Jesień w Krynicy-Zdroju - Aneta Krasińska

-
Proszę czekać

Prolog

Przestronne biuro na najwyższym piętrze pewnej warszawskiej kamienicy wypełniły promienie słoneczne jednego z ostatnich dni lata. Uważny obserwator mógłby dostrzec maleńkie drobinki kurzu wirujące nad podłogą i osiadające na meblach w nowocześnie urządzonym biurze redaktora naczelnego magazynu "Lustro". Jednak pozostające w nim osoby skupione były na zupełnie czymś innym.

- Rozumiem, że to żart, choć nie primaaprilisowy? - warknęła Paulina Borek i ściągnęła wystylizowane brwi tak mocno, że na czole pojawiła jej się monobrew. - Dowcip przedni, ale nie dla mnie - dodała, wciąż nie cofając rąk z biurka dzielącego ją od przełożonego.

- Paula, takie są realia rynku i nie zawsze możemy pisać o tym, co nam pasuje - powtórzył po raz wtóry tego popołudnia Albert Repsz i przewrócił oczyma, wokół których rozciągała się sieć drobnych zmarszczek. - Nawet największe krajowe tytuły sięgają po tematy popularne, żeby zdobyć czytelników i udowodnić reklamodawcom, że są warte każdej wydanej złotówki. To pieniądz rządzi światem i górnolotne ideały niekiedy trzeba sobie odpuścić.

Powieki Pauliny przymknęły się jeszcze mocniej. Irytowało ją to traktowanie jak rozkapryszonej gówniary niemającej pojęcia o życiu. Zbyt długo pracowała w branży, by nie wiedzieć, że niszowe tematy się nie obronią. Ale w tym wypadku szło o coś innego.

- Powiedz mi jedno. - Wycelowała palcem w tors Alberta i postukała w idealnie wyprasowaną białą koszulę w różowe prążki. - Dlaczego akurat ja?

- Bo jesteś najlepsza - odparł bez wahania.

- Albi, kurwa! - wykrzyknęła, nie panując nad sobą. - Ty naprawdę myślisz, że po tym, co przeszliśmy, to jeszcze na mnie działa? - Wyprostowała się i splotła ręce na piersiach. - Nie jestem zabawką, która zrobi wszystko, co jej każesz.

- Stop! Przesadzasz z tymi podejrzeniami!

- To jak mam to inaczej rozumieć?

- Masz normalne zadanie do wykonania.

- Normalne? - Wyszczerzyła zęby niczym pies broniący swej miski. - Dla ciebie pisanie artykułów o takich pierdołach jest czymś normalnym?

- Potrzebuję osoby z dużą łatwością wysławiania się i patrzenia nie tylko oczami.

Czuła, że próbuje ją podejść, i to irytowało ją jeszcze bardziej. Znała te sztuczki. Pracowała w branży od dwudziestu lat, a jej artykuły ukazywały się na łamach największych czasopism w Polsce. Od pięciu lat była w "Lustrze", ale nigdy nie przeżyła podobnego upokorzenia.

- A dla mnie to jak zesłanie, żebym nie plątała ci się pod nogami i dobrze zapamiętała, kto tu rządzi - burknęła z wyrzutem. - Nie sądziłam, że zniżysz się do czegoś podobnego. Naprawdę jesteś bezwzględny, a ja głupia ci ufałam... - Urwała i cofnęła się do skórzanej kanapy, na którą opadła ciężko.

Albert wyszedł zza biurka i usiadł obok dziennikarki. W milczeniu czekał, aż ochłonie. Wiedział, że w przeciwnym razie nie ma sensu strzępić języka, a każdy argument Paula i tak zinterpretuje po swojemu. Dzięki tej inteligencji zwróciła jego uwagę, ale też wiele razy musiał się z nią zmierzyć i wtedy czuł ciężar rozmów.

- Masz rezerwację na miesiąc w ośrodku, o którym będziesz pisać.

- Mam tam mieszkać przez tyle czasu? Przecież umrę z nudów! - fuknęła.

Dostrzegł, jak mocno napina mięśnie twarzy, by nie otworzyć ust i nie powiedzieć czegoś więcej.

- Odpoczniesz. Skorzystasz z oferty ośrodka, a przy okazji napiszesz artykuł.

- Z oferty?!

- Mają świetne zabiegi. Na miejscu wybierzesz sobie, co będziesz chciała. Wprawdzie recepcjonistka coś wspominała, że będziesz musiała się skonsultować z lekarzem uzdrowiskowym, ale to jedynie formalność, skoro to pobyt komercyjny.

- Właśnie... komercyjny, ale w sanatorium dla tetryków!

- Oj, wielu z kuracjuszy by się oburzyło, gdybyś tak ich nazwała w swoim artykule, więc raczej unikaj takich pejoratywnych określeń. - Uśmiechnął się i spróbował dotknąć jej dłoni.

Zabrała rękę i znów zaplotła ją z drugą na piersiach.

- Nie muszę jechać na drugi koniec kraju, by napisać dobry artykuł - gderała. - Doskonale wiesz, że gdybym tak pracowała, to byłabym gościem w domu.

- Ale to wyjątkowe miejsce i wyjątkowy temat, więc liczy się, żebyś jak najlepiej poznała zaplecze nagrywanego programu i miejscowość z jej specyficznym klimatem, i wcale mi tu nie chodzi o powietrze. - Mrugnął porozumiewawczo, gdyż akurat na niego spojrzała.

- Mam się zachwycać amorami ludzi, którym na starość przewraca się w głowie i którzy chcą przeżywać drugą młodość?

- Mniej więcej o to chodzi, tylko musisz popracować nad słownictwem. - Wciąż się uśmiechał.

- Zabierasz mi miesiąc z życia i zachowujesz się, jakbyś był moim dobroczyńcą - syknęła, świdrując go wzrokiem. Nerwowo przeczesała krótkie, tlenione na platynę włosy i zagryzła dolną wargę.

- Potrzebujesz zmiany otoczenia - wyszeptał.

- A przez kogo? - wycedziła, wciąż nie spuszczając z niego szarych oczu, do których wbrew jej woli napływały łzy. - Łatwo się pozbyć kłopotu.

- To nie tak... - zaczął, ale wiedział, że nie ma sensu wracać do przeszłości i zmieniać ustaleń.

- Może rzeczywiście powinnam się zwolnić i nie pozwalać ci na takie traktowanie - wydukała i czując, że to ostatni moment, gdy jeszcze nad sobą panuje, wybiegła z pomieszczenia.

Nie zwracała uwagi na mijane w korytarzu osoby. Nie odpowiadała na pozdrowienia czy pytania. Potrzebowała samotności. Niczym tornado wpadła do łazienki i z łoskotem zamknęła za sobą drzwi od kabiny. Ciężko klapnęła na opuszczoną deskę sedesową i schowała twarz w dłoniach. Potem wbiła zęby w policzek od środka i gdy zdrętwiał, zaczęła się uspokajać. Szczypiące pod powiekami łzy ustępowały miejsca płomieniowi. Z każdą minutą ciało zaczynało ją palić, a policzki piekły, jakby nachylała się nad rusztem, na którym latem tak chętnie grillowała warzywa i chude mięso drobiowe. W głowie kłębiły się obrazy, o których powinna zapomnieć, a które wciąż nie chciały ulecieć. Nie powinna dawać się wodzić za nos. Nie powinna ufać. I właśnie miała tego dowód. W pracy nie ma sentymentów, a naiwność jest srodze karana.

Zwinęła dłonie w pięści. Ponownie rozprostowała palce dopiero wtedy, gdy poczuła ból od wbijanych w skórę wypielęgnowanych paznokci w bordowym kolorze z różnymi zdobieniami. Nabrała powietrza i wyszła z kabiny. Drzwi z impetem uderzyły o futrynę. Niewzruszona podeszła do umywalki i puściła lodowatą wodę. Najchętniej włożyłaby głowę pod kran, żeby się orzeźwić. Tu jednak pojawiły się dwa problemy. Kran osadzony był zbyt nisko nad umywalką, co miało zapobiec rozchlapywaniu wody w czasie mycia rąk. Poza tym bez suszarki i specjalnych kosmetyków do stylizacji włosów nie zdołałaby ponownie ułożyć czupryny w tak nonszalancki sposób.

Poprzestała więc na umyciu dłoni i z zaciętą miną ruszyła do wyjścia. Miała cały weekend na przemyślenie decyzji, czy w poniedziałek złożyć wymówienie, czy wsiąść do pociągu jadącego do Krynicy-Zdroju.

Rozdział I

Rozlewającą się za oknem pociągu zieleń przetykały różne odcienie brązu świeżo zaoranej ziemi i wygryzionych pastwisk. Falujące niczym morze niewysokie wzgórza to się wyłaniały, to znów niespodziewanie kryły się za zakrętami. Wijące się nieopodal torów strumienie wpadały do bystro płynących rzek, których wody rozbryzgiwały się na wystających kamieniach.

Paulina Borek nie mogła usiedzieć w miejscu. Przez całą podróż ze stolicy nie zmrużyła oka. Świadomie wybrała dzienne połączenie z Krynicą-Zdrojem. Wiedziała, że kotłujące się w jej głowie myśli nie pozwolą jej zasnąć. Czuła zmęczenie i wewnętrzny niepokój, gdy po całodziennej podróży z głośnika w przedziale pierwszej klasy popłynął komunikat, że za kwadrans dotrą do stacji końcowej. Lubiła podróże. Nie bała się wyjazdów zagranicznych. Z radością planowała wypady po Europie, ale też miała na koncie kilka wypraw na pozostałe kontynenty. Zwykle łączyła wypoczynek z możliwością zwiedzania. Uwielbiała oglądać monumentalne budowle czy na moment stawać się cząstką tętniącej życiem aglomeracji, by wkrótce położyć się na leżaku z drinkiem w dłoni.

Prychnęła na wspomnienie tych wszystkich chwil i znów odruchowo zacisnęła pięści. Nie miała bowiem pojęcia, co przez najbliższy miesiąc miałaby robić w niewielkiej górskiej miejscowości, w której, jak zakładała, największą rozrywką będą codzienne dancingi dla seniorów. Ból przypomniał jej o rozprostowaniu palców. W pośpiechu nie zdążyła pójść do salonu. Na wypielęgnowanej płytce widoczny był już maleńki odrost. Nie miała pewności, czy w tej mieścinie zdoła znaleźć jakieś studio stylizacji paznokci. Pod tym względem była wybredna i wcale tego nie ukrywała. Jej zawód wymagał wzbudzającego zaufania wyglądu, dlatego raz w miesiącu zaglądała do salonu piękności, oddając się w ręce pani Agnieszki, która jak nikt w stolicy potrafiła rozjaśnić jej włosy tak, by ich nie zniszczyć, a potem odpowiednio je przystrzyc i ułożyć. Paznokcie robiła dwa razy częściej, ale następną wizytę miała zaplanowaną dopiero pod koniec tygodnia. Będzie więc zmuszona skorzystać z usług kogoś nieznanego. I to też ją bardzo stresowało.

W ogóle rozdrażnienie trwało od piątku, gdy gruchnęła wieść o jej rychłym wyjeździe, i wciąż nie potrafiła zaakceptować decyzji Alberta Repsza. Prychnęła na wspomnienie ich ostatniej rozmowy, a potem sięgnęła po umieszczony nad siedzeniami bagaż. Największa z posiadanych przez nią walizek drgnęła i poddała się szczupłym, choć umięśnionym ramionom właścicielki. Ta, postawiwszy pakunek przy nogach, aż westchnęła. Żałowała, że od Żegiestowa została sama w przedziale i nie mogła liczyć na niczyją pomoc.

Pociąg zaczął hamować. Opuściła przedział i podążyła korytarzem do wyjścia. Nieliczni pasażerowie już stali przy drzwiach, zaciekle rozprawiając, w jaki sposób dostać się do centrum miasteczka. Jeszcze przed wyjazdem sprawdziła, czy w kurorcie jeżdżą taksówki. Teraz więc nie zawracała sobie tym głowy.

- Pani taka młodziutka i też już chora? - zagadnęła niespodziewanie stojąca za jej plecami czerstwa staruszka.

- Nie, na szczęście nie - odparła Paulina, zerkając za siebie.

- I dobrze - podchwycił starszy mężczyzna w kraciastym kaszkiecie. - Nie ma co czekać, aż zdrowie siądzie, i dopiero wtedy biadolić. Lepiej dbać o nie za młodu, bo później to człowiek nie ma siły i chęci na nic.

- Oj, racja - przyznała kobiecina za Pauliną. - Gdybym wiedziała o tym wcześniej, to teraz nie musiałabym się tułać od jednego uzdrowiska do drugiego, żeby ciut podreperować zdrówko.

Paulina od czasu do czasu kiwała głową. Zwykle chwytała takie momenty i ciągnęła rozmowę, wiedząc, że luźne pogaduszki mogą zaowocować interesującymi wnioskami, których nigdy nie omieszkała wykorzystać w przygotowywanych artykułach. Dzisiaj była zbyt wykończona wielogodzinną podróżą i wciąż zbyt poirytowana przymusową delegacją.

- Może chcesz się pani z nami zabrać taksówką? - zaproponował właściciel kaszkietu. - Byłoby taniej, a przecież lepiej wydać te pieniądze na jakieś przyjemności niż na taryfę. - Zachichotał.

- Nie chcę państwu przeszkadzać - oświadczyła, mając nadzieję, że lada chwila nareszcie wysiądzie i uwolni się od gaduł.

- Wcale nam pani nie przeszkadzasz - zapewnił. - Im nas więcej, tym weselej.

Co do wesołości, to Paulina nie zamierzała na siłę się uśmiechać i robić z siebie wariatki. Owszem przyjechała, by napisać artykuł. Nie miała wyjścia. W weekend aplikowała do kilku prestiżowych czasopism, ale wiedziała, że grono jest tak małe, a przepływ informacji tak szybki, że zanim jej pociąg zatrzymał się w Krakowie, stołeczne redakcje już się wymieniły newsem o jej poszukiwaniach zatrudnienia. Na razie nie miała niczego konkretnego na oku. Musiała więc zostać w "Lustrze" i tańczyć tak, jak jej Repsz przygrywał.

- Dokąd pani dostała skierowanie? - Sąsiadka postukała ją w plecy.

- Nowe Łazienki Mineralne - odparła dla świętego spokoju, po czym z nadzieją wyjrzała przez okno. Na szczęście pociąg już wjeżdżał na peron.

- Cudny ośrodek.

- Taki z historią.

Skinęła głową, nie dołączając do zachwytów towarzyszy podróży. Historii wolała szukać w zabytkach światowej klasy, a nie w lichych hotelikach z aspiracjami.

- My mamy przydział do Watry, ale to zupełnie inna klasa ośrodka. - Kobieta westchnęła.

- Liczy się, że zmienimy otoczenie, a i z zabiegów skorzystamy - pocieszył ją towarzysz.

Pociąg się zatrzymał, a drzwi zostały odblokowane.

- To wsiadasz pani z nami? - dopytywał.

Paulina skinęła głową. Nie miała siły dłużej się wzbraniać. Gdy stanęła na peronie, sięgnęła po walizkę, ale właściciel kaszkietu wyniósł jej bagaż. Potem wrócił po kolejne torby. Robił to wszystko sprawnie i bez żadnego wyrzutu. Uśmiechał się przy tym i cały czas żartował ze swoją towarzyszką. Na darmo Paulina szukała obrączek na ich palcach. Nawet gołym okiem widać też było różnicę wieku pomiędzy nimi. Najwyraźniej w niczym im to nie przeszkadzało.

Mężczyzna wreszcie chwycił rączkę swojej walizki i ruszył do wyjścia z dworca.

- Edmund zna te okolice jak własną kieszeń - szepnęła jego towarzyszka. - Przyznał, że przyjeżdża tu co roku jesienią, żeby podreperować zdrowie. I tak się złożyło, że podróżowaliśmy razem, a on obiecał, że mnie oprowadzi po mieście. To może i pani do nas dołączy?

- Nie chcę państwu sprawiać kłopotu.

- Ale jakiż to kłopot? Edziu, pani też chciałaby pozwiedzać. Może się do nas przyłączyć?! - zwróciła się do kroczącego kilka metrów przed nimi mężczyzny.

- Uleńko, to żaden kłopot.

- To jesteśmy umówieni. - Wspomniana Ula uśmiechnęła się dumna z siebie. - Nie ma co tracić czasu, bo pobyt szybko minie i nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek będzie miała pani okazję tu wrócić.

Paulina pomyślała, że wolałaby nie musieć nigdy więcej zaglądać w ten koniec Polski. Dobrze znała niewielkie miejscowości i ich specyfikę. Pochodziła z Kamienia Krajeńskiego i choć nie była to jakaś zapyziała mieścina, to daleko jej było do miast wojewódzkich, a już na pewno do stolicy, którą pokochała od chwili, gdy przyjechała studiować dziennikarstwo. Już wtedy wiedziała, że nie wróci do swojej małej ojczyzny, choć na przestrzeni lat widziała jej rozwój. Nowa siedziba biblioteki, nowoczesna hala sportowo-widowiskowa, kolejno powstające boiska czy korty tenisowe na pewno wpływały na poprawę jakości życia mieszkańców, ale jej wciąż to nie wystarczało. Pragnęła móc obcować z kulturą i sztuką na co dzień. A z dużego wyboru restauracji i wszelkiego rodzaju obiektów gastronomicznych korzystać do woli.

Kiedy wreszcie podeszli do pierwszej z ustawionych w rzędzie taksówek, nieoczekiwanie kierowca przyszedł Paulinie z pomocą, twierdząc, że w bagażniku nie zmieści tylu walizek naraz.

- Widzimy się jutro przy fontannie - powtórzył Edmund, nim zamknął drzwi.

Paulina jedynie pomachała ręką i skupiła się na ustaleniu ceny za kurs z drugim taksówkarzem. Kiedy wreszcie usiadła na tylnej kanapie, powieki same jej się zamknęły. Wiozący ją młody chłopak z ogoloną głową próbował coś zagadywać, ale jej pomrukiwania szybko zbiły go z tropu.

Krótko się pożegnała, gdy zaparkował i pomógł jej wnieść bagaż przed drzwi. Zanim weszła do środka, z niemałym zaskoczeniem przyjrzała się rozłożystej bryle dwuskrzydłowego budynku z kolumnadą przypominającą architekturę znaną jej z baroku.

Minąwszy drzwi, weszła do środka i rozejrzała się zdumiona. Wsparta na kolumnach balustrada otaczała cały parter, z którego na piętro prowadziły szerokie schody wyłożone jasnym marmurem. Z mieszczącego się nieopodal nich stanowiska recepcyjnego spoglądała na nią młoda kobieta w eleganckiej białej bluzce.

- Zapraszam - odezwała się, przerywając Paulinie podziwianie wnętrza.

Gdy podeszła do recepcjonistki, przedstawiła się i dopełniła formalności. Poinstruowana, gdzie i w jakich godzinach powinna pojawić się na posiłkach oraz dokąd musi się udać na badania lekarskie, wzięła klucze do pokoju i ruszyła do windy.

- A gdyby potrzebowała pani jakichś informacji, to wszyscy służymy pomocą - zapewniła recepcjonistka i w szczerym uśmiechu odsłoniła równiutkie zęby.

Paulinie natychmiast zaświtało w głowie pytanie, czy to naturalny zgryz. Sama musiała dwa lata chodzić z aparatem ortodontycznym, żeby przestać wstydzić się uśmiechać. To był jeden z wielu jej kompleksów, z którymi walczyła od czasu, gdy zamieszkała w stolicy.

- Zgłoszę się, gdy przyjdzie taka potrzeba - odparła i nacisnęła przycisk przy drzwiach.

- O historii obiektu najlepiej opowie jeden z tutejszych przewodników. Ja nie bardzo znam się na sztuce. Wiem jedynie, że nasz ośrodek powstał w latach trzydziestych ubiegłego wieku, a wystrój wnętrza jest przykładem polskiego art déco. Klatkę schodową zdobią oryginalne malowidła krakowskiego malarza Jana Bukowskiego, a...

- Dziękuję, później poznam szczegóły - przerwała jej Paulina i z ulgą ukryła się w windzie.

Czuła narastający ból pod czaszką i jedno, o czym marzyła, to kąpiel i drzemka. Najchętniej w ogóle nie pojawiłaby się ani w gabinecie lekarskim, ani w jadalni. W podświadomości dziennikarskiej jednak tliła się iskierka odpowiedzialności. Musiała zaakceptować panujące w ośrodku zasady, mimo że wcale nie chciała w nim być.

Po wejściu do pokoju spotkała ją miła niespodzianka. Jasne pomieszczenie z pozbawioną zagnieceń pościelą, puszystą wykładziną na podłodze oraz pojemną szafą nie wyglądało na zapyziałe. A takiego się spodziewała, gdy w piątkowy wieczór z lampką wina w dłoni rozmyślała o przymusowej delegacji. Nad łóżkiem wisiał szkic, a może tylko reprodukcja z widokiem ośrodka w budowie.

Wciągnęła walizkę za próg i zamknęła drzwi. Uznała, że zanim dokądkolwiek pójdzie, musi się wykąpać. Po chwili zniknęła z dwiema kosmetyczkami w łazience.

Ożywczy prysznic przyniósł jej ulgę, choć nie poprawił nastroju. Przebrana w dżinsy z szerokimi nogawkami i pasiastą bluzkę opinającą jej wysportowane ciało, udała się do gabinetu lekarskiego. Najpierw została przyjęta przez pielęgniarkę. Podwyższone ciśnienie nie dziwiło. Wszak poziom stresu nie malał od kilku dni. Potem odbyła miłą pogawędkę z doświadczoną lekarką, która doradziła jej, by w pierwszej kolejności zadbała o ciało, bo wtedy i głowa odpocznie. Zaproponowała jej kąpiele borowinowe, bicze szkockie i masaże na łóżku wodnym.

- Ale przede wszystkim niech pani dużo spaceruje i poznaje nasze miasteczko, bo wiem, że przyjechała pani tu pracować - stwierdziła na koniec lekarka. - Niech ta praca jednak nie zajmie pani całego czasu, bo mamy tu wiele pięknych miejsc wartych zobaczenia, jak również mnóstwo ciekawych historii do poznania.

- Pewnie wysłuchała pani niejednej takiej opowieści i niejedno złamane serce zostało w ośrodku - zażartowała Paulina, choć nie uniknęła kpiny w głosie.

Siedząca po drugiej stronie biurka kobieta spojrzała na nią zza szkieł i zmarszczyła brwi.

- Serce i głowę można stracić w każdym wieku, jeśli tylko człowiek ma odwagę otworzyć się na drugą osobę.

Paula zmarkotniała po tych słowach. Może i nie tryskała radością jak pozostali kuracjusze, ale miała swoje powody. I na pewno nie przyjechała tu po to, by szukać porywów serca. Dość się nasłuchała od znajomych matki, które bywały w takich ośrodkach i niejedno widziały. Dzięki nim i ona miała wyobrażenie o tym miejscu i może dlatego nie pojmowała fenomenu programu telewizyjnego, o którym miała napisać artykuł. Zbyt dobrze znała realia, by nie wiedzieć, jak powstają takie produkcje i ile jest w nich prawdy. A teraz miała się przyczynić do tego, by pokazać wyimaginowany świat kuracjuszy wyruszających na poszukiwania miłości. Wiele w życiu widziała i coraz mniej zdarzeń mogło ją zaskoczyć, ale to nie oznaczało, że ot tak godziła się z nimi. A teraz będzie musiała odłożyć swój sposób myślenia i wejść w inne buty. Miała tylko nadzieję, że się nie potknie i nie nabawi bólu kręgosłupa, bo wtedy żadne zabiegi nie pomogą.

Do kolacji zostało ledwie kilka minut, więc wolała nie ryzykować spóźnienia. Ujrzała zmierzających w stronę stołówki kuracjuszy. Ruszyła ich śladem. Na wysokich ścianach w jasnej tonacji dostrzegła liczne obrazy malowane akwarelami lub rysowane ołówkiem. Zanim dotarła do jadalni, zobaczyła zgromadzenie. Dopiero gdy się zbliżyła, zdała sobie sprawę, że drzwi pozostają zamknięte. Rozejrzała się po oczekujących, ale nie dostrzegła oznak zniecierpliwienia czy złości. Przesunęła się pod ścianę i obserwowała.

Rozmowy nie milkły. Twarze wielu osób wciąż nosiły ślady zmęczenia podróżą, ale uśmiechy skutecznie to maskowały. Z uwagą lustrowała stroje kuracjuszy. Kiedyś słyszała, że na kolację w sanatorium trzeba się wystroić jak na bal, ale tutaj tego nie stwierdziła. Owszem wszyscy nosili schludne ubrania, ale nawet imieniny cioci wymagały elegantszego stroju.

Gdy drzwi do jadalni się otworzyły, stojąca w nich kelnerka kierowała wchodzących do przydzielonych im stolików. Paulina ruszyła na wskazane miejsce. Natychmiast dostrzegła siedzącą przy nim kobietę. Liczyła na to, że nikt jej nie będzie towarzyszył. Zanotowała w pamięci, aby zgłosić swoją prośbę recepcjonistce. W końcu za jej pobyt płaciła firma, a nie Narodowy Fundusz Zdrowia, i mogła mieć większe oczekiwania co do pobytu.

Tymczasem zbliżyła się do stolika i wykrzywiła wargi, co miało przypominać uśmiech. Zanim jednak usiadła, kobieta o srebrnych włosach ułożonych w fale wyciągnęła pomarszczoną dłoń.

- Anita Wołosiuk - przedstawiła się, a jej wąskie usta się uśmiechnęły.

Paulina podała swoje personalia i odwzajemniła uścisk. Potem usiadła, próbując skupić się na posiłku. Zmęczenie dawało o sobie znać, bo nie miała ochoty na jedzenie. Ograniczyła się więc do wypicia dwóch szklanek mocnej herbaty.

- Jedz, serdeńko, bo do rana stołóweczka zamknięta - odezwała się Anita z troską w głosie.

- Wytrzymam.

- Jakby co, to mieszkam pod dwieście pięć, zajrzyj, bo mam bułeczki maślane. Wczoraj pieczone i jeszcze pachną. Nie zjadłam wszystkich w podróży.

Paulina jedynie pokiwała głową i znów utkwiła wzrok w bursztynowym napoju.

- A potem widzimy się na spotkanku?

- Nie rozumiem.

- To dzisiaj ten wieczorek zapoznawczo-rozpoznawczy. - Mrugnęła porozumiewawczo. - W końcu musimy poznać regulamin, żeby go nie łamać - oświadczyła i zachichotała jak uczennica złapana na ściąganiu.

- To umówmy się, że później wszystko mi przekażesz.

- Może będziesz miała jakieś pytanka, to mogłabyś je zadać.

- Raczej nie będę aktywnie uczestniczyć w życiu sanatoryjnym.

- Jak to? Chyba taka młodziutka osóbka nie zamierza siedzieć w czterech ścianach i nie korzystać z dobrodziejstw uzdrowiska.

- O odpoczynku mogę tyko pomarzyć. - Paulina westchnęła i odstawiła opróżnioną szklankę na bok. - Spokojnego wieczoru.

Wychodząc, omiotła wzrokiem tętniącą rozmowami stołówkę. Dawno nie widziała czegoś podobnego. Nie należała do domatorów i często spotykała się z kimś na mieście. Widok osób spędzających ze sobą czas nie powinien jej dziwić, a jednak ci ludzie wyglądali jakoś inaczej. Gwar towarzyszył jej do samych drzwi. A i po wyjściu na korytarz wciąż słyszała odgłosy rozmów.

Zmęczona powlokła się do pokoju. Nie miała siły zwiedzać ośrodka ani wyjść na choćby krótki spacer. Potrzebowała ciszy i snu.

Po wejściu do pokoju zasłoniła zasłony, bo wrześniowe dni wciąż jeszcze były dość długie. Rozpakowała walizkę i włożyła piżamę. Właśnie wyszła z łazienki, gdy usłyszała sygnał komórki. Rzuciła się, by odebrać połączenie. Widząc na wyświetlaczu, kim jest rozmówca, zastygła. Nie miała ochoty na pogaduszki z szefem. Powinien się zadowolić SMS-em wysłanym zaraz po zameldowaniu w ośrodku. Nie miał prawa oczekiwać, że już pierwszego dnia pójdzie w teren i zacznie zbierać materiały. Pozbył się jej na miesiąc, więc zamierzała do ostatniej chwili zwlekać z wysłaniem artykułu, nawet jeśli miałaby się tu całymi dniami nudzić jak mops.

Dzwonek wciąż dźwięczał, wyciszyła więc sygnał i zajęła się przygotowaniem łóżka do snu. Wyświetlacz wciąż nie gasł. Po chwili znów się rozległ dźwięk połączenia. Zrezygnowana, chwyciła telefon i nacisnęła zieloną słuchawkę.

- Przecież ci napisałam, że dotarłam na miejsce.

- Cześć. Miło cię słyszeć - zaczął Albert, ignorując jej uszczypliwy ton. - Jak pokój?

- Ciasny i zbyt jasny - burknęła.

Widocznie nie takiej odpowiedzi się spodziewał, bo na moment zamilkł, jakby się zastanawiał, czy dalsza rozmowa ma sens.

- A zabiegi? - spróbował z innej strony.

- Dopiero jutro będę się taplała w błocie, później jakiś Szkot będzie się nade mną znęcał biczami, a na koniec wytrzęsę się na łóżku wodnym.

- Brzmi poetycko. - Zaśmiał się, usiłując rozluźnić atmosferę.

- W takim razie polecam ci tutejsze atrakcje i życzę dobrej zabawy. Dasz radę dotrzeć jutro, żebyśmy mogli się zamienić?

Długa cisza w słuchawce nie dawała żadnej gwarancji, że jej pomysł został pozytywnie przyjęty.

- Paula, to naprawdę nie jest nic osobistego - wykrztusił wreszcie Albert.

- A ja myślę, że wbrew twoim zapewnieniom jednak ma podtekst, a tobie brakuje odwagi, by się do tego przyznać.

- Paula... - jęknął.

- Dobranoc. - Rozłączyła się i rzuciła telefon na stół, ale zanim się położyła, wyciszyła dzwonek i nastawiła budzik, by nie przegapić śniadania.

Przekręcała się z boku na bok niemal do północy, nie mogąc zasnąć. Choćby najmniejszy szmer dochodzący zza okna czy odgłosy rozmów na korytarzu nie pozwalały jej wyciszyć buzujących emocji.

Rankiem nie mogła się dobudzić. Budzik wszedł w tryb drzemki, ale i to nie wystarczyło, żeby uznała, że jest wyspana. Gdy powróciła jej świadomość, było już grubo po dziewiątej. W pośpiechu wyskoczyła z łóżka i pognała do łazienki. Narzuciła na siebie pierwsze z brzegu ubrania i z mokrymi włosami wybiegła na korytarz. Usiłując zapanować nad opadającymi na twarz kosmykami, przeczesywała je palcami na boki. Nie znosiła wychodzić z mieszkania bez makijażu i bez ułożonej fryzury. Wiedziała, że po powrocie z jadalni będzie zmuszona ponownie zmoczyć włosy, żeby je wystylizować.

Ucieszyła się, widząc, że przed stołówką jest pusto. Przynajmniej nikt nie będzie się jej przyglądał. Pchnęła drzwi, ale te nie drgnęły. Kilka razy nacisnęła klamkę, ale bez rezultatu. Cofnęła się o dwa kroki i dopiero wówczas dostrzegła kartkę zawieszoną obok na tablicy.

- Tylko pół godziny na każdy posiłek? - mówiła sama do siebie. - A co z tymi, co nie zdążą?

Nie znalazłszy odpowiedzi, udała się w drogę powrotną. Właśnie skręciła w zaułek, gdy ujrzała nadchodzącą z przeciwka Anitę Wołosiuk ubraną w welurowy dres w jednolitym miętowym kolorze idealnie harmonizującym z obuwiem sportowym i opaską we włosach. Paulina dopiero teraz spojrzała na swój ubiór. Różowa bluzka z naszytą na jednym ramieniu aplikacją w kształcie róży w ogóle nie pasowała do brązowych legginsów w panterkę. Znów przejechała dłonią po mokrych włosach, czując, że są przyklapnięte.

- Już po zabiegach? - zagadnęła Anita.

- A to już można iść?

- Nawet trzeba, bo jak nie zdążysz na czas, to przepadnie - wyjaśniła z miną znawczyni.

- To muszę lecieć, może gdzieś mnie przyjmą.

- A sprawdzałaś na rozpisce, gdzie i kiedy masz się zameldować.

- Gdzie to można znaleźć? - Wybałuszyła oczy.

- Wzięłaś z recepcji harmonogram zabiegów?

Przez chwilę przeszukiwała w pamięci, co dostała od recepcjonistki, ale żadnej rozpiski nie kojarzyła. Anita musiała się tego domyślić po jej minie, bo dodała:

- Po wizycie u lekarza trzeba było odebrać kartę zabiegową w recepcji.

Dopiero teraz coś jej zaświtało w głowie. Była jednak zbyt mocno zaaferowana wszystkim, co się wówczas wokół niej działo, i ta informacja uleciała jej z pamięci.

- Do następnego zabiegu mam pół godziny, to mogę z tobą podejść na dół i odebrać kartę, a potem zapraszam na kawkę, bo na stołówce też cię nie widziałam.

Paulina przeciągle westchnęła i podreptała za Anitą. Tym razem przy stanowisku recepcyjnym zastały barczystego mężczyznę z bujnym zarostem i całkowitą łysiną.

- Panie Krzysieńku, koleżanka zapomniała odebrać kartę zabiegową - odezwała się seniorka.

Paulina poczuła się jak dziecko, które bez pomocy matki nie podoła. Nie lubiła tego stanu. Od dawna była samodzielna i na nikogo się nie oglądała. Wiedziała, z czym się wiąże wyjazd z rodzinnej miejscowości. I choć od czasu do czasu lubiła być rozpieszczana przez matkę i babcię, to na co dzień zdana była na siebie.

Recepcjonista wyjął ostatnią z kart i podał ją zapominalskiej.

- Sprawdź, serdeńko, kiedy masz pierwszy zabieg, żeby nic ci mnie umknęło - ostrzegła Anita, gdy tylko odeszły dwa kroki.

- Łóżko przepadło, ale błoto czeka mnie za godzinkę - odparła, starając się wczytać w harmonogram.

- Błotko? Czyżbyś miała na myśli borowinkę?

Skinięcie głową miało wystarczyć za odpowiedź.

- Pierwszy raz w sanatorium?

Znów kiwnięcie zamiast słów.

- To jeden z najlepszych zabiegów i dla kręgosłupa, i dla stawów - tłumaczyła doświadczona kuracjuszka, idąc po schodach. - Ponoć też redukuje cellulit. - Przyłożyła dłoń do ust i ściszyła głos. - Ja tam jestem stara, to mi już nic nie pomoże i młodości nie zwróci, ale ponoć przyjeżdżają tu paniusie z warszawki i najchętniej cały tydzień przeleżałyby pod borowinką, żeby pozbyć się tłuszczyku z tyłeczka.

Widząc zainteresowanie na twarzy Pauliny, ciągnęła:

- Ja tam się nie znam, ale młodzież to teraz chciałaby poprawiać Pana Boga. Tu se ujmą, tam powiększą i myślą, że wyglądają jak z obrazeczka. - Prychnęła. - Śmiech mnie ogarnia, jak na ulicy widzę takie z ustkami jak glonojad, namalowanymi brewkami, firaneczką sztucznych zasłonek i z pazurkami dłuższymi niż ma mój koteczek. - Na moment zamilkła, bo właśnie dotarły do pokoju, który zajmowała. - Zapraszam.

W pomieszczeniu panował chłód. Firanka falowała w rytm delikatnych podmuchów wiatru. Zasłana pościel i porządek na stoliku przypomniały Paulinie, że i ona powinna uporządkować resztę rzeczy. Wczoraj nie zebrała się w sobie i nie wtaszczyła walizki na szafę, by nie zajmowała miejsca w pokoju. Buty mogłaby ustawić pod oknem, wtedy nie miałaby kłopotu z otwieraniem drzwi na korytarz.

- Kawka i bułeczki - obwieściła Anita, stawiając przysmaki na stole. - Jedz, bo musisz mieć siłę, żeby nie zasłabnąć z czasie zabiegów. Moja współlokatorka też zaraz wróci, to do nas dołączy. Gdyby nie ty, to czekałabym na nią z kawką. Wystarczy, że w domu piję w samotności.

Paulina odsunęła słoiczek z cukrem, bo od lat nie słodziła ani kawy, ani herbaty, i z zaciekawieniem zerknęła na rozmówczynię, która zaczęła tłumaczyć:

- Nie to, że piję. Nie alkohol... Choć w dobrym towarzystwie nie odmawiam kieliszka wina czy szklaneczki piwa...

Dziennikarka uśmiechnęła się wyrozumiale i zatopiła zęby w puszystym cieście. Od momentu wejścia do pokoju czuła zapach bułeczek, a jej ślinianki zwariowały.

- Pyszne - pochwaliła, a oczy gospodyni rozbłysły.

- Lubię pitrasić, a już piec to najbardziej.

- Rodzina musi się cieszyć.

Anita natychmiast sposępniała. Sięgnęła po łyżeczkę i odmierzyła dwie porcje cukru. Potem długo mieszała w szklance.

- Mąż, jak żył, to nigdy nie chciał jeść ciast z żadnej cukierenki. My tam w Nowosolnej mamy kilka ciastkarni z pysznymi wypiekami, co to niejeden by ich nie odróżnił od domowych. Ale mój Wituś miał takie podniebienie, że już po pierwszym kęsie pluł i się srożył, że chcę go otruć. Uraz miał od dzieciństwa do kupnych ciast, ponieważ kiedyś trafiła mu się w cieście jakaś śrubka. Połknął ją, bo myślał, że to orzechy, a potem dwa dni zwijał się z bólu. Lekarz ciął mu brzuch. Potem szło zakażenie i ledwie uciekł spod kosy. Strach pozostał. Co było robić? Musiałam nauczyć się piec.

Paulina z apetytem pochłonęła dwie bułeczki, a gdy dopijała kawę, w drzwiach pojawiła się współlokatorka Anity.

- Marlena Wójcik - przedstawiła się drobna seniorka z farbowanymi na brąz włosami i zniknęła w łazience. Gdy ponownie wyszła, była przebrana w spodnie z kantem i kwiecistą bluzkę. - Już wszystko ogarnęłam i lecę na deptak.

- Nie napijesz się z nami kawki? - zagadnęła Anita.

- Chciałam wysłać kartki. Z naszą pocztą to nigdy nie wiadomo, kiedy dostarczy korespondencję. A trzytygodniowy pobyt szybko zleci. Nie chciałabym, żeby dotarły po moim powrocie.

- Masz rację - podchwyciła współlokatorka. - Też polecę wybrać kartki zaraz po obiedzie. Obiecałam sąsiadkom i dzieciom, że wyślę im widokówki.

Paulina w milczeniu zastanawiała się, kiedy po raz ostatni wysłała do kogoś pocztówkę z jakiejś podróży. Nawet z okazji imienin wolała zadzwonić, niż sterczeć w kolejce, żeby kupić znaczek. Nie sądziła, że ktoś jeszcze ma na to czas.

Marlena niezwłocznie się pożegnała i opuściła pokój.

- Tylko ty nie wychodź tak szybko po zabiegach, bo jeszcze cię zawieje - ostrzegła Paulinę Anita. - Marlenka borowinkę miała jeszcze przed śniadaniem, to już ostygła. Ale ty, serdeńko, odpocznij sobie w łóżeczku. A teraz zbieraj się, bo i na ten zabieg nie zdążysz. - Pokazała leżący na stole harmonogram.

Paulina podziękowała za poczęstunek i udała się do części zabiegowej budynku. Znów jej uwagę przyciągnęły liczne obrazy ozdabiające ściany korytarzy, ale nie pozwoliła sobie na to, żeby przystanąć i je podziwiać. Nie mogła się spóźnić. Dostatecznie nasłuchała się od Anity o tym, że obowiązkiem kuracjusza jest odpowiedzialne podejście do zaleconej kuracji. Nawet jeśli nie znalazła się tu z własnej woli i wciąż się boczyła na przełożonego, to nie chciała, żeby ktoś zwracał jej uwagę, że nie potrafi się dostosować do zasad. Gdyby nie umiała, nie znalazłaby się w grupie docenianych dziennikarzy. Dzisiaj może tego nie czuła, ale mocno wierzyła, że niebawem odezwą się do niej z któregoś wydawnictwa z propozycją pracy, a wtedy udowodni Repszowi swoją wartość.

Tymczasem czuła się jak dziecko we mgle, gdy znalazła się w jednym z wielu pomieszczeń, w którym obłożono ją na plecach ciepłą borowiną i otulono kocem. Drzemka przyszła niespodziewanie i choć nie trwała długo, to bardzo ją rozleniwiła.

Po powrocie do pokoju Paulina wsunęła się pod kołdrę, pozwalając sobie odetchnąć. Gdy budzik przypomniał jej o kolejnym zabiegu, zastanawiała się, czy wychodzić z łóżka. Jedynie słowa fizjoterapeuty informujące, że nie powinna rezygnować z żadnego zabiegu, bo wówczas trudno się spodziewać oczekiwanych rezultatów kuracji, sprawiły, że znów udała się do części zabiegowej.

Bicze wodne okazały się tyleż przyjemne, co ożywcze, dlatego po powrocie do pokoju z większą energią wzięła się do porządków. Potem się przebrała i umalowała. Na końcu zajęła się fryzurą. Wprawdzie nie poświęciła jej aż tyle uwagi co zwykle, ale nie mogła wyglądać jak strach na wróble.

W czasie obiadu musiała stawiać silny opór, by nie dać się namówić na wspólny spacer z Anitą i jej współlokatorką. Na szczęście zdołała się wykpić, nie zdradzając prawdziwych planów na popołudnie.

Zaraz po posiłku udała się na spotkanie z kierowniczką ośrodka, z którą się umówiła, zanim jeszcze wsiadła do pociągu w Warszawie. Zabrała ze sobą telefon i tablet, który od kilku lat skutecznie zastępował jej notatnik.

Podążając zgodnie ze wskazówkami, dotarła do gabinetu. Kiedy w odpowiedzi na jej zapukanie drzwi się otworzyły, ujrzała wysoką szatynkę w eleganckiej garsonce w popielatym odcieniu.

- Anna Wilińska - przedstawiała się i gestem zaprosiła przybyłą do środka.

Niewielki pokój miał aż dwa okna, co dawało wrażenie przestronności. Promienie rozświetlały przestrzeń i malowały wzory na jasnej podłodze oraz ścianach utrzymanych w podobnej kolorystyce. Tylko mahoniowe biurko i ciemne fotele odcinały się na tym tle.

- Czy zapoznała się już pani z całym obiektem? - zapytała kobieta, gdy usiadły. - Może ma pani ochotę na wodę albo filiżankę kawy?

- Z przyjemnością poproszę o małą kawę.

Wilińska uruchomiła ekspres.

- Jak się pani u nas podoba? Mam nadzieję, że jest pani zadowolona z pokoju i z zabiegów? - dopytywała, nie tracąc czasu.

- Nie zdążyłam obejść wszystkiego, ale obiecuję jak najszybciej to nadrobić.

- Wiem, wiem, że w pierwszej kolejności musi się pani zająć obowiązkami zawodowymi, ale proszę też nie zapominać o relaksie. W końcu pobyt w ośrodku sanatoryjnym do czegoś zobowiązuje. - Uśmiechnęła się przyjaźnie i ustawiła na biurku filiżankę z aromatyczną mokką.

- Skoro o obowiązkach mowa, to przygotowałam sobie listę pytań w związku z artykułem zleconym mi do napisania. - Włączyła tablet i odszukała właściwy plik. Potem wyjęła rysik i przygotowała się do notowania odpowiedzi. - Skąd wziął się pomysł, by właśnie tutaj nagrywać jeden z sezonów programu randkowego?

- Bo to idealne miejsce na miłość w każdym wieku. Mamy świadomość, że przyjeżdżający do nas kuracjusze chcą podreperować zdrowie, ale też szukają przyjaźni, akceptacji i zrozumienia. Pochodzą z dużych miast i maleńkich wiosek, gdzie trudno znaleźć kogoś o podobnym usposobieniu. Świat cyfrowy wbrew pozorom wcale temu nie sprzyja.

Paulina podniosła wzrok znad tabletu i wbiła go w kobietę. Musiała się upewnić, że to nie jest żart.

- Naprawdę wierzy pani w szczerość uczuć ludzi znających się kilkanaście dni?

- Od blisko piętnastu lat pracuję w tym ośrodku. Widziałam niejedno i niejednemu związkowi szczerze kibicowałam. Wiem, że wielu parom się udało i po powrocie wiodły wspólne życie. Właśnie dlatego uznaliśmy, że chcemy pokazać nasz ośrodek od tej strony.

- Liczycie na to, że stanie się on przystankiem do szczęścia dla tych, którzy tego szukają?

- Najgłośniej i najwięcej mają do powiedzenia ci, którzy nawet dnia nie spędzili w sanatorium. - Kierowniczka westchnęła i poprawiła się w fotelu. - Myśli pani, że nie czytam na różnych forach o tym, jaka to u nas Sodoma i Gomora? Pewnie, że zdarzają się tacy, którzy nie dorośli do tego, by korzystać z uroków pobytu i nadużywają i alkoholu, i naszej cierpliwości. Większość to jednak osoby szukające kontaktu z drugim człowiekiem, możliwości spokojnej rozmowy i zrozumienia.

- Ale program telewizyjny rządzi się swoimi prawami. Tu nie chodzi o zaprezentowanie prawdziwego życia, tylko o podkręcenie atmosfery do granic możliwości, żeby pokazać ludzi w zaskakujących sytuacjach.

- Tego, co i jak zostało przedstawione w telewizji, nie mogliśmy przewidzieć i nie mieliśmy prawa w nic ingerować - przyznała kobieta. - Dla całego kierownictwa i zarządu liczyło się to, aby wszyscy zobaczyli, że w tle płynie spokojne sanatoryjne życie i każdy może się w nim odnaleźć, jeśli wykaże się otwartością i tolerancją wobec innych, a przy tym sam potrafi spojrzeć na siebie obiektywnie.

Dziennikarka zanotowała wszystko z należytą dokładnością. Potem zaczęła się zbierać do wyjścia.

- Gdyby miała pani jeszcze jakieś pytania, to służę pomocą - zapewniła Wilińska i otworzyła drzwi.

- Dziękuję. Na pewno jeszcze się spotkamy.

- Sceptycznie podchodzi pani do tej formy spędzania czasu? - zagadnęła kierowniczka, gdy Paulina stanęła na korytarzu.

- Proszę zawierzyć mojemu profesjonalizmowi. Moje preferencje czy uprzedzenia nie mają tu nic do rzeczy.

Uścisnęła dłoń rozmówczyni i ruszyła do swojego pokoju. Po drodze minęła spieszących do wyjścia kuracjuszy. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że jeszcze nie zobaczyła miasteczka, w którym przyjdzie jej się nudzić przez najbliższy miesiąc. Ta myśl sprawiła, że znów poczuła złość na decyzję Alberta. Mocno zacisnęła dłonie na tablecie i skierowała się prosto do pokoju. Do kolacji zamierzała obejrzeć kilka odcinków programu randkowego nagrywanego w scenerii ośrodka, a do północy poznać resztę.

Czekały ją długie i nudne popołudnie oraz wieczór. Była przekonana, że to jeden z wielu takich momentów podczas pobytu w Krynicy-Zdroju.