Jedyny ocalały (#3) - Andreas Ek

Reflow text when sidebars are open.
Suszarka bębnowa stojąca na pralce wydała tępy odgłos, gdy ubrania w niej zawirowały. W jednym z pomieszczeń w piwnicy, służącym za pralnię, unosiły się wilgoć i ciepło, które szybko docierały do drugiego pokoju przy schodach. Kartonowe pudła i styropian z opakowań po nowych sprzętach AGD stały w dwóch rzędach przy wejściu. W kącie znajdował się stół do ping-ponga, a na nim poskładane ubrania. Nie było widać siatki ani rakietek, najwyraźniej od dawna nikt już na nim nie grał. Z żelaznej obręczy zamontowanej w suficie, na środku pomieszczenia, zwisała lina z pętlą na końcu.
Scott Davies zerknął do sąsiedniego pokoju, na sfatygowane schody bez poręczy, które prowadziły do holu na parterze. Pod nimi stała skórzana sofa, a naprzeciwko niej wisiał ekran projektora. Przy jednej ze ścian stały wąskie, wysokie regały z filmami DVD i Blu-ray. Żadne pudełko nie wystawało ani nie leżało z boku. Wszystkie były w idealnie równej linii, co potęgowało wrażenie pedantycznego porządku. Zaciekawiony Scott zbliżył się do regałów. Uśmiechnął się. Nie zdziwiło go, że były tam głównie seriale dokumentalne o amerykańskich konfliktach zbrojnych. Począwszy od wojny secesyjnej w XIX wieku i wojen światowych po Koreę, Wietnam i Afganistan. W zbiorach było bardzo mało filmów fabularnych, lecz Daviesowi udało się kilka znaleźć. Coś mu podpowiadało, że Philip Richards wieczorami nie oglądał z żoną komedii romantycznych ani dramatów.
Scott wyłączył lampy w obu pomieszczeniach i wrócił do pralni. Zrobiło się zupełnie ciemno. Jedynym źródłem światła była zielona lampka alarmu przy drzwiach wejściowych, ale to wystarczyło, by dostrzec ich zarys. Po chwili Scott dostrzegł także pętlę. A może tylko wydawało mu się, że widzi ją przed sobą - przecież wiedział, że lina tam jest. Wyjął broń i usiadł na krześle tuż przy wejściu do sąsiedniego pokoju. Trzymał pistolet oparty na udzie. Nie spuszczał wzroku z drzwi wejściowych.
Czekał.
Wkrótce usłyszał szczęk klucza w zamku.
Davies wyprostował się i położył palec na spuście. Zamek kliknął. Ktoś wyciągnął klucz. Usłyszał szuranie, a klamka zatrzeszczała, gdy ktoś ją nacisnął.
Drzwi otworzyły się, wpuszczając światło z lampki z czujnikiem przy wejściu. Scott siedział za daleko, więc jasny snop go nie dosięgnął. Pozostał w ukryciu. Nie poruszył żadnym mięśniem. Nawet nie oddychał.
Zdecydował, że pozwoli mu najpierw wejść.
Richards miał na sobie mundur generalski z trzema gwiazdkami. Do jego obowiązków należało uczestniczenie w wielu spotkaniach i zebraniach. Dziś był na uroczystości ku czci poległych w tym roku żołnierzy.
Co za pieprzony hipokryta.
Richards zamknął za sobą drzwi i włączył światło. Scott znalazł się nagle w pełnym świetle i przypominał teraz mówcę na scenie. Generał wzdrygnął się i przez chwilę Davies myślał, że mężczyzna dostał ataku serca. Jednak po chwili okazało się, że nie - ku lekkiemu rozczarowaniu Scotta. Zaoszczędziłoby mu to czasu.
- Kurwa! - krzyknął Richards. - Co ty tu, do cholery, robisz?
Nie zauważył jeszcze broni.
Davies się uśmiechnął.
- Witaj, Philipie - powiedział, unosząc pistolet. - Zanim spróbujesz czegoś głupiego, chcę ci tylko powiedzieć, że mój kolega stoi w sypialni na górze z bronią wycelowaną w głowę twojej żony. - Podniósł wolną rękę. - Spokojnie. Ona śpi i nie ma o niczym pojęcia.
Richards zmarszczył brwi. W ręku wciąż trzymał teczkę. Ozdoby na jego lewej piersi były liczne i wielobarwne, a na ramionach błyszczały trzy srebrne gwiazdy.
- Co masz na myśli...?
- Jeśli coś zrobisz, ona natychmiast umrze - przerwał Scott. Wyjął telefon i wstał. Podał go generałowi. - Przekonaj się sam.
Richards potrząsnął delikatnie głową. Spojrzał na pistolet w dłoni Daviesa. Wiedział równie dobrze, jak atakujący, że nie ma z nim szans. Scott był od niego dwadzieścia lat młodszy i znacznie lepiej wyszkolony, zwłaszcza w walce wręcz. Davies puścił nagranie, przedstawiające śpiącą żonę Richardsa.
- To nie jest film - zauważył. - To dzieje się w tej chwili. Połączyłem się z kolegą przez aplikację.
Richards schylił się ostrożnie i odłożył teczkę na podłogę. Potem spojrzał na pętlę i zamknął oczy.
- Czy tak to się ma skończyć? - zapytał cicho.
Scott skinął głową i cofnął się o kilka kroków, robiąc miejsce dla generała.
- Twój czas na ziemi dobiegł końca. Dziękujemy ci za twoje usługi. Bez twojej pomocy nigdy nie zaszlibyśmy tak daleko.
Richards zacisnął pięść.
- Uspokój się - ostrzegł Scott. - Albo twoja żona umrze. Jej życie jest w twoich rękach. Rób, co mówię, a będzie żyła, masz moje słowo. Jeśli zaczniesz się awanturować, oboje zginiecie.
Philip ponownie zamknął oczy i się skrzywił, jakby same słowa Daviesa sprawiały mu fizyczny ból.
- Nie rób jej krzywdy - wyszeptał.
- Masz moje słowo.
Richards ostrożnie skinął głową, ale było widać, że gorączkowo próbuje zyskać na czasie.
Jednak moment zadania ostatecznego ciosu zbliżał się nieuchronnie.
- Jest jeszcze twój syn, Joseph - odezwał się Scott. - Wkrótce kończy studia w West Point, prawda?
Richards wybuchnął płaczem.
- Proszę, zrobię wszystko.
- Znasz zasady tej gry. - Davies skinął w stronę stołu do ping ponga. - Przeczytaj to i podpisz.
- Co to jest?
- Twój list pożegnalny. - Scott wzruszył ramionami. - Pokrótce opisujesz, dlaczego nie możesz już żyć z powodu prześladujących cię koszmarów. Naoglądałeś się niewyobrażalnych okropieństw, pamiętasz także masę błędnych decyzji przełożonych, przez które poległo wielu żołnierzy. To było całkowicie niepotrzebne i bezsensowne. Nie możesz dłużej żyć ze świadomością, że wysłałeś tak wielu młodych Amerykanów na śmierć. - Davies rozłożył ręce. - Bla, bla, bla.
Richards skierował się w stronę stołu. Podniósł list i przeczytał go po cichu. Odłożył kartkę.
- Nie mam nic do pisania.
- Proszę. - Scott podał mu długopis, który nosił w kieszeni spodni. - Tylko nie próbuj mnie teraz nim dźgnąć, to bardzo skomplikuje sprawę. Będę wtedy musiał zabić wielu ludzi i to tylko dlatego, że byłeś nieposłuszny. Nie potrzebujemy tego, prawda?
Ręka Richardsa zadrżała. Podpisał w milczeniu list i odłożył długopis.
- Fałszywe żmije - wysyczał. - Nabieraliście mnie od samego początku.
- Oczywiście. - Scott cofnął się o krok. Nie dlatego, że się bał, chciał po prostu mieć więcej miejsca, gdyby musiał się bronić, co było jednak mało prawdopodobne, bo Richards musiałby zaryzykować życie swojej żony i syna. - Nie będziemy dzielić się pieniędzmi i nie potrzebujemy żadnych niewygodnych świadków. Zwłaszcza teraz, gdy ujawniłeś wszystko tej pieprzonej dziwce.
Generał zamknął oczy i wykrzywił usta w grymasie.
- Myślisz, że cię nie obserwowaliśmy? - zapytał z uśmiechem Scott.
- Więc to wszystko było na nic? - Richards westchnął z rezygnacją.
- Oczywiście, że nie! Poświęcenie twoje i innych uratuje wiele istnień, a nasza praca będzie kontynuowana. Nie zatrzymamy się teraz, bo wtedy te działania rzeczywiście nie miałyby sensu. - Scott się uśmiechnął. - Po prostu nie zobaczysz rezultatu, nie przejdziesz na emeryturę i nie przeżyjesz swoich ostatnich lat w luksusie.
- Wy dranie! - Richards zbliżył się o krok do Scotta.
- Twoja rodzina! Pamiętaj, że jesteś za nich bezpośrednio odpowiedzialny. To, co teraz zrobisz, zadecyduje o tym, czy przeżyją.
Generał się zatrzymał. Oddychał ciężko, wpatrując się w Daviesa zmrużonymi oczami. Stał tam, jak byk gotowy do szarży.
- Nie masz wyboru - powiedział Scott. - Zaakceptuj stratę i zejdź z tego świata ze świadomością, że uratowałeś życie swoich bliskich.
Oddech Richardsa trochę się uspokoił. Jego ramiona opadły, spuścił wzrok. Po chwili ponownie podniósł głowę i otarł łzy.
- W porządku - powiedział. - Zrobię, co zechcesz.
- Dobrze. - Scott skinął w stronę pętli. - Nie ma sensu tego przeciągać. - Wziął krzesło i pchnął je po podłodze w kierunku Richardsa. - Stań na nim i przeciągnij pętlę przez głowę.
Generał wykonywał polecenia jak zahipnotyzowany. Wszedł na krzesło i chwycił linę.
- Pozwolisz im żyć, prawda?
- Daję ci moje słowo. - Scott przyłożył dłoń do serca. - Przysięgam na swoje życie. Naprawdę. Twoja żona znajdzie cię jutro rano. Będziesz żył w jej pamięci jako ukochany mąż i ojciec. Nikt nie dowie się o tym, co zrobiłeś i umrzesz z honorem. - Davies nie miał powodu, by kłamać. Żona i syn Richardsa mieli zostać oszczędzeni, nie trzeba było ich mordować. Nie teraz, gdy Philip się opamiętał. Nikt nie powinien podejrzewać, że został zamordowany. - Załóż pętlę.
Richards przełknął głośno ślinę, ale był posłuszny. Stanął na baczność, wyprostowany jak struna, z niewzruszonym wyrazem twarzy.
- Wybacz mi moje grzechy - powiedział, spadając z krzesła.
Gdy lina się naprężyła, szarpnęło ciałem, a generał zawisł nad podłogą. Jego ręce powędrowały prosto do pętli, która uniemożliwiała mu zaczerpnięcie powietrza. Kopał nogami, a jego ręce desperacko próbowały złapać się liny, ale na próżno.
To była spodziewana reakcja. Gdy nadszedł krytyczny moment, instynkt przetrwania wziął górę.
Scott stał w milczeniu, obserwując ostatnie sekundy życia generała. Jego ruchy stały się wolne i chaotyczne. Ręce nie mogły już utrzymać się w górze i opadły. Nogi przestały kopać, a ciałem wstrząsnęły drgawki, zanim całkowicie się zatrzymało. Richards stracił przytomność i miał umrzeć w ciągu kilku minut.
Scott stał przez chwilę, po czym zasalutował.
Przecież właśnie widział, jak generał odbiera sobie życie.
Otworzył oczy i natychmiast był w pełni świadomy, tak jak wiele razy wcześniej. Kiedy pracował jako agent operacyjny, niejednokrotnie budzono go w środku nocy. Niezależnie, czy przebywał w bazie gdzieś na świecie i strzelanina wyrywała go ze snu, czy w dżungli lub w górach, gdzie ukrywał się przed nadchodzącymi siłami wroga. Trzask gałęzi lub odgłosy ptaków opuszczających swoje gniazda, gdy ktoś się zbliżał, wystarczyły, by był w pełni czujny. Delikatne dotknięcie dłoni na ramieniu, kiedy strażnik zobaczył coś podejrzanego. Koszmary z zasadzki w Somalii, gdzie cała grupa została zabita przez siły wroga, również często go niepokoiły.
Nigdy wcześniej Joel Adler nie obudził się tak jak teraz. Jakby bez powodu.
Musiała być jednak jakaś przyczyna.
Leżał w łóżku w małym pokoju, gdzie poza posłaniem znajdowały się tylko stolik nocny i szafa z drewnianymi drzwiami.
Joel podniósł głowę z poduszki.
Odwrócił się, by móc wyjrzeć przez jedyne okno w pomieszczeniu, które znajdowało się po lewej stronie. Cienkie zasłony były zaciągnięte, a na stoliku nocnym między ścianą a łóżkiem ładował się telefon. Wszystkie lampy zgasił przed snem, przez co pokój tonął teraz w ciemnościach, do których nie mogły się przyzwyczaić oczy. Brakowało choćby nikłego źródła światła.
Sierpień chylił się ku końcowi, a wraz z nim nadchodziły ciemne noce. Po pożegnaniu z Malin i Izabelą na lotnisku Arlanda, Joel spędził kilka tygodni w podróży, przemierzając Szwecję od wschodniego po zachodnie wybrzeże. Najpierw sprzedał swojego Indian Scouta, który był za mały dla mierzącego prawie dwa metry i ważącego około sto dziesięć kilogramów mężczyzny, a zamiast niego kupił matowoczarny motor o wadze ponad pół tony - Indian Chief Dark Horse. Joel od dawna pragnął mieć ten klasyczny motocykl, ale pensja elitarnego żołnierza nie pozwalała na takie wydatki. Dzięki pracy jako ochroniarz Izabeli, mógł sobie w końcu na niego pozwolić.
Matka dziewczyny była mu ogromnie wdzięczna, że uratował jej córkę, choć on sam uważał, że poniósł sromotną porażkę w swojej misji zapewnienia jej całkowitego bezpieczeństwa. Odkąd ojciec Izabeli, Louis, został zamordowany, ani matka, ani córka nie chciały mieszkać w nieruchomości na Ingarö, więc Malin, chcąc się odwdzięczyć Joelowi, przekazała mu całą posiadłość. Kobiety przeprowadziły się do Bostonu, gdzie Izabela miała studiować na Harvardzie. Joel i młoda dziedziczka fortuny wiele razem przeszli, co stworzyło między nimi więź, której nie sposób było zerwać. Adler utrzymywał kontakt z nimi obiema. Zaledwie kilka dni wcześniej Malin zadzwoniła do niego, martwiąc się o córkę, która była na imprezie studenckiej. Joel nie mógł w tej sytuacji zbyt wiele zrobić, poza próbami uspokojenia matki. Cokolwiek działo się w takich miejscach, było nieporównywalne z okropieństwami, których dziewczyna wcześniej doświadczyła. Coś podpowiadało Joelowi, że Malin chciała, aby poleciał z nimi do Stanów, ale on wiedział, że amerykańscy ochroniarze wykonali swoją pracę równie dobrze. Jeśli nie lepiej, biorąc pod uwagę obowiązujące w tym kraju przepisy dotyczące broni, które pozwalały większości obywateli ją nosić.
Słaby chrzęst sprawił, że Joel podniósł się lekko, ale wciąż pozostawał na miejscu. Usłyszał, jak podeszwy butów drapią o żwir na zewnątrz. Ktoś zbliżył się do zewnętrznej ściany. Nie dało się uniknąć przejścia po kamyczkach, ponieważ były częścią systemu drenującego, który rozciągał się na pół metra od domu. Paprocie rosły na skraju żwirowego pasa, przy trawniku, który przypominał łąkę. Joel wrócił do domku dopiero wczoraj i zdążył tylko obejrzeć drzwi wejściowe wymienione przez szwedzką policję. Krajowa grupa do zadań specjalnych podziurawiła je jak sito podczas nalotu na Adlera, podejrzewanego o zorganizowanie najgorszego ataku terrorystycznego w historii Szwecji. To było ponad rok temu, prawie półtora, ale wydawało się niezwykle odległe. Od tego czasu wiele się wydarzyło, a teraz Joel wrócił do chaty, swojej bazy, którą zamierzał wyremontować późnym latem przed motocyklową podróżą bez celu na południe Europy, gdzie chciał już od dawna pojechać.
Chrzęst ustał, a Adler przysunął się bliżej krawędzi łóżka. Odsunął kołdrę i leżał w samej bieliźnie.
- Execute - szepnął mężczyzna na zewnątrz.
Joel dokładnie wiedział, co to oznacza.
Ktoś rozbił szybę, ale zanim jej odłamki zdążyły spaść na podłogę, przez otwór w oknie wrzucono jakiś przedmiot.
Joel przetoczył się przez krawędź łóżka i wylądował na podłodze sekundę przed tym, jak coś upadło w pobliżu jego stóp. To był z pewnością granat. Wydał metaliczny, twardy dźwięk. Adler nie mógł stwierdzić, którego typu: ręczny czy tylko odwracający uwagę, ale te dwie opcje były najbardziej prawdopodobne.
Po chwili było już wiadomo, że to nie granat ręczny. Joel przeżył.
Przewrócił się na brzuch.
Czy to miał być ten moment? Czy przyszedł jego czas, by umrzeć?
Chociaż leżał na brzuchu z zamkniętymi oczami, błyski granatu dywersyjnego były widoczne, a wybuchy brzmiały, jakby piorun uderzał w pokój z całą furią.
W uszach Joela rozległo się ostre dzwonienie, jakby czujnik dymu znajdował się tuż obok jego głowy. Z oddali dobiegał odgłos pukania w ścianę. Stłumiony dźwięk był trudny do zidentyfikowania, ale kiedy szkło spadło na jego nogi, a zasłona zatrzepotała, zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje.
Jego słuch był tymczasowo osłabiony, a pukanie okazało się w rzeczywistości wystrzałami.
Po trzecim sygnale się zniecierpliwił i zacisnął pięść. Po piątym z kolei zazgrzytał zębami i zamknął oczy. Kiedy automatyczna sekretarka poinformowała go, że abonent nie może odebrać, oparł się impulsowi rzucenia aparatem o ziemię.
Scott Davies rozłączył się i schował telefon do kieszeni, ale zostawił w jednym uchu zestaw słuchawkowy. W drugim znajdował się odbiornik podłączony do krótkofalówki. Po prawej stronie przy pasie miał ukrytą kaburę z bronią Glock 17, zakrytą przez specjalnie w tym celu uszytą kurtkę. Wiele osób wolało nosić pistolet na ramieniu, gdy byli ubrani po cywilnemu, ale Scott zauważył, że dobywanie broni z biodra daje zarówno przewagę w szybkości, jak i w skuteczności. Wiedział, że ma rację, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkał nikogo, kto potrafiłby wyciągać broń sprawniej i trafiać lepiej niż on. Nawet podczas dziewięciu lat służby w Navy Seals. Nikt w amerykańskich siłach specjalnych nie był w stanie go pobić, jeśli chodzi o strzelanie, więc miał dowody na poparcie swojego wyboru i nadal nosił pistolet na biodrze, a nie w kaburze na ramieniu.
Scott przeczesał dłonią falujące blond włosy i westchnął. Położył jedną rękę na drugiej i oparł je na pasku, przyjmując swobodny, zrelaksowany wygląd, mimo że przepełniała go frustracja. Nie było to zauważalne dla osób postronnych. Nikogo też w zarezerwowanej na ten wieczór restauracji to nie obchodziło. Dla tych gości był wart tyle co brud pod paznokciami. Pracując tu, miał stać się niewidzialny i nie robić zamieszania. Nie rzucać się w oczy i nie odzywać się niepytany.
Cholerne bachory.
W środku pustej restauracji dwudziestoletni Thomas Orr siedział między dwiema młodymi i niezwykle seksownymi kobietami. Przed nim znajdowało się dwóch facetów w tym samym wieku, Delmar i Stephan, którym również towarzyszyły dziewczyny. Wszystkie były modelkami. Większość naturalnie piękna, niektóre strasznie wypacykowane. Jedna wyglądała dziwacznie. Ogromne piersi i napompowane usta sprawiały, że przypominała kaczkę. Wszystkie laski chciały szybko zaciągnąć tych facetów do łóżka. Pieniądze były dla nich najważniejsze, a ci młodzieńcy mieli ich pod dostatkiem.
Doświadczenie podpowiadało Scottowi, że wieczór zakończy się jakąś orgią, oczywiście za zamkniętymi drzwiami. Davies w pewnym momencie przestawał pełnić swoją funkcję ochroniarza. Teraz wszyscy znajdowali się w restauracji w Miami, na trzydziestym piętrze wieżowca z widokiem na South Beach. Nawet jeśli impreza miała charakter zamknięty, to wciąż było to miejsce publiczne, więc Scott musiał zachować pełną gotowość. W luksusowej willi na Fisher Island panowała nieco swobodniejsza atmosfera. Davies widział te kobiety po raz pierwszy i ostatni tego wieczoru. Miał nadzieję, że w przyszłym tygodniu wszystko wróci do normy i uniknie niańczenia dzieci. Ku jego uldze, inne osoby zajmowały się głównie ochroną syna miliardera. Dwóch pozostałych ochroniarzy było jednak tymczasowo niezdolnych do pracy - odpowiednio z powodu zapalenia płuc i złamanej nogi - dlatego Davies został poproszony przez Michaela, czy mógłby zająć się jego synem. Scott chciał odmówić, ale wiedział, że to nienajlepszy pomysł. Na szczęście to tylko tymczasowe zadanie, wkrótce Hank miał wrócić do pracy. Zapalenie płuc nie mogło trwać wiecznie. Michael ufał niewielu osobom w kwestii bezpieczeństwa Thomasa i nie stanowiło wielkiej tajemnicy, że Davies był jedną z nich. Scott nie przepadał za tego typu zadaniami, ale kiedy słyszał rozkaz, to go wykonywał. Jak prawdziwy żołnierz, którym w głębi duszy zawsze miał pozostać.
Jedna z kobiet u boku Thomasa zaśmiała się głośno, przechylając głowę i odrzucając włosy. Bez skrępowania zwróciła twarz chłopaka w swoją stronę i go pocałowała. Wtedy zbliżyła się druga i również oddała się czułościom. Thomas był prawdziwym kobieciarzem, w przeciwieństwie do swojego ojca Michaela, który od trzydziestu lat pozostawał wierny żonie. Przynajmniej tak to wyglądało przez ostatnie cztery lata, kiedy Scott pracował u jego boku, odpowiadając za "bezpieczeństwo osobiste i rozwiązania taktyczne", jak to się ładnie nazywało. "Czyściciel" brzmiało bardziej adekwatnie i gdyby mógł, osobiście zająłby się sprawą Joela Adlera, a nie przerzucał odpowiedzialności na Jacka, który teraz nie odbierał telefonu.
Coś musiało się stać.
Michael nalegał, aby Scott nie opuszczał kraju, dopóki Joel nie ujawni się szerszej publice. Ten Szwed nie dawał się łatwo namierzyć, nie był aktywny w sieci, co czyniło go praktycznie niemożliwym do znalezienia. Scott ponownie o nim usłyszał podczas ataków terrorystycznych w Sztokholmie, ale dopiero gdy Michael przeczytał o tym w gazecie, Davies mógł zacząć działać.
Po tych zdarzeniach Adler został osadzony w areszcie śledczym pod ścisłym nadzorem, a igranie ze szwedzkim systemem więziennictwa nie wchodziło w grę. Była to placówka o surowym rygorze, a korzystanie z kontaktów na miejscu stanowiło ryzyko. Co więcej, Joela umieszczono w oddziale zamkniętym, co oznaczało, że nikt poza pracownikami i więźniami nie miał tam dostępu. Trudno było znaleźć kogoś, kto mógłby się tam jakoś przedostać. Później Adlera przeniesiono do innego oddziału, ale Michael chciał poczekać. Próby dotarcia do Joela wewnątrz murów mogły skończyć się porażką, a stawka była zbyt wysoka, by wtajemniczać wiele osób. Im więcej ludzi się zatrudniało do takiej roboty, tym większe stawało się ryzyko, że ktoś nawali. Trzeba zachowywać zdrowy rozsądek i się nie spieszyć. Nie mogło dojść do żadnych przecieków. Sprawa powinna zostać załatwiona w taki sposób, by nic nie wskazywało na zaangażowanie Michaela, co leżało również w interesie Scotta, ponieważ był tak samo umoczony jak jego szef. Planowali, że zajmą się Adlerem, gdy zostanie zwolniony, lecz on praktycznie zniknął. Davies nie mógł się pogodzić z tym stanem rzeczy, ale teraz Joel pojawił się w swojej chatce. Gdzie przebywał przez całe lato pozostawało tajemnicą, ale najważniejsze było to, że wrócił. Jack, Tony i Marlo zamontowali tam aktywowane ruchem kamery monitorujące wielkości znaczka pocztowego. Bezprzewodowe i niezwykle potężne. Michael, za pośrednictwem wielu spółek fasadowych, używając fikcyjnych tożsamości o fałszywych numerach ubezpieczenia społecznego, kupił w Szwecji domek oddalony od chatki Joela o dwadzieścia kilometrów. To była siedziba Jacka i pozostałych, którzy tylko czekali, aż Adler się pojawi, aby w nocy zaatakować.
Akcja miała się zacząć pół godziny temu. To trwało zbyt długo. Scott podniósł telefon i ponownie zadzwonił do Jacka. Tamten nie odebrał.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Normalny słuch szybko powrócił, ale do uszu Joela nie docierało nic poza trzaskiem karabinu automatycznego na zewnątrz i dźwiękiem pocisków wyrywających duże dziury w gipsowej ścianie naprzeciwko okna. Adler pozostał na podłodze, sięgając w kierunku spodu łóżka. Chwycił pistolet, Glock 19, który był przyklejony do stelaża i wyciągnął go. Znajdował się tam od lat i został przeoczony przez policję, gdy jednostka specjalna włamała się do jego chatki. Joel zbliżył broń do ciała i trzymał ją na wysokości klatki piersiowej. Wycelował w zamknięte drzwi.
Założył, że atakujących było kilku.
Strzelanina ustała.
Ktoś nacisnął klamkę i drzwi się otworzyły. Słaby blask lampy stołowej w dużym pokoju dał Joelowi światło, którego potrzebował. W progu pojawił się mężczyzna w pełnym rynsztunku, z goglami noktowizyjnymi, uprzężą bojową i karabinem automatycznym w rękach. Wycelował w łóżko, ale zanim zdążył się zorientować, że jest puste, Joel strzelił mu w głowę, oddając dwa szybkie strzały.
Mężczyzna upadł w progu, dając Joelowi okazję do zabicia drugiego, który stał za nim, jednak ten strzelec miał lepszy refleks. Adler oddał trzy strzały, aby utrzymać mężczyznę na dystans, po czym szybko przyklęknął w kącie pokoju. Dobrze wiedział, że jeśli nie się przemieści, zaraz będzie martwy. Może było ich tylko dwóch. Pobożne życzenie.
Pozycja Joela była już znana i gdyby napastnik miał jakiekolwiek wyszkolenie taktyczne, szybko by go sprzątnął. Wsadziłby broń do pokoju przez drzwi i strzelał losowo, szczególnie w kierunku rogu, w którym Joel się teraz znajdował. Adler musiał dostać się teraz na drugą stronę, ale tam stałby się łatwym celem dla osoby za oknem.
Nie można było temu zaradzić.
Joel oddał jeszcze dwa strzały w drzwi i dwa w okno, po czym wstał i przeskoczył łóżko. Zanim spadł na podłogę, kule wbiły się w ścianę w rogu, gdzie przed chwilą się znajdował. Joel dostrzegł napastnika przy drzwiach. Miał podobny ekwipunek do pierwszego, wszedł jednak za daleko do pokoju, chcąc zabić swój cel.
Duży błąd.
Joel postrzelił go dwoma pociskami tuż poniżej klatki piersiowej. Niewiele pancerzy było w stanie wytrzymać strzał z karabinu maszynowego z boku. Kuloodporne osłony znajdowały się na środku klatki piersiowej i pleców, ale po bokach nie zastosowano prawie żadnej ochrony. Trzeci strzał oddał w głowę ze skutkiem śmiertelnym. Mężczyzna upadł na ciało pierwszego napastnika.
Dwóch zabitych. Przynajmniej jeden został.
Dwanaście strzałów. Pozostały trzy.
Joel odwrócił się w stronę okna. Znajdował się niemal bezpośrednio przed nim. Tylko łóżko dzieliło go od napastnika na zewnątrz. Albo napastników.
Adler przykucnął, nie odrywając wzroku od okna, pamiętając cały czas, że przez drzwi może nadejść kolejny wróg. Tkwienie w jednym miejscu było wyrokiem śmierci. Joel musiał się ruszyć. Wydostać się z pozycji bojowej. Oddał strzał prosto przez okno i przykucnął u stóp łóżka. Nie słyszał nic z zewnątrz. Jeśli w pobliżu był snajper, prawdopodobnie już strzelał. Joel nie zanotował nic poza ogniem z karabinów, nic większego kalibru. Z drugiej strony, ktoś mógł siedzieć gdzieś ze zwykłą bronią i strzelać do niego z odległości stu metrów, ale Joel zdecydował się podjąć to ryzyko. Operacja w środku nocy przeciwko jednej osobie w małej chatce nie wymagała więcej niż trzech osób. Prawdopodobne podejście polegało na tym, że jedna osoba trzymała tyły i sypialnię, podczas gdy dwuosobowy patrol zajmował się ofensywnym przeszukiwaniem wnętrza.
Za chwilę miało się okazać, czy to prawda.
Zostały dwa naboje.
Joel uklęknął przy ścianie obok drzwi. Tam nikt nie mógł go zastrzelić z drugiego pokoju, ale mógł to zrobić ktoś z zewnątrz. Adler nie spuszczał wzroku z okna. Podniósł automatyczny karabin pierwszego napastnika, HK416 z amunicją 5,56 mm i krótką lufą. Doskonała broń do walki w zamkniętych przestrzeniach, używana przez różne elitarne jednostki na całym świecie. W tym Alpha. Joel podniósł karabin, wyjął magazynek, by sprawdzić amunicję i wsadził go z powrotem. Był gotowy. Natychmiast wstał i skierował się do dużego pokoju. Znał każdy zakamarek chatki, a w tym pomieszczeniu znajdowała się tylko kanapa, stolik kawowy, okrągły stół i płyta kuchenna na blacie. Drzwi do toalety były zamknięte. Joel oddał w nie trzy strzały i przez chwilę czekał na huk. Nic takiego nie usłyszał. Na razie postanowił zignorować łazienkę, wiedział jednak, że jej wnętrze jest niewidoczne, więc nadal może stanowić niebezpieczną przestrzeń. W tej chwili najbardziej trzeba było uważać na okno nad sofą i od frontu przy okrągłym stole. Zostały jeszcze otwarte drzwi wejściowe. Joel poruszał się bezszelestnie. Szybko spojrzał na jedno z okien. Zasłony były zaciągnięte, ale wciąż pozostawał łatwym celem. Ustawił się między drzwiami wejściowymi i oknem od frontu, aby zejść z przypuszczalnego celownika.
Na zewnątrz coś zaszeleściło. Jakby ktoś przyciągnął broń do siebie, by móc się przemieścić. To materiał kurtki ocierał się o kamizelkę. Wkrótce w drzwiach pojawiła się zamaskowana postać.
Joel strzelił napastnikowi w głowę dwoma szybkimi strzałami.
Trzech zabitych.
Adler nie miał pojęcia, ilu ich jeszcze zostało.
Cofnął się w stronę toalety i obszedł stół, nie oglądając się za siebie. Nie spuszczał wzroku z drzwi wejściowych ani okna, zdając sobie sprawę, że ktoś może być w łazience za jego plecami. Nie słyszał żadnego skrzypienia zawiasów, co oznaczało, że drzwi od toalety pozostawały zamknięte.
Zatrzymał się, gdy dotarł do ściany, odwrócił się i otworzył je. Pusto. Dziesięć centymetrów nad starą, ale wciąż działającą deską klozetową znajdowały się dwie dziury po kulach. Trzecia trafiła w lustro nad umywalką. Celowo rozłożył strzały, aby mieć większą szansę na trafienie osoby, która mogła przebywać w środku.
Joel zostawił otwarte drzwi i wrócił do sypialni. Stanął wzdłuż ściany i wyjrzał zza zasłony. Księżyc znajdował się wysoko na niebie, rzucając białe światło na korony drzew za łąką. Późne letnie wieczory i noce stawały się teraz znacznie ciemniejsze. Wkrótce nawet blask księżyca okaże się niewystarczający, aby zapewnić potrzebne światło. Joel milczał, nasłuchując. Nic nie słyszał. Jeśli ktoś tam był, to dobrze się ukrywał. Stanowiłoby to pierwszą oznakę jakiegokolwiek profesjonalizmu - do tej pory Joela ratowała niekompetencja napastników. Przy lepszym wyszkoleniu operatorów Adler nie miałby szans. Ryzyko polegało na tym, że mogło być jeszcze dwóch: jeden z tyłu i jeden z przodu domu. W sumie pięciu. Istniało takie prawdopodobieństwo, więc Joel wrócił do frontowych drzwi. Stanął przy ścianie, tuż przy ościeżnicy i nasłuchiwał.
Zupełnie nic.
Ścisnął mocniej kolbę pistoletu i wziął głęboki oddech. Prawą stopą przekroczył próg, przesunął się w bok i znalazł się po drugiej stronie drzwi. Przez sekundę, gdy się odkrył, nie zarejestrował żadnego ruchu ani nie zauważył nic przykuwającego wzrok przed chatką. Zmienił chwyt tak, że teraz trzymał spust lewą ręką, co było zaletą, ponieważ to tę stronę miał odsłonić jako pierwszą, gdy odepchnie drzwi. Jako żołnierz elitarnych jednostek, potrafił obsługiwać broń obiema rękami i nie miało dla niego znaczenia, której używał.
Nie padły żadne strzały, gdy stanął w drzwiach, co wskazywało, że nikt nie osłaniał frontu. Nie miał jednak pewności. Równie dobrze mogło być tak, że osoba pilnująca nie zdążyła i teraz lepiej przygotowała się na chwilę, gdy Joel będzie znów odsłonięty.
Adler postanowił zaryzykować.
Wyszedł zza framugi drzwi. Nie było sensu celować nigdzie bronią, ponieważ wróg mógł znajdować się wszędzie. Lepiej postawić na szybkość, która utrudniała zadanie napastnikowi. Poruszający się przeciwnik stanowił trudniejszy cel, więc Joel rzucił się do przodu. Skręcił w lewo i popędził w stronę jabłoni, której ogromne gałęzie rozpościerały się jak ramiona na powitanie. Adler przycisnął się do pnia, który zapewniał osłonę od tyłu, i uniósł broń w kierunku domu. Skanując okolicę, nie oddał żadnego strzału. Nie było słychać żadnego ruchu.
Jak dotąd panowała cisza.
Joel się odwrócił, zerknął za drzewo, ale nic nie przykuło jego uwagi. Żadnych śladów ruchu, żadnych podejrzanych dźwięków. Cofnął się w kierunku krótszego końca domu. Przycisnął się do ściany. Nadal nie dochodziły do niego żadne niepokojące dźwięki. Podniósł pistolet i szybko przeszedł na tył domu. Tam też było spokojnie. Pod oknem sypialni nadepnął na leżące na ziemi łuski. Wróg, który tutaj strzelał, stał bardzo blisko ściany, więc to on musiał też wrzucić granat dywersyjny, a potem opróżnić cały magazynek, celując do wnętrza chatki. Trzeci napastnik leżał teraz martwy w korytarzu. Joel wrócił na front domu i wszedł do środka. Ponownie przeszukał duży pokój, toaletę i sypialnię. Pusto.
Było ich tylko trzech.