Jedziemy z matką na północ - Karin Smirnoff

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W SE­RII DZIEŁ PI­SA­RZY SKAN­DY­NAW­SKICHUKA­ZAŁY SIĘ DO­TYCH­CZAS:

Tar­jei VESAAS, Wio­senna noc / Za­mek z lodu, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Tommi KIN­NU­NEN, Po­wie­działa, że nie ża­łuje, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, An­ne­liese PITZ, Czło­wiek, który ko­chał Sy­be­rię, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Helga FLA­TLAND, Ostatni raz, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Ka­rin SMIR­NOFF, Po­je­cha­łam do brata na po­łu­dnie, prze­ło­żyła Agata Te­pe­rek

Nina WÄHÄ, Te­sta­ment, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Kjell WESTÖ, Niebo w ko­lo­rze siarki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tu­by­le­wicz

Roy JACOB­SEN, Tylko matka, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Knut HAM­SUN, Sza­rady, prze­ło­żyła Ma­ria Go­łę­biew­ska-Bi­jak

Laura LIN­D­STEDT, One­iron, prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Roy JACOB­SEN, Oczy z Ri­gela, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Stig DAGER­MAN, Po­pa­rzone dziecko, prze­ło­żyła Ju­styna Cze­chow­ska

Au­?ur Ava OLA­FS­DÓT­TIR, Bli­zna, prze­ło­żył Ja­cek Go­dek

Jo­nas T. BENGTS­SON, Ży­cie Sus, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Roy JACOB­SEN, Białe mo­rze, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

Ka­ren BLI­XEN, Po­że­gna­nie z Afryką, prze­ło­żyli Jó­zef Gie­buł­to­wicz i Ja­dwiga Piąt­kow­ska

Carl Frode TIL­LER, Po­czątki, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Tun­kiel

Helga FLA­TLAND, Współ­cze­sna ro­dzina, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Droz­dow­ska

Roy JACOB­SEN, Nie­wi­dzialni, prze­ło­żyła Iwona Zim­nicka

4

Skrę­ci­li­śmy w kie­runku ko­ścioła w kuk­ko­järvi i za­par­ko­wa­li­śmy obok nor­dina.

Ko­ściół znaj­do­wał się na wzgó­rzu. Na­grobki opa­dały rów­niut­kimi rzę­dami ku rzece.

Krewni aatki za­jęli się po­grze­bem. My mie­li­śmy się tu tylko zja­wić.

Mróz nie za­brał jesz­cze ca­łej ro­ślin­no­ści. Li­ście na drze­wach pło­nęły ko­lo­rami ze skraju skali. Ostat­nie pro­mie­nie słońca ga­sły nad ko­ścio­łem.

We­szli­śmy i usie­dli­śmy na sa­mym przo­dzie. Lu­dzie za­peł­nili ławki za na­szymi ple­cami. Gar­ni­tury maj­stro­wały coś przy oł­ta­rzu. Zer­k­nę­łam przez ra­mię i zo­ba­czy­łam nie­znane mi twa­rze. Star­ców mło­dzież ro­dziny z dziećmi. Ci­cho roz­ma­wiali i ki­wali do nas gło­wami jak­by­śmy po­dzie­lali ich smu­tek. Ko­biety miały włosy za­kryte chust­kami.

Gdzie my je­ste­śmy spy­ta­łam brora. Nic nie czaję.

Je­ste­śmy w aat­czyź­nie. Opo­wia­dała o tu­tej­szej wspól­no­cie. Tra­dy­cja naj­wy­raź­niej ma się tu do­brze. Ro­zej­rzał się. Od­wza­jem­nił pełne współ­czu­cia uśmie­chy. Sie­dział tak bli­sko mnie że czu­łam jego ko­ści­ste ra­mię przy swoim ko­ści­stym ra­mie­niu.

Kim są ci wszy­scy lu­dzie nie prze­sta­wa­łam się dzi­wić. Aatka nie mo­gła ich prze­cież znać.

Miała dzie­wię­cioro ro­dzeń­stwa od­parł bror.

Matka ode­szła w za­po­mnie­nie.

Ja­koś źle się czuję z tym że leży sama w drew­nia­nej skrzyni do­dał. Ta skrzy­nia nie jest na­wet ohe­blo­wana.

Nie­długo ro­baki od­kryją że nogi ma rów­nie chude jak ręce i szyję od­par­łam.

Prze­stań skar­cił mnie. Wiem że czu­jesz to samo co ja. Za­wsze wiem co czu­jesz.

Miał ra­cję ale nie po­wie­dzia­łam mu tego. Chcia­łam ścią­gnąć z sie­bie po­grze­bową ma­ry­narkę i okryć nią trumnę ni­czym ko­cem.

Roz­dzwo­niły się ko­ścielne dzwony. Cze­ka­li­śmy na pre­lu­dium pierw­szego psalmu ale nada­remno żadne pre­lu­dium nie roz­brzmiało. Zgro­ma­dze­nie wstało. My też. Za­śpie­wa­li­śmy psalm blott en dag bez akom­pa­nia­mentu or­ga­nów. Nie było tra­ge­dii. Wy­szło po pro­stu ina­czej.

Dwa z trzech gar­ni­tu­rów usia­dły.

Trzeci jak się zda­wało naj­waż­niej­szy przy­piął so­bie mi­kro­fon i ro­zej­rzał się po ze­bra­nych. Spra­wiał wra­że­nie jakby na­pa­wał się tą sy­tu­acją. Scena była jego. Wła­dza była jego na wieki wie­ków amen.

Dni czło­wieka są po­li­czone za­czął. Nie mamy wpływu na to jak długo dane nam bę­dzie żyć. Ale mo­żemy wpły­wać na to jak bę­dzie wy­glą­dało na­sze ży­cie.

A to nie jedno i to samo spy­ta­łam.

Ciii uci­szył mnie bror. Po­słu­chaj tego ka­zno­dziei ma chyba wy­jąt­kowo coś sen­sow­nego do po­wie­dze­nia.

Grzech i bło­go­sła­wień­stwo idą ze sobą w pa­rze pra­wił gar­ni­tur. Grze­szymy ale grze­chy zo­stają nam od­pusz­czone. Grze­chy kro­czą za nami do­kąd­kol­wiek się uda­jemy. Dia­beł za nami kro­czy do­kąd­kol­wiek się uda­jemy. Za­sta­wia na nas pu­łapki w które ła­two wpaść. I więk­szość z nas wpada w nie każ­dego dnia. To te drobne kłam­stewka kiedy ko­biety mó­wią mę­żom że je­dze­nie im nie wy­szło. Kiedy dzieci sprze­ci­wiają się ro­dzi­com. Gdy na­sto­lat­ko­wie nie wra­cają do domu o umó­wio­nej po­rze.

To ta­kie małe grze­chy. Lu­dzie pro­szą o ich od­pusz­cze­nie. Bóg od­pusz­cza ale żąda żeby wię­cej się nie po­wtó­rzyły. Po­wta­rza­jące się grze­chy się od­kła­dają. Two­rzą wieżę ba­bel. Kiedy ta się wali wy marni lu­dzie pro­si­cie o od­pusz­cze­nie grze­chów. Bi­czu­je­cie się i obie­cu­je­cie że już ni­gdy wię­cej nie do­pu­ści­cie się grze­chów sła­bego czło­wieka. Ale to ni­gdy wię­cej zmie­nia się za­wsze w co­raz wię­cej. Raz za ra­zem dia­beł otwiera przed wami za­pad­nie by­ście w nie wpa­dali. I to was prze­ra­sta. Dia­beł znaj­duje się o krok przed wami i ma to pe­wien sens. Bez grze­chu nie ma zba­wie­nia. Bez wy­zna­nia grze­chów nie ma ła­ski.

Wy­cią­gnął nad na­szymi gło­wami ręce przy­odziane w ma­ry­narkę.

Bez grze­chu nie ma zba­wie­nia za­wo­łał przed sie­bie a jego głos po­niósł się po ko­ściele. Bez wy­zna­nia grze­chów nie ma ła­ski.

I wierni mu od­po­wie­dzieli.

Bez grze­chu nie ma zba­wie­nia. Bez wy­zna­nia grze­chów nie ma ła­ski.

W ko­ściele za­pa­no­wało po­ru­sze­nie. Za nami lu­dzie szlo­chali nad swoim grzesz­nym ży­ciem. La­men­to­wali i ko­ły­sali się jakby wła­śnie ska­zano ich na uka­mie­no­wa­nie. O ko­bie­cie w trum­nie naj­pew­niej za­po­mnieli.

Po­chy­li­łam się do brora. W pierw­szej chwili nie usły­szał co po­wie­dzia­łam.

Co za far­ma­zony po­wtó­rzy­łam nieco gło­śniej. Od­su­nął się ode mnie.

Gar­ni­tur stop­niowo pod­no­sił głos.

Si­ri­ra­hanni po­wie­dział. Albo si­ri­kippo jak zwała się od­kąd wbrew wspól­no­cie wy­szła za mąż za po­łu­dniowca. Ni­gdy nie roz­pra­wiła się z ży­ciem w grze­chu. Wręcz prze­ciw­nie zby­wała wszel­kie oskar­że­nia chcąc ucho­dzić za bez­grzeszną. Za­miast po­chy­lić głowę przed mę­żem któ­remu od­dała swoje ciało i przy­jąć na sie­bie karę za grze­chy zo­stała więź­niarką za­plą­taną w dia­bel­skie sieci. Za­miast po­pro­sić o od­pusz­cze­nie grze­chów i cie­szyć się ła­ską pana upie­rała się przy swo­jej nie­win­no­ści i obar­czała winą świę­tego męża.

Czoło świe­ciło mu od potu. Oczy lśniły a przez ciało prze­cho­dziły dresz­cze. Tak go roz­pa­liły jego wła­sne słowa że trząsłby się cały i szlo­chał gdyby tylko wy­pa­dało.

Przez rzędy ław nio­sły się pła­cze i jęk.

Po twa­rzy brora spo­koj­nie spły­wały łzy.

We mnie na­ra­stał gniew. Chęć wy­wró­ce­nia chrzciel­nicy i roz­sy­pa­nia tacy. Kiedy przyj­rza­łam się do­kład­niej bro­rowi zo­ba­czy­łam że nie pła­cze z żalu. Nie smu­cił się. Był po­ru­szony w błogo nie­biań­ski spo­sób.

Nie­po­trzeb­nie szturch­nę­łam go w bok aż tak mocno.

Co ro­bisz syk­nął. Mu­sisz nisz­czyć ten piękny mo­ment. Nie sły­szysz że lu­dzie opła­kują z nami na­szą stratę.

Różne rze­czy le­żały mi na sercu ale wierni wła­śnie po­wstali.

Nie­skoń­czoną ła­skę dał nam pan

I dzi­siaj daje mi.

Zbłą­dzi­łem on do domu przy­wiódł mnie

Śle­pemu przy­wró­cił wzrok.

Po za­koń­cze­niu psalmu zmó­wi­li­śmy po ci­chu mo­dli­twę. Gar­ni­tur mo­dlił się z otwar­tymi oczami znów uno­sząc ręce. Jakby uczest­ni­czył w wi­do­wi­sku mu­zycz­nym w skan­se­nie. Al­lsa?ng-pa?-skan­sen w wer­sji-z-kuk­ko­järvi.

Po czter­dzie­stu dzie­wię­ciu la­tach siri zde­cy­do­wała się wró­cić do domu. Wró­cić do nas. Zde­cy­do­wała się pro­sić o od­pusz­cze­nie grze­chów. Si­ri­ra­hanni zwró­cił się do aatki. Grze­chy zo­stają ci od­pusz­czone. Zo­sta­jesz ob­da­rzona ła­ską. Masz wolną drogę żeby iść do pana.

Płacz ucichł. Ko­biety po­pra­wiły chu­sty. Lu­dzie się uspo­ko­ili.

Wszy­scy poza bro­rem. On te­raz na­prawdę pła­kał. Uszedł ze mnie gniew. Wci­snę­łam mu dłoń pod rękę.

Bę­dzie do­brze po­wie­dzia­łam tak jak tyle razy wcze­śniej.

Bę­dzie do­brze.

Gar­ni­tur za­jął miej­sce na krze­śle w tle. Pa­łeczkę prze­jęła zwy­czajna su­tanna.

Od­chrząk­nię­cie.

Si­ri­ra­hanni była naj­młod­szym z dzie­się­ciorga dzieci za­czął su­tanna. Ale kiedy ro­dzice za­cho­ro­wali to wła­śnie jej przy­szło się nimi za­jąć. Nie­długo po tym jak oj­ciec i matka ode­szli z tego świata si­ri­ra­hanni opu­ściła ro­dzinną wieś żeby pod­jąć pracę i móc sa­mej zwią­zać ko­niec z koń­cem. W sma­l?n­ger spo­tkała przy­szłego męża eri­ka­kippa. Bóg po­bło­go­sła­wił ich dwoj­giem dzieci.

Dwoj­giem dzieci al­bi­no­sów po­mio­tów dia­bła do­po­wie­dzia­łam.

Daj spo­kój ob­ru­szył się bror. Jesz­cze cię usły­szą.

Si­ri­ra­hanni była od­daną żoną i matką a przy tym na za­wsze za­cho­wała w sercu ro­dzinne strony. Wy­star­czy spoj­rzeć na te piękne ha­fty które zdo­bią nasz dom pa­ra­fialny żeby się o tym prze­ko­nać.

Niech cię pan bło­go­sławi i strzeże.

Po­mó­dlmy się.

Mo­dli­li­śmy się za aatkę.

Amen.

Te­raz każdy kto tylko ze­chce może po­że­gnać się oso­bi­ście ze zmarłą.

Kolce wbi­jały nam się w dło­nie. Na sta­cji ben­zy­no­wej w r?ne ku­pi­li­śmy róże żeby mieć co po­ło­żyć na trum­nie. Ani na niej ani obok niej nie było kwia­tów. Nie było też świecz­ni­ków z trze­po­czą­cymi pło­mie­niami ani in­nych de­ko­ra­cji. Je­dy­nie drew­niana skrzy­nia która wręcz pro­siła się o ja­kąś ozdobę. Wsta­łam.

Chodź szep­nę­łam. Chcę po­ło­żyć na trum­nie róże.

Bror za­czął się wier­cić i roz­glą­dać po oto­cze­niu. Oto­cze­nie pa­trzyło na niego.

A co je­śli to nie tak ma być spy­tał.

Mam to gdzieś od­par­łam i po­de­szłam do trumny. Bror ru­szył za mną.

Po­ło­ży­li­śmy kwiaty na krzyż.

Nie by­łaś do­brą aatką po­wie­dzia­łam. Ale wiem że ten gar­ni­tur się myli.

Że­gnaj mamo po­wie­dział bror. Wiesz że ja. Za­ła­mał mu się głos i znów wstrzą­snął nim płacz.

Przez spa­zmy nogi le­dwo go nio­sły. Po­cią­gnę­łam go z po­wro­tem do ła­wek.

No chodź póź­niej bę­dziesz ją opła­ki­wać po­pę­dzi­łam go. Mu­simy spa­dać. Po­myśl tylko o du­żym moc­nym pi­wie. O du­żym za­pa­ro­wa­nym ku­flu moc­nego piwa ku­si­łam ale moja przy­nęta tylko po­gor­szyła sprawę. Bror pła­kał te­raz jak krnąbrne dziecko i nie chciał się ru­szyć.

Mamo za­wo­łał w stronę trumny. Mamo.

Lu­dzie zgro­ma­dzili się wo­kół nas. Czu­łam jak ich ciała uci­skają próż­nię i pod­pie­rają brora ni­czym kule.

W zgiełku po­śród chust i gar­ni­tu­rów nie było tlenu ani prze­ba­cze­nia.

Bror wszedł na aatkę jak na po­most. To ona dłu­bała przy za­sło­nach i po­da­wała oocu je­dze­nie i al­ko­hol ży­cząc mu smacz­nego.

To aatka w chu­ście. I bror.

Idziemy za­rzą­dzi­łam ale bror zgu­bił się gdzieś w moc­nych uści­skach i sko­rych do piesz­czot dło­niach chust. Po­cią­gnę­łam go za rękę. Wy­rwał się. Prze­pchnę­łam się przez tłum. Głów­nym przej­ściem wy­bie­głam na plac przed ko­ścio­łem i ru­szy­łam na par­king do sa­mo­chodu. Prze­krę­ci­łam klu­czyk w sta­cyjce dżipa. Sil­nik kilka razy za­kasz­lał i padł.

Ktoś za­pu­kał w szybę. Opu­ści­łam ją.

Szwan­kuje.

Déja vu po­my­śla­łam.

Spodnie my­śliw­skie ze skó­rza­nymi ła­tami na ko­la­nach po­pro­siły mnie że­bym otwo­rzyła klapę. Spró­buj te­raz po­wie­działy i dżip od­pa­lił rów­nie nie­za­wod­nie jak mru­czy kot.

Jus­si­ra­hanni przed­sta­wiły się spodnie. Po­dał mi rękę przez okno. Mu­sisz być za­pewne ja­ną­kippo. Je­ste­śmy ku­zy­nami.

Nie je­ste­śmy do sie­bie po­dobni za­uwa­ży­łam.

To prawda. Je­steś bar­dziej kippo przy­znał. Ze mnie jest wy­ka­pany ra­hanni.

Się­gnął do kie­szeni. Wy­jął puszkę ze snu­sem i mnie po­czę­sto­wał.

Nie lu­bię snusu.

Naj­wyż­sza pora po­lu­bić.

Może i tak od­par­łam i ufor­mo­wa­łam pal­cami grudkę po czym wci­snę­łam ją so­bie pod wargę.

Dro­binki ty­to­niu za­wi­ro­wały mi w ustach. Dzią­sła za­pie­kły.

Naj­pierw zro­biło mi się go­rąco. Po­tem ogar­nęły mnie mdło­ści. Otwo­rzy­łam drzwi sa­mo­chodu i zwy­mio­to­wa­łam na wy­myśl­nie przy­strzy­żony świerk.

Pro­szę po­wie­dział kiedy zwró­ci­łam ostatni ka­wa­łek hot doga ze sta­cji ben­zy­no­wej w r?ne. Wy­cią­gnął z kie­szeni chustkę i mi ją po­dał.

Dzięki stęk­nę­łam i wy­smar­ka­łam się sta­ro­mod­nie w kra­cia­sty ma­te­riał.

Gdzie pla­nu­je­cie się za­trzy­mać.

Nie wie­dzia­łam gdzie bę­dziemy spali. Przy­je­cha­li­śmy tu na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc nad noc­le­giem je­dze­niem czy ju­trzej­szym dniem.

Aatka. Ta którą wła­śnie po­cho­wa­li­śmy pi­sała że mamy we wsi dom. Może tam.

Nie to wy­klu­czone po­wie­dział jus­si­ra­hanni. Mo­że­cie prze­no­co­wać u mnie. Je­dli­ście już coś.

Do­piero co wi­dzia­łeś nasz dzi­siej­szy ja­dło­spis za­uwa­ży­łam.

W ko­ściele roz­dzwo­niły się dzwony.

Ża­łob­nicy za­częli wy­peł­zać na plac. Naj­pierw szła trumna z aatką. Tuż za nią ksiądz i bror pod­trzy­my­wany przez ja­kąś ko­bietę.

Jus­si­ra­hanni po­pa­trzył na zbo­cze na któ­rym aatka zde­cy­do­wała się spo­cząć.

Mo­żemy iść tam ra­zem za­pro­po­no­wał.

Z pro­chu po­wsta­łaś wy­de­kla­mo­wał ksiądz.

Ty przy­le­cia­łeś z marsa py­sko­wa­łam.

W proch się ob­ró­cisz.

In pu­lve­rem re­ver­te­ris po­wie­dział jus­si­ra­hanni.

Ksiądz użył szu­felki. Po­zo­stali gar­ści. Roz­sy­pa­łam tro­chę ziemi po wieku trumny.

Świeżo wy­ko­paną piasz­czy­stą glebę czuć było he­ma­ty­tem.

Bror stał po­śród no­wych przy­ja­ciół. Ja i jus­si­ra­hanni wró­ci­li­śmy na par­king inną drogą. Miło było wyjść z tego po­grzebu.

Czy­ta­łam na­pisy na ka­mie­niach. Ko­lejne po­ko­le­nia ro­dziły się i umie­rały. Nie­które na­zwi­ska po­ja­wiały się czę­ściej niż inne.

Wresz­cie bror pod­szedł do sa­mo­chodu. Na ple­cach trzy­mała mu rękę ta sama chu­sta co wcze­śniej. Od­wró­cił wzrok i wsko­czył na sie­dze­nie jak za­wsty­dzone dziecko.

Ko­bieta obe­szła sa­mo­chód i mnie też po­dała rękę. Marta przed­sta­wiła się. Je­ste­śmy ku­zyn­kami.

Nie je­ste­śmy do sie­bie po­dobne.

Fakt przy­znała ale może mamy po­dobne wnę­trze.

Taa aku­rat po­my­śla­łam.

Zaj­mij się te­raz bra­tem i do usły­sze­nia ju­tro.

Ski­nę­ły­śmy so­bie gło­wami tak jak kiwa się ob­cym.

Jedź za mną po­wie­dział jus­si­ra­hanni i skie­ro­wał kroki do pic­kupa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Za­pach był wy­czu­walny już od wej­ścia. Je­dyna w swoim ro­dzaju mie­szanka mo­czu pu­rée ziem­nia­cza­nego i środ­ków do de­zyn­fek­cji.

Na od­dziale pa­no­wała ci­sza. Pen­sjo­na­riu­sze od dawna le­żeli w łóż­kach. Na ścia­nach wi­siały rze­czy na­da­jące wnę­trzu do­mowy cha­rak­ter. Na­rzę­dzia i koła fur­ma­nek miały tchnąć ży­cie w ogar­nięte de­men­cją umy­sły. Bi­blie i cho­rały ewan­ge­lic­kie na tra­dy­cyj­nie ro­bio­nych re­ga­łach anno do­mini ty­siąc osiem­set dzie­więć­dzie­siąt osiem.

Pew­nego dnia sama będę tu sie­dzieć usi­łu­jąc so­bie przy­po­mnieć swoje ży­cie. W jed­nym z po­ko­jów z re­ga­ła­mi­billy so­fą­ek­torp urzą­dze­niem do pie­cze­nia chleba trze­paczką do szam­pana po­rad­ni­kami i pa­mięt­ni­kami re­stau­ra­tora le­ifa­man­ner­stöma.

Za­pu­ka­łam i we­szłam do środka.

Bror zdą­żył już przy­je­chać. Sie­dział na krze­śle i gła­skał aatkę po ręce.

Usia­dłam po dru­giej stro­nie łóżka. Chcia­łam ostatni raz z nią po­roz­ma­wiać ale sta­nę­łam przed dy­le­ma­tem. Aatka to na­sza na­zwa wła­sna. Siri brzmiało dziw­nie. A?iti nie było po szwedzku. Mama w ogóle nie wcho­dziło w ra­chubę.

Cześć po­wie­dzia­łam w końcu. Sły­szysz mnie.

Jest nie­przy­tomna od­parł bror. Dla­czego się spóź­ni­łaś.

Czu­wa­łam u in­ger­dal­gren kiedy za­dzwo­nili a do­tar­cie tu tro­chę mi za­jęło.

Cześć spró­bo­wa­łam jesz­cze raz. To ja. Nie­znacz­nie po­ru­szyła się na łóżku. Uda­rowe oko drżało jakby za wszelką cenę usi­ło­wała je otwo­rzyć.

Pa­stor wy­ję­czała.

Pa­storz­kuk­ko­järvi.

Bror i ja po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie. W ży­ciu aatki było wielu pa­sto­rów.

Ma­ria do­dała póź­niej.

Hän elää po­wtó­rzyła kilka razy. Hän elää.

Czy to imię spy­tał bror.

Nie wiem od­par­łam i dla pa­mięci wstu­ka­łam w te­le­fon hän­nelä i ku­kjärvi.

Pra­cow­nica ośrodka po­sta­wiła na stole tacę z kawą. Po chwili przy­szła pie­lę­gniarka.

Jak tam spy­tała i unio­sła koł­drę żeby po­pa­trzeć na stopy aatki.

Pro­szę so­bie da­ro­wać po­pro­si­łam. To bez zna­cze­nia w ja­kim są ko­lo­rze.

Już nie­długo po­wie­działa. Po­kle­pała aatkę po no­dze i dała jej wię­cej mor­finy. Wpraw­dzie mor­fina tylko przy­spie­szy sprawę ale lep­sze to niż strach przed śmier­cią. Wi­dzia­łam jak lu­dzie umie­rają. Dzięki środ­kom prze­ciw­bó­lo­wym śmierć nad­cho­dziła po ci­chu. Zda­rzało się na­wet że po­go­to­wie nie zdą­żało do­je­chać na miej­sce.

Co jej jest spy­ta­łam.

Nie spo­sób stwier­dzić z całą pew­no­ścią od­parła pie­lę­gniarka. Kilka ty­go­dni temu miała za­pa­le­nie płuc. Są­dzi­li­śmy że z tego wy­szła ale po­tem jej stan znów się po­gor­szył. Cza­sem po pro­stu nad­cho­dzi ten mo­ment.

Aatka od­dy­chała nie­równo przez usta. Wy­jęli jej sztuczną szczękę. Wy­glą­dała ina­czej. Jak ötzi.

Bror sku­bał skra­wek koł­dry. Wy­tarł w rę­kaw ko­szuli łzy i ciek­nące z nosa smarki.

Nie chcę żeby umarła za­kwi­lił i da­lej gła­dził skórę aatki.

Na­pij się po­da­łam mu kawę. Za­nim bę­dzie to znie­wa­że­nie zwłok.

W po­koju pa­no­wała du­chota. Grzej­nik py­kał. Wsta­łam. Prze­szłam się tam i z po­wro­tem żeby prze­ka­ba­cić ta­siemca który za­czął się ru­szać.

Nie za­mie­rza­łam po niej pła­kać. Ale nie chcia­łam też żeby umarła.

Przy­ło­ży­łam dłoń do czoła aatki. Spo­cone jak przy go­rączce. Wstrzą­snę­łam jej koł­drę. Po­czu­łam za­pach dzie­ciń­stwa my­dła­lux i obory.

Czy się przy­tu­la­ły­śmy. Sia­dy­wa­łam jej na ko­la­nach. Przy­ci­ska­łam się do piersi skry­tych pod pro­stą su­kienką i słu­cha­łam bi­cia jej serca. Czy gła­skała mnie po gło­wie i do mnie mó­wiła.

Wsta­łam i otwo­rzy­łam luf­cik. Wy­mie­ni­łam dzie­ciń­stwo na je­sienny wie­czór. Na drze­wach ostały się po­je­dyn­cze li­ście. Obok prze­je­chał sa­mo­chód.

Aatka za­rzę­ziła i na­brała po­wie­trza w płuca.

Czy tak wy­gląda umie­ra­nie wy­szep­tał bror żeby aatka nie sły­szała.

Przy­tak­nę­łam. Or­ga­nizm się wy­łą­cza. Na­rząd po na­rzą­dzie. Aatka wkrótce znik­nie.

Nie mo­gła­byś cze­goś prze­czy­tać po­pro­sił. Ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu książki. Nie le­żała ani na sto­liku ani koło aatki. Zaj­rza­łam na­wet pod koł­drę.

Śmierć na­de­szła tak nie­po­strze­że­nie że pra­wie ją prze­ga­pi­li­śmy. Ostatni wdech i ko­niec. Za­mknę­łam uda­rowe oko i zło­ży­łam na piersi ręce ale palce aatki jakby nie chciały się spleść. Oj­cze nasz któ­ryś jest w nie­bie święć się imię twoje. Je­śli aatka po­rzu­ci­łaby kie­dyś boga ten mu­siałby się sporo na­mę­czyć żeby od­zy­skać jej za­ufa­nie. Przyjdź kró­le­stwo twoje.

Nie bądź śmieszna ofu­kał mnie bror. Bóg nie jest prze­cież czło­wie­kiem. Nic mu na to nie od­po­wie­dzia­łam. Aatka też nim nie była.

Przy­szła pie­lę­gniarka i za­pa­liła świecę. Cie­le­sna po­włoka aatki spo­czy­wała pła­sko na po­duszce. Prze­ście­li­łam łóżko.

Bror wy­tarł oczy. Ob­ję­łam go. Mój wła­sny smu­tek ob­ja­wiał się pustką w piersi.

Co my te­raz zro­bimy spy­tał bror.

Za­dzwo­nimy po nor­dina.

Spa­ko­wa­li­śmy rze­czy aatki. W ko­mo­dzie pod majt­kami i skar­pe­tami zna­leź­li­śmy pi­smo święte. Wiele stron miało po­za­gi­nane rogi. Wy­pa­dły dwie ko­perty. Jedna za­adre­so­wana do bliź­niąt. Druga do ma­rii.

Koło pół­nocy kiedy nor­din za­brał już aatkę a jej ży­cie stało spa­ko­wane w ba­gaż­niku dżipa wró­ci­li­śmy do domu i otwo­rzy­li­śmy list skie­ro­wany do nas.

Dro­gie dzieci.

Jak wie­cie, w Sma­l?n­ger znaj­duje się nasz ro­dzinny gro­bo­wiec. Nie chcę, żeby mnie w nim po­cho­wano.

Można to zro­zu­mieć po­wie­dzia­łam i wró­ci­łam do czy­ta­nia.

Po­cho­dzę z Kuk­ko­järvi, ze wsi w re­gio­nie Nor­r­bot­ten. Wciąż stoi tam mój dom. Albo, jak ra­czej na­le­ża­łoby po­wie­dzieć, wkrótce Wasz. Prze­pra­szam. Nie chcia­łam Wam przy­spa­rzać do­dat­ko­wych trud­no­ści. Je­śli po­trze­bo­wa­li­by­ście z czymś po­mocy, zwróć­cie się do Jus­siego Ra­han­niego. Je­ste­ście ku­zy­nami.

Grób w Kuk­ko­järvi jest już opła­cony. Roz­ta­cza się z niego naj­lep­szy wi­dok na ca­łym cmen­ta­rzu. To wła­śnie tam chcę zo­stać po­cho­wana. Dla Was też znaj­dzie się miej­sce.

Je­ste­ście do sie­bie po­dobni. Bar­dzo ła­two jest Was trak­to­wać jak jed­ność. Dla­tego na ko­niec chcia­ła­bym zwró­cić się do każ­dego z Was z osobna z ostat­nimi sło­wami.

Bro­rze. Spa­dek po ojcu to piętno. Nie bądź jak oj­ciec.

Jano. Spa­dek po matce to piętno. Zaj­mij się Dianą.

I jesz­cze jedno. List do Ma­rii. Do­pil­nuj­cie, żeby go do­stała.

Niech Bóg was bło­go­sławi.

Äiti

Bror znów za­niósł się pła­czem. Pła­kał te­raz z po­wodu ma­rii i był to inny ro­dzaj pła­czu.

Nie po­rzu­ciła boga kiedy pi­sała ten list stwier­dzi­łam za­sta­na­wia­jąc się co się stało z tą do­gma­tyczną aatką. Tą wy­ba­cza­jącą oocu sińce pod oczami gwałty ko­pa­nie zwie­rząt i znę­ca­nie się nad dziećmi.

Po raz ostatni wi­dzia­ły­śmy się nad mo­rzem w pe­wien sierp­niowy dzień. Przy­je­cha­łam po nią dżi­pem. Prze­wio­złam ją na wózku in­wa­lidz­kim po po­mo­ście pro­wa­dzą­cym do ska­łek. W ko­szyku mia­ły­śmy je­dze­nie. Ktoś ką­pał się po raz ostatni tam­tego lata. Ja­kiś tata z dwoj­giem dzieci le­żał na kocu i się opa­lał.

Wiesz że oociec ura­to­wał mnie przed uto­nię­ciem spy­ta­łam.

Za­pa­trzyła się w stronę fin­lan­dii i na­piła kawy przez słomkę.

Taa pa­mię­tam przy­tak­nęła. Bäck­strömowa przy­szła do mnie i za­rzu­ciła n'eri­kowi różne be­ze­ceń­stwa. By­łaś dziec­kiem. A on cię ura­to­wał to naj­waż­niej­sze. Sy­nowi tej tam nie można było ufać. Spa­lił swo­jego brata i w ogóle.

A więc nie uwie­rzy­łaś ani jej ani joh­nowi.

Nie. Dla świę­tego spo­koju jed­nak za­py­ta­łam n'erika czy to prawda. Po­sta­wiła ku­bek na ka­mie­niu koło sie­bie i po­pra­wiła chustkę. Zwró­ciła twarz do słońca i za­mknęła oczy. Na jej po­licz­kach po­ja­wiły się roz­pa­lone plamy.

Jaki to ma sens po­my­śla­łam. Już za późno. Na tym po­le­gało prze­ba­cze­nie. Na zda­niu so­bie sprawy że nie da się w niej wskrze­sić po­czu­cia winy i ob­ró­cić go w proch.

1

Je­dziemy z matką na pół­noc. Spa­ko­wa­łam torbę i wy­je­cha­łam dżi­pem z ga­rażu.

Bror za­mknął drzwi. Po­wie­sił klucz na gwoź­dziu.

Lu­kas bie­gał wo­kół niego i ska­kał mu na nogi. Czuł że coś jest na rze­czy. Bror wziął go na smycz i za­pro­wa­dził do kojca. Za­mknął za sobą furtkę z siatki i ukuc­nął.

Nie sły­sza­łam o czym mó­wili. Lu­kas po­dał mu łapę.

Po­tem bror wy­szedł z kojca a lu­kas stał w środku ze zwie­szoną głową. Bror prze­ło­żył rękę przez siatkę. Pies od­wró­cił wzrok.

Aatka po­je­dzie za nami ka­ra­wa­nem. Nor­din ją za­wie­zie.

Aatka zmarła a bror za­milkł. Zro­biła się z niego fajt­łapa. Nie da­wał rady pra­co­wać le­d­wie się od­zy­wał. Aatka zo­stała matką. Z sza­cunku. Nie było to z na­szej strony ja­kieś wiel­kie ustęp­stwo ale mimo wszystko. W cha­łu­pie zo­stał po niej za­pach słod­kiej sta­ruszki która sta­wia czoła ży­ciu po to żeby na­gle zejść z tego świata.

Szkoda że an­ge­lika nie do­stała wol­nego wes­tchnę­łam.

Märi­tl­jun­gqvist sta­nęła oko­niem. Miała wy­star­cza­jąco dużo pro­ble­mów już przez to że ja wzię­łam wolne. Dwie nie­pla­no­wane ab­sen­cje w opiece do­mo­wej w sma­l?n­ger są nie do po­my­śle­nia. A te­ściowa nie wli­cza się do naj­bliż­szej ro­dziny.

An­ge­lika miesz­kała u nas od po­przed­niej gwiazdki. Uwiel­biała ze­spół las­se­ste­fanz i se­riale te­le­wi­zyjne. Była nie­zmien­nie życz­liwa i pełna mą­dro­ści.

Czło­wiek wie co ma ale nie wie co go czeka.

Skąd można wie­dzieć że coś jest nie­moż­liwe skoro się na­wet nie spró­buje.

W ży­ciu nie ma po­wtó­rek. Chęt­nie sy­pała ta­kimi tek­stami kiedy tylko nada­rzała się ku temu oka­zja.

Przede wszyst­kim jed­nak opie­ko­wała się bro­rem jak dziec­kiem. Utrzy­my­wała go we względ­nej trzeź­wo­ści. Pil­no­wała żeby jadł i spał.

Opie­ko­wała się bro­rem jak dziec­kiem dzięki czemu ja nie mu­sia­łam tego ro­bić.

Za­trzy­ma­li­śmy się na ok i ku­pi­li­śmy pa­pie­rosy.

Bror prze­wer­to­wał lo­kalne wia­do­mo­ści w mel­lan­byg­den.

Ja na­la­łam so­bie kawy z mle­kiem.

Je­dzie­cie na po­grzeb spy­tała pe­tra. Po­pa­trzyła na nas znad lady z lo­dówką.

Tak przy­zna­łam. Za­czyna się o trze­ciej.

Na końcu wszystko po­to­czyło się szybko po­wie­działa. Chcia­łam za­dzwo­nić ale.

A u cie­bie jak w po­rządku prze­rwa­łam jej i za­mo­czy­łam tost w ka­wie.

Chyba tak od­parła. Opie­kuję się ko­tem taty. Po­je­chał do fin­lan­dii. W paź­dzier­niku się prze­pro­wa­dzam. Do­sta­łam dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w jugge.

Jugge to dawny ośro­dek dla imi­gran­tów. Po wy­bu­chu wojny na bał­ka­nach w dwu­pię­tro­wych ba­ra­kach upchnięto by­łych już ju­go­sło­wian. Trzy­mano ich tam kilka mie­sięcy. Sma­l?n­ger ni­gdy nie tęt­niło ży­ciem tak jak wtedy. Po­ja­wiły się ka­wiar­nie. Ican­der wy­peł­nił sklep im­por­to­wa­nymi to­wa­rami. Ko­ścioły biły się o to żeby ja­koś po­móc. Prze­ka­zy­wały ubra­nia za­pra­szały na kawę.

Przed bo­giem wszy­scy je­ste­śmy równi mó­wił ksiądz.

Nie­któ­rzy wi­dzieli jak są­sie­dzi mor­dują ich ro­dzi­ców.

Inni jak gwałcą ich córki.

W jugge miesz­kali przez ścianę ser­bo­wie chor­waci czar­no­górcy al­bań­czycy z ko­sowa i bo­śniacy.

Rów­nie na­gle jak się po­ja­wili spa­ko­wali ma­natki i ru­szyli da­lej. Ka­wiar­nie na nowo za­ry­glo­wały drzwi. Ican­der sprze­dał za pół ceny ostat­nie puszki ajvaru. Ba­raki z roku na rok co­raz bar­dziej nisz­czały. Wpro­wa­dzali się do nich po­je­dyn­czy be­ne­fi­cjenci so­cjalu. Cho­rzy psy­chicz­nie sie­roty i świeżo upie­czeni roz­wod­nicy. Żony chło­pów bez eme­ry­tury a te­raz jesz­cze pe­tra.

Mają po­ło­żyć nową ta­petę traj­ko­tała. Sama ją wy­bra­łam.

Nie wie­dzia­łam że john ku­pił kota zmie­ni­łam te­mat.

Sy­jam­skiego.

I te­raz john jest w fin­lan­dii.

Pe­tra wzru­szyła ra­mio­nami.

Coś mi dzwoni że to ja­kaś wy­stawa. Na ra­zie rzu­ciła i za­jęła się klien­tem pła­cą­cym za ben­zynę.

Tak. Na ra­zie.

Bror trzy­mał przed sobą mapę.

Je­dziemy ecz­tery do san­gis. Po­tem na över­tor­ne?. Po­chy­lił się do drzwi. Ob­łok pary z jego od­de­chu osiadł na szy­bie. Bror na­ry­so­wał krzyż.

Za­raz za kra?ka?nger mu­sie­li­śmy się za­trzy­mać drogę za­blo­ko­wało nam stado re­ni­fe­rów. Za­trą­bi­łam ale nie ra­czyły na­wet na nas spoj­rzeć.

Bror opu­ścił fo­tel i za­mknął oczy. Bar­dzo po­woli mi­nę­łam zwie­rzęta.

Prze­jedź jed­nego za­pro­po­no­wał. Ho­dow­com i tak płaci pań­stwo.

Za­dzwo­nili z ośrodka. Po­wie­dzieli że aatce się po­gor­szyło. Nie wie­dzia­łam na­wet że było z nią źle.

Ode­zwali się aku­rat kiedy czu­wa­łam u in­ger­dal­gren. La­tem opa­dła z sił. Cze­ka­li­śmy aż krewni przy­jadą się po­że­gnać. Mieli szmat drogi do po­ko­na­nia. Roz­rzu­ciło ich po ca­łym kraju.

Nie przy­jadą oświad­czyła in­ger­dal­gren. Mam dość wi­gi­lii i świąt. Chcę umrzeć po mid­som­mar.

Te­raz był jed­nak wrze­sień a in­ger­dal­gren mó­wiła po­waż­nie. Sie­dzie­li­śmy przy niej na zmianę.

Nie mia­łam sa­mo­chodu. Po­ko­na­nie pie­szo po­nad dzie­się­ciu ki­lo­me­trów do ośrodka w któ­rym miesz­kała aatka za­ję­łoby mi zbyt dużo czasu. Za­dzwo­ni­łam do brora i do an­ge­liki ale żadne z nich nie ode­brało. Göran­bäck­ström i gun­nar­gran mieli wy­łą­czone te­le­fony.

We wschod­niej czę­ści wsi ze­brał się tu­tej­szy od­dział to­wa­rzy­stwa od­po­wie­dzial­nego za utrzy­ma­nie dróg lo­kal­nych. An­ge­lika pie­kła w związku z tym przez cały ty­dzień.

Za­dzwo­ni­łam po tak­sówkę.

Ta­xi­smala?nger pro­szę cze­kać.

Cze­kać na co za­py­ta­łam kiedy n'an­der­stak­sów­karz wresz­cie ode­brał. Masz pełne ręce ro­boty w so­bot­nie po­po­łu­dnie.

Oglą­dam wy­ścigi su­lek od­parł.

Mo­żesz mnie za­wieźć do tal­l­backe. Aatka umiera.

Przy­kro mi ale ten kurs nie zo­stał chyba wcze­śniej za­mó­wiony.

Nie nie wie­dzia­łam że dzi­siaj umrze.

W ta­kim ra­zie nie mogę. Po­wo­dze­nia.

Do głowy przy­cho­dziła mi już tylko jedna osoba. John. Mógł wziąć trak­tor.

Za­mie­ni­łam kilka słów z pie­lę­gniarką. Pro­szę się po­spie­szyć po­na­gliła mnie. Sama pani wie jak to jest. So­bot­nie za­stęp­stwa.

Trak­tor johna był stary. Na upar­tego dało się usiąść je­dy­nie tuż przed kie­rowcą. Ka­bina za­pa­ro­wała od wy­dy­cha­nego przez nas po­wie­trza. Na oknach osa­dziła się mgiełka. John prze­tarł boczną szybę rę­ka­wem kurtki.

To z pew­no­ścią nic po­waż­nego po­wie­dział. Sta­rzy lu­dzie ła­two ła­pią prze­różne in­fek­cje. Po­chy­lił się. Jego włosy ła­sko­tały mnie w twarz. Z przy­zwy­cza­je­nia za­cią­gnę­łam się jego za­pa­chem. Wy­peł­niał ka­binę cią­gnika ka­dzi­dłem i mirrą.

Za­dzwo­ni­łam do cie­bie bo nikt inny nie od­bie­rał wy­ja­śni­łam.

Wje­chał na ecz­tery i ob­rał kurs na dom opieki.

Przy­trzy­maj chwilę kie­row­nicę po­pro­sił. Po­chy­lił się nade mną i wy­cią­gnął ple­cak. Na­lał kawy z ter­mosu i po­dał mi ku­bek.

Ręce utknęły w szcze­li­nie mię­dzy na­czy­niem a jego dło­nią.

Po­żą­da­nie ze­pchnęło trak­tor na po­bo­cze.

John zje­chał na miej­sce po­sto­jowe. Odło­żył swój ku­bek. Wziął ode mnie mój i po­sta­wił go so­bie mię­dzy no­gami.

Bra­ko­wało mi cie­bie po­wie­dział.

Obie­ca­łam so­bie że już do cie­bie nie wrócę od­par­łam. Obie­ca­łeś mi że skoń­czysz pić a ja obie­ca­łam że ni­gdy wię­cej się z tobą nie prze­śpię.

Zmie­ni­łem się za­pew­nił.

Aku­rat. Ni­gdy tego nie zrobi.

Ja też się zmie­ni­łam oświad­czy­łam.

Nic po­dob­nego.

Jego kil­ku­dniowy za­rost dra­pał.

Pa­znok­cie zo­sta­wiały ślady na skó­rze.

Po­tem kiedy pod­cią­gnę­li­śmy spodnie i znów wy­je­cha­li­śmy na ecz­tery john przy­cią­gnął mnie do sie­bie. Ob­jął mnie jedną ręką drugą trzy­mał kie­row­nicę aż za­trzy­ma­li­śmy się przed wej­ściem do domu star­ców.

Z pe­lar­go­niami w oknach wy­glą­dał przy­tul­nie.

Nikt nie wy­cho­dził z niego żywy.