Jane Austen. Dzieła Zebrane. Tom 2. Duma i uprzedzenie, Mansfield Park, Perswazje - Jane Austen

Kup ebooka

110.00 zł
91.30 zł (77,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział IX

Eli­za­beth spę­dziła w pokoju sio­stry więk­szość nocy, zaś ran­kiem prze­ko­nała się, że może odpo­wie­dzieć w tonie mniej wię­cej zado­wa­la­ją­cym na pyta­nia o jej zdro­wie, które pan Bin­gley prze­słał przez słu­żącą już o świ­cie, jak i na liściki dostar­czone nieco póź­niej przez ele­ganc­kie poko­jówki jego sióstr. Mimo to popro­siła, aby wysłano także list do Long­bo­urn z prośbą, by matka odwie­dziła Jane i sama oce­niła jej stan. List wysłano natych­miast, a prośba Eli­za­beth została speł­niona z nie mniej­szym pośpie­chem. Pani Ben­net w towa­rzy­stwie dwóch naj­młod­szych córek dotarła do Nether­field nie­długo po śnia­da­niu.

Gdyby stwier­dziła, że życiu Jane istot­nie coś zagraża, z pew­no­ścią byłaby nie­po­cie­szona; widząc jed­nak, że cho­roba ustę­puje, nie miała ochoty pozwo­lić jej na zbyt szyb­kie wyzdro­wie­nie, które wią­za­łoby się z pew­no­ścią nie­uchron­nie z wyjaz­dem z Nether­field. Nie słu­chała więc próśb córki o prze­wie­zie­nie jej do domu; zresztą medyk, który przy­je­chał mniej wię­cej w tym samym cza­sie, rów­nież zale­cił jej pozo­stać na miej­scu. Spę­dziw­szy nieco czasu przy łóżku Jane, matka i trzy pozo­stałe córki udały się do jadalni na zapro­sze­nie panny Bin­gley, by się z nią przy­wi­tać. Na ich widok pan Bin­gley wyra­ził nadzieję, że pani Ben­net nie zna­la­zła córki w sta­nie gor­szym, niż się spo­dzie­wała.

- Ow­szem, sir - padła odpo­wiedź. - Jest zde­cy­do­wa­nie zbyt chora, by mogła podró­żo­wać. Pan Jones jest zda­nia, że nie powinna na razie wra­cać do domu. Będziemy więc zmu­szeni jesz­cze przez jakiś czas korzy­stać z pań­skiej gościn­no­ści.

- Wra­cać! - zawo­łał Bin­gley. - Ależ nie ma o czym mówić. Jestem prze­ko­nany, że moja sio­stra nie będzie chciała nawet sły­szeć o jej powro­cie.

- Może być pani pewna - wyce­dziła panna Ben­net z chłodną uprzej­mo­ścią - że panna Ben­net może liczyć na wszel­kie moż­liwe względy tak długo, dopóki u nas pozo­sta­nie.

Pani Ben­net nie posia­dała się z wdzięcz­no­ści.

- Doprawdy - rze­kła - gdyby nie tak dobrzy przy­ja­ciele, nie wiem, co by się z nią stało; jest bez wąt­pie­nia ciężko chora i cierpi ogrom­nie, choć znosi swoją dolę z aniel­ską cier­pli­wo­ścią. Zawsze taka była; to naj­słod­sza istota na świe­cie. Czę­sto powta­rzam moim pozo­sta­łym cór­kom, że nie mogą się z nią rów­nać. Jaki piękny salon, panie Bin­gley, i cóż za widok roz­po­ściera się stąd na tę żwi­ro­waną alejkę. Nie ma w oko­licy bar­dziej uro­kli­wego miej­sca niż Nether­field. Tuszę, iż nie zechcesz pan porzu­cić go zbyt szybko, choć wyna­ją­łeś je na tak krótki czas.

- Zawsze dzia­łam pochop­nie - odrzekł pan domu. - Gdy­bym więc zde­cy­do­wał się opu­ścić Nether­field, był­bym zapewne gotów do odjazdu po pię­ciu minu­tach. Wydaje mi się jed­nak, że nie­prędko będę miał na to ochotę.

- Nie spo­dzie­wa­łam się po panu niczego innego - powie­działa Eli­za­beth.

- Ach, więc pani zaczy­nasz mnie rozu­mieć! - zawo­łał, obra­ca­jąc się ku niej.

- O tak! Rozu­miem pana dosko­nale.

- Chciał­bym móc uznać te słowa za kom­ple­ment; oba­wiam się jed­nak, że to żało­sne: być tak łatwym do przej­rze­nia.

- Nie­ko­niecz­nie. Cha­rak­ter skryty i nie­prze­wi­dy­walny nie musi prze­cież być wart ani wię­cej, ani też mniej od pań­skiego.

- Lizzy! - zawo­łała jej matka. - Nie zapo­mi­naj, gdzie jesteś, i nie zaga­lo­po­wuj się w swo­ich wywo­dach, jak to zwy­kłaś czy­nić w domu.

- Nie wie­dzia­łem dotąd - cią­gnął Bin­gley, nie­zra­żony - że zaj­mu­jesz się pani stu­dio­wa­niem cha­rak­te­rów ludz­kich. To bez wąt­pie­nia pasjo­nu­jące zaję­cie.

- Ow­szem, lecz skryte cha­rak­tery są naj­bar­dziej eks­cy­tu­jące. Mają przy­naj­mniej tę jedną zaletę.

- Życie na wsi - ode­zwał się Darcy - nie przy­spa­rza pani zapewne mate­riału do badań. Miesz­ka­jąc tutaj, obraca się pani w bar­dzo ogra­ni­czo­nym i jed­no­rod­nym śro­do­wi­sku.

- A jed­nak ludzie zmie­niają się tak bar­dzo, że zawsze można dostrzec w nich coraz to coś nowego.

- Istot­nie! - zawo­łała pani Ben­net, ura­żona komen­ta­rzem Darcy'ego na temat życia na wsi. - Zapew­niam pana, że pod tym wzglę­dem na wsi dzieje się nie mniej niż w mie­ście.

Wypo­wiedź ta zasko­czyła wszyst­kich, Darcy zaś spoj­rzał na nią prze­cią­gle i odwró­cił się bez słowa. Pani Ben­net, wyobra­ża­jąc sobie, że odnio­sła nad nim zwy­cię­stwo, cią­gnęła trium­fal­nie:

- Co do mnie, nie dostrze­gam, aby Lon­dyn był o wiele lep­szy od wsi, choć istot­nie są tam te wszyst­kie sklepy i miej­sca publiczne. Jed­nak na wsi jest o wiele przy­jem­niej, czyż nie, panie Bin­gley?

- Gdy jestem na wsi - odparł - ni­gdy nie chce mi się stąd wyjeż­dżać, tak samo jed­nak czuję się w Lon­dy­nie. Każde z tych miejsc ma swoje zalety, a ja i tu, i tam potra­fię być rów­nie szczę­śliwy.

- No tak; to już kwe­stia pań­skiego cha­rak­teru. Jed­nak ten dżen­tel­men - rzu­ciła okiem ku Darcy'emu - wydaje się sądzić, że wieś jest nic nie­warta.

- Doprawdy, mamo, mylisz się - wtrą­ciła Eli­za­beth, rumie­niąc się z zaże­no­wa­nia. - Źle zro­zu­mia­łaś pana Darcy'ego. Chciał jedy­nie powie­dzieć, że na wsi nie spo­tyka się tak wielu typów ludz­kich jak w mie­ście, a musisz przy­znać, że to prawda.

- Z pew­no­ścią, kocha­nie, nikt nie twier­dzi, że jest ina­czej; jeśli jed­nak cho­dzi o spo­ty­ka­nie wielu ludzi w naszej oko­licy, jestem prze­ko­nana, że mało gdzie jest ich tylu, co u nas. Utrzy­mu­jemy wszak sto­sunki towa­rzy­skie z dwu­dzie­stoma czte­rema rodzi­nami18.

Bin­gley zdo­łał powstrzy­mać się od śmie­chu jedy­nie przez wzgląd na Eli­za­beth. Jego sio­stra nie wyka­zała się tak daleko idącą deli­kat­no­ścią; spoj­rzała na pana Darcy'ego z wymow­nym uśmiesz­kiem. Eli­za­beth, chcąc nakło­nić matkę do zmiany tematu, spy­tała, czy Char­lotte Lucas odwie­dzała Long­bo­urn od chwili jej wyjazdu.

- Tak, była u nas wczo­raj z ojcem. Cóż za prze­miły czło­wiek z tego sir Wil­liama, czyż nie, panie Bin­gley? I taki ele­gancki! Uprzejmy i ser­deczny! Zawsze potrafi grzecz­nie roz­ma­wiać z każ­dym. Oto, jak wyobra­żam sobie dobre wycho­wa­nie; ci wszy­scy wynio­śli, pyszni milcz­ko­wie, w isto­cie nie mają o nim poję­cia.

- Czy Char­lotte zja­dła z wami obiad?

- Nie, poje­chała do domu. Zdaje mi się, że była potrzebna przy wypieku ciast. Jeśli o mnie cho­dzi, panie Bin­gley, od tego mam słu­żą­cych, by się zaj­mo­wali pracą; moje córki wycho­wuję zgoła ina­czej. No ale każdy czyni tak, jak uważa za sto­sowne, a dziew­czynki Luca­sów to bar­dzo dobre dzieci, zapew­niam pana. Szkoda tylko, że nie są ład­niej­sze! Nie chcę przez to powie­dzieć, że uwa­żam Char­lotte za wybit­nie pospo­litą, bo też jest naszą szcze­gólną przy­ja­ciółką.

- Wydaje się bar­dzo miłą młodą damą.

- O tak! Przy­zna pan jed­nak, że jest pospo­lita. Sama pani Lucas czę­sto to przy­znaje, zazdrosz­cząc mi urody Jane. Nie lubię prze­chwa­lać się swo­imi dziećmi, ale co prawda, to prawda, rzadko spo­tyka się dziew­częta tak uro­dziwe jak ona. Każdy tak mówi. Nie jest to więc wyłącz­nie moja stron­ni­cza opi­nia. Gdy miała zale­d­wie pięt­na­ście lat, gości­li­śmy w Lon­dy­nie u mego brata, Gar­di­nera, i pewien męż­czy­zna zako­chał się w niej tak, że moja bra­towa była pewna, iż oświad­czy się jesz­cze przed naszym wyjaz­dem. Nie zro­bił tego jed­nak. Być może uznał, że jest zbyt młoda. Napi­sał jed­nak o niej kilka wier­szy, zaiste bar­dzo ład­nych.

- I tak skoń­czyło się wiel­kie uczu­cie - rze­kła nie­cier­pli­wie Eli­za­beth. - Przy­pusz­czam, że tak samo jak wiele innych. Zasta­na­wiam się, kto pierw­szy odkrył, że poezja ma moc nisz­cze­nia miło­ści!

- Zawsze dotąd uwa­ża­łem, że poezja to pokarm miło­ści - rzekł Darcy.

- Och, jeśli cho­dzi o miłość zdrową i silną, być może tak. To, co zdą­żyło roz­wi­nąć się i nabrać mocy, może kar­mić się byle czym. Jeśli jed­nak mówimy o uczu­ciu, które dopiero się rodzi, jestem pewna, że wystar­czy jeden sąż­ni­sty sonet, by poło­żyć mu kres.

Darcy uśmiech­nął się tylko; zapa­dła cisza i Eli­za­beth zasta­na­wiała się z drże­niem serca, czy matka za chwilę nie powie znów cze­goś, czym mogłaby się ośmie­szyć. Chciała pod­jąć jakiś temat, ale nic nie przy­cho­dziło jej do głowy, a po krót­kiej chwili pani Ben­net zaczęła znów dzię­ko­wać panu Bin­gley­owi za jego ser­decz­ność wobec Jane i prze­pra­szać za dodat­kowy kło­pot, jaki mu spra­wia obec­no­ścią Lizzy. Pan Bin­gley trak­to­wał ją wciąż z nie­na­ganną uprzej­mo­ścią, zmu­sza­jąc zara­zem młod­szą sio­strę, by zacho­wała się rów­nie uprzej­mie i sto­sow­nie do oka­zji. Ode­grała swoją rolę nie­zbyt prze­ko­nu­jąco, ale dość dobrze, by zado­wo­lić w pełni panią Ben­net, która nie­ba­wem popro­siła, by przy­go­to­wano jej powóz. Wtedy to naj­młod­sza z jej córek wystą­piła naprzód. Przez całą wizytę szep­tały wspól­nie z Cathe­rine i usta­liły, że to naj­młod­sza przy­po­mni panu Bin­gley­owi o obiet­nicy, jaką zło­żył zaraz po przy­jeź­dzie na wieś - że wyda nie­ba­wem bal w Nether­field.

Lydia była postawną, wyro­śniętą pięt­na­sto­latką o ład­nej cerze i pogod­nej buzi - ulu­bie­nicą matki, która mając do niej sła­bość, bar­dzo wcze­śnie wpro­wa­dziła ją w towa­rzy­stwo. Nie bra­ko­wało jej ener­gii, ale też próż­no­ści, która wzmo­gła się ostat­nio w wyniku aten­cji oka­zy­wa­nej jej przez ofi­ce­rów, chęt­nie bywa­ją­cych u wujo­stwa dziew­cząt zarówno ze względu na smaczne obiady, jak i śmia­łość w obej­ściu Lydii. Dla­tego też bez stra­chu zwró­ciła się do pana Bin­gleya, pyta­jąc bez ogró­dek o obie­cany bal; dodała przy tym, że byłoby naj­gor­szą hańbą dla niego nie dotrzy­mać obiet­nicy. Odpo­wiedź na ten gwał­towny atak była niczym muzyka dla uszu matki:

- Zapew­niam panią, że jestem abso­lut­nie gotów dotrzy­mać zobo­wią­za­nia; gdy tylko pani sio­stra wyzdro­wieje, popro­szę, aby wyzna­czyła pani datę balu. Nie chcia­łaby pani z pew­no­ścią tań­czyć, gdy sio­stra leży chora.

Lydia wyra­ziła zado­wo­le­nie.

- Och, tak! O wiele lepiej będzie zacze­kać, aż Jane poczuje się lepiej; naj­pew­niej do tego czasu kapi­tan Car­ter zdąży wró­cić do Mery­ton. A kiedy już pan wyda swój bal - dodała - zadbam, aby i woj­skowi urzą­dzili swój wła­sny. Powiem puł­kow­ni­kowi For­ste­rowi, że okry­liby się wsty­dem, gdyby tego nie zro­bili.

Następ­nie pani Ben­net i jej córki odje­chały, a Eli­za­beth natych­miast wró­ciła do pokoju Jane, aby obie damy i pan Darcy mogli do woli komen­to­wać zacho­wa­nie jej krew­nych. Ten ostatni jed­nak żadną miarą nie chciał dołą­czyć do drwin z Eli­za­beth, mimo nie­zli­czo­nych żar­ci­ków panny Bin­gley na temat jej "pięk­nych oczu".

Rozdział X

Dzień minął nie­mal tak samo jak poprzedni. Pani Hurst i panna Bin­gley spę­dziły kilka poran­nych godzin u boku cho­rej, któ­rej stan, choć powoli, stale się popra­wiał; wie­czo­rem zaś Eli­za­beth dołą­czyła do towa­rzy­stwa w bawialni. Tym razem jed­nak nie grano w karty. Pan Darcy pisał, panna Bin­gley zaś, sie­dząc obok niego, patrzyła, jak dopi­suje kolejne zda­nia, i nie­ustan­nie prze­ry­wała mu proś­bami o prze­ka­za­nie takiej czy innej wie­ści jego sio­strze. Pan Hurst i pan Bin­gley grali w pikietę19, zaś pani Hurst przy­glą­dała się roz­grywce.

Eli­za­beth zajęła się robótką ręczną, skry­cie roz­ba­wiona przy­słu­chi­wa­niem się roz­mo­wie pana Darcy'ego z jego towa­rzyszką. Nie­ustanne uwagi damy, a to na temat cha­rak­teru pisma, a to znów rów­no­ści lini­jek czy dłu­go­ści listu, przyj­mo­wane były stale z nie­zmienną obo­jęt­no­ścią, zaś dzi­waczny dia­log pomię­dzy tymi dwoj­giem odzwier­cie­dlał wprost ide­al­nie opi­nię Eli­za­beth o jego uczest­ni­kach.

- Co za list! Otrzy­maw­szy go, panna Darcy będzie zachwy­cona!

Nie odpo­wie­dział.

- Pisze pan nie­zwy­kle szybko.

- Nic podob­nego. Piszę raczej wolno.

- Ileż listów musi pan pisać każ­dego roku! A w dodatku w inte­re­sach! Nie cier­pię tego!

- W takim razie tym lepiej, że to ja muszę je pisać, nie zaś pani.

- Pro­szę napi­sać sio­strze, że bar­dzo chcia­ła­bym ją zoba­czyć.

- Już jej to napi­sa­łem, na pani życze­nie.

- Wydaje mi się, że pań­skie pióro nie spra­wuje się dobrze. Pro­szę pozwo­lić mi je zatem­pe­ro­wać. Zna­ko­mi­cie tem­pe­ruję pióra.

- Dzię­kuję pani, ale wolę to robić sam.

- Jak pan to robi, że pisze pan tak równo?

Mil­cze­nie.

- Pro­szę prze­ka­zać sio­strze, że wia­do­mość, iż coraz lepiej radzi sobie z harfą, spra­wiła mi ogromną przy­jem­ność; pro­szę także dodać, że jestem zachwy­cona tym, jak ozdo­biła sto­lik, i że uwa­żam jej wzory za sto­kroć pięk­niej­sze od zdo­bień panny Gran­tley.

- Czy pozwoli pani, że zro­bię to w następ­nym liście? W tym nie mam już dość miej­sca, by uczy­nić to rze­tel­nie.

- Och, oczy­wi­ście! Prze­cież i tak zoba­czę się z nią w stycz­niu. Czy zawsze pisze pan do sio­stry tak cza­ru­jąco dłu­gie listy, panie Darcy?

- Zwy­kle są dłu­gie; czy są cza­ru­jące, nie mnie to oce­niać.

- Oso­bi­ście jestem prze­ko­nana, że jeśli pisa­nie przy­cho­dzi komuś łatwo, z pew­no­ścią też pisze dobrze.

- To nie­tra­fiony kom­ple­ment, Caro­line - zawo­łał jej brat - aku­rat Darcy nie pisze z łatwo­ścią. Zbyt gor­li­wie szuka jak naj­dłuż­szych słów. Czyż nie, Darcy?

- Mój styl pisa­nia jest cał­ko­wi­cie odmienny od two­jego.

- Och! - zawo­łała panna Bin­gley. - Char­les pisze nad­zwy­czaj nie­dbale. Połowę każ­dego słowa pomija, a pismo ma nie­chlujne.

- Moje myśli bie­gną tak szybko, że bra­kuje mi czasu, by je wyra­zić, co spra­wia, że moje listy bywają nie­zro­zu­miałe dla adre­sa­tów.

- Pań­ska skrom­ność, panie Bin­gley - rze­kła Eli­za­beth - z pew­no­ścią roz­braja tych, któ­rzy chcie­liby pana skry­ty­ko­wać.

- Nie ma nic bar­dziej zwod­ni­czego - oświad­czył Darcy - nad pozór pokory. Czę­sto dowo­dzi on jedy­nie nie­prze­my­śla­nych opi­nii, nie­kiedy zaś skry­wa­nej próż­no­ści.

- A któ­rej z nich doszu­ka­łeś się w moim pokor­nym wyzna­niu?

- Skry­wa­nej pychy; w isto­cie rze­czy jesteś wręcz dumny z tego, że piszesz nie­po­rząd­nie, uwa­żasz bowiem, że wynika to z bystro­ści myśli i śmia­ło­ści, z jaką prze­le­wasz je na papier; cechy te zaś są w two­ich oczach, jeśli nie godne sza­cunku, to przy­naj­mniej wysoce inte­re­su­jące. Ludzie prędcy w dzia­ła­niu zwy­kle się tym cheł­pią, nie zwra­ca­jąc uwagi na towa­rzy­szącą pośpie­chowi nie­sta­ran­ność. Gdy powie­dzia­łeś dziś rano pani Ben­net, że gdy­byś pod­jął decy­zję o wyjeź­dzie z Nether­field, zro­bił­byś to w ciągu pię­ciu minut, było to w grun­cie rze­czy samo­chwal­stwem z two­jej strony; a wszak postę­pu­jąc w ten spo­sób, pozo­sta­wił­byś za sobą wiele nie­za­ła­twio­nych spraw, jaka zaś korzyść pły­nie z tego dla cie­bie lub dla innych?

- Doprawdy! - zawo­łał Bin­gley. - Tego już za wiele: pamię­tać komuś aż do wie­czora wszyst­kie głup­stwa, jakie wygło­sił od rana. A jed­nak, na honor, jestem prze­ko­nany, że to, co mówi­łem o sobie, jest prawdą, i na­dal w to wie­rzę. W każ­dym razie nie przy­bie­ra­łem pozy pręd­kiego postrze­leńca, by zro­bić wra­że­nie na damach.

- Nie wąt­pię, że w to wie­rzysz; i jestem rów­nież prze­ko­nany, że postą­pił­byś tak, jak mówisz. Jesteś naj­bar­dziej nie­prze­wi­dy­wal­nym czło­wie­kiem, jakiego znam. Gdy­byś nawet już wsia­dał na konia, a przy­ja­ciel rzekłby do cie­bie: "Bin­gleyu, zostań lepiej do przy­szłego tygo­dnia", pew­nie byś go posłu­chał, i nie poje­chał... Potem zaś wystar­czy­łoby jesz­cze jedno słowo, abyś nie ruszył się z miej­sca przez kolejny mie­siąc.

- Dowiódł pan jedy­nie tego - zawo­łała Eli­za­beth - że pan Bin­gley sam sie­bie nie doce­nia. Zapre­zen­to­wa­łeś go nam w dużo lep­szym świe­tle, niż on sam sie­bie przed­sta­wił.

- Ser­deczne dzięki - zwró­cił się do niej Bin­gley - oto przy­ganę mego przy­ja­ciela prze­mie­niła pani w kom­ple­ment sła­wiący sło­dycz mojego cha­rak­teru. Oba­wiam się jed­nak, że ten oto dżen­tel­men miał na myśli zupeł­nie co innego; on sam z pew­no­ścią myślałby o mnie lepiej, gdy­bym w podob­nych oko­licz­no­ściach bez­na­mięt­nie odmó­wił i odje­chał jak naj­szyb­ciej, popę­dza­jąc konie.

- Czy pan Darcy nie uważa wobec tego, że można podzi­wiać pana za kon­se­kwen­cję, z jaką zawsze działa pan pochop­nie?

- Doprawdy nie umiał­bym tego pani wyło­żyć dość jasno; Darcy musi prze­mó­wić sam za sie­bie.

- Chce­cie, bym roz­li­czył się przed wami z opi­nii, które uzna­li­ście za moje wła­sne, a któ­rych ni­gdy nie wypo­wie­dzia­łem. Jeśli jed­nak mamy roz­pa­try­wać tę sprawę tak, jak tu została przed­sta­wiona, zmu­szony jestem pro­sić pannę Ben­net, by pamię­tała przy tym, że ten przy­ja­ciel, który rze­komo pra­gnie powrotu Bin­gleya do domu, i prosi go, by wró­cił, nie podaje przy tym ani jed­nego argu­mentu na popar­cie swo­jej prośby.

- A zatem nie ceni pan ule­gło­ści wobec próśb przy­ja­ciół?

- Ule­głość nie­po­parta prze­ko­na­niem dowo­dzi według mnie braku roz­sądku obu stron.

- Wydaje mi się, panie Darcy, że nie bie­rze pan pod uwagę czyn­nika, jakim jest przy­jaźń i więź, którą ona rodzi. Wszak uczu­cie, jakim darzymy pro­szą­cego, spra­wia, że jeste­śmy skłonni ulec jego proś­bie, nie cze­ka­jąc na argu­menty. Nie mówię tu wprost o przy­kła­dzie, jaki pan podał, opi­su­jąc cha­rak­ter pana Bin­gleya. W grun­cie rze­czy możemy rów­nie dobrze zacze­kać, aż pojawi się oko­licz­ność przez pana wska­zana, a potem roz­pra­wiać o tym, jak też istot­nie zacho­wał się pań­ski przy­ja­ciel. Na ogół jed­nak w sto­sun­kach pomię­dzy ludźmi, któ­rych łączy przy­jaźń, gdy jeden z nich chce, aby drugi zmie­nił zda­nie w spra­wie nie­zbyt istot­nej, czy powin­ni­śmy myśleć źle o tym, który mu ustę­puje, nie cze­ka­jąc na argu­menty? Czy nie nale­ża­łoby raczej, zanim podej­miemy dal­sze roz­wa­ża­nia, usta­lić bar­dziej pre­cy­zyj­nie, na ile istotny jest przed­miot tej prośby, a także sto­pień zaży­ło­ści pomię­dzy stro­nami?

- Jak naj­bar­dziej! - zawo­łał Bin­gley. - Roz­ważmy wszyst­kie szcze­góły, nie zapo­mi­na­jąc, że każdy z nich ma swoją wagę. To bowiem, panno Ben­net, może mieć o wiele więk­sze zna­cze­nie w tej dys­ku­sji, niż się pani zdaje. Zarę­czam pani, że gdyby Darcy nie był tak potężny i wysoki, nie darzył­bym go nawet w poło­wie tak wiel­kim sza­cun­kiem. Doprawdy nie znam nikogo, kto zacho­wy­wałby się gorzej niż on, przy­naj­mniej w pew­nych oko­licz­no­ściach i miej­scach, szcze­gól­nie zaś w jego wła­snym domu, w nie­dzielne wie­czory, gdy jest znu­dzony bez­czyn­no­ścią.

Pan Darcy uśmiech­nął się, Eli­za­beth odnio­sła jed­nak wra­że­nie, że słowa przy­ja­ciela ura­ziły go, powstrzy­mała więc śmiech. Panna Bin­gley natych­miast wsta­wiła się za obra­żo­nym i skar­ciła brata, by nie opo­wia­dał głupstw.

- Przej­rza­łem cię, Bin­gley - rzekł jego przy­ja­ciel. - Nie lubisz takich dys­ku­sji i chcia­łeś poło­żyć kres naszym wywo­dom.

- Być może masz rację. Dys­ku­sje tego rodzaju zanadto zbli­żają się do spo­rów. Jeśli ty i panna Ben­net będzie­cie tak mili, by wstrzy­mać się z dal­szymi roz­wa­ża­niami do chwili, kiedy wyjdę, będę ogrom­nie wdzięczny; potem zaś może­cie o mnie mówić, co wam się podoba.

- Jeśli o mnie cho­dzi - ode­zwała się Eli­za­beth - nie będzie to żadne poświę­ce­nie; pan Darcy zaś powi­nien zapewne sku­pić się na pisa­niu.

Pan Darcy poszedł za jej radą i zabrał się na powrót do pisa­nia listu.

Kiedy skoń­czył, popro­sił pannę Bin­gley i Eli­za­beth, aby zechciały coś zagrać i zaśpie­wać. Panna Bin­gley żwawo ruszyła w kie­runku for­te­pianu; zatrzy­maw­szy się na chwilę, uprzej­mie zapro­po­no­wała Eli­za­beth pierw­szeń­stwo, gdy jed­nak ta odmó­wiła rów­nie uprzej­mie, lecz bar­dziej szcze­rze, usa­do­wiła się przy instru­men­cie.

Pani Hurst śpie­wała wraz z sio­strą; tym­cza­sem Eli­za­beth, prze­glą­da­jąc nuty, nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że pan Darcy nader czę­sto kie­ruje na nią wzrok. Nie potra­fiła sobie nawet wyobra­zić, że mogłaby stać się obiek­tem uwiel­bie­nia tak wiel­kiego czło­wieka; jeśli jed­nak spo­glą­dał na nią wciąż, ponie­waż mu się nie podo­bała, było to tym bar­dziej dziwne. Wresz­cie doszła do wnio­sku, że zapewne przy­ciąga jego uwagę, ponie­waż ze wszyst­kich osób obec­nych w bawialni, to ona w naj­mniej­szym stop­niu speł­nia przy­jęte przez niego kry­te­ria tego, co wła­ściwe i godne pochwały. Przy­pusz­cze­nie to nie było jej przy­kre. Zbyt mało żywiła do niego sym­pa­tii, by łak­nąć jego apro­baty.

Panna Bin­gley odśpie­wała kilka pie­śni wło­skich, po czym zaczęła grać skoczną melo­dię rodem ze Szko­cji; już po chwili pan Darcy przy­su­nął się do Eli­za­beth.

- Czy nie czuje pani pokusy, panno Ben­net, aby zatań­czyć reela?20 - spy­tał.

Uśmiech­nęła się, lecz nic nie rze­kła. Powtó­rzył więc pyta­nie, nieco zasko­czony jej mil­cze­niem.

- Och! - odparła. - Sły­sza­łam pana za pierw­szym razem, ale nie potra­fi­łam od razu zde­cy­do­wać się, co mam panu odpo­wie­dzieć. Wiem, że chciał pan, abym powie­działa "tak", dzięki czemu zyskałby pan oka­zję, by skry­ty­ko­wać mój gust; ja jed­nak lubuję się w krzy­żo­wa­niu takich pla­nów i chęt­nie pozba­wiam szy­der­ców oka­zji do oka­za­nia wzgardy. Dla­tego posta­no­wi­łam, że odpo­wiem panu, iż wcale nie mam ochoty tań­czyć reela; teraz zaś możesz mnie pan skry­ty­ko­wać, jeśli się ośmie­lisz.

- W rze­czy samej, nie miał­bym śmia­ło­ści.

Eli­za­beth, która spo­dzie­wała się, że zapewne go urazi, była zdu­miona tą uprzej­mo­ścią. Nie zda­wała sobie sprawy, że jej zacho­wa­nie łączy sło­dycz z żar­to­bli­wo­ścią w spo­sób tak ujmu­jący, że trudno byłoby jej ura­zić kogo­kol­wiek; Darcy zaś ni­gdy dotąd nie był tak zauro­czony żadną kobietą. W isto­cie, był wprost pewny, że gdyby nie jej pospo­lite pocho­dze­nie, zna­la­złby się w poważ­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

Panna Bin­gley widziała lub podej­rze­wała dość, by być zazdro­sną, a do ogrom­nej tro­ski o zdro­wie uko­cha­nej przy­ja­ciółki, Jane, dołą­czyła gorąca chęć pozby­cia się Eli­za­beth.

Wie­lo­krot­nie pró­bo­wała spro­wo­ko­wać Darcy'ego do wyra­że­nia nie­chęci wobec gościa, snu­jąc supo­zy­cje na temat jego domnie­ma­nych pla­nów mał­żeń­skich i wróżby na przy­szłość.

- Mam nadzieję - zwró­ciła się do niego następ­nego ranka, gdy spa­ce­ro­wali wśród krze­wów - że gdy upra­gniona chwila wresz­cie nastąpi, udzie­lisz pan swo­jej teścio­wej kilku wska­zó­wek na temat korzy­ści, jaką nie­sie za sobą mil­cze­nie; może też zdo­łasz pan zabro­nić jej młod­szym cór­kom flir­to­wa­nia z ofi­ce­rami. Jeśli zaś wolno mi poru­szyć tak deli­katną kwe­stię, byłoby dobrze, gdy­byś przyj­rzał się pan pew­nym cechom cha­rak­teru twej wybranki, które gra­ni­czą nie­mal z zaro­zu­mial­stwem i imper­ty­nen­cją.

- Czy ma pani jesz­cze jakieś uwagi co do mego szczę­ścia rodzin­nego?

- Ależ ow­szem! Pro­szę koniecz­nie powie­sić por­trety wujo­stwa Phil­lips w gale­rii w Pem­ber­ley. Naj­le­piej obok podo­bi­zny pań­skiego stry­jecz­nego dziadka, który był sędzią. Obaj pano­wie są wszak przed­sta­wi­cie­lami tej samej pro­fe­sji, choć róż­nych jej linii. Co zaś do por­tretu Eli­za­beth, no cóż, raczej będzie pan musiał z niego zre­zy­gno­wać: jaki malarz zdo­łałby wszak oddać piękno jej oczu?

- Istot­nie, nie byłoby łatwo uchwy­cić ich wyraz, lecz por­tre­ci­sta mógłby oddać wier­nie ich kolor i kształt, a także rzęsy, które są wyjąt­kowo dłu­gie i piękne.

W tej samej chwili natknęli się na panią Hurst i Eli­za­beth, które nade­szły inną ścieżką.

- Nie wie­dzia­łam, że wybie­ra­cie się na spa­cer - rze­kła panna Bin­gley z pew­nym zmie­sza­niem, pełna obawy, że usły­szały ich roz­mowę.

- Postą­pi­li­ście wobec nas okrop­nie - odparła pani Hurst - kto to widział, tak uciec bez słowa, nie mówiąc nikomu, że idzie­cie na prze­chadzkę.

Następ­nie ujęła pana Darcy'ego pod wolne ramię, pozo­sta­wia­jąc Eli­za­beth z tyłu. Na ścieżce mie­ściły się jedy­nie trzy osoby. Pan Darcy uznał to za nie­grzeczne, powie­dział więc szybko:

- Ścieżka jest zbyt wąska, byśmy mogli iść tędy wszy­scy razem. Przejdźmy do alei.

Eli­za­beth jed­nak, która nie miała naj­mniej­szej ochoty im towa­rzy­szyć, odrze­kła ze śmie­chem:

- Ależ nie; zostań­cie tutaj. Two­rzy­cie pań­stwo doprawdy piękną grupę. Czwarta osoba zakłó­ci­łaby tylko malow­ni­czość tego obrazu21. Do zoba­cze­nia.

Po czym ode­szła prędko, z ulgą, że za dzień lub dwa będzie już w domu. Jane czuła się bowiem dość dobrze, by nabrać ochoty na spę­dze­nie czę­ści wie­czoru poza swym poko­jem.

Rozdział XI

Kiedy panie wyszły po obie­dzie, Eli­za­beth pobie­gła do sio­stry, a widząc ją cie­pło ubraną, zapro­wa­dziła ją do bawialni, gdzie przy­ja­ciółki powi­tały wcho­dzącą licz­nymi okrzy­kami rado­ści; Eli­za­beth ni­gdy wcze­śniej nie widziała, aby zacho­wy­wały się tak miło, jak w ciągu tej godziny spę­dzo­nej razem, zanim nade­szli pano­wie. W roz­mo­wie wspi­nały się na szczyty elo­kwen­cji. Przy­ję­cia opi­sy­wały w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, aneg­do­tom przy­da­wały szczyptę humoru, zna­jo­mych zaś wyśmie­wały szcze­rze i od serca.

Kiedy jed­nak nade­szli pano­wie, Jane zeszła na dal­szy plan; oczy panny Bin­gley zwró­ciły się natych­miast na Darcy'ego i od razu miała mu moc do powie­dze­nia. On tym­cza­sem skie­ro­wał się do star­szej panny Ben­net, uprzej­mie wyra­ża­jąc radość z powodu poprawy jej samo­po­czu­cia. Pani Hurst rów­nież skło­niła się lekko, mówiąc, że "bar­dzo się cie­szy"; jed­nak dopiero Bin­gley dał pokaz praw­dzi­wie ser­decz­nej wylew­no­ści. Wprost kipiał rado­ścią i tro­ską zara­zem. Przez pierw­sze pół godziny dokła­dał do ognia, by chłód panu­jący w bawialni nie oka­zał się dla Jane zbyt dotkliwy; następ­nie, na jego prośbę, usia­dła po dru­giej stro­nie kominka, dalej od drzwi. On zaś zajął miej­sce przy niej i odtąd nie­wiele roz­ma­wiał z pozo­sta­łymi. Eli­za­beth, sie­dząca naprze­ciwko, patrzyła na to z wiel­kim ukon­ten­to­wa­niem.

Gdy pod­wie­czo­rek się skoń­czył, pan Hurst jął nama­wiać szwa­gierkę na karty, ale na próżno. Dowie­działa się bowiem pouf­nie, że pan Darcy nie ma ochoty na grę, i pan Hurst nie miał innego wyj­ścia, jak tylko pogo­dzić się z otwartą odmową. Zapew­niła go, że nikt nie miał zamiaru grać, zaś mil­cze­nie pozo­sta­łych zda­wało się potwier­dzać jej słowa. Pan Hurst nie miał więc nic innego do roboty, jak wycią­gnąć się na jed­nej z sof i zapaść w drzemkę. Darcy wziął książkę; to samo zro­biła panna Bin­gley. Pani Hurst bawiła się z zapa­łem swymi bran­so­let­kami i pier­ścion­kami, od czasu do czasu włą­cza­jąc się w roz­mowę brata z panną Ben­net.

Panna Bin­gley poświę­cała tyleż uwagi śle­dze­niu postę­pów pana Darcy'ego w lek­tu­rze, co wła­snej książce; nie­ustan­nie też zada­wała mu pyta­nia lub czy­tała mu przez ramię. Nie potra­fiła jed­nak skło­nić go do roz­mowy; udzie­lał jej kolej­nych odpo­wie­dzi i czy­tał dalej. Wresz­cie, naj­wy­raź­niej zmę­czona pró­bami roze­rwa­nia się za pomocą książki (wybra­nej przez nią wyłącz­nie dla­tego, że był to drugi tom dzieła, które czy­tał Darcy), ziew­nęła sze­roko i rze­kła:

- Jakże miło jest spę­dzać wie­czór w ten spo­sób! Muszę powie­dzieć, że żadna przy­jem­ność nie może się rów­nać z czy­ta­niem! O ileż szyb­ciej męczy nas wszystko poza książką! Gdy będę miała wła­sny dom, musi się w nim zna­leźć wspa­niała biblio­teka, ina­czej będę po pro­stu nie­szczę­śliwa.

Nikt nie odpo­wie­dział. Ziew­nęła znowu, odrzu­ciła książkę i rozej­rzała się po pokoju w poszu­ki­wa­niu pożywki dla swego poczu­cia humoru, a usły­szaw­szy, że jej brat opo­wiada pan­nie Ben­net o pla­no­wa­nym balu, zwró­ciła się do niego tymi słowy:

- Doprawdy, Char­le­sie, ty istot­nie chcesz urzą­dzić bal w Nether­field? Na twoim miej­scu przed pod­ję­ciem decy­zji pora­dzi­ła­bym się tu obec­nych; jeśli się nie mylę, są tu osoby, dla któ­rych bal byłby raczej karą niż przy­jem­no­ścią.

- Jeśli masz na myśli Darcy'ego - zawo­łał jej brat - to może spo­koj­nie poło­żyć się do łóżka, zanim jesz­cze zaczniemy zabawę. Jeśli jed­nak cho­dzi o bal, to już posta­no­wione; gdy tylko Nicholls przy­go­tuje wystar­cza­jącą ilość bia­łej zupy22, roze­ślę zapro­sze­nia.

- Lubi­ła­bym bale o wiele bar­dziej - odparła - gdyby odby­wały się ina­czej; jed­nak powszech­nie przy­jęty ich prze­bieg ma w sobie coś nie­sły­cha­nie nużą­cego. O ileż roz­sąd­niej byłoby, gdyby głów­nym punk­tem pro­gramu były roz­mowy, a nie tańce.

- O wiele roz­sąd­niej, droga Caro­line, z pew­no­ścią; tyle że w takim przy­padku nie byłby to już bal.

Panna Bin­gley nie odpo­wie­działa; po chwili wstała z miej­sca i zaczęła cho­dzić po bawialni. Miała dobrą figurę i poru­szała się z gra­cją; jed­nak Darcy, w któ­rego wymie­rzona była ta demon­stra­cja, pozo­stał nie­wzru­szony. W osta­tecz­nej despe­ra­cji zdo­była się więc na ostatni wysi­łek i zwró­ciła się do Eli­za­beth:

- Panno Ben­net, zachę­cam panią, aby poszła pani za moim przy­kła­dem. Prze­kona się pani, jaka to ulga, roz­pro­sto­wać się po dłu­gim sie­dze­niu w tej samej pozy­cji.

Eli­za­beth, choć zdzi­wiona, od razu wyra­ziła zgodę. Panna Bin­gley osią­gnęła ukryty cel swej uprzej­mo­ści - pan Darcy pod­niósł głowę. Był rów­nie zdzi­wiony nagłą aten­cją ze strony panny Bin­gley, jak sama Eli­za­beth, i bez­wied­nie zamknął książkę. Zapro­szony, by dołą­czyć do obu dam, odmó­wił jed­nak, zauwa­ża­jąc, że mogą ist­nieć jedy­nie dwa powody, dla któ­rych spa­ce­rują one wspól­nie po pokoju; bez względu na to, który z nich im przy­świeca, przy­łą­cza­jąc się do nich, unie­moż­li­wiłby jego osią­gnię­cie. Co też mógł mieć na myśli? Panna Bin­gley umie­rała z cie­ka­wo­ści. Wresz­cie spy­tała Eli­za­beth, czy zro­zu­miała tę uwagę.

- Ani tro­chę - brzmiała odpo­wiedź. - Może pani jed­nak być pewna, że kryje się za nią dawka kry­ty­cy­zmu, a naj­lep­szy spo­sób, by roz­cza­ro­wać tego, który zasta­wił na nas pułapkę, to po pro­stu nie zada­wać pytań.

Panna Bin­gley nie mogła jed­nak ścier­pieć myśli, że pan Darcy mógłby przez nią poczuć się roz­cza­ro­wany, nale­gała więc, aby wyja­śnił, o jakie dwa cele mu cho­dzi.

- Zupeł­nie nic nie stoi na prze­szko­dzie, abym to wyja­śnił - rzekł, gdy tylko dopu­ściła go do słowa. - Wybie­ra­cie panie taki spo­sób spę­dze­nia wie­czoru, ponie­waż nabra­ły­ście chęci na wza­jemne zwie­rze­nia, macie do omó­wie­nia jakieś poufne sprawy lub też macie świa­do­mość, że wasze syl­wetki naj­pięk­niej wyglą­dają w ruchu; w tym pierw­szym wypadku prze­szka­dzał­bym wam; jeśli zaś przy­świeca wam drugi cel, dużo łatwiej jest mi was podzi­wiać z daleka, gdy sie­dzę przy kominku.

- Coś podob­nego! - wykrzyk­nęła panna Bin­gley. - To naj­okrop­niej­sza rzecz, jaką sły­sza­łam w życiu. Jak też możemy go uka­rać za tę prze­mowę?

- Nic prost­szego, jeśli tylko ma pani na to ochotę - odparła Eli­za­beth. - Każde z nas może drę­czyć i karać pozo­sta­łych. Możesz, pani, uciec się do szy­der­czych żar­tów i śmie­chu. Łączy was bli­ska zna­jo­mość, a zatem będziesz sama naj­le­piej wie­działa, jak to zro­bić.

- Doprawdy, nie mam poję­cia. Pro­szę mi wie­rzyć, że ta zaży­łość niczego podob­nego mnie nie nauczyła. Żar­to­wać z czło­wieka o tak spo­koj­nym cha­rak­te­rze i tak trzeź­wym umy­śle! Nie, nie; oba­wiam się, że to on wyszedłby z tej potyczki zwy­cię­sko. Co się zaś tyczy śmie­chu, nie nara­żajmy się na zarzut, że wyśmie­wamy kogoś, kto na to nie zasłu­guje. Pan Darcy może śmiało uznać, że nas poko­nał.

- A więc nie można wyśmie­wać pana Darcy'ego! - zawo­łała Eli­za­beth. - To doprawdy rzadki przy­wi­lej i mam nadzieję, że takim pozo­sta­nie. Oso­bi­ście czu­ła­bym się pokrzyw­dzona, gdyby cie­szyło się nim zbyt wielu moich zna­jo­mych. Uwiel­biam się śmiać.

- Panna Bin­gley - stwier­dził Darcy - pochle­bia mi o wiele bar­dziej, niż na to zasłu­guję. Nawet naj­mą­drzej­szy i naj­lep­szy z ludzi, ba!, nawet jego naj­mą­drzej­szy, naj­lep­szy uczy­nek może zostać uznany za śmieszny przez czło­wieka, który szuka w życiu wyłącz­nie oka­zji do żar­tów.

- Z pew­no­ścią - odparła Eli­za­beth - tacy ludzie ist­nieją, mam jed­nak nadzieję, że się do nich nie zali­czam. Tuszę, że nie zda­rza mi się drwić z tego co piękne i mądre. Głup­stwa i non­sensy, kaprysy i nie­kon­se­kwen­cje skła­niają mnie do śmie­chu, przy­znaję. Od tych jed­nak z pew­no­ścią jest pan wolny.

- Być może nikt nie jest od nich wolny cał­ko­wi­cie. Istot­nie jed­nak celem mojego życia jest uni­ka­nie sła­bo­ści, które nara­żają tęgie umy­sły na śmiesz­ność.

- Takich jak próż­ność i duma.

- Ow­szem, próż­ność jest wadą. Ale duma? Praw­dzi­wie świa­tły umysł potrafi zawsze ją trzy­mać na wodzy.

Eli­za­beth odwró­ciła się, by ukryć uśmiech.

- Domy­ślam się, że skoń­czyła już pani egza­mi­no­wać pana Darcy'ego? - spy­tała panna Bin­gley. - Z jakim rezul­ta­tem?

- Jestem abso­lut­nie prze­ko­nana, że pan Darcy nie posiada wad. Sam zresztą otwar­cie to przy­znaje.

- Nic podob­nego - sprze­ci­wił się Darcy. - Nie przy­pi­suję sobie dosko­na­ło­ści. Mam wiele wad, pochle­biam sobie jed­nak, że nie należą do nich nie­do­statki umy­słu. Nie ośmie­lił­bym się nato­miast ręczyć za przy­mioty mego cha­rak­teru. Wydaje mi się, że zbyt mało mam w sobie pokory: z pew­no­ścią zbyt mało, by było to wygodne dla świata. Nie umiem łatwo zapo­mnieć o cudzych występ­kach i wybry­kach ani też bez­bo­le­śnie wyzbyć się urazy. Nie pod­daję się łatwo per­swa­zji tych, któ­rzy pró­bują grać mi na uczu­ciach. Można zapewne powie­dzieć, że jestem zawzięty. Gdy ktoś raz straci w moich oczach, prze­kre­ślam go na zawsze.

- To doprawdy poważna wada! - zawo­łała Eli­za­beth. - Taka zapie­kłość kła­dzie się cie­niem na ludz­kim cha­rak­te­rze. Jeśli cho­dzi o mnie, wybrał pan dobrze. Rze­czy­wi­ście, w tej wadzie nie widzę niczego zabaw­nego. Mój śmiech panu nie grozi.

- Wydaje mi się, że każdy typ uspo­so­bie­nia wiąże się z okre­ślo­nym rodza­jem wad: wro­dzo­nych sła­bo­ści, któ­rych nie wypleni nawet naj­lep­sze wykształ­ce­nie.

- Zaś pana wadą jest nie­chęć wobec ludzi.

- Pani zaś - odparł z uśmie­chem - upo­rczywe dąże­nie, by umyśl­nie rozu­mieć ich na opak.

- Czas na odro­binę muzyki - zawo­łała panna Bin­gley, zmę­czona roz­mową, w któ­rej nie miała udziału. - Louiso, czy nie masz nic prze­ciwko temu, abym zbu­dziła pana Hur­sta?

Jej sio­stra nie miała naj­mniej­szych obiek­cji, otwarto więc for­te­pian; Darcy zaś po chwili reflek­sji uznał, że nie ma czego żało­wać. Zaczy­nał oba­wiać się, że poświęca Eli­za­beth zbyt wiele uwagi.

Rozdział XII

Następ­nego dnia rano, w wyniku zawar­tego przez sio­stry poro­zu­mie­nia, Eli­za­beth napi­sała do matki z prośbą, aby przy­słano po nie powóz w ciągu dnia. Jed­nakże pani Ben­net, która liczyła, że jej córki zostaną w Nether­field do następ­nego wtorku, co ozna­cza­łoby, że Jane spę­dzi tam cały tydzień, nie chciała zgo­dzić się na ich wcze­śniej­szy powrót. Jej odpo­wiedź była zatem nie­chętna, wbrew życze­niom Eli­za­beth, która nie­cier­pli­wie cze­kała, by zna­leźć się już w domu. Pani Ben­net poin­for­mo­wała je w liście, że nie otrzy­mają powozu aż do wtorku, w post­scrip­tum zaś dodała, że gdyby pan Bin­gley i jego sio­stra nale­gali na ich dłuż­szy pobyt, chęt­nie udzieli im na to pozwo­le­nia. Eli­za­beth była zde­cy­do­wana do tego nie dopu­ścić - nie spo­dzie­wała się też, by im to zapro­po­no­wano. Z dru­giej strony, oba­wia­jąc się, że stały się intru­zami korzy­sta­ją­cymi zbyt długo z gościn­no­ści gospo­da­rzy, nama­wiała Jane, aby ta popro­siła pana Bin­gleya, żeby poży­czył im swego powozu. Osta­tecz­nie sio­stry usta­liły, że muszą nad­mie­nić mu o pier­wot­nym pla­nie powrotu tego wła­śnie dnia i zwró­cić się do niego ze sto­sowną prośbą.

To jed­nak wywo­łało liczne okrzyki nie­po­koju; zaś życze­nia, by pozo­stały choć do jutra, były wyra­żane tak żar­li­wie, że przy­naj­mniej Jane ugięła się, i powrót prze­ło­żono na dzień kolejny. Panna Bin­gley poża­ło­wała zaraz tak gor­li­wie oka­za­nej gościn­no­ści, ponie­waż jej zazdrość i nie­chęć wobec jed­nej z sióstr prze­wyż­szyły tym­cza­sem znacz­nie ser­decz­ność wobec dru­giej.

Pan domu był nie­po­cie­szony na wieść, że sio­stry muszą odje­chać nie­ba­wem, i wie­lo­krot­nie pró­bo­wał prze­ko­nać pannę Ben­net, że nie powinna jesz­cze podró­żo­wać - nie wydo­brzała bowiem dosta­tecz­nie po cho­ro­bie. Jane potra­fiła jed­nak oka­zać nie­ugię­tość, gdy miała poczu­cie, że działa w słusz­nym celu.

Pan Darcy skry­cie ucie­szył się z tej wia­do­mo­ści - jego zda­niem Eli­za­beth prze­by­wała w Nether­field wystar­cza­jąco długo. Pocią­gała go bar­dziej, niż miał chęć to przed sobą przy­znać - zaś panna Bin­gley oka­zy­wała jej nie­uprzej­mość, wobec niego nato­miast wyka­zy­wała więk­szą niż zwy­kle skłon­ność do drwin. Posta­no­wił więc, że będzie szcze­gól­nie ostrożny i nie pozwoli sobie na żadne oznaki zain­te­re­so­wa­nia - nic, co mogłoby dać jej nadzieję na wspólną przy­szłość. Był zda­nia, że jeśli cokol­wiek w jego zacho­wa­niu dotąd mogło tę nadzieję wzbu­dzić, ostatni dzień będzie klu­czowy, dając jej solidne pod­stawy lub kru­sząc ją na pył. Dla­tego też przez całą sobotę wymie­nił z Eli­za­beth nie wię­cej niż dzie­sięć słów, i choć zda­rzyło się nawet, że pozo­stali na pół godziny sami, czym prę­dzej otwo­rzył książkę i zato­pił się w lek­tu­rze, nie spo­glą­da­jąc ani razu na swoją towa­rzyszkę.

W nie­dzielę po poran­nej mszy nastą­piło roz­sta­nie, ocze­ki­wane z utę­sk­nie­niem przez zde­cy­do­waną więk­szość towa­rzy­stwa. Panna Bin­gley stała się naraz nie­zwy­kle uprzejma dla Eli­za­beth, oka­zu­jąc zara­zem wyjąt­kową ser­decz­ność Jane; po czu­łym poże­gna­niu z tą ostat­nią, okra­szo­nym licz­nymi zapew­nie­niami, że wspa­niale będzie zawsze widzieć ją czy to w Long­bo­urn, czy też w Nether­field, i czu­łym uści­skiem, podała nawet dłoń tej pierw­szej. Eli­za­beth żegnała całe towa­rzy­stwo w cudow­nym humo­rze.

Matka powi­tała je w domu bez krzty entu­zja­zmu. Była zasko­czona ich przy­jaz­dem; uwa­żała też, że nie­po­trzeb­nie zro­biły wokół sie­bie tyle zamie­sza­nia i była abso­lut­nie pewna, że Jane znów prze­zię­biła się po dro­dze. Ojciec, choć lako­niczny w wyra­ża­niu uczuć, cie­szył się z ich powrotu, lubił bowiem mieć całą rodzinę przy sobie. Brak towa­rzy­stwa dwóch naj­star­szych córek spra­wiał, że wie­czorne poga­wędki rodzinne nie cie­szyły go tak jak zwy­kle.

Mary, jak zawsze, tkwiła z nosem w książ­kach, stu­diu­jąc pil­nie taj­niki zapisu nuto­wego i natury ludz­kiej; podzie­liła się z sio­strami gar­ścią nowych cyta­tów i uczy­niła kilka banal­nych spo­strze­żeń na temat moral­no­ści. Cathe­rine i Lydia tym­cza­sem miały dla nich inne wie­ści. Od zeszłej środy w regi­men­cie wiele zdą­żyło się wyda­rzyć. Kilku ofi­ce­rów przy­jęło zapro­sze­nie do wujo­stwa na kola­cję, pewien sze­re­go­wiec został uka­rany chło­stą, a także poja­wiły się pogło­ski, że puł­kow­nik For­ster żeni się.

Rozdział XIII

- Mam nadzieję, moja droga - rzekł pan Ben­net do żony, gdy następ­nego ranka jedli śnia­da­nie - że zaor­dy­no­wa­łaś na dzi­siaj dobry obiad, mam bowiem powody przy­pusz­czać, że będziemy mieli gościa.

- Kogo takiego, mój drogi? Nic o tym nie wiem, żeby ktoś się do nas wybie­rał; chyba że Char­lotte Lucas wpad­nie z wizytą, a śmiem mieć nadzieję, że moje obiady są dość dobre dla niej. Nie­czę­sto chyba bywa w takich domach jak nasz.

- Osoba, o któ­rej mówię, to dżen­tel­men, nikt nam bli­ski.

Oczy pani Ben­net zaiskrzyły się.

- Dżen­tel­men i nikt bli­ski! To pan Bin­gley, jestem tego pewna! No cóż, z ogromną przy­jem­no­ścią przyjmę pana Bin­gleya. Ale, dobry Boże! Cóż za nie­szczę­ście! Nie mamy ani kawałka ryby. Lydio, kocha­nie, zadzwoń po kucharkę, muszę natych­miast z nią poroz­ma­wiać.

- Nie cho­dzi o pana Bin­gleya - odrzekł jej mąż - to czło­wiek, któ­rego ni­gdy w życiu nie widzia­łem na oczy.

Ta infor­ma­cja wzbu­dziła ogólne poru­sze­nie, a pan Ben­net został natych­miast zasy­pany pyta­niami zarówno przez żonę, jak i wszyst­kie pięć córek naraz.

Przez pewien czas bawił się ich cie­ka­wo­ścią, po czym wyja­śnił:

- Mniej wię­cej mie­siąc temu otrzy­ma­łem list; dwa tygo­dnie temu udzie­li­łem odpo­wie­dzi, ponie­waż sprawa wydała mi się deli­katna; musia­łem wyka­zać się roz­wagą. Auto­rem listu jest mój kuzyn, pan Col­lins, który po mojej śmierci będzie mógł wyrzu­cić was z tego domu, gdy tylko przyj­dzie mu na to ochota.

- Och, mój drogi - zapła­kała jego żona - nie mogę tego słu­chać. Pro­szę, nie mów nic o tym okrop­nym czło­wieku. To naj­bo­le­śniej­sza rzecz pod słoń­cem wie­dzieć, że twój mają­tek zosta­nie ode­brany twoim wła­snym dzie­ciom. Jestem pewna, że na twoim miej­scu już dawno spró­bo­wa­ła­bym coś z tym zro­bić.

Jane i Eli­za­beth pod­jęły próbę wytłu­ma­cze­nia matce, czym jest majo­rat. Pró­bo­wały to zro­bić już wie­lo­krot­nie, jed­nak pani Ben­net nie była zdolna podejść do sprawy z roz­sąd­kiem - nie­ustan­nie skar­żyła się gorzko na okru­cień­stwo, jakim jest ode­bra­nie majątku rodzi­nie z piątką córek na rzecz czło­wieka, który nikogo z nich w ogóle nie obcho­dził.

- Nie­wąt­pli­wie cała ta sprawa to nie­go­dzi­wość - powie­dział pan Ben­net - i nic nie oczy­ści pana Col­linsa z winy, jaka spada na niego jako na dzie­dzica Long­bo­urn. Jeśli jed­nak prze­czy­tam ci jego list, być może jego spo­sób wyra­ża­nia się zmięk­czy nieco twoje serce.

- Nie, jestem pewna, że nie; uwa­żam też, że to wielka imper­ty­nen­cja z jego strony pisać do cie­bie, a także hipo­kry­zja. Nie cier­pię takich fał­szy­wych przy­ja­ciół. Dla­czego nie może po pro­stu kłó­cić się z tobą jak kie­dyś jego ojciec?

- Otóż wła­śnie; wydaje mi się, że pan Col­lins ma poczu­cie winy z powodu zacho­wa­nia ojca. Posłu­chaj tylko:

Huns­ford, w pobliżu Wester­ham, Kent, 15 paź­dzier­nika

Sza­nowny Panie,

nie­zgoda panu­jąca pomię­dzy Panem i moim czci­god­nym, nie­ży­ją­cym już ojcem zawsze napa­wała mnie nie­po­ko­jem, a odkąd nie­szczę­śli­wie opu­ścił ten padół, wie­lo­krot­nie odczu­wa­łem pokusę napra­wie­nia naszych sto­sun­ków; przez pewien czas powstrzy­my­wał mnie jed­nak lęk, że próba przy­wró­ce­nia dobrych rela­cji z oso­bami, z któ­rymi mój ojciec tak bar­dzo lubił się róż­nić, mogłaby zostać odczy­tana jako brak sza­cunku wobec niego...

- Widzisz, moja droga!

...Obec­nie jed­nak pod­ją­łem decy­zję, ponie­waż w cza­sie świąt wiel­ka­noc­nych otrzy­ma­łem ordy­na­cję, zaś przy tej oka­zji spo­tkał mnie ogromny zaszczyt - wyróż­niono mnie patro­na­tem Jaśnie Wiel­moż­nej lady Cathe­rine de Bourgh, wdowy po sir Lewi­sie de Bourgh. To Jej szczo­dro­ści i hoj­no­ści zawdzię­czam moż­li­wość obję­cia pro­bo­stwa w pobli­skiej para­fii, którą popro­wa­dzę, oka­zu­jąc nie­odmien­nie naj­wyż­szy sza­cu­nek mojej dobro­dziejce i speł­nia­jąc obrządki i cere­mo­nie usta­no­wione przez Kościół Anglii. Jako osoba duchowna, czuję się ponadto w obo­wiązku sze­rzyć bło­go­sła­wień­stwo pokoju wśród rodzin, które znaj­dują się w sfe­rze mego wpływu; dla­tego też pochle­biam sobie, iż moje sta­ra­nia można uznać za słuszne, zaś fakt, że mam odzie­dzi­czyć mają­tek Long­bo­urn nie sprawi, że odtrą­cisz pan ofia­ro­waną przeze mnie gałązkę oliwną. Nie mogę myśleć ina­czej niż z nie­po­ko­jem o krzyw­dzie, jaka spo­tka Twe uro­cze córki, i czuję potrzebę, by bła­gać cię o prze­ba­cze­nie, zapew­nia­jąc zara­zem o mej goto­wo­ści, by pod każ­dym wzglę­dem i zawsze iść im na rękę - lecz o tym za chwilę. Jeżeli nie ma Pan nic prze­ciw temu, aby przy­jąć mnie w swoim domu, chciał­bym dostą­pić zaszczytu odwie­dze­nia Pań­stwa w ponie­dzia­łek 18 listo­pada, o godzi­nie czwar­tej, następ­nie zaś korzy­stać z Pań­stwa gościn­no­ści do godziny siód­mej wie­czo­rem w sobotę, co nie będzie dla mnie kło­po­tem, ponie­waż lady Cathe­rine nie ma żad­nych zastrze­żeń, jeśli cho­dzi o moją nie­obec­ność w nie­które nie­dziele, pod warun­kiem że zatrud­niony zosta­nie zastępca - duchowny, który dopełni wszyst­kich obo­wiąz­ków.

Pozo­staję, drogi panie, z peł­nymi sza­cunku pozdro­wie­niami dla Pana żony i córek -

Wasz zawsze życz­li­wie o Was myślący przy­ja­ciel,

Wil­liam Col­lins

- A zatem o czwar­tej możemy spo­dzie­wać się tego nasta­wio­nego jakże poko­jowo dżen­tel­mena - rzekł pan Ben­net, skła­da­jąc list. - Wydaje mi się, że to nader sumienny i dobrze wycho­wany młody czło­wiek, a zna­jo­mość z nim bez wąt­pie­nia okaże się cenna; szcze­gól­nie jeśli lady Cathe­rine będzie dość wspa­nia­ło­myślna, by pozwo­lić mu odwie­dzić nas ponow­nie.

- To, co pisze o dziew­czę­tach, ma pewien sens; jeśli jest gotów podzie­lić mają­tek, ja z pew­no­ścią nie będę go do tego znie­chę­cać.

- Choć trudno zgad­nąć - rze­kła Jane - w jaki spo­sób pan Col­lins zechce ofia­ro­wać nam godziwe, według niego, zadość­uczy­nie­nie, sam zamiar należy uznać za chwa­lebny.

Eli­za­beth zwró­ciła głów­nie uwagę na nie­zwy­kły sza­cu­nek, jakim nadawca listu darzył lady Cathe­rine, jak rów­nież jego zbożny zamiar, by chrzcić, łączyć węzłem mał­żeń­skim i odpro­wa­dzać do grobu para­fian, sto­sow­nie do potrzeb.

- Wydaje mi się, że on jest dzi­wa­kiem - rze­kła. - Nie potra­fię go roz­szy­fro­wać. W jego stylu pisa­nia jest coś nie­zwy­kle pom­pa­tycz­nego. Co też ma na myśli, prze­pra­sza­jąc nas za to, że jest dzie­dzi­cem majątku? Nie możemy prze­cież spo­dzie­wać się, że prze­stałby nim być, gdyby mógł. Czy to moż­liwe, że to roz­sądny czło­wiek, papo?

- Nie, moja droga, nie sądzę. Mam ogromną nadzieję, że jest aku­rat odwrot­nie. Ten list to mie­szanka słu­żal­czo­ści i napu­sze­nia, co zdaje się obie­cu­jące. Nie mogę się docze­kać spo­tka­nia z nim.

- Pod wzglę­dem kom­po­zy­cji - rze­kła Mary - list wydaje się poprawny. Kon­cep­cja gałązki oliw­nej, choć nie cał­kiem nowa, jest raczej dobrze wyra­żona, jak sądzę.

Cathe­rine i Lydia nie zna­la­zły listu ani jego autora w naj­mniej­szym nawet stop­niu inte­re­su­ją­cymi. Było raczej nie­moż­liwe, aby ich kuzyn zja­wił się w czer­wo­nej kurtce od mun­duru woj­sko­wego, a od tygo­dni rzadko znaj­do­wały przy­jem­ność w towa­rzy­stwie męż­czyzn odzia­nych w stroje innej barwy. Co do ich matki, list pana Col­linsa wyle­czył ją w dużej mie­rze z nie­przy­chyl­nego nasta­wie­nia wobec niego, więc przy­go­to­wy­wała się do spo­tka­nia z nim ze spo­ko­jem, który zadzi­wił jej męża i córki.

Pan Col­lins poja­wił się punk­tu­al­nie i został powi­tany uprzej­mie przez całą rodzinę. Pan Ben­net mówił nie­wiele; panie były jed­nak dość chętne, by roz­ma­wiać, pan Col­lins zaś ani nie potrze­bo­wał zachęty ani też naj­wy­raź­niej nie czuł potrzeby, by mil­czeć. Był to wysoki i przy­sa­dzi­sty mło­dzie­niec w wieku lat dwu­dzie­stu pię­ciu. Nosił się dostoj­nie i uro­czy­ście, a jego maniery były nie­zwy­kle for­malne. Zale­d­wie usiadł­szy, skom­ple­men­to­wał panią Ben­net, mówiąc, że ma piękne córki; sły­szał ponoć wiele o ich uro­dzie, w tym jed­nak przy­padku plotka oka­zała się nie dorów­ny­wać praw­dzie. Dodał też, że nie wątpi, iż w sto­sow­nym cza­sie wszyst­kie będą spo­so­bić się do zamąż­pój­ścia. Ta uwaga nie wszyst­kim jego słu­cha­czom przy­pa­dła do gustu; pani Ben­net jed­nak, która zawsze chęt­nie przyj­mo­wała kom­ple­menty, odpo­wie­działa skwa­pli­wie:

- Jest pan doprawdy bar­dzo miły; z całego serca życzy­ła­bym sobie, aby tak się stało, ponie­waż w prze­ciw­nym razie czeka je okrutny los. Sprawy uło­żyły się wszak tak oso­bli­wie....

- Nawią­zu­jesz pani, zapewne, do majo­ratu.

- Ach! Istot­nie, sir. Przy­zna pan, że to istne nie­szczę­ście dla moich córek. Nie obar­czam pana winą, skąd znowu; wszy­scy wiemy, że takie rze­czy zda­rzają się na świe­cie. Nie spo­sób prze­wi­dzieć, kto odzie­dzi­czy mają­tek w dro­dze ordy­na­cji.

- Mam pełną świa­do­mość, pani, cięż­kiego losu, jaki przy­padł mym pięk­nym kuzyn­kom, i mógł­bym na ten temat powie­dzieć wiele, jed­nak z pew­no­ścią nie to, że chcę jak naj­prę­dzej prze­jąć pań­stwa mają­tek. Mogę nato­miast zapew­nić młode damy, że przy­by­łem tu, aby podzi­wiać ich urodę. Na razie nie powiem nic wię­cej; być może jed­nak, gdy nieco lepiej się poznamy...

W tej chwili prze­rwało mu wezwa­nie na obiad; dziew­częta wymie­niły uśmie­chy. Nie były jedy­nymi obiek­tami zachwytu pana Col­linsa. Hall, jadal­nia, wszyst­kie meble zostały pod­dane dokład­nym oglę­dzi­nom i pochwa­lone; zaś pochwały te przy­pa­dłyby z pew­no­ścią do serca pani Ben­net, gdyby nie strasz­liwe podej­rze­nie, że gość ogląda mają­tek jako nie­ba­wem swój wła­sny. Pan Col­lins zachwy­cił się także obia­dem i nale­gał usil­nie, by mu zdra­dzić, która z pięk­nych kuzy­nek gotuje tak wspa­niale. Tu został usa­dzony w miej­scu przez panią Ben­net, która zapew­niła go nieco szorstko, że rodzinę stać na dobrą kucharkę, a jej córki nie mają nic wspól­nego z goto­wa­niem. Prze­pra­szał więc sto­krot­nie, że ją ura­ził. Zapew­niła go już łagod­niej, że się nie gniewa, on jed­nak sumi­to­wał się jesz­cze przez kwa­drans.

Rozdział XIV

W trak­cie obiadu pan Ben­net nie­mal się nie odzy­wał, gdy jed­nak słu­żący wyszli, uznał, że nad­szedł czas, by poroz­ma­wiać z gościem; poru­szył więc temat, który wedle jego ocze­ki­wań miał pobu­dzić elo­kwen­cję pana Col­linsa - uczy­nił mia­no­wi­cie uwagę, że miał mnó­stwo szczę­ścia w pozy­ska­niu tak świet­nej patronki. Goto­wość lady Cathe­rine de Bourgh, by speł­niać jego życze­nia, jak i tro­ska o jego wygodę wyda­wały się czymś nie­zwy­kłym. Pan Ben­net nie mógł wybrać lep­szego tematu do roz­mowy. Pan Col­lins jął roz­wle­kle chwa­lić życz­liwą damę. Uro­czy­ście i z napu­sze­niem wysła­wiał ser­decz­ność i cie­pło lady Cathe­rine; przy­mioty, jego zda­niem, wręcz nie­spo­ty­kane u osób tak wysoko jak ona posta­wio­nych. Była łaskawa wyra­zić apro­batę dla obu lau­da­cji na jej cześć, jakie miał dotąd zaszczyt wygło­sić. Zapro­siła go także dwu­krot­nie na obiad do Rosings, a zale­d­wie zeszłej soboty posłała po niego, gdy w towa­rzy­stwie zabra­kło czwar­tego do lom­bra23. Wiele osób, które znał pan Col­lins, uwa­żało lady Cathe­rine za dumną, on jed­nak zawsze widział w niej jedy­nie uoso­bie­nie życz­li­wo­ści. Zawsze roz­ma­wiała z nim tak samo jak z każ­dym innym dżen­tel­me­nem; nie wyra­ziła naj­mniej­szego zastrze­że­nia, gdy zechciał dołą­czyć do towa­rzy­stwa w oko­licy, i nie pro­te­sto­wała, gdy od czasu do czasu opusz­czał para­fię na tydzień czy dwa, by odwie­dzić z nią jej zna­jo­mych. Zgo­dziła się nawet, by oże­nił się naj­szyb­ciej, jak zdoła, pod warun­kiem że będzie wybie­rał z roz­wagą; ba, odwie­dziła go na skrom­nej ple­ba­nii, wyra­ża­jąc pełną apro­batę dla wszyst­kich wpro­wa­dzo­nych prze­zeń zmian, a nawet zasu­ge­ro­wała kilka kolej­nych - na przy­kład zain­sta­lo­wa­nie pó­łek w sza­fie w sypialni na górze.

- To rze­czy­wi­ście bar­dzo ład­nie i uprzej­mie z jej strony - rze­kła pani Ben­net. - Przy­pusz­czam, że to nie­zwy­kle miła kobieta. Wielka szkoda, że nie wszyst­kie wiel­kie damy tak się zacho­wują. Czy lady Cathe­rine mieszka w pobliżu pań­skiej ple­ba­nii, sir?

- Ogród, w któ­rym stoi mój skromny domek, oddzie­lony jest od Rosings Park, rezy­den­cji jaśnie wiel­moż­nej pani, jedy­nie drogą.

- Zda­wało mi się, iż mówił pan, że jest wdową? Czy ma jakąś rodzinę?

- Ma jedną córkę, dzie­dziczkę Rosings i innych, bar­dzo roz­le­głych dóbr.

- Ach! - rze­kła pani Ben­net, krę­cąc głową. - W takim razie ma wię­cej szczę­ścia niż moje dziew­czynki. A jakaż jest ta młoda dama? Czy ładna?

- Istot­nie, jest abso­lut­nie cza­ru­jąca. Sama lady Cathe­rine mawia, że pod wzglę­dem urody panna de Bourgh prze­wyż­sza naj­więk­sze pięk­no­ści, ponie­waż po rysach jej twa­rzy można łatwo poznać szla­chet­ność pocho­dze­nia. Nie­stety, jest przy tym dość wątła, co nie pozwo­liło jej uczy­nić sto­sow­nych postę­pów w wielu dzie­dzi­nach, w któ­rych z pew­no­ścią mia­łaby wybitne osią­gnię­cia, jak twier­dzi dama nad­zo­ru­jąca jej edu­ka­cję, która mieszka na stałe w Rosings. Jest jed­nak nad­zwy­czaj uprzejma; ma też zwy­czaj prze­jeż­dżać obok mojej skrom­nej sie­dziby swoim powo­zi­kiem zaprzę­żo­nym w kucyki.

- Czy została już przed­sta­wiona na dwo­rze? Nie przy­po­mi­nam sobie, abym widziała jej nazwi­sko na liście zapro­szo­nych dam.

- Ze względu na zły stan zdro­wia nie może, nie­stety, bywać w Lon­dy­nie; mówi­łem już lady Cathe­rine, że ta nie­szczę­śliwa oko­licz­ność pozba­wia dwór bry­tyj­ski naj­pięk­niej­szej jego ozdoby. Dama wyda­wała się zado­wo­lona z mego komen­ta­rza; jak zapewne się pań­stwo domy­ślają, sta­ram się przy każ­dej oka­zji raczyć ją deli­kat­nymi kom­ple­men­tami, zawsze tak chęt­nie przyj­mo­wa­nymi przez panie. Powie­dzia­łem też kie­dyś lady Cathe­rine, że jej cza­ru­jąca córka to wprost uro­dzona księżna, a gdyby weszła do wyż­szych sfer, byłoby to dla nich zaszczy­tem. Drobne uwagi tego rodzaju spra­wiają mej patronce przy­jem­ność, pozwa­la­jąc mi zara­zem oka­zy­wać jej sza­cu­nek, do czego czuję się szcze­gól­nie zobo­wią­zany.

- Ma pan cał­ko­witą rację - ode­zwał się pan Ben­net. - Pozo­staje tylko cie­szyć się, że posiada pan talent pra­wie­nia wyra­fi­no­wa­nych kom­ple­men­tów. Jeśli mogę wie­dzieć, czy powstają one pod wpły­wem chwili, czy też są rezul­ta­tem dłu­go­trwa­łych prze­my­śleń?

- Zwy­kle rodzą się w mojej gło­wie na sku­tek zaist­nia­łych oko­licz­no­ści i choć nie­kiedy zaba­wiam się snu­ciem w myślach uprzej­mych spo­strze­żeń, które mogłyby paso­wać do róż­nych sytu­acji, sta­ram się zawsze w taki spo­sób je wygła­szać, aby brzmiały nie­wy­mu­sze­nie.

Ta odpo­wiedź cał­ko­wi­cie zaspo­ko­iła cie­ka­wość pana Ben­neta. Jego nadzieja, że kuzyn okaże się dzi­wa­kiem, speł­niła się; słu­chał go więc z naj­wyż­szym roz­ba­wie­niem, zacho­wu­jąc zara­zem nie­prze­nik­niony wyraz twa­rzy, i bawił się dosko­nale, podob­nie jak Eli­za­beth, któ­rej rzu­cał od czasu do czasu zna­czące spoj­rze­nia.

Znu­dził się tym jed­nak, nim obiad dobiegł końca, i z przy­jem­no­ścią zapro­wa­dził gościa na powrót do bawialni, a kiedy wypito her­batę, popro­sił go, aby poczy­tał coś damom na głos. Pan Col­lins zgo­dził się skwa­pli­wie, podano mu więc książkę; kiedy ją zoba­czył (a wygląd jej wska­zy­wał, że jest wypo­ży­czona), zaczął się wyco­fy­wać, prze­pra­sza­jąc roz­wle­kle, i oznaj­mił, że nie czy­tuje powie­ści. Kitty spoj­rzała na niego zdu­miona, a Lydia wydała okrzyk zasko­cze­nia. Przy­nie­siono więc inne książki i po chwili gość wybrał kaza­nia For­dyce'a24. Lydia gapiła się na niego, gdy otwie­rał ciężki tom, a kiedy prze­czy­tał trzy strony mono­ton­nym i uro­czy­stym gło­sem, prze­rwała mu:

- Wiesz, mamo, wuj Phil­lips chce zwol­nić Richarda; jeśli to zrobi, puł­kow­nik For­ster zatrudni go u sie­bie. Cio­cia mówiła mi o tym w sobotę. Pójdę jutro do Mery­ton, by dowie­dzieć się cze­goś wię­cej i zapy­tać, kiedy pan Denny wraca z Lon­dynu.

Dwie naj­star­sze sio­stry jęły uci­szać Lydię, jed­nak pan Col­lins, wielce obra­żony, odło­żył książkę na bok i rzekł:

- Zbyt czę­sto spo­ty­kam młode damy, któ­rych poważne dzieła nie inte­re­sują, choć zostały wszak napi­sane wyłącz­nie dla ich korzy­ści. Przy­znam, że mnie to zadzi­wia; nauka pły­nąca z lek­tury to prze­cież rzecz ogrom­nie poży­teczna. Nie będę jed­nak narzu­cał się dłu­żej mojej mło­dej kuzynce.

Następ­nie odwró­cił się do pana Ben­neta i zapro­po­no­wał par­tyjkę tryk­traka. Gospo­darz przy­jął wyzwa­nie, dodał przy tym, że nie mogą zro­bić nic lep­szego, jak zosta­wić dziew­częta ich wła­snym roz­ryw­kom. Pani Ben­net i jej córki prze­pro­siły jak naj­uprzej­miej za zacho­wa­nie Lydii, obie­cały, że podobna sytu­acja już się nie powtó­rzy, jeśli gość zechce na nowo pod­jąć się czy­ta­nia. Pan Col­lins zapew­nił, że nie ma pre­ten­sji do kuzynki ani też nie czuje się przez nią obra­żony, usa­do­wił się przy sto­liku naprze­ciw pana Ben­neta i zaczął przy­go­to­wy­wać się do gry.

Rozdział XV

Pan Col­lins nie miał wiel­kiego rozumu, a nie­do­statku jego zalet w tym zakre­sie nie rekom­pen­so­wały odpo­wied­nio ani wykształ­ce­nie, ani też ogłada towa­rzy­ska. Więk­szość życia spę­dził pod opieką nie­pi­śmien­nego, ską­pego ojca i choć poszedł na uni­wer­sy­tet, jako stu­dent wyko­ny­wał jedy­nie to, co do niego nale­żało, nie nawią­zu­jąc żad­nych poży­tecz­nych zna­jo­mo­ści. Ojciec wyma­gał od niego posłu­szeń­stwa, co począt­kowo zaowo­co­wało nie­zwy­kle pokor­nym spo­so­bem bycia, obec­nie jed­nak zrów­no­wa­żo­nym w dużej mie­rze próż­no­ścią, która była wyni­kiem ogra­ni­cze­nia, życia w samot­no­ści, jak i świa­do­mo­ści osią­gnię­tego szybko i nie­spo­dzie­wa­nie dobro­bytu. Pomyślny zbieg oko­licz­no­ści zetknął go z lady Cathe­rine de Bourgh, gdy zwol­niła się posada pro­bosz­cza w Huns­ford; zaś jego sza­cu­nek dla wyso­kiej pozy­cji damy i rewe­ren­cja wobec niej, w połą­cze­niu z wyjąt­kowo wyso­kim mnie­ma­niem o sobie, o auto­ry­te­cie duchow­nego i pra­wach należ­nych mu jako pro­bosz­czowi, czy­niły go zara­zem dum­nym i słu­żal­czym, próż­nym i pokor­nym.

Dys­po­nu­jąc przy­zwo­itym domem i zupeł­nie wystar­cza­ją­cymi docho­dami, posta­no­wił się oże­nić; aby zaś napra­wić sto­sunki z rodziną miesz­ka­jącą w Long­bo­urn, wpadł na pomysł, że wybie­rze na żonę jedną z dziew­cząt, o ile okażą się tak ładne i miłe, jak mu dono­szono. W ten spo­sób miał zamiar osło­dzić im fakt, że dzie­dzi­czy mają­tek ich ojca; był zda­nia, że to dosko­nały plan, przy tym zaś ogrom­nie szla­chetny i bez­in­te­re­sowny z jego strony.

Kiedy je poznał, zamy­sły jego nie ule­gły zmia­nie. Uro­cza twa­rzyczka naj­star­szej kuzynki upew­niła go w słusz­no­ści przy­ję­tej stra­te­gii i ugrun­to­wała w nim prze­ko­na­nie, że należy sta­rać się wła­śnie o nią, i taką decy­zję pod­jął pierw­szego wie­czoru. Następ­nego ranka jed­nak zmie­nił zda­nie po kwa­dran­sie poga­wędki przed śnia­da­niem z panią Ben­net, która naj­pierw zapy­tała go o ple­ba­nię, co w spo­sób natu­ralny pozwo­liło mu wyra­zić nadzieję, że w Long­bo­urn znaj­dzie szczę­ście; gospo­dyni, wśród licz­nych uśmie­chów i zapew­nień o swej przy­chyl­no­ści, ostrze­gła go jed­nak, by nie zabie­gał o przy­chyl­ność Jane. Co do młod­szych córek, nie mogła wypo­wia­dać się w ich imie­niu, acz­kol­wiek nie wie­działa nic o tym, aby były kimś zain­te­re­so­wane. Jeśli jed­nak szło o naj­star­szą, musiała wspo­mnieć - czuła się wręcz zobo­wią­zana napo­mknąć, że naj­praw­do­po­dob­niej już nie­ba­wem będzie zarę­czona.

Pan Col­lins musiał więc jedy­nie prze­nieść uwagę z Jane na Eli­za­beth, co też nie­ba­wem uczy­nił, pani Ben­net zaś umac­niała go w tym wybo­rze. Eli­za­beth, nie­ustę­pu­jąca niczym Jane pod wzglę­dem uro­dze­nia i urody, musiała być oczy­wi­ście następną kan­dy­datką.

Pani Ben­net skrzęt­nie noto­wała w pamięci każde jego słowo, pełna nadziei, że już nie­ba­wem wyda dwie córki za mąż; zaś czło­wiek, z któ­rym jesz­cze dzień wcze­śniej nie chciała mieć do czy­nie­nia, bez trudu wkradł się w jej łaski.

Lydia nie zapo­mniała o pla­no­wa­nym spa­ce­rze do Mery­ton, a wszyst­kie sio­stry oprócz Mary posta­no­wiły jej towa­rzy­szyć. Pan Col­lins miał opie­ko­wać się nimi pod­czas tej wyprawy na prośbę pana Ben­neta, który ogrom­nie chciał odpo­cząć od gościa, cie­sząc się samot­no­ścią w swo­jej biblio­tece. Pan Col­lins bowiem podą­żył tam za nim zaraz po śnia­da­niu; uda­jąc, że prze­gląda jeden z naj­grub­szych tomów z całego księ­go­zbioru, nie­ustan­nie opo­wia­dał panu Ben­ne­towi o swoim domu i ogro­dzie w Huns­ford. Wypro­wa­dził tym pana Ben­neta z rów­no­wagi. W swo­jej biblio­tece zawsze znaj­do­wał spo­kój i odpo­czy­nek; i choć był gotowy, jak powie­dział Eli­za­beth, mie­rzyć się z głu­potą i pychą w każ­dym innym pomiesz­cze­niu w domu, biblio­teka miała być od nich wolna. Dla­tego też jak naj­uprzej­miej zachę­cał pana Col­linsa, by ten towa­rzy­szył cór­kom pod­czas spa­ceru, zaś pan Col­lins, który w isto­cie zde­cy­do­wa­nie wolał spa­ce­ro­wać, niż czy­tać, z przy­jem­no­ścią zatrza­snął gruby tom i wyszedł.

Wśród napu­szo­nych bana­łów, które wygła­szał, i uprzej­mego pota­ki­wa­nia kuzy­nek, dotarli wresz­cie do Mery­ton. Tu młod­sze panny cał­ko­wi­cie prze­stały zwra­cać na niego uwagę. Roz­glą­dały się pil­nie po uli­cach w nadziei, że ujrzą któ­re­goś z ofi­ce­rów; tra­ciły czuj­ność na krótką chwilę wyłącz­nie wtedy, gdy ich uwagę zwró­cił wyjąt­kowo piękny kape­lusz czy suk­nia w witry­nie skle­po­wej.

Nie­ba­wem jed­nak ich wzrok przy­cią­gnął nie­zna­jomy mło­dzie­niec, nie­zwy­kle ele­gancki, który szedł wła­śnie z dru­gim ofi­ce­rem prze­ciwną stroną ulicy. Ofi­ce­rem tym był wła­śnie pan Denny, o któ­rego powrót z Lon­dynu Lydia chciała roz­py­ty­wać w mia­steczku; minęli towa­rzy­stwo z Long­bo­urn z ukło­nem. Nie­zna­jomy uczy­nił na wszyst­kich pan­nach ogromne wra­że­nie, zasta­na­wiały się więc na głos, kto to taki. Kitty i Lydia, chcąc się tego dowie­dzieć za wszelką cenę, prze­szły na drugą stronę ulicy, uda­jąc zacie­ka­wie­nie jedną z witryn skle­po­wych, i szczę­śli­wie dotarły do celu aku­rat w chwili, gdy dwaj dżen­tel­meni, zawró­ciw­szy, zna­leźli się w tym samym miej­scu. Pan Denny powi­tał je, pro­sząc zara­zem, aby wolno mu było przed­sta­wić przy­ja­ciela, pana Wic­khama, który dzień wcze­śniej przy­je­chał z nim z Lon­dynu i ku jego rado­ści przy­jął powo­ła­nie do woj­ska. Infor­ma­cja ta wzbu­dziła zachwyt, ponie­waż zda­niem panien odziany w mun­dur młody czło­wiek stałby się wprost ide­ałem męskiej urody. Istot­nie, pre­zen­to­wał się świet­nie; był przy­stojny, miał regu­larne rysy, zgrabną syl­wetkę i zacho­wy­wał się nader uprzej­mie. Gdy przed­sta­wiono go paniom, z rado­ścią nawią­zał z nimi roz­mowę, zacho­wu­jąc przy tym sto­sowną powścią­gli­wość i umiar.

Prze­miłą roz­mowę prze­rwało nagle rże­nie koni, zaś na ulicy poja­wiło się dwóch jeźdź­ców - pano­wie Darcy i Bin­gley. Spo­strze­gł­szy damy, pospie­szyli wprost ku nim, po czym roz­po­częła się zwy­kła wymiana uprzej­mo­ści. Przo­do­wał w niej pan Bin­gley, sku­piony głów­nie na naj­star­szej pan­nie Ben­net. Jechał wła­śnie do Long­bo­urn, aby zapy­tać o jej zdro­wie. Pan Darcy poświad­czył te słowa ukło­nem, wal­cząc ze sobą skry­cie, by nie patrzeć zbyt czę­sto na Eli­za­beth; nagle zauwa­żył nie­zna­jo­mego. Eli­za­beth, która aku­rat zwró­ciła ku nim wzrok, ze zdu­mie­niem stwier­dziła, że nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie wywarło na nich obu iście pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Obaj zmie­nili się na twa­rzach; jeden zbladł, drugi zaś poczer­wie­niał. Pan Wic­kham po chwili dotknął kape­lu­sza w pozdro­wieniu, które pan Darcy oddał led­wie zauwa­żal­nie. O cóż mogło tu cho­dzić? Nie spo­sób było się tego domy­ślić; nie spo­sób było nie pra­gnąć się dowie­dzieć.

Już po chwili pan Bin­gley, który naj­wy­raź­niej nie zauwa­żył całego incy­dentu, poże­gnał się i odje­chał wraz z przy­ja­cie­lem.

Pan Denny i pan Wic­kham odpro­wa­dzili młode damy aż pod drzwi domu pań­stwa Phil­lips, tam zaś poże­gnali się głę­bo­kimi ukło­nami, choć Lydia nale­gała, by weszli do środka, a pani Phil­lips, wyglą­da­jąc przez okno salonu, gło­śno potwier­dzała zapro­sze­nie.

Pani Phil­lips uwiel­biała wizyty swych sio­strze­nic; dwie naj­star­sze, za któ­rymi stę­sk­niła się na sku­tek ich nie­daw­nej nie­obec­no­ści, zostały powi­tane szcze­gól­nie ser­decz­nie. Ciotka wyra­żała też gło­śno zdu­mie­nie ich nagłym powro­tem do domu, o któ­rym nic by nie wie­działa, zwa­żyw­szy, że nie wró­ciły wła­snym powo­zem, gdyby nie chło­pak na posyłki pana Jonesa, który powie­dział jej, że nie będą już wysy­łać lekarstw do Nether­field, ponie­waż dwóch panien Ben­net już tam nie ma - w tejże chwili jed­nak Jane przed­sta­wiła jej pana Col­linsa i cała jej uwaga prze­nio­sła się na niego. Przy­jęła go nad­zwy­czaj uprzej­mie, co on odwza­jem­nił, prze­pra­sza­jąc za nie­za­po­wie­dzianą wizytę, którą ośmie­lił się zło­żyć pań­stwu Phil­lips, choć nie miał oka­zji wcze­śniej ich poznać. Wyra­ził jed­nak nadzieję, że być może uspra­wie­dliwi go pokre­wień­stwo z mło­dymi damami, które przed­sta­wiły go pani domu.

Pani Phil­lips była pod wiel­kim wra­że­niem nie­na­gan­nych manier gościa, jed­nak zachwyty nad jed­nym nie­zna­jo­mym prze­rwały jej zaraz okrzyki i pyta­nia doty­czące innego; mogła jed­nakże powie­dzieć swym sio­strze­ni­com jedy­nie tyle, ile same już wie­działy: że pan Denny przy­wiózł go z Lon­dynu i że ma otrzy­mać patent ofi­cer­ski w regi­men­cie sta­cjo­nu­ją­cym w mia­steczku. Wyznała też, że przy­glą­dała mu się przez ostat­nią godzinę, gdy prze­cha­dzał się ulicą, i gdyby w tej chwili pan Wic­kham poja­wił się w zasięgu wzroku, Kitty i Lydia bez wąt­pie­nia poszłyby w jej ślady; nie­stety, nikt aku­rat nie prze­cho­dził pod oknem z wyjąt­kiem kilku ofi­ce­rów, któ­rzy w porów­na­niu z nie­zna­jo­mym zostali uznani za "głup­ko­wa­tych i nie­uprzej­mych gbu­rów". Niektó­rzy z nich byli zapro­szeni do pań­stwa Phil­lips na następny dzień na obiad, ciotka obie­cała zaś, że zwróci się do męża, aby wysłał liścik w tej spra­wie rów­nież do pana Wic­khama, jeśli krew­niaczki z Long­bo­urn zechcą odwie­dzić ją pod wie­czór. Uzgod­niono, że tak wła­śnie się sta­nie, pani Phil­lips zapro­po­no­wała więc, że zor­ga­ni­zuje eks­cy­tu­jącą lote­ryjkę, po któ­rej podana zosta­nie gorąca kola­cja. Per­spek­tywa takich przy­jem­no­ści pod­nio­sła panny na duchu, żegnały się więc w nie­zwy­kle rado­snej atmos­fe­rze. Pan Col­lins powtó­rzył przy wyj­ściu swoje prze­pro­siny, zapew­niono go jed­nak z nie­usta­jącą uprzej­mo­ścią, że są one zupeł­nie nie­po­trzebne.

W dro­dze do domu Eli­za­beth opo­wie­działa Jane o wra­że­niu, jakie uczy­niło na niej spo­tka­nie dwóch dżen­tel­me­nów; choć jed­nak Jane była gotowa bro­nić każ­dego z nich w razie przy­pusz­cze­nia, że jeden z nich ma coś na sumie­niu, nie potra­fiła wyja­śnić tego, co mię­dzy nimi zaszło, podob­nie jak jej sio­stra.

Po powro­cie pan Col­lins wysła­wiał pod nie­biosa maniery i uprzej­mość pani Phil­lips, co ucie­szyło nie­zmier­nie panią Ben­net. Oświad­czył, że nie widział dotąd rów­nie ele­ganc­kiej damy, z wyjąt­kiem lady Cathe­rine i jej córki; przy­jęła go bowiem nie tylko nie­zwy­kle grzecz­nie, ale też objęła go zapro­sze­niem na kolejny wie­czór, mimo że prze­cież w ogóle go wcze­śniej nie znała. Z pew­no­ścią, w jakiejś mie­rze zawdzię­czał to krew­nia­czym wię­zom, łączą­cym go z pań­stwem Ben­net, tym nie­mniej ni­gdy dotąd nie spo­tkał się z tak miłym przy­ję­ciem.

Rozdział XVI

Ponie­waż plan odwie­dzin u ciotki nie wzbu­dził zastrze­żeń, a wszel­kie skru­puły, jakie odczu­wał pan Col­lins na myśl, że na cały wie­czór opu­ści krew­nia­ków, zostały sta­now­czo przez nich uśmie­rzone, o wła­ści­wej godzi­nie wsiadł wraz z wszyst­kimi pię­cioma kuzyn­kami do powozu i udał się do Mery­ton. Wcho­dząc do bawialni, panny z przy­jem­no­ścią dowie­działy się, że pan Wic­kham przy­jął zapro­sze­nie wuja i znaj­duje się w jego domu.

Zado­wo­lone z tej wia­do­mo­ści zajęły miej­sca sie­dzące, pan Col­lins zaś mógł do woli roz­glą­dać się wokół i podzi­wiać oto­cze­nie; był pod takim wra­że­niem roz­miaru i ume­blo­wa­nia apar­ta­mentu, że wyznał, iż przy­po­mina mu on letni salo­nik śnia­da­niowy w Rosings; porów­na­nie to nie zyskało począt­kowo wiel­kiego uzna­nia, jed­nak gdy pani Phil­lips została przez gościa uświa­do­miona, czym jest Rosings i czyją sta­nowi sie­dzibę - gdy wysłu­chała opisu zale­d­wie jed­nej spo­śród wielu bawialni lady Cathe­rine i dowie­działa się, że sam komi­nek kosz­to­wał osiem­set fun­tów - zro­zu­miała wagę tego kom­ple­mentu. W tej sytu­acji przy­ję­łaby z wdzięcz­no­ścią nawet porów­na­nie jej bawialni ze służ­bówką w Rosings.

Wywody na temat wspa­nia­łej lady Cathe­rine i jej rezy­den­cji, prze­ry­wane nie­kiedy dygre­sjami na temat wła­snej skrom­nej sie­dziby i ulep­szeń, jakie w niej poczy­nił, zajęły panu Col­lin­sowi czas aż do nadej­ścia dżen­tel­me­nów; zna­lazł też nie­zwy­kle pilną słu­chaczkę w pani Phil­lips, któ­rej opi­nia o nim znacz­nie wzro­sła pod wpły­wem jego słów i która posta­no­wiła skry­cie, że podzieli się nią jak naj­prę­dzej ze wszyst­kimi sąsia­dami. Dziew­czę­tom, które nie były już w sta­nie słu­chać kuzyna, nie miały zaś żad­nego zaję­cia, czas dłu­żył się ogrom­nie - tęsk­niły za muzyką i bez przy­jem­no­ści podzi­wiały wła­sne, nie­zbyt udane malo­wi­dła na por­ce­la­nie sto­ją­cej na kominku.

Naresz­cie ocze­ki­wa­nie dobie­gło końca. Pano­wie zja­wili się wresz­cie, a gdy pan Wic­kham wszedł do pokoju, Eli­za­beth utwier­dziła się w prze­ko­na­niu, że podziw, jaki w niej wzbu­dził przy pierw­szym spo­tka­niu, a który odczu­wała także póź­niej na myśl o nim, nie był bez­pod­stawny. Ofi­ce­ro­wie z miej­sco­wego regi­mentu mogli śmiało kon­ku­ro­wać z oko­liczną śmie­tanką pod wzglę­dem wycho­wa­nia, u pań­stwa Phil­lips zaś spo­tkali się naj­lepsi spo­śród nich; mimo to pan Wic­kham góro­wał nad wszyst­kimi wyglą­dem, manie­rami, posturą, tak samo jak pozo­stali góro­wali nad wujem Phil­lipsem - pulch­nym i wonie­ją­cym porto - który wszedł za nimi do pokoju.

Pan Wic­kham był tym szczę­ścia­rzem, który przy­cią­gnął wzrok nie­mal wszyst­kich pań, Eli­za­beth miała zaś to szczę­ście, że jego spoj­rze­nie zatrzy­mało się na dłu­żej wła­śnie na niej. Natych­miast zwró­cił się do niej i choć stwier­dził jedy­nie, że wie­czór jest dżdży­sty, wydał jej się tak sym­pa­tyczny, że uznała, iż nawet naj­ba­nal­niej­szy temat może stać się inte­re­su­jący, gdy poru­sza go inte­li­gentny roz­mówca.

W rywa­li­za­cji o uwagę obec­nych pań z przy­stoj­nym panem Wic­kha­mem i ofi­ce­rami, pan Col­lins poległ z kre­te­sem; panny zupeł­nie prze­stały się nim inte­re­so­wać. Pani domu przy­sia­dała przy nim jed­nak co i rusz, by posłu­chać jego wywo­dów, dole­wa­jąc mu wciąż kawy i czę­stu­jąc babecz­kami. Gdy roz­sta­wiono sto­liki kar­ciane, mógł zre­wan­żo­wać się jej za uprzej­mość, sia­da­jąc do wista.

- Jak dotąd, gram bar­dzo słabo - wyja­wił - chciał­bym się jed­nak popra­wić, ponie­waż czło­wiek w moim poło­że­niu... - pani Phil­lips, choć była mu wdzięczna za goto­wość wzię­cia udziału w grze, nie miała jed­nak czasu go słu­chać.

Pan Wic­kham nie grał w wista, z rado­ścią nato­miast usa­do­wił się przy innym sto­liku pomię­dzy Eli­za­beth i Lydią. Począt­kowo zda­wało się, że Lydia zaprząt­nie go sobą cał­ko­wi­cie, paplała bowiem nie­ustan­nie; ponie­waż jed­nak uwiel­biała lote­rie, nie­ba­wem zajęła się bez reszty obsta­wia­niem zakła­dów, wzno­sząc okrzyki pod­czas loso­wa­nia nagród, i prze­stała zwra­cać uwagę na obec­nych. Pan Wic­kham, choć także brał udział w grze, mógł więc swo­bod­nie zwró­cić się do Eli­za­beth, która nie miała nic prze­ciwko temu, by go słu­chać, choć naj­bar­dziej inte­re­so­wała ją sprawa, o którą nie mogła zapy­tać - a mia­no­wi­cie, histo­ria zna­jo­mo­ści jej roz­mówcy z panem Dar­cym. Nie ośmie­liła się jed­nak nawet wspo­mnieć jego nazwi­ska. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak jej cie­ka­wość została zaspo­ko­jona. Pan Wic­kham z wła­snej woli poru­szył ten temat. Chciał wie­dzieć, jaka odle­głość dzieli Nether­field od Mery­ton, a gdy mu odpo­wie­działa, z pew­nym waha­niem zapy­tał, od jak dawna w posia­dło­ści prze­bywa pan Darcy.

- Mniej wię­cej od mie­siąca - odparła Eli­za­beth, po czym, nie chcąc zaprze­pa­ścić moż­li­wo­ści pod­ję­cia tematu, dodała: - Z tego, co wiem, posiada ogromne wło­ści w Der­by­shire.

- Zga­dza się - odparł pan Wic­kham. - Istot­nie, jego mają­tek jest bar­dzo piękny. Przy­nosi mu na czy­sto dzie­sięć tysięcy fun­tów rocz­nie. Nikt nie powie pani tego z rów­nie nie­zbitą pew­no­ścią jak ja, ponie­waż silne więzy łączą mnie z tą rodziną od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa.

Eli­za­beth nie zdo­łała ukryć zasko­cze­nia.

- Zapewne dziwi panią moja dekla­ra­cja, panno Ben­net, skoro zale­d­wie wczo­raj widziała pani, jak chłodne było nasze wza­jemne powi­ta­nie. Czy jest pani bli­ską zna­jomą pana Darcy'ego?

- W nader wystar­cza­ją­cym stop­niu - odparła Eli­za­beth życz­li­wie. - Spę­dzi­łam z nim cztery dni pod jed­nym dachem i wydał mi się bar­dzo nie­przy­jemny.

- Nie mam prawa wyra­żać wła­snej opi­nii w tej kwe­stii - odparł Wic­kham. - Nie mogę go sądzić. Znam go zbyt dobrze i zbyt długo, by oce­nić go spra­wie­dli­wie. Nie stać mnie na bez­stron­ność. Jestem jed­nak zasko­czony pani zda­niem na jego temat; być może zresztą nie wyja­wi­łaby jej pani tak otwar­cie w innych oko­licz­no­ściach. Tutaj wszak znaj­duje się pani w oto­cze­niu rodziny.

- Doprawdy była­bym gotowa powtó­rzyć te słowa w każ­dym innym domu, z wyjąt­kiem Nether­field. Pan Darcy nie cie­szy się sym­pa­tią w Hert­ford­shire. Zra­ził do sie­bie wszyst­kich nad­mierną dumą. Nie znaj­dzie pan tu czło­wieka, który wyra­żałby się o nim pochleb­nie.

- Nie będę uda­wał, że pani słowa spra­wiają mi przy­krość - powie­dział Wic­kham po chwili mil­cze­nia. - Nie mam nic prze­ciwko temu, by oce­niano ludzi tak, jak na to zasłu­gują. W jego przy­padku jed­nak nie­czę­sto się to zda­rza. Jed­nych zaśle­pia jego mają­tek i konek­sje, inni oba­wiają się jego wynio­sło­ści, widzą go więc tak, jak chce być widzia­nym.

- Choć znam go od nie­dawna, zdą­ży­łam nabrać prze­ko­na­nia, że ma nie­przy­jemny cha­rak­ter.

Wic­kham potrzą­snął głową.

- Zasta­na­wiam się - rzekł, gdy w roz­grywce nastą­piła kolejna prze­rwa - czy długo jesz­cze pozo­sta­nie w oko­licy.

- Nie mam poję­cia, nie sły­sza­łam jed­nak, by snuł plany wyjazdu, kiedy byłam w Nether­field. Mam nadzieję, że jego obec­ność w sąsiedz­twie nie pokrzy­żuje pań­skich pla­nów.

- Ależ nie! Ja nie wystra­szę się pana Darcy'ego. To on musi wyje­chać, jeśli uzna, że nie chce mnie widy­wać. Nie jeste­śmy w przy­ja­znych sto­sun­kach, a spo­tka­nia z nim są dla mnie zawsze bole­sne, nie mam jed­nak powodu, by go uni­kać; mogę śmiało wyznać przed całym świa­tem, że zosta­łem przez niego potrak­to­wany bar­dzo nie­uczci­wie, żałuję zaś jedy­nie, że jest takim, a nie innym czło­wie­kiem. Jego ojciec, panno Ben­net, star­szy pan Darcy, był jed­nym z naj­lep­szych ludzi, jacy cho­dzili po tej ziemi, i naj­praw­dziw­szym przy­ja­cie­lem, jakiego mia­łem w życiu; zawsze, gdy widzę pana Darcy'ego, tysiące czu­łych wspo­mnień roz­dzie­rają mi duszę. On sam zacho­wał się wobec mnie wprost skan­da­licz­nie; był­bym jed­nak gotów wyba­czyć mu wszystko, byle tylko nie zawieść nadziei i nie ska­lać pamięci jego zmar­łego ojca.

Eli­za­beth czuła coraz więk­sze zain­te­re­so­wa­nie tema­tem, słu­chała więc pil­nie; deli­kat­ność nie pozwo­liła jej jed­nak zada­wać dal­szych pytań.

Pan Wic­kham prze­szedł do tema­tów bar­dziej ogól­nych, takich jak Mery­ton, oko­lica czy sąsie­dzi, zachwy­ca­jąc się tym, co zdą­żył już zoba­czyć, zaś o miej­sco­wym towa­rzy­stwie wypo­wia­dał się sub­tel­nie i z dużą dozą galan­te­rii.

- Per­spek­tywa zyska­nia sta­łego, dobrego towa­rzy­stwa - dodał - skło­niła mnie do przy­jazdu tutaj. Wie­dzia­łem, że sta­cjo­nuje tu regi­ment o nie­na­gan­nej repu­ta­cji, a mój przy­ja­ciel Denny zachę­cił mnie dodat­kowo, opi­su­jąc zaj­mo­waną obec­nie kwa­terę, a także wspa­niałe przy­ję­cie w Mery­ton i zawarte tutaj świetne zna­jo­mo­ści. Muszę się przy­znać, że nie­zwy­kle cenię sobie dobrą kom­pa­nię. Mam za sobą bole­sne prze­ży­cia i źle zno­szę samot­ność. Muszę mieć zaję­cie i towa­rzy­stwo. Nie prze­wi­dy­wano dla mnie kariery woj­sko­wej, teraz jed­nak nada­rzyły się sprzy­ja­jące mi oko­licz­no­ści. Mia­łem zostać duchow­nym; wycho­wano mnie do tej roli, dziś zaś był­bym pasto­rem w świet­nej para­fii, gdyby nie widzi­mi­się dżen­tel­mena, o któ­rym wła­śnie roz­ma­wia­li­śmy.

- Doprawdy!

- Tak, świę­tej pamięci pan Darcy zapi­sał w testa­men­cie reko­men­da­cję dla mnie na pro­bosz­cza w świet­nej para­fii. Był moim ojcem chrzest­nym, nie­zwy­kle do mnie przy­wią­za­nym. Choć­bym chciał, nie potra­fię opi­sać jego dobroci. Miał zamiar wypo­sa­żyć mnie godzi­wie, i sądził, że mu się to udało, kiedy jed­nak pro­bo­stwo zwol­niło się, otrzy­mał je ktoś inny.

- Dobry Boże! - wykrzyk­nęła Eli­za­beth. - Jak to moż­liwe? Jak można było zigno­ro­wać testa­ment? Czy nie docho­dził pan swo­ich praw w sądzie?

- Nie mia­łem na to szans, ponie­waż zapis został uczy­niony bez zacho­wa­nia for­mal­no­ści. Czło­wiek hono­rowy nie miałby wąt­pli­wo­ści co do inten­cji zmar­łego, pan Darcy jed­nak posta­no­wił ją pod­wa­żyć lub też potrak­to­wać zapis jako wyłącz­nie warun­kowe zale­ce­nie, które jego zda­niem prze­stało obo­wią­zy­wać na sku­tek mojej rze­ko­mej nie­roz­wagi, eks­tra­wa­gan­cji: sło­wem, wszyst­kiego i niczego. W każ­dym razie posada pro­bosz­cza zwol­niła się przed dwoma laty, aku­rat w chwili, gdy osią­gną­łem wiek umoż­li­wia­jący mi jej obję­cie, została jed­nak prze­ka­zana komu innemu; ja zaś nie mogę powie­dzieć, abym oskar­żał sie­bie o jaki­kol­wiek czyn, przez który zasłu­gi­wał­bym na jej utratę. Mam wybu­chowy tem­pe­ra­ment, być może więc wyra­zi­łem swoją opi­nię o panu Dar­cym, adre­so­waną do niego, w spo­sób zbyt swo­bodny. Innych swo­ich grze­chów nie pamię­tam. Z pew­no­ścią bar­dzo róż­nimy się od sie­bie, on zaś mnie nie­na­wi­dzi.

- To doprawdy szo­ku­jące! Ten pan zasłu­guje na publiczne potę­pie­nie.

- Doczeka się go zapewne prę­dzej czy póź­niej, jed­nak nie z mojego powodu. Dopóki mam w sercu wspo­mnie­nie jego ojca, nie zro­bię nic, by go pohań­bić lub zde­ma­sko­wać przed świa­tem.

Eli­za­beth była pod wra­że­niem tej dekla­ra­cji, która spra­wiła, że Wic­kham wydał jej się jesz­cze mil­szy.

- Ależ - ode­zwała się po chwili mil­cze­nia - jaki mógł być jego motyw? Co mogło go skło­nić do takiego okru­cień­stwa?

- Silna, zde­cy­do­wana nie­chęć do mnie: nie­chęć, którą muszę w pew­nej mie­rze przy­pi­sać zazdro­ści. Gdyby świę­tej pamięci pan Darcy darzył mnie mniej­szą sym­pa­tią, być może jego syn mógłby mnie łatwiej zno­sić; nasze wza­jemne przy­wią­za­nie iry­to­wało go, jak sądzę, od naj­wcze­śniej­szych lat. Nie umiał pora­dzić sobie ze współ­za­wod­nic­twem, jakie się mię­dzy nami wywią­zało: z fak­tem, że byłem czę­sto fawo­ry­zo­wany.

- Nie sądzi­łam, że pan Darcy ma tak zły cha­rak­ter, choć znie­lu­bi­łam go od razu. Nie myśla­łam o nim dotąd aż tak źle. Zda­wało mi się, że żywi nie­chęć do bliź­nich w ogóle, nie podej­rze­wa­łam go jed­nak o skłon­ność do tak okrut­nej zemsty, takiej nie­spra­wie­dli­wo­ści, takiego braku ludz­kich uczuć.

Po dłuż­szym zasta­no­wie­niu pod­jęła na nowo:

- Pamię­tam, że w Nether­field chwa­lił się kie­dyś, że nie zapo­mina o daw­nych ura­zach, nie prze­ba­cza swym wro­gom. To doprawdy okropna cecha.

- Nie wypo­wiem swego zda­nia na ten temat - odparł Wic­kham. - Nie potra­fię spra­wie­dli­wie go oce­nić.

Eli­za­beth znów pogrą­żyła się w myślach, a po jakimś cza­sie wyrzu­ciła z sie­bie:

- Tak potrak­to­wać chrze­śniaka, przy­ja­ciela, fawo­ryta wła­snego ojca! - Chciała też dodać: "takiego mło­dzieńca, jak pan, któ­rego obli­cze nie­zbi­cie dowo­dzi pań­skiej dobroci", zado­wo­liła się jed­nak sło­wami: - W dodatku, jak mnie­mam, towa­rzy­sza zabaw dzie­cię­cych, jakże bli­sko z nim zwią­za­nego!

- Uro­dzi­li­śmy się w tej samej para­fii, w tym samym majątku; dzie­ciń­stwo i mło­dość spę­dzi­li­śmy razem, miesz­ka­jąc w tym samym domu, bawiąc się tymi samymi zabaw­kami, pod ojcow­ską pie­czą tego samego czło­wieka. Mój ojciec roz­po­czął karierę w pro­fe­sji, któ­rej pani wuj, pan Phil­lips, przy­nosi taką chlubę. Porzu­cił jed­nak wszystko, by słu­żyć świę­tej pamięci panu Darcy'emu, i poświę­cił się bez reszty dba­niu o Pem­ber­ley. Pan Darcy cenił go nad­zwy­czaj­nie, uwa­żał za naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Czę­sto pod­kre­ślał też, że ma wobec mego ojca ogromny dług wdzięcz­no­ści, i kiedy przed jego śmier­cią zapew­niał go, że oto­czy mnie opieką, jestem pewien, że czy­nił to zarówno przez wzgląd na zasługi mego ojca, jak i z powodu przy­wią­za­nia do mnie.

- Coś takiego! - zawo­łała Eli­za­beth. - Jakie to okropne! Nie mogę uwie­rzyć, że duma pana Darcy'ego pozwo­liła mu zacho­wać się wobec pana tak nie­spra­wie­dli­wie! Jeśli już nie z innej przy­czyny, powi­nien był mieć dość dumy, by nie pozwo­lić sobie na nie­uczci­wość, ponie­waż jego zacho­wa­nie muszę nazwać nie­uczci­wym.

- To rze­czy­wi­ście nie­sły­chane - przy­znał Wic­kham - zwa­żyw­szy, że duma jest kołem zama­cho­wym nie­mal wszyst­kich jego dzia­łań; duma to jego naj­lep­szy przy­ja­ciel. Z pew­no­ścią ze wszyst­kich jego cech ta jest naj­bliż­sza cno­cie. Nikt z nas nie kie­ruje się jed­nak w życiu wyłącz­nie jed­nym moty­wem, a w tym przy­padku rolę ode­grały także inne względy.

- Czyżby uwa­żał pan, że jego duma skło­niła go kie­dy­kol­wiek do cze­goś dobrego?

- Nie­jed­no­krot­nie czy­niła go hoj­nym i pobłaż­li­wym, kazała mu roz­da­wać pie­nią­dze, oka­zy­wać gościn­ność, wspie­rać swych najem­ców i nieść ulgę bied­nym. Doko­nała tego duma rodzinna, duma synow­ska, ponie­waż syn jest ogrom­nie dumny z doko­nań swego ojca. Nie chciałby nara­zić na szwank dobrego imie­nia rodziny, stra­cić w niczy­ich oczach ani zaprze­pa­ścić pozy­cji Pem­ber­ley. Ma też dumę bra­ter­ską, która w połą­cze­niu z bra­ter­skim uczu­ciem czyni go nie­zwy­kle ser­decz­nym i tro­skli­wym opie­ku­nem sio­stry, ona zaś roz­po­wiada wszem i wobec, że to naj­wspa­nial­szy i naj­lep­szy z braci.

- Jaką osobą jest panna Darcy?

Potrzą­snął głową.

- Doprawdy, chciał­bym móc nazwać ją miłą. Wyra­ża­nie nie­po­chleb­nych opi­nii o kim­kol­wiek z tej rodziny spra­wia mi ból. Jest jed­nak zbyt podobna do brata: ogrom­nie dumna. Jako dziecko była ser­deczna i uprzejma; obda­rzała mnie też wiel­kim przy­wią­za­niem, ja zaś spę­dza­łem dłu­gie godziny na zaba­wach z nią. Dziś jed­nak nic dla mnie nie zna­czy. Wyro­sła na ładną pannę; ma obec­nie pięt­na­ście czy szes­na­ście lat i z tego, co wiem, nie bra­kuje jej talen­tów. Od czasu śmierci ojca mieszka w Lon­dy­nie z damą do towa­rzy­stwa, która nad­zo­ruje jej edu­ka­cję.

Przez dłuż­szą chwilę roz­ma­wiali na inne tematy, Eli­za­beth jed­nak, nie mogąc się powstrzy­mać, rze­kła:

- Zdu­miewa mnie bli­ska zaży­łość, jaka łączy go z panem Bin­gleyem! Jak to moż­liwe, że czło­wiek, który wydaje się uoso­bie­niem dobro­dusz­no­ści, praw­dzi­wie życz­liwy, o czym jestem prze­ko­nana, przy­jaźni się z kimś takim? Jakim cudem zna­leźli nić poro­zu­mie­nia? Czy poznał pan pana Bin­gleya?

- Nie mia­łem przy­jem­no­ści.

- To uro­czy, sym­pa­tyczny, prze­miły mło­dzie­niec. Z pew­no­ścią nie poznał się dotąd na panu Dar­cym.

- Zapewne; pan Darcy umie jed­nak być miły, kiedy zechce. Nie bra­kuje mu zręcz­no­ści w tym wzglę­dzie. Potrafi stać się roz­mowny, jeśli jest zda­nia, że przy­nie­sie mu to korzyść. W rezul­ta­cie ci, któ­rzy są mu równi, znają go jako zupeł­nie innego czło­wieka niż sto­jący niżej od niego. Duma nie opusz­cza go ni­gdy; jed­nak wśród boga­czy uwa­żany jest za czło­wieka o libe­ral­nych poglą­dach, spra­wie­dli­wego i uczci­wego, roz­sąd­nego, hono­ro­wego, być może nawet miłego, gdy weź­mie się pod uwagę jego wygląd i for­tunę.

Tym­cza­sem, zakoń­czyw­szy par­tyjkę wista, gra­cze wstali i dołą­czyli do sie­dzą­cych przy dru­gim stole; pan Col­lins zajął miej­sce pomię­dzy kuzynką Eli­za­beth i panią Phil­lips. Ta ostat­nia zaczęła nie­ba­wem dopy­ty­wać się, jak mu poszło. Nie odniósł wiel­kich suk­ce­sów - prze­grał wszyst­kie par­tie, kiedy jed­nak pani Phil­lips zaczęła uża­lać się nad nim z tego powodu, zapew­nił ją solen­nie, że to bez zna­cze­nia, nie przy­wią­zuje bowiem naj­mniej­szej wagi do pie­nię­dzy; pro­sił więc gospo­dy­nię, aby się nim nie przej­mo­wała.

- Wiem bar­dzo dobrze, pani - rzekł - że sia­da­jąc do kar­cia­nego sto­lika, należy liczyć się z przy­pad­ko­wo­ścią losu; na szczę­ście nie jestem w tak złej sytu­acji, aby roz­pa­czać nad stratą pię­ciu szy­lin­gów. Wielu jest z pew­no­ścią nie­szczę­śni­ków, któ­rzy nie mogliby tego o sobie powie­dzieć, ja jed­nak, dzięki lady Cathe­rine de Bourgh, zosta­łem uwol­niony od koniecz­no­ści zamar­twia­nia się o dro­bia­zgi.

Te słowa zwró­ciły uwagę pana Wic­khama, który przy­glą­dał się panu Col­lin­sowi przez kilka chwil, a następ­nie zapy­tał po cichu Eli­za­beth, czy jego powią­za­nia z rodem de Bourgh należą do ści­słych.

- Lady Cathe­rine de Bourgh - odparła - powie­rzyła mu nie­dawno para­fię w swym majątku. Nie wiem, w jaki spo­sób pan Col­lins nawią­zał z nią zna­jo­mość, jestem jed­nak pewna, że zna ją od nie­dawna.

- Oczy­wi­ście wie pani, że lady Cathe­rine de Bourgh i lady Anne Darcy były sio­strami; a zatem jest ona ciotką obec­nego pana Darcy'ego.

- Nie mia­łam o tym poję­cia. Konek­sje lady Cathe­rine nie są mi znane. Nie wie­dzia­łam o jej ist­nie­niu aż do przed­wczo­raj.

- Jej córka, panna de Bourgh, jest dzie­dziczką ogrom­nego spadku; wieść głosi, że kuzyn ma się z nią oże­nić, by połą­czyć oba majątki.

Eli­za­beth uśmiech­nęła się mimo woli, myśląc o bied­nej pan­nie Bin­gley. Na nic się zda­dzą wszel­kie jej zabiegi, uczu­cie oka­zy­wane sio­strze pana Darcy'ego i nie­ustanne pochwały pod jego adre­sem, skoro jest prze­zna­czony innej.

- Pan Col­lins - powie­działa - wyraża się w samych super­la­ty­wach o lady Cathe­rine i jej córce; sądząc jed­nak z pew­nych szcze­gó­łów, jakie nam zdra­dził, mogę wnio­sko­wać, że poczu­cie wdzięcz­no­ści zapro­wa­dziło go chyba na manowce, i choć jest jego patronką, to aro­gancka i próżna kobieta.

- Takie mniej wię­cej jest moje zda­nie na jej temat - przy­znał Wic­kham. - Nie widzia­łem jej od wielu lat, ale pamię­tam dosko­nale, że ni­gdy jej nie lubi­łem; zacho­wy­wała się zawsze wład­czo i buń­czucz­nie. Cie­szy się repu­ta­cją osoby nie­zwy­kle roz­sąd­nej i inte­li­gent­nej; ja jestem jed­nak zda­nia, że przy­naj­mniej czę­ściowo wynika to z jej pozy­cji i bogac­twa, czę­ściowo zaś z auto­ry­ta­tyw­nego spo­sobu bycia, reszta nato­miast to duma bra­tanka, który uważa, że każdy, kto jest z nim spo­krew­niony, musi mieć bły­sko­tliwy umysł.

Eli­za­beth przy­znała, że to bar­dzo trafne pod­su­mo­wa­nie, po czym roz­ma­wiali dalej, ku obo­pól­nemu zado­wo­le­niu, do chwili, gdy podano kola­cję, kła­dąc kres kar­cia­nym roz­gryw­kom, a zara­zem dając pozo­sta­łym damom oka­zję do roz­mowy z panem Wic­kha­mem. Choć gwar, jaki się pod­niósł przy kola­cji utrud­niał kon­wer­sa­cję, maniery tego ostat­niego pozo­stały nie­ska­zi­telne. Wszystko, co mówił, brzmiało roz­sąd­nie; każdy jego gest był nace­cho­wany gra­cją. Eli­za­beth nie mogła prze­stać o nim myśleć, gdy wie­czór dobiegł końca. Wciąż wra­cała do roz­mowy z panem Wic­kha­mem i roz­pa­mię­ty­wała jego słowa przez całą drogę do domu; nie zdo­łała jed­nak wtrą­cić ani słowa do roz­mowy, ponie­waż Lydia i pan Col­lins mówili bez prze­rwy. Lydia opo­wia­dała wciąż o lote­rii, o swo­ich poraż­kach i wygra­nych; pan Col­lins roz­wo­dził się nad uprzej­mo­ścią pań­stwa Phil­lips, prze­ko­ny­wał, że nie przej­muje się prze­graną w wista, wyli­czał wszyst­kie dania zaser­wo­wane pod­czas kola­cji i wie­lo­krot­nie wyra­żał obawę, że z powodu jego obec­no­ści w powo­zie jest zbyt cia­sno; nie zamilkł ani na chwilę, dopóki nie zatrzy­mali się przed Long­bo­urn House.

Rozdział XVII

Następ­nego dnia Eli­za­beth zre­la­cjo­no­wała Jane prze­bieg swej roz­mowy z panem Wic­kha­mem. Jane słu­chała jej ze zdu­mie­niem i przy­kro­ścią; nie potra­fiła uwie­rzyć, że pan Darcy mógł oka­zać się tak nie­god­nym przy­jaźni pana Bin­gleya, jed­nak nie umiała także zakwe­stio­no­wać uczci­wo­ści mło­dzieńca tak miłego jak Wic­kham. Moż­li­wość, że padł ofiarą tak wiel­kiej pod­ło­ści wystar­czyła, by obu­dzić w niej współ­czu­cie; pozo­stało jej zatem jedy­nie myśleć dobrze o obu dżen­tel­me­nach, bro­nić postę­po­wa­nia każ­dego z nich i winić przy­pa­dek lub pomyłkę za wszel­kie ich postępki, któ­rych nie umiała sobie wyja­śnić ina­czej.

- Jestem zda­nia - rze­kła - że oni obaj zostali w taki czy inny spo­sób oszu­kani, nie nam zaś sądzić, jak było naprawdę. Nie­wy­klu­czone, że w grę wcho­dzili inni zain­te­re­so­wani, któ­rzy przed­sta­wiali jed­nemu postępki dru­giego w fał­szy­wym świe­tle. Krótko mówiąc, nie spo­sób zro­zu­mieć przy­czyny i oko­licz­no­ści, które uczy­niły z nich wro­gów, nie zrzu­ca­jąc winy na jed­nego z nich.

- Istot­nie, to prawda. Kochana Jane, co powiesz w takim razie na obronę tych innych zain­te­re­so­wa­nych, któ­rzy zapewne maczali w tym palce? Ich rów­nież musisz oczy­ścić z zarzu­tów; w prze­ciw­nym razie będziemy zmu­szone pomy­śleć o kimś nie­po­chleb­nie.

- Śmiej się, ile chcesz, nie nakło­nisz mnie tym do zmiany zda­nia. Naj­droż­sza Lizzy, pomyśl tylko, w jak fatal­nym świe­tle ta sprawa sta­wia pana Darcy'ego: potrak­to­wać w ten spo­sób fawo­ryta swego ojca, któ­rym ojciec jego przy­rze­kał się zająć. To nie­moż­liwe. Nikt, kto ma w sercu ludz­kie uczu­cia, kto ceni sobie wła­sne zasady, nie byłby do tego zdolny. Czy mógłby aż tak oszu­kać swych naj­bliż­szych przy­ja­ciół? O nie.

- Dużo łatwiej uwie­rzę, że pan Bin­gley dał się zwieść, ani­żeli pan Wic­kham zmy­ślił całą tę histo­rię, którą opo­wie­dział mi wczo­raj wie­czo­rem: nazwi­ska, fakty, wszystko podane jak na tacy. Jeśli to nie­prawda, niech pan Darcy zaprze­czy. Poza tym miał nie­zwy­kłą szcze­rość w spoj­rze­niu.

- To istot­nie trudne... to rze­czy­wi­ście nie­po­ko­jące. Po pro­stu nie wia­domo, co o tym myśleć.

- Wybacz, moja droga; bez wąt­pie­nia wia­domo.

Jane była jed­nak pewna tylko co do jed­nej rze­czy - że pan Bin­gley, jeśli istot­nie dał się zwieść, cier­piałby ogrom­nie, gdyby cała sprawa wyszła na jaw.

W tej samej chwili młode damy musiały zakoń­czyć prze­chadzkę, pod­czas któ­rej odbyła się ta roz­mowa, i wró­cić do domu. Witano bowiem wła­śnie jedną z osób, o któ­rych mówiły - pan Bin­gley wraz z sio­strami przy­je­chał, by oso­bi­ście wrę­czyć Ben­ne­tom zapro­sze­nia na ocze­ki­wany od dawna bal w Nether­field, zapla­no­wany na naj­bliż­szy wto­rek. Obie damy były zachwy­cone, widząc znów swoją drogą przy­ja­ciółkę, ponie­waż całe wieki minęły od ich ostat­niego spo­tka­nia; chciały więc koniecz­nie wie­dzieć, co w tym cza­sie działo się u niej. Pozo­sta­łej czę­ści rodziny poświę­ciły nie­wiele uwagi; uni­kały, jak mogły, roz­mowy z panią Ben­net, rzu­ciły kilka słów do Eli­za­beth, do innych zaś nie ode­zwały się wcale. Nie­ba­wem już ich nie było - ni stąd, ni zowąd zerwały się ze swych miejsc ku zasko­cze­niu brata i nie­mal wybie­gły z domu, jak gdyby ucie­ka­jąc przed wyra­zami uprzej­mo­ści ze strony pani Ben­net.

Nie było w rodzi­nie kobiety, która nie cze­ka­łaby z biciem serca na bal w Nether­field. Pani Ben­net posta­no­wiła uznać, że został on wydany na cześć jej naj­star­szej córki; szcze­gól­nie schle­biała jej świa­do­mość, że pan Bin­gley pofa­ty­go­wał się, by zapro­sić je oso­bi­ście, zamiast przy­sy­łać bilet wizy­towy. Jane wyobra­żała sobie, że spę­dzi uro­czy wie­czór ze swymi dwiema przy­ja­ciół­kami, ado­ro­wana przez ich brata; Eli­za­beth nato­miast nie mogła docze­kać się, by zatań­czyć z panem Wic­kha­mem i potwier­dzić swoje podej­rze­nia na pod­sta­wie wyglądu i zacho­wa­nia pana Darcy'ego. Cathe­rine i Lydia nie miały jasno spre­cy­zo­wa­nych ocze­ki­wań. Co prawda - podob­nie jak Eli­za­beth - marzyły o tym, by prze­tań­czyć pół wie­czoru z panem Wic­kha­mem, nie był to jed­nak jedyny part­ner, który mógł spro­stać ich ocze­ki­wa­niom; w końcu bal to prze­cież bal. Nawet Mary gotowa była przy­znać, że myśli o nad­cho­dzą­cym wtorku bez nie­chęci.

- Jeśli tylko mam poranki dla sie­bie - rze­kła - to mi wystar­czy; mogę od czasu do czasu poświę­cić wie­czór czy dwa na roz­rywkę. Nikt nie jest wolny od obo­wiąz­ków towa­rzy­skich, ja zaś wyznaję zasadę, że prze­rwy w pracy dla odpo­czynku i roz­rywki są rze­czą nie­zbędną dla każ­dego.

Eli­za­beth była w tak dosko­na­łym humo­rze, że choć sta­rała się na ogół nie pro­wo­ko­wać pana Col­linsa do roz­mowy, tym razem nie powstrzy­mała się - spy­tała, czy ma zamiar przy­jąć zapro­sze­nie pana Bin­gleya, a jeśli tak, czy uzna za sto­sowne wziąć udział w tań­cach; z pew­nym zasko­cze­niem dowie­działa się, że pastor nie ma w tym wzglę­dzie żad­nych skru­pu­łów i nie oba­wia się repry­mendy ze strony takich per­son jak arcy­bi­skup czy nawet lady Cathe­rine, jeśli ośmieli się zatań­czyć.

- W żad­nym wypadku nie jestem zda­nia - powie­dział - że bal tego rodzaju, wyda­wany przez mło­dzieńca o nie­ska­zi­tel­nym cha­rak­te­rze, dla osób sza­no­wa­nych może nieść za sobą cokol­wiek złego; jeśli zaś cho­dzi o taniec, jestem tak daleki od jakich­kol­wiek zastrze­żeń wobec tej formy roz­rywki, że mam nadzieję mieć zaszczyt towa­rzy­szyć w niej w trak­cie wie­czoru każ­dej z mych pięk­nych kuzy­nek; tym samym, korzy­sta­jąc z oka­zji, panno Eli­za­beth, chciał­bym popro­sić, abyś zare­zer­wo­wała dla mnie dwa pierw­sze tańce; mam nadzieję, że kuzynka Jane okaże pobłaż­li­wość dla mego wyboru, przy­pi­su­jąc mu wła­ściwą inten­cję, i nie uzna go za brak sza­cunku wobec niej.

Eli­za­beth była zdru­zgo­tana. Wyobra­żała sobie dotąd, że te wła­śnie tańce odda panu Wic­kha­mowi, tym­cza­sem miał go zastą­pić pan Col­lins! Żało­wała teraz ser­decz­nie, że nie trzy­mała języka za zębami. Nie­stety, było już za późno. Pozo­sta­wało jej jedy­nie pogo­dzić się z tym, że będzie mogła cie­szyć się towa­rzy­stwem Wic­khama nieco póź­niej, i przy­jąć pro­po­zy­cję pana Col­linsa z całą gra­cją, na jaką było ją stać. Nie była jed­nak z tego zado­wo­lona, a przy tym w jej serce wkra­dły się pewne podej­rze­nia. Po raz pierw­szy dopu­ściła do sie­bie myśl, że być może została spo­śród sióstr wybrana, aby stać się panią ple­ba­nii w Huns­ford i czwartą do lom­bra w Rosings, jeśli aku­rat zabrak­nie tam gości. Przy­pusz­cze­nie szybko prze­ro­dziło się w pew­ność, Eli­za­beth dostrze­gła bowiem, że pastor stał się wobec niej wyjąt­kowo uprzejmy i czę­sto pró­bo­wał kom­ple­men­to­wać jej poczu­cie humoru oraz tem­pe­ra­ment. Była raczej zdu­miona niż zachwy­cona jego zalo­tami, nie­ba­wem jed­nak matka dała jej do zro­zu­mie­nia, że ucie­szy­łaby się ogrom­nie, gdyby córka oddała rękę panu Col­linsowi. Eli­za­beth udała, że nie rozu­mie alu­zji, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę, że jej wyraźna odpo­wiedź dopro­wa­dzi­łaby do poważ­nej dys­puty. Pan Col­lins mógł wszak ni­gdy się jej nie oświad­czyć, nie było zatem sensu kłó­cić się o niego.

Gdyby nie bal w Nether­field i przy­go­to­wa­nia do niego, młod­sze panny Ben­net pogrą­ży­łyby się zapewne w czar­nej roz­pa­czy, ponie­waż od dnia, w któ­rym dostały zapro­sze­nie, aż do wyzna­czo­nej daty lał deszcz, unie­moż­li­wia­jąc im prze­chadzki do Mery­ton. Nie można było odwie­dzać ciotki, widy­wać się z ofi­ce­rami, słu­chać plo­te­czek - nawet roze­tki do pan­to­fel­ków na bal przy­wiózł posła­niec. Rów­nież Eli­za­beth poczuła się wresz­cie nieco znie­cier­pli­wiona tą odmianą pogody, która cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiła jej zawar­cie bliż­szej zna­jo­mo­ści z panem Wic­kha­mem; jeśli zaś cho­dzi o Kitty i Lydię, tylko per­spek­tywa wtor­ko­wej zabawy uczy­niła dla nich zno­śnymi poprze­dza­jący go pią­tek, sobotę, nie­dzielę i ponie­dzia­łek.

Rozdział XVIII

Do chwili, gdy Eli­za­beth weszła do bawialni w Nether­field, wypa­tru­jąc na próżno pana Wic­khama wśród czer­wo­nych woj­sko­wych kur­tek ofi­cer­skich, nie przy­szła jej nawet do głowy moż­li­wość, że się nie zja­wił. Była pewna, że przyj­dzie, choć gdyby wró­ciła pamię­cią do ostat­niej z nim roz­mowy, być może zaczę­łaby w to wąt­pić. Ubrała się na bal sta­ran­niej niż zwy­kle i z rado­snym biciem serca cze­kała chwili, gdy będzie mogła pod­bić jego serce do reszty, co - jak jej się zda­wało - powinno było się udać w ciągu jed­nego wie­czoru. Teraz jed­nak w jej duszy zro­dziło się przy­kre podej­rze­nie, że być może pan Bin­gley, prze­ka­zu­jąc zapro­sze­nia ofi­ce­rom, chciał zro­bić przy­jem­ność Darcy'emu i pomi­nął jego adwer­sa­rza; i choć nie do końca miała w tym wzglę­dzie słusz­ność, przy­ja­ciel pana Wic­khama, pan Denny, już po chwili potwier­dził, pytany przez Lydię, że istot­nie, jego druh musiał wyje­chać do Lon­dynu w pil­nej spra­wie dzień wcze­śniej i dotąd nie wró­cił. Dodał jed­nak ze zna­czą­cym uśmie­chem:

- Jestem pewien, że żadna sprawa nie wycią­gnę­łaby go stąd aku­rat teraz, gdyby nie chciał unik­nąć spo­tka­nia z pew­nym dżen­tel­me­nem, który jest tu obecny.

Lydia nie usły­szała tej uwagi, nie umknęła ona nato­miast Eli­za­beth, która zyskała tym samym pew­ność, że Darcy istot­nie odpo­wiada za nie­obec­ność Wic­khama, choć nie­do­kład­nie tak, jak sobie wyobra­żała; tym nie­mniej uczu­cie nie­chęci wobec niego, wzmoc­nione roz­cza­ro­wa­niem, spra­wiło, że z tru­dem odpo­wie­działa mu w miarę uprzej­mie na powi­ta­nie, gdy do niej pod­szedł. Uprzej­mość, wyro­zu­mia­łość, cier­pli­wość oka­zy­wane Darcy'emu były w jej oczach zdradą wobec Wic­khama. Obie­cała sobie, że nie zamieni z nim wię­cej ani słowa, i odwró­ciła się z roz­draż­nie­niem, któ­rego nie zdo­łała w pełni opa­no­wać nawet w roz­mo­wie z panem Bin­gleyem, ponie­waż zło­ściła ją nawet jego nie­świa­do­mość sytu­acji.

Eli­za­beth jed­nak nie umiała się długo gnie­wać i choć jej nadzieje na ten wie­czór legły w gru­zach, nie wpra­wiło jej to w zły humor na długo. Zwie­rzyw­szy się ze swych smut­ków Char­lot­cie Lucas, któ­rej nie widziała od tygo­dnia, już po chwili opo­wia­dała jej o wszyst­kich dzi­wac­twach nowo pozna­nego kuzyna, pole­ca­jąc go zara­zem jej szcze­gól­nej uwa­dze. Pierw­sze dwa tańce jed­nak ponow­nie popsuły jej nastrój, oka­zały się bowiem kosz­marne. Pan Col­lins tań­czył nie­zgrab­nie i uro­czy­ście, prze­pra­sza­jąc co chwilę, po czym znowu mylił krok. Eli­za­beth prze­żyła wstyd i upo­ko­rze­nie, jakiego można doznać tylko pod­czas nie jed­nego, ale aż dwóch tań­ców z nie­wy­da­rzo­nym part­ne­rem. Gdy drugi taniec dobiegł końca, nie posia­dała się z rado­ści.

Następ­nie zatań­czyła z jed­nym z ofi­ce­rów, co dało jej oka­zję do roz­mowy o Wic­kha­mie; dowie­działa się mię­dzy innymi, że jest powszech­nie lubiany. Kiedy muzyka umil­kła, wró­ciła do Char­lotte Lucas i pogrą­żyła się w roz­mo­wie z nią; nagle sta­nął za nią pan Darcy. Kiedy popro­sił ją o kolejny taniec, zgo­dziła się, zbyt zasko­czona, by zna­leźć na pocze­ka­niu wła­ściwe słowa odmowy. Natych­miast odwró­cił się i odszedł, pozo­sta­wia­jąc ją, by mogła od razu skar­cić się za wła­sną nie­roz­trop­ność. Char­lotte pró­bo­wała ją pocie­szyć.

- Zoba­czysz, że będzie się zacho­wy­wał bar­dzo miło.

- Boże broń! To byłoby naj­więk­sze nie­szczę­ście ze wszyst­kich! Uznać męż­czy­znę, któ­rego posta­no­wi­łaś znie­na­wi­dzić, za miłego! Nie życz mi aż tak źle.

Kiedy jed­nak tańce roz­po­częły się na nowo i Darcy pod­szedł ponow­nie do Eli­za­beth, Char­lotte napo­mniała ją szep­tem, by nie pozwo­liła, aby urok Wic­khama skło­nił ją do nie­uprzej­mo­ści wobec czło­wieka zaj­mu­ją­cego o wiele wyż­szą pozy­cję. Eli­za­beth nie odpo­wie­działa; zajęła miej­sce w koro­wo­dzie, wciąż nie mogąc nadzi­wić się zaszczy­towi, jaki ją spo­tkał. Spoj­rze­nia jej sąsia­dów mówiły same za sie­bie: byli nie mniej zdu­mieni niż ona. Przez kilka chwil Eli­za­beth i pan Darcy stali naprze­ciw sie­bie bez słowa; zaczęła już wyobra­żać sobie, że będą mil­czeć przez całe dwa tańce, i posta­no­wiła, że nie ode­zwie się pierw­sza; po chwili jed­nak stwier­dziła, że więk­szą karą dla jej part­nera będzie zmu­sić go do roz­mowy, uczy­niła więc lekką uwagę na temat tańca. Odpo­wie­dział jej, po czym znów zapa­dła cisza. Po kilku kolej­nych minu­tach ode­zwała się do niego ponow­nie:

- Kolej na pana, by zabrać głos, panie Darcy. Ja wyra­zi­łam już opi­nię na temat tańca, teraz zaś pan powi­nien powie­dzieć coś na temat roz­mia­rów tej sali lub liczby par.

Uśmiech­nął się i zapew­nił ją, że powie wszystko, czego ona sobie życzy.

- Dosko­nale. Taka odpo­wiedź na razie mi wystar­czy. Być może za jakiś czas dodam, że pry­watne bale są o wiele przy­jem­niej­sze od publicz­nych. Na razie jed­nak możemy mil­czeć.

- Czy z zasady roz­ma­wia pani pod­czas tańca?

- Nie­kiedy. Widzi pan, trzeba roz­ma­wiać ze sobą choćby odro­binę. Gdy­by­śmy mil­czeli wspól­nie przez całe pół godziny, spra­wia­łoby to dzi­waczne wra­że­nie; jed­nak roz­mowa powinna być tak pro­wa­dzona, aby nie zmu­szać zwłasz­cza nie­któ­rych part­ne­rów do zbyt­niej elo­kwen­cji.

- Czy w tej chwili postę­puje pani zgod­nie z wła­snym upodo­ba­niem, czy też stara się zadość­uczy­nić moim?

- Jedno i dru­gie - odparła Eli­za­beth śmiało - ponie­waż jestem zda­nia, że w grun­cie rze­czy jeste­śmy do sie­bie ogrom­nie podobni. Oboje jeste­śmy nie­to­wa­rzy­scy, mru­kliwi i nie­skłonni do roz­mowy, o ile nie mamy zamiaru powie­dzieć cze­goś, co zadziwi wszyst­kich obec­nych do tego stop­nia, że będą nasze słowa prze­ka­zy­wać potom­nym jako godne zapa­mię­ta­nia.

- Nie wydaje mi się, aby ten opis odpo­wia­dał istot­nie pani uspo­so­bie­niu - odparł. - Na ile pasuje do mnie, trudno mi powie­dzieć. Bez wąt­pie­nia pani jest prze­ko­nana, że odma­lo­wała mój por­tret traf­nie.

- Nie mnie oce­niać, na ile jest on wierny.

Nic na to nie odpo­wie­dział i znów zapa­dło mię­dzy nimi mil­cze­nie aż do chwili, gdy pierw­szy taniec dobiegł końca, wtedy zaś Darcy spy­tał, czy ona i sio­stry czę­sto bywają w Mery­ton. Potwier­dziła, nie mogła jed­nak powstrzy­mać się, by nie dodać:

- Kiedy spo­tka­li­śmy się tam ostat­nio, były­śmy wła­śnie w trak­cie zawie­ra­nia nowej zna­jo­mo­ści.

Efekt jej słów był natych­mia­stowy. Jego twarz pociem­niała, nabie­ra­jąc wynio­słego wyrazu, nie powie­dział jed­nak ani słowa, Eli­za­beth zaś, choć w duchu łajała się za sła­bość, nie mogła zdo­być się na dal­szą wypo­wiedź. Wresz­cie Darcy prze­mó­wił z tru­dem.

- Pan Wic­kham, obda­rzony przez los nie­ska­zi­tel­nymi manie­rami, bez trudu nawią­zuje nowe zna­jo­mo­ści; nie jestem nato­miast pewny, czy potrafi utrzy­my­wać je przez czas dłuż­szy.

- Nie miał w każ­dym razie szczę­ścia utrzy­mać pań­skiej przy­jaźni - odparła Eli­za­beth z naci­skiem - a przy tym stra­cił ją w spo­sób, który do końca życia przy­spo­rzy mu cier­pie­nia.

Darcy nie odpo­wie­dział; zda­wało się, że chęt­nie zmie­niłby temat. W tej samej chwili pod­szedł do nich sir Lucas, chcąc prze­do­stać się pomię­dzy tań­czą­cymi na drugi koniec sali; widząc pana Darcy'ego, zatrzy­mał się z nie­zwy­kle uprzej­mym ukło­nem, by skom­ple­men­to­wać jego taniec i part­nerkę.

- Jestem abso­lut­nie zachwy­cony, drogi panie. Nie­czę­sto widuje się tak zręcz­nych tan­ce­rzy. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że należy pan do śmie­tanki towa­rzy­skiej. Pozwoli pan jed­nak, że dodam, że pana piękna part­nerka w niczym panu nie ustę­puje; mam ogromną nadzieję, że będzie mi dane jesz­cze nie­raz oglą­dać panią w tańcu, szcze­gól­nie, droga Elizo, gdy będziemy świę­to­wać (tu rzu­cił okiem na Jane i Bin­gleya) pewne szczę­śliwe wyda­rze­nie. Ileż powin­szo­wań posy­pie się wów­czas! Drogi panie Darcy! Nie będę jed­nak prze­szka­dzał pań­stwu dłu­żej. Nie chciał­bym, żeby miał mi pan za złe, że ode­rwa­łem go od cza­ru­ją­cej roz­mowy z tą młodą damą, któ­rej piękne oczy także spo­glą­dają na mnie z wyrzu­tem.

Darcy led­wie sły­szał tę ostat­nią część jego wypo­wie­dzi; alu­zja sir Wil­liama, doty­cząca jego przy­ja­ciela, wywarła na nim silne wra­że­nie. Utkwił poważne spoj­rze­nie w Bin­gleyu i Jane, któ­rzy wła­śnie tań­czyli ze sobą. Po chwili ock­nął się z zapa­trze­nia i zwró­cił się do swej part­nerki:

- Poja­wie­nie się sir Wil­liama spra­wiło, że zapo­mnia­łem, o czym roz­ma­wia­li­śmy.

- Wydaje mi się, że nie roz­ma­wia­li­śmy wcale. Sir Wil­liam nie zna­la­złby na tej sali dwóch innych osób, któ­rym mógłby prze­szko­dzić w tak nie­wiel­kim stop­niu. Pró­bo­wa­li­śmy poru­szyć dwa lub trzy tematy, jed­nak bez powo­dze­nia; nie potra­fię sobie wyobra­zić, o czym jesz­cze mogli­by­śmy kon­wer­so­wać.

- Co pani sądzi o książ­kach? - spy­tał z uśmie­chem.

- Książki! O nie. Jestem pewna, że nie czy­tu­jemy tych samych ksią­żek, a jeśli nawet, z pew­no­ścią budzą w nas one odmienne odczu­cia.

- Przy­kro mi, że tak pani sądzi; jeśli jed­nak istot­nie tak jest, mamy rów­nież gotowy temat do roz­mowy. Możemy porów­nać opi­nie o poszcze­gól­nych dzie­łach.

- Nie; nie potra­fi­ła­bym roz­ma­wiać o książ­kach na sali balo­wej; pod­czas zabaw nie mam do tego głowy.

- Rozu­miem, że sku­pia się pani cał­ko­wi­cie na tym, co dzieje się tutaj i teraz, czyż nie? - spy­tał, spo­glą­da­jąc na nią uważ­nie.

- Tak, zawsze - odparła z roz­tar­gnie­niem, ponie­waż jej myśli krą­żyły obec­nie wokół zupeł­nie innej kwe­stii, czemu dała wyraz po chwili. - Pamię­tam, że kie­dyś powie­dział pan, panie Darcy, że nie zda­rza się panu wyba­czać ludziom; że jeśli zrazi się pan do kogoś, to nie­od­wra­cal­nie. W takim razie, jak mnie­mam, nie pozwala pan sobie zapewne, by zra­zić się do kogoś pochop­nie?

- Rze­czy­wi­ście - odparł pew­nym gło­sem.

- I ni­gdy nie zaśle­piają pana uprze­dze­nia?

- Mam nadzieję, że nie.

- To chyba szcze­gól­nie ważne, by osoby, które ni­gdy nie zmie­niają zda­nia, potra­fiły rze­tel­nie osą­dzić sytu­ację.

- Czy mogę zapy­tać, jaki jest cel pani docie­kań?

- Chcę po pro­stu lepiej zro­zu­mieć pań­ski cha­rak­ter - odparła, pró­bu­jąc nadać lżej­szy ton roz­mo­wie. - Usi­łuję pana roz­szy­fro­wać.

- Z jakim efek­tem?

Potrzą­snęła głową.

- Bez skutku. Opi­nie na pań­ski temat są tak róż­no­rodne, że nie umiem roz­strzy­gnąć, gdzie leży prawda.

- Bez trudu mogę uwie­rzyć - odpo­wie­dział z powagą - że opi­nie na mój temat mogą ogrom­nie się róż­nić; chciał­bym, panno Ben­net, aby nie pró­bo­wała pani w tej chwili wydać osądu o moim cha­rak­te­rze, ponie­waż oba­wiam się, że wynik nie byłby zado­wa­la­jący dla żad­nego z nas.

- Jeśli jed­nak nie zro­bię tego teraz, mogę już nie mieć po temu oka­zji.

- Nie chciał­bym pozba­wiać pani tej, jak i innych przy­jem­no­ści - odparł chłodno.

Eli­za­beth nie powie­działa nic wię­cej, a gdy drugi taniec dobiegł końca, roz­stali się w mil­cze­niu, oboje nie­za­do­wo­leni, choć w róż­nym stop­niu. W sercu Darcy'ego rodziło się coraz sil­niej­sze uczu­cie wobec Eli­za­beth, był więc skłonny szybko jej prze­ba­czyć, kie­ru­jąc gniew w inną stronę.

Nie­ba­wem do Eli­za­beth pode­szła panna Bin­gley, zwra­ca­jąc się do niej uprzej­mie, lecz ze źle masko­waną wyż­szo­ścią.

- Sły­sza­łam, panno Elizo, że zachwy­cił panią Geo­rge Wic­kham! Pani sio­stra opo­wia­dała mi o nim, zada­jąc przy tej oka­zji tysiące pytań; oka­zuje się, że młody czło­wiek zapo­mniał chyba panią poin­for­mo­wać, że jest synem sta­rego Wic­khama, rządcy zmar­łego pana Darcy'ego. Jako przy­ja­ciółka, pozwolę sobie pora­dzić ci, pani, abyś nie wie­rzyła we wszystko, co od niego sły­szysz; to nie­prawda, że pan Darcy źle go potrak­to­wał. Odwrot­nie, był dla niego zawsze bar­dzo dobry, choć Geo­rge Wic­kham zacho­wał się wobec niego w spo­sób wyjąt­kowo nie­godny. Nie znam szcze­gó­łów, wiem jed­nak bar­dzo dobrze, że za całą tę sytu­ację nie można abso­lut­nie winić pana Darcy'ego; nie może on znieść myśli o Wic­khamie, zaś mój brat, choć uznał, że nie może pomi­nąć go wśród zapro­szo­nych gości, był ogrom­nie zado­wo­lony, gdy oka­zało się, że sam usu­nął się z drogi. Jego przy­jazd aku­rat tutaj to naj­wyż­sza bez­czel­ność; zasta­na­wiam się, jak mógł w ogóle zdo­być się na coś takiego. Przy­kro mi odzie­rać panią ze złu­dzeń co do pani fawo­ryta, panno Elizo; doprawdy, jed­nak, bio­rąc pod uwagę jego pocho­dze­nie, trudno byłoby spo­dzie­wać się po nim cze­go­kol­wiek lep­szego.

- Wydaje się pani sta­wiać znak rów­no­ści pomię­dzy jego winą a pocho­dze­niem - odparła z gnie­wem Eli­za­beth. - Jak sły­szę, oskarża go pani jedy­nie o to, że jest synem rządcy pana Darcy'ego; mogę zaś panią zapew­nić, że o tym aku­rat powie­dział mi on sam.

- Pro­szę wyba­czyć - odparła panna Bin­gley, odwra­ca­jąc się z szy­der­czym śmiesz­kiem. - Nie chcia­łam się wtrą­cać... nie mia­łam nic złego na myśli.

"Co za bez­czel­ność! - pomy­ślała Eli­za­beth. - Myli się, jeśli sądzi, że taki żało­sny atak wywrze na mnie jaki­kol­wiek wpływ. Nie kryje się za tym nic oprócz jej wła­snej igno­ran­cji i złej woli pana Darcy'ego".

Następ­nie poszła szu­kać swo­jej star­szej sio­stry, która obie­cała wypy­tać w wia­do­mej kwe­stii pana Bin­gleya. Jane wyszła jej naprze­ciw ze słod­kim uśmie­chem, roz­ta­cza­jąc wokół blask wska­zu­jący nie­zbi­cie, jak wielką radość spra­wił jej dzi­siej­szy wie­czór. Eli­za­beth natych­miast odczy­tała jej uczu­cia i w tej samej chwili jej współ­czu­cie dla Wic­khama, gniew wywo­łany przez jego wro­gów i wszystko inne ustą­piło nadziei, że Jane odnaj­dzie szczę­ście naj­wyż­sze z moż­li­wych.

- Mów - rze­kła, uśmie­cha­jąc się rów­nie pro­mien­nie jak jej sio­stra - czego się dowie­dzia­łaś o panu Wic­kha­mie. Być może jed­nak byłaś zbyt zajęta, by myśleć o kimś trze­cim; w takim wypadku będę zmu­szona ci wyba­czyć.

- Nie - odparła Jane - nie zapo­mnia­łam o nim; ale nie mam ci wiele do powie­dze­nia. Pan Bin­gley nie zna całej histo­rii, jak rów­nież oko­licz­no­ści, które pan Darcy ode­brał jako obrazę; ręczy jed­nak za pra­wość, uczci­wość i honor swego przy­ja­ciela, i jest abso­lut­nie prze­ko­nany, że pan Wic­kham zasłu­gi­wał na znacz­nie mniej uwagi pana Darcy'ego, niż jej otrzy­mał; przy­kro mi to mówić, ale zarówno jego zda­niem, jak i według jego sio­stry pan Wic­kham nie jest god­nym sza­cunku mło­dzień­cem. Oba­wiam się, że wyka­zał się wielką nie­roz­wagą i w pełni zasłu­żył na utratę wzglę­dów pana Darcy'ego.

- Pan Bin­gley nie zna pana Wic­khama?

- Nie, ni­gdy wcze­śniej go nie widział, aż do tam­tego poranka w Mery­ton.

- A więc zna tę sprawę wyłącz­nie z opo­wie­ści pana Darcy'ego. Rozu­miem. Co w takim razie mówi o kwe­stii pro­bo­stwa?

- Nie przy­po­mina sobie dokład­nie oko­licz­no­ści, choć sły­szał od pana Darcy'ego o tej spra­wie wię­cej niż raz, jest jed­nak prze­ko­nany, że pro­bo­stwo miało być przy­znane jedy­nie warun­kowo.

- Nie wąt­pię w szcze­rość pana Bin­gleya - powie­działa cie­pło Eli­za­beth - musisz mi jed­nak wyba­czyć, że nie przyjmę samych jego zapew­nień za dobrą monetę. Pan Bin­gley nie­wąt­pli­wie bar­dzo zręcz­nie broni swego przy­ja­ciela; skoro jed­nak zna tylko część całej histo­rii, reszty zaś dowie­dział się wła­śnie od tego przy­ja­ciela, któ­rego broni, pozo­stanę póki co przy swoim zda­niu na temat obu dżen­tel­me­nów.

Następ­nie zmie­niły temat na przy­jem­niej­szy dla nich obu, co do któ­rego zga­dzały się ze sobą w zupeł­no­ści. Eli­za­beth słu­chała z przy­jem­no­ścią, jak Jane, prze­peł­niona nie­śmiałą, lecz szczę­śliwą nadzieją opo­wiada o aten­cji oka­zy­wa­nej jej przez pana Bin­gleya, i sta­rała się, jak mogła, pod­trzy­mać w niej prze­ko­na­nie, że jest ona oznaką praw­dzi­wego uczu­cia. Kiedy dołą­czył do nich także pan Bin­gley, Eli­za­beth wyco­fała się, zwra­ca­jąc się do panny Lucas; nim jed­nak zdą­żyła odpo­wie­dzieć na pyta­nie, jak jej się tań­czyło z ostat­nim part­ne­rem, pod­szedł do nich pan Col­lins, opo­wiadając z wiel­kim pod­nie­ce­niem, że wła­śnie doko­nał nie­zwy­kle waż­nego odkry­cia.

- Dowie­dzia­łem się - rzekł - zupeł­nie przy­pad­kowo, że na tej sali znaj­duje się bli­ski krewny mej patronki. Sły­sza­łem, jak ten wła­śnie dżen­tel­men mówił mło­dej damie, czy­nią­cej honory domu, o swej kuzynce, pan­nie de Bourgh, i jej matce, lady Cathe­rine. Cóż za wspa­niały zbieg oko­licz­no­ści! Kto by pomy­ślał, że w tym towa­rzy­stwie natknę się na sio­strzeńca lady Cathe­rine de Bourgh! Cie­szę się ogrom­nie, że udało mi się doko­nać tego odkry­cia w samą porę, by zło­żyć mu usza­no­wa­nie, co zaraz uczy­nię, prze­pra­sza­jąc go zara­zem, że nie zro­bi­łem tego dotąd. Mam nadzieję, że moja nie­wie­dza na temat jego powią­zań rodzin­nych będzie wystar­cza­ją­cym uspra­wie­dli­wie­niem.

- Ależ nie ma pan chyba zamiaru przed­sta­wić się panu Darcy'emu!

- W rze­czy samej, mam taki zamiar. Prze­pro­szę go rów­nież, że nie zro­bi­łem tego wcze­śniej. Jeśli dobrze rozu­miem, jest sio­strzeń­cem lady Cathe­rine. Będę mógł poin­for­mo­wać go przy tej oka­zji, że jesz­cze tydzień temu cie­szyła się świet­nym zdro­wiem.

Eli­za­beth pró­bo­wała, jak tylko mogła, odwieść go od tego zamiaru, prze­ko­nu­jąc, że nawią­za­nie roz­mowy z panem Dar­cym, mimo że nie został mu przed­sta­wiony, zosta­nie ode­brane jako imper­ty­nen­cja, nie zaś grzecz­ność wobec ciotki; że nie ma naj­mniej­szej potrzeby, aby któ­ra­kol­wiek ze stron wystę­po­wała tu z ini­cja­tywą; a także, że to pan Darcy, sto­jący wyżej w hie­rar­chii towa­rzy­skiej, powi­nien zaini­cjo­wać zna­jo­mość. Pan Col­lins wysłu­chał jej z wyra­zem twa­rzy wska­zu­ją­cym, że jest prze­ko­nany o wła­snej racji, a gdy skoń­czyła, odparł:

- Moja droga panno Eli­za­beth, mam nie­zwy­kle wyso­kie mnie­ma­nie o pani osą­dzie we wszyst­kich spra­wach, na któ­rych się pani rozu­mie; pozwoli pani jed­nak, że zauważę, iż formy grzecz­no­ści w towa­rzy­stwie świec­kim róż­nią się znacz­nie od tych, któ­rymi rzą­dzi się świat duchow­nych; pro­szę pozwo­lić mi dodać, że uwa­żam urząd duchow­nego za rów­nie godny sza­cunku, co choćby naj­wyż­szą pozy­cję świecką w całym kró­le­stwie, oczy­wi­ście, przy speł­nie­niu nie­zbęd­nego warunku, jakim jest sto­sowna skrom­ność. Musi pani zatem pozwo­lić, abym posłu­chał sumie­nia, które każe mi speł­nić to, co uwa­żam za swój obo­wią­zek. Pro­szę nie gnie­wać się, że lek­ce­ważę pani radę, choć kie­ro­wał­bym się nią w każ­dej innej spra­wie; w tym wypadku jestem zda­nia, że wykształ­ce­nie i zna­jo­mość cha­rak­te­rów ludz­kich spra­wia, iż łatwiej mi zde­cy­do­wać, co jest wła­ściwe, niż mło­dej damie, takiej jak pani.

Z głę­bo­kim ukło­nem opu­ścił ją i poszedł przy­pu­ścić atak na pana Darcy'ego. Eli­za­beth przy­glą­dała im się pil­nie, chcąc prze­ko­nać się, jak też pan Darcy przyj­mie jego umi­zgi, i już po chwili stwier­dziła, że zare­ago­wał na nie wyraź­nym zasko­cze­niem. Jej kuzyn poprze­dził swą prze­mowę głę­bo­kim ukło­nem i choć nie mogła z oddali usły­szeć ani jed­nego dźwięku, wie­działa dosko­nale, o czym mówi - z ruchów jego warg wyczy­tała słowa "prze­pro­siny", "Huns­ford" oraz "lady Cathe­rine de Bourgh". Przy­mil­ność pastora wobec tego czło­wieka wydała jej się obu­rza­jąca. Pan Darcy patrzył na niego z nie­skry­wa­nym zdu­mie­niem, a gdy pan Col­lins zamilkł wresz­cie, udzie­lił mu odpo­wie­dzi uprzej­mej, lecz powścią­gli­wej. Pan Col­lins, nie­zra­żony, znowu zaczął mówić; widać było, że gniew Darcy'ego wzra­sta w trak­cie tej prze­mowy, zaś kiedy znowu zapa­dła cisza, skło­nił się tylko lekko i odszedł. Pan Col­lins wró­cił do Eli­za­beth.

- Zapew­niam panią, że nie mam powodu - rzekł - do roz­cza­ro­wa­nia z powodu tego, jak zosta­łem przy­jęty. Pan Darcy wyda­wał się zupeł­nie zado­wo­lony z oka­za­nych mu wzglę­dów. Odpo­wie­dział mi nie­zwy­kle uprzej­mie, a nawet skom­ple­men­to­wał mnie, mówiąc, że wie­rzy głę­boko w prze­ni­kli­wość umy­słu lady Cathe­rine, a zatem jest prze­ko­nany, że nie obda­rzy­łaby nikogo wzglę­dami bez powodu. Co za zgrab­nie ujęta myśl. Muszę powie­dzieć, że pan Darcy wzbu­dził moją sym­pa­tię.

Eli­za­beth, nie mając nic innego do roboty, prze­nio­sła całą swoją uwagę na Jane i pana Bin­gleya. Obser­wo­wa­nie ich dało począ­tek przy­jem­nym roz­my­śla­niom, które spra­wiły, że poczuła się nie­mal tak samo szczę­śliwa jak sio­stra. Oczami wyobraźni widziała ją już jako panią tego domu, pła­wiącą się w szczę­ściu, jakie można osią­gnąć wyłącz­nie dzięki mał­żeń­stwu zawar­temu z miło­ści; poczuła, że w takich oko­licz­no­ściach byłaby nawet gotowa polu­bić obie sio­stry Bin­gleya. Patrząc na matkę, była prze­ko­nana, że myśli jej bie­gną tym samym torem, posta­no­wiła więc nie zbli­żać się do niej, by przy­pad­kiem nie posły­szeć za dużo. Nie­stety, gdy zasia­dano do kola­cji, los spła­tał jej figla; posa­dzono je bowiem naprze­ciw sie­bie. Z nie­mniej­szym wzbu­rze­niem odkryła następ­nie, że matka zupeł­nie swo­bod­nie roz­ma­wia z sąsiadką (była nią lady Lucas), ni mniej, ni wię­cej, tylko wła­śnie o swej nadziei, że Jane poślubi nie­ba­wem pana Bin­gleya. Temat był emo­cjo­nu­jący, a pani Bin­gley nie­zmor­do­wa­nie wyli­czała pły­nące z tego związku korzy­ści. Przy­szły pan młody był wszak tak uro­czy i tak bogaty, a przy tym miesz­kał zale­d­wie trzy mile od nich; w dodatku jego sio­stry wprost uwiel­biały Jane, nie było więc wąt­pli­wo­ści, że życzą sobie tego związku rów­nie szcze­rze. Co wię­cej, cóż to była za obie­cu­jąca per­spek­tywa dla pozo­sta­łych sióstr - skoro Jane miała zro­bić tak świetną par­tię, ich szanse na zdo­by­cie boga­tych mężów także znacz­nie rosły; wresz­cie, na tym eta­pie życia pani Ben­net chęt­nie powie­rzy opiekę nad nie­za­męż­nymi cór­kami ich star­szej sio­strze, aby nie musieć już wię­cej bywać w towa­rzy­stwie ina­czej, jak tylko dla przy­jem­no­ści. Fakt, że pro­wa­dze­nie życia towa­rzy­skiego daje przy­jem­ność, nale­żało istot­nie pod­kre­ślić w tym miej­scu zgod­nie z ety­kietą. Jeśli jed­nak cho­dzi o panią Ben­net, trudno byłoby zna­leźć osobę mniej skłonną do prze­sia­dy­wa­nia w domu. Na koniec życzyła pani Lucas, by spo­tkało ją podobne szczę­ście, choć jej trium­fu­jący wyraz twa­rzy wska­zy­wał dość jednoznacz­nie, że nie wie­rzy, aby to było moż­liwe.

Eli­za­beth na próżno pró­bo­wała prze­rwać potok elo­kwen­cji matki lub prze­ko­nać ją, by dzie­liła się z innymi swą rado­ścią nieco ciszej; z nie­opi­sa­nym zde­ner­wo­wa­niem stwier­dziła bowiem, że słowa pani Ben­net docie­rają do pana Darcy'ego sie­dzą­cego naprze­ciwko. Matka zbesz­tała ją tylko, twier­dząc, że prze­sa­dza.

- A kimże jest dla mnie pan Darcy, żebym musiała się go oba­wiać? Jestem pewna, że nie jeste­śmy zobo­wią­zani wobec niego do tak daleko idą­cej uprzej­mo­ści, aby mówić jedy­nie to, co chciałby usły­szeć.

- Na litość boską, mamo, niech­że mama mówi ciszej. Jaką możemy mieć korzyść z tego, że go mama obrazi? Z pew­no­ścią nie zyskamy w ten spo­sób wzglę­dów jego przy­ja­ciela!

Jej słowa nie czy­niły jed­nak na matce żad­nego wra­że­nia. Cią­gnęła swoją prze­mowę bez końca, nie obni­ża­jąc tonu głosu. Policzki Eli­za­beth gorzały od rumień­ców wstydu i wzbu­rze­nia. Nie mogła powstrzy­mać się od spo­glą­da­nia co i rusz na pana Darcy'ego, a każde takie spoj­rze­nie prze­ko­ny­wało ją o słusz­no­ści jej obaw; choć nie patrzył na matkę przez cały czas, była prze­ko­nana, że jego uwaga sku­piona jest na niej. Wyraz jego twa­rzy zmie­niał się stop­niowo; począt­kowo malo­wały się na niej obu­rze­nie i pogarda, które stop­niowo ustą­piły miej­sca wyra­zowi opa­no­wa­nej powagi.

Wresz­cie pani Ben­net nie miała nic wię­cej do powie­dze­nia, a lady Lucas, od dłuż­szej już chwili śmier­tel­nie znu­dzona powta­rza­ją­cym się poto­kiem zachwy­tów, któ­rego nie miała jak odwza­jem­nić, mogła zająć się cze­ka­jącą na jej tale­rzu szynką i pie­cze­nią. Eli­za­beth ode­tchnęła z ulgą. Spo­kój nie trwał jed­nak długo; kiedy kola­cja dobie­gła końca, padła pro­po­zy­cja, by posłu­chać śpiewu, i Eli­za­beth ujrzała, ku swemu prze­ra­że­niu, że Mary wstaje, by zaspo­koić to życze­nie, mimo doprawdy nie­licz­nych gło­sów zachęty. Rzu­cała sio­strze zna­czące spoj­rze­nia i znaki, pró­bu­jąc ją powstrzy­mać - na próżno. Mary nie zwra­cała na nią uwagi, prze­jęta moż­li­wo­ścią wyka­za­nia się swo­imi umie­jęt­no­ściami; zaczęła śpie­wać. Eli­za­beth utkwiła w niej wzrok, w duchu prze­ży­wa­jąc praw­dziwą udrękę, i prze­cze­ki­wała nie­cier­pli­wie kolejne zwrotki; na próżno. Skoń­czyw­szy pieśń, Mary wychwy­ciła wśród bie­gną­cych od stołu podzię­ko­wań poje­dyn­czą prośbę o jesz­cze jeden utwór, zaczęła więc śpie­wać znowu. Nie­stety, jej występ nie mógł zachwy­cić; głos miała słaby i nie­wy­ćwi­czony, a manierę pełną afek­ta­cji. Eli­za­beth cier­piała katu­sze. Spoj­rzała na Jane, by prze­ko­nać się, jak ona to znosi; Jane była jed­nak pogrą­żona w spo­koj­nej roz­mo­wie z panem Bin­gleyem. Rzu­ciła okiem w stronę sióstr tego ostat­niego, by prze­ko­nać się, że dają sobie nawza­jem szy­der­cze znaki, po czym skie­ro­wała wzrok na Darcy'ego, który jed­nak na­dal sie­dział poważny i nie­po­ru­szony. Wresz­cie spoj­rzała na ojca, szu­ka­jąc u niego pomocy, bez któ­rej Mary mogłaby śpie­wać przez resztę wie­czoru. Zro­zu­miał jej bła­galny wzrok i kiedy Mary skoń­czyła drugą pieśń, powie­dział gło­śno:

- To nam w zupeł­no­ści wystar­czy, dziecko. Zaba­wia­łaś nas już dość długo. Pozwól, by także inne damy zapre­zen­to­wały swe umie­jęt­no­ści.

Mary uda­wała, że go nie sły­szy, lecz słowa ojca zbiły ją nieco z tropu; Eli­za­beth, prze­peł­niona współ­czu­ciem wobec niej, żało­wała teraz, że przed­wcze­śnie skło­niła ojca do inter­wen­cji. Padła pro­po­zy­cja, by inni zaśpie­wali także.

- Gdy­bym ja - rzekł pan Col­lins - został obda­rzony talen­tem muzycz­nym, z pew­no­ścią czer­pał­bym wielką przy­jem­ność z wystę­pów w towa­rzy­stwie. Uwa­żam bowiem muzykę za bar­dzo nie­winną roz­rywkę, która dosko­nale har­mo­ni­zuje z karierą duchow­nego. Nie chcę przez to powie­dzieć jed­nakże, że powin­ni­śmy poświę­cać muzyce zbyt dużo czasu; z pew­no­ścią mamy wiele innych obo­wiąz­ków. Pro­boszcz para­fii nie narzeka na ich brak. Przede wszyst­kim musi usta­lić opłaty kościelne w sto­sow­nej wyso­ko­ści, korzyst­nej dla niego, a nie­zbyt uciąż­li­wej dla patrona. Musi pisać kaza­nia; zaś w pozo­sta­łym cza­sie ma do wypeł­nie­nia obo­wiązki wobec para­fian, musi też dbać o swoje domo­stwo, tak aby uczy­nić je jak naj­wy­god­niej­szym. Przy tym zaś bar­dzo ważne jest, aby potra­fił oka­zy­wać sto­sowny sza­cu­nek i uprzej­mość wszyst­kim, szcze­gól­nie zaś oso­bom, któ­rym coś zawdzię­cza. Z tego obo­wiązku nic go zwol­nić nie może; nie mógł­bym myśleć dobrze o czło­wieku, który nie korzy­sta z oka­zji, by oka­zać sza­cu­nek krew­nym swego dobro­czyńcy.

Skło­niw­szy się lekko w stronę pana Darcy'ego, zakoń­czył swą ora­cję wygło­szoną pod­nie­sio­nym gło­sem, tak by sły­szała go połowa sali. Wiele osób oka­zało zdzi­wie­nie; na nie­jed­nej twa­rzy poja­wił się uśmiech, nikogo jed­nak prze­mowa ta nie roz­ba­wiła tak jak pana Ben­neta. Jego żona tym­cza­sem z cał­ko­witą powagą pochwa­liła pana Col­linsa za roz­sądne poglądy, po czym zauwa­żyła półgło­sem, zwra­ca­jąc się do lady Lucas, że to wyjąt­kowo inte­li­gentny i szla­chetny młody czło­wiek.

Eli­za­beth miała wra­że­nie, że gdyby cała jej rodzina zmó­wiła się, by tego wła­śnie wie­czoru okryć się wsty­dem, nie zdo­ła­liby ode­grać swych ról z więk­szym odda­niem i odnieść więk­szego suk­cesu; z ulgą zauwa­żyła, że Bin­gley i jej sio­stra nie zauwa­żyli przy­naj­mniej czę­ści nie­tak­tów, które miały tu miej­sce, zaś uczu­cia mło­dego czło­wieka nie ule­gły nad­wy­rę­że­niu z powodu bła­zeństw, któ­rych był świad­kiem. Świa­do­mość, że obie jego sio­stry, jak i pan Darcy zyskali wła­śnie dosko­nały pre­tekst do dal­szych drwin z jej rodziny, była wystar­cza­jąco bole­sna; Eli­za­beth nie potra­fiła roz­strzy­gnąć, czy bar­dziej dotkliwa jest dla niej mil­cząca pogarda dżen­tel­mena, czy też bez­czelne chi­choty dam.

Pozo­stała część wie­czoru nie przy­nio­sła jej wiel­kiego pocie­sze­nia. Pan Col­lins podą­żał za nią wszę­dzie, sta­jąc się źró­dłem coraz to nowych udręk, i choć nie zdo­łał namó­wić jej, by ponow­nie z nim zatań­czyła, unie­moż­li­wił jej także sku­tecz­nie taniec z innymi. Na próżno zachę­cała go, by oddał się roz­mo­wie z któ­rąś z pozo­sta­łych pań; na próżno pro­po­no­wała, że przed­stawi go dowol­nej z obec­nych na balu mło­dych dam. Zapew­nił ją, że taniec jest mu dosko­nale obo­jętny; że jego pod­sta­wo­wym celem jest zapre­zen­to­wać się jej w jak naj­lep­szym świe­tle dzięki deli­kat­nym zabie­gom, dla­tego też posta­no­wił trzy­mać się bli­sko niej przez cały wie­czór. Nie spo­sób było sprze­ci­wić się temu pro­jek­towi. Naj­więk­szą ulgę przy­no­siło jej towa­rzy­stwo przy­ja­ciółki, panny Lucas, która co i rusz dołą­czała do nich, dobro­dusz­nie zaj­mu­jąc pana Col­linsa roz­mową.

Przy­naj­mniej Eli­za­beth uwol­niła się od kry­tycz­nego wzroku pana Darcy'ego; choć czę­sto przy­sta­wał tuż obok niej, był wyraź­nie roz­tar­gniony i nie ode­zwał się do niej ani sło­wem. Uznała, że to zapewne efekt jej wcze­śniej­szych alu­zji do Wic­khama, i ucie­szyła się.

Towa­rzy­stwo z Long­bo­urn opu­ściło dom gospo­da­rzy jako ostat­nie, a dzięki manew­rom pani Ben­net, na powóz trzeba było cze­kać jesz­cze kwa­drans po odjeź­dzie reszty gości, co dało im dość czasu, by prze­ko­nać się, jak gorąco przy­naj­mniej nie­któ­rzy spo­śród gospo­da­rzy pra­gną zostać sami. Pani Hurst i jej sio­stra mówiły nie­wiele, otwie­ra­jąc usta wyłącz­nie po to, by skar­żyć się na zmę­cze­nie, i wyraź­nie nie mogły się docze­kać, kiedy znów będą miały dom tylko dla sie­bie. Uci­nały każdą próbę roz­mowy podej­mo­waną przez panią Ben­net; wszy­scy poczuli się naraz znu­żeni i senni, z wyjąt­kiem pana Col­linsa wygła­sza­ją­cego dłu­gie mowy pochwalne na cześć pana Bin­gleya i jego sióstr, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wali tak ele­ganc­kie przy­ję­cie, wyka­zu­jąc się przy tym nie­zwy­kłą gościn­no­ścią i uprzej­mo­ścią wobec wszyst­kich gości. Darcy nie odzy­wał się wcale. Pan Ben­net, rów­nież mil­czący, bawił się całą sceną. Pan Bin­gley i Jane stali obok sie­bie w pew­nym odda­le­niu od reszty, roz­ma­wia­jąc tylko ze sobą. Eli­za­beth trwała w mil­cze­niu, podob­nie jak pani Hurst i panna Bin­gley; nawet Lydia była zbyt zmę­czona, by mówić - od czasu do czasu wołała jedy­nie: "Boże, jaka jestem wykoń­czona!", czemu towa­rzy­szyło gwał­towne ziew­nię­cie.

Gdy wresz­cie wstali, by się poże­gnać, pani Ben­net roz­pły­wała się w uprzej­mo­ściach, wyra­ża­jąc nadzieję, że nie­ba­wem będzie jej dane pod­jąć całe towa­rzy­stwo w Long­bo­urn; zwra­cała się przede wszyst­kim do pana Bin­gleya, zapew­nia­jąc go, że uszczę­śli­wiłby ją nie­bo­tycz­nie, gdyby przy­je­chał na rodzinny obiad bez dodat­ko­wych cere­gieli i zapro­szeń. Bin­gley wyra­żał nie­wy­mowną wdzięcz­ność, dekla­ru­jąc, że przy pierw­szej oka­zji sko­rzy­sta z pro­po­zy­cji po powro­cie z Lon­dynu, gdzie naza­jutrz miał się udać na krótki czas.

Pani Ben­net była cał­ko­wi­cie z tego zado­wo­lona; opu­ściła posia­dłość z roz­kosz­nym uczu­ciem, że bio­rąc pod uwagę czas konieczny dla poczy­nie­nia nie­zbęd­nych przy­go­to­wań, takich jak zakup wyprawy ślub­nej czy nowego powozu, bez wąt­pie­nia zoba­czy swą córkę jako panią na Nether­field za naj­da­lej trzy, cztery mie­siące. Była także pewna, że druga z jej córek poślubi pana Col­linsa; myśl ta rów­nież była przy­jemna, choć nie tak eks­cy­tu­jąca. Eli­za­beth była jej naj­mniej bli­ska ze wszyst­kich dzieci i mimo że pastor był dla niej wystar­cza­jąco dobrą par­tią, przy­ćmie­wała go myśl o panu Bin­gleyu i majątku Nether­field.

Rozdział I

Powszech­nie znana prawda głosi, że zamoż­nemu kawa­le­rowi do pełni szczę­ścia bra­kuje tylko żony.

I choć w chwili, gdy męż­czy­zna taki po raz pierw­szy poja­wia się w oko­licy, miesz­kańcy nie wie­dzą nic zgoła o jego uczu­ciach czy poglą­dach, prze­ko­na­nie to jest w nich zako­rze­nione tak głę­boko, że każda z miej­sco­wych rodzin anek­tuje go w myślach bez waha­nia dla jed­nej ze swych nie­za­męż­nych córek.

- Mój drogi mężu - rze­kła pew­nego dnia pani Ben­net. - Czyś sły­szał, że naresz­cie wydzier­ża­wiono Nether­field Park?

Pan Ben­net zaprze­czył.

- Otóż wła­śnie to nastą­piło - odparła jego żona. - Pani Long dopiero co tu była i zdała mi pełną rela­cję.

Pan Ben­net nie odpo­wie­dział.

- Nie chcesz dowie­dzieć się, kim jest dzier­żawca? - zawo­łała żona nie­cier­pli­wie.

- Ty chcesz mi powie­dzieć, ja zaś nie sprze­ci­wiam się, byś to zro­biła.

To wystar­czyło pani Ben­net.

- A więc, mój drogi, wyobraź sobie, pani Long twier­dzi, że w Nether­field ma zamiesz­kać pewien młody, majętny męż­czy­zna z pół­noc­nej Anglii; przy­je­chał w ponie­dzia­łek powo­zem z czwórką koni, by obej­rzeć posia­dłość, i był nią tak zachwy­cony, że od razu uzgod­nił warunki z panem Mor­ri­sem; ma się wpro­wa­dzić przed Świę­tym Micha­łem1, a część służby przy­je­dzie jesz­cze w tym tygo­dniu2.

- Jakże się nazywa?

- Bin­gley.

- Żonaty czy też kawa­ler?

- Ach! Mój drogi, z pew­no­ścią kawa­ler! A w dodatku zamożny; cztery lub pięć tysięcy fun­tów rocz­nie. Cóż za szczę­ście dla naszych dziew­cząt!

- Doprawdy? A cóż one mają z tym wspól­nego?

- Mój drogi - wykrzyk­nęła żona - jakiś ty męczący! Prze­cież to jasne, że się z któ­rąś z nich ożeni.

- Czyżby miał zamiar osiąść tu wła­śnie w tym celu?

- Zamiar! Co za non­sens, jak możesz tak mówić! Ależ jest bar­dzo praw­do­po­dobne, że może się zako­chać w jed­nej z nich, dla­tego musisz go odwie­dzić, gdy tylko się tu zjawi.

- Nie widzę powodu. Możesz, moja duszko, poje­chać do niego z dziew­czę­tami lub mogą jechać same, co zapewne jest lep­szym pomy­słem; jesteś rów­nie piękna jak one, mogła­byś więc skraść jego serce.

- Mój drogi, pochle­biasz mi. Z pew­no­ścią byłam kie­dyś ładna, ale dziś z pew­no­ścią niczym się już nie wyróż­niam. Kobieta, która ma pięć doro­słych córek, nie ma czasu zachwy­cać się wła­sną urodą.

- Wielu takim kobie­tom nie pozo­stało dość urody, by miały czym się zachwy­cać.

- Ale mój drogi, koniecz­nie musisz odwie­dzić pana Bin­gleya, gdy zosta­nie naszym sąsia­dem.

- Doprawdy zbyt wiele ode mnie wyma­gasz.

- Ależ pomyśl o cór­kach. Wyobraź sobie tylko, jaka byłaby to dla jed­nej z nich kariera. Sir Wil­liam i lady Lucas są gotowi z tego wła­śnie powodu zło­żyć mu wizytę, choć jak wiesz, zwy­kle nie odwie­dzają nowo przy­by­łych. Doprawdy musisz się do niego wybrać, ina­czej bowiem my nie będziemy mogły tego zro­bić3.

- Z pew­no­ścią masz zbyt wiele skru­pu­łów. Jestem pewny, że pan Bin­gley przyj­mie was z rado­ścią, ja zaś napi­szę do niego z zapew­nie­niem, że może śmiało liczyć na moją zgodę, bez względu na to, którą z naszych dziew­cząt zde­cy­duje się poślu­bić; choć na pewno dorzucę słówko na rzecz mojej małej Lizzy.

- Wola­ła­bym, żebyś tego nie robił. Lizzy nie jest w niczym lep­sza od pozo­sta­łych; przy tym jest mniej uro­dziwa od Jane i nie tak pogodna jak Lydia. Ty jed­nak zawsze ją fawo­ry­zu­jesz.

- Po praw­dzie żadną z nich nie ma się co chwa­lić - odparł mąż. - Wszyst­kie są głu­piut­kie i brak im wie­dzy, jak to dziew­czę­tom; Lizzy jest jed­nak bystrzej­sza niż jej sio­stry.

- Mężu, jak możesz mówić tak o wła­snych dzie­ciach? Ty po pro­stu uwiel­biasz mnie drę­czyć. Wcale cię nie obcho­dzi stan moich bied­nych ner­wów.

- I tu się mylisz, moja droga. Twoje nerwy wcale nie są mi obo­jętne. Są dla mnie niczym sta­rzy przy­ja­ciele. Od ponad dwu­dzie­stu lat słu­cham, jak się nad nimi roz­czu­lasz.

- Och, ty nie wiesz nawet, jak cier­pię.

- Mam jed­nak nadzieję, że to cier­pie­nie prze­mi­nie, a ty będziesz żyć długo, wita­jąc w sąsiedz­twie kolej­nych mło­dzień­ców war­tych cztery tysiące fun­tów rocz­nie.

- Na nic nam się to nie zda, skoro ty nie będziesz ich odwie­dzał.

- Przy­rze­kam ci, moja kochana, że gdy ich liczba się­gnie dwu­dzie­stu, odwie­dzę wszyst­kich.

Pan Ben­net repre­zen­to­wał tak zło­żoną mie­szankę bystrego umy­słu, sar­ka­stycz­nego humoru, uprze­dzeń i kapry­sów, że dwa­dzie­ścia trzy lata nie wystar­czyły żonie, by go zro­zu­mieć. Jej umysł był o wiele prost­szy. Nie grze­szyła rozu­mem ani wie­dzą, tem­pe­ra­ment zaś miała nie­równy. Gdy była z cze­goś nie­za­do­wo­lona, od razu zaczy­nała uskar­żać się na nerwy. Celem jej życia było wydać córki za mąż, radość zaś czer­pała ze spo­tkań towa­rzy­skich i plo­te­czek.

Rozdział XIX

Kolejny ranek przy­niósł w Long­bo­urn nowe sen­sa­cje. Pan Col­lins popro­sił for­mal­nie o rękę swej wybranki. Zde­cy­do­waw­szy się dzia­łać bez­zwłocz­nie, ponie­waż był zobli­go­wany do powrotu do swej para­fii w następną sobotę, przy­stą­pił do rze­czy bez skrę­po­wa­nia czy też uczu­cia nie­pew­no­ści, w spo­sób bar­dzo ofi­cjalny i z zacho­wa­niem wszel­kich kano­nów, które uznał w tej sytu­acji za nie­odzowne. Zna­la­zł­szy panią Ben­net, Eli­za­beth i jedną z młod­szych dziew­cząt razem, nie­ba­wem po śnia­da­niu zwró­cił się do matki nastę­pu­ją­cymi słowy:

- Czy mogę liczyć, pani, że obda­rzysz swą piękną córkę Eli­za­beth kre­dy­tem zaufa­nia i pozwo­lisz jej odbyć ze mną pry­watną roz­mowę dzi­siej­szego ranka?

Zanim Eli­za­beth zdą­żyła zare­ago­wać ina­czej, niż jedy­nie oble­wa­jąc się rumień­cem zasko­cze­nia, pani Ben­net odparła pospiesz­nie:

- O Boże! Tak... oczy­wi­ście. Jestem pewna, że Lizzy będzie zachwy­cona... że nie będzie miała nic prze­ciwko temu. Chodźmy, Kitty, potrze­buję cię na górze.

Zebrała swoją robótkę i miała zamiar wyjść z pokoju, gdy Eli­za­beth zawo­łała:

- Droga mamo, nie wychodź. Bła­gam, nie wychodź. Pan Col­lins musi mi wyba­czyć. Z pew­no­ścią nie chce mi powie­dzieć niczego, co jest prze­zna­czone wyłącz­nie dla moich uszu. To ja wycho­dzę.

- Ależ uspo­kój się, Lizzy. Chcę, żebyś została tu, gdzie jesteś.

Widząc, że Eli­za­beth, wzbu­rzona i zawsty­dzona, istot­nie jest gotowa do ucieczki, dodała:

- Lizzy, nale­gam, abyś została i wysłu­chała tego, co pan Col­lins ma ci do powie­dze­nia.

Eli­za­beth nie mogła sprze­ci­wić się temu pole­ce­niu - po chwili namy­słu doszła zresztą do wnio­sku, że naj­le­piej będzie zała­twić tę sprawę od razu i bez roz­głosu, usia­dła więc na swoim miej­scu i pil­nie zajęła się robótką, pró­bu­jąc ukryć tar­ga­jące nią na prze­mian uczu­cia to zde­ner­wo­wa­nia, to znów roz­ba­wie­nia. Pani Ben­net i Kitty ode­szły, a gdy tylko zamknęły za sobą drzwi, pan Col­lins zaczął mówić.

- Pro­szę mi wie­rzyć, droga panno Eli­za­beth, że skrom­ność nie przy­nosi pani żad­nej ujmy; prze­ciw­nie, jest kolejną z twych zalet. Była­byś, pani mniej godną zachwytu w moich oczach, gdyby nie ta odro­bina oporu; pozwól jed­nak, że cię zapew­nię, że uzy­ska­łem pozwo­le­nie twej matki, by zwró­cić się do cie­bie. Nie możesz, pani, mieć wąt­pli­wo­ści co do celu mej prze­mowy, choć wro­dzona deli­kat­ność nie pozwala ci tego przy­znać; oka­zy­wa­łem ci wszak aten­cję zbyt wyraź­nie, byś mogła nie pojąć jej zna­cze­nia. Nie­malże od chwili, gdy prze­kro­czy­łem po raz pierw­szy próg tego domu, widzę w tobie moją przy­szłą towa­rzyszkę życia. Zanim jed­nak poniosą mnie uczu­cia, być może powi­nie­nem przed­sta­wić ci powody, dla któ­rych chcę się oże­nić; co wię­cej, dla któ­rych przy­by­łem z tym zamia­rem do Hert­ford­shire.

Wyobra­że­nie pana Col­linsa, któ­rego ponio­sły uczu­cia, wydało się Eli­za­beth tak zabawne, że nie zdo­łała wtrą­cić ani słowa w cza­sie krót­kiej prze­rwy, jaka nastą­piła po tym wstę­pie, pastor cią­gnął więc:

- Chcę się oże­nić, ponie­waż, po pierw­sze, sądzę, że każdy duchowny w dobrej sytu­acji mate­rial­nej (jak ja) powi­nien dawać przy­kład swym para­fia­nom, wstę­pu­jąc w zwią­zek mał­żeń­ski; po dru­gie, jestem prze­ko­nany, że uczyni mnie to o wiele szczę­śliw­szym; po trze­cie, choć być może powi­nienem był wspo­mnieć o tym wcze­śniej, pod­ją­łem taki zamiar dzięki radom i namo­wom szla­chet­nej damy, którą mam zaszczyt nazy­wać swą patronką. Dwu­krot­nie podzie­liła się ona ze mną (nie­py­tana!) swoją opi­nią na ten temat; zaś w tę wła­śnie sobotę, gdy mia­łem opu­ścić Huns­ford, pomię­dzy jedną a drugą par­tią lom­bra, gdy pani Jen­kin­son popra­wiała jej pod­nó­żek, lady de Bourgh rze­kła do mnie: "Panie Col­lins, musi pan się oże­nić. Duchowny taki jak pan powi­nien mieć żonę. Pro­szę wybrać dobrze; ze względu na mnie pro­szę wybrać szla­chet­nie uro­dzoną pannę; ze względu na sie­bie zaś, niech pan wybie­rze osobę ener­giczną i uży­teczną, o nie­zbyt wyso­kiej pozy­cji, taką, która będzie potra­fiła dobrze zago­spo­da­ro­wać nie­wielki dochód. Oto moja rada. Niech­że pan znaj­dzie taką kobietę naj­szyb­ciej, jak pan zdoła, przy­wie­zie ją do Huns­ford, ja zaś będę ją odwie­dzać". Pozwól przy tym, droga kuzynko, że zauważę, iż tro­ska i ser­decz­ność lady Cathe­rine de Bourgh to dość istotny atut, który mogę ci zaofe­ro­wać. Prze­ko­nasz się sama, że jej maniery prze­wyż­szają każdy mój opis; jestem pewien, że polubi cię za bystrość i żywe uspo­so­bie­nie, szcze­gól­nie jeśli zostaną utem­pe­ro­wane przez sza­cu­nek dla jej pozy­cji, co nie­wąt­pli­wie nastąpi. Takie oto powody stoją za moją chę­cią wstą­pie­nia w zwią­zek mał­żeń­ski; pozo­staje mi jesz­cze wyja­śnić ci, dla­czego wybra­łem Long­bo­urn, zamiast szu­kać panny we wła­snym sąsiedz­twie, choć mogę zapew­nić cię, że nie bra­kuje w nim uro­czych mło­dych dam. Otóż, jak wiesz, mam odzie­dzi­czyć tutej­szy mają­tek po śmierci twego czci­god­nego ojca (oby żył jak naj­dłu­żej), nie mogłem zatem wybrać ina­czej, jak tylko spo­śród jego córek, aby zła­go­dzić im dotkliwą stratę, gdy ten smutny fakt wresz­cie nastąpi, co, jak już wspo­mnia­łem, może wyda­rzyć się dopiero za wiele lat. Takie wła­śnie powody mi przy­świe­cały, piękna kuzynko; pochle­biam sobie, że wyja­wia­jąc ci je, nie stracę w two­ich oczach. Nie pozo­staje mi już nic innego, jak tylko zapew­nić cię w naj­go­ręt­szych sło­wach o głębi moich uczuć w sto­sunku do cie­bie. Mają­tek jest mi cał­ko­wi­cie obo­jętny i nie mam zamiaru wysu­wać wobec twego ojca żad­nych żądań, mam bowiem pełną świa­do­mość faktu, że nie potra­fiłby ich speł­nić; zaś suma tysiąca fun­tów na cztery pro­cent, którą otrzy­masz po śmierci swej matki, to wszystko, na co możesz liczyć. Dla­tego nie będę wię­cej poru­szać tej kwe­stii; możesz być pewna, że nie usły­szysz ode mnie ni­gdy naj­mniej­szego wyrzutu na ten temat, gdy się pobie­rzemy.

W tym miej­scu Eli­za­beth musiała się wtrą­cić.

- Działa pan zbyt pochop­nie, sir - zawo­łała. - Zapo­mina pan, że nie udzie­li­łam mu jesz­cze odpo­wie­dzi. Pro­szę pozwo­lić, że to zro­bię; nie traćmy wię­cej czasu. Jestem panu ogrom­nie wdzięczna za to, że obda­rzy­łeś mnie zaszczy­tem pro­sze­nia mnie o rękę. Doce­niam to szcze­rze, jed­nak nie mam innego wyboru, jak tylko odrzu­cić pań­skie oświad­czyny.

- Wiem dosko­nale - odparł pan Col­lins, macha­jąc lek­ce­wa­żąco dło­nią - że młode panny mają zwy­czaj dawać rekuzę mło­dzień­com, któ­rym sekret­nie sprzy­jają, gdy ci oświad­czają im się po raz pierw­szy; nie­kiedy zaś odmowa powta­rza się po raz drugi, a nawet trzeci. Dla­tego twoje słowa mnie nie znie­chę­cają; prze­ciw­nie, mam nadzieję, że nie­ba­wem powiodę cię do ołta­rza.

- Doprawdy - wykrzyk­nęła Eli­za­beth - oświad­cze­nie, że nie stra­cił pan nadziei po moich sło­wach, wydaje mi się co naj­mniej oso­bliwe. Zapew­niam pana, że nie jestem jedną z tych mło­dych dam (o ile młode damy istot­nie zacho­wują się nie­kiedy tak, jak pan to opi­sał), które gotowe są zary­zy­ko­wać swoje szczę­ście, licząc, że ich wybra­nek poprosi je o rękę po raz drugi. Moja odmowa jest cał­ko­wi­cie szczera. Nie mógłby pan mnie uszczę­śli­wić; a przy tym jestem pewna, że i ja nie zdo­ła­ła­bym uczy­nić pana szczę­śli­wym. Gdyby zaś pań­ska przy­ja­ciółka, lady Cathe­rine, poznała mnie oso­bi­ście, nie wąt­pię, że uzna­łaby mnie za abso­lut­nie nie­wła­ściwą kan­dy­datkę.

- Gdy­bym istot­nie miał pew­ność, że tak wła­śnie by się stało - odrzekł pan Col­lins z nie­zwy­kłą powagą - nie potra­fię jed­nak sobie wyobra­zić, że mogłaby cię nie polu­bić. Możesz też być pewna, że gdy będę się z nią widział, przed­sta­wię jej nad wyraz pochleb­nie twoją skrom­ność, roz­są­dek, jak i inne twe zalety.

- Doprawdy, panie Col­lins, nie musi pan mnie chwa­lić. Pro­szę pozwo­lić mi samo­dziel­nie osą­dzić sytu­ację i dać mi naj­lep­szy kom­ple­ment w postaci ufno­ści w praw­dzi­wość moich słów. Życzę panu wiele szczę­ścia i pomyśl­no­ści, do czego bez wąt­pie­nia przy­czyni się moja odmowa. Pro­po­nu­jąc mi mał­żeń­stwo, dał pan wyraz deli­kat­no­ści swych uczuć wobec mojej rodziny, może pan zatem prze­jąć Long­bo­urn, gdy przyj­dzie na to pora, nie czy­niąc sobie wyrzu­tów. Tę sprawę możemy zatem uznać za osta­tecz­nie roz­strzy­gniętą.

Wstała, wypo­wia­da­jąc te słowa, i chciała wyjść z pokoju, lecz pan Col­lins rzekł:

- Nie tracę nadziei, że będziesz, pani, dla mnie łaskaw­sza, gdy pono­wię swą pro­po­zy­cję; daleki jestem od oskar­ża­nia cię w tej chwili o okru­cień­stwo, ponie­waż wiem dosko­nale, że przed­sta­wi­cielki two­jej płci mają zwy­czaj odrzu­cać pierw­sze oświad­czyny. Sądzę też, że w isto­cie twoje słowa kryją w sobie zachętę, wyra­żoną z deli­kat­no­ścią wła­ściwą natu­rze kobie­cej.

- Ależ, panie Col­lins! - zawo­łała Eli­za­beth z nutą ser­decz­no­ści w gło­sie. - Jest pan dla mnie praw­dziwą zagadką. Jeśli to, co dotych­czas powie­dzia­łam, wydaje się panu formą zachęty, nie wiem już, jak mam wyra­zić moją odmowę, aby prze­ko­nać pana o jej praw­dzi­wo­ści.

- Musi pani pozwo­lić, droga kuzynko, bym pochle­biał sobie, że to tylko czcze słowa. Przed­sta­wię pani pokrótce, dla­czego tak uwa­żam. Nie sądzę, abym nie był godny two­jej ręki, jak rów­nież nie przy­pusz­czam, abyś mogła uznać warunki, jakie mogę ci zaofe­ro­wać, za nie­ko­rzystne. Moja sytu­acja życiowa, konek­sje łączące mnie z rodziną de Bourgh, jak rów­nież nasze pokre­wień­stwo to oko­licz­no­ści, które prze­ma­wiają za mną w pełni; powin­naś także roz­wa­żyć fakt, że mimo twych roz­licz­nych zalet możesz nie otrzy­mać innej pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa. Twój posag jest, nie­stety, tak żało­śnie mały, że ist­nieje wszel­kie praw­do­po­do­bień­stwo, iż zni­we­czy efekt two­jej urody i licz­nych przy­mio­tów. Pły­nie z tego wnio­sek, że nie powi­nie­nem twej odmowy trak­to­wać poważ­nie, dla­tego też wycho­dzę z zało­że­nia, że chcesz spo­tę­go­wać moje uczu­cia, ska­zu­jąc mnie na ocze­ki­wa­nie, co jest powszech­nie przy­ję­tym zwy­cza­jem kobiet ele­ganc­kich.

- Zapew­niam pana, sir, że nie mam pre­ten­sji, by zwać się ele­gancką, jeśli ma to pole­gać na drę­cze­niu sza­no­wa­nych męż­czyzn. Wola­ła­bym raczej, byś uczy­nił mi grzecz­ność i uwie­rzył w moje słowa. Podzię­ko­wa­łam ci już wie­lo­krot­nie za zaszczyt, jaki mi uczy­niłeś swoją pro­po­zy­cją, jed­nak przy­jąć jej abso­lut­nie nie mogę. Nie pozwa­lają mi na to moje uczu­cia. Czy mogę wyra­żać się jaśniej? Niech­że pan nie patrzy na mnie jak na kobietę ele­gancką, która pra­gnie pana prze­śla­do­wać, ale jak na istotę racjo­nalną, która mówi szcze­rze i z głębi serca.

- Jesteś pani wprost cza­ru­jąca! - wykrzyk­nął on z oso­bliwą w tej sytu­acji galan­te­rią. - Jestem prze­ko­nany, że gdy uzy­skam popar­cie obojga pani świet­nych rodzi­ców, moje oświad­czyny zostaną przy­jęte.

W obli­czu takiej nie­ugię­to­ści w samo­oszu­ki­wa­niu się, Eli­za­beth nie miała nic wię­cej do powie­dze­nia, bez­zwłocz­nie więc i w mil­cze­niu opu­ściła salon; obie­cała też sobie, że jeśli pastor będzie upie­rał się igno­ro­wać kolejne odmowy, trak­tu­jąc je jako figlarną zachętę, zwróci się do ojca, który wszak będzie umiał wyra­zić sprze­ciw w spo­sób zde­cy­do­wany, nie nara­ża­jąc się przy tym na przy­pusz­cze­nie, że jego zacho­wa­nie jest wyra­zem afek­ta­cji i kokie­te­rii wła­ści­wej ele­ganc­kim damom.

Rozdział XX

Pan Col­lins nie miał wiele czasu na samotne kon­tem­plo­wa­nie wido­ków na speł­nie­nie swych miło­snych nadziei, gdyż pani Ben­net, która cze­kała w przed­sionku na zakoń­cze­nie roz­mowy, zoba­czyw­szy Eli­za­beth otwie­ra­jącą drzwi i prze­bie­ga­jącą obok niej w kie­runku scho­dów, weszła do jadalni, by w cie­płych sło­wach pogra­tu­lo­wać zarówno sobie, jak i pasto­rowi szczę­śli­wej per­spek­tywy rychłego zacie­śnie­nia sto­sun­ków rodzin­nych. Pan Col­lins odwza­jem­nił się jej, rów­nie ser­decz­nie wyra­ża­jąc radość, po czym zre­la­cjo­no­wał roz­mowę z jej córką, która napeł­niła go ufno­ścią, iż ma wszel­kie powody, by liczyć na wza­jem­ność; bowiem kolejne odmowy, któ­rymi panna raczyła go wszak tak upar­cie, wyni­kają bez wąt­pie­nia z jej wro­dzo­nej skrom­no­ści i praw­dzi­wej deli­kat­no­ści cha­rak­teru.

Infor­ma­cja ta zanie­po­ko­iła jed­nak panią Ben­net; choć życzy­łaby sobie wie­rzyć rów­nie mocno jak pastor, że jej córka chciała jedy­nie zachę­cić go, odrzu­ca­jąc po wie­le­kroć jego oświad­czyny, nie śmiała przy­pusz­czać, by tak było naprawdę, i wyja­wiła mu swoje wąt­pli­wo­ści.

- Może być pan jed­nak pewny, panie Col­lins - dodała - że prze­mó­wimy Lizzy do rozumu. Sama poroz­ma­wiam z nią na ten temat. To nie­zwy­kle uparta, nie­mą­dra dziew­czyna, która nie wie, co jest dla niej dobre, ja jej to jed­nak wyłusz­czę.

- Wyba­czy pani, że jej wcho­dzę w słowo - zawo­łał pan Col­lins - jeśli jed­nak istot­nie jest uparta i nie­mą­dra, nie jestem pewien, czy byłaby istot­nie dobrą żoną dla czło­wieka w moim poło­że­niu, poszu­ku­ją­cego natu­ral­nie szczę­ścia w mał­żeń­stwie. Jeśli więc będzie upie­rała się wciąż przy odmo­wie, być może lepiej nie zmu­szać jej, by mnie przy­jęła, ponie­waż jej cha­rak­ter nie gwa­ran­tuje, że zwią­zek ten będzie istot­nie szczę­śliwy.

- Sir, źle mnie pan zro­zu­miał - odparła pani Ben­net, prze­stra­szona. - Lizzy jest uparta jedy­nie w spra­wach tego rodzaju. Pod każ­dym innym wzglę­dem ma naj­słod­sze uspo­so­bie­nie. Pójdę zaraz do pana Ben­neta i z pew­no­ścią nie­ba­wem doj­dziemy z nią do poro­zu­mie­nia.

Nie dając mu czasu na odpo­wiedź, pobie­gła do męża; otwo­rzyw­szy drzwi do biblio­teki, zawo­łała:

- Och! Mężu, potrze­bu­jemy cię natych­miast. Cóż za zamie­sza­nie! Musisz przyjść do nas w tej chwili i prze­ko­nać Lizzy, by wyszła za pana Col­linsa, ona bowiem przy­sięga, że go nie chce; jeśli się nie pospie­szysz, to on gotów zmie­nić zda­nie.

Pan Ben­net pod­niósł wzrok znad książki i utkwił oczy w twa­rzy żony ze spo­kojną obo­jęt­no­ścią, na którą by­naj­mniej nie wpły­nęła treść prze­ka­zy­wa­nych przez nią infor­ma­cji.

- Oba­wiam się, że nie rozu­miem, co do mnie mówisz - rzekł, gdy skoń­czyła prze­mowę. - O kim roz­ma­wiamy?

- O panu Col­lin­sie i Lizzy. Otóż Lizzy twier­dzi, że nie wyj­dzie za mąż za pana Col­linsa, zaś pan Col­lins za chwilę powie, że nie chce poślu­bić Lizzy.

- I cóż ja mam zro­bić? Sprawa wygląda mi na bez­na­dziejną.

- Sam poroz­ma­wiaj z Lizzy. Powiedz jej, że nale­gasz, by za niego wyszła.

- Wezwij ją tutaj. Powiem jej, co o tym sądzę.

Pani Ben­net zadzwo­niła i po chwili wezwano pannę Eli­za­beth Ben­net do biblio­teki.

- Chodź tu, dziecko - rzekł do niej ojciec, gdy się poja­wiła. - Posła­łem po cie­bie w waż­nej spra­wie. Jeśli dobrze rozu­miem, pan Col­lins zło­żył ci pro­po­zy­cję mał­żeń­stwa. Czy to prawda?

Eli­za­beth przy­znała, że tak.

- Świet­nie. Ty nato­miast odrzu­ci­łaś oświad­czyny?

- Tak, ojcze.

- Dosko­nale. I tu docho­dzimy do sedna sprawy. Twoja matka nalega, abyś go przy­jęła. Czy tak, pani Ben­net?

- O tak; albo też ni­gdy wię­cej nie chcę jej widzieć.

- Musisz doko­nać trud­nego wyboru, Eli­za­beth. Od dziś sta­niesz się obca jed­nemu z rodzi­ców. Twoja matka nie będzie chciała cię widzieć, jeśli nie wyj­dziesz za pana Col­linsa. Ja nato­miast nie chcę widzieć cię ni­gdy wię­cej, jeśli go poślu­bisz.

Eli­za­beth nie zdo­łała powstrzy­mać uśmie­chu, jed­nak pani Ben­net, która zdo­łała tym­cza­sem prze­ko­nać samą sie­bie, że mąż zała­twi sprawę zgod­nie z jej życze­niem, była nie­po­mier­nie roz­cza­ro­wana.

- Jak możesz tak mówić, mój drogi? Obie­ca­łeś mi prze­cież, że namó­wisz ją, aby go przy­jęła.

- Moja duszko - odparł jej mąż - mam do cie­bie dwie prośby. Po pierw­sze, pozwól, że będę swo­bod­nie roz­po­rzą­dzał wła­snym rozu­mem w tej spra­wie; po dru­gie, pozwól mi roz­po­rzą­dzać moją biblio­teką. Chciał­bym odzy­skać ją tylko dla sie­bie, naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

Mimo sro­giego roz­cza­ro­wa­nia postawą męża, pani Ben­net nie od razu dała za wygraną. To groźbą, to znów pochleb­stwem usi­ło­wała nakło­nić Eli­za­beth do zmiany zda­nia. Pró­bo­wała pozy­skać sojusz­niczkę w Jane; ta jed­nak, z całą swą łagod­no­ścią, odmó­wiła inter­wen­cji. Eli­za­beth zaś nie­kiedy odpo­wia­dała na naga­by­wa­nia matki z całą powagą, cza­sami zaś ucie­kała się do żartu. Sto­so­wana przez nią linia obrony była zróż­ni­co­wana, lecz deter­mi­na­cja pozo­sta­wała nie­zmienna.

Pan Col­lins tym­cza­sem roz­my­ślał w samot­no­ści nad tym, co go spo­tkało. Miał o sobie o zbyt dobre mnie­ma­nie, by zro­zu­mieć, jakie motywy kie­ro­wały kuzynką; i choć jego duma ucier­piała, poza tym jej odmowa nie­wiele go obe­szła. Jego uczu­cia dla niej były raczej wyima­gi­no­wane, a świa­do­mość, że zasłu­żyła na repry­mendę matki, nie wzbu­dziła w nim żalu.

W samym środku tego zamie­sza­nia zna­la­zła się nie­ba­wem Char­lotte Lucas, która przy­je­chała na cały dzień w odwie­dziny. W przed­sionku powi­tała ją Lydia, która pod­bie­gła do niej, woła­jąc prze­ni­kli­wym pół­szep­tem:

- Wspa­niale, że przy­je­cha­łaś! Mamy tu nie­złą zabawę. Wyobraź sobie, co się stało dziś rano! Pan Col­lins oświad­czył się Lizzy, a ona mu odmó­wiła.

Zanim Char­lotte zdą­żyła odpo­wie­dzieć, dołą­czyła do nich Kitty z tą samą wie­ścią; zaś kiedy tylko weszły do jadalni, gdzie sie­działa samot­nie pani Ben­net, ona także zaczęła od razu lamen­to­wać na ten temat, odwo­łu­jąc się do współ­czu­cia panny Lucas i bła­ga­jąc, by prze­ko­nała swą przy­ja­ciółkę Lizzy do speł­nie­nia woli całej rodziny.

- Pro­szę, panno Lucas - dodała melan­cho­lij­nym tonem - niech pani sobie wyobrazi, że nikogo nie mam po swo­jej stro­nie, nikt przy mnie nie sta­nął. Jestem tu okrut­nie wyko­rzy­sty­wana, nikt z nich nie zważa na stan moich bied­nych ner­wów.

Char­lotte nie odpo­wie­działa, bo w tej samej chwili do pokoju weszły Jane i Eli­za­beth.

- Pro­szę, idzie - cią­gnęła pani Ben­net - nie­po­ru­szona jak zawsze; nasz los nic jej nie obcho­dzi, jak gdyby nas tu nie było; byle tylko ona mogła postę­po­wać zgod­nie ze swym upodo­ba­niem. Ale powia­dam ci, panno Lizzy: jeśli wbi­jesz sobie do głowy, że należy odrzu­cać w ten spo­sób każde oświad­czyny, ni­gdy nie znaj­dziesz męża; a nie wiem, kto będzie cię utrzy­my­wał, kiedy umrze twój ojciec. Mnie z pew­no­ścią nie będzie na to stać, a więc ostrze­gam. Od tej pory nie chcę mieć z tobą do czy­nie­nia. Powie­dzia­łam ci w biblio­tece, że ni­gdy wię­cej się do cie­bie nie ode­zwę, i dotrzy­mam słowa. Nie znaj­duję przy­jem­no­ści w roz­mo­wie z nie­po­słusz­nymi dziećmi. W isto­cie, nie mam już ochoty roz­ma­wiać z nikim. Osoby tak ciężko chore na nerwy jak ja, nie mają siły na dłu­gie dys­puty. Nikt nie wie, jak cier­pię! Ale tak jest zawsze. Nikt nie współ­czuje tym, któ­rzy nie skarżą się na swój los.

Jej córki słu­chały tego uty­ski­wa­nia w mil­cze­niu, wie­dząc dosko­nale, że wszel­kie próby uła­go­dze­nia jej bądź prze­mó­wie­nia jej do roz­sądku są z góry ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Mówiła więc nie­prze­rwa­nie aż do chwili, gdy dołą­czył do nich pan Col­lins, który wszedł do pokoju z miną bar­dziej uro­czy­stą niż zwy­kle; na jego widok matka rze­kła do dziew­cząt:

- Teraz zaś bądź­cie cicho i pozwól­cie mi poroz­ma­wiać w spo­koju z panem Col­lin­sem.

Eli­za­beth cicho wyszła z pokoju, Jane i Kitty podą­żyły za nią, Lydia jed­nak uparła się pozo­stać na miej­scu, bo chciała usły­szeć jak naj­wię­cej z ich roz­mowy; Char­lotte nato­miast, zatrzy­mana naj­pierw przez pana Col­linsa, który przy­wi­tał ją uprzej­mie i jął wypy­ty­wać o jej zdro­wie i rodzinę, następ­nie zaś przez lekką cie­ka­wość, zado­wo­liła się podej­ściem do okna i sta­nęła przy nim, uda­jąc, że nie sły­szy ani słowa. Pani Ben­net rze­kła zbo­la­łym gło­sem:

- Ach! Panie Col­lins!

- Moja droga pani - odparł - nie mówmy już ni­gdy wię­cej na ten temat. Nie mam naj­mniej­szego zamiaru - dodał gło­sem peł­nym nie­chęci - żywić urazy do pani córki z powodu jej zacho­wa­nia. Na każ­dym z nas spo­czywa nie­wdzięczny obo­wią­zek pogo­dze­nia się z tym, co nie­uchronne; w szcze­gól­no­ści obo­wiązku tego powi­nien prze­strze­gać każdy młody czło­wiek, dla któ­rego los oka­zał się tak łaskawy jak dla mnie; pogo­dzi­łem się więc z odmową. Po tro­sze, być może, decy­zja moja wypływa z wąt­pli­wo­ści, czy istot­nie był­bym szczę­śliwy, gdyby moja piękna kuzynka zaszczy­ciła mnie swą ręką; zauwa­ży­łem bowiem, że rezy­gna­cja bywa naj­peł­niej­sza, gdy bło­go­sła­wień­stwo, któ­rego nam odmó­wiono, zaczyna w naszych oczach tra­cić na war­to­ści. Mam nadzieję, że nie uznasz pani tego za prze­jaw braku sza­cunku dla two­jej rodziny, jeśli wyco­fam się z pro­po­zy­cji poślu­bie­nia pani córki, nie czy­niąc pań­stwu grzecz­no­ści, jaką byłaby prośba o wsta­wien­nic­two za mną na mocy waszego auto­ry­tetu rodzi­ciel­skiego. Oba­wiam się, że moje zacho­wa­nie może budzić zastrze­że­nia, zwa­żyw­szy, że przy­ją­łem odmowę z ust pani córki zamiast z pani wła­snych. Wszy­scy jed­nakże popeł­niamy błędy. Z pew­no­ścią w całej tej spra­wie mia­łem dobre inten­cje. Moim celem było zyskać ser­deczną towa­rzyszkę życia, zara­zem zaś przy­słu­żyć się całej rodzi­nie; jeśli zaś moje maniery nie były nie­ska­zi­telne, bła­gam o wyba­cze­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Dzień Świę­tego Michała - 29 wrze­śnia, jedna z czte­rech dat dzie­lą­cych zwy­cza­jowo rok na kwar­tały i sto­so­wa­nych jako daty począt­kowe i koń­cowe zawie­ra­nych kon­trak­tów. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Słu­żący z reguły przy­jeż­dżali do nowej posia­dło­ści przed pań­stwem, aby przy­go­to­wać dom na ich przy­ję­cie. [wróć]

3. Pierw­szą wizytę nowemu sąsia­dowi mógł zło­żyć wów­czas jedy­nie męż­czy­zna, pan domu. [wróć]

4. Pan Ben­net, zgod­nie z panu­ją­cymi oby­cza­jami, odwie­dził pana Bin­gleya jako pierw­szy; następ­nie pan Bin­gley powi­nien rewi­zy­to­wać pań­stwa Ben­net, dopiero po tej rewi­zy­cie wypada przy­jąć go na obie­dzie (dwie pierw­sze wizyty bywały zwy­kle krót­kie). [wróć]

5. Boulan­ger - odmiana kon­tre­dansa, tań­czona na koniec balu. [wróć]

6. Posia­da­nie wła­snej rezy­den­cji byłoby w przy­padku pana Bin­gleya, któ­rego przod­ko­wie zbili for­tunę na han­dlu, awan­sem spo­łecz­nym; posia­dłość rodowa była jed­nym z warun­ków koniecz­nych do uzy­ska­nia szla­chec­twa. [wróć]

7. Oczko - pro­sta gra kar­ciana pole­ga­jąca na dobie­ra­niu kolej­nych kart dotąd, by osią­gnąć war­tość licz­bową posia­da­nych kart jak naj­bliż­szą (ale nie więk­szą niż) 21. [wróć]

8. Komers - dawna gra kar­ciana, która polega na wybie­ra­niu kart z talii i sta­wia­niu ich na torze tak, by stwo­rzyć przy­no­szące punkty kom­bi­na­cje; karty można także wymie­niać. Celem jest zdo­by­cie jak naj­więk­szej liczby punk­tów przed zakoń­cze­niem talii. [wróć]

9. St. James - pałac kró­lew­ski; nada­nie tytułu szla­chec­kiego wią­zało się z zapro­sze­niem do rezy­den­cji monar­chy. [wróć]

10. Adwo­kat (attor­ney) - praw­nik zaj­mu­jący się obsługą doku­men­tów praw­nych (np. umów doty­czą­cych nie­ru­cho­mo­ści), bez prawa do wystę­po­wa­nia w sądzie; w okre­sie, w któ­rym toczy się powieść, nie była to pro­fe­sja zwią­zana z wyso­kim sta­tu­sem spo­łecz­nym, co ozna­cza, że sta­tus rodziny, z któ­rej wywo­dziła się pani Ben­net, był niż­szy niż jej męża. [wróć]

11. Powieść toczy się w okre­sie wojen napo­le­oń­skich, kiedy w Wiel­kiej Bry­ta­nii powszechna była obawa przed fran­cu­ską ofen­sywą. Regi­menty rezer­wi­stów (mili­cji) poszcze­gól­nych hrabstw były szko­lone do zadań porząd­ko­wych oraz do obrony kraju, sta­cjo­no­wały zaś z zasady poza obsza­rem hrab­stwa, w któ­rym zostały utwo­rzone. [wróć]

12. Biblio­teki funk­cjo­no­wały w tym okre­sie w wielu małych mia­stecz­kach, czę­sto w skle­pach, w któ­rych oprócz ksią­żek można było kupić także inne towary; książki mógł wypo­ży­czyć każdy, kto wyku­pił abo­na­ment. Z cza­sem stały się miej­scem spo­tkań towa­rzy­skich, dla­tego czę­ste bywa­nie "w biblio­tece" nie musiało być rów­no­znaczne z miło­ścią do ksią­żek. [wróć]

13. Che­ap­side - ulica w naj­star­szej czę­ści Lon­dynu wraz z przy­le­ga­ją­cym do niej obsza­rem, zamiesz­kana przez kup­ców (a więc omi­jana z daleka przez osoby o wyż­szym sta­tu­sie spo­łecz­nym). [wróć]

14. Lan­ter­loo - gra kar­ciana pocho­dze­nia fran­cu­skiego popu­larna w Anglii od XVII w. [wróć]

15. Popu­larną roz­rywką była wów­czas gra w karty na pie­nią­dze; przed­sta­wi­cie­lom naj­wyż­szych klas spo­łecz­nych zda­rzało się grać o bar­dzo wyso­kie stawki, dla­tego przy­stą­pie­nie do gry wią­zało się z ryzy­kiem znacz­nej straty finan­so­wej. [wróć]

16. "W tych cza­sach" - pan Darcy ma zapewne na myśli roz­kwit rynku wydaw­ni­czego, który nastą­pił w okre­sie poprze­dza­ją­cym publi­ka­cję ksią­żek Jane Austen, i zwią­zaną z nim popu­la­ry­za­cję czy­tel­nic­twa. [wróć]

17. Hafto­wa­nie tore­bek czy też nie­du­żych para­wa­nów, któ­rymi zasła­niano się dla ochrony przed prze­cią­gami, jak rów­nież przed nad­mier­nym cie­płem biją­cym od kominka, nale­żało wów­czas do zajęć naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nych wśród panien z wyż­szych sfer. [wróć]

18. "Z dwu­dzie­stoma czte­rema rodzi­nami" - liczba ta odnosi się zapewne do wszyst­kich osób, które mogły być jed­no­cze­śnie obecne na obie­dzie lub balu, a nie do liczby rodzin, z któ­rymi utrzy­my­wano zażyłe sto­sunki; jest to nie­wąt­pli­wie dużo mniej­szy krąg zna­jo­mych, niż posiada ich zapewne towa­rzy­stwo z Nether­field (które zara­zem nie odczuwa potrzeby chwa­le­nia się swo­imi zna­jo­mo­ściami - dla­tego komen­ta­rze pani Ben­net na ten temat są przyj­mo­wane kry­tycz­nie). [wróć]

19. Pikieta - jedna z naj­star­szych gier kar­cia­nych pocho­dząca z Fran­cji, prze­zna­czona dla dwóch osób. [wróć]

20. Reel - żywy taniec irlandzki, koja­rzony z roz­rywką dla niż­szych klas; dla­tego w pyta­niu, czy mia­łaby ochotę zatań­czyć reela, Eli­za­beth oba­wia się pułapki. [wróć]

21. Malow­ni­czość była w owym okre­sie poję­ciem nie­zwy­kle popu­lar­nym w kon­tek­ście piękna kra­jo­brazu. Wil­liam Gil­pin, autor ceniony przez Jane Austen, pisał o zasa­dach pro­jek­to­wa­nia ogro­dów, a w jego defi­ni­cji malow­ni­czo­ści mie­ściło się m.in. zało­że­nie, iż praw­dzi­wie "malow­ni­czy" widok mogą two­rzyć mak­sy­mal­nie trzy sztuki... bydła, i to widziane jed­no­cze­śnie; obec­ność czwar­tej sztuki psuła malow­ni­czość obrazu, zakłó­ca­jąc jego har­mo­nię. Do tej kon­cep­cji nawią­zuje (nie bez ukry­tej zło­śli­wo­ści) Eli­za­beth. [wróć]

22. Biała zupa - fran­cu­ska soupe a la reine, zupa goto­wana na kościach dro­bio­wych z dodat­kiem m.in. warzyw, mleka mig­da­ło­wego, żół­tek i śmie­tany, zwy­cza­jowo ser­wo­wana wów­czas na przy­ję­ciach. [wróć]

23. Lombr (lom­ber) - rodzaj gry w karty, roz­po­wszech­niony od XVII w. [wróć]

24. Kaza­nia dla mło­dych kobiet Jamesa For­dyce'a wydane w Wiel­kiej Bry­ta­nii w roku 1794. [wróć]

Rozdział II

Pan Ben­net stał się jed­nym z pierw­szych gości pana Char­lesa Bin­gleya w jego nowym domu. W isto­cie od początku miał zamiar go odwie­dzić, choć do ostatka zapew­niał żonę, że tego nie uczyni, następ­nie zaś nie wspo­mniał o swej wizy­cie aż do wie­czora.

Dowie­dziano się o niej w spo­sób nastę­pu­jący.

Patrząc, jak jego druga z rzędu córka obszywa kape­lusz, nagle zwró­cił się do niej:

- Mam nadzieję, że ten kape­lusz spodoba się panu Bin­gley­owi, Lizzy.

- Nie dowiemy się, jakie upodo­ba­nia ma pan Bin­gley - odparła jej matka kwa­śno - ponie­waż nie będzie nam dane go odwie­dzić.

- Zapo­mi­nasz, mamo - rze­kła Eli­za­beth - że będziemy widy­wać go u innych, a pani Long od dawna obie­cuje nam go przed­sta­wić.

- Nie wie­rzę, że pani Long to zrobi. Sama ma dwie sio­strze­nice. To ego­istka i hipo­krytka, a ja mam o niej jak naj­gor­sze zda­nie.

- Ja rów­nież - wtrą­cił pan Ben­net - i cie­szę się, że nie pole­gasz na jej obiet­ni­cach.

Pani Ben­net powstrzy­mała się od odpo­wie­dzi; nie mogąc jed­nak opa­no­wać ner­wów, zaczęła besz­tać jedną ze swych córek.

- Na miłość boską, Kitty, prze­stań tak kasłać! Miej litość dla moich ner­wów. Roz­ry­wasz je na strzępy.

- Kitty kaszle zupeł­nie nie­opa­no­wa­nie - orzekł jej ojciec. - W naj­go­rzej wybra­nych chwi­lach.

- Nie kaszlę dla przy­jem­no­ści - odpa­ro­wała Kitty wojow­ni­czo.

- Kiedy mamy naj­bliż­szy bal, Lizzy?

- Od jutra za dwa tygo­dnie.

- Ach, tak! - wykrzyk­nęła jej matka. - A pani Long wróci dopiero dzień wcze­śniej, co ozna­cza, że nie będzie mogła nam go przed­sta­wić, ponie­waż sama wcze­śniej go nie pozna.

- W takim razie, moja droga, być może zyskasz prze­wagę nad swoją przy­ja­ciółką, ponie­waż to ty będziesz mogła przed­sta­wić jej pana Bin­gleya.

- To nie­moż­liwe, mężu, jak­że­bym mogła, skoro sama go nie znam; jak możesz żar­to­wać ze mnie tak okrut­nie?

- Twoja powścią­gli­wość jest godna pochwały. Istot­nie, dwa tygo­dnie zna­jo­mo­ści to bar­dzo nie­wiele. Trudno po takim cza­sie powie­dzieć, że zna się czło­wieka. Jeśli jed­nak my nie ośmie­limy się jej go przed­sta­wić, zrobi to ktoś inny. Pani Long i jej sio­strze­nice muszą także dostać szansę; gdy­byś ty im jej odmó­wiła, mia­łyby powód do obmowy, dla­tego sam się tym zajmę.

Dziew­częta wpa­try­wały się w ojca. Pani Ben­net powta­rzała jedy­nie:

- Bzdury, bzdury!

- Cóż mają zna­czyć te okrzyki? - zawo­łał pan Ben­net. - Czy chcesz pod­wa­żyć nimi sens ist­nie­nia zasad nawią­zy­wa­nia zna­jo­mo­ści? W takim razie nie mogę się z tobą zgo­dzić. Co ty nam powiesz, Mary? Jesteś wszak młodą damą o docie­kli­wym umy­śle, czy­tasz mądre książki i robisz z nich notatki.

Mary bez­sku­tecz­nie szu­kała wła­ści­wej odpo­wie­dzi.

- Pod­czas, gdy Mary myśli - cią­gnął ojciec - powróćmy do pana Bin­gleya.

- Mam już zupeł­nie dość pana Bin­gleya! - zawo­łała jego mał­żonka.

- Przy­kro mi to sły­szeć; dla­czego mnie o tym nie uprze­dzi­łaś? Gdy­bym to wie­dział dziś rano, z pew­no­ścią nie zło­żył­bym mu był wizyty. Jakże to nie­szczę­śli­wie się składa; skoro bowiem już to zro­bi­łem, nie możemy wyco­fać się z tej zna­jo­mo­ści.

Zdu­mie­nie wszyst­kich pań było tak bez­brzeżne, jak na to wła­śnie liczył. Pani Ben­net jed­nak, choć w pierw­szej chwili naj­bar­dziej zasko­czona, gdy pierw­szy wybuch rado­ści ucichł, oznaj­miła natych­miast, że od początku się tego spo­dzie­wała.

- Jakże ci jestem wdzięczna, mój naj­droż­szy! Ależ wie­dzia­łam, że wresz­cie cię prze­ko­nam. Byłam pewna, że kochasz swe dziew­częta zbyt mocno, by zlek­ce­wa­żyć taką szansę dla nich. Tak się cie­szę! I cóż za świetny żart, że posze­dłeś tam dziś rano i nie szep­ną­łeś o tym ani słówka aż do tej pory!

- No cóż, Kitty, teraz możesz już kasłać do woli - rzekł pan Ben­net i wyszedł z pokoju, by odpo­cząć nieco od burz­li­wej zmien­no­ści nastro­jów żony.

- Jakiego wspa­nia­łego ojca macie, dziew­czynki! - oznaj­miła matka, gdy zamknęły się za nim drzwi. - Nie wiem, jak kie­dy­kol­wiek zdo­ła­cie odpła­cić mu za jego dobroć; ja rów­nież, skoro już o tym mówimy. Mogę was zapew­nić, że dla sta­dła w naszym wieku zawie­ra­nie wciąż nowych zna­jo­mo­ści to nic przy­jem­nego; dla was jed­nak zro­bi­li­by­śmy wszystko. Lydio, kochana moja, choć jesteś naj­młod­sza, nie wąt­pię, że pan Bin­gley zatań­czy z tobą na naj­bliż­szym balu.

- Och! - odparła Lydia nie­ustra­sze­nie. - Wcale się nie boję! Choć jestem naj­młod­sza, to jed­nak naj­wyż­sza.

Pozo­stała część wie­czoru upły­nęła im na roz­wa­ża­niach, po jakim cza­sie pan Bin­gley złoży panu Ben­ne­towi rewi­zytę, i na docie­ka­niach, czy powinny zapro­sić go wów­czas na obiad4.

Rozdział III

Nie­koń­czą­cych się pytań, któ­rymi pani Ben­net, przy pomocy wszyst­kich pię­ciu córek, zasy­py­wała męża, nie było dość, aby uzy­skać zado­wa­la­jący opis pana Bin­gleya. Przy­pusz­czały szturm na różne spo­soby - docie­ka­jąc wprost, pod­su­wa­jąc domy­sły lub snu­jąc przy­pusz­cze­nia, on jed­nak uni­kał zręcz­nie wszel­kich puła­pek, i wresz­cie musiały zdać się na wywiad z dru­giej ręki, czyli na sąsiadkę, lady Lucas. Spra­woz­da­nie wypa­dło nad­zwy­czaj pomyśl­nie. Sir Wil­liam był wprost zachwy­cony. Opi­sy­wał pana Bin­gleya jako dość mło­dego, nie­zwy­kle przy­stoj­nego, nad­zwy­czaj uprzej­mego, a co naj­lep­sze, żywią­cego szczery zamiar poja­wie­nia się na naj­bliż­szym balu wraz z dużym towa­rzy­stwem. Była to doprawdy wspa­niała wia­do­mość! Od upodo­ba­nia do tańca zale­d­wie krok do kochli­wo­ści, co budziło nadzieję, że pan Bin­gley ma praw­dzi­wie czułe serce.

- Jeśli tylko jedna z moich córek osią­dzie szczę­śli­wie w Nether­field - rze­kła pani Ben­net do męża - a pozo­stałe znajdą rów­nie dobre par­tie, nie będę życzyć sobie niczego wię­cej.

Po kilku dniach pan Bin­gley odwie­dził pana Ben­neta i spę­dził z nim około dzie­się­ciu minut w biblio­tece. Żywił przy tym nadzieję, że uda mu się poznać młode damy, o któ­rych uro­dzie sły­szał tak wiele, jed­nak został przy­jęty jedy­nie przez ich ojca. Panie miały nieco wię­cej szczę­ścia - z okna na pię­trze mogły bowiem podzi­wiać jego błę­kitny sur­dut, jak i czar­nego konia, któ­rego dosia­dał.

Nie­ba­wem wysłano do Nether­field zapro­sze­nie na obiad, i pani Ben­net już pla­no­wała, jakie potrawy poda, by dać dowód swoim talen­tom gospo­dyni, gdy nade­szła odpo­wiedź, wska­zu­jąca nie­zbi­cie, że wizyta ule­gnie opóź­nie­niu. Pan Bin­gley musiał naza­jutrz udać się do mia­sta, a więc nie będzie mógł cie­szyć się zaszczy­tem przy­ję­cia zapro­sze­nia, etc., etc. Pani Ben­net uczuła silne wzbu­rze­nie. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jakie to sprawy mógł mieć do zała­twie­nia w mie­ście nowy sąsiad tak rychło po przy­jeź­dzie do Hert­ford­shire, i zaczęła oba­wiać się, że będzie wciąż jeź­dził to tu, to tam, nie zagrze­wa­jąc miej­sca w Nether­field, gdzie powi­nien wszak osiąść na dobre. Lady Lucas uśmie­rzyła nieco jej nie­po­kój, snu­jąc domy­sły, że być może pan Bin­gley udał się do Lon­dynu, by przy­wieźć ze sobą więk­sze towa­rzy­stwo na nad­cho­dzący bal, nie­ba­wem zaś nade­szła wieść, że istot­nie ma do niego przy­je­chać z tej oka­zji dwa­na­ście pań i sied­miu dżen­tel­me­nów. Dziew­częta zmar­twiły się bar­dzo tak dużą liczbą dam; na dzień przed balem poja­wiła się jed­nak pocie­sza­jąca wia­do­mość, że z Lon­dynu przy­je­chało ich jedy­nie sześć - pięć sióstr gospo­da­rza i jego kuzynka. Kiedy zaś weszły do sali balo­wej, prze­ko­nały się, że nowo przy­by­łych jest zale­d­wie pię­cioro - pan Bin­gley, jego dwie sio­stry, mąż star­szej z nich i jesz­cze jeden młody czło­wiek.

Pan Bin­gley oka­zał się przy­stojny i uprzejmy; miał miłą twarz i pełen pro­stoty spo­sób bycia, pozba­wiony afek­ta­cji. Jego sio­strom nie bra­ko­wało urody, ubrane zaś były mod­nie. Szwa­gier, pan Hurst, mógł jedy­nie z daleka uda­wać dżen­tel­mena, nato­miast przy­ja­ciel pana Bin­gleya, nie­jaki pan Darcy, przy­cią­gał uwagę wysoką, szczu­płą syl­wetką, regu­lar­no­ścią rysów, jak i przy­mio­tem, o któ­rym wieść obie­gła całą salę już w pięć minut po jego nadej­ściu, a mia­no­wi­cie, docho­dem w wyso­ko­ści dzie­się­ciu tysięcy fun­tów rocz­nie. Pano­wie natych­miast uznali, że świetny z niego chłop, panie orze­kły, iż jest znacz­nie przy­stoj­niej­szy od pana Bin­gleya, wszy­scy zaś przez pół wie­czoru popa­try­wali na niego z zachwy­tem - aż do chwili, gdy prze­ko­nano się, że brak mu dobrego wycho­wa­nia, przez co stra­cił względy w oczach towa­rzy­stwa. Był bowiem tak dumny, wywyż­szał się nad innych tak dalece i oka­zy­wał im tak silną dez­apro­batę, że nawet ogromna posia­dłość w Der­by­shire nie uchro­niła go przed opi­nią, że twarz ma nie­przy­jemną, wręcz odpy­cha­jącą, i nie warto nawet porów­ny­wać go z przy­ja­cielem.

Pan Bin­gley szybko zazna­jo­mił się ze wszyst­kimi lokal­nymi oso­bi­sto­ściami, a był przy tym żywy i bez­po­średni, wziął udział we wszyst­kich tań­cach, następ­nie zaś wyra­ził wielki żal, że bal koń­czy się tak wcze­śnie, i wspo­mniał, że zamy­śla urzą­dzić zabawę taneczną w Nether­field. Bez dwóch zdań, nie bra­ko­wało mu zalet. Cóż za kon­trast z jego przy­ja­cie­lem! Pan Darcy zatań­czył jedy­nie raz z panną Hurst i raz z panną Bin­gley, odmó­wił zawar­cia zna­jo­mo­ści z jaką­kol­wiek inną damą, zaś resztę wie­czoru spę­dził na prze­chadz­kach po sali i kilku krót­kich roz­mo­wach, ale wyłącz­nie z oso­bami, z któ­rymi przy­szedł na bal. Opi­nia na jego temat ugrun­to­wała się więc tym prę­dzej. Uznano, że na całym świe­cie nie ma bar­dziej zaro­zu­mia­łego i nie­sym­pa­tycz­nego gbura; wszy­scy też wyra­żali nadzieję, że już ni­gdy nie zjawi się w oko­licy. Wśród naj­za­go­rzal­szych kry­ty­ków pana Darcy'ego zna­la­zła się pani Ben­net - oprócz ogól­nej dez­apro­baty wobec jego zacho­wa­nia, zapa­łała do niego szcze­gólną nie­chę­cią, gdyż ubli­żył jed­nej z jej córek.

Z powodu nie­do­sta­tecz­nej liczby obec­nych na balu panów Eli­za­beth Ben­net była zmu­szona prze­sie­dzieć na kana­pie dwa tańce. Tym­cza­sem pan Darcy sta­nął dość bli­sko niej, aby mogła sły­szeć jego roz­mowę z panem Bin­gleyem, który zre­zy­gno­wał na kilka minut z zabawy, by namó­wić przy­ja­ciela, aby dołą­czył do tań­czą­cych.

- Doprawdy, Darcy - zwró­cił się do niego. - Musisz zatań­czyć. Nie mogę patrzeć, jak bez­sen­sow­nie ster­czysz tutaj cał­kiem sam. Taniec z pew­no­ścią dobrze by ci zro­bił.

- Nie mam zamiaru. Dobrze wiesz, że tego nie zno­szę; mogę tań­czyć jedy­nie z kimś, kogo znam dosko­nale. W zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach byłoby to dla mnie tor­turą. Twoje sio­stry mają już part­ne­rów, a na tej sali nie ma ani jed­nej kobiety, z którą mógł­bym zatań­czyć z przy­jem­no­ścią.

- Co za szczę­ście, że nie jestem tak wybredny jak ty! - rzu­cił pan Bin­gley. - Na honor, ni­gdy dotąd nie spo­tka­łem tak wielu miłych panien jak dzi­siej­szego wie­czoru, a nie­które z nich wydają się nie­zwy­kle uro­dziwe.

- Ty tań­czysz z jedyną ładną dziew­czyną na tej sali - odparł pan Darcy, przy­glą­da­jąc się naj­star­szej pan­nie Ben­net.

- Ach! To naj­pięk­niej­sza istota, jaką widzia­łem w życiu! Ale tuż za tobą sie­dzi jedna z jej sióstr, także bar­dzo ładna, jak rów­nież nader miła. Pozwól, że popro­szę moją part­nerkę, aby ci ją przed­sta­wiła.

- O kim mówisz? - odwró­cił się i omiótł spoj­rze­niem Eli­za­beth, a gdy to zauwa­żyła, prze­niósł wzrok na przy­ja­ciela i rzekł chłodno: - Wygląda zno­śnie, ale nie jest dość ładna, bym się na nią sku­sił; zresztą nie jestem w nastroju, by nad­ska­ki­wać mło­dym damom, które zostały zlek­ce­wa­żone przez innych dżen­tel­me­nów. Wra­caj lepiej do swo­jej part­nerki, by podzi­wiać jej piękny uśmiech, zamiast tra­cić tu czas ze mną.

Pan Bin­gley posłu­chał tej rady. Pan Darcy odszedł, zaś Eli­za­beth pozo­stała na swoim miej­scu, wzbu­rzona uczu­ciami dale­kimi od przy­ja­znych. Mimo to z emfazą opo­wie­działa następ­nie o tym zda­rze­niu przy­ja­ciół­kom; miała bowiem żywe, wesołe uspo­so­bie­nie i chęt­nie szu­kała oka­zji do żar­tów.

Wie­czór upły­wał przy­jem­nie wszyst­kim człon­kom rodziny. Pani Ben­net patrzyła z zado­wo­le­niem, jak towa­rzy­stwo z Nether­field zachwyca się jej naj­star­szą lato­ro­ślą. Pan Bin­gley zatań­czył z nią dwu­krot­nie, a jego sio­stry wyraź­nie ją wyróż­niały. Jane była z tego tak samo zado­wo­lona jak jej matka, choć wyra­żała radość sub­tel­niej. Eli­za­beth cie­szyła się wraz z nią. Mary sły­szała, jak chwa­lono ją przed panną Bin­gley jako naj­zdol­niej­szą pannę w sąsiedz­twie, zaś Cathe­rine i Lydii nie bra­ko­wało part­ne­rów do tańca, co wystar­czyło, aby obie uznały wie­czór za udany. Dla­tego też w dobrych nastro­jach wró­ciły do Long­bo­urn - wio­ski, w któ­rej Ben­netowie uwa­żani byli za naj­sza­cow­niej­szą rodzinę wśród miesz­kań­ców. Pan Ben­net nie spał jesz­cze, gdy wró­ciły. Pod­czas lek­tury ksią­żek zwy­kle zapo­mi­nał o upły­wie czasu, tym razem zaś cze­kał na rela­cję o prze­biegu wie­czoru, z któ­rym wią­zano wszak ogromne nadzieje. Po cichu liczył, że jego mał­żonka roz­cza­ruje się panem Bin­gleyem; rychło oka­zało się jed­nak, że stało się zupeł­nie ina­czej.

- Ach! Mój drogi! - zawo­łała, wcho­dząc do pokoju. - Cóż za uro­czy wie­czór, jaki wspa­niały bal! Żałuję jedy­nie, że cię tam nie było. Wszy­scy wprost zachwy­cali się naszą Jane. Prze­ści­gali się w kom­ple­men­tach, a pan Bin­gley uznał ją za pięk­ność i zatań­czył z nią dwu­krot­nie! Tylko pomyśl, mój kochany; zatań­czył z nią dwu­krot­nie! I była jedyną panną, którą popro­sił do tańca po raz drugi. Naj­pierw zatań­czył z panną Lucas. Nie wiem, doprawdy, jak to wytrzy­mał! Wcale mu się nie podo­bała, zresztą nie dziwi mnie to wcale; potem zaś dostrzegł Jane, która aku­rat tań­czyła, i był nią zauro­czony. Zaczął o nią roz­py­ty­wać, zostali sobie przed­sta­wieni, a potem popro­sił ją o dwa kolejne tańce. Potem zatań­czył dwa razy z panną King; póź­niej, rów­nież dwa razy, z Marią Lucas, następ­nie znów dwu­krot­nie tań­czył z Jane, a potem były dwa tańce z Lizzy, zaś boulan­gera...5

- Gdyby miał dla mnie choć cień współ­czu­cia - wykrzyk­nął jej mąż nie­cier­pli­wie - nie zatań­czyłby nawet połowy tego! Na litość boską, prze­stań opo­wia­dać mi, z kim tań­czył pan Bin­gley. Że też nie skrę­cił kostki przed balem!

- Ach, mój drogi, on mi się naprawdę podoba. Jest taki przy­stojny! A jego sio­stry są wprost uro­cze. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam ele­gant­szych stro­jów. Moim zda­niem koronka przy sukni pani Hurst...

W tejże chwili ponow­nie jej prze­rwano. Pan Ben­net nie chciał sły­szeć ani słowa wię­cej na temat stro­jów. Jego żona była więc zmu­szona szu­kać innego tematu. Z wiel­kim roz­go­ry­cze­niem oraz pewną prze­sadą opo­wie­działa mu o obu­rza­ją­cej nie­uprzej­mo­ści pana Darcy'ego.

- Mogę cię jed­nak zapew­nić - dodała - że Lizzy nie­wiele na tym straci, że mu się nie spodo­bała; to wyjąt­kowo nie­przy­jemny, wprost okropny czło­wiek, któ­remu nie warto się podo­bać. Ta jego duma i zaro­zu­mia­łość były po pro­stu nie do wytrzy­ma­nia! Cho­dził to tu, to tam, taki zado­wo­lony z sie­bie! A nie jest dość przy­stojny, by zasłu­gi­wać choćby na jeden taniec! Żałuję, że cię nie było z nami, mój naj­droż­szy, i nie mogłeś poczę­sto­wać go ciętą ripo­stą. Znie­lu­bi­łam go na amen.

Rozdział IV

Kiedy Jane i Eli­za­beth zna­la­zły się same, ta pierw­sza, dotąd powścią­gliwa w pochwa­łach na temat pana Bin­gleya, wyznała sio­strze, jak bar­dzo w isto­cie jej się spodo­bał.

- Jest aku­rat taki, jaki powi­nien być każdy młody czło­wiek - rze­kła - roz­sądny, pogodny, o żywym uspo­so­bie­niu; ni­gdy dotąd nie spo­tka­łam rów­nie miłego mło­dzieńca: jest tak bez­po­średni, choć maniery ma przy tym wprost nie­ska­zi­telne!

- Jest rów­nież przy­stojny - odparła Eli­za­beth - a jeśli to moż­liwe, młody czło­wiek powi­nien speł­niać także ten waru­nek. Jest zatem dosko­nały pod każ­dym wzglę­dem.

- Pochle­bił mi nie­zwy­kle, pro­sząc mnie drugi raz do tańca. Nie ocze­ki­wa­łam takiego kom­ple­mentu.

- Czyżby? Ja nie byłam zdzi­wiona. Dzieli nas jed­nak ogromna róż­nica. Kom­ple­menty są dla cie­bie zawsze zasko­cze­niem, dla mnie zaś: prze­ciw­nie. Cóż w tym dziw­nego, że zatań­czył z tobą dwu­krot­nie? Musiał z pew­no­ścią dostrzec, że jesteś pięć razy ład­niej­sza od wszyst­kich pozo­sta­łych dam. Z pew­no­ścią nie popro­sił cię do tańca jedy­nie z uprzej­mo­ści. Tak czy siak rze­czy­wi­ście nie mam mu nic do zarzu­ce­nia. Jeśli cho­dzi o mnie, możesz się nim zachwy­cać. Podo­bali ci się dotąd pano­wie o wiele głupsi od niego.

- Moja droga Lizzy!

- Och, wiesz prze­cież, że zbyt łatwo obda­rzasz sym­pa­tią ludzi. W nikim nie widzisz wad. Cały świat jawi ci się jako dobry i miły. Ni­gdy w życiu nie powie­dzia­łaś o nikim złego słowa.

- Sta­ram się nie osą­dzać innych zbyt szybko, ale zawsze mówię to, co myślę.

- Wiem o tym i tego wła­śnie w tobie nie rozu­miem. Nie brak ci roz­sądku, a jed­nak nie dostrze­gasz ludz­kich przy­war i głu­poty! Wielu jest takich, któ­rzy udają szcze­rość, to powszechne. Ale szcze­rość praw­dziwa, pozba­wiona osten­ta­cji - szczera sym­pa­tia wobec ludzi, która wyzwala w nich naj­lep­sze cechy - to twoja oso­bi­sta wizy­tówka. Jak mi się zdaje, polu­bi­łaś także sio­stry pana Bin­gleya? Nie są tak dobrze wycho­wane jak on.

- Z pew­no­ścią nie robią dobrego pierw­szego wra­że­nia. Przy dłuż­szej roz­mo­wie oka­zują się jed­nak bar­dzo miłe. Panna Bin­gley ma zamiesz­kać z bra­tem, by pro­wa­dzić mu dom; była­bym wielce zdzi­wiona, gdy­by­śmy nie zna­la­zły w niej uro­czej sąsiadki.

Eli­za­beth słu­chała w mil­cze­niu, nie­prze­ko­nana; zacho­wa­nie nowych zna­jo­mych pod­czas balu nie wzbu­dziło jej sym­pa­tii. Była bystrzej­szą obser­wa­torką niż jej sio­stra i nie miała tak łagod­nego cha­rak­teru jak ona; rze­czone damy nie oka­zały jej też żad­nej ser­decz­no­ści, co mogłoby wpły­nąć na jej osąd, nie spo­tkały się więc z jej apro­batą. W isto­cie, nie bra­ko­wało im wytwor­no­ści, a gdy wszystko szło po ich myśli, zacho­wy­wały uprzej­mość i potra­fiły robić naj­lep­sze wra­że­nie, zara­zem jed­nak cecho­wała je duma i zaro­zu­mia­łość. Były dość ładne, ukoń­czyły jedną z naj­lep­szych pry­wat­nych szkół w Lon­dy­nie, posia­dały for­tunę w wyso­ko­ści dwu­dzie­stu tysięcy fun­tów; żyły ponad stan i zada­wały się z ludźmi rów­nymi im rangą, dla­tego też były zda­nia, że mają wszel­kie powody, by myśleć dobrze o sobie, a źle o innych. Pocho­dziły z sza­no­wa­nej rodziny z pół­noc­nej Anglii i oko­licz­ność ta wyryła się w ich świa­do­mo­ści dużo głę­biej niż fakt, że zarówno one, jak i ich brat zawdzię­czali for­tunę talen­tom han­dlo­wym przod­ków.

Pan Bin­gley odzie­dzi­czył mają­tek wart nie­mal sto tysięcy fun­tów po ojcu, który miał zamiar kupić jakąś posia­dłość, jed­nak nie zdą­żył tego za życia uczy­nić. Także i syn snuł podobne plany i nie­kiedy zda­wało się, że jest o krok od decy­zji, by na stałe osiąść w swych rodzin­nych stro­nach - teraz jed­nak miał do dys­po­zy­cji piękny dom i grunty, gdzie mógł bez prze­szkód urzą­dzać polo­wa­nia, a ci, któ­rzy zdą­żyli poznać jego nie­fra­so­bli­wość, przy­pusz­czali, że być może zosta­nie na dobre w Nether­field, pozo­sta­wia­jąc tro­skę o naby­cie wła­snego dworu kolej­nym poko­le­niom.

Sio­stry życzy­łyby sobie ogrom­nie, by kupił wła­sną rezy­den­cję6; skoro jed­nak wyna­jął Nether­field, panna Bin­gley nie miała nic prze­ciwko temu, by z nim zamiesz­kać - podob­nie jak pani Hurst, któ­rej mąż mógł szczy­cić się raczej pre­zen­cją niż mająt­kiem, pra­gnęła więc trak­to­wać dom brata jak wła­sny, przy­naj­mniej wtedy, gdy jej to odpo­wia­dało. Pan Bin­gley przy­pad­kowo otrzy­mał ofertę wynajmu Nether­field House nie­całe dwa lata po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści. Przy­je­chał więc, by go obej­rzeć, i już po pół godzi­nie uznał, że naj­waż­niej­sze pomiesz­cze­nia w domu budzą jego apro­batę, podob­nie jak słowa pochwały gło­szone przez wła­ści­ciela; bez­zwłocz­nie więc zawarł z nim umowę.

Pan Darcy, mimo dzie­lą­cej obu dżen­tel­me­nów cał­ko­wi­tej odmien­no­ści cha­rak­te­rów, był od lat jego wypró­bo­wa­nym przy­ja­cie­lem. Darcy lubił Bin­gleya za jego bez­po­śred­niość, otwar­tość i łagod­ność, choć sam miał zupeł­nie inne uspo­so­bie­nie, z czego zresztą wyda­wał się zado­wo­lony. Bin­gley ufał wprost bez­gra­nicz­nie w przy­jaźń Darcy'ego i ogrom­nie liczył się z jego zda­niem. Pod wzglę­dem bystro­ści umy­słu ten drugi prze­wyż­szał pierw­szego. Choć Bin­gleyowi niczego nie bra­ko­wało, Darcy góro­wał nad nim inte­li­gen­cją. Był przy tym opry­skliwy, wynio­sły, powścią­gliwy i wybredny, a jego maniery, choć wytworne, były zara­zem odpy­cha­jące. Pod tym wzglę­dem przy­ja­ciel miał nad nim ogromną prze­wagę. Bin­gley zyski­wał sym­pa­tię wszę­dzie, gdzie się poja­wił; Darcy nie­ustan­nie obra­żał wszyst­kich dookoła.

Roz­mowa na temat towa­rzy­stwa zgro­ma­dzo­nego w Mery­ton odda­wała dosko­nale uspo­so­bie­nie każ­dego z nich. Bin­gley był zda­nia, że ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał mil­szych ludzi i pięk­niej­szych panien; wszy­scy byli wobec niego nie­zwy­kle uprzejmi i ser­deczni. Nikt nie dbał nad­mier­nie o zacho­wa­nie form, nie zacho­wy­wał się sztywno i ze wszyst­kimi udało mu się szybko zawrzeć zna­jo­mość, zaś panna Ben­net jawiła mu się jako naj­cu­dow­niej­szy z anio­łów. Darcy nato­miast widział tych samych ludzi jako nie­zbyt uro­dzi­wych i nie­umie­ją­cych nadą­żać za modą; nikt z nich nie wzbu­dził jego zain­te­re­so­wa­nia, nikt też nie oka­zał mu wzglę­dów ani ser­decz­no­ści. Panna Ben­net wydała mu się ładna, uznał jed­nak, że zbyt czę­sto się uśmie­cha.

Pani Louisa Hurst i jej sio­stra Caro­lina Bin­gley były tego samego zda­nia - ogól­nie jed­nak im się spodo­bała. Polu­biły ją i uznaw­szy, że jest uro­cza, zade­kla­ro­wały chęć bliż­szego jej pozna­nia. Skoro zaś sio­stry orze­kły w ten spo­sób, brat uznał, że ma pełne prawo zachwy­cać się panną Ben­net, ile tylko mu się żyw­nie podoba.

Rozdział V

Opo­dal Long­bo­urn miesz­kała rodzina szcze­gól­nie bli­ska pań­stwu Ben­ne­tom. Sir Wil­liam Lucas zaj­mo­wał się uprzed­nio han­dlem w Mery­ton, gdzie doro­bił się nie­zgor­szej for­tuny, następ­nie zaś, jako bur­mistrz, wygło­sił mowę na cześć króla, która przy­nio­sła mu tytuł szla­checki. Zaszczyt ten uczy­nił na nim zgoła zbyt duże wra­że­nie. Znie­chę­cił się bowiem do dotych­cza­so­wej pracy, jak i do małego mia­steczka, w któ­rym miesz­kał; porzu­cił więc jedno i dru­gie, po czym osie­dlił się wraz z rodziną w domu poło­żo­nym w odle­gło­ści około jed­nej mili od Mery­ton, który nazwał swoim nazwi­skiem. Wyrze­kł­szy się tru­dów pro­wa­dze­nia han­dlu, mógł tu do woli roz­my­ślać o wła­snej waż­no­ści i szli­fo­wać swe talenty towa­rzy­skie. Choć jego ranga wzro­sła, nie zaczął się wywyż­szać - prze­ciw­nie, oka­zy­wał aten­cję wszyst­kim. Z natury łagodny, przy­ja­zny i uczynny, pod­czas pobytu na dwo­rze kró­lew­skim nabrał także wytwor­no­ści.

Lady Lucas była kobietą nie­zwy­kle dobro­duszną, lecz pozba­wioną zmy­słu gospo­dar­no­ści, przez co pani Ben­net nie ceniła jej zbyt­nio jako sąsiadki. Para ta miała kil­koro dzieci. Naj­star­sza córka - inte­li­gentna panna, licząca sobie około dwu­dzie­stu sied­miu lat - była naj­bliż­szą przy­ja­ciółką Eli­za­beth.

Było jasne, że panny Ben­net i panny Lucas muszą spo­tkać się, by wymie­nić wra­że­nia na temat balu, a zatem już następ­nego ranka te ostat­nie poja­wiły się w Long­bo­urn.

- Dla cie­bie, Char­lotto, wie­czór zaczął się doprawdy dosko­nale - rze­kła pani Ben­net uprzej­mie do panny Lucas. - To cie­bie pan Bin­gley popro­sił do pierw­szego tańca.

- Tak, ale wydaje mi się, że taniec z drugą part­nerką spra­wił mu wię­cej przy­jem­no­ści.

- Ach, cho­dzi ci o Jane; wszak tań­czył z nią dwu­krot­nie. Istot­nie, wyglą­dało na to, że mu się spodo­bała. W rze­czy samej, wydaje mi się, że tak wła­śnie było... coś nie­coś o tym sły­sza­łam.... ale nie wiem dokład­nie... coś o panu Robin­so­nie.

- Być może sły­szała pani o roz­mo­wie pana Bin­gleya i Robin­sona; chyba wspo­mi­na­łam o tym? Pan Robin­son zapy­tał, jak mu się podoba towa­rzy­stwo w Mery­ton, i czy nie sądzi, że na sali znaj­duje się wiele pięk­nych kobiet, i którą z nich uważa za naj­ład­niej­szą. Na co natych­miast padła odpo­wiedź na to ostat­nie pyta­nie: "Och, naj­star­sza z panien Ben­net, bez wąt­pie­nia, każdy z pew­no­ścią odpo­wie­działby tak samo".

- Doprawdy! No cóż, bar­dzo zde­cy­do­wana opi­nia... wygląda na to... ale jesz­cze może być i tak, że nic z tego nie będzie.

- To, co ja sły­sza­łam, podoba mi się bar­dziej niż słowa, które doszły do cie­bie, Elizo - rze­kła Char­lotte. - Pan Darcy, w prze­ci­wień­stwie do jego przy­ja­ciela, nie ma nic mądrego do powie­dze­nia, czyż nie? Biedna Liz­zie! Zostać uznaną za zale­d­wie "zno­śną"!

- Bar­dzo cię pro­szę, nie kładź jej aby do głowy, żeby prze­jęła się tym, jak ją potrak­to­wał. Ten czło­wiek jest tak nie­przy­jemny, że zyskać jego sym­pa­tię byłoby nie­szczę­ściem. Pani Long mówiła mi wczo­raj, że sie­dział obok niej przez pół godziny, i ani razu nie otwo­rzył ust.

- Czy jest mama tego pewna? Czy to nie pomyłka? - spy­tała Jane. - Z pew­no­ścią sama widzia­łam, jak pan Darcy z nią roz­ma­wiał.

- Tak! Bo zapy­tała go wresz­cie, jak mu się podoba w Nether­field, a więc musiał odpo­wie­dzieć; dodała jed­nak, że wyglą­dał przy tym na zeźlo­nego, że się do niego ode­zwała.

- Panna Bin­gley mówiła mi - rze­kła Jane - że ni­gdy się wiele nie odzywa do nikogo, z wyjąt­kiem osób zaprzy­jaź­nio­nych. W sto­sunku do nich zacho­wuje się cał­kiem uprzej­mie.

- Nie wie­rzę w ani jedno słowo, moja droga. Gdyby był uprzejmy, roz­ma­wiałby z panią Long. Ale domy­ślam się, jak to z nim jest. Wszy­scy mówią, że to nie­zwy­kle dumny czło­wiek; z pew­no­ścią usły­szał gdzieś, że pani Long nie trzyma powozu, a na bal przy­je­chała wyna­jętą dorożką.

- Nie mam do niego pre­ten­sji o to, że nie roz­ma­wiał z panią Long - stwier­dziła panna Lucas. - Powi­nien był jed­nak zatań­czyć z Elizą.

- Przy następ­nej oka­zji, Lizzy - rze­kła matka do córki - na twoim miej­scu nie zatań­czy­ła­bym z nim nawet jeden raz.

- Przy­pusz­czam, że mogę mamie obie­cać, że ni­gdy z nim nie zatań­czę.

- Jeśli o mnie cho­dzi - powie­działa panna Lucas - jego duma nie wydaje mi się bar­dzo obraź­liwa, ponie­waż widzę dla niej uza­sad­nie­nie. Trudno się dzi­wić, że młody czło­wiek z takiej rodziny, z taką for­tuną, któ­remu wszystko sprzyja, ma o sobie wyso­kie mnie­ma­nie. Jeśli mogę tak powie­dzieć, on ma prawo być dumny.

- Masz cał­ko­witą rację - odparła Eli­za­beth - i bez trudu wyba­czy­ła­bym mu jego dumę, gdyby nie ura­ził mojej.

- Duma - zauwa­żyła Mary, zawsze prze­ko­nana o głębi swych prze­my­śleń - jest, jak mi się zdaje, grze­chem bar­dzo czę­sto spo­ty­ka­nym. Wszystko, co dotąd prze­czy­ta­łam, upew­nia mnie, że wręcz nad­zwy­czaj roz­po­wszech­nio­nym; że natura ludzka jest nań wyjąt­kowo podatna, a zatem bar­dzo nie­wielu z nas nie chełpi się ni­gdy taką czy inną zaletą, praw­dziwą czy wyobra­żoną. Próż­ność i duma to dwie różne rze­czy, choć uży­wamy tych słów zamien­nie. Można być dum­nym, nie będąc przy tym próż­nym. Duma tyczy się tego, co sami o sobie myślimy, próż­ność zaś tego, jak chcie­li­by­śmy być widziani przez innych.

- Gdy­bym ja był tak bogaty, jak pan Darcy - zawo­łał młody Lucas, który przy­je­chał w odwie­dziny wraz z sio­strami - dumę miał­bym sobie za nic. Trzy­mał­bym sforę psów goń­czych i wypi­jał co dzień butelkę wina.

- W takim razie pił­byś dużo wię­cej, niż powi­nie­neś - orze­kła pani Ben­net - gdy­bym to zoba­czyła, natych­miast zabra­ła­bym ci butelkę.

Chło­pak sprze­ci­wił się temu, pani Ben­net obsta­wała przy swoim, twier­dząc, że tak wła­śnie by zro­biła, i tak spie­rali się aż do końca wizyty.

Rozdział VI

Panie z Long­bo­urn odwie­dziły Nether­field po nie­dłu­gim cza­sie. Wkrótce, zgod­nie z oby­cza­jem, zło­żono im więc rewi­zytę. Ujmu­jące zacho­wa­nie panny Ben­net zyskało jej znów więk­szą sym­pa­tię pani Hurst i panny Bin­gley; i choć matkę dziew­cząt uznano za nie­zno­śną, a młod­sze sio­stry za nie­warte roz­mowy, to obie panie pałały chę­cią zawar­cia bliż­szej zna­jo­mo­ści z dwójką naj­star­szych dziew­cząt. Jane była tym zachwy­cona, Eli­za­beth jed­nak dostrze­gała ich wynio­słe zacho­wa­nie, także wobec swo­jej sio­stry, i nie potra­fiła ich polu­bić; szcze­gól­nie że była prze­ko­nana, iż wysi­lają się na uprzej­mość jedy­nie z powodu sym­pa­tii, którą obda­rzył naj­star­szą pannę Ben­net ich brat. Przy każ­dym spo­tka­niu oka­zy­wał jej względy, Eli­za­beth zaś widziała wyraź­nie, że Jane, któ­rej pan Bin­gley spodo­bał się od pierw­szego wej­rze­nia, jest na naj­lep­szej dro­dze, by zako­chać się w nim na dobre. Z rado­ścią kon­sta­to­wała przy tym, że zauro­cze­nie sio­stry nie jest widoczne dla świata, ponie­waż Jane łączyła dużą uczu­cio­wość ze spo­koj­nym, pogod­nym uspo­so­bie­niem, które chro­niło ją przed podej­rze­niami nie­dy­skret­nych bliź­nich. Uczy­niła takie spo­strze­że­nie w roz­mo­wie z panną Lucas.

- Być może dobrze jest zacho­wać taką powścią­gli­wość - odparła Char­lotte - ale nie­kiedy staje się to prze­kleń­stwem. Jeśli kobieta ukrywa swój afekt rów­nie zręcz­nie przed tym, któ­rego nim obda­rzyła, może prze­ga­pić oka­zję, by go usi­dlić; a wtedy świa­do­mość, że świat się o niczym nie dowie, jest dla niej mar­nym pocie­sze­niem. Pra­wie każde uczu­cie nie­sie za sobą tyleż wdzięcz­no­ści, co próż­no­ści, i lepiej nie pozo­sta­wiać go wła­snemu losowi. Każdy potrafi zro­bić pierw­szy krok, wystar­czy, że ktoś nam się tro­chę spodoba, nie­wielu jed­nak umie poko­chać praw­dzi­wie, nie otrzy­mu­jąc sygna­łów świad­czą­cych o wza­jem­no­ści. W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć kobieta powinna poka­zy­wać po sobie wię­cej uczuć gosz­czą­cych w jej sercu niż mniej. Bin­gley­owi z pew­no­ścią podoba się twoja sio­stra, ale bez żad­nej zachęty z jej strony być może skoń­czy się na samej sym­pa­tii.

- Ależ ona zachęca go na tyle, na ile pozwala jej natura. Jeśli nawet ja widzę, jak bar­dzo jej na nim zależy, musiałby być doprawdy pro­sta­kiem, żeby tego nie dostrzec.

- Pamię­taj, Elizo, że on nie zna uspo­so­bie­nia Jane tak dobrze jak ty.

- Ale jeśli kobieta sprzyja męż­czyź­nie i nie wysila się zbyt­nio, by to ukryć, on prze­cież powi­nien się tego domy­ślić.

- Być może jeśli spę­dza z nią dość czasu. Jed­nak choć Bin­gley i Jane widują się czę­sto, to nie spę­dzają wów­czas wielu wspól­nych godzin; zawsze też towa­rzy­szy im duża, mie­szana kom­pa­nia, dla­tego nie mogą poświę­cić się bez reszty roz­mo­wie. Jane powinna więc robić jak naj­lep­szy uży­tek z każ­dej chwili, w któ­rej jego uwaga sku­piona jest na niej. Kiedy już będzie go pewna, znaj­dzie dość czasu, by zako­chać się w nim tak mocno, jak zechce.

- To dobry plan - odparła Eli­za­beth - dla panny, która myśli tylko o tym, żeby dobrze wyjść za mąż; gdy­bym chciała za wszelką cenę zdo­być boga­tego męża, albo też męża w ogóle, sko­rzy­sta­ła­bym z two­jej rady. Jane jed­nak nie myśli w ten spo­sób; ona nie działa z pre­me­dy­ta­cją. Być może sama nawet nie jest jesz­cze pewna, jak dalece jest nim zain­te­re­so­wana, ani nie zasta­na­wia się, czy to roz­sądne. Zna go prze­cież tak krótko. Zatań­czyła z nim cztery razy w Mery­ton; potem widziała go przez jeden ranek w jego wła­snej posia­dło­ści, a potem czte­ro­krot­nie jadła w jego towa­rzy­stwie obiad. To doprawdy zbyt mało, by mogła dobrze go poznać.

- Ow­szem, gdy tak to przed­sta­wiasz. Gdyby istot­nie jedy­nie jadła z nim obiad, mogłaby jedy­nie dowie­dzieć się, czy ma dobry ape­tyt; pamię­taj jed­nak, że ozna­cza to wspól­nie spę­dzone cztery wie­czory, a w takim cza­sie można zdzia­łać doprawdy bar­dzo wiele.

- Tak, cztery wie­czory to z pew­no­ścią dość czasu, by stwier­dzić, że oboje wolą grać w oczko7 niż w komersa8; jeśli jed­nak cho­dzi o istotne przy­mioty, sądzę, że dowie­dzieli się o sobie nawza­jem raczej nie­wiele.

- Cóż - pod­su­mo­wała Char­lotte - z całego serca życzę Jane szczę­ścia. Gdyby miała wyjść za niego za mąż choćby jutro, myślę, że ma takie same szanse być szczę­śliwą, jak gdyby stu­dio­wała jego wady i zalety przez cały rok. Szczę­ście w mał­żeń­stwie jest wyłącz­nie kwe­stią przy­padku. Jeśli ludzie poznają się dobrze przed ślu­bem, a nawet jeśli łączą ich podo­bień­stwa, nie spra­wia to, że są razem szczę­śliwsi. Zdążą jesz­cze oboje zmie­nić się na tyle, by przy­spo­rzyło im to zgry­zoty; dla­tego też lepiej wie­dzieć jak naj­mniej o ska­zach cha­rak­teru czło­wieka, z któ­rym mamy spę­dzić resztę życia.

- Roz­śmie­szasz mnie, Char­lotte; ale nie masz racji. Sama to wiesz, i wiesz także, że i ty nie postą­pi­ła­byś w ten spo­sób.

Zajęta obser­wo­wa­niem wzglę­dów, jakie pan Bin­gley oka­zy­wał jej star­szej sio­strze, Eli­za­beth nie zauwa­żyła nawet, że jego przy­ja­ciel zaczął obda­rzać ją zain­te­re­so­wa­niem. Pan Darcy począt­kowo nie chciał nawet przy­znać, że jest ładna; patrzył na nią bez zachwytu pod­czas balu, a gdy się póź­niej spo­tkali, spo­glą­dał na nią jedy­nie po to, by ją kry­ty­ko­wać. Jed­nak im bar­dziej zawzię­cie dowo­dził sobie i swym przy­ja­cio­łom, że rysy Eli­za­beth pozba­wione są wszel­kiego uroku, tym bar­dziej prze­ko­ny­wał się, jak silne wra­że­nie czyni na nim inte­li­gentne spoj­rze­nie jej ciem­nych oczu. Temu odkry­ciu towa­rzy­szyły inne, rów­nie prze­ra­ża­jące. Choć obser­wu­jąc ją, wychwy­cił nie­je­den defekt jej figury, któ­rej daleko było do per­fek­cyj­nej syme­trii, zara­zem był zmu­szony przy­znać, że jest drobna i zwinna; i choć był zda­nia, że nie jest dość wyro­biona towa­rzy­sko, by odna­leźć się w wiel­kim świe­cie, nie potra­fił oprzeć się jej bez­pre­ten­sjo­nal­nej weso­ło­ści. Eli­za­beth nie miała o tym poję­cia; był dla niej jedy­nie czło­wie­kiem, który poka­zał się od jak naj­gor­szej strony, ją zaś uznał za nie dość ładną, by choć raz z nią zatań­czyć.

On tym­cza­sem nabrał chęci, by poznać ją lepiej, i chcąc uczy­nić pierw­szy krok ku nawią­za­niu roz­mowy, zaczął przy­słu­chi­wać się kon­wer­sa­cji, w któ­rej brała wła­śnie udział. Nie umknęło to uwa­dze Eli­za­beth. Miało to miej­sce u sir Wil­liama Lucasa, gdzie zgro­ma­dziło się liczne towa­rzy­stwo.

- Co też myśli sobie pan Darcy - powie­działa do Char­lotte - pod­słu­chu­jąc moją roz­mowę z puł­kow­ni­kiem For­ste­rem?

- Na to pyta­nie może ci odpo­wie­dzieć jedy­nie on sam.

- Jeśli zrobi to ponow­nie, nie omiesz­kam dać mu do zro­zu­mie­nia, że przej­rza­łam jego zamiary. Szuka wszę­dzie oka­zji do drwin, jeśli więc czym prę­dzej sama nie rzucę mu wyzwa­nia, nie­ba­wem doj­dzie do tego, że zacznę się go lękać.

Pan Darcy pod­szedł do nich po chwili i choć nie zdra­dzał chęci roz­po­czę­cia poga­wędki, panna Lucas jęła nama­wiać przy­ja­ciółkę, by speł­niła swoje groźby, co natych­miast spro­wo­ko­wało Eli­za­beth do dzia­ła­nia. Odwró­ciła się więc i rze­kła:

- Czy nie sądzi pan, panie Darcy, że uży­łam wyjąt­kowo zręcz­nych słów, naga­bu­jąc puł­kow­nika For­stera, aby wydał dla nas bal w Mery­ton?

- Z pew­no­ścią try­skała pani przy tym ener­gią; na ten temat jed­nak damy zawsze roz­pra­wiają z oży­wie­niem.

- Nie jest pan dla nas łaskawy.

- Nie­ba­wem to ona będzie naga­by­wana - rze­kła panna Lucas. - Mam zamiar otwo­rzyć pia­nino, Elizo, a wiesz, co to ozna­cza.

- Doprawdy dziwna z cie­bie przy­ja­ciółka! Zawsze upie­rasz się, abym śpie­wała i grała przed wszyst­kimi! Gdyby moja próż­ność sku­piała się na muzyce, była­byś doprawdy bez­cenna; lecz w mojej sytu­acji wola­ła­bym nie zasia­dać przed tymi, któ­rzy mają z pew­no­ścią zwy­czaj słu­chać naj­lep­szych wyko­naw­ców.

Panna Lucas nale­gała jed­nak, Eli­za­beth ule­gła więc wresz­cie.

- No cóż, jak trzeba, to trzeba. - Rzu­ciła jed­nak panu Darcy'emu mroczne spoj­rze­nie, po czym dodała: - Jak mówi stare przy­sło­wie, które wszy­scy tu obecni oczy­wi­ście znają: "Nie wsa­dzaj nosa do cudzego prosa"; a zatem idę wsa­dzić swój nos w nuty.

Jej występ, choć z pew­no­ścią daleki od dosko­na­łego, był przy­jemny dla ucha. Po jed­nym czy dwóch utwo­rach, zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć na prośby o kolejną pieśń, przy pia­ni­nie skwa­pli­wie zastą­piła ją Mary - jako brzyd­kie kaczątko w rodzi­nie pra­co­wała bowiem ciężko, zdo­by­wa­jąc wie­dzę i umie­jęt­no­ści, i zawsze gotowa była się nimi pochwa­lić.

Mary bra­ko­wało talentu, jak i gustu, zaś próż­ność, naka­zu­jąca jej uczyć się pil­nie, czy­niła ją zara­zem pedan­tyczną i zaro­zu­miałą w stop­niu, który byłby nie­zno­śny nawet u osoby o znacz­nie więk­szych osią­gnię­ciach. Eli­za­beth słu­chano dużo chęt­niej, była bowiem swo­bodna i bez­pre­ten­sjo­nalna, mimo że nie grała nawet w poło­wie tak dobrze jak jej młod­sza sio­stra. Choć Mary zagrała długi i trudny utwór, zdo­łała zdo­być uzna­nie publicz­no­ści dopiero dzięki skocz­nym pie­śniom szkoc­kim i irlandz­kim, o które pro­siły ją młod­sze sio­stry. Gdy im ule­gła, puściły się w pląsy z mło­dymi Luca­sami, po chwili zaś dołą­czyło do nich ocho­czo kilku ofi­ce­rów.

Pan Darcy stał w pobliżu, mil­czą­cym potę­pie­niem dając do zro­zu­mie­nia, co myśli o takim spo­so­bie spę­dza­nia wie­czoru, wyklu­cza­ją­cym wszak moż­li­wość roz­mowy. Zato­pił się w myślach tak dalece, że nie zauwa­żył nawet, że pod­szedł do niego sir Wil­liam, który po chwili zwró­cił się do niego:

- Jakże wspa­niale bawią się ci mło­dzi ludzie, czyż nie, panie Darcy! Nie ma wszak lep­szej rze­czy niż taniec. Oso­bi­ście jestem zda­nia, że to naj­sto­sow­niej­sza roz­rywka dla wytwor­nego towa­rzy­stwa.

- Z pew­no­ścią, sir; ma też tę zaletę, że kochają go rów­nież towa­rzy­stwa mniej wytworne, i to na całym świe­cie. Każdy dzi­kus potrafi tań­czyć.

Sir Wil­liam skwi­to­wał tę uwagę uśmie­chem.

- Pań­ski przy­ja­ciel radzi sobie z tą sztuką dosko­nale - dodał po krót­kiej pau­zie, kiedy spo­strzegł, że Bin­gley dołą­czył do zabawy. - Nie wąt­pię, że i pan jest nie mniej od niego uta­len­to­wany.

- Jestem pewny, że w Mery­ton widział pan, jak tań­czę, sir.

- Istot­nie, i widok ten spra­wił mi doprawdy ogromną przy­jem­ność. Czy bywa pan czę­sto na tań­cach w St. James9?

- Ni­gdy, sir.

- Czy nie sądzi pan, że wnę­trza tego przy­bytku two­rzą ide­alną sce­ne­rię dla tańca?

- Sta­ram się ni­gdy nie tań­czyć w żad­nym przy­bytku, gdy tylko mogę tego unik­nąć.

- Domy­ślam się, że masz pan dom w Lon­dy­nie?

Pan Darcy przy­tak­nął.

- Sam myśla­łem kie­dyś, by się tam prze­nieść; ogrom­nie prze­pa­dam za bywa­niem w naj­lep­szym towa­rzy­stwie. Nie byłem jed­nak pewien, czy pani Lucas będzie się tam dobrze czuła.

Umilkł na chwilę w nadziei, że doczeka się odpo­wie­dzi, jego towa­rzysz jed­nak ani myślał mu jej udzie­lić. W tejże chwili prze­szła obok nich Eli­za­beth, sir Wil­liam więc, chcąc wyka­zać się wobec niej galan­te­rią, zawo­łał:

- Moja droga panno Elizo, dla­czego pani nie tań­czy? Panie Darcy, pozwolę sobie zapre­zen­to­wać panu tę oto młodą damę, która wspa­niale tań­czy. Nie może pan prze­cież odmó­wić takiej pięk­no­ści.

Ujął jej dłoń i pró­bo­wał podać ją panu Darcy'emu, który choć nie­zwy­kle tym zasko­czony, nie oka­zał nie­chęci; Eli­za­beth jed­nak natych­miast cof­nęła rękę i zwró­ciła się do sir Wil­liama ze wzbu­rze­niem:

- Doprawdy, sir, nie mam naj­mniej­szego zamiaru tań­czyć. Pro­szę tylko nie myśleć, że skie­ro­wa­łam się w tę stronę w poszu­ki­wa­niu part­nera.

Pan Darcy z ogromną powagą pro­sił, aby uczy­niła mu ten honor, ale na próżno. Eli­za­beth była nie­ugięta i rów­nież sir Wil­liam nie wskó­rał niczego, pró­bu­jąc nakło­nić ją do zmiany zda­nia.

- Tań­czy pani tak pięk­nie, panno Elizo, że okru­cień­stwem z pani strony jest odma­wiać mi tego widoku; i choć obecny tu dżen­tel­men nie prze­pada za tą roz­rywką, z pew­no­ścią nie będzie miał nic prze­ciwko temu, by jej poświę­cić pół godzinki.

- Pan Darcy to wcie­le­nie uprzej­mo­ści - powie­działa Eli­za­beth z uśmie­chem.

- Istot­nie, istot­nie, jed­nak patrząc na panią, droga panno Elizo, doprawdy trudno mu się dzi­wić: któż bowiem oparłby się takiej part­nerce?

Eli­za­beth rzu­ciła mu szel­mow­ski uśmiech i się odwró­ciła. Jej upór by­naj­mniej nie zra­ził mło­dzieńca - prze­ciw­nie, wzbu­dziła w nim tym więk­szą sym­pa­tię. Po chwili pode­szła do niego panna Bin­gley.

- Założę się, że uda mi się zgad­nąć, o czym pan tak roz­my­ślasz.

- Jestem pewien, że nie.

- Z pew­no­ścią wyobra­żasz pan sobie wła­śnie, jak okrop­nie byłoby czę­ściej spę­dzać wie­czory w ten spo­sób w takim towa­rzy­stwie; podzie­lam tę opi­nię. Jestem roz­draż­niona jak ni­gdy! Ten brak smaku, a w dodatku ten hałas. I ci ludzie, tak miałcy, a tak prze­ko­nani o tym, jacy są ważni! Z przy­jem­no­ścią dowiem się, jakie pan ma do nich zastrze­że­nia!

- Pani przy­pusz­cze­nia są cał­ko­wi­cie błędne, zapew­niam panią. Myśla­łem wła­śnie o czymś dużo mil­szym. Zaj­mo­wały mnie bowiem roz­wa­ża­nia nad ogromną przy­jem­no­ścią, jaką można odczu­wać, podzi­wia­jąc piękne oczy ład­nej kobiety.

Panna Bin­gley utkwiła w nim wzrok, nale­ga­jąc, by wyja­wił, która z obec­nych dam miała szczę­ście zain­spi­ro­wać go do tej reflek­sji. Pan Darcy odparł nie­ustra­sze­nie:

- Panna Eli­za­beth Ben­net.

- Panna Eli­za­beth Ben­net! - zawo­łała panna Bin­gley. - Zadzi­wia mnie pan. Od kiedy to stała się pań­ską fawo­rytką? I kiedy też będę mogła zło­żyć panu powin­szo­wa­nia?

- Spo­dzie­wa­łem się tego wła­śnie pyta­nia. Wyobraź­nia dam jest nie­zwy­kle prędka: prze­ska­kuje od admi­ra­cji do miło­ści, a od miło­ści do mał­żeń­stwa w jed­nej krót­kiej chwili. Wie­dzia­łem, że będzie pani chciała mi win­szo­wać.

- No cóż, jeśli mówi pan poważ­nie, rozu­miem, że sprawa jest już posta­no­wiona. Będzie pan miał doprawdy uro­czą teściową; nie wąt­pię też, że będzie każdą wolną chwilę spę­dzała z wami w Pem­ber­ley.

Słu­chał z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią, gdy zaba­wiała się wygła­sza­niem podob­nych uwag przez dłuż­szy czas; jego spo­kój prze­ko­nał ją osta­tecz­nie, że nie ma czego się oba­wiać, nie szczę­dziła więc sobie komen­ta­rzy.

Rozdział VII

Mają­tek pana Ben­neta, wart dwa tysiące fun­tów rocz­nie, na nie­szczę­ście jego córek miał przy­paść z braku męskiego potomka dale­kiemu krew­nemu. Pani Ben­net miała wpraw­dzie dość, by zaspo­koić wła­sne potrzeby, jed­nak zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, by zre­kom­pen­so­wać ubó­stwo mał­żonka. Jej ojciec, który był adwo­ka­tem10 w Mery­ton, pozo­sta­wił jej cztery tysiące fun­tów.

Sio­stra pani Ben­net wyszła za mąż za nie­ja­kiego pana Phil­lipsa, kan­ce­li­stę ojca, który został jego następcą, brat zaś osie­dlił się w Lon­dy­nie i był sza­no­wa­nym kup­cem.

Wio­ska Long­bo­urn była poło­żona zale­d­wie o milę od Mery­ton, a zatem w odle­gło­ści nie­zwy­kle dogod­nej dla mło­dych dam, które ule­gały poku­sie odwie­dze­nia ciotki, wstę­pu­jąc po dro­dze do modystki. Szcze­gól­nie dwie naj­młod­sze lato­ro­śle, Cathe­rine i Lydia, bywały u ciotki czę­sto; w prze­ci­wień­stwie do star­szych sióstr nie grze­szyły mądro­ścią i gdy nie nada­rzyła im się lep­sza roz­rywka, spa­cer do Mery­ton trak­to­wały wręcz jak konieczne uatrak­cyj­nie­nie godzin poranka, dające im zara­zem pożywkę dla wie­czor­nych plo­te­czek; choćby na wsi nie działo się nic cie­ka­wego, zawsze przy­no­siły od ciotki takie czy inne wie­ści. Tym razem oka­zały się one wyjąt­kowo rado­sne, w oko­licy bowiem poja­wił się regi­ment rezer­wi­stów, który miał pozo­stać na zimę w Mery­ton, obra­nym na kwa­terę główną11.

Wizyty u pani Phil­lips stały się więc źró­dłem naj­bar­dziej pasjo­nu­ją­cych infor­ma­cji. Każ­dego dnia panny dowia­dy­wały się wię­cej o ofi­ce­rach, pozna­jąc ich nazwi­ska i konek­sje rodzinne. Nie­ba­wem wykryły też, gdzie miesz­kają, a wkrótce zaczęły nawią­zy­wać z nimi zna­jo­mo­ści. Pan Phil­lips odwie­dził ich wszyst­kich po kolei, otwie­ra­jąc przed sio­strze­ni­cami wrota do nie­zna­nego dotąd raju. Nie mówiły o niczym innym, tylko o ofi­ce­rach; for­tuna pana Bin­gleya, budząca poru­sze­nie ich matki, zda­wała im się niczym w porów­na­niu z czer­wie­nią mun­du­rów.

Słu­cha­jąc przez cały ranek ich wynu­rzeń na ten temat, pan Ben­net stwier­dził wresz­cie chłodno:

- Sądząc po spo­so­bie, w jaki się wyra­ża­cie, jeste­ście dwiema naj­głup­szymi pan­nami w tym kraju. Już od jakie­goś czasu podej­rze­wa­łem, że tak jest, ale teraz zyska­łem pew­ność.

Cathe­rine zamil­kła, zbita z tropu; Lydia jed­nak z dosko­nałą obo­jęt­no­ścią roz­wo­dziła się dalej nad zale­tami kapi­tana Car­tera, wyra­ża­jąc nadzieję, że zoba­czy go tego dnia, ponie­waż naza­jutrz miał wyru­szyć do Lon­dynu.

- Doprawdy, mój drogi, zadzi­wia mnie - ode­zwała się pani Ben­net - że tak pochop­nie nazy­wasz wła­sne dzieci głu­pimi. Gdy­bym to ja miała wyra­zić lek­ce­wa­że­nie wobec czy­ichś dzieci, z pew­no­ścią nie obra­ła­bym za cel swo­ich wła­snych.

- Skoro moje dzieci są nie­mą­dre, to ja przy­naj­mniej powi­nie­nem mieć tego świa­do­mość.

- Ow­szem, ale tak się składa, że żad­nej z naszych córek nie bra­kuje rozumu.

- Pozo­staje mi mieć nadzieję, że tylko w tej jed­nej spra­wie się nie zga­dzamy. Sądzi­łem dotąd, że jeste­śmy pod każ­dym wzglę­dem jed­no­myślni, muszę jed­nak ci się sprze­ci­wić, ponie­waż uwa­żam nasze dwie naj­młod­sze córki za wyjąt­kowo nie­roz­gar­nięte.

- Mój drogi panie Ben­net, nie możesz spo­dzie­wać się, że dziew­częta będą tak roz­sądne jak ich ojciec i matka. Gdy osią­gną nasz wiek, jak mnie­mam, nie będą zaprzą­tać sobie głów ofi­ce­rami bar­dziej niż my w tej chwili. Pamię­tam, że i mnie podo­bały się nie­gdyś sza­le­nie czer­wone woj­skowe kurtki; i gdyby przy­stojny, młody ofi­cer z docho­dem pię­ciu, sze­ściu tysięcy rocz­nie popro­sił o rękę któ­rąś z dziew­czy­nek, na pewno bym mu jej nie odmó­wiła. Uwa­żam też, że puł­kow­nik For­ster wyglą­dał wspa­niale w mun­du­rze u sir Wil­liama zeszłego wie­czoru.

- Mamo - zawo­łała Lydia - cio­cia mówi, że puł­kow­nik For­ster i kapi­tan Car­ter nie odwie­dzają już panny Wat­son tak czę­sto, jak to czy­nili zaraz po przy­jeź­dzie; nato­miast widuje ich ona bar­dzo czę­sto w biblio­tece Clarke'ów12.

Pani Ben­net nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, w tej bowiem chwili wszedł posła­niec z liści­kiem do panny Ben­net; przy­słano go z Nether­field, a słu­żący miał zacze­kać na odpo­wiedź. Oczy pani Ben­net zalśniły; kiedy córka czy­tała list, co i rusz prze­ry­wała jej okrzy­kami:

- No więc, Jane, od kogo ten list? O co cho­dzi? Co piszą? Doprawdy, Jane, czy­taj szyb­ciej, i mów; pospiesz się, moja kochana.

- To od panny Bin­gley - odparła Jane, po czym prze­czy­tała list na głos.

Moja droga przy­ja­ciółko,

Jeśli nie oka­żesz dość serca, by zjeść dziś obiad z Louisą i ze mną, oba­wiam się, że znie­na­wi­dzimy się nawza­jem na resztę życia, bowiem dzień spę­dzony razem przez dwie kobiety bez dodat­ko­wego towa­rzy­stwa może zakoń­czyć się wyłącz­nie kłót­nią. Przy­jedź naj­szyb­ciej, jak zdo­łasz, po otrzy­ma­niu tego listu. Mój brat i pozo­stali pano­wie będą dziś jedli obiad z ofi­ce­rami. Twoja na zawsze,

Caro­line Bin­gley

- Z ofi­ce­rami! - zawo­łała Lydia. - Cie­kawe, dla­czego ciotka nam o tym nie wspo­mniała?

- Wyje­chali! - rze­kła pani Ben­net z żalem. - To doprawdy nie­szczę­śli­wie się składa.

- Czy mogę wziąć powóz? - spy­tała Jane.

- Nie, moja droga, lepiej pojedź wierz­chem, ponie­waż wygląda na to, że będzie padało; a w takim wypadku będziesz zmu­szona zostać na noc.

- To byłby świetny plan - ode­zwała się Eli­za­beth - gdyby miała mama pew­ność, że nie zaofe­rują jej wła­snego powozu na powrót do domu.

- Ależ pano­wie z pew­no­ścią zabrali się do Mery­ton dwu­kółką pana Bin­gleya, zaś Hur­sto­wie nie mają koni.

- Wola­ła­bym jechać powo­zem.

- Ależ, moja droga, ojciec z pew­no­ścią nie może ci uży­czyć koni. Są potrzebne w polu, panie Ben­net, czyż nie?

- Są tam potrzebne o wiele czę­ściej, niż mogę je tam posy­łać.

- Jeśli jed­nak poślesz je tam dziś - stwier­dziła Eli­za­beth - mama będzie z tego powodu z pew­no­ścią zado­wo­lona.

Tą uwagą wymu­siła na ojcu przy­zna­nie, że konie będą zajęte. Jane musiała więc jechać wierz­chem, zaś matka odpro­wa­dziła ją do drzwi, wyra­ża­jąc przy tym nadzieję, że pogoda zaraz się popsuje. Jej ocze­ki­wa­nia speł­niły się; zale­d­wie Jane zdą­żyła odje­chać, lunął rzę­si­sty deszcz. Dziew­częta nie­po­ko­iły się o sio­strę, matka jed­nak była zachwy­cona. Deszcz padał nie­prze­rwa­nie przez cały wie­czór; nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Jane nie będzie mogła wró­cić do domu.

- Doprawdy mia­łam dobry pomysł! - powta­rzała pani Ben­net, jak gdyby przy­pi­sy­wała sobie zasługę spro­wa­dze­nia desz­czu. Jed­nak dopiero następ­nego ranka prze­ko­nała się, jak dalece jej plan się powiódł. Kiedy rodzina wsta­wała od śnia­da­nia, słu­żący z Nether­field przy­niósł liścik adre­so­wany do Eli­za­beth:

Naj­droż­sza Lizzy,

czuję się dziś fatal­nie, co, jak mnie­mam, należy przy­pi­sy­wać temu, iż prze­mo­kłam wczo­raj do suchej nitki. Moje dro­gie przy­ja­ciółki nie chcą nawet sły­szeć o moim powro­cie, dopóki nie wydo­brzeję. Nale­gają także, aby zba­dał mnie pan Jones - nie oba­wiaj się więc, jeśli usły­szysz, że był u mnie - nic poważ­nego mi nie dolega, z wyjąt­kiem bólu gar­dła i głowy. Twoja na zawsze, etc.

- No cóż, moja duszko - rzekł pan Ben­net, gdy Eli­za­beth odczy­tała list na głos. - Jeśli twoja córka zapad­nie na poważną cho­robę... jeśli umrze, nie­wąt­pli­wie będzie to dla nas pocie­sze­niem, że pró­bo­wała usi­dlić pana Bin­gleya, i to na twoje pole­ce­nie.

- Ach! Nie oba­wiam się wcale, że umrze. Nikt nie umiera z powodu drob­nego prze­zię­bie­nia. Na pewno będzie miała tro­skliwą opiekę. A dopóki tam jest, wszystko układa się tak, jak powinno. Jeśli mogę wziąć powóz, może pojadę do niej.

Eli­za­beth, bar­dzo nie­spo­kojna o sio­strę, chciała koniecz­nie jechać z matką, oka­zało się jed­nak, że powozu nie będzie. Nie była ama­zonką, pozo­stała jej więc tylko pie­sza wędrówka. Oznaj­miła swój zamiar.

- Nie opo­wia­daj głupstw - zawo­łała jej matka - nawet o tym nie myśl, wszę­dzie pełno błota! Nim dotrzesz na miej­sce, nie będziesz mogła poka­zać się ludziom na oczy.

- Będę mogła poka­zać się Jane, a tylko o to mi cho­dzi.

- Czy mam to rozu­mieć jako wska­zówkę, Lizzy - ode­zwał się ojciec - abym posłał po konie?

- Ależ nie, ojcze, nie chcę unik­nąć spa­ceru. To żadna odle­głość dla kogoś, kto ma przed sobą jasny cel; zale­d­wie trzy mile. Wrócę przed obia­dem.

- Podzi­wiam twoją dobroć - stwier­dziła Mary - ale każ­dym pory­wem serca powi­nien kie­ro­wać roz­są­dek; a w mojej opi­nii wysi­łek powi­nien być zawsze pro­por­cjo­nalny do potrzeby.

- Odpro­wa­dzimy cię aż do Mery­ton - oznaj­miły Cathe­rine i Lydia.

Eli­za­beth przy­stała na to, i trzy młode damy wspól­nie ruszyły w drogę.

- Jeśli się pospie­szymy - rze­kła Lydia po dro­dze - być może zdą­żymy zoba­czyć się z kapi­ta­nem Car­te­rem przed jego odjaz­dem.

W Mery­ton roz­stały się - młod­sze pospie­szyły do miesz­ka­nia żony jed­nego z ofi­ce­rów, Eli­za­beth poszła zaś sama dalej, prze­ci­na­jąc pola szyb­kim mar­szem, prze­ska­ku­jąc prze­łazy w ogro­dze­niach i omi­ja­jąc kałuże. Szła szybko, nie­cier­pli­wie, a gdy wresz­cie w oddali zama­ja­czyła syl­wetka domu, miała obo­lałe łydki, brudne poń­czo­chy i twarz spo­coną z wysiłku.

Wpro­wa­dzono ją do jadalni, gdzie zgro­ma­dzili się wszy­scy oprócz Jane, a jej przy­by­cie wywo­łało ogromne zdzi­wie­nie. Pani Hurst i panna Bin­gley nie mogły pojąć, jak to się stało, że prze­szła trzy mile tak wcze­śnie rano, przy takim bło­cie, a w dodatku cał­kiem sama! Eli­za­beth wyczuła, że jej nagłe poja­wie­nie się wcale ich nie ucie­szyło. Przy­jęły ją jed­nak bar­dzo grzecz­nie, a ich brat oka­zał jej nie tylko uprzej­mość - był ser­deczny i w dobrym humo­rze. Pan Darcy mówił nie­wiele, zaś pan Hurst nie odzy­wał się wcale. W duszy tego pierw­szego toczyła się walka pomię­dzy zachwy­tem nad pro­mien­no­ścią cery, którą Eli­za­beth zawdzię­czała poran­nej prze­chadzce, i zwąt­pie­niem, jakim napa­wała go myśl, że prze­była samot­nie tak długą drogę. Ten drugi myślał jedy­nie o swoim śnia­da­niu.

Wie­ści na temat stanu zdro­wia Jane nie napa­wały opty­mi­zmem. Naj­star­sza panna Ben­net spała źle, miała wysoką gorączkę i była zbyt słaba, by opu­ścić swój pokój. Eli­za­beth z zado­wo­le­niem przy­jęła pro­po­zy­cję, by od razu pójść do sio­stry. Jane, która nie zwró­ciła się do Ben­netów wyłącz­nie z obawy, że nie­po­trzeb­nie ich wystra­szy lub postawi w nie­zręcz­nej sytu­acji, na jej widok nie posia­dała się z rado­ści. Nie miała jed­nak sił na dłuż­szą roz­mowę i gdy panna Bin­gley pozo­sta­wiła je same, zdo­była się jedy­nie na to, by wyra­zić wdzięcz­ność wobec gospo­da­rzy za ich tro­skliwą opiekę. Eli­za­beth w mil­cze­niu zajęła się sio­strą.

Po śnia­da­niu dołą­czyły do nich sio­stry pana Bin­gleya. Eli­za­beth poczuła przy­pływ cie­płych uczuć do nich, widząc, z jaką ser­decz­no­ścią odno­szą się do Jane. Następ­nie przy­szedł medyk, który zba­dał pacjentkę i orzekł, jak można było się spo­dzie­wać, że zapa­dła na silne prze­zię­bie­nie i wymaga odpo­wied­niego lecze­nia. Zale­cił, aby wró­ciła do łóżka, i obie­cał spo­rzą­dzić sto­sowne spe­cy­fiki. Jane zasto­so­wała się do jego pole­ceń bez oporu, tra­piona przez rosnącą gorączkę i dotkliwy ból głowy. Eli­za­beth nie odstę­po­wała sio­stry na krok, a pozo­stałe damy rów­nież spę­dziły u niej więk­szość dnia. Co prawda, po wyjeź­dzie panów nie miały wiele do roboty.

Kiedy zegar wybił trze­cią, Eli­za­beth uznała, że pora na nią, i z wielką nie­chę­cią zaczęła się żegnać. Panna Bin­gley zaofe­ro­wała jej powóz, Eli­za­beth zaś wzbra­niała się jedy­nie przez grzecz­ność. W isto­cie była gotowa przy­jąć pro­po­zy­cję, jed­nak Jane zasmu­ciła się tak ogrom­nie na myśl o roz­sta­niu z sio­strą, że pan­nie Bin­gley nie pozo­stało nic innego, jak zapro­po­no­wać zamiast tego, aby Eli­za­beth pozo­stała w Nether­field. Panna Ben­net przy­stała na to chęt­nie i z wdzięcz­no­ścią, posłano więc słu­żą­cego do Long­bo­urn, aby powia­do­mił rodzinę o jej decy­zji i przy­wiózł jej nie­zbędne na czas pobytu rze­czy.

Rozdział VIII

O godzi­nie pią­tej panie domu poszły się prze­brać, a o wpół do szó­stej wezwano Eli­za­beth na obiad. Zasy­py­wana uprzej­mymi pyta­niami o stan zdro­wia Jane, skon­sta­to­wała z zado­wo­le­niem, że naj­szcze­rzej zanie­po­ko­jony wyda­wał się pan Bin­gley, nie mogła jed­nak udzie­lić zebra­nym pokrze­pia­ją­cej odpo­wie­dzi. Jane nie czuła się ani odro­binę lepiej. Na te wie­ści obie panie powtó­rzyły po kilka razy, jak bar­dzo jest im przy­kro, jak okropną rze­czą są takie prze­zię­bie­nia i jak bar­dzo same nie lubią być chore, potem zaś prze­stały zaj­mo­wać się tą sprawą. Obo­jęt­ność, z jaką zaczęły trak­to­wać Jane z chwilą, gdy znik­nęła im z oczu, spra­wiła, że Eli­za­beth na nowo poczuła do nich nie­chęć.

Ich brat nato­miast był jedyną osobą w towa­rzy­stwie, o któ­rej myślała naprawdę życz­li­wie. Widać było wyraź­nie, że mar­twi się o Jane, jej sio­strze zaś oka­zy­wał ogromną uprzej­mość, dzięki czemu prze­stała czuć się w Nether­field jak intruz, choć przy­pusz­czała, że tak wła­śnie trak­tują ją pozo­stali. Oprócz gospo­da­rza nikt wła­ści­wie nie poświę­cał jej uwagi. Pannę Bin­gley i jej sio­strę pochła­niała bez reszty roz­mowa z panem Dar­cym, zaś pan Hurst, obok któ­rego posa­dzono Eli­za­beth, był gnu­śnym syba­rytą, żyją­cym jedy­nie po to, by jeść, pić i grać w karty, a gdy dowie­dział się, że jego sąsiadka woli potrawy prost­sze niż rago?t, uznał ją za nie­wartą dal­szej kon­wer­sa­cji.

Gdy obiad dobiegł końca, wró­ciła do pokoju Jane, zale­d­wie jed­nak zamknęła za sobą drzwi, panna Bin­gley jęła zaba­wiać towa­rzy­stwo jej kosz­tem. Jej maniery uznała za nad­zwy­czaj złe - pomie­sza­nie dumy i imper­ty­nen­cji; nie umiała roz­ma­wiać, nie miała stylu ani urody. Pani Louisa Hurst przy­znała jej cał­ko­witą rację, doda­jąc:

- Krótko mówiąc, nie ma w niej nic god­nego uwagi, może oprócz tego, że świetny z niej pie­chur. Ni­gdy w życiu nie zapo­mnę, jak wyglą­dała dziś rano. Jak jakaś dzi­ku­ska!

- Istot­nie, Louiso. Z tru­dem powstrzy­my­wa­łam się od śmie­chu. Cóż za non­sens, przyjść tutaj na pie­chotę! I dla­cze­góż to musiała bie­gać po błocku? Bo jej sio­stra zła­pała katar! A te jej włosy, takie zmierz­wione, roz­wi­chrzone!

- Tak, i ta halka; mam nadzieję, że widzia­łaś jej halkę, na sześć cali unu­rzaną w bło­cie; i suk­nię, którą opu­ściła, żeby to ukryć, lecz na próżno.

- Być może twój opis jest trafny, Louiso - rzekł Bin­gley - ja jed­nak zupeł­nie tego wszyst­kiego nie zauwa­ży­łem. Prze­ciw­nie, gdy panna Ben­net weszła dziś rano do pokoju, wydała mi się wyjąt­kowo ładna. Nie zwró­ci­łem naj­mniej­szej uwagi na zabru­dzoną halkę.

- Pan na pewno ją zauwa­żył, panie Darcy - powie­działa panna Bin­gley - jestem prze­ko­nana, że nie chciałby pan, żeby pań­ska sio­stra zro­biła z sie­bie takie wido­wi­sko.

- Z pew­no­ścią nie.

- Wędro­wać trzy mile, czy cztery, a może i pięć, w bło­cie po kostki, a w dodatku sama! Cał­kiem sama! Co ona sobie myślała? Jak dla mnie, to demon­stra­cja próż­nej nie­za­leż­no­ści naj­gor­szego sortu, zaiste ple­bej­skiego lek­ce­wa­że­nia dobrych oby­cza­jów.

- Myślę, że to wyraz miło­ści do sio­stry, a to bar­dzo miłe - stwier­dził Bin­gley.

- Oba­wiam się, panie Darcy - rzu­ciła panna Bin­gley pół­gło­sem - że ta przy­goda ostu­dziła nieco pań­skie uwiel­bie­nie dla jej pięk­nych oczu.

- Prze­ciw­nie - odparł - pod­jęty trud spra­wił, że lśniły jesz­cze pięk­niej.

Po tym wyzna­niu nastą­piła chwila ciszy, po czym pani Hurst zaczęła znowu:

- Mam mnó­stwo sym­pa­tii dla panny Jane Ben­net. To naprawdę słod­kie dziew­czę, i z całego serca życzę jej, by zna­la­zła dobrą par­tię. Jed­nak mając takich rodzi­ców, obra­ca­jąc się w tak pospo­li­tym towa­rzy­stwie, oba­wiam się, że ma na to nie­wiel­kie szanse.

- Mówi­ły­ście chyba, że jej wuj jest adwo­ka­tem w Mery­ton.

- Tak; mają też dru­giego wuja, który mieszka gdzieś w pobliżu Che­ap­side13.

- A to dopiero! - zawo­łała jej sio­stra, i obie zaczęły się śmiać na całe gar­dło.

- Choćby nawet całe Che­ap­side było pełne ich wujów - wykrzyk­nął Bin­gley - nie czy­ni­łoby ich to ani odro­binę mniej sym­pa­tycz­nymi.

- Z pew­no­ścią jed­nak zmniej­sza to zna­cząco ich szanse na poślu­bie­nie męż­czyzn, któ­rzy cokol­wiek zna­czą na tym świe­cie - odparł Darcy.

Na to Bin­gley nic nie odpo­wie­dział, jego sio­stry jed­nak poparły Darcy'ego całym ser­cem i jesz­cze przez dłuż­szą chwilę roz­pra­wiały z upodo­ba­niem o pospo­li­tych krew­nych swo­jej dro­giej przy­ja­ciółki.

Nie prze­szko­dziło im to jed­nak udać się następ­nie do jej pokoju wprost z jadalni i sie­dzieć z nią aż do chwili, gdy podano kawę. Jane na­dal czuła się bar­dzo źle, a Eli­za­beth nie odstę­po­wała jej nawet na krok aż do póź­nego wie­czora; wresz­cie z ulgą stwier­dziła, że sio­stra zasnęła, po czym - raczej z poczu­cia obo­wiązku niż dla przy­jem­no­ści - zde­cy­do­wała się wresz­cie zejść na dół. W bawialni zastała towa­rzy­stwo zajęte grą w lan­ter­loo14; natych­miast zapro­szono ją do sto­lika, podej­rze­wa­jąc jed­nak, że stawki są wyso­kie15, odmó­wiła, zasła­nia­jąc się koniecz­no­ścią rychłego powrotu do pokoju sio­stry; zeszła na dół tylko na chwilę, i chęt­nie odpocz­nie przy lek­tu­rze książki. Pan Hurst spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem.

- Woli pani książki od kart? - spy­tał. - To dość nie­zwy­kłe upodo­ba­nie.

- Panna Eliza Ben­net - oznaj­miła panna Bin­gley - nie cierpi kart. Jest zapa­mię­tałą czy­tel­niczką, nie­ce­niącą sobie innych form roz­rywki.

- Nie zasłu­guję ani na tę pochwałę, ani na naganę - odparła żywo Eli­za­beth - nie jestem molem książ­ko­wym i potra­fię odnaj­dy­wać przy­jem­ność w wielu rze­czach.

- Z pew­no­ścią odnaj­duje ją pani w opie­ko­wa­niu się sio­strą - rzekł Bin­gley - i mam nadzieję, że już nie­ba­wem przy­jem­ność ta prze­mieni się w praw­dziwą radość, gdy stan jej zdro­wia się poprawi.

Eli­za­beth podzię­ko­wała mu z całego serca, po czym pode­szła do sto­lika, na któ­rym leżało kilka ksią­żek. Pan Bin­gley natych­miast zaofe­ro­wał, że przy­nie­sie inne - cała jego biblio­teka miała być do jej dys­po­zy­cji.

- Cóż, żałuję, że nie mam tu więk­szego księ­go­zbioru, zarówno ze względu na panią, jak i na sie­bie; jestem jed­nak leniwy i choć nie mam wielu ksiąg, nie wszyst­kie jesz­cze prze­czy­ta­łem.

Eli­za­beth zapew­niła go, że wystar­czy jej to, co znaj­duje się w pokoju.

- Jestem zdu­miona - oznaj­miła panna Bin­gley - że nasz ojciec pozo­sta­wił tak skromny zbiór. Jakże wspa­niałą biblio­tekę ma pan w Pem­ber­ley, panie Darcy!

- Nie może być ina­czej - odparł. - Wszak gro­ma­dziły ją kolejne poko­le­nia.

- A potem i pan powięk­szył ją znacz­nie; prze­cież nie­ustan­nie kupuje pan książki.

- Nie wyobra­żam sobie, że mógł­bym zanie­dbać rodzinny księ­go­zbiór, zwłasz­cza teraz, w tych cza­sach16.

- Zanie­dbać! - Jestem prze­ko­nana, że nie zanie­dbuje pan niczego, co mogłoby zwięk­szyć urok tej szla­chet­nej sie­dziby. Char­le­sie, gdy i ty zbu­du­jesz dom, mam nadzieję, że będzie choć w poło­wie tak wspa­niały jak Pem­ber­ley.

- Chciał­bym, żeby tak się stało.

- Naj­le­piej będzie, jeśli kupisz jakąś posia­dłość w pobliżu i potrak­tu­jesz Pem­ber­ley jako swego rodzaju wzór. Nie ma w całej Anglii pięk­niej­szego hrab­stwa niż Der­by­shire.

- Z przy­jem­no­ścią; kupił­bym nawet i samo Pem­ber­ley, gdyby Darcy mi je sprze­dał.

- Roz­wa­żam jedy­nie różne moż­li­wo­ści, Char­le­sie.

- Doprawdy, Caro­line, myślę, że łatwiej byłoby kupić Pem­ber­ley, niż je sko­pio­wać.

Eli­za­beth słu­chała tej roz­mowy z takim zain­te­re­so­wa­niem, że zapo­mniała o książce; po chwili odło­żyła ją na bok, przy­su­nęła się bli­żej sto­lika kar­cia­nego i usia­dła pomię­dzy panem Bin­gleyem i jego star­szą sio­strą, by przyj­rzeć się grze.

- Czy panna Darcy uro­sła bar­dzo od wio­sny? - spy­tała panna Bin­gley. - Czy jest już mojego wzro­stu?

- Wydaje mi się, że tak - odparł pan Darcy. - Jest mniej wię­cej tego wzro­stu, co panna Eli­za­beth Ben­net, a może nieco wyż­sza.

- Jakże chcia­ła­bym znowu ją zoba­czyć! Zachwy­ca­jąca dziew­czyna. Ta twarz, te maniery! I jakież osią­gnię­cia w tak mło­dym wieku! A jak prze­pięk­nie gra na for­te­pia­nie.

- Nie mogę się nadzi­wić - powie­dział Bin­gley - skąd wszyst­kie młode damy biorą dość cier­pli­wo­ści, by tak sta­ran­nie szli­fo­wać swe talenty.

- Wszyst­kie! - zawo­łała jego sio­stra. - Mój drogi Char­le­sie, co też masz na myśli?

- No tak, wszyst­kie, tak mi się zdaje. Malują sto­liczki, haftują para­wa­niki, a na szy­dełku robią woreczki. Nie znam chyba żad­nej panny, która by tego wszyst­kiego nie umiała, i jestem abso­lut­nie pewien, że ni­gdy jesz­cze nie opo­wia­dano mi o żad­nej z nich, nie wspo­mi­na­jąc już w pierw­szym zda­niu o jej nie­zwy­kłych osią­gnię­ciach.

- Istot­nie - ode­zwał się Darcy - te "osią­gnię­cia", które wymie­ni­łeś, są aż nadto roz­po­wszech­nione. Słowo to sto­suje się do wielu dam, które nie osią­gnęły w życiu nic ponad wyha­fto­wa­nie torebki czy para­wa­nika17. Nie mogę się jed­nak zgo­dzić z twoim ogól­nym osą­dem na temat pań. Przez całe swoje życie spo­tka­łem może pół tuzina takich, które mogły istot­nie poszczy­cić się życio­wymi osią­gnię­ciami.

- Ja rów­nież, jestem tego pewna - dodała panna Bin­gley.

- W takim razie - zauwa­żyła Eli­za­beth - w pań­skiej defi­ni­cji "osią­gnięć" musi się mie­ścić zaiste bar­dzo wiele.

- Ow­szem, tak wła­śnie jest.

- Och! Z pew­no­ścią! - zawo­łała jego naj­gor­liw­sza poplecz­niczka. - Nie można prze­cież darzyć sza­cun­kiem kogoś, kto nie wyra­sta znacz­nie powy­żej prze­cięt­nej. Kobieta musi znać się dobrze na muzyce, śpie­wie, rysunku, tańcu, języ­kach współ­cze­snych, by warto było o niej mówić; oprócz tego musi przy­cią­gać uwagę spo­so­bem bycia, cho­dem, tonem głosu, tym, jak zwraca się do innych, mimiką twa­rzy... W prze­ciw­nym razie słowo "osią­gnię­cia" będzie w jej przy­padku prze­sa­dzone.

- Istot­nie, musi posia­dać wszyst­kie te cechy - pod­su­mo­wał Darcy - jed­nak do tej listy należy dodać jesz­cze solidny umysł, ćwi­czony regu­lar­nie codzien­nym czy­ta­niem.

- Teraz już nie dzi­wię się, że spo­tkał pan jedy­nie pół tuzina wybit­nych kobiet - odparła Eli­za­beth. - Powin­nam raczej zasta­na­wiać się, jakim cudem udało się panu poznać choć jedną.

- Czy jest pani aż tak surowa wobec wła­snej płci, by w to wąt­pić?

- Oso­bi­ście ni­gdy nie spo­tka­łam takiej kobiety. Kobiety, która łączy­łaby tyle zdol­no­ści, tak sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nych, z gustem i ele­gan­cją, o jakich pan mówi.

Pani Hurst i panna Bin­gley zapro­te­sto­wały natych­miast prze­ciwko tak nie­słusz­nie, ich zda­niem, wyra­żo­nej wąt­pli­wo­ści, woła­jąc, że znają mnó­stwo kobiet, odpo­wia­da­ją­cych temu opi­sowi. Pan Hurst jed­nak przy­wo­łał je do porządku, narze­ka­jąc gorzko, że nie patrzą zupeł­nie na to, co mają w kar­tach. Roz­mowa ule­gła więc zakoń­cze­niu i Eli­za­beth nie­ba­wem opu­ściła bawial­nię.

- Eli­za­beth Ben­net - ode­zwała się panna Bin­gley, gdy tylko drzwi zamknęły się za wycho­dzącą - jest jedną z tych mło­dych dam, które pró­bują przy­po­do­bać się płci prze­ciw­nej, umniej­sza­jąc wła­snej; i jestem pewna, że w wielu przy­pad­kach odno­szą pożą­dany sku­tek. Moim zda­niem jed­nak to godne poża­ło­wa­nia, nie­go­dziwe zacho­wa­nie.

- Bez wąt­pie­nia - odparł Darcy, do któ­rego głów­nie była skie­ro­wana ta uwaga. - Z pew­no­ścią wiele dam dopusz­cza się nie­go­dzi­wo­ści, polu­jąc na ofiarę. Prze­bie­głość zaś zawsze jest nik­czemna.

Panna Bin­gley, nie­zu­peł­nie usa­tys­fak­cjo­no­wana tą odpo­wie­dzią, cią­gnęła roz­mowę dalej.

Eli­za­beth zeszła na dół ponow­nie na krótką chwilę, by poin­for­mo­wać towa­rzy­stwo, że jej sio­stra czuje się gorzej i nie może zosta­wić jej samej. Bin­gley zaczął nale­gać, aby natych­miast posłano po pana Jonesa; jego sio­stry zaś, prze­ko­nane, że wiej­ski medyk nie może być wiele wart, pro­po­no­wały, by posłać do mia­sta po jed­nego z naj­lep­szych leka­rzy. Eli­za­beth nie chciała o tym sły­szeć, była nato­miast skłonna przy­jąć pro­po­zy­cję pana Bin­gleya. Osta­tecz­nie uzgod­niono, że należy posłać po pana Jonesa z samego rana, jeśli do tego czasu stan panny Ben­net nie ule­gnie zna­czą­cej popra­wie. Bin­gley był wyraź­nie zanie­po­ko­jony; jego sio­stry twier­dziły, że są zroz­pa­czone. Pocie­szyły się jed­nak, śpie­wa­jąc w duecie po kola­cji, pan domu nato­miast wezwał do sie­bie gospo­dy­nię i przy­ka­zał jej, aby chora dama i jej sio­stra zostały oto­czone tro­skliwą opieką.