4
Kiedy czekała na przyjazd policji, zdążyła wypić całą kawę. Owinęła się ciaśniej swetrem, bo zrobiło jej się zimno. Starała się nie patrzeć na zwłoki dziewczyny, ale jej wzrok sam biegł w tamtą stronę.
Denatka była młoda, zaledwie dwudziestokilkuletnia. Włosy w intensywnym odcieniu miedzi unosiły się na wodzie. Ręce leżały bezwładnie rozrzucone po bokach. Miała bladą twarz, usta lekko rozchylone. Martwe oczy patrzyły w niebo.
Czy sama skoczyła z mostu, czy może ktoś jej pomógł? Jeśli uderzyła się w głowę albo złamała kark, śmierć była natychmiastowa. Woda mogła ponieść jej ciało w zarośla przy brzegu. Nurt wcale nie musiał być silny. Wystarczyło, że ciało zahaczyło o wystającą trawę lub znajdujący się na dnie konar albo wpadło w zatoczkę, gdzie nurt słabnie.
A może ktoś ją zabił i wrzucił do rzeki?
Julia przełknęła ślinę i przeszła kilka kroków. Wzdrygnęła się, kiedy z trzcin wyleciała kaczka. Uderzyła skrzydłami o wodę, a potem uniosła się w powietrze i przeleciała do swoich kompanów na drugim brzegu.
Julia podeszła bliżej. Nie lubiła oglądać trupów, ale nauczyła się patrzeć martwym w oczy, chociaż nie było to przyjemne.
Usłyszała dźwięk silnika. Wyszła zza trzcin, poszła w kierunku domku i wyjrzała na podjazd. Z zielonego suzuki wysiadł mężczyzna, a z siedzenia pasażera wygramoliła się krępa kobieta. Kiedy zmierzali w stronę Julii, wyglądali dość zabawnie. On, postawny i wysoki na co najmniej metr dziewięćdziesiąt, ona, sięgająca mu ledwie do ramienia. On ubrany we flanelową koszulę i bezrękawnik, ona zaś w pełnym umundurowaniu. Przy boku zwisała jej policyjna pałka, którą przytrzymywała ręką, jakby zamierzała za chwilę jej użyć.
- To pani dzwoniła?! - zawołał mężczyzna.
Skinęła głową.
Przystanęli i zmierzyli ją wzrokiem. On ruszył pierwszy.
- Aspirant Miłosz Orłowski. - Wyciągnął dłoń.
- Julia Szyszka.
- To sierżant Agata Mordoń. Moja partnerka.
Policjantka stanęła na baczność. Czujnym wzrokiem przypatrywała się Julii.
- Zaprowadzę was - powiedziała Szyszka. - Chodźcie za mną.
Kawałek dzielący ich od miejsca znalezienia zwłok pokonali w milczeniu. Julia słyszała za plecami ciężki oddech policjanta, który najwyraźniej nie mógł pochwalić się najlepszą kondycją. Przystanęli. Orłowski spojrzał na leżące w wodzie ciało, a potem odwrócił się do Agaty Mordoń, która przysunęła się bliżej Julii. Pewnie na wypadek, gdyby ta chciała dać w długą.
- O której godzinie znalazła pani ciało? - zapytał Orłowski.
- Kiedy tylko ją zobaczyłam, zadzwoniłam do was.
- A co pani tutaj robi? - wtrąciła Mordoń.
- Wynajęłam domek.
- Kiedy?
- Wczoraj.
- Na jak długo?
Julia starała się nie okazywać zdenerwowania. Wiedziała, że policjanci traktują ją z rezerwą, ponieważ jej nie ufają. Była obca, a do tego dzień po przyjeździe do miasteczka znalazła martwą dziewczynę. Gdyby była na ich miejscu, też zachowałaby powściągliwość.
- Nie wiem na jak długo - odparła. - Może na tydzień. Może krócej, a może dłużej.
- Kto go pani wynajął? - zapytał policjant.
- Jakiś Bernard.
- Jakiś Bernard - powtórzył i wymienił znaczące spojrzenie ze swoją partnerką. - No dobrze. - Jego wzrok mimowolnie powędrował w kierunku gołych stóp Julii. - Pani krwawi - zauważył.
Julia zerknęła w dół. Zapomniała zmienić zakrwawiony bandaż.
- To nic takiego - odparła.
- Co się pani stało?
- Nabawiłam się odcisków. - Posłała mu krzywy uśmiech. - Trochę kilometrów zrobiłam, zanim tutaj dotarłam. I obtarłam sobie stopę.
- Aha.
- Szłam kilka tygodni - dodała, widząc podejrzliwą minę Orłowskiego.
Wydawał się miłym facetem. Sprawiał wrażenie gościa, który uwierzyłby w każde kłamstwo atrakcyjnej kobiety i bez mrugnięcia okiem zrobił wszystko, o co by poprosiła. Wokół oczu i ust miał zmarszczki, a na czole spore zakola. Z pewnością bliżej mu było do pięćdziesiątki niż trzydziestki. Wydał się jej może nie przystojny, ale intrygujący.
- Nie widzę samochodu - zauważył. - Przyszła pani pieszo?
- Właśnie to przed chwilą powiedziałam.
- No tak.
Wydawało się, że brak samochodu wydał mu się kompletnie niezrozumiały.
Agata Mordoń odchrząknęła.
- Skąd zna pani tę dziewczynę?
Julia przechyliła głowę. Nie ze mną te numery, pomyślała.
- Nie znam jej.
- Nie widziała jej pani?
- Niby gdzie? Jestem tu od wczoraj.
Mordoń posłała jej uśmiech.
- Pytam, czy nie widziała jej pani na plaży lub w okolicy domku - odparła.
Wzrok Julii powędrował w stronę mostu, a raczej mostku. Mijała go wczoraj. Był krótki i obowiązywał na nim ruch naprzemienny, ponieważ był zbyt wąski, aby przejechały po nim równolegle dwa samochody.
- Nie widziałam jej - powiedziała Julia. - Ale myślę, że łatwo sprawdzicie, czy przyszła pieszo. Mogła zostawić jakieś ślady na ścieżce. A jeśli ich nie będzie, to znak, że prawdopodobnie zginęła w innym miejscu, a nurt zniósł ciało tutaj. Albo popełniła samobójstwo. Możliwości jest wiele, ale pewnie szybko ustalicie przyczynę zgonu.
Orłowski zmrużył oczy.
- Sporo pani wie - zauważył.
Skrzyżowała ramiona.
- Lubię seriale kryminalne - odparła.
Policjant przyglądał się jej przez chwilę, a potem przeniósł spojrzenie na denatkę.
- Czy w nocy coś panią zaniepokoiło? - zapytał.
- Nie.
- Niczego pani nie słyszała?
- Spałam.
Kiwnął głową bez przekonania.
- Pojedzie pani na komisariat, dobrze? - Wyjął z kieszeni telefon w skórzanym etui. - Ktoś spisze pani zeznania.
- Jasne.
- Agata, zawieziesz panią?
- Muszę się przebrać - zauważyła Julia.
- Nie ma sprawy. - Orłowski był zajęty wybieraniem numeru w telefonie, który po chwili przytknął do ucha.
Mordoń skinęła głową w kierunku domu.
- Chodźmy.
Julia ruszyła pod górkę. Bandaż stawał się coraz bardziej czerwony. Powinna zmienić opatrunek, ale nie była pewna, czy policjantka jej na to pozwoli.
- Nie wiem, czy dam radę założyć but - odezwała się.
Mordoń posłała jej pytające spojrzenie.
- Moja stopa jest w kiepskim stanie - wyjaśniła Julia.
- Musiała mieć pani cholernie niewygodne buty.
- Przeszłam sporo kilometrów.
- Ile?
- Co najmniej kilkaset. Nie mam licznika kroków i trochę zboczyłam z trasy. Staram się iść zgodnie ze znakami i nie kierować się Google Maps, bo takie aplikacje strasznie zżerają baterię. A mam tylko dwa powerbanki.
Mordoń przystanęła. Wyglądała na zaintrygowaną, ale Julia dostrzegła w jej oczach promyk sympatii.
- Skąd pani idzie? - zapytała.
- Z domu.
- Rozumiem. A gdzie ten dom?
- Nieważne. I tak już go nie ma.
Policjantka odpuściła, za co Julia była jej wdzięczna. Nie chciała opowiadać o tym, dlaczego chodzi bez celu po Polsce.
Weszły na werandę. Julia pchnęła drzwi i skierowała się do leżącego na podłodze plecaka. Wyjęła dżinsy, czysty sweter i bieliznę.
- Pójdę do łazienki - powiedziała. - Może pani poczekać pod drzwiami. Tam jest tak małe okno, że na pewno się nie przecisnę.
- Jest pani bystra - przyznała policjantka. - A z takimi jak pani nigdy nie wiadomo.
- Więc zostawię uchylone drzwi.
- Okej.
Nad umywalką obmyła twarz i ciało, a potem wlała ciepłą wodę do miski i usiadła na sedesie. Założyła nogę na nogę i zabrała się do zdejmowania bandażu, który przykleił się do rany. Gdy go odrywała, poczuła szczypanie. Bandaż był przemoczony i brudny. Musiała założyć nowy, ale uświadomiła sobie, że nie wzięła ze sobą opatrunku. Umyła nogę, a potem kuśtykając, wyszła z łazienki.
Policjantka czekała w kuchni. Najwyraźniej zaufała Julii na tyle, że uznała, iż nie musi stać pod drzwiami.
- Kiepsko to wygląda - oceniła. - Ma pani nowy opatrunek?
- Tak. Gdzieś tu był. - Julia pochyliła się nad plecakiem i zanurkowała dłonią w największej kieszeni. - Jest. - Wyjęła zapakowany bandaż i usiadła na kanapie. Powinna zdezynfekować ranę, ale nie miała żadnego sprayu. Zanotowała w myślach, by dopisać go do listy zakupów. Oczywiście, o ile nie zamkną jej w areszcie.
Agata Mordoń podeszła bliżej.
- Może są tutaj jakieś klapki - powiedziała.
- Widziałam crocsy w korytarzu. Ale są przynajmniej trzy rozmiary za duże.
- Na pewno będą lepsze niż buty, przez które nabawiła się pani tego cholernego odcisku.
To prawda, pomyślała Julia i poszła poszukać gumowych chodaków. To nie był najlepszy pomysł, aby chodzić w czyichś butach, ale nie miała innego wyjścia. Wsunęła w nie stopy i spojrzała na Agatę Mordoń.
- Jestem gotowa.