Jesień w chacie pod starym świerkiem - Wioletta Piasecka

Reflow text when sidebars are open.
Jagoda wyjechała z posesji Drążków roztrzęsiona, w dodatku przepełniona żalem i goryczą. Nie potrafiła skupić się na drodze. Napływające łzy rozmazywały obraz, a dławiący szloch utrudniał oddychanie. Nie znalazła w domu siostry swojego synka. Potworny strach dusił ją swoimi mackami, oblepiał ciało i duszę. Myśli mieszały jej się w głowie, a suchość w gardle drażniła i bolała.
- Gdzie jesteś, Piotrusiu? - szeptała, połykając łzy. - Dlaczego uciekłeś? Dlaczego? Dlaczego? - powtarzała jak mantrę, objęta zgrozą na myśl o konsekwencjach ucieczki chłopca. Jej marzenia o adopcji legły w gruzach. Jęknęła z bezsilności i kurczowo zacisnęła dłonie na kierownicy, aż kłykcie jej zbielały.
Koszmarne skojarzenia podsuwały obrazy zalęknionego ośmiolatka przedzierającego się w ciemności przez leśne bezdroża albo, co gorsza, wędrującego po bagnistych rozlewiskach Zalewu Wiślanego. Sierpniowa noc wprawdzie była jeszcze ciepła, ale ranek nastał chłodny. Piotruś, wybiegając wczorajszego popołudnia z posesji, miał na sobie dżinsy i ciemnoczerwony sweter, ale to za mało, by nie wyziębić ciała. Truchlała na myśl, że spotkała go krzywda.
Może matka dziecka z kochankiem zjawili się, by mi go odebrać? Albo mnie finansowo szantażować? Czy go skrzywdzili? Pytania cisnęły się jedno za drugim do jej strwożonej duszy.
Kobieta co rusz wycierała nerwowo wierzchem dłoni policzki. Skupiona na synku, nie pochyliła się nad dramatem, który właśnie wydarzył się w domu siostry i jej męża. Cały umysł lekarki wypełnił strach o Piotrusia.
Gdzieś w zarysie świadomości jawił jej się obraz siedzącego przy stole starca, w którym właśnie zgasło życie, ale w głowie jednak dudnił bezbrzeżny żal, że ani Malina, ani Fabian, ani nawet Hubert nie pomogli jej szukać Piotrusia. W żałości i rozgoryczeniu nie dopuszczała do siebie usprawiedliwienia, że rodzina siostry przeżywa teraz osobistą tragedię - zbyt bolesną, by skupić się na innych problemach. Śmierć Zygmunta ją również zaskoczyła i dotknęła, i gdyby nie zaginięcie synka, z pewnością siedziałaby teraz z Drążkami i opłakiwała stratę dobrego, sprawiedliwego człowieka. Jednak własne nieszczęście i niepewność o losy malca nakręcały niesłuszną spiralę żalu i pretensji do najbliższych.
Na wąskiej asfaltówce prowadzącej z Pęklewa do Suchacza pędziła na sygnale karetka pogotowia. Piskliwy dźwięk wyrwał kobietę z otępienia, instynktownie zjechała na skraj pobocza, ocierając karoserią czarnego Nissana o krzaki jeżyn. Pomyślała ze smutkiem, że pośpiech ratowników medycznych już Zygmuntowi nie pomoże. Odszedł z tego świata, by dołączyć do ukochanej żony, którą, mimo jej złośliwego charakteru, wielbił bezgraniczną miłością.
Otarła ręką zapłakaną twarz, ale mokrą dłonią nie potrafiła utrzymać kierownicy. Zamiast wyjąć chusteczki ze schowka, wytarła ręce w materiał ciemnych spodni, westchnęła głośno i żałośnie. Drżała na całym ciele, chciała jechać dalej, ale z bezradności i strachu znów dopadł ją spazm.
Nim się zebrała i dojechała do skrzyżowania z drogą 503, prowadzącą do Suchacza, znów minęła ją karetka. Tym razem nie pędziła, jechała wolno, bez sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Zapewne tylko wypisali świadectwo zgonu. - Westchnęła smutno. Zamiast ruszyć, zapatrzyła się w znikający za zakrętem ambulans.
Nagle Zygmunt Drążek jak żywy stanął jej w pamięci. Uśmiechnięty, szarmancki, z błyskiem w oczach i skłonnością do drobnych uszczypliwości, ale nigdy w stosunku do niej. Nie został jej teściem, choć w ostatnich miesiącach narzeczeństwa z Fabianem z dumą mówił już o niej "moja synowa". Często chwalił się wśród znajomych, że jego syn zostanie geodetą, a synowa lekarką. Jagoda domyślała się, że z trudem przyjął wieść o zerwanych zaręczynach, a z jeszcze większym poświęceniem zaakceptował małżeństwo Fabiana z Maliną oraz fakt, że ani Fabian, ani Malina nawet nie zaczęli studiów. Pragnął uchronić jedynego syna przed ciężką harówką na roli. Nie udało się. Mimo wszystko chyba jednak pozostał szczęśliwy, bowiem w pośmiertnej masce zastygł z uśmiechem w kącikach ust.
Kobietą znów szarpnął spazm. Ruszyła w końcu, ale ujechała zaledwie do zatoczki pierwszego zabudowania i uchyliła szybę. Łapała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Rozglądała się uważnie, wciąż jeszcze z nadzieją, że gdzieś mignie jej ciemnoczerwony kolor swetra, w który ubrany był Piotruś.
- Mój Boże, Piotrusiu, dlaczego mi nie zaufałeś? - powiedziała cicho. - Dlaczego? Dlaczego? - mełła w ustach rozpaczliwe pytanie.
Kątem oka zauważyła zbliżającego się do bramy właściciela posesji. Uniósł dłoń na powitanie. Z pewnością rozpoznał Jagodę, wszyscy ją w Suchaczu znali, leczyła ich dzieci, wnuki, a niektórzy pamiętali ją jeszcze z lat dziecięcych i wczesnej młodości. Udała, że nie widzi mężczyzny, i wolno wyjechała na drogę. Nie miała siły dalej przeszukiwać wioski. Bała się, że chłopiec albo został porwany przez matkę, albo złapał okazję na stopa i wyruszył gdzieś w Polskę, albo, nie daj Boże, utopił się w pobliskich rozlewiskach. Może z własnej woli pojechał do Skarżyska-Kamiennej do prawdziwej matki? Mierzyła się z bolesnymi pytaniami.
- Ta kobieta skatowała go, usiłowała odebrać życie, ale być może już zapomniał o doznanym bólu i tęsknił za nią. Za prawdziwą mamą, którą ja nigdy nie zostanę - powiedziała do siebie, a potem zacisnęła usta, by nie krzyczeć z rozpaczy.
Nie dopuszczała do siebie możliwości, że Piotruś, ten nieśmiały chłopczyk, mógłby paść ofiarą jakiegoś zwyrodnialca. Co ze mnie za matka? Co ze mnie za opiekunka, że dziecko przede mną uciekło? - rozgoryczona biła się myślami.
Przypomniała sobie urągliwe słowa Fabiana, dokuczał jej, przywoływał jej własne zastrzeżenia, gdy wypominała Drążkom, że źle wychowują Huberta, że go zaniedbują, że nie mają dla niego czasu i serca, gdy tymczasem ona nie zauważyła, co dzieje się pod jej własnym dachem.
Fabian zasugerował, by się zastanowiła, czy w ogóle nadaje się na matkę. Jego słowa ugodziły ją w samo serce i wydały jej się okrutnie krzywdzące. Jednak teraz stanęła w prawdzie i na głos zadała sobie dręczące ją pytanie.
- Czy ja się nadaję? Czy mogę zostać matką? Czy potrafię? Jak widać, jestem nieodpowiedzialna. - Przetarła spoconą dłonią twarz. - Powinnam natychmiast po zniknięciu Piotrusia jechać na policję. - Wzdrygnęła się, doskonale zdając sobie sprawę, że jeśli to zrobi, marzenia o adopcji, a choćby i tylko o rodzinie zastępczej, prysną jak bańka mydlana. Jednocześnie obawa o życie i bezpieczeństwo chłopca nie pozwalała swobodnie oddychać i dotarło do niej, że czym prędzej musi jechać na posterunek. Piotr Bąk miał zaledwie osiem lat i nie było go całą noc. Lada moment zostanie oskarżona o rażące zaniedbanie sprawy zaginięcia małoletniego.
Łkała jak zranione zwierzę. Jej cichy płacz co chwilę zamieniał się w szloch i głośną rozpacz, a potem znów przechodził w ciche zawodzenie.
W końcu się poddała, zrozumiała, że bezzwłocznie trzeba jechać na policję. Nie miała ze sobą torebki ani dokumentów, w dodatku rozładował jej się telefon. Musiała zajechać do domu, obmyć twarz i poradzić się Artura, co powiedzieć, jak zeznawać, jak wytłumaczyć zwłokę. Jako dyrektor szkoły zapewne miał doświadczenie w takich sprawach. Westchnęła cicho, spazmatycznie, usta same wykrzywiały jej się w podkówkę, wyczerpanie odbierało resztki nadziei na szczęśliwy powrót chłopca.
Na rondzie skręciła w prawo, minęła wejście na plażę, mostek, przejazd kolejowy i wjechała w wąziutką Aleję Radości.
Pogoda nic nie robiła sobie z ludzkich tragedii. Świat pachniał wygrzanymi w słońcu jabłoniami, których gałęzie uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Przy nieużywanych od lat torach kolejowych złociły się kwiaty nawłoci, a zza płotu pierwszego domostwa wyglądały dorodne koła słoneczników.
Jagoda Kowalik tego wszystkiego nie zauważała. Siedziała za kierownicą, nie zdając sobie do końca sprawy, że auto ledwo się toczy, zupełnie jak gdyby podświadomie pragnęła jeszcze odrobinę odwlec chwilę zmierzenia się z konsekwencjami zaginięcia chłopca.
Była już niemal przy domu, gdy z posesji wybiegła Jadwiga Bąk. Babcia Piotrusia w krzywo zapiętym seledynowym swetrze i z rozwianymi kosmykami wymykającymi się spod luźno upiętych włosów przeplatanych siwizną biegła w jej stronę, żywo gestykulując.
Jagoda gwałtownie wcisnęła hamulec i wyskoczyła z samochodu, ale niezdolna zrobić kroku, oparła się o boczne drzwi Nissana i przytrzymała się lusterka. W jej sercu nadzieja, że malec się odnalazł, walczyła z trwogą, że wszystko już stracone.
- Jest! Jaga! Nasz chłopiec się znalazł! - zawołała babcia Piotrusia i wyciągnęła ręce, by objąć lekarkę.
- Naprawdę? Jest w domu? - Jagoda wpatrywała się w starszą kobietę jak w wyrocznię, a gdy ta, nie mogąc ze wzruszenia wykrztusić ani jednego więcej słowa, skinęła głową, rzuciły się sobie objęcia. - Panie Boże, co za ulga. Modliłam się, wciąż się modliłam o szczęśliwy los dla nas wszystkich. Jadziu, to cud, to prawdziwy cud... - Rozpłakała się. - Jest cały i zdrowy? - dopytywała.
Starsza kobieta jedynie kiwała głową, bo emocje zbyt mocno ścisnęły jej gardło, lecz po kilkunastu sekundach zaczerpnęła haust powietrza.
- Ja też się modliłam. Do końca wierzyłam, że Pan Bóg ochroni naszego chłopca - szepnęła. Pociągnęła nosem, a potem otarła łzy rąbkiem seledynowego rękawa. - Jaga... przepraszam. - Podniosła głowę i z bezbrzeżnym smutkiem spojrzała Kowalikowej w oczy. - To moja wina, tylko moja. Co ja miałam w głowie, dzwoniąc do córki? Nie wiem i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale ty mi wybacz... ja... nie chciałam... nic złego... pragnęłam tylko, by Melka wyszła na ludzi...
- Ja też przepraszam. Jadziu, nie powinnam aż tak mocno zareagować. - Pominęła milczeniem żal do kobiety o to, że nawiązała kontakt z matką dziecka, przez którą chłopiec tyle wycierpiał. - Jeszcze nie raz, nie dwa spadną na nas problemy. Nie możemy się wzajemnie oskarżać, tylko stawić im czoła. Co Piotruś mówił? Jak on się czuje? - Powoli się uspakajała. Napięte mięśnie puszczały i ledwo stała na nogach.
- Nie wiem, nie rozmawiałam z nim. Cały czas siedzą z panem Arturem na bujawce nad Zalewem Wiślanym. Rozmawiają już chyba z pół godziny...
- Co takiego? Pół godziny? Piotruś jest już od pół godziny i nikt do mnie nie zadzwonił? - Popatrzyła z wyrzutem.
- Milion razy dzwoniłam. Bez skutku, tylko sekretarka się włączała. Może ci się telefon rozładował? Albo go nie wzięłaś?
- Och, no tak, rozładował się. - Przypomniała sobie. Potarła dłonią czoło tak mocno, że zostały dwie czerwone pręgi. - Najważniejsze, że Piotruś żyje. Strach pomyśleć, co my byśmy zrobiły, gdyby się nie znalazł...
- Matko kochana, gdzie on był, gdzie nocował? Dlaczego nam to zrobił? Wszyscy od zmysłów odchodzimy... - biadoliła roztrzęsiona starsza pani. - Trzeba mu dosadnie dać do zrozumienia, że postąpił karygodnie.
- Jadziu, kochana, nie róbmy mu wyrzutów. On nie wiedział, jak ma się zachować w obliczu naszej sprzeczki. Bądźmy wyrozumiałe i ostrożne. - Jagoda złagodniała, serce jej przepełniała bezgraniczna miłość do dziecka i wdzięczność do losu za szczęśliwe odnalezienie, ale także potworne poczucie winy, że to za jej przyczyną chłopiec uciekł.
- Nie wiem, czy to dobra metoda. - Jadzia pokręciła głową. - Za moich czasów dostałby porządne lanie.
- Nie, tylko nie przemoc - przeraziła się lekarka. - Żadnych wyrzutów, proszę cię.
- Ty z nim porozmawiaj, ja i tak muszę biec na górę, bo córka Artura została sama w pokoju. Ogląda bajkę, ale kto ją tam wie, co ona wyprawia. - Machnęła ręką, jeszcze raz spojrzała w stronę wysuniętego w wody Zalewu Wiślanego cypla, gdzie na bujawce siedzieli Kowalik z Piotrusiem, po czym otworzyła furtkę, przeszła żwirową aleję i weszła do budynku. Zanim zamknęła za sobą drzwi, Jagoda usłyszała żałosne pojękiwanie Fikiego i nadąsany głosik Mai. Widać córkę Artura znudziło oglądanie bajki.
Pochłonięta myślami lekarka, nie zwróciła uwagi na słowa dziewczynki. Minęła dom i oparła się o stary świerk, niezdolna zrobić kroku w stronę tamtych dwojga siedzących na bujawce. Serce i dusza wyrywały jej się, by podbiec do chłopca, chwycić go w ramiona, ale nogi miała jak z waty, dygotała z zimna, choć dzień był upalny.
Dopiero po chwili dotarł do niej miły, spokojny, choć pełen obaw głos jej chłopczyka. Uświadomiła sobie, że kocha to dziecko nad życie. Bardziej niż kogokolwiek czy cokolwiek na świecie, bardziej niż samą siebie. Wielkim wysiłkiem woli wytężyła słuch, by nie uronić ani słówka.
- Bałem się, wujku - usłyszała cichą skargę dziecka. - Zawsze, gdy w domu krzyczeli, uciekałem, bo zaraz po krzykach zaczynała się straszna bójka. I mama, i jej facet mnie bili czym popadnie. Czasami brakowało mi oddechu, bo dostawałem w brzuch, a wtedy trudno jest oddychać. Uciekałem z domu, ale zawsze siedziałem na klatce schodowej w takim zakamarku, gdzie nikt nie mógł mnie znaleźć. Tutaj też byłem blisko, przesiedziałem noc na bujawce, bo się strasznie bałem...
- Piotrusiu, ale przecież mamusia Jagoda jest dobra, bardzo spokojna, nigdy na ciebie nie krzyknęła. Znam ją tyle lat i powiem ci, że nawet w najgorszych chwilach, gdy ją zawiodłem na całej linii, nigdy nie podniosła głosu.
- Widziałem, jak mamusia szarpała babcię - wyznał cicho.
Oparta o pień drzewa Jagoda przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, próbując stłumić głośne westchnienie. Nie potrafiła darować sobie burzliwej rozmowy z babcią Piotrusia.
- Nie, nie szarpała, Piotrusiu. Położyła rękę na ramieniu twojej babci, ale na pewno nie szarpała - sprostował Artur. - Chłopcze, zapewniam cię, twoja mamusia jest najlepszą kobietą na świecie. Nigdy nikogo nie skrzywdziła. Każdemu pomaga, troszczy się o ciebie, o twoją babcię, a nawet i o mnie, choć... ja na to nie zasługuję. Na pewno teraz bardzo się o ciebie martwi. Całą noc cię szukaliśmy... Twoja mamusia szuka cię do tej pory.
Kojące słowa męża skierowane do chłopca wzruszyły ją. Artur potrafił uspokoić i ukoić zbłąkane dziecięce dusze. Od dawna wiedziała, że jest świetnym pedagogiem, ale teraz czuła wzbierającą w niej olbrzymią wdzięczność, że był tutaj w momencie, gdy go bardzo potrzebowała.
- Na pewno jest teraz smutna. Przeze mnie... - Ośmiolatek siorbnął nosem raz i drugi.
- Jest smutna, ale...
Jagoda nie usłyszała dalszych słów Kowalika, oderwała się od chropowatej kory drzewa, żeby podbiec do malca, chwycić go w ramiona i utulić. Świerkowa gałązka smagnęła ją po twarzy, ale nie zwróciła na to uwagi. Już była na cyplu, rozpostarła ramiona, ale potknęła się o kępę trawy i nie utrzymała równowagi. Byłaby się przewróciła, na szczęście Artur zerwał się z ławki, złapał ją za ramię, zachwiała się i upadła na kolana tuż przed bujawką.
- Mama... mamusia... - chlipało dziecko.
- Piotrusiu, kochanie, tak cię mocno kocham. Ty i twoja babcia jesteście moją rodziną. Skarbie, jak dobrze, że nic ci się nie stało. - Przysunęła się do bujawki, a chłopiec się nachylił i objął Jagodę za szyję.
- Nie jesteś na mnie zła? Nie oddasz mnie? - wyszeptał.
- Nigdy! - zapewniła go żarliwie. - Nigdy, Piotrusiu - powtórzyła ciszej, tuląc chłopca w ramionach.
Artur patrzył na żonę i ośmiolatka, a potem nachylił się i objął ich całą szerokością swych ramion. Siedzieli tak we trójkę wzruszeni i szczęśliwi. Ciało Piotrusia, wciąż jeszcze targane pojedynczymi spazmami, powoli się uspokajało. Kobietę ogarnęła błogość i czułość tak wielka, że bała się, czy nie zemdleje. Słuchała trzepotu dziecięcego serduszka i gotowa była oddać życie za tego malca, byleby dać mu miłość, bezpieczeństwo i szczęście. Artur nachylił się i musnął ustami kasztanowe włosy żony.
Nagle tę sielankę przerwał histeryczny wrzask, który zadźwięczał w ich uszach piskliwie.
Obrócili się gwałtownie i zobaczyli Maję, stała od nich zaledwie kilka kroków z rozdziawioną buzią i z rączkami zaciśniętymi w pięści. Ciskała gniewnym, oskarżycielskim wzrokiem i wrzaskiem cięła powietrze.
- Maju, chodź do nas. - Jagoda starała się uśmiechnąć, choć jeszcze na jej policzkach błyszczały łzy. - Chodź do nas - zachęcała ją.
- Chodź, Majeczko. - Artur podniósł się z bujawki, zrobił dwa kroki w stronę córki, ale dziewczynka odskoczyła.
- Już mnie nie kochasz?! Nie kochasz mnie! - darła się na całe dziecięce gardełko.
- Maju, córeczko... - Ojciec starał się ją uspokoić, ale na próżno.
- Mama mówiła, że ona jest złodziejką, że mi ciebie ukradnie! I to prawda! Ukradłaś mi tatę! Ukradłaś mi go! I on też! - Wskazała ręką Piotrusia. - Złodzieje! - Położyła się na trawę i zaczęła walić pięściami w ziemię.
- Maju, Majeczko, nie mów tak. Twoja mama bardzo brzydko cię uczy, tak nie wolno mówić. Poczekaj, nie uciekaj! - zawołał, bo mała nagle się zerwała i pobiegła w stronę domu.
- Zostaw mnie, wszystko powiem mojej mamie! Wszystko! - Obróciła się i krzyknęła z satysfakcją.
Jagoda pomyślała z ulgą, że dziewczynka wkrótce wraca do Skarżyska-Kamiennej. Przez miesiąc dała popalić wszystkim, nawet swojemu ojcu. Kowalikowa współczuła mężowi, bo widziała, jak wielką miłością darzy swoje dziecko.
Od strony torów dał się słyszeć hałas, jakby ktoś jechał z zepsutym tłumikiem. Przyszło jej na myśl, że to Hubert znów wyrwał się z domu na quadzie, zapewne nie potrafi poradzić sobie z emocjami po śmierci dziadka. Za chwilę pójdę go pocieszyć - postanowiła z westchnieniem, ale nim wstała, otoczyła Piotrusia ramieniem, a on do niej przylgnął całym ciałem.
Pocałowała chłopca w czubek głowy, wprost w sklejone od potu czarne włoski. Ze zdziwieniem zarejestrowała trzaśnięcie drzwiami auta. Razem z synkiem obrócili głowy w stronę domu i w tym momencie poczuła, że chłopiec trzęsie się na całym ciele, po sekundzie ze zgrozą odkryła, że się zsiusiał. Chciała szepnąć mu jakieś kojące słowo, ale podążyła za wzrokiem Piotrusia i odkryła, że mały z przerażeniem wpatruje się w idącą ścieżką kobietę i rosłego mężczyznę.
Jagoda nie znała tych ludzi, ale z nagłą jasnością umysłu domyśliła się, że to biologiczna matka jej chłopca. Ubrana w dżinsową kurtkę i czarne legginsy kobieta szła pewnym siebie krokiem przez żwirową aleję do domu. Jej towarzysz miał na sobie czarny podkoszulek na ramiączkach i dżinsowe bermudy, całe jego ciało, łącznie z łysą głową i twarzą, pokrywały tatuaże.
Przerażona Kowalikowa sięgnęła do kieszeni po telefon, by zadzwonić na policję, ale komórka była rozładowana. Tamci dwoje nie zauważyli ani jej, ani Piotrusia, bo zasłaniały ich gęste gałęzie starego świerku. Gdy zniknęli w domu, chłopiec raptownie pociągnął Jagodę w trzciny.
Chciała zaprotestować i zapewnić go, że nic mu przy niej nie grozi, ale widząc panikę w oczach dziecka, poddała się i weszła w zarośla, brnąc po kolana w wodzie. Modliła się, by Artur i babcia Jadzia poradzili sobie z intruzami i zdołali się obronić.
Jedynie tykanie zegara i brzęczenie kilku tłustych much, które co chwilę przysiadały na okruchach rozsypanych na kuchennym blacie, rozpraszało grobową ciszę. Puste miejsce przy stole, przy którym codziennie, jeszcze nawet dziś, siedział Zygmunt Drążek, tchnęło żalem. Niecałe pół godziny temu firma pogrzebowa zabrała ciało starszego mężczyzny, a bliscy nie potrafili objąć rozumem, że dziadka już z nimi nie będzie. Nie usiądzie do krzyżówek, nie uśmiechnie się życzliwie, nie wciśnie ukradkiem pieniędzy któremuś z wnuków, ani nie wyprowadzi z równowagi synowej kąśliwym prztyczkiem.
Hubert stał oparty o parapet i wpatrywał się bezmyślnie w gromadę kur powolnie skubiących trawę na podwórku, jakby tam poszukiwał odpowiedzi na pytanie, jak teraz będzie wyglądało ich życie. Chłopiec wciąż cicho popłakiwał, wycierał rękawem oczy i nos, oparł w końcu czoło o szybę i stał tak w zdumionym stuporze. W swoim nieszczęściu czuł się samotny. Jego rodzice się nienawidzili, wiedział o tym doskonale, tak samo jak wiedział, że bez dziadka to już nie będzie dom, a tylko budynek, w którym każdy mija się jak obcy sobie ludzie. Czuł się podwójnie porzucony. Przez dziadka, ale też przez mamę, która ostatnimi czasy rzadko bywała w domu. Kiedyś denerwował się, gdy mama utyskiwała, że za długo gra w gry albo że nic w domu nie robi. To dziwne, ale zatęsknił do tamtego maminego zrzędzenia, byleby tylko poświęciła mu chwilę swojej uwagi.
Fabian siedział na kuchennym stołku i przygarbiony palił papierosa za papierosem. Robił to w pomieszczeniu, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało, ale nikt się tym nie przejął. Wprawdzie puszczał dym w stronę otwartych na korytarz drzwi, lecz gryzący nikotynowy smród i tak drażnił nozdrza wszystkich znajdujących się w kuchni. Wściekł się na ojca, że umarł bez ostrzeżenia. Odszedł zbyt szybko, nagle, w dodatku wyprosił własnego syna i ostatnie słowa skierował do synowej. Co on jej powiedział takiego, że kazał wszystkim innym wyjść? Co to za sekrety? Tajemnice? Może znowu bez mojej wiedzy wetknął Kubie jakąś forsę? - rozmyślał gniewnie.
Zerknął na żonę, ale siedziała blada jak ściana, z łokciami opartymi o blat stołu i ze zwieszoną głową. Przy jej nogach leżał Ferdek, pojękując od czasu do czasu, jakby rozumiał, że w domu zdarzyła się wielka tragedia. Nikt nie pocieszył ani nie pogłaskał psa, bo każdy sam potrzebował krzepiących słów i wsparcia, ale żadne z nich nie zdobyło się na czulszy gest wobec bliskich. Cisza okrutnie im ciążyła. Stawała się nie do zniesienia aż dźwięczała w uszach.
Malina w końcu dźwignęła się z krzesła i poszła na górę. Obmyła twarz lodowatą wodą, by choć trochę przynieść ulgę piekącym powiekom. Miała wrażenie, że wypłakała morze łez. Nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią teścia, jedynej życzliwej osoby w tym domu. Jednocześnie miała do zmarłego żal, że użył wobec niej szantażu, a ona tymczasem pierwszy raz w życiu była naprawdę szczęśliwa. Pragnęła zmiany i zamierzała zakomunikować mężowi decyzję o rozwodzie. Zygmunt swoją prośbą zmarnował jej jedyną szansę na ułożenie sobie życia z ukochanym mężczyzną. Jak teść mógł mi to zrobić? - wypominała mu w myślach. - Co teraz będzie? Nie chcę żyć bez Marka! Nie chcę! - buntowała się.
Męża szczerze nienawidziła, przebywanie z nim pod jednym dachem stało się dla niej udręką. Brzydziła się go. Nagle odkryła, że jemu uczucie obrzydzenia w stosunku do niej i niechęć towarzyszyły przez te wszystkie wspólne lata. Aż przysiadła z wrażenia na łóżku. Wreszcie zrozumiała, że jej starania o jego miłość szły na próżno. Jeśli wciąż kochał Jagodę i śnił o niej, jak ona w tej chwili o Marku, to nic dziwnego, że odganiał się od własnej żony jak od natrętnego kundla.
- Byłam śmieszna i żałosna - powiedziała do siebie ale już bez tej palącej żałości, która towarzyszyła jej w czasach, gdy uganiała się za Fabianem.
Miała niepohamowaną potrzebę zadzwonienia do Grajewskiego, pragnęła usłyszeć jego kojący głos i powiedzieć mu, że przez kilka kolejnych dni się nie spotkają. Serce pękało jej z rozpaczy i tęsknoty, ale rozum podpowiadał, by być teraz z własnym synem, którego śmierć dziadka okrutnie przygnębiła.
Naraz pomyślała o Jagodzie i o tym, że Piotruś zaginął. Siostra odjechała zdruzgotana, prawie nieprzytomna. Czy Piotruś się odnalazł? Dlaczego uciekł? Czy to możliwe, że nie wrócił na noc? Odsunęła własne nieszczęście i jak automat przebrała się w dres, spięła włosy, napisała krótkiego esemesa do Marka, zapewniając go o swojej miłości, schowała telefon do kieszeni i wyszła z pokoju. Na półpiętrze wyciągnęła z szafy prawie nowe adidasy i powoli zeszła na dół.
- Dokąd jedziesz, mamo? - Hubert na odgłos kroków odwrócił się od okna i wbił w matkę pytający wzrok. Jeszcze wciąż ocierał dłonią łzy i pociągał nosem. - No, gdzie idziesz? - ponaglił ją, gdy nie odpowiedziała.
- Jadę do Suchacza. Chcę pomóc szukać Piotrka - rzuciła zachrypniętym, jakby zardzewiałym głosem. - Powiedz ojcu, że biorę Jeepa - zwróciła się do syna, jak gdyby Fabiana nie było w pomieszczeniu.
- Jadę z tobą - stanowczo oświadczył Hubert. - Nie chcę, żebyś sama go szukała po lasach albo nie wiadomo gdzie. - Jadę i już!
- Dobrze, ale nałóż na siebie coś ciepłego, tylko się pospiesz - poleciła.
Nie chciała brać ze sobą syna, ale patrząc na jego smutek, doszła do wniosku, że zaangażowanie go w szukanie Piotrusia będzie zdecydowanie lepsze niż ta dziecięca bezsilna rozpacz.
- Też jadę z wami - mruknął niespodziewanie Fabian i ociężale wstał ze stołka. Malina wzruszyła ramionami i ledwo zauważalnie zmarszczyła brwi, ale on, nie czekając na jej aprobatę, zgniótł niedopałek w denku od słoika i wyszedł przed dom odpalić auto.
Nie protestowała, bo nie miała siły ani ochoty na awanturę. Zamknęła Ferdka w sieni, gdzie miał swój kojec, zaczekała na Huberta, a gdy zbiegł po schodach, bez słowa przekręciła klucz w drzwiach.
Ku zaskoczeniu syna usiadła z tyłu. Nikt jednak o nic nie zapytał ani nie skomentował. Wszyscy przybici śmiercią Zygmunta pogrążeni byli we własnych smutnych rozważaniach. Każde z nich zastanawiało się, jak teraz będzie wyglądała ich codzienność, gdy zabrakło jedynej życzliwej duszy, która potrafiła pogodzić czy pocieszyć w złych chwilach albo chociaż rzucić wesołą uszczypliwość, która może i dokuczała, ale natychmiast stawiała do pionu.
Fabian ściszył radio, bo skoczna muzyka była całkowicie niestosowna do okoliczności, jechali więc w ciszy, nie licząc głośnego pomrukiwania silnika.
- Piotrek taki niby spokojny, wpatrzony w ciocię Jagodę, a jednak dał nogę z domu - przerwał milczenie Hubert. - Co mogło się stać? - zastanawiał się głośno.
- Może zabłądził? - Fabian wsadził sobie do ust miętową drażetkę, nie częstując nikogo więcej. - Ciotka trzyma go pod kloszem. Dzieciak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nic dziwnego, że zwiał. Pewnie błąka się po Suchaczu, z domu go nie wypuszczają, to i się pewnie gdzieś zagubił - zadrwił.
- Tato, w Suchaczu nie da się zgubić. Tu są trzy ścieżki na krzyż, plaża i kilka domów - zauważył syn.
- No to... Jeśli się nie zgubił, to może jest tak, jak mówisz. Dał dyla, genów nie oszukasz, a ten dzieciak nie wiadomo czyj i co... po prostu przybłęda...
- Zamknij się - syknęła z nienawiścią Malina. - Zamknij się wreszcie! Zamknij się!
Zamilkł, bo zszokowały go słowa żony, a właściwie sposób, w jaki je wyartykułowała. Poczuł w tym krótkim komunikacie gniew, złość, nienawiść i pogardę. Siedząc w kuchni, rozważał, czy nie przemóc niechęci i obrzydzenia w stosunku do żony i nie zacząć układać chociaż jako tako ich relacji na nowo, ale nagle zrozumiał, że to już nie zależy tylko od jego woli. Zatkało go. Był przekonany, że na jedno jego skinienie Malina otworzy się przed nim i będzie czekała na miłe słowo, jak to miało miejsce przez tyle lat. Poczuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu jego własność, jego codzienną rzecz, której wprawdzie nie szanował, nie używał, ale którą miał pod ręką w razie potrzeby.
Nikt więcej się nie odezwał aż do samego Suchacza.
Gdy wjechali w Aleję Radości, zobaczyli w połowie wąskiej drogi czarnego Nissana Jagody. Wyglądał jak porzucony, przednie drzwi otwarte na oścież sugerowały, że ktoś wysiadł w biegu. Tuż za nim stało stiuningowane srebrne BMW ze skarżyskimi tablicami.
- Ciekawe, kto to przyjechał? - zastanawiał się na głos Hubert. - Pewnie jakaś przyjaciółka cioci.
- Prędzej matka po tę dziewczynkę, córkę Artura - stwierdziła machinalnie Malina. Odpięła pas i wysiadła z Jeepa.
Od razu usłyszeli podniesione głosy. We trójkę popatrzyli po sobie spłoszeni, bo w rodzinnym domu sióstr trwała awantura z piekła rodem, słychać było płacz kobiety i dziecka, a także wrzaski, które niosły się na całą okolicę.
- Mamo, co tam się dzieje? - zaniepokoił się Hubert.
- Nie wiem... - szepnęła, bo nagle przyszło jej na myśl, że Piotruś nie żyje i teraz rzucają wzajemne oskarżenia, obarczając się winą za jego śmierć. - Może coś z Piotrusiem nie tak...
Hubertowi zadrżała broda, przełknął ślinę, ale gdy Fabian rzucił się biegiem, natychmiast oprzytomniał i pobiegł za ojcem. Malina chciała powstrzymać Huberta, ale było za późno, syn zdążył minąć otwartą na oścież furtkę i już wbiegł do środka.
Podążyła za nimi jak bezwolna kukła, bojąc się zmierzyć z faktami. Nim doszła do furtki, z budynku wybiegł Hubert.
- Mamo, dzwoń po policję! - wrzasnął, odwrócił się, by wejść z powrotem, ale zderzył się z kobietą w dżinsowej kurtce. Za nią wyskoczył mężczyzna cały w tatuażach. - Dzwoń po policję! Mamo, szybciej! - rozdarł się ponownie Hubert.
Mężczyzna odwrócił się i popchnął młodziutkiego Drążka, aż ten zatoczył się na pień starego świerku. Widziała, jak syn się przewrócił, jak z domu Jagody wybiegł Fabian i doskoczył do tamtego, ale osiłek, odgoniwszy się od Fabiana jak od natrętnej muchy, popchnął go, a sam biegł już w jej stronę, a raczej w stronę srebrnego BMW, do którego wsiadła jego towarzyszka.
Malina drżącą ręką sięgnęła po komórkę. Na krótkie okamgnienie ucieszyła się z nieodczytanych jeszcze esemesów od Marka, wyrzucając sobie, że nawet w takiej chwili myśli o ukochanym, zamiast o synu. Trzęsąc się, nie była w stanie wystukać numeru policyjnego.
- Nie dzwoń, Malina - usłyszała cichy, drętwy głos. Podniosła głowę i zobaczyła, że z budynku wyszedł blady jak ściana Artur.
- Nie dzwonić? - upewniła się.
- Tak, niech jadą - odpowiedział ze spokojem. Wyglądał jak śmierć. Szwagierka się o niego przestraszyła, przypomniawszy sobie, że niedawno przeszedł rozległy zawał.
- Jesteś pewien? - Fabian zmierzył Artura zszokowanym wzrokiem, w którym wypisaną miał pogardę dla takiego zakończenia sprawy. - We dwóch dalibyśmy mu radę - burknął pod nosem, podnosząc się z ziemi i zbierając swoje nadszarpnięte ego.
- Niech jadą - powtórzył Artur grobowym głosem. - Przestaw samochód, Fabian, żeby mogli wyjechać - polecił, lecz po chwili dodał zaskakująco głośno: - Policję już powiadomiłem.
Drążek przeszedł obok żony i dwójki intruzów siedzących w BMW, wskoczył do Jeepa i wycofał auto, by tamci mogli wyjechać. Malina, powodowana instynktem, ukradkiem cyknęła zdjęcie obcej tablicy rejestracyjnej.
- Co się dzieje? Co to za jedni? - zasypała Artura pytaniami.
- Wujek, no właśnie, co tu się dzieje? - Hubert zdążył się pozbierać. - To matka twojej córki?
- Nie, to biologiczna matka Piotrusia i jej konkubent. - Artur pochylił się, oparł dłonie na ugiętych kolanach i uspokajał oddech.
- Zabrali Piotrka? - Hubert zamrugał szybko. Co nieco o trudnym dzieciństwie chłopaka słyszał, zresztą pamiętał go z czasów, gdy nosił ciemne okulary i golfy, by zasłonić siniaki. Teraz bardzo się przestraszył.
- Nie, nie zabrali. Jagoda z Piotrusiem są na cyplu. - Artur się odwrócił w tamtym kierunku, a ponieważ nie dostrzegł ani żony, ani chłopca, rzucił do Maliny: - Wejdźcie do domu, ja po nich pójdę. - Po czym pobiegł w stronę plaży.
Malina i Hubert wciąż stali pod świerkiem, po chwili podszedł do nich Fabian i on również przyglądał się, jak Artur wchodzi w trzciny, a po jakimś czasie niesie na rękach ociekającego wodą Piotrusia. Fabian wyszedł mu naprzeciw.
- Daj mi go, jesteś po ciężkim zawale - bąknął i nie czekając na odpowiedź, chciał zabrać Arturowi chłopca z ramion. Piotruś jednak delikatnie odepchnął wyciągnięte ręce Drążka, stanął i na drżących nogach, podpierany przez Artura, powlókł się w stronę domu. Fabian dopiero teraz zobaczył idącą za nimi Jagodę. Od pasa w dół była całkowicie przemoczona. Jej umęczona blada twarz i sińce pod oczami przyprawiały o zgrozę. - Co tu się dzieje? - spytał Fabian, rozglądając się po wyzutych z emocji twarzach. - Topiliście się?
- Aleś ty głupi - mruknęła pod nosem Malina, nie spojrzawszy nawet na męża. - Jagoda, pomóc ci w czymś? - zaoferowała.
- Zaparz kawę i herbatę, podgrzej rosół, niech będzie gorący, ja zaraz do ciebie dołączę - odpowiedziała z wdzięcznością. Najchętniej zanurzyłaby się w gorącej kąpieli z pianą, a potem zasnęła kamiennym snem. Piasek pod powiekami uwierał i kłuł. Przemoczona od wody i błota bielizna przyklejała się nieprzyjemnie do ciała, w dodatku kobieta miała wrażenie, że chodzą po niej miliony pająków i wszelkiego robactwa. A jednak nie zamieniłaby tej półgodziny z Piotrusiem spędzonej w trzcinach za żadne skarby świata. Trzymała go w ramionach, tuliła, uspokajała, a on znów był wobec niej ufny.
- To była matka Piotrka? - upewnił się w końcu Fabian, wyrywając Jagodę z zamyślenia. - Zanim policja przyjedzie, to po nich już śladu nie będzie. Pewnie z piskiem opon zasuwają do Skarżyska. We dwóch przytrzymalibyśmy ich - dodał z wyrzutem w stronę Artura. - I kiedy w końcu przyjadą gliny? - denerwował się.
- Nie dzwoniłem po policję - wyznał Kowalik.
- Co takiego? Nie dzwoniłeś? - Fabian z dezaprobatą kręcił głową. - Co to wszystko znaczy?
- Dobrze, że nie zadzwoniłeś. - Jagoda uniosła umęczony wzrok i podziękowała Arturowi. - Mogłoby dojść do jeszcze większego nieszczęścia.
- Dlaczego? Ona ma ponoć zakaz zbliżania się. - Drążek nie dawał za wygraną. - Sprawa by raz na zawsze została ukrócona. Nie rozumiem was - prychnął i sięgnął po paczkę papierosów. Wsadził sobie jednego do ust i zaciągnął się zachłannie.
- Wyszłoby, że Piotrka nie było na noc - oświadczyła dobitnie Malina. - Tak trudno to zrozumieć? Wszystko trzeba ci wyłożyć jak krowie na rowie? A ponoć taki inteligentny jesteś - zadrwiła, mijając męża.
- Mamo, bądź milsza dla taty - poprosił Hubert, który wszedł za matką do salonu z kuchnią. - Nie mogę patrzeć na tę waszą nienawiść. Ja też myślę czasami o ucieczce z domu - wyznał pod nosem tonem pełnym żalu ale i rezygnacji.
Nie odpowiedziała. Uznała słowa syna za rzucone na wyrost. Natomiast spełnić jego prośby, by być milszą dla Fabiana, nie mogła. Nie potrafiła zmusić się do choćby małego serdecznego gestu wobec męża. Za dużo jej zrobił złego, za bardzo ją lekceważył przez te wszystkie lata. Za bardzo okazywał zainteresowanie wielu kobietom, tylko nie jej, własnej żonie. Brzydził się nią, a teraz i ona brzydziła się nim.
Z pokoju naprzeciwko otworzyły się drzwi i wyjrzała babcia Jadzia, a za nią wysunęła się główka zapłakanej, wystraszonej Mai. Wybiegł również Fiki i rozszczekał się radośnie, lgnąc przede wszystkim do Huberta.
- Czy... czy... czy... oni już sobie pojechali? - wyjąkała dziewczynka.
- Tak, chodź, Maju, już ich nie ma. - Malina przykucnęła, a mała niespodziewanie wtuliła się w nią całym ciałem i się rozpłakała. - No, cichutko, już dobrze, już dobrze, dziecinko - przemawiała do niej łagodnie. W końcu podprowadziła ją do kanapy i ukołysała w ramionach, szepcząc czułe zaklęcia.
Hubert, głaszcząc i po trosze odpędzając się od szczeniaka, zerkał na matkę tulącą dziecko i ze smutkiem odkrył, że jego mama z taką łatwością i czułością tuli obce dzieci, a jego nie trzymała w ramionach już dawno. Zaraz jednak zbeształ się w myślach, że jest już dużym mężczyzną. Tylko że mimo wszystko zrobiło mu się smutno na sercu i bardzo brakowało mu tych ramion. Pochylił się nad miękką sierścią psa, by ukryć niespodziewaną łzę. Marzył i tęsknił boleśnie za matczyną miłością. Dziwne to wszystko mu się wydało. Przecież jeszcze nie tak dawno nie szanował swojej mamy, zdawało mu się nawet, że jej nie kocha za mocno. Miał do niej żal, że jest gruba, że ciocia Jagoda jest od niej ładniejsza, piękniej się ubiera i jest wykształcona, zawsze miła i serdeczna.
- Co ja najlepszego narobiłam... - Jadzia usiadła przy stole, zasłoniła dłońmi twarz i głośno zapłakała. - Co ja najlepszego narobiłam... - powtarzała raz za razem. - Co ja zrobiłam... Mój Boże...
Malina chciała ją pocieszyć, zapytać, co się takiego wydarzyło, o co się babcia Piotrusia oskarża, ale trzymała w objęciach małą, przerażoną dziewczynkę, która nie powinna słuchać wyznań starszej kobiety. Siedziała więc w milczeniu, kołysząc dziecko, które powoli zaczęło się uspokajać. Żal jej było babci Piotrusia. Zapewne przeraziła się własnej córki i jej konkubenta, ale też pewnie, jak to matka, wstydziła się za nią.
Z łazienki doleciał do ich uszu szum napuszczanej do wanny wody i Drążkowa domyśliła się, że siostra kąpie ośmiolatka. I rzeczywiście, po jakimś czasie z łazienki wyszedł Piotruś ubrany w gruby szlafrok ze Spidermanem i skierował się do swojego pokoju, nie zamieniwszy z nikim słowa. Po chwili do kuchni przyszła Jagoda, a zaraz po niej Artur. Maja natychmiast wyrwała się z objęć Maliny i przylgnęła do ojca.
- Tatusiu, czy oni na pewno już tutaj nie wrócą? - dopytywała, ściągając buźkę w ciup i wlepiając w tatę przerażony wzrok.
- Nie, Majeczko, bądź spokojna - szepnął, nachylając się nad głową córki.
- Byłeś bardzo dzielny, tatuniu, broniłeś mnie i babci Jadzi, uratowałeś nas - wymamrotała, pełna dumy z ojcowskiej odwagi.
Nikt nie podtrzymywał rozmowy. Płacz babci Jadzi przemienił się w ciche spazmy. Drążkowa podeszła do stołu i położyła starszej pani rękę na ramieniu, ale pogrążona w rozpaczy Jadwiga ani drgnęła.
- Już dobrze, Jadziu, już dobrze, zapomnij o tym wszystkim - uspakajała ją. Jednak gdy kobieta w dalszym ciągu nie reagowała, westchnęła i przeszła do aneksu kuchennego. Wyciągnęła pieczywo, posmarowała kanapki masłem, Pokroiła ogórki kiszone, wędlinę i ser żółty, starając się skupić całą uwagę na wykonywanych czynnościach.
Jagoda wyjęła garnek z rosołem i postawiła na płycie indukcyjnej, a potem podeszła do stołu i objęła Jadwigę ramieniem. Staruszka jednak nie podniosła głowy.
- Jadziu, nie płacz - poprosiła umęczonym głosem. - Wszystko dobrze się skończyło.
- A gdzie tam dobrze! - prychnął Fabian, który skończył pod świerkiem palić papierosa i z lekka naburmuszony wszedł do kuchni. - Nie rozumiem, dlaczego nie zadzwoniliście na policję. Mielibyście spokój raz na zawsze, a przynajmniej na dłużej, a tak to tylko patrzeć, jak za dzień dwa znowu się zjawią. I czego oni chcieli? Pieniędzy? A może to oni zabrali chłopaka albo go namówili, żeby z nimi poszedł?
- Nie - ucięła jego domysły Jagoda. Nie chciała mówić przy dzieciach, ale one i tak były świadkami tych strasznych scen, zaczerpnęła więc tchu i wyjawiła: - Piotruś uciekł w wyniku nieporozumienia. Chciał w samotności przetrawić swoje kłopoty, bo zawsze tak robił. Jego matka napatoczyła się tu przez przypadek - opowiadała beznamiętnym głosem, jakby słowa sprawiały jej szczególną trudność.
- No właśnie, toteż mówię, dlaczego nie wezwaliście policji? - Popukał się w czoło.
- Już ci to tłumaczyłam, za kilka dni czeka mnie rozprawa... Proszę, nie rozmawiajmy o niektórych sprawach przy dzieciach. - Kowalikowa spojrzała na niego udręczonym wzrokiem, a potem wyszła do pokoju Piotrusia.
- Jaki ty jesteś upierdliwy, wprost męczący. - Malina zmierzyła męża złym spojrzeniem. - Nieznośny dziad - podsumowała zachowanie Fabiana.
- Mamo, proszę... - Hubertowi słowa nie chciały przejść przez zaciśnięte gardło. Zbierało mu się na płacz. - Proszę... mamo...
Nie odpowiedziała, tylko mocniej zacisnęła szczękę. Znów jestem ta najgorsza - pomyślała ponuro. Dlaczego tylko mnie prosi o rozsądek? Dlaczego nigdy nie poprosi o to ojca? Miała ochotę trzasnąć drzwiami, wyjść stąd i uciec od nich wszystkich. Od tego podłego życia, od tych wiecznych żalów, pretensji i niedomówień. Zamiast tego z zaciętą miną energicznie machała nożem, smarując kromkę za kromką.
W pokoju Piotrusia panował półmrok. Mały z kolanami pod brodą leżał na łóżku. Jagoda przyglądała się dziecku dłuższą chwilę. Miał przymknięte powieki, nie wiedziała, czy śpi, czy po prostu nie ma ochoty na rozmowę. Podeszła najciszej jak potrafiła i odgarnęła mu włosy z czoła. Rozczulił ją widok zaróżowionych od gorącej kąpieli policzków i ciemnych, nieco przydługich kosmyków. Chciała odejść, ale malec otworzył oczy i poprosił:
- Nie odchodź, mamusiu.
- Jestem tu, kochanie. Jestem przy tobie, Piotrusiu. - Przyklęknęła przy łóżku.
- Bardzo jest ci smutno przeze mnie? - spytał cicho.
- Ależ skąd, skarbie, jestem szczęśliwa, że nic ci się nie stało. Jest mi tylko przykro, że byłeś w nocy sam... że pewnie się bałeś...
- Byłem tutaj, niedaleko, na bujawce. Widziałem zapalone światło w naszym domku i się nie bałem, no... może trochę... - wyznał.
Posmutniała jeszcze bardziej, gdy uświadomiła sobie, że chłopiec z premedytacją obserwował poszukiwania i słysząc jej płacz, panikę, nawoływania, nie odezwał się słowem, nie zdradził się ze swoją obecnością. Przez krótki moment przyszło jej do głowy, że być może cieszył się z jej bezradności i męki, jaką przechodziła. Jednak natychmiast porzuciła te rozważania, szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło.
- Piotruniu, dziecinko, nie wracajmy już do tego. Wiem, że w trudnych chwilach uciekałeś i się chowałeś. I ty, i ja musimy się siebie nauczyć. I babcia Jadzia też. Jeszcze będzie dużo rzeczy, przez które nie raz, nie dwa zapłaczemy, ale jesteśmy dla siebie, mamy siebie. Mamy bezpieczny dom, w którym zawsze znajdziemy pocieszenie, dobrze, kochanie?
- Dobrze, mamusiu. - Umilkł, ale widać było, że coś go nurtuje. - Ale... czy ty... - nie dokończył pytania.
- Pytaj, Piotrusiu, pytaj o wszystko i sam też wszystko mi opowiedz, będzie ci lżej - poprosiła żarliwie
- Czy... czy... szarpałaś moją babcię? - zapytał cicho.
Westchnęła głośno i długo zwlekała z odpowiedzią, w końcu pokiwała głową.
- Tak - wyznała, ledwo poruszając ustami.
- Ale dlaczego? - Jej odpowiedź zaskoczyła go i zasmuciła.
- Przestraszyłam się, że coś ci grozi, a babcia bała się powiedzieć mi, co się stało.
- Bała się powiedzieć, że dzwoniła do mojej mamy, prawda?
Znów pokiwała głową i zamknęła powieki. Wyrzucała sobie tamto swoje zdenerwowanie. Domyślała się, że podkopała zaufanie ośmiolatka, i nie mogła znieść tej myśli. Z trudem przełknęła ślinę, a potem otworzyła oczy i dotknęła drobnej dłoni.
- Piotrusiu... czasami... - Chciała mu powiedzieć, że ludzie robią różne głupie rzeczy, których potem żałują, ale usłyszała cichy głos synka.
- Mamusiu, kocham cię jeszcze bardziej za to, że powiedziałaś mi prawdę. Bo przecież ty byś babci nigdy nie uderzyła...
- Nigdy, kochanie. Chciałam tylko, żeby szybciej powiedziała mi, czy...
- Czy ona już tu jedzie - dokończył za nią. Choć nie powiedział kto, oboje wiedzieli, że chodzi o biologiczną matkę dziecka. - Ona jeszcze tu wróci?
Chciała zaprzeczyć, żeby czuł się bezpieczny, ale nie potrafiła go okłamać.
- Nie wiem, syneczku. Mam wielką nadzieję, że nigdy już tu jej nie zobaczymy.
- Wróci. Nie znasz jej... Ona wróci...
- Nic ci tu nie grozi, synku. Absolutnie nic. Ani tobie, ani babci Jadzi, ani nikomu.
Nie odpowiedział. Leżał ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie. Znów pogłaskała malca po głowie, muskając delikatnie jego włosy.
Nagle podniósł się na łokciach i rozejrzał.
- Gdzie jest Fiki?
- W kuchni. Tak bardzo bym chciała, żebyś też poszedł z nami do kuchni, zjadł gorący rosół i kanapeczki, które ciocia Malina szykuje dla nas wszystkich - zachęcała go. - Jesteś głodny, od wczoraj nic nie jadłeś.
- Wstydzę się. Tam jest tyle ludzi - wyjaśnił z ciężkim westchnieniem. - Może zjem tutaj?
- Kogo się wstydzisz? Tam są sami bliscy.
- Wstydzę się Huberta i w ogóle... - Popatrzył Jagodzie w oczy ze smutkiem.
- Piotrusiu, nie masz się czego wstydzić. Twojej babci będzie milej, gdy przyjdziesz. A tak między nami, wracając do Huberta. Ostatnio przyjechał tu w nocy quadem, rozwalił nam bramę, czy go potępiałeś albo źle o nim myślałeś?
- Nie...
- No właśnie, on też o tobie źle nie myśli. Przyjechał tutaj, by pomóc cię szukać, choć dziś zmarł jego ukochany dziadek i sam potrzebuje wsparcia - powiedziała cicho.
- Zmarł dziadek Zygmunt? - Piotr usiadł na łóżku. - Och, tak współczuję Hubertowi. Jednak pójdę do kuchni - zdecydował.
- Jestem z ciebie dumna, synku. - Jagoda cmoknęła go w czoło. - Ubierz się i przyjdź, ja idę nalewać rosół.
W kuchni panował harmider. Jadzia, wciąż popłakując, rozstawiała talerze i sztućce, Malina kończyła robić kanapki, Maja, stojąc przy kuchennym blacie, dekorowała ułożone w stos kromki drobno posiekaną pietruszką, rozsypując ją przy okazji na podłogę. Widać było, że dziewczynka lgnie do Maliny.
Jadwiga odcedzała makaron i wkładała na talerze, ale ręce jej tak drżały, że gdy wzięła łyżkę wazową, Jagoda delikatnie wyjęła jej chochelkę i wyręczyła w nalewaniu rosołu.
Zanim jednak wszyscy usiedli do stołu, z pokoju wyszedł Piotruś, bąknął ciche "dzień dobry" i podszedł do Huberta. Postał chwilę bez słowa, a potem po prostu go przytulił. O dziwo, Hubert odwzajemnił uścisk i stali tak dość długo we wspólnym porozumieniu.
- Współczuję ci, pan Zygmunt był bardzo dobrym dziadkiem i mocno cię kochał - wyszeptał Piotr Bąk. - Ciesz się tym, że go miałeś. Ja swojego dziadka nie znalem w ogóle.
Hubert nie odpowiedział, broda mu zadrżała, a kąciki ust opadły.
- Jadziu, chłopcy, Maju, panowie, siadajcie do stołu - zawołała Jagoda, bała się, że za chwilę nie będzie w stanie ze wzruszenia powiedzieć słowa. Była dumna ze swojego synka, jak w duchu pieszczotliwie od dawna nazywała Piotrusia. Teraz odkryła, że chłopiec jest czuły na krzywdę i współczujący w nieszczęściu.
Po obiedzie Piotr zaprosił Huberta do pokoju, ku zdziwieniu wszystkich mała zapytała, czy też może z nimi iść, Fiki również pomaszerował razem z dzieciakami. Może coś zmieni się na lepsze? - Jagoda uśmiechnęła się pod nosem, gdy za młodziakami zamknęły się drzwi.
Jak na ironię, usłyszała za sobą głos Fabiana, który wstał od stołu i szedł na zewnątrz zapalić.
- Ale wiecie o tym, że ten spokój jest pozorny? Dopóki matka dzieciaka jest na wolności, będzie tu przyjeżdżać i was zastraszać albo i szantażować, to już taki bezczelny typ - zauważył ponuro.
- Fabian, nie chciałam tłumaczyć przy dzieciach. Przecież doskonale wiesz, że staram się o adopcję, a przynajmniej o opiekę nad małym. Gdybym wezwała policję, wydałoby się, że Piotruś nie nocował w domu. Jak myślisz, jakie szanse miałabym wtedy na opiekę nad nim? - Jagoda podniosła lekko głos, bo ze zmęczenia, po nieprzespanej nocy i nerwach całego dnia, brakowało jej cierpliwości.
- Niby tak, ale przecież to jasne, że wszystko i tak się wyda - zakpił.
- Jak to się wyda? Dlaczego? - Patrzyła na niego z niedowierzaniem i złością, już miała na końcu języka pytanie, czy przypadkiem on chce donieść, ale w porę ugryzła się w język. - Dlaczego tak sądzisz? - spytała ponownie, ponieważ całą uwagę skupił na wyciąganiu papierosa z lekko zgniecionej paczki.
- Już oni w sądzie mają swoje metody, żeby dzieciaka przepytać. Będzie poddany praniu mózgu przez psychologa. Co ty, lekarka i o tym nie wiesz? - Wzruszył ramionami. - Sam chłopak im to wyśpiewa, gdy go odpowiednio podejdą. I nic nie wskórasz, zabraniając mu o tym w sądzie mówić, bo może się to wszystko obrócić przeciwko tobie. To się wyda - oznajmił ze znawstwem.
On ma rację - odkryła naraz. Tak, Fabian ma rację. Ucieczka Piotrusia wyjdzie na jaw i nic nie może już temu zapobiec. Wyjdzie też na jaw, że nie powiadomiłam na czas policji - uświadomiła sobie i pobiegła do łazienki, by tam w spokoju od ludzkich oczu wypłakać swoją gorycz i żal.