1
Prawda historii i prawda legendy
Cudowny obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus, Czarnej Madonny, stan współczesny
Jeśli szukać mitu, legendy, opowieści, która w jednym miejscu zbiera wszystkie obrazy, marzenia i przekonania dotyczące Polaków - to z pewnością byłaby to opowieść o pochodzeniu cudownego obrazu Czarnej Madonny. Jest w tej historii wszystko. Zwroty akcji, zakręty historii, wszystkie nasze polskie traumy i problemy oraz wyjątkowe powiązanie z doświadczeniem historycznym. To obraz naszej tożsamości zamknięty w jednej opowieści, ale mającej setki wersji.
Ta historia miała się rozpocząć dwa tysiące lat temu. To wtedy w maleńkim domku na Syjonie (dziś jest tam bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zarządzana przez niemieckich benedyktynów) zamieszkać miał, wraz ze św. Janem Ewangelistą i Maryją, Matką Pana, św. Łukasz. Właśnie w tym miejscu miał on spisać swoją Ewangelię, a potem - wyprosiwszy od Matki Bożej cyprysowy stolik, który zrobił Józef wraz z małym Jezusem - namalował na nim Jej wizerunek.
"To dzieło rozpocza?ł włas?nie w wieczerniku, tam gdzie Zbawca ustanowił Najświętszy Sakrament, tam gdzie Duch Świe?ty w ognistych je?zykach zsta?pił na Apostołów wspólnie wraz z Niepokalana? Dziewica? się modla?cych. Lecz jak niektórzy historycy twierdza?, w chwili, kiedy miał oblicze Niepokalanej Dziewicy malowac?, tak był wzruszony pie?knos?cia? tego oblicza, iz? nie tylko uwaz?ał sie? byc? niegodnym do wyraz?enia tego oblicza, ale jeszcze sa?dził, z?e jest niepodobien?stwem, aby mógł przedstawic? je w rzeczywistos?ci. Ta? mys?la? przeje?ty wpada w zachwycenie, i jak niesie podanie wyszedłszy z zachwycenia, nagle spostrzega, juz? nie inna?, nie swoja? re?ka?, ale anielska? wykon?czone oblicze Matki Boz?ej i Boskiej Dzieciny. Boska Dziecina jest na re?ku, przy Niepokalanem sercu Maryi - a przy swojem sercu trzyma Ewangelia?, która? Łukasz dopiero co nakres?lił"1, pisał XIX-wieczny historyk i duchowny ks. Stanisław Ulanecki.
To jednak nie koniec historii. Po trzystu latach ukrywania wizerunku trafił on w ręce św. Heleny, matki Konstantyna Wielkiego, a ona przekazała go na dwór cesarski. Tam zachwycony pięknem obrazu cesarz obrał Maryję za patronkę Konstantynopola, a po Soborze Nicejskim zgromadzeni na nim biskupi obnosili ów namalowany przez św. Łukasza obraz w uroczystej procesji po mieście. Ale na tym jego znaczenie się nie zakończyło. W czasach sporu o ikony to właśnie cudowny wizerunek miał umacniać wiarę pobożnych cesarzowych.
Jak trafił do centralnej Europy? Według Mikołaja Lanckorońskiego dzięki Karolowi Wielkiemu, który po zdobyciu Ziemi Świętej wracał do Europy i podczas odpoczynku w Konstantynopolu otrzymał od cesarza Nicefora wspomniane dzieło. Od Karola Wielkiego trafiło ono na Ruś za sprawą tamtejszego władcy Lwa.
Jeszcze inną wersję opowieści przekazuje tradycja ruska. "Poeta i historyk lwowski Józef Bartłomiej Zimorowicz zapoznał się z starosłowiańskim kodeksem (który użyczył mu hieromonach), informującym, że obraz częstochowski od r. 1270 był we Lwowie, dokąd dostał się z Konstantynopola przez Kijów. Obraz dostała cesarzówna Anna od cesarza Bazylego II, gdy wybierała się na Ruś, aby poślubić Włodzimierza Wielkiego. Od książąt kijowskich obraz przeszedł do książąt lwowskich"2, pisze Rudolf Kozłowski. To oni umieścić go mieli na zamku w Bełzu, gdzie obraz został po raz pierwszy zraniony. Gdy tatarskie hordy dotarły na zamek, jeden z atakujących strzelił w obraz strzałą. "(...) zdarzyło się, że pewien Tatar porwał za wygięty łuk i, wkładając weń pocisk, mocno strzelił w okno jakiejś izby czy komnaty tamtego zamku i wbił ostry grot pocisku w prawą stronę owego czcigodnego obrazu (...), tak że owa strzała pozostała utkwiona w tejże tablicy i rozpięta na kształt wciśniętej fibuli"3, można przeczytać w jednym z pierwszych opisów historii obrazu Translatio Tabulae Beatae Mariae Virginis, quam Sanctus Lucas depinxit propris manibus. I to właśnie z Bełza - w obawie przed dalszymi najazdami - cudowny wizerunek miał trafić do Polski.
I
Historia to, nie ma co ukrywać, niesamowita. Godna najlepszego reporterskiego pióra, chcącego się zmierzyć z legendą. Jeśli chodzi o opowiedzianą powyżej historię, to z całą pewnością tak nie było. Deska, na której namalowano obraz, nie jest cyprysowa i nie pochodzi z I wieku. Z badań przeprowadzonych podczas prac Komisji Konserwatorskiej w latach 20. XX wieku jednoznacznie wynika, że jasnogórska ikona pochodzi z okresu między XII a XIV wiekiem4. Najnowsze badania, oparte na datowaniu radiowęglowym, pokazują natomiast, że pierwotna ikona powstała w XII-XIII wieku. Jest ona zatem dziełem średniowiecznym, a nie pochodzi z okresu starożytności, co oczywiście pokazuje, że cała burzliwa legendarna historia przedstawiona w rozmaitych pismach nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Choć sam św. Łukasz był Grekiem, nie jest możliwe, by w środowisku judeochrześcijan (a takie było środowisko św. Jana Ewangelisty i Maryi w I wieku naszej ery) powstał jakikolwiek obraz przedstawiający człowieka. To byłoby niemożliwe, a początki chrześcijańskiej sztuki są późniejsze i pochodzą z innego już kręgu kulturowego: egipskiego, greckiego czy rzymskiego, ale nie żydowskiego. Nie da się także w żaden sposób obronić tezy o tym, że obraz został namalowany przez św. Łukasza (a nawet że ewangelista rzeczywiście cokolwiek namalował). Oczywiście, to też trzeba uczciwie przyznać, teza o tym, że był on malarzem, jest o wiele starsza niż legendy jasnogórskie. Po raz pierwszy pojawia się w VI wieku w pismach św. Teodora Lektora, a później jest powtarzana w kolejnych tekstach Nicefora Kallistusa, historyka cesarstwa wschodniego, i Szymona Metafrastusa5, a chrześcijaństwo wschodnie również ją podejmuje w swojej liturgii i tradycji ikonograficznej6, ale także tej tradycji nie da się pogodzić z wiedzą historyczną. Pierwsze zachowane ikony pochodzą bowiem z V-VI wieku i przypominają raczej późnorzymskie portrety7. Obrazy czy ikony, których autorstwo przypisywane jest św. Łukaszowi, powinny więc mieć charakter właściwy malarstwu egipskiemu czy rzymskiemu z I wieku, tak zaś zwyczajnie nie jest. Świetnie pokazał to już w latach 30. XX wieku Mieczysław Skrudlik: "Jez?eli pierwsze wizerunki Chrystusa i Maryji wyszły istotnie z pracowni s?w. Łukasza, to styl tych malowideł, ich faktura i sposób uje?cia musiały w zupełnos?ci odpowiadac? zabytkom malarstwa portretowego z pierwszych wieków cesarstwa rzymskiego. Materjał porównawczy, obrazuja?cy znakomicie poziom i włas?ciwos?ci malarstwa portretowego tych czasów, zachował sie? obficie. (...) Realistycznej siły i bezpos?rednios?ci tych portretów nie posiadaja? wizerunki Bogarodzicy, przypisywane s?w. Łukaszowi. Ogólnie ich, wybitnie stylizowany charakter, wskazuje na czasy znacznie póz?niejsze"8.
Nie ma także dowodów na dalsze wędrówki cudownego obrazu. Jeśli pochodzi on z XII-XIII wieku, to z pewnością nie był w Konstantynopolu w IV wieku ani w trakcie sporów o kult obrazów. Historycy, choć bardzo długo przyjmowali taką wersję, odrzucają już - może nie wszyscy, ale ich większość - sugestię, że obraz przywędrował do Polski z Rusi. Jego droga była - o czym nieco dalej - równie fascynująca, ale raczej nie prowadziła przez Ruś, co oznacza także, że opowieść o zranieniu przez Tatarów też należy uznać za legendę czy mit, a nie za fakt potwierdzony historycznie.
II
Paradoksalnie jednak, mimo że z punktu widzenia historii legenda dotycząca pochodzenia i drogi na Jasną Górę wizerunku Czarnej Madonny jest nie do obrony, to uznanie jej samej za kompletnie nieprzydatną w objaśnianiu pochodzenia obrazu i kształtowaniu naszego narodowego charakteru nie byłoby słuszne. W wielu legendach, a może właściwiej byłoby powiedzieć - mitach, kryje się bowiem głęboka prawda o nas samych, o polskiej historii, o naszym samorozumieniu i podświadomym, a może nawet nieświadomym postrzeganiu samych siebie. Parafrazując rozważania Mircei Eliadego dotyczące mitu, można powiedzieć, że opowieść ta wyjaśnia nam, Polakom, jak staliśmy się tym, kim jesteśmy, i jacy jesteśmy9, wyraża najgłębszą prawdę - czasem uświadomioną, a czasem nie - o nas samych. Przeglądając się w lustrze tej opowieści, widzimy siebie lepiej. I tak obecność właśnie u nas obrazu, który podobno został w cudowny sposób namalowany przez św. Łukasza i który przez wieki przekonywał do prawdziwej wiary, jest związana z obrazem narodu będącego przez wieki, aż do dziś, nośnikiem prawdziwej wiary. Polska nigdy nie uważała się jak Moskwa za Trzeci Rzym, ale za przedmurze chrześcijaństwa (jak choćby Serbia) już tak. To my, według żywej od czasów baroku mitologii, mieliśmy chronić katolickiej prawdy nie tylko przed poganami (tu odnaleźć można ślady podania o zranieniu cudownego obrazu tatarską strzałą) czy prawosławiem, ale chronić ją także przed protestantyzmem - a w ostatnich dziesięcioleciach przed liberalnymi nurtami w samym katolicyzmie.
Legendarne związki najważniejszego sakralnego artefaktu naszej tożsamości z Rzymem i Bizancjum miałyby potwierdzać, że jesteśmy narodem sarmackim, związanym najgłębszymi korzeniami ze starożytnym Rzymem, z niego czerpiącym naszą teorię cnót i nasze bohaterstwo. "Podstawa? tej ideologii był mit etnogenetyczny, mo?wia?cy o tym, z?e szlachta wywodziła sie? od staroz?ytnego ludu Sarmato?w. Mit ten został dopełniony cechami, jakimi mieli charakteryzowac? sie? "Sarmaci". Ponad wszystko mieli oni cenic? dobro ojczyzny i wolnos?c?. Odznaczali sie? przywia?zaniem do etosu rycerskiego lub szlacheckiego, byli waleczni i gos?cinni, prowadzili ziemian?ski tryb z?ycia, kto?rego gło?wnym symbolem był dom - "dwo?r szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany" i folwark. Ich miejscem z?ycia była zimna Po?łnoc, co wymagało od nich hartu i przyzwyczajenia do surowego, prostego i zdrowego, "me?skiego" trybu z?ycia"10, definiuje sarmatyzm Jakub Niedz?wiedz?. Związanie polskości ze starożytnością poprzez domniemane pochodzenie świętego obrazu wydaje się dość oczywiste.
Ale - i tu chyba przechodzimy już do sfery podświadomej, a niekiedy nieświadomej - powiązanie jasnogórskiej ikony z Bizancjum odsłania nam jeszcze jedną prawdę o naszej tożsamości, o jej bardzo bliskich relacjach ze wschodnim chrześcijaństwem. Nie ma wątpliwości, że tym, co ukształtowało polskość, pozostaje przyjęcie chrztu w obrządku łacińskim. Polska byłaby zupełnie innym krajem, gdybyśmy przyjęli chrzest z Bizancjum. Inne byłyby nasze świątynie, inne tradycje kulturowe, inne wreszcie kody i mity. Wbrew temu, co często powtarzamy, w nas samych jest silny komponent wschodni. Powód jest prosty - gdy kształtowała się nasza tożsamość (także po roku 1050), wielka schizma nie była wcale głęboko przyjęta ani tym bardziej uświadomiona. Zanim do niej doszło, ośrodki związane z obrządkiem słowiańskim były obecne także na naszych ziemiach. "S?lady kultu słowian?skiego znajdujemy w Ostrowie Lednickim, Krakowie, Wis?licy, Przemys?lu i wielu innych miastach. Os?rodki te nie były pod kontrola? Kos?cioła łacin?skiego i pozostawały pod wpływem cywilizacji bizantyjskiej z liturgia? słowian?ska? i pismem cyrylickim"11, pisze Antoni Mironowicz. Polscy władcy mieli stałe relacje z władcami, którzy przyjęli chrzest z Bizancjum, i na odwrót. "Zapiski kronikarskie notuja? liczne małz?en?stwa pierwszych Piastów z ksie?z?niczkami ruskimi. Zwia?zki te, zapocza?tkowane przed 1012 rokiem wydaniem córki Bolesława Chrobrego za S?wie?topełka turowskiego, stały sie? cze?stym zjawiskiem za panowania Kazimierza Odnowiciela, który oz?enił sie? około roku 1041 z Dobroniega?, córka? Włodzimierza Jarosławowicza, a jego siostra pos?lubiła Izjasława kijowskiego. Proces ten trwał do kon?ca panowania Bolesława Krzywoustego"12.
Relacje te były dwustronne. Jeszcze przed schizmą, ale już po chrzcie w Konstantynopolu księżna Olga poprosiła niemieckiego cesarza Ottona o przysłanie do Kijowa łacińskich kapłanów, również później papiescy legaci i łacińscy misjonarze odwiedzali Ruś Kijowską. Sytuacji tej nie zmieniła zaś, wbrew temu, co może się wydawać, wielka schizma z 1054 roku. W 1091 roku metropolita kijowski wysłał do Rzymu swoje poselstwo, a w 1106 roku do Nowogrodu przybył Antoni Rzymianin, który założył nieopodal klasztor, a później został zaliczony do grona świętych wschodnich. Takie ostrożne podejście stosowano na Rusi Kijowskiej jeszcze w połowie lat 60. XII wieku, gdy metropolita Joann IV, po przybyciu do Kijowa wysłanników papieskich próbujących przekonać go do łacińskiej wersji chrześcijaństwa odesłał ich do patriarchy Konstantynopola, którego jurysdykcji podlegał, wskazując, że to właśnie z tym "duchownym bratem" biskup Rzymu powinien wyjaśnić wszystkie wątpliwości w sprawach wiary. Istotnym przełomem stał się wiek XIII, a konkretnie zdobycie i złupienie Konstantynopola przez IV krucjatę. To w tym momencie coś, co mogło być schizmą przejściową, zostało utrwalone i zastąpione schizmą trwałą. Krótko potem Aleksander Newski miał odpowiedzieć legatom papieskim, że nie przyjmie rzymskiego wyznania wiary, to na Rusi bowiem wyznawana jest wiara prawdziwa. XIII wiek to także okres pojawienia się pierwszych pism polemicznych z "łacińskimi błędami". Nie oznaczało to jednak końca prób budowania jedności. Gdy unia florencka się nie udała, także z powodu oporu Rusi, papieże zaczęli wysyłać do wielkich książąt moskiewskich swoich posłańców i próbować dyplomatycznymi środkami nakłaniać Moskwę do unii z Rzymem. Próby te nie ustały także później, ale nie doprowadziły do sukcesu13.
Wszystko to razem uświadamia, jak głęboko polska tożsamość (ale także tożsamość rusińska, dziś powiedzielibyśmy: ukraińska) jest mostem między Wschodem a Zachodem. Wielokrotnie mówił o tym Jan Paweł II, a jasnogórski obraz, mit jego pochodzenia pokazuje, że w nasze polskie DNA wpisane są także wschodnie elementy, że jako Słowianie i chrześcijanie żyjemy i funkcjonujemy na pograniczu. Słowiański charakter naszego katolicyzmu sprawia, że jest on podobny (choć z drugiej strony przez łaciński komponent odmienny) do chrześcijaństwa bizantyjskiego naszych sąsiadów. Chrześcijaństwo słowiańskie zaś niemal we wszystkich krajach skupiało się nie tyle na nauce, filozofii czy teologii, ile na sztuce. Bułgaria, Serbia czy Ruś Kijowska i Moskiewska nie ofiarowały światu głębokiej teologii, nie skupiały się na myśli, ale na obrazie. Ikony, freski, ale i liturgia przeniknięta słowiańską estetyką pozostają tym, co darowały one Kościołowi powszechnemu. A znaczenie tego daru, który ostatnio zaczynają przyjmować także do tej pory ikonoklastyczni protestanci, jest tak wielkie, że trudno nie zgodzić się ze słowami o. Gieorgija Fłorowskiego sprzed lat, że ruska ikona jest "Ewangelią w kolorach"14.
Polska tradycja chrześcijańska jest podobna. Tyle że realizowała się ona raczej w słowie - w poezji czy w ogóle w literaturze. I prawda ta dotyczy nie tylko pierwszych wielkich dzieł literackich, takich jak Bogurodzica15 czy kroniki Galla Anonima i Wincentego Kadłubka, ale również dzieł odrodzeniowych mistrzów języka polskiego - Jana Kochanowskiego i Mikołaja Reja. W ich wielkiej liryce i prozie odnaleźć można głębokie i często (jak to było z Rejem) polemiczne treści teologiczne. Barok, a nawet oświecenie tego w Polsce nie zmieniły. Mikołaj Sęp Szarzyński i inni poeci barokowi a nawet często traktowany z lekceważeniem ks. Józef Baka nadal przekazują w swoich wierszach prawdy istotne dla współczesnego człowieka. Ten literacko-artystyczny wymiar polskiego chrześcijaństwa umocnił się jeszcze w XIX wieku. Wpływy Adama Mickiewicza16 (z okresu poprzedzającego towianizm) na rodzimą kulturę religijną i tworzenie zgromadzenia zmartwychwstańców trudno przecenić, a jego wiersze (z zaskakująco aktualnymi słowami: "Tyś Król, o cuda! i tyś mój poddany! / Każda myśl podła jako włócznia nowa / Otwiera Twoje nie zgojone rany, / I każda chęć zła jest gąbka octowa / Którą do ust Twych zbliżam zagniewany. / Póki Cię moja złość w grobie nie schowa, / Cierpisz jak sługa panu zaprzedany"17) nadal mogą stanowić modlitwy współczesnego chrześcijanina. Nie inaczej było z Cyprianem Kamilem Norwidem18, Juliuszem Słowackim czy Zygmuntem Krasińskim. Ich utwory mogą i powinny być badane nie tylko pod kątem literackim, ale również teologicznym. Podobnie czytane i badane mogą być dzieła Henryka Sienkiewicza (ze szczególnym uwzględnieniem Quo vadis) czy Stanisława Wyspiańskiego. Głębokie modlitwy pozostawili po sobie także poeci, którzy z chrześcijaństwem nie mieli wiele wspólnego, by przypomnieć tylko wiersz Chrystusie... Juliana Tuwima, do tej pory śpiewany w polskich kościołach. Głębokim, choć nie wprost konfesyjnym wyrazem tego dziedzictwa polskiego chrześcijaństwa są filmy Krzysztofa Kieślowskiego, m.in. cykl telewizyjny Dekalog czy w mniejszym stopniu Trzy kolory.
Ikona jasnogórska jako wprowadzony w centrum naszego życia narodowego przedmiot sakralny, który wedle legendy przywędrował do nas przez Bizancjum i Ruś, jest dowodem, podświadomym świadectwem tego - niekiedy wypieranego, choćby w myśleniu Feliksa Konecznego - dziedzictwa. I nie ma tu znaczenia, czy rzeczywiście wizerunek Czarnej Madonny przywędrował do nas z Rusi, czy był na dworze cesarskim w Konstantynopolu. Prawda mitu jest tu ważniejsza niż prawda historyczna. Inna rzecz, że to wcale nie oznacza, że jest ciekawsza. Prawdziwe, mozolnie rekonstruowane losy jasnogórskiego wizerunku są bowiem przynajmniej równie ciekawe.