Blade poranne światło ledwo przenikało przez szparę pomiędzy zasłonami, padając na gładkie deski podłogi. Każdego innego dnia Jane naciągnęłaby kołdrę pod sam nos, zastanawiając się, czy nie powinna krzyknąć, by przywołać pokojówkę. Gdyby tak zrobiła, w kominku w okamgnieniu zapłonąłby przytulny ogień. A wtedy mogłaby się odważyć na wyściubienie nosa spod kołdry, bez odmrożeń dotrzeć do pulpitu i nawet bez większego dygotania utrzymać w palcach pióro. W zwykłych okolicznościach wada takiego rozwiązania była jednak oczywista: jej krzyki obudziłyby Cass, która następnie usiadłaby na łóżku, rozczochrana i ponura, i wpatrując się gniewnie w Jane, zganiłaby ją tak, jak to potrafi tylko starsza siostra: "Jane, czy to naprawdę konieczne?".
Dzisiejszy dzień nie był jednak zwykłym dniem i na tym właśnie polegało nieszczęście. Jane mogła się wydzierać do woli, a i tak nie zbudziłaby Cass. Ta bowiem przebywała w oddalonym o całe mile Kintbury. I to nie z byle jaką wizytą, lecz by spędzić święta u przyszłych teściów - co oznaczało, że Cass wychodziła za mąż - i to była naprawdę okropna myśl. W końcu od zawsze dzieliły pokój. Od blisko dwudziestu lat. A teraz wszystko miało się zmienić.
W mroku poranka pokój wydawał się zbyt wielki i nieprzytulny. Jane westchnęła. Jej nastrój pogarszała jeszcze jedna sprawa: Susanna, pokojówka, i tak by nie przyszła, by zasłać ich łóżka i zasznurować im gorsety. Aby móc dobrze zająć się Austenami w czasie nadchodzących świąt, ta dobra duszyczka cieszyła się wcześniejszym urlopem świątecznym u swojej matki w Basingstoke. Bezdyskusyjnie zasłużyła sobie na kilka dni wytchnienia z dala od plebanii, jednak w tym momencie Jane tęskniła za nią prawie tak samo mocno jak za siostrą.
Co oczywiście, zdroworozsądkowo patrząc, było kompletnym nonsensem. Susanna była miłą dziewczyną, jednak nie do porównania z Cass. Jane odrzuciła kołdrę. Na Boga, jak zimno! Trzęsąc się jak galareta i pomstując pod nosem, znów opatuliła się pierzyną. To żadną miarą nie było przyjemnym sposobem na rozpoczęcie nowego dnia.
Zaraz zbierze wszystkie siły, wznieci żądzę czynów i własnymi rękami rozpali w kominku. A potem przez cały poranek ani razu nie pomyśli ani o Susannie, ani o Cass, lecz będzie się cieszyła myślą o świętach, odwiedzi Aletheę i wysłucha wiejskich ploteczek. Nikt nie był lepiej poinformowany od jej przyjaciółki - i to pomimo tego, że jej dom był znacznie bardziej oddalony od Steventon niż plebania, na której mieszkała Jane. Sama Jane wprawdzie ochoczo plotkowała, jednak z trudem zapamiętywała mnogość szczegółów na temat innych osób. Fakty często mieszały się jej z wytworami własnej fantazji. Choć było to praktyczne z punktu widzenia pisarki, to nie udawało się jej w ten sposób sprostać wymaganiom Alethei, która chciała, by jej opowieści zawierały choć śladowe ilości prawdy.
Zacisnęła powieki, policzyła szeptem do trzech, po czym odrzuciła kołdrę i zerwała się z łóżka. By nie dotykać obiema stopami podłogi, doskoczyła na jednej nodze do kominka. Po drodze chwyciła wiszący na krześle wełniany szal, który trzykrotnie owinęła sobie wokół szyi i naciągnęła na ramiona, po czym chwyciła puszkę z przyborami do krzesania ognia, która zresztą za chwilę wypadła jej ze zdrętwiałych z zimna rąk. Chyba rozsądniej byłoby się najpierw ubrać. Trzy pary skarpetek, długie pończochy, halka, suknia wierzchnia i na koniec wełniana suknia dzienna. Ponownie wzięła do ręki puszkę i próbując opanować dygotanie, w końcu zdołała rozpalić ogień - lichy, bo lichy, ale zawsze coś.
Jane chuchnęła w dłonie. Rozsunęła zasłony i wyjrzała do ogrodu, który migotał pod srebrzystą powłoką szronu. Po lewej stronie znajdował się murowany warzywnik jej matki, teraz cichy i pozbawiony życia. Wiosną i latem pyszniły się w nim jednak żółtopomarańczowe kwiaty nasturcji, strzeliste fasole, rosłe dynie i ziemniaki, a to wszystko w otoczeniu niewysokich jabłonek i grusz. Dalej ciągnęły się łagodne pagórki, od prawej strony przysłonięte dębami i brzozami. Najstarszy brat Jane zasadził w pobliżu domu lipę, która wiosną wypuszczała delikatnie zielone liście o słodkim zapachu, który o poranku wnikał do pokoju przez otwarte okno. Teraz jednak jej gałęzie wyglądały jałowo i smutno, więc Jane odwróciła się od tego widoku, jeszcze mocniej opatuliła się szalem, po czym zapaliła dwie świeczki i zasiadła do pulpitu.
Wyciągnęła kałamarz, pióro i stos kartek, do których każdego dnia dołączały kolejne zapisane stronice, i spróbowała zebrać się w sobie. Pewnego dnia minionego lata oczyma wyobraźni Jane zobaczyła Elinor i Marianne Dashwood, dwie jeszcze nieco rozmyte postacie, które od tamtej pory zyskiwały coraz wyraźniejsze kontury. Sprawiająca wrażenie nad wyraz wyniosłej w swojej surowości i chłodzie intelektualnym Elinor oraz zbyt dzika i temperamentna jak na damę Marianne. Jane wprost uwielbiała obie wymyślone siostry, a gdy zaczynała o nich pisać, świat za podzielonym szprosami oknem znikał, bledła też plebania wraz ze wszystkimi jej mieszkańcami: rodzicami i Cass, służbą, a także gośćmi, czyli starszym bratem Jane - Jamesem, i małą Anną.
Ustaliła już w przybliżeniu, jak ma się toczyć akcja powieści, i to na razie musiało wystarczyć. Jane lubiła pisać spontanicznie, jednak nie w sposób nieprzemyślany. Potrzebowała poręczy, której mogła się trzymać, pewnej linii wiodącej ją przez całą historię. Bez niej zbyt często zbaczałaby ze ścieżki. A to nie byłoby nic dobrego, tak się nie budowało napięcia. Jednocześnie Jane wiedziała, że kreatywność również potrzebuje swobody. Kilka razy próbowała zacząć od opracowania dokładnego przebiegu zdarzeń. Spisała wszystkie sceny, po czym opatrzyła je starannymi strzałkami i licznymi notatkami. Jednak po kilku podejściach, z których każde okazało się równie nieudane, wrzuciła projekt do kominka. Potrzebowała złotego środka: musiała wiedzieć, dokąd zmierza, jednak drobne odstępstwa od zasadniczej ścieżki były mile widziane, a pewne modyfikacje dozwolone.
Jane zanurzyła pióro w kałamarzu i zawahała się. Problem, jaki wynikał z jej metod pracy, polegał na tym, że ojciec wydawał krocie na papier, który wprawdzie z radością oddawał do dyspozycji córce, jednak uprawianie tego typu kosztownego hobby przyprawiało ją o wyrzuty sumienia. Nie pociągało to co prawda za sobą takich nakładów finansowych jak utrzymanie konia, co jednak nie zmieniało faktu, że istniało wiele zajęć dla kobiet, które koniec końców wręcz przynosiły zysk. Robienie na drutach, wyszywanie czy szydełkowanie - Jane opanowała wszystkie te umiejętności i nawet wydziergała niejeden szal czy obrus. Nic jednak nie dawało jej tyle radości co pisanie.
Niestety zdarzały się dni takie jak dzisiejszy i dni takie jak wczorajszy, kiedy to, co przelała na papier, mimo całej swobody działania nie wydawało się świeże, lecz mdłe, ciężkie i bez polotu. Jej myśli nie tańczyły, a słowa nie płynęły wartko - każde z nich przychodziło z wysiłkiem. I te błędy! Nie mogła się skupić, to musiało być powodem kolejnych porażek, choć przecież miała luksus pisania w absolutnej ciszy. Bez ziewającej, przewracającej się z boku na bok Cass; bez pokasłujących czy odchrząkujących rodziców, bez ich tupania na schodach - na to była jeszcze zbyt wczesna pora. Także chłopcy mieszkający na plebanii z racji tego, że ojciec Jane - nie tylko duchowny, ale i dyrektor szkoły - uczył ich i zapewniał im dach nad głową, spędzali wolne dni w swoich domach.
Prześlizgnęła się wzrokiem po charakterystyce sióstr Dashwood i zatrzymała na imieniu Elinor, zapisanym bardziej jako wskazówka dla niej samej niż dla czytelników. Wciąż szukała sposobu na odpowiednio eleganckie umieszczenie w tekście - mającym być powieścią epistolarną - informacji, że najstarsza, której wstawiennictwo wywarło taki skutek, obdarzona była zdolnością spokojnego rozumowania i chłodnego osądu, które to cechy, choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, pozwalały jej być doradczynią matki i powściągać - ku pożytkowi wszystkich czterech pań - matczyną popędliwość, wiodącą na ogół do nierozważnych postępków. Była to panna obdarzona najzacniejszym sercem - usposobienie miała czułe, a uczucia silne, umiała jednak nad nimi panować. Tej umiejętności nie nabyła jeszcze jej matka, jedna z sióstr zaś postanowiła nie nabywać nigdy.
Zalety Marianne dorównywały pod wieloma względami zaletom starszej siostry. Była wrażliwa i inteligentna, lecz we wszystkim nadmiernie popędliwa - jej smutki i radości nie znały umiarkowania. Była osobą wielkoduszną, miłą, interesującą, brakowało jej jedynie roztropności.
Gdyby tylko Jane była nieco bardziej roztropna, zrównoważona! Wówczas nie przeszkadzałoby jej siedzenie przy biurku i oczekiwanie na wenę twórczą. Niestety, dziś ogarniało ją zniecierpliwienie. Podniosła wzrok i spojrzała na bieloną wapnem ścianę w ledwie widocznym odcieniu błękitu. Czuła wewnętrzny opór. Z doświadczenia wiedziała, że lepiej byłoby dać sobie spokój - pisanie na siłę przypominało próbę wybuchnięcia śmiechem w gniewie. Efekt będzie nieprzekonujący, a zapisane kartki prędzej czy później i tak spłoną w kominku.
Nieco zmartwiona, ale jednocześnie pocieszona myślą o śniadaniu z Aletheą, zamknęła klapę pulpitu. Na chwilę zastygła z dłońmi na gładkim mahoniu mebla, po czym wstała, przekonując samą siebie, że kreatywności nie da się wymusić. Zrzuciła zwykłą suknię, by przebrać się w coś bardziej wyjściowego. Idąc do Manydown Hall, powinna zadbać przynajmniej o minimum elegancji; jedynie toporne drewniane chodaki będą sprawiać wieśniacze wrażenie - ale cóż mogła poradzić na to, że jej ojciec nie posiadał powozu? W gruncie rzeczy jednak ta okoliczność nie przyprawiała Jane o ból głowy. Uwielbiała spacerować i nie zważała przy tym na kaprysy pogody. Przy wietrze i upale, deszczu i gradzie Jane maszerowała cztery mile do przyjaciółki do Basingstoke i z powrotem; raz nawet odważyła się na taką eskapadę w nocy, choć niezupełnie bez obaw.
Jej wzrok znowu prześlizgnął się po łóżku Cassandry i zatrzymał się na ustawionych na gzymsie kominka akwarelach, które wyszły spod pędzla Cass, a przedstawiały Jane. Jane w bufiastej sukience, Jane odpoczywającą na łące, Jane na brzegu jeziora. Ponieważ nadawanie żywego wyrazu twarzom sprawiało Cass trudność, zawsze malowała siostrę od tyłu. Gdyby na podstawie tych malunków ktoś obcy miałby wyciągnąć wnioski na temat wyglądu Jane, z pewnością założyłby, że musi być brzydka jak noc.
Co jednak - jak sądziła - nie było prawdą. Lubiła swoją świeżą cerę, błyszczące ciemnobrązowe oczy i ciemne włosy, które - gdy zadała sobie nieco trudu - okalały jej twarz łagodnymi falami. A propos świeżej cery: pora na krótką toaletę. Woda w misce okazała się lodowata, gdy Jane zanurzyła w niej twarz. Z piskiem podniosła głowę i pospiesznie wytarła skórę do sucha. Zaczerpnęła nieco różanego kremu, który sporządziła dla niej Martha - przyjaciółka tak samo bliska jak Alethea - i wklepała go sobie w skórę. Ruszyła żwawo schodami w dół i niestety dopiero na najniższym stopniu przyszło jej do głowy, że jeśli chce niepostrzeżenie wymknąć się z domu, musi zachowywać się cicho. Tak bezszelestnie, jak tylko potrafiła, prześlizgnęła się po drewnianej podłodze sieni, w której panowała ciemność, że oko wykol. Na chybił trafił odszukała płaszcz i kapelusz, kłując się przy okazji w palec gałązką ostrokrzewu, którą Cass zawiesiła w sieni przed wyjazdem - nikt inny z rodziny nie miał głowy do takich dekoracyjnych drobiazgów. Syknęła "Au!", po omacku dotarła do drzwi i właśnie je otwierała, gdy do jej uszu dobiegło człapanie matki.
- Jane? To ty?
- Tak, mamo, to ja. I już wychodzę.
- Myślałam, że mi pomożesz!
- Bo pomogę! Najpóźniej za trzy godziny będę z powrotem.
- Jak to za trzy godziny? Jane!
Ale Jane już była za furtką i w swoich masywnych drewniakach zmierzała do drogi biegnącej wzdłuż skraju lasu. Udało się! Przecież matka nie będzie jej gonić w szlafroku.
*