Rozdział 1
W poszukiwaniu zamku
Jajo w wieży
Kiedy miałem sześć lat, chciałem mieszkać w zamku. To częste marzenie, ale na ogół dzieci, kiedy podrosną, zapominają o nim. Ja przestałem o tym marzyć dopiero wówczas, gdy stałem się dorosły. Mój ojciec był prawnikiem i oficerem marynarki Stanów Zjednoczonych; mieszkaliśmy jakiś czas we Włoszech, w Neapolu. Na pobliskiej wyspie znajdował się zamek zwany Castel dell'Ovo (Zamek Jaja). Legenda mówi, że Wirgiliusz podarował właścicielom zamku jajo i przepowiedział, że jeśli się zbije, zamek ulegnie zniszczeniu. Minęło jednak kilkaset lat, a jajo, nienaruszone, nadal znajdowało się w wieży, Castel dell'Ovo ciągle stał, ja zaś chciałem w nim zamieszkać.
Niemal codziennie, kiedy ojciec wracał z pracy do domu, mówiłem mu: "Chcę mieszkać w zamku". Obstawałem przy tym tak uporczywie, że wreszcie ojciec - nie wiedząc, co robić - powiedział mi: "Wielki właściciel ziemski, pan Nussbaum, ma w swoim posiadaniu wszystkie zamki na świecie, więc kiedy dorośniesz, możesz od niego któryś wynająć". Od tamtej pory niecierpliwie czekałem okazji do spotkania z panem Nussbaumem.
Jak to zwykle bywa w przypadku typowej rodziny oficerskiej, nieustannie się przeprowadzaliśmy. Z Neapolu ojca przeniesiono na Hawaje, gdzie mieszkaliśmy przy plaży na Oahu. Czasami fale przypływu przynosiły duże, zielone, oblepione skorupiakami szklane kule. Ojciec wytłumaczył mi, że używają ich japońscy rybacy do utrzymania sieci na wodzie. Kule, oderwane od sieci przez burzę, dopływają przez cały Ocean Spokojny aż do Hawajów. To było moje pierwsze zetknięcie z "Japonią".
Kiedy miałem dziewięć lat, przeprowadziliśmy się do Waszyngtonu. Chodziłem do prywatnej szkoły, gdzie uczono łaciny i chińskiego. Program był bardzo konserwatywny i bardzo awangardowy jednocześnie. Surowa pani Wang, nasza nauczycielka, pilnowała, byśmy poprawnie, całymi stronicami, kopiowali chińskie pismo. Nudziło to większość uczniów, ale mnie się podobało. Pani Wang pokazywała nam obrazki z Pekinu i przedstawiające świątynie na szczytach wzgórz i powoli wspomnienie Włoch oddalało się, a jego miejsce w marzeniach zajęły Chiny.
Po trzech latach spędzonych w Pentagonie ojciec został przeniesiony do Japonii. W 1964 roku zamieszkaliśmy w bazie marynarki wojennej w Jokohamie, miałem wtedy dwanaście lat. W Japonii odbywała się właśnie olimpiada. Teraz widzę, że rok 1964 był momentem zwrotnym dla Japonii. Poprzednich dwadzieścia lat zajęła odbudowa kraju zniszczonego przez drugą wojnę światową. Następnych trzydzieści to okres niespotykanego w historii boomu ekonomicznego, który zmienił Japonię w najbogatszy kraj świata.
Choć okupacja amerykańska skończyła się w 1952 roku, w całej Jokohamie widać było ślady obecności armii amerykańskiej: od specjalnej waluty, którą wprowadzono, by zlikwidować czarny rynek (w miejsce podobizn prezydentów wydrukowano na banknotach portrety gwiazd filmowych), po wszędobylską policję wojskową. Oprócz mieszkańców bazy wojskowej była w Jokohamie mała grupka zasiedziałych Amerykanów; niektórzy z nich mieszkali tu od dziesiątków lat. Ówczesny kurs dolara wynosił 360 jenów, czyli czterokrotnie więcej niż dzisiaj, cudzoziemcom powodziło się więc dobrze. Koleżanka mojej matki z czasów dzieciństwa Linda Beech, która mieszkała w Tokio, zdobyła popularność, prowadząc telewizyjne lekcje angielskiego. Pokazywała się na ekranie w stroju nurka i krzyczała: "Tonę. I am drowning! To znaczy d-R-(a nie L)-o-w-n-i-n-g!". Linda była pierwszą cudzoziemką występującą w telewizji, w której teraz jest ich całe mnóstwo. Cudzoziemcy obecnie żyjący w Tokio mają ciasne mieszkania - Linda, podobnie jak cała amerykańska kolonia, posiadała willę na wybrzeżu w Misaki.
Szalenie mnie ucieszyło, że pismo chińskie, którego uczyłem się w Waszyngtonie, było również używane w Japonii. W ciągu kilku tygodni sam opanowałem hiraganę i katakanę (dwa sylabariusze japońskie) i kiedy mogłem już czytać znaki na pociągach i autobusach, zacząłem samodzielnie zwiedzać Jokohamę i Tokio. Gdy nadchodził weekend, Tsuru-san, nasza gosposia, pakowała mi do pudełka drugie śniadanie i wyruszałem pociągiem na południe do zamku Odawara i na północ do Nikk?. Ludzie odnosili się przyjaźnie do amerykańskiego chłopca pytającego o drogę po japońsku. Powoli moje zainteresowanie Japonią wyparło zainteresowanie Chinami.
W kraju zaczynał się właśnie ogromny boom ekonomiczny, ale stara Japonia była jeszcze wyraźnie widoczna. Wokół Jokohamy, a nawet w środku miasta, wznosiły się zielone wzgórza, wiele dzielnic i ulic wciąż miało tradycyjnie japoński charakter. Szczególnie zachwycało mnie morze dachów pokrytych dachówkami. Jesienią i zimą większość kobiet po czterdziestce chodziła w kimonach. Zachodni typ obuwia był ciągle nowością; lubiłem przyglądać się butom pasażerów autobusu - zwykle była to mieszanina sandałów, geta (drewnianych chodaków na koturnach) i prawdziwie zdumiewających szkarłatnych plastikowych klapek. Po zapadnięciu zmroku słychać było stukanie geta, odbijające się echem w uliczkach.
Ogromnie podobały mi się japońskie domy. Wtedy w Jokohamie i Tokio było jeszcze dużo wspaniałych starych japońskich domów. Linda Beech wprowadziła moją matkę do stowarzyszenia kobiet, które nazywało się Nadeshiko-Kai (Stowarzyszenie Goździków); kobiety japońskie uważa się za tak piękne jak kwiat nadeshiko (polny goździk). Zadawanie się z cudzoziemcami było wówczas w Japonii czymś wyjątkowym, a członkinie Nadeshiko-Kai wywodziły się z elity. Raz na miesiąc panie wzajemnie odwiedzały swoje domy, a ponieważ mama zabierała mnie z sobą, miałem znakomitą okazję obejrzenia tych wspaniałych siedzib.
Pamiętam dużą posiadłość w Hayamie, uzdrowiskowym mieście w pobliżu Misaki, mniej więcej godzinę drogi na południe od Jokohamy. Powiedziano mi, że dom należał do rodziny cesarskiej, ale dzisiaj wydaje mi się niemożliwe, by wpuszczono do cesarskiego domu kogoś z personelu armii Stanów Zjednoczonych, nawet już po okupacji. Posiadłość musiała leżeć gdzieś w sąsiedztwie cesarskiego domu. W tej willi w Hayamie po raz pierwszy zobaczyłem maty tatami, a z okien słonecznych pokoi na drugim piętrze widać było w oddali górę Fudżi.
W pamięci utkwiła mi też wspaniała rezydencja byłego premiera Shigeru Yoshidy w Tokio. W olbrzymim salonie z kasetonowym plafonem podłogę pokrywał tuzin mat tatami. Ale moim ulubionym miejscem był zespół japońskich wiejskich domów należących do Lindy Beech i jej przyjaciół. Jeszcze teraz wyraźnie widzę na urwiskach Misaki rzędy sosen miotane morskim wiatrem.
Wspaniałe stare japońskie domy nie były zwykłymi domami. Każdy z nich miał "program" - zaprojektowano je tak, by ukazywały się etapami, jak rozwijany zwój. Pamiętam pierwszą wizytę w domu jednej z pań z Nadeshiko-Kai. Wysokie zewnętrzne mury przesłaniały wszystko. Weszliśmy przez bramę, przeszliśmy przez ogród, dalej natrafiliśmy na drugą bramę i następny ogród i dopiero tam znajdował się ganek - genkan (dosłownie: ukryta bariera).
Dochodząc do genkanu, ze zdziwieniem zobaczyliśmy panią domu witającą nas na klęczkach, a głową dotykającą tatami. Było to powitanie godne rodziny królewskiej, poczułem, że wejście do tego domu jest wielkim wydarzeniem. Następnie przeszliśmy korytarzem, za nim mieścił się mały pokój i jeszcze jeden korytarz. Wreszcie znaleźliśmy się w przestronnym, absolutnie pustym salonie - jedynie w tokonomie (alkowie) stały kwiaty. Było lato i drzwi z korytarza i salonu zostały zdjęte; powiew powietrza z ogrodu rozchodził się po całym domu, światło z ogrodu dobiegało jednak tylko do niektórych miejsc, tak że w dużym pokoju wyłożonym tatami było ciemno. Tajemnicza przestrzeń, daleka od świata zewnętrznego, spowodowała, że odniosłem wrażenie, jak gdyby przeniesiono mnie do dawnych czasów, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Ten dom stał się moim zamkiem: zrozumiałem, że Japonia jest miejscem, w którym chciałbym spędzić życie.
W 1966 roku wróciliśmy do Waszyngtonu. Po maturze w 1969 zacząłem studia japonistyczne na Uniwersytecie Yale. Niestety program mnie rozczarował. Dotyczył przede wszystkim rozwoju ekonomicznego, rządów po przełomie Meiji, teorii "japońskości" (znanej jako Nihonjinron) itd., itd.; pytałem sam siebie, czy rzeczywiście Japonia jest miejscem, w którym pragnę żyć. Aby rozwiać te wątpliwości, latem 1971 roku objechałem autostopem cały Kraj Kwitnącej Wiśni: od północnej wyspy Hokkaido do południowego krańca Kiusiu.
Zajęło mi to dwa miesiące i przez cały ten okres traktowano mnie wspaniale. To były dobre czasy dla turystów. Japończycy zawsze obchodzili się z cudzoziemcami jak z przybyszami z innej planety. W miarę jak Japonia otwierała się na świat, stosunek do cudzoziemców stawał się bardziej, a nie mniej, skomplikowany. Ale wtedy napotykałem wyłącznie szaloną ciekawość: zasypywano mnie pytaniami na temat systemu szkolnictwa w Ameryce, rodziców, rodziny, ubrania - wszystkiego. Starsze panie pociągały mnie za włosy na rękach, żeby się przekonać, czy są prawdziwe, ojcowie rodzin prowadzili mnie do publicznych łaźni, by zobaczyć, czy to, co słyszeli o cudzoziemcach, jest prawdą. W ciągu dwóch miesięcy tylko trzy noce spędziłem w hotelu - pozostałe w domach ludzi poznanych w drodze.
Byłem pod wrażeniem uprzejmości Japończyków, odniosłem też inne korzyści. Odkryłem japońską przyrodę. W 1971 roku nieustępliwy atak modernizacji zbliżał się już do wsi, ale w porównaniu z miastami wiejskie okolice zachowały jeszcze pierwotny wygląd. Dróg było mało, a góry porastały starymi lasami. Nad dolinami unosiły się czarodziejskie mgły, wysmukłe i delikatne gałęzie drzew poruszały się w powiewach wiatru, to ukazując, to przesłaniając skały.
Geograficznie Japonia należy do strefy umiarkowanej, ale jej roślinność jest bardziej charakterystyczna dla strefy tropikalnej. Każdy, kto wędrował przez góry Sikoku i Kiusiu, wie, że japońskie góry to rodzaj dżungli. Gdziekolwiek spojrzeć, wilgotne, zarośnięte zbocza pokryte są paprociami, mchem i opadłymi liśćmi. Idąc krętą górską drogą, nagle doznawałem wrażenia, że cofnąłem się w czasie o setki milionów lat. Czułem, że w każdej chwili z mgły może wyfrunąć pterodaktyl.
Kiedy teraz myślę o naturalnym pięknie Japonii w tamtych czasach, zbiera mi się na płacz. Wulkaniczne góry, "tropikalna" roślinność i delikatność tamtejszej rodzimej flory sprawiały, że Japonia była chyba jednym z najpiękniejszych krajów świata. W ciągu następnych dwudziestu dziwnych lat jej naturalne środowisko kompletnie się zmieniło. Stare lasy wycięto i zastąpiono równymi rzędami drzew cedrowych; między tymi cedrowymi "sadami" panuje śmiertelna cisza. Stały się pustynią, w której nie ma roślin ani zwierząt. Głęboko w górach pobudowano drogi, a zbocza gór pokryto zabezpieczającym przed erozją betonem, ukrywając ich piękno. Nawet mgły nie wznoszą się już nad wąwozami.
Niedawno zapanowała na świecie moda na studia japonistyczne i wielu studentów odwiedza Japonię. Widzą ogrody Kioto i odjeżdżają, myśląc, że te twory z zagrabionego piasku i poprzycinanych żywopłotów to "natura". Tymczasem natura była kiedyś w Japonii czymś niewyobrażalnym i mistycznym, świętą przestrzenią zamieszkaną z pewnością przez bogów. W sinto istnieje tradycja Kami-no yo, "ery bogów", kiedy człowiek był czysty, a bogowie mieszkali wśród drzew i wzgórz. Dzisiaj ta tradycja jest komentarzem historycznym do studiów nad poezją japońską lub czytamy o niej w broszurce na temat świątyń sinto. Ale jeszcze w 1971 roku istniały dziewicze puszcze. Czuło się w nich obecność bóstw. Taka natura należy już do przeszłości, wątpię, by utracone piękno japońskich lasów i gór kiedykolwiek zatarło się w mojej pamięci.
Sikoku, najmniejsza z czterech głównych japońskich wysp, jest najrzadziej odwiedzana przez turystów i nie było jej też w moich planach podróżniczych. Kiedy jako chłopiec mieszkałem w Jokohamie, Tsuru-san śpiewała mi piosenkę o Kompirze - świątyni sinto na Sikoku. Przypadkiem pierwsza osoba, która mnie podwiozła samochodem, podarowała mi amulet z tej świątyni. Uznałem to za znak, że powinienem się udać z pielgrzymką do Kompiry, i pod koniec lata pojechałem na Sikoku. Jakiś czas spędziłem z grupą kolegów w Kompirze i pobliskiej świątyni buddyjskiej Zents?-ji. Ostatniego dnia pobytu ktoś, kogo dopiero co poznałem, zaproponował, że pokaże mi miejsce, w którym, jak twierdził, z pewnością się zakocham.
Wsiedliśmy na motor i z Zents?-ji wyruszyliśmy do Ikedy, małego miasteczka leżącego niemal w samym środku Sikoku. Droga biegła w górę wzdłuż rzeki Yoshino. Zbocza doliny po obu stronach stawały się coraz bardziej strome i kiedy zadawałem sobie pytanie, dokąd jedziemy, właśnie stanęliśmy u ujścia doliny Iya. Myślałem, że dotarliśmy do celu, ale usłyszałem, że "to dopiero początek". Zaczęliśmy się wspinać wąską, krętą górską drogą.
Usytuowana na granicy pomiędzy prefekturami Tokushima i K?chi, dolina Iya jest najgłębszym wąwozem w Japonii. Pejzaż, jaki ujrzałem tego dnia, był najbardziej spektakularny spośród wszystkich widzianych w tym kraju; przypominał mi chińskie góry, w których zakochałem się jako dziecko. Wyglądał dokładnie tak, jak górski pejzaż malowany tuszem w okresie dynastii Song.
Dzięki zielonemu łupkowi ilastemu, charakterystycznemu dla rejonu Tokushima, rzeki miały szmaragdowe zabarwienie, a wysokie ściany urwisk wyglądały jak z rzeźbionego nefrytu. Z gór leżących po drugiej stronie doliny spadały w dół białe kaskady - nazywane przez Japończyków taki no shiraito (dosłownie: białe nici wodospadu) - jak gdyby namalowane jednym pociągnięciem pędzla. Na tle tej dekoracji rozrzucone gdzieniegdzie w górach pokryte strzechą domki sprawiały wrażenie chatek pustelników.
Wydaje mi się, że każdy kraj ma swój szczególny rys krajobrazu. W Anglii jest nim trawa - na miejskich placach, na pastwiskach i na trawnikach uniwersyteckich. W Japonii są to miasteczka o zwartej zabudowie. Domy w japońskim miasteczku na ogół są zgrupowane na płaskim terenie - albo na dnie doliny, albo u stóp wzgórza - i otoczone poletkami ryżowymi. Ludzie nie mieszkają w górach, które dawnymi czasy były siedzibą bogów, uznawaną za tabu. Nawet dzisiaj góry w Japonii są prawie całkowicie bezludne.
Iya jest inna. Później, podczas studiów w Yale, badałem dolinę Iya na potrzeby swojej pracy magisterskiej. Okazało się, że umiejscowienie tej osady jest w Japonii wyjątkowe. W Iya unika się bowiem stawiania domów na nisko położonych terenach nadrzecznych, buduje się je na zboczach gór. Jedną z przyczyn jest to, że ocienione tereny u brzegów rzeki nie nadają się dla rolnictwa. Ponadto liczne źródła wytryskujące w górach powodują, że wysoko położone tereny lepiej zaspokajają ludzkie potrzeby. A ponieważ kamienista Iya nie nadaje się do uprawy ryżu i poletek jest bardzo niewiele, ludzie nie muszą mieszkać razem, by ich doglądać. Rezultatem są niezależne, wolno stojące domostwa rozrzucone po górach.
Malarz Ni Zan z okresu dynastii Yuan malował góry w sposób niezrównany. Kompozycje jego prac są zawsze takie same: nigdy nie pojawia się postać człowieka; widać jedynie pojedynczy kryty strzechą dom wśród bezkresnych gór. Tam, w górach Iya, odczułem ludzką samotność i wielkość natury wyrażoną w malarstwie Ni Zana.