1. Narodziny mordercy
Rodzice Dahmera mieli korzenie europejskie2. Ich przodkowie od kilku pokoleń mieszkali w stanie Wisconsin. Pradziadkowie matki, Joyce Annette Flint, pochodzili z Norwegii i Irlandii. Joyce wychowała się - mówiąc językiem minionej epoki - w porządnym domu, w którym panowały emocjonalny chłód i wojskowy dryl. Jej ojciec, Floyd Flint, weteran drugiej wojny światowej, który walczył w Europie i Afryce, pracował jako spawacz. Był też członkiem lokalnej loży masońskiej w Chippewa Falls, gdzie mieszkał wraz z rodziną. Matka Joyce, Lilian, pracowała w hotelu, nie była więc typową dla tamtych czasów amerykańską żoną, zajmującą się wyłącznie domem. Małżonkowie doczekali się gromadki dzieci: córki i trzech synów. Wszyscy trzej chłopcy wyrośli na prawdziwych patriotów i zgodnie z życzeniem ojca służyli w armii: dwóch w marynarce wojennej, na atomowych okrętach podwodnych, jeden w lotnictwie. Joyce nie została pokierowana przez rodziców do służby cywilnej w wojsku. Zdobyła zawód operatorki, a następnie instruktorki obsługi dalekopisu.
W historii rodziny matki Jeffa kryje się smutna prawda. Jej ojciec, odznaczony bohater wojenny, był alkoholikiem i domowym tyranem. Dziewczyna dorastała w piekle. Zdobycie zawodu, niezależność finansowa, a potem zamążpójście w wieku dwudziestu czterech lat miały być dla niej wyzwoleniem. Niestety, okazały się nim tylko z pozoru.
Ojciec Jeffa, Lionel Herbert Dahmer, miał przodków pochodzących z Walii i Niemiec. Jego pradziadkowie przybyli do Stanów Zjednoczonych z Europy w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Genealogia rodziny Jeffa być może miała wpływ na ukształtowanie, choćby nawet w małym stopniu, jego osobowości. Ciekawi mnie, jak bardzo mieszanka różnych kręgów kulturowych, wyznań i metod wychowawczych odcisnęła piętno na Dahmerze. Skoro czynniki te uformowały społecznie i emocjonalnie rodziców Jeffa, siłą rzeczy ukształtowały i jego samego. Herbert, dziadek Jeffreya od strony ojca, był nauczycielem matematyki w szkole średniej i pracował na drugim etacie jako fryzjer. Chociaż wiele godzin zajmowała mu praca zarobkowa, znajdował czas dla swojej dwójki dzieci, której wychowaniem był żywo zainteresowany. Pomagał synowi i córce w lekcjach, jeździł z nimi na pływalnię, cała rodzina lubiła biwakować. Herbert zawsze przychodził na wywiadówki do szkoły. Co roku przed Bożym Narodzeniem zabierał dzieciaki do centrum handlowego na spotkanie z mikołajem. Lionel uważał Herberta za niedościgniony wzór ojca. Babka Jeffreya, Catherine, która jeszcze nie raz pojawi się na kartach biografii wnuka, była gospodynią domową. Z rodzinnego domu wyniosła pobożność oraz umiłowanie porządku i dyscypliny. Każdej niedzieli uczestniczyła w ewangelickim nabożeństwie. Lionel był jej oczkiem w głowie, wyręczała go we wszystkim i kończyła każde zadanie, które zaczął, co sprawiało, że przez długie lata nie wierzył w swoje zdolności.
Matka Jeffreya poszła własną ścieżką, w latach pięćdziesiątych jednak kobiety miały bardzo ograniczone możliwości rozwoju zawodowego. Zwykle zostawały sekretarkami, a ich ewentualne kariery utykały już na samym początku. W przeciwieństwie do niej Lionel Dahmer mógł rozwinąć skrzydła. Nie był orłem w szkole - po prostu pilnie się uczył i ciężko pracował, by przyswoić wiedzę, dokładnie tak, jak nauczył go jego ojciec. Kiedy poznał Joyce, studiował chemię w Milwaukee, na prywatnym jezuickim Uniwersytecie Marquette, uczelni skupionej przede wszystkim na prowadzeniu badań naukowych, której studentami byli głównie zamożni biali studenci - zresztą tak jest po dziś dzień3.
Dwa miesiące po ślubie Joyce zaszła w ciążę. Jak przyznawał sam Lionel, żadne z nich nie było przygotowane na taki scenariusz - nie planowali tak szybko zostać rodzicami. Lionel wciąż był studentem, natomiast Joyce od niedawna pracowała. Jej ciąża nie przebiegała idealnie. Od pierwszych dni młoda kobieta miała silne poranne mdłości, które stawały się coraz bardziej dotkliwe. Wszystko, co zjadła, natychmiast zwracała. Liczne przypadłości zmusiły ją do odejścia z pracy. Całe dnie spędzała sama w domu, a jej stan psychiczny ulegał pogorszeniu. Drobnostki wyprowadzały ją z równowagi. Wszystko ją drażniło - do szału doprowadzały ją zapachy gotujących się potraw oraz dźwięki dochodzące z mieszkania piętro niżej. Mieszkali wówczas w małym dwurodzinnym domu, zajmowali górną kondygnację. Każdy najmniejszy odgłos sprawiał Joyce niemal fizyczny ból. Oczekiwała od męża, że coś z tym zrobi, nalegała, by za każdym razem, gdy czuła się źle, zwracał uwagę ich sąsiadom. Lionel był w kropce: zapachy i dźwięki były zwykłe, nie uważał ich za odrażające, wykraczające poza normy czy obiektywnie irytujące. Niestety cierpiąca Joyce odbierała je znacznie intensywniej. Uważała, że mąż jej nie rozumie, nie chce pomóc i przynieść jej ulgi. Oboje przeżywali koszmar, każde na swój sposób. Zaczęli się kłócić - i robili to niemal bezustannie. Pewnego razu, w środku mroźnego dnia, kobieta w trakcie kolejnej awantury wyszła z mieszkania i poszła sama do parku, usiadła na ławce, otuliła się płaszczem i zastygła. Lionel znalazł trzęsącą się z zimna żonę i odprowadził ją do domu. Nie potrafił jej pomóc, tak jak tego oczekiwała. Czuł się bezradny. Wiedział, jak zapracować na ich utrzymanie - tego nauczył go ojciec. Potrafił własną pracą zapewnić rodzinie dom, wyżywienie, ubrania - ale z emocjami drugiej osoby nie umiał sobie poradzić.
Joyce cierpiała coraz mocniej. Zapachy z otoczenia, których odczuwanie spotęgowane było przez jej stan, nie pozwalały jej spać. Jakby tego było mało, w nocy miewała bolesne skurcze mięśni. Dwa miesiące przed urodzeniem Jeffa para wyprowadziła się z mieszkania, w którym atmosfera była nie do zniesienia z powodu narastających wyrzutów i niespełnionych oczekiwań. Jak dowodzą współczesne badania, stres ciężarnej kobiety sprawia, że nadmierna ilość kortyzolu dociera także do płodu, co może wpływać na kształtowanie się zaburzeń osobowości u nienarodzonego dziecka4. Mam spore podejrzenia, że tak było w wypadku Joyce i jej syna, który będzie się zmagał z wieloma wewnętrznymi demonami już w okresie dorastania.
W marcu 1960 roku młodzi Dahmerowie zamieszkali w domu rodziców Lionela, w West Allis w Wisconsin. Liczyli na to, że w ich relacji i samopoczuciu Joyce nastąpi poprawa. Ku ich rozczarowaniu tak się nie stało. Kobieta ciągle miała mdłości, w dodatku zdarzało się, że nagle cała sztywniała, a potem zaczynała się trząść. Wybałuszała oczy, z ust ciekła jej ślina, zęby dosłownie szczękały. Ataki przerażały młodego męża, a lekarze nie potrafili znaleźć ich przyczyny. W chwilach niedyspozycji Lionel i jego rodzice próbowali skłonić Joyce do przejścia kilku kroków po jadalni, by zredukować napięcie. Z czasem zaczęło to przynosić efekty, ale nie uwolniło Joyce w pełni od cierpienia. Lekarz rodzinny podawał jej zastrzyki z barbituranami i morfiną, by ulżyć ciału i psychice. Dziś taka informacja mrozi krew w żyłach. Ciężarna Joyce na pewno powinna być leczona w inny sposób, bez narażania życia swojego i rozwijającego się płodu. Lekarz nie potrafił wówczas znaleźć żadnego medycznego wytłumaczenia jej przypadłości, nie umiał postawić trafnej diagnozy i dobrać odpowiedniego leczenia. Winą za wszystko obarczał stan psychiczny Joyce. Przepisał jej mnóstwo leków, w tym przeciwpadaczkowy fenobarbital. W ostatnim okresie przed porodem kobieta brała dwadzieścia sześć różnych tabletek dziennie! Lekarstwa jednak niewiele pomagały. Jej stan się pogarszał, Joyce obrażała się z byle powodu, wszyscy ją drażnili, nienawidziła swojej ciąży, którą winiła za wszystkie dolegliwości.
Lionel coraz częściej i dłużej przebywał na uczelni, a żonę zostawiał z rodzicami. Uciekał od niej, gdy tylko było to możliwe. Ostatni trymestr jej ciąży spędził głównie na uniwersytecie. Wychodził o siódmej rano i wracał o ósmej wieczorem. Ciężarna Joyce zwykle spędzała czas z teściową, uwięziona w domu. Nie miała jeszcze prawa jazdy i mało wychodziła. Można sobie tylko wyobrazić, że była na granicy szaleństwa, którego przyczyny nie znał nikt, zwłaszcza ona sama. Jej mąż, który zawsze miał trudności z właściwym odczytaniem emocji drugiego człowieka, dziś pewnie zostałby zdiagnozowany jako osoba w spektrum autyzmu, co sam podejrzewał po latach5. Cokolwiek się działo, pozostawał pasywny, nie umiał właściwie zareagować. Stan żony nie tylko budził w nim lęk, ale przede wszystkim wywoływał poczucie zagubienia.
21 maja 1960 roku Lionel był w pracy na Uniwersytecie Marquette w Milwaukee. Nadal ślęczał nad pracą magisterską z chemii analitycznej i dorabiał jako asystent. O 16.45 w jego biurze rozległ się dźwięk telefonu. Dzwoniła jego matka z wieścią, że ojciec zabrał Joyce do szpitala Evangelical Deaconess Hospital, mieszczącego się kilka przecznic od uczelni. Lionel natychmiast tam pojechał. Zastał Joyce wyczerpaną porodem, ale szczęśliwą - po raz pierwszy od wielu tygodni. "Masz syna"6 - powiedziała. Pokazano mu chłopca, a gdy mężczyzna na niego spojrzał, zobaczył swoją kopię. Poczuł dumę.
Na świat przyszedł Jeffrey Lionel Dahmer.
Po kilku dniach rodzina była już razem w domu. Jeszcze w szpitalu dokonano drobnej korekty ortopedycznej nóżki niemowlęcia, poza tym chłopczyk był silny i zdrowy. Na pewien czas w domu Dahmerów zapanowały spokój i szczęście. A potem znowu rozpętało się dla Joyce piekło. Młoda matka nie lubiła karmić piersią i po kilku dniach z tego zrezygnowała, dlatego chłopiec był karmiony butelką. Owinęła biust ciasno bandażem, by przeczekać napływ pokarmu, aż w końcu laktacja się zatrzymała.
W wielu podcastach czy dokumentach telewizyjnych pojawia się opinia, że Jeff był niekochany, niechciany, zaniedbany, a Joyce była złą matką. Łatwiej przywołać stereotypy dotyczące biografii seryjnych morderców niż pochylić się nad konkretnym przypadkiem. Joyce była kobietą o bardzo skomplikowanej osobowości, niełatwą w relacjach z bliskimi i znajomymi. Po porodzie nadal pozostała wymagająca i spragniona uwagi, zmagała się też z nawracającą depresją. Zdarzało się, że nie schodziła na wspólne rodzinne posiłki - wolała zostać w pokoju na piętrze z małym Jeffem. Pewnej nocy znów wyszła niespodziewanie na zewnątrz. Mąż znalazł ją leżącą w trawie, ubraną tylko w koszulę nocną.
Cztery miesiące po narodzinach Jeffa Dahmerowie wyprowadzili się z domu rodziców Lionela. Zamieszkali przy Van Buren Street, po wschodniej stronie Milwaukee, w starym domu podzielonym na sześć mieszkań. Okolicę zamieszkiwali głównie robotnicy. Dzielnica była spokojna i bezpieczna.
Chłopczyk rozwijał się prawidłowo i był naprawdę wesołym dzieckiem. Bawił się zabawkami jak inne maluchy, uwielbiał pluszowe króliczki i pieski oraz drewniane klocki. Zdarzało się jednak, że nabierał garstkami liście i ze złością je rozrywał. Dahmerowie pozostali w domu przy Van Buren Street dwa lata, w trakcie których Lionel znów uciekał od żony i dziecka w świat nauki, w którym wszystko rozumiał i miał kontrolę nad sytuacją. Joyce z małym Jeffem musiała radzić sobie sama, w efekcie dziecko pozostawało nieco z boku: ojciec zajęty był karierą naukową, matka pogrążała się we własnym świecie. Chłopiec był kochany, od najmłodszych lat jednak biernie obserwował nieustającą walkę rodziców. Na szczęście rodziny matki i ojca mieszkały w pobliżu, więc zawsze znajdował się ktoś, kto w krytycznym momencie, w czasie nieobecności ojca czy załamania nerwowego matki, zajmował się Jeffem.
Nawet gdy był w domu, Lionel spędzał czas nad książkami - przygotowywał się do kolejnych egzaminów lub pisał prace naukowe. Przekonywał żonę, że robi to wszystko po to, by zdobyć lepszą pozycję na uniwersytecie, a następnie dobrze płatną posadę naukowca lub pracownika naukowego w jakieś firmie, co zapewni całej rodzinie bezpieczeństwo finansowe na długi czas. Po latach w swojej książce A Father's Story (Historia ojca) przyznał, że zaniedbywał żonę, a przede wszystkim syna. Cóż jednak znaczy żal poniewczasie? Nie odwróci on minionych zdarzeń ani tragedii, nie sprawi, że zmarli wstaną z grobów i przeżyją swoje życie jeszcze raz i inaczej. Sam Jeff wspominał w rozmowie z psychiatrą Frederickiem A. Fosdalem, przeprowadzonej przed rozpoczęciem procesu, że w jego domu działy się rzeczy dobre i rzeczy złe, a życie płynęło normalnym, lekko krętym nurtem7. Joyce, Lionel i ich syn tworzyli zwykłą rodzinę zmagającą się z codziennymi problemami. Nikt go nie wykorzystywał seksualnie8 (tak jak na przykład innego osławionego mordercę, Henry'ego Lee Lucasa), w domu nie było narkotyków, rodzice nie nadużywali alkoholu. Żadne z nich nie było karane, nigdy nie zeszło na przestępczą drogę.
W 1962 roku Lionel został przyjęty na studia doktoranckie na Uniwersytecie Stanu Iowa w Ames, oddalonym o niemal 600 kilometrów od ich domu. Miejsce niezbyt odpowiadało parze, dobrze jednak rokowało, jeśli chodzi o karierę młodego naukowca. Spakowali nieduży dobytek, zabrali chłopca do auta i pojechali na kampus uniwersytecki. Zamieszkali w Pammel Court, w małym drewnianym domku należącym do uczelni. Nie zaaklimatyzowali się w Ames. Na weekendy wracali w rodzinne strony, do Wisconsin. Mimo to Lionel był zadowolony i uwielbiał pracę w laboratorium. Tam wszystko było dla niego czytelne. Związki chemiczne okazywały się o wiele prostsze niż relacje międzyludzkie. Ojciec Jeffa nie miał zbyt wielu współpracowników, nie przeszkadzali mu studenci. To była idealna praca dla introwertyka.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
2 Źródłem informacji na temat pochodzenia i losów rodzin Flintów i Dahmerów jest autobiografia Lionela Dahmera: A Father's Story, Brattleboro 2021.
3 Informacje na ten temat można znaleźć na stronie: Marquette University, https://collegescorecard.ed.gov/school?239105 -Marquette-University (dostęp: 27.10.2025 r.).
4 S.M. Engel i in., Psychological Trauma Associated with the World Trade Center Attacks and Its Effect on Pregnancy Outcome, "Paediatr Perinat Epidemiol" 2005, Vol. 195, No. 5, s. 334-341.
5 M.in. L. Dahmer, A Father's Story, dz. cyt., s. 14.
6 Tamże, s. 15 (jeśli nie wskazano inaczej, tłumaczenie cytatów pochodzi od autorki).
7 N. Claux, Dahmer. The Psych Reports. The Complete Psychiatric Examination of the Milwaukee Cannibal, Dublin 2025, s. 21.
8 Tamże.