebywałem. Moi wujowie, młodsi bracia mojego taty, którzy mieszkali
razem z dziadkami, często się ze mną bawili.
Tata przed drugą wojną
światową
Co Pan sądzi o bezstresowym wychowaniu?
Nie jestem skrajnym zwolennikiem
tej zasady. Po pierwsze, jako psycholog wiem, że uczenie się -
nie tylko u zwierząt - opiera się na wzmocnieniach pozytywnych
i negatywnych. Wydaje mi się, że jeśli małe dziecko, z którym
trudno prowadzić dyskusję, coś zbroi i dostanie klapsa, który nie
jest napaścią czy agresją, to jest to zabieg dopuszczalny i nie
narusza godności dziecka. Wzmocnienia natychmiastowe są bardziej
skuteczne niż odsunięte w czasie. Oczywiście wtedy, gdy dziecko
potrafi już zrozumieć, dlaczego zrobiło coś źle, wygląda to inaczej
- to zupełnie inna sprawa. Małe dziecko natomiast po nieszkodliwym
klapsie potrafi korygować swoje zachowanie. W tym sensie klaps
odgrywa rolę wzmocnienia, dzięki któremu można skorygować zachowanie
małego dziecka. Oczywiście tam, gdzie to uzasadnione, należy stosować
wzmocnienia pozytywne, choć nie mogą się one sprowadzać do cukierka
lub czekolady, lecz do rozmów dostosowanych do możliwości rozumienia
dziecka.
Jak wspomina Pan swoje dzieciństwo?
Swoje dzieciństwo wspominam ciepło,
mimo paru klapsów, które od czasu do czasu dostawałem. Nie było
ono jednak sielskie. Doznane wówczas sytuacje stresowe traktuję jako
wydarzenia, które zwiększają odporność na sytuacje trudne.
Kto w tamtym czasie był dla Pana
autorytetem?
Przede wszystkim moi
rodzice. Potem, w późniejszym wieku, miałem inne autorytety,
choć było ich niewiele, a związane były między innymi z moją
działalnością w harcerstwie. W czasie wojny miałem osobisty
kontakt z kierownikiem szkoły, panem Wiórkiem, który udzielał
mi potajemnych lekcji. Chodziłem na te lekcje, ale niezbyt długo,
pan Wiórek bowiem rok, a może dwa od rozpoczęcia wojny został -
o ile wiem - zamordowany przez Niemców. Był wspaniałym nauczycielem,
ale nie autorytetem. Autorytetem wtedy był dla mnie mój starszy brat,
choć nie zawsze w obszarze zachowań akceptowanych.
Z bratem Erwinem przed ucieczką
do babci we Wrzeszczu
Jest 1 września 1939 roku - pamięta Pan ten
moment?
Zacznę od wspomnianego już
snu. Właśnie w tym dniu w Tczewie spadły pierwsze bomby. Wówczas
w rozmowach między ludźmi mówiło się, że Niemcy wysadzili
strategiczny most na Wiśle. Okazało się jednak, że to była mylna
informacja, która jakoś mi się utrwaliła, na co zwrócił mi uwagę
mój przyjaciel, Kociewiak, profesor Jerzy Brzeziński.
Niemcom nie opłacało się wysadzenie tego
mostu?
Jeśli człowiek głębiej
o tym pomyśli, to wysadzenie mostu przez Niemców nie miałoby
sensu. Przecież on był dla nich niezbędny, żeby przedostać się
na drugi brzeg Wisły. To w Tczewie rozpoczęła się druga wojna
światowa, to w tym mieście spadły pierwsze bomby i dopiero
po paru minutach (13 lub 14 minut później) padły strzały na
Westerplatte. Co się okazało? Tczewski most był jedynym łącznikiem
Pomorza z Malborkiem, Elblągiem i Królewcem - był to słynny
korytarz, do którego Niemcy rościli sobie pretensje. Warto dodać,
że pod względem architektonicznym był jednym z najpiękniejszych
w Europie. Jak się dowiedziałem z późniejszych opowiadań,
w Tczewie od dłuższego czasu stacjonował batalion saperów i to oni
zaminowali ten most. W gruncie rzeczy były tam dwa mosty obok siebie
- jeden kolejowy, a drugi dla pieszych i pojazdów. Rzeczywiście
bomby niemieckie spadły, ale nie na most, lecz na centrum dowodzenia
saperów. Niemcom chodziło o to, aby nie dopuścić do wysadzenia
mostu. Taki był cel strategiczny. Z drugiej strony mostu jechał
pociąg pancerny z Królewca, a może z Elbląga. Tak więc most
został wysadzony przez Polaków.
Gdzie się znajdowało Wasze mieszkanie?
Nasze mieszkanie znajdowało się blisko
tego mostu - około 10-15 minut pieszo. Mówiłem już o tym, że
mój tata był księgowym, ale poza tym rodzice prowadzili skład węgla,
którym zarządzał brat mojego taty, Józef. Imię mojego taty, Alfons,
budzi nie najlepsze skojarzenia, dlatego w rodzinie zwracano się do
niego Alfi. Wspomniany skład węgla okazał się przydatny w momencie
wybuchu wojny. Mieliśmy bowiem dwa lub trzy wozy do przewożenia węgla,
a także konia. Na wozie, który miał kształt prostokąta, z niezbyt
wysokimi ścianami bocznymi, tata zbudował z dykty coś w rodzaju
szałasu. Parę godzin po bombardowaniach ruszyliśmy w drogę, żeby
uciec przed Niemcami. 1 września udaliśmy się w kierunku Świecia,
a 2 września Niemcy już byli w Tczewie. W trakcie tej ucieczki
doznałem dużej traumy. Pamiętam ciąg wozów za nami i przed nami
oraz ataki niemieckich sztukasów. Niemcy rozsiewali serie z karabinów
maszynowych po tych furmankach i po uciekinierach, widziałem dużo
trupów - i końskich, i ludzkich.
Strategiczny most,
niedaleko którego mieszkaliśmy
Dlaczego Niemcy byli tak okrutni wobec innych
narodów?
W odniesieniu do psychologii tłumu
jest rzeczą oczywistą, że ludzie obdarzeni pewną charyzmą
głoszą idee i podejmują działania, które porywają tłumy,
a wtedy ludzie obecni w tym tłumie całkowicie zatracają poczucie
odpowiedzialności za swoje czyny. Znamy faszystowską ideologię
übermensch, nadczłowieka, która nakazywała
niszczenie Żydów, Polaków i Cyganów jako przedstawicieli niższej
rasy (Untermensch). Wkomponowane w to dążenie do
zagłady, zniszczenia tych narodów i skrajna nienawiść spowodowały,
że ci ludzie, wyzbyci odpowiedzialności, popełniali trudne do
wyobrażenia zbrodnie. Traktuję to jako przejaw swego rodzaju
zezwierzęcenia.
Czy można wytłumaczyć takie bestialstwo?
Nie mam tutaj wytłumaczenia, oprócz
tego, że z tych zbrodniarzy zdjęta została odpowiedzialność za
czyny, ponieważ wykonywali rozkazy swojego "nieomylnego" Führera,
które były święte, tak jak religia - wojska Wehrmachtu nosiły paski
z napisem Gott mi uns (Bóg z nami). Krzyżacy
także mordowali z krzyżem na płaszczach.
Tu mała dygresja: czy w kontekście
doświadczeń zimnowojennych i walki wywiadów pułkownik Kukliński
był zdrajcą, czy bohaterem?
Tutaj nie ma jednoznacznej
odpowiedzi. Nie wiemy, czy pułkownik Kukliński od początku podejmował
swoje działania dla idei, z myślą o Polsce, czy dla kariery. Czy
awansował na wysokie stanowiska w wojsku już z myślą o swojej
misji, która kazała mu być szpiegiem na taką skalę? Na to pytanie
tylko on sam znał odpowiedź. Nie zmienia to faktu, że po ucieczce
z Polski do Stanów Zjednoczonych przekazane przez niego cenne informacje
o sytuacji w naszym kraju miały dla naszych dalszych losów istotne
znaczenie. Jako oficer wojska polskiego traktowany jest przez niektórych
żołnierzy jako zdrajca, przez innych - jako bohater. Ta ostatnia
opinia wydaje się dominować w naszym społeczeństwie.
Wracając do wojny i Niemców,
czy ich nieustanne przepraszanie jest uzasadnione?
Myślę, że dla zdrowia psychicznego
jednostek i całego społeczeństwa należy rzetelnie się zapoznać
z historią naszych narodów i to, co w niej było złe, potępić
i odpowiednio karać. To swego rodzaju katharsis
jest niezbędne, aby przebaczyć wyrządzone zło, co nie znaczy, by
o nim zapomnieć. Obecnie w kolejnych pokoleniach Niemców poczucie
winy, a z naszej strony ciągle odczuwana przez wiele osób niechęć
do przebaczenia wydają się zrozumiałe, choć nie sprzyjają stworzeniu
zdrowych relacji między naszymi narodami.
Zna Pan wielu Niemców?
Tak, mam dużo przyjaciół wśród
Niemców i mam ich równie dużo wśród Rosjan mimo ogromu zła,
jakiego nasz naród doświadczył, żyjąc przez dziesiątki lat
w systemie totalitarnym sowieckiej Rosji.
W Europie pojawiają się rozmaite skrajne
tendencje. Czy jest to niebezpieczne? Czy może spowodować powrót
zła?
Teoretycznie taki wariant jest
możliwy, choć mało prawdopodobny. Do tego konieczny jest dostęp
do kluczy, które uruchamiają całą tę machinę, co mogłoby się
skończyć źle. Z upływem czasu to prawdopodobieństwo maleje,
ponieważ społeczność międzynarodowa stworzyła taki system kontroli
i szybkiego reagowania, że wojny - których i dzisiaj doświadczamy
- mają charakter lokalny. Mam nadzieję, graniczącą z pewnością,
że w naszej części świata sytuacja, której doświadczyliśmy
w czasie drugiej wojny światowej, już się nie powtórzy.
Powróćmy jednak do 1939 roku - jedzie Pan
z Tczewa w kierunku Świecia.
Tak, jedziemy. Jak już wspomniałem,
pamiętam te wozy i sztukasy rozsiewające serie z karabinów
maszynowych po furmankach. Pamiętam także polską kawalerię w jednym
z lasów, galopującą z szablami w rękach - byłem zachwycony. Po
parunastu dniach wróciliśmy do Tczewa i zaczął się kolejny etap
życia.
Niemcy tam stacjonowali?
Niemcy mieli duże zaplecze
administracyjne, więc mogli obsadzić urzędy w Tczewie - część
administracji napłynęła z Rzeszy, część stanowisk powierzono
pracownikom lokalnym, ponieważ znajomość języka niemieckiego była
na Pomorzu dość powszechna. O ile dobrze pamiętam, do 1941 roku
nie chodziłem do szkoły. W odróżnieniu od Generalnej Guberni
i Galicji, na Pomorzu w czasie okupacji nie wolno było mówić po
polsku. Był obowiązek posyłania dzieci do niemieckich szkół - i to
egzekwowano. Pod tym względem można było zazdrościć mieszkańcom
Galicji. Po domach mówiło się po polsku, ale oficjalnym językiem
był niemiecki. Zdarzało się dość często, że niemieckie patrole
wpadały nagle do mieszkań i sprawdzały, czy jest radio, a jeśli
tak, to na jaką stację nastawione (ludzie, którzy mieli radia,
często słuchali Wolnej Europy). Pamiętam, że w naszym mieszkaniu
była taka kontrola - raz, a może dwa razy. Kontrole próbowały
też wykryć osoby, które nielegalnie pędzą alkohol - a takich
było wiele. Mój tata również uprawiał ten proceder, ale tylko na
potrzeby domowe. Urządzenie służące do produkcji alkoholu było
skrzętnie ukrywane.
Kiedy się porównuje tamtą rzeczywistość
z obecną, to można ze zdziwieniem stwierdzić, że teraz młodzi
ludzie mają wszystko, a mimo to cierpią na depresję.
Niestety tak bywa. Po części
winę za to ponosi polityka edukacyjna, sprzyjająca wychowaniu
dzieci i młodzieży bez stresu. Ten zaś jest nieodzownym elementem
zdrowego życia. Dzisiaj jednym z takich stresów, którego doświadcza
młodzież i nie najlepiej sobie z nim radzi, jest wyścig szczurów:
o miejsce w dobrej szkole, o dostanie się na bezpłatne studia,
o pracę, o mieszkanie, czy wreszcie o zapewnienie sobie poczucia
bezpieczeństwa. Ten i temu podobne stresory, do których młodzież
nie została w dzieciństwie przygotowana, wpływają na zachowanie
młodych ludzi negatywnie, a u mało odpornych mogą skutkować różnymi
postaciami zaburzeń w zachowaniu; jeżeli trwają przez długi czas,
to rujnują psychikę.
Jak już wspomniałem, osobiście
zaliczam się do osób odpornych, bo życie dało mi w kość i na
radzenie sobie w sytuacjach trudnych jestem przygotowany.
Chcielibyśmy jeszcze nawiązać do książki
Daniela Bella "Kulturowe sprzeczności kapitalizmu". Jak Pan sądzi,
czy konsumpcjonizm nie przyniesie większych strat niż komunizm?
Tej książki nie czytałem. Tak daleko
bym nie szedł, ale nie wykluczam, że panujący konsumpcjonizm może
spowodować pewne skrzywienia w osobowości człowieka, szczególnie
młodego.
Konsumpcjonizm prowadzi do
kształtowania systemu wartości, w którym najważniejszą pozycję
zajmuje pieniądz i zachowania hedonistyczne. Mimo że posiadam wszystko,
co jest mi niezbędne do dostatniego życia, potrzeba gromadzenia dóbr
i doznawania rozkoszy życia staje się dominująca - i nie ma
temu końca, przekształca się ona w potrzebę autonomiczną. To
prowadzi do wielu patologii, z zachowaniami kryminogennymi
włącznie. Człowiek staje się bezkrytyczny i nie dostrzega skutków
swojego postępowania.
Powróćmy do czasu wojny. Jak Pan sobie wtedy
radził z językiem niemieckim?
Ze względu na specyficzny charakter
mojej rodziny, która częściowo jest polska, a częściowo niemiecka,
często odwiedzaliśmy naszych krewnych w Gdańsku, a oni przyjeżdżali
do nas. Potrzebny był jednak paszport, żeby przekroczyć granicę
Wolnego Miasta Gdańska - Freie Stadt Danzig. A możliwości
porozumiewania się były prawie nieograniczone, ponieważ moja rodzina
ze strony Szneiderów, tak jak wiele osób mieszkających na Pomorzu,
była dwujęzyczna. Język nie stanowił więc dla mnie problemu
w niemieckiej szkole. Pierwszy raz poszedłem do niej bodaj w 1941 roku
i uczęszczałem do 1944. Potem wszystko się urwało - byłem wolnym
ptakiem. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego nie mam świadectw szkolnych
z tego okresu. Może ze złości je wyrzuciłem? A może to wstyd,
że w czasie okupacji chodziłem do szkoły niemieckiej, podczas gdy moi
koledzy nie mieli takiego epizodu w swoim życiu? Zachowałem tylko swoje
przedwojenne świadectwa, a także te, które otrzymałem po zakończeniu
wojny. Zaraz po wojnie byłem uczniem gimnazjum w Tczewie.
Paszport pozwalający na wjazd
do Wolnego Miasta Gdańska
Tczew 1941, moja klasa, siedzę pierwszy
od lewej
Czy potem przydał się Panu język
niemiecki?
Języka niemieckiego nie używałem
przez długi czas, wyrzuciłem go z pamięci, na czym jednak kiepsko
wyszedłem. W 1977 roku dyrektor Instytutu Psychologii Uniwersytetu
w Lipsku zaprosił mnie na jeden semestr, żebym wygłosił cykl
wykładów - oczywiście po niemiecku. Objąłem tam stanowisko
profesora wizytującego w Katedrze Wilhelma Wundta, co uznałem za
duże wyróżnienie. Wundt na tym właśnie uniwersytecie stworzył
w 1897 roku pierwsze w świecie laboratorium psychologiczne i tę
datę przyjęto za rok powstania psychologii jako niezależnej
dyscypliny naukowej. Odświeżenie języka niemieckiego sporo mnie
kosztowało.
Jak wyglądała nauka języka polskiego i historii
w czasie wojny?
Na początku wojny, po wkroczeniu
Niemców, chodziłem na tajne lekcje, o czym już wspominałem. Nie były
to jednak komplety, tylko pojedyncze spotkania. Na pewno uczyłem się
wtedy języka polskiego i elementów nielubianej przeze mnie historii. To
było wszystko, potem w żadnych kompletach nie uczestniczyłem.
Czy ma Pan jakieś wspomnienia z tego
okresu?
Z okresu wojennego pamiętam
taki epizod, który miał dla mnie istotne znaczenie. Bodaj pod
koniec 1944 roku Niemcy wzięli mojego tatę do kopania rowów
i budowania umocnień. Uwięziony przez Rosjan, wrócił dopiero
na początku 1946 roku. Tata niechętnie, jeśli w ogóle, mówił
o tym okresie. Na mnie zaś spadły liczne obowiązki, musiałem
się zajmować wieloma sprawami. W tym czasie już nie chodziłem do
szkoły, furmaniłem i dbałem o krowę i konia, który pozostał po
składzie węgla. Pomagała mi w tym kobieta, którą bodaj w 1941 roku
przygarnęliśmy do naszej rodziny, Agnieszka Mederska (bez niemieckiego
Ausweisu). W tamtym czasie moim hobby była hodowla królików, których
miałem kilkanaście. Nie ukrywam, że były przeznaczone do celów
konsumpcyjnych, ale z żalem się z nimi rozstawałem. Jeszcze przed
wkroczeniem wojsk radzieckich na tereny dawnej Rzeszy, położone na
prawym brzegu Wisły (Malbork, Elbląg i inne miejscowości), Niemcy
gremialnie uciekali na Zachód - mieszkania i domki jednorodzinne
z ogrodami świeciły pustką. Z kilkoma kolegami wybrałem się wtedy
do Malborka (około 17 kilometrów od Tczewa) i stamtąd przyprowadziłem
do domu kozę (śmiech). Niestety jej dojenie
należało do nas obojga - do Agnieszki i do mnie. Jeżeli chodzi
o oporządzanie naszego małego gospodarstwa, to odczuwałem pewien lęk
przed karmieniem konia i krowy, ponieważ z koryta wyskakiwały szczury,
których po prostu się bałem. Swego czasu wymieniałem żarówkę
w stajni i w tym momencie wyskoczyło kilka szczurów. Z przerażenia
spadłem z drabiny i mocno się potłukłem. Moje gospodarskie
obowiązki przeciągnęły się na pierwszy rok po wojnie. Byłem
z mamą sam i musieliśmy wtedy zarabiać, a jednym ze źródeł
zarobku w tym czasie było wożenie furmanką różnego rodzaju
towarów. Zaraz po wojnie zawoziliśmy do Gdańska kartofle. Odległość
35 kilometrów w jedną i drugą stronę pokonywaliśmy w ciągu jednej
doby. Miałem wówczas czternaście, piętnaście lat. Wyjeżdżaliśmy
z mamą nocą i wracaliśmy nocą następnego dnia. To była niezwykle
męcząca wyprawa, już nie mówię o noszeniu worków z ziemniakami. Umknęły mi jednak pewne interesujące epizody. Warto wspomnieć
o tym, że podczas jednej z wizyt mojej matki i Erwina w Tczewie
pojechaliśmy bez wiedzy rodziców - za namową brata - na rowerach
do Gdańska-Wrzeszcza, żeby odwiedzić naszych dziadków. Ja miałem
bodaj jedenaście lat, a jechałem na rowerze taty, z nogami pod
ramą. Babcia przyjęła nas w miarę dobrze. Komentarzy dziadków
nie rozumiałem, bo między sobą rozmawiali po kaszubsku, a tego
języka - poza kilkoma słowami - nie opanowałem. Po dwóch dniach
odtransportowano nas do Tczewa. Brat dostał solidne lanie, a mnie,
jako młodszemu, jakoś się upiekło.
W czasie wojny należałem do
młodzieży co nieco rozrabiającej. Mieszkaliśmy nad Wisłą. Wśród
kolegów absolutnie honorowym wyczynem było przepłynięcie na drugi
brzeg rzeki. Sztukę pływania opanowałem dość wcześnie dzięki temu,
że mój brat, który w czasie wojny mieszkał z matką w Elblągu,
wrzucił mnie bezpardonowo do głębokiej części basenu kąpielowego,
znajdującego się vis-a-vis domu, w którym
mieszkał. Ja wtedy nie umiałem pływać, ale z konieczności szybko
opanowałem tę sztukę i potem uchodziłem za dobrego pływaka. Często
przepływaliśmy Wisłę, chociaż jeden z moich kolegów, Kazik
Neubauer, przypłacił to życiem. Wciągnęły go wiry. Mieliśmy też
inną, bardziej ryzykowną zabawę w okresie zimowym. Kiedy płynęły
kry, wskakiwaliśmy na nie i przeskakiwaliśmy potem z jednej na drugą
- wygrywał ten, kto najdłużej wykonywał tę czynność. Dzisiaj
myślę o tym z przerażeniem - nie wyobrażam sobie, żeby któryś
z moich wnuków wdał się w taką niby-zabawę. To naprawdę było
bardzo niebezpieczne.
Kiedyś z kolei blisko naszego
domu kładziono rury cementowe o bardzo dużej średnicy. Ustawiono je
blisko Wisły, a nam, chłopakom, chodziło o to, żeby taką rurę
poturlać bliżej rzeki. Koledzy namówili mnie, żebym wszedł do
wnętrza kręgu, bo tak będzie im łatwiej pchać, no i tak pchali po
kocich łbach, że ta rura się nade mną załamała. Wszyscy uciekli,
w końcu przechodnie mnie stamtąd wyciągnęli, a ja z kruszynami
cementu wbitego w skórę wróciłem do domu. Bić mnie nie bito,
ale dostałem duży ochrzan. Skończyło się na parodniowym leżeniu
w łóżku.
Wdawaliśmy się również
w bójki z chłopakami z sąsiednich ulic i osiedli. Ja także -
z poczucia solidarności - rzucałem kamieniami, ale w gronie moich
kolegów to była normalka, więc trudno było w tych eskapadach nie
uczestniczyć.
Czy zachował Pan jakieś drastyczne wspomnienia
z tamtego czasu?
Kiedy pomyślę o końcu wojny, to
czasem pojawiają mi się przed oczyma takie migawki. Nieraz widywałem
furmanki wiozące trupy zamarzniętych Niemców - leżeli sztywno
jeden na drugim. 2 lutego 1945 roku wojska radzieckie wkroczyły do
Tczewa. Tamta zima była jedną z najcięższych spośród tych,
które pamiętam. Wisła była tak skuta lodem, że przejeżdżały
przez nią czołgi. Jak już mówiłem, Niemcy uciekali wcześniej,
zanim Sowieci przybyli do Tczewa z Królewca, Elbląga i Malborka. Tę
masę zamarzniętych trupów wywożono na niemiecki cmentarz.
Podczas wojny byli Niemcy, potem, pod koniec wojny,
pojawili się Rosjanie...
Wszyscy bali się Rosjan, przede
wszystkim kobiety, które dość powszechnie gwałcono. Zdejmowanie
zegarków i pierścionków z rąk mieszkańców to prawie norma. Nam
zabrali tylko rowery, które po pertraktacjach z milicją oddali za
butelkę wódki. Poza tym nie doznaliśmy od nich żadnej szkody. Nie
mówiłem jeszcze o tym, co sprawiło, że opuściliśmy Tczew
i udaliśmy się na Ziemie Odzyskane. Pamiętam, że na przełomie
stycznia i lutego wiozłem furmanką jakiś towar. Był nalot radzieckich
samolotów, a ja w tym czasie znajdowałem się na tczewskim
rynku. Nie zszedłem z furmanki, choć w pobliżu spadło parę
bomb. Bałem się, ale nie wpadłem w panikę i jakoś dojechałem
do domu. Mieszkaliśmy na rogu ulic Okrzei i Szopena. Następnego
dnia też było bombardowanie. Gdy usłyszeliśmy alarm, nasza rodzina
wraz z dziadkami schroniła się w piwnicy. Piwnica miała solidne
sklepienie łukowe, które gwarantowało, że tak łatwo się nie
zawali. W którymś momencie babcia, a może moja mama, zawołała,
że potrzebny jest nóż. "Idźcie do kuchni" - i posłała
po ten nóż dziadka i mnie. Do kuchni prowadziły drewniane schody,
będące swego rodzaju przybudówką do domu. Bodaj minutę czy dwie po
naszym powrocie z kuchni spadły na nią bomby - została doszczętnie
zniszczona. Spadły także na część naszego mieszkania - wyrwały
cały róg domu, w którym mieścił się nasz duży pokój. Dwa domy
dalej mieszkał mój kolega. On i jego siostra leżeli zabici na chodniku
przed swoim domem. Przez parę miesięcy mieszkaliśmy w warunkach
dość prymitywnych. Tczew, jeśli chodzi o województwo pomorskie,
należał do najbardziej zbombardowanych miast.
Pokazuję mojej żonie i córce Krysi
dom przy ul. Szopena 17, w którym mieszkaliśmy do 1947 roku
Jak wyglądał moment zakończenia wojny, co Pan
wtedy czuł?
W dniu zakończenia wojny szedłem
ulicą w kierunku parku - wybierałem się do dziadków. W którymś
momencie usłyszałem wycie syren, ale nie bardzo wiedziałem, co się
dzieje. Kiedy zaszedłem do dziadków, okazało się, że to koniec
wojny. Radość była wielka, tym bardziej że dziadkowie mieli nadzieję,
że wkrótce zobaczą swoich dwóch synów, którzy byli żołnierzami
w AK - jeden z nich, Bronek, był wyższym oficerem i jeszcze po
wojnie działał w partyzantce. Wrócił dopiero w 1946 roku. Była
duża radość w rodzinie.
Do którego momentu mieszkał Pan
w Tczewie?
W Tczewie mieszkałem do połowy
lutego 1947 roku. Dom był zburzony, kuchnia nie istniała, więc nie
bardzo było gdzie mieszkać. W lutym przenieśliśmy się do Bytowa,
małego miasteczka w południowo-zachodniej części Kaszub. Tam
w drugim semestrze 1947 roku podjąłem naukę w jedynym w tym
mieście gimnazjum.
Co zdecydowało o wyjeździe do Bytowa?
Przede wszystkim mieszkanie. Warunki
były prymitywne, a Ziemie Odzyskane chłonęły ludzi do pracy. Mój
tata dostał tam mieszkanie i etat księgowego w niewielkim
zakładzie produkującym jakieś części metalowe, a potem aż do
emerytury pracował jako główny księgowy w zakładzie produkującym
meble.
Wspominał Pan o języku kaszubskim - co jest
w nim takiego trudnego?
Nie potrafię powiedzieć, dlaczego
nie nauczyłem się kaszubskiego. Moi dziadkowie byli jedynymi osobami
w naszym gronie rodzinnym, które mówiły po kaszubsku. Z innymi
członkami rodziny porozumiewali się w języku niemieckim. Być
może szkoda, że nie mówię po kaszubsku. Kiedy byłem już dorosły,
kierowałem się względami pragmatycznymi. Myślałem, że nie muszę
uczyć się języka, który nie jest powszechnie używany.
Kiedy się okazało, że język angielski to
język międzynarodowy?
W latach
pięćdziesiątych XX wieku, kiedy możliwe już były pierwsze podróże
na Zachód, szczególnie do Stanów Zjednoczonych, rosła świadomość,
najpierw chyba wśród naukowców, a później również u osób
pracujących w biznesie, że opanowanie tego języka jest niezbędne,
jeśli chce się zrobić karierę. Dzisiaj język angielski ma status
lingua franca, a więc języka szeroko stosowanego
w kontaktach między ludźmi reprezentującymi przeróżne narody
i zawody.
Ciąg dalszy w wersji pełnej