Prolog
Protektorat Czech i Moraw
13 maja 1939
Kiedy tylko pociąg opuścił Pragę, rozpędził się, wyjechał poza dachy i iglice Starego Miasta, poza pierwsze peryferyjne dzielnice i fabryki
wzdłuż rzeki, a teraz pędził zdecydowany przez czeską wieś, mijał lasy,
łąki, małe miasteczka u stóp wzgórz i samotne gospodarstwa, gdzie w zagrodach stały zwierzęta. Przez okna przedziału wpadał nieprzerwany
ciąg cudowności i dzieci obserwowały je zafascynowane, opierając czoła o szyby i rozchylając palce, jakby to były płatki kwiatów.
Wiele z nich odbywało swoją pierwszą podróż bez rodziców i wszystko
wydawało im się takie nowe, że nie myślały już o życiu pozostawionym za
sobą, o udających wesołość matkach i ojcach, którzy odprowadzili je na
dworzec i oddali nieznajomym, o braciach i przyjaciołach, którzy nie
znaleźli miejsca w konwoju i wyjadą być może następnym. Na policzkach
najmłodszych łzy z powodu rozstania zostawiły słone ślady, niezatarte,
ale ich oczy błyszczały i przyglądały się światu z okien przedziałów, a huk kół toczących się po szynach wprawiał je w zachwyt. Pod koniec dnia
miały zobaczyć morze -?morze! -?i popłynąć do Anglii, odległego kraju,
który trudno było sobie nawet wyobrazić, istniejącego dotąd jedynie w książkach. Pora na tęsknotę miała przyjść dopiero później. Teraz był
czas na ekscytację.
Petra Linhart natomiast się martwiła. Miała dwadzieścia trzy lata i była
jedną z najstarszych pasażerek w pociągu, wraz z pięcioma koleżankami
miała troszczyć się o potrzeby dzieci i dbać, by wszystko szło jak z płatka podczas tych osiemnastu godzin jazdy dzielących Pragę od Londynu.
Była odpowiedzialna nie tylko za wagon, w którym podróżowała -?numer
pięć, trzydzieścioro sześcioro pasażerów w wieku od czterech do
jedenastu lat, połowa dziewczynek i połowa chłopców, niemal wszyscy byli
Żydami -?lecz także za całą wyprawę, w której zorganizowaniu wzięła
udział. Od wyboru nazwisk do zdobywania wiz, od kontroli jedynego
bagażu, jaki każde dziecko mogło ze sobą zabrać, do przygotowania
prowiantu na podróż, od powitania rodzin pod arkadami Dworca Wilsona, do
kontaktów z nazistowskimi władzami w trakcie jazdy, cała
odpowiedzialność za czwarty konwój spoczywała na niej. Czy uda jej się
aż do końca opanować nerwy? A jeśli coś pójdzie nie tak, czy będzie
potrafiła błyskawicznie zareagować? Ona nie była Doreen Warriner z tym
jej nadnaturalnym spokojem. Nie była Trevorem Chadwickiem, potrafiącym
śmiać się w twarz esesmanom. Chociaż tyle przeszła, również czuła się
dzieckiem. Bezbronnym, nieświadomym, nieprzygotowanym.
Kiedy pociąg zaczął zwalniać w pobliżu granicy z Polską -?był to
przewidziany postój, być może najniebezpieczniejszy -?Petra zerwała się
na równe nogi.
-?Dzieci, siedźcie spokojnie i bądźcie cicho -?powiedziała do piątki,
która dzieliła z nią przedział. Potem przeszła wzdłuż korytarza,
zatrzymując się w drzwiach wszystkich przedziałów, aby powtórzyć te same
polecenia: -?Siedźcie spokojnie! I bądźcie cicho, aż wam powiem, że już
można rozmawiać.
Pociąg zwalniał i zwalniał. Petra spojrzała w okno, w którym odbijała
się jej postać, i ujrzała długie zasieki przecinające na pół pole,
identyczne po obu stronach, niski budynek ze spadzistym dachem pół metra
od peronów. Dziewczyna spodziewała się, że ktoś będzie czekał na nich na
granicy, by sprawdzić wizy, ale nie było nikogo i dworzec też wyglądał
na opustoszały.
Kiedy pociąg się zatrzymał, wypuszczając parę i gwiżdżąc, Petra
otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Nie pomyliła się: po tej stronie
nie było nic. Również na małym placyku z tyłu budynku, skąd odchodziła
asfaltowa droga biegnąca na południe, nie było samochodów, motocykli ani
żadnych innych śladów ludzkiej obecności. Jak to możliwe?
Zamknęła okno i przez chwilę się zastanawiała. Pozostawienie granicy
niestrzeżonej było czymś nieprawdopodobnym. Czechosłowacja i Polska
nigdy nie żywiły do siebie wrogości, lecz odkąd Hitler zajął Czechy i swastyka powiewała nad praskim Zamkiem, napięcie między oboma krajami
wzrosło. Wielu obawiało się, że niemiecka polityka aneksji, złakniona
Lebensraum, przestrzeni życiowej dla aryjskiego narodu, dopiero się
rozpoczęła i że po Austrii i Czechosłowacji przyjdzie kolej na Polskę. A zatem gdzie są...
Drzwi wagonu otworzyły się nagle z metalicznym trzaskiem, aż
podskoczyła. To nie były drzwi od strony dworca i Petra zdążyła się
odwrócić, aby zobaczyć mężczyznę wsiadającego do pociągu. Był Niemcem w szarym mundurze. Z regularnych oddziałów, nie z SS, ale jego spojrzenie
było takie samo jak te, które dziewczyna widziała już w ostatnich
miesiącach wielokrotnie -?zimne i znudzone. Karabin, który żołnierz miał
przewieszony przez ramię, przeraził ją.
-?Co... -?zaczęła.
-?Szukamy dziewczynki -?powiedział Niemiec z twardym akcentem z północy
sprawiającym, że zdanie przypominało wymierzony policzek. -?Około
dziesięciu lat. Jasne oczy. Są takie w wagonie?
Petra nie odpowiedziała.
Żołnierz ruszył korytarzem. Przewyższał ją o głowę, karabin kołysał mu
się na ramieniu, szedł w kierunku pierwszego z przedziałów.
-?Chcemy, by wszystkie wysiadły z pociągu, natychmiast.
Petra wciąż jeszcze nie rozumiała.
-?Co pan zamierza?
W tej chwili podszedł drugi żołnierz, niższy, szczuplejszy, w okrągłych
okularach rachmistrza na nosie. Minął ich, wszedł do pierwszego
przedziału, zatrzymał się na moment, by przyjrzeć się dzieciom, potem
przeszedł do następnego.
Pierwszy żołnierz zrobił to samo w trzecim i zostawił za sobą Petrę
sparaliżowaną ze strachu.
W czwartym przedziale żołnierz w okularach znalazł Elsie Janeček, lat
jedenaście, zielone oczy. Z niespodziewaną łagodnością poprosił ją, by
wstała i poszła za nim, a Elsie, inteligentna dziewczynka, posłuchała
go, nie protestując. Żołnierz w okularach powierzył ją temu z karabinem.
-?Zaprowadź ją do niego -?powiedział, a tamten skinął głową.
Petra usiłowała oponować.
-?Czego chcecie? To tylko dziecko. -?Brutalnie ją odepchnęli, aż
uderzyła plecami o okno, dziewczynkę zaś poprowadzono korytarzem i wysadzono z pociągu.
Żołnierz w okularach szukał dalej w ostatnich przedziałach i znalazł
kolejną pasażerkę odpowiadającą opisowi: Annikę Mahler, dziewięć i pół
roku, oczy jasnoszare. Również ją poprosił dość grzecznie, by wysiadła z pociągu, i odprowadził ją osobiście, a kiedy mijał Petrę, schylił nawet
głowę w geście pożegnania.
Kiedy opuścili wagon, z trzeciego przedziału dobiegł rozpaczliwy płacz -
musiał to być głos Tomaša, najmłodszego w grupie -?który sprawił, że
Petra się otrząsnęła. Zdecydowanym krokiem przemierzyła korytarz,
dotarła do otwartych drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Miała zamiar jeszcze
raz zaprotestować i żądać wyjaśnień, ale to, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie.
Na środku pola, około dziesięciu metrów od pociągu, trzynaście
dziewczynek klęczało i wpatrywało się w zasieki na granicy; były
pilnowane przez dwóch uzbrojonych żołnierzy, a żołnierz w okularach
spacerował w tę i z powrotem za ich plecami. Na coś czekali, ale na co?
Minęło nieskończenie dużo czasu, odmierzanego krokami żołnierza w okularach, zanim rozległ się odległy warkot, który szybko się zbliżał.
Długi Mercedes o przyciemnionych szybach nadjechał gruntową drogą
biegnącą wzdłuż torów i zatrzymał się w odległości metra od zasieków.
Żołnierz w okularach podszedł szybkim krokiem do drzwi samochodu,
otworzył je i podniósł ramię w hitlerowskim pozdrowieniu.
Petra wytężyła wzrok, ale nie było takiej potrzeby; z samochodu wysiadł
ogromny mężczyzna, wysoki i szeroki jak drzwi, z ogoloną głową, która
lśniła w słońcu, i z czarną opaską na lewym oku.
-?Znaleźliście je? -?zapytał głębokim głosem, który dało się słyszeć
nawet z tej odległości.
Żołnierz w okularach wyciągnął ramię i wskazał rząd dziewczynek
klęczących na polu.
Olbrzym spojrzał przelotnie na pociąg i ruszył w ich kierunku. Kiedy
znalazł się przy pierwszej, kazał jej wstać. Przez chwilę przyglądał się
dziewczynce, następnie pokręcił głową i przeszedł do drugiej. Tej
przyglądał się dłużej i z bardzo bliska, ujął ją za podbródek i obrócił
w jedną i drugą stronę, w końcu jednak znowu pokręcił głową. Na trzecią
dziewczynkę raczył spojrzeć tylko raz. Wyglądało na to, że czwarta go
rozgniewała, i Petra zrozumiała dlaczego. Agota nie miała jeszcze ośmiu
lat.
Olbrzym przeszedł do piątej i szóstej. Spytał o coś siódmą i dziewczynka, przerażona i drżąca, zrobiła dwa razy pełny obrót, po czym
została wykluczona. Teraz przypominało to już nie egzekucję, lecz
przesłuchanie. Selekcję.
Ósma dziewczynka była też w nieodpowiednim wieku, dziewiąta nie
przyciągnęła uwagi olbrzyma dłużej niż na chwilę. Natomiast na widok
dziesiątej pojaśniał na twarzy. Kazał jej wstać, przyjrzał się z bliska,
obrócił ją. Może to była ona. Może to była ona.
Olbrzym zacisnął dużą dłoń na jej szyi.
Petra wychyliła się, zaniepokojona -?ale coś w ciele dziewczynki, w jej
oporze, czy też w braku oporu, go nie przekonało. Nie, to nie była ona.
Rozczarowany przeszedł do jedenastej, potem dwunastej, potem do
ostatniej i żadnej nie zaakceptował.
Rozgniewany kiwnął głową i zaraz dwaj uzbrojeni żołnierze nakazali
dziewczynkom wstać i popchnęli je w stronę pociągu.
-?Przykro mi -?powiedział żołnierz w okularach, pochylając głowę.
Olbrzym mruknął:
-?Jesteście pewni, że dobrze szukaliście?
-?Osobiście przeszukałem cały pociąg. Nie ma innych dziewczynek, które
odpowiadałyby opisowi. Ale jeśli pan sądzi...
-?W porządku -?uciął tamten. -?Spróbujemy z następnym.
-?A co z tym?
-?Z czym?
-?Pozwolimy mu odjechać?
Olbrzym przez chwilę milczał. Znów spojrzał na konwój, po raz pierwszy
zatrzymał wzrok na Petrze i uśmiechnął się do niej chytrze.
-?Mogą zabrać wszystkich Żydów, jakich chcą -?powiedział, podnosząc
głos, aby być pewnym, że stojąca na stopniu dziewczyna go usłyszy. -
Mogą zorganizować dziesięć pociągów dziennie. Im mniej ich będzie, tym
lepiej. Ale pani zostaje -?dodał ponuro. -?Z panią muszę się policzyć.
Wsiadł z powrotem do Mercedesa, który stał cały czas z włączonym
silnikiem, i kiedy drzwi auta się zatrzasnęły, dał od razu znak do
odjazdu.
Dziesięć minut później wszyscy pasażerowie byli znowu w przedziałach i pociąg pędził jak szalony w kierunku morza. Wszyscy zapomnieli o dziwnym
zdarzeniu na granicy z wyjątkiem trzynastu dziewczynek, które, tak czy
owak, niewiele z tego zrozumiały. Wzięto je za kogoś innego.
Niebezpieczeństwo wydawało się zażegnane.
Co do Petry -?co do mnie -?miałam nigdy nie zapomnieć widoku olbrzyma,
który oglądał je po kolei, obracał, trzymał za szyję. Długo miałam czuć
tę dłoń również na swojej skórze, palącą jak rozżarzone żelazo, twardą
jak imadło.
To wtedy, tamtego dnia, na polskiej granicy, wreszcie zrozumiałam.
1
Nazywano ją Dziewczynką od Soli, ponieważ co wieczór, kiedy ciemność
ogarniała miasto, można ją było spotkać na początku uliczki -?nigdy dwa
razy w tym samym miejscu, nigdy w świetle dnia -?jak sprzedawała
przechodniom woreczki z niebieskiego płótna z garścią soli, od dawna nie
do zdobycia. Nikt w Pradze nie wiedział, jak się nazywa ani skąd
pochodzi. Nikt przede wszystkim nie miał pojęcia, jak udaje się jej
zdobyć ten cenny towar. Dziewczynka pojawiała się po zachodzie słońca i znikała przed świtem, nie ufała nikomu. Moneta, woreczek. To wszystko.
Wielu z tych, którzy przeszukali wzdłuż i wszerz dzielnice na południe
od rzeki i wrócili do żon ze spuszczoną głową i pustymi rękami, doszło w końcu do wniosku, że mają do czynienia jedynie z legendą; w getcie był
Golem, a na Starym Mieście ona. Kiedy czasy są ciężkie, ludzie lubią
słuchać takich opowieści.
Ale Dziewczynka od Soli nie była legendą, istniała naprawdę i mogę o tym
zaświadczyć, ponieważ poznałam ją jako istotę z krwi i kości, w najważniejszej chwili naszego życia.
Po raz pierwszy usłyszałam o niej w listopadzie 1938 roku. Skończyłam
niedawno dwadzieścia trzy lata, tego samego dnia, kiedy Hitler, za zgodą
innych narodów, przyłączył do Rzeszy kawałek Czechosłowacji, włącznie z wsią, gdzie mieszkałam. Mój mąż Pavel, porządny człowiek z zamiłowaniem
do polityki, zmarł zaraz po bójce między zwolennikami Hitlera a czeskimi
nacjonalistami i szok z powodu jego śmierci okazał się fatalny również
dla dziecka, które nosiłam. Naszego pierwszego dziecka. Straciłam je, a byłam w piątym miesiącu ciąży, teraz nie umiem nawet opisać, jaka złość
i wściekłość mnie ogarnęły. Sądziłam, że w miarę upływu czasu rana
przestanie boleć, ale nie. Wystarczała chwila nieuwagi, by znów
zaczynała krwawić.
Samotna, zrozpaczona, złakniona sprawiedliwości lub przynajmniej odwetu,
kiedy już minął stan otępienia, porzuciłam wszystko, co zostało z mojego
dobytku na wsi i przeniosłam się do wielkiego miasta, gdzie nic nie
miało mi przypominać o przeszłości. Moje serce stało się wówczas jałowe
i twarde niczym kamień wyschły na słońcu, postanowiłam więc zmienić imię
i nazywać się Petra, Petra Linhart. Tak przedstawiłam się w pensjonacie
Urquell; miał przyzwoite pokoje dla samotnych kobiet, dwa kroki od
getta. Tak wołali na mnie klienci piwiarni Stifft, z której był widok na
Wełtawę, podawałam tam do stolików. Potem pewnego dnia poznałam Węgra,
który sporządzał fałszywe dokumenty dla przemytników, i w zamian za
baryłkę piwa stałam się Petrą również na papierze. Pod koniec listopada
nie pozostało już nic z kobiety, którą niegdyś byłam, i mogłam zabrać
się do dzieła.
W tamtych dniach w Pradze były tysiące uciekinierów, głównie z Sudetów,
tak jak ja, lecz jeszcze więcej było opozycjonistów i Żydów, którzy po
nocy kryształowej wreszcie pojęli, że nie są bezpieczni. Kto miał środki
i kontakty, ten uciekał najszybciej jak się dało, często bez bagażu; kto
nie miał pieniędzy, robił wszystko, by je zdobyć. Wyjazd z kraju stał
się głównym celem dla wszystkich, którzy obawiali się, że znajdą się na
listach Himmlera, czyli dla intelektualistów, dziennikarzy, polityków,
działaczy sympatyzujących z antynazistowskimi stronnictwami... Była to
mała armia bez broni, świadoma, że nie ma szans w starciu z gestapo,
szykowała się więc na dobrowolne wygnanie.
Głównym problemem nie było jednak zdobycie ani pieniędzy, ani
dokumentów, lecz decyzja, dokąd jechać. Hitler miał już wszędzie
przyjaciół i w całej Europie był tylko jeden rząd gotów udzielić azylu
uchodźcom: rząd brytyjski. Ale wiz było niewiele i trudno je było
zdobyć, a od obywatela Czechosłowacji wymagało to nadludzkich wysiłków.
Przede wszystkim trzeba było znać kogoś po drugiej stronie kanału La
Manche, kto uruchomiłby procedurę i poręczył za taką osobę.
Przedsięwzięcie niemal niemożliwe, dopóki do Pragi nie przybyła Doreen
Warriner, kobieta mająca odmienić moje życie.
Poznałam ją dzięki innemu bywalcowi piwiarni. Pewnego dnia dwaj
niemieccy żołnierze przyszli na obiad -?nie byli jeszcze okupantami,
jedynie niemile widzianymi gośćmi. Byli nowi i prawdopodobnie przed
przyjściem zdążyli już sporo wypić. Śmiali się głośno, opowiadali sobie
sprośne dowcipy, przechodząc z czeskiego na niemiecki, usiłowali
zaczepiać kelnerki. Kiedy podeszłam, by odebrać od nich zamówienie,
starszy z nich objął mnie i chciał zmusić, bym usiadła mu na kolanach.
-?No jak, ślicznotko, zrobimy sobie dziecko? Aby przyczynić się do
łączenia ras...
Drugi wybuchnął śmiechem i zaczął walić ręką w stół; sztućce pospadały
na ziemię, wszyscy goście zaczęli się przyglądać. Uwolniłam się tak
szybko, jak tylko mogłam, pozbierałam wszystko z uśmiechem i raz jeszcze
spytałam, czego sobie życzą, trzymając się tym razem na bezpieczną
odległość. Chcieli piwa, czegóż innego mogliby chcieć? Przyniosłam od
razu dwa kufle zimnego Pilznera -?ale najpierw do nich naplułam.
Nie miałam zwyczaju tak się zachowywać i wyszło mi to na tyle
niezręcznie, że jeden ze stałych bywalców, niejaki Werner, milczący
Szwajcar, zauważył. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zdrętwiałam, ale
on zrobił rozbawioną minę i puścił do mnie oko, jakby chciał powiedzieć:
Należy im się. Ja również uśmiechnęłam się nieśmiało z wdzięcznością i zaniosłam kufle obu Niemcom, którzy tymczasem zaczęli zaczepiać inną
kelnerkę i dali mi już spokój.
Po obiedzie, kiedy sprzątałam ze stolików na tarasie owiewanym jesiennym
wiatrem, zauważyłam Wernera siedzącego na uboczu, z twarzą zwróconą w stronę Zamku. Był taki milczący, że o nim zapomniałam, i drgnęłam, kiedy
zadał mi pytanie:
-?Petra, czy pomyślałaś kiedyś, by przysłużyć się sprawie?
Powiedział to cicho, ledwo dosłyszalnie, wpatrując się cały czas we
wzgórze. Mogłam się pomylić, ale wiedziałam, że naprawdę wymówił te
słowa.
-?Sprawie? -?spytałam, jak gdybym od razu nie zrozumiała. Jak gdyby nie
ogarnął mnie już niepokój.
Werner kiwnął głową, nie odwracając się.
-?Wydaje mi się, że niezbyt lubisz szkopów.
Rozejrzałam się instynktownie, chociaż wiedziałam, że jesteśmy sami.
-?Jak mogłabym ich lubić? -?odpowiedziałam cicho.
Znowu kiwnął głową, grymas wykrzywił mu twarz.
-?Znam twoją historię. Przykro mi z powodu tego, co przeszłaś. Wyobrażam
sobie, jak musi być ciężko zacząć od początku po takiej żałobie, w nowym
mieście. Jesteś silną kobietą, Petra. Odważną. Dlatego pomyślałem, że
być może przydasz się sprawie.
Znowu to słowo. Znowu ten niepokój. Stałam nieruchomo i czekałam, jak
przy spotkaniu z dzikim zwierzęciem, które boisz się sprowokować
nieostrożnym ruchem.
-?Niektórzy twierdzą, że będą tu przed Bożym Narodzeniem -?mówił dalej
Werner. -?Niektórzy uważają, że zaczekają na nowy rok albo na koniec
zimy. Ale przyjdą, wszyscy to wiemy. I wtedy dla wielu będzie za późno.
-?Nie zamierzam uciekać raz jeszcze -?oznajmiłam, zaciskając pięści.
Oderwał wzrok od panoramy, odwrócił się na krześle.
-?Oczywiście, że nie. Jesteś silną kobietą. Odważną -?powtórzył. -?Ale
są tacy, którzy nie mogą sobie pozwolić na to, by zostać, jeśli
rozumiesz, co mam na myśli. Im potrzebna będzie pomoc.
-?Czy to jest ta sprawa?
Werner uśmiechnął się.
-?Jedni tworzą listy. Inni zdobywają dokumenty. Jeszcze inni pieniądze.
Aby wyjechać, potrzeba jednak miejsca, gdzie można się udać, a o to może
zadbać tylko jedna osoba.
-?Jedna osoba?
-?Angielka.
Pokręcił głową, jak gdybym chciała powiedzieć, że nic mi o tym nie
wiadomo.
-?Nazywają ją tak, ponieważ jest Angielką -?wyjaśnił Werner i zaśmiał
się. Widząc, że mnie to nie rozbawiło, dodał poważnym tonem:
-?Przyjechała niedawno do miasta, ale od razu zabrała się do roboty.
Organizuje wyjazdy, zdobywa wizy, środki transportu. Potrzebna by jej
była pomoc. Zaufana asystentka.
Przeniknął mnie dreszcz podniecenia.
Oto moja okazja.
-?I ja bym się nadała?
-?Sądzę, że tak. Jesteś dzielna. I pracowita. Pochodzisz stąd, ale znasz
angielski...
-?Tylko trochę. Tyle, co nauczyłam się w szkole...
-?Słyszałem, jak rozmawiałaś kilka dni temu z turystami. Dajesz sobie
radę. I masz charakter. -?Werner znowu się zaśmiał. -?Przypuszczam, że
byś się jej spodobała. Ale jest tylko jeden sposób, aby się tego
dowiedzieć.
Wstał z krzesła. Otrzepał się, potem popatrzył mi w oczy tym swoim
uwodzicielskim spojrzeniem, jakby namawiał mnie na randkę.
-?O której kończysz pracę?
2
Czekał na mnie na zewntąrz aż do piątej, oparty o ścianę piwiarni, ze
wzrokiem wbitym w chmury i kiedy zobaczył, że wychodzę w zimowym
płaszczu, wełnianym szaliku zakrywającym mi twarz i czapce naciągniętej
na uszy, uśmiechnął się do mnie.
-?Tak ubrana wyglądasz jak szpieg -?powiedział, podchodząc do mnie. -
Myślałem, że wy, górale, jesteście bardziej wytrzymali.
-?Moja wieś leży w dolinie. Nie przywykłam do takiego zimna.
-?To z powodu rzeki -?wyjaśnił, ruszając w przeciwnym kierunku, w stronę
Starego Miasta. -?Zobaczysz, jak zacznie padać śnieg! Jeśli nie chcesz,
by odpadł ci nos, raczej rano zostaw go w domu przed wyjściem...
Mówił tak o tym i owym, żartował, jakbyśmy byli parą starych przyjaciół
spacerujących ulicami centrum, później miałam się zastanawiać, czy
zachowywał się tak specjalnie -?czy to wszystko nie było komedią dla
ewentualnych obserwatorów, szpiegów, jak powiedział -?ale wtedy wydało
mi się to dziwne, może nawet nie na miejscu. Niepasujące do powagi
zadania, którego miałam się podjąć.
Minęliśmy Plac Betlémské i szliśmy oświetloną aleją aż do trójkątnego
Placu Uhelnego. Stamtąd inna aleja doprowadziła nas do ulicy
Jungmannovej, u stóp wysokiego Kościoła Matki Boskiej Śnieżnej, białego
i dużego niczym zamek z bajki.
-?Tędy -?powiedział Werner, biorąc mnie delikatnie za łokieć i ruszając
wysadzaną drzewami uliczką na prawo od wejścia do kościoła. Mimo pory i zimna ujrzeliśmy kolejkę mężczyzn i kobiet, którzy w milczeniu
przyglądali się nam podejrzliwie. Mój towarzysz zdawał się nie
przejmować ich spojrzeniami, nie skinął im nawet głową ani na nich nie
popatrzył. Zaprowadził mnie na koniec uliczki, gdzie z lewej strony
znajdowała się drewniana furtka, przed którą stał czerwony na twarzy
starszy człowiek, szerszy niż wyższy. Na widok Wernera rozpromienił się.
-?Hej, Bill -?zawołał. -?Co dobrego zrobiłeś w życiu, że towarzyszą ci
zawsze takie piękne kobiety?
-?Nie w obecnym życiu -?odpowiedział Werner -?ale w poprzednim. Dlatego
zachowuj się dobrze!
-?Ja? -?zdziwił się starszy człowiek. -?Jeśli jest tak, jak mówisz, w przyszłym życiu będę Rockefellerem!
Werner zaśmiał się i ja też się uśmiechnęłam mimo całego napięcia,
zażenowania z powodu tego, że wszyscy się we mnie wpatrują, i zmęczenia
dniem pracy.
-?Idziecie do Doreen?
-?Tak, jest jeszcze w biurze?
-?A kiedy nie jest? Mówią, że śpi oparta o biurko.
-?Nieprawda -?odparł Werner, popychając mnie za furtkę. -?Doreen nigdy
nie śpi.
Dobiegł nas jeszcze śmiech naszego rozmówcy, kiedy weszliśmy do pięknego
ogrodu, pełnego drzew, niskich, zadbanych żywopłotów i grządek z leczniczymi ziołami. W powietrzu unosił się silny zapach: tymianek,
lawenda, anyż tworzyły odurzającą kompozycję, która w połączeniu z półmrokiem i ciszą panującą w tym sekretnym miejscu, tuż przy wielkim
kościele, sprawiła, że na chwilę zakręciło mi się w głowie.
-?Ogrody franciszkanów -?wyjaśnił mój przewodnik, prowadząc mnie w stronę niskiego, kwadratowego budynku pośród zieleni, jakby murowanej
chaty. -?Należą do klasztoru. Latem to jest najbardziej magiczna część
miasta. Zimą pozostają zamknięte i zakonnicy udostępnili je nam dla
naszej działalności.
Przed drzwiami budynku zobaczyłam znów kilka osób, mężczyzn i kobiet,
wszyscy trzymali w rękach dokumenty i najwyraźniej czekali niecierpliwie
na swoją kolej. Młodsza ode mnie dziewczyna siedziała za stolikiem, obok
stał piecyk koksowy, przy którym się ogrzewała. Zestawiała listę nazwisk
ze stosu dokumentów podobnych do tych, które trzymały oczekujące w kolejce osoby. Po każdej linijce brała dokument, z którego już
skopiowała dane, i wrzucała go do ognia, aż iskry wzbijały się w ciemne
niebo.
Werner podszedł do stolika.
-?Grete -?powiedział.
Dziewczyna nie podniosła nawet oczu.
-?Czego jeszcze chcesz, Bill? W końcu nie wyjechałeś?
-?Ja też uwielbiam twoje towarzystwo i nie mogłem się doczekać, kiedy
cię znowu zobaczę -?odparował Werner, lub może Bill, jak wszyscy go
nazywali. -?Muszę zobaczyć się z Doreen.
Grete wzruszyła ramionami.
-?Skoro nie da się tego uniknąć...
Dokończyła spokojnie przepisywać dokument, wrzuciła go do piecyka i już
miała wziąć kolejny ze stosu.
-?Grete -?powtórzył Werner.
Dziewczyna spojrzała na nas oboje.
-?A ona? -?spytała.
-?Mile widziany gość.
-?Może stanąć w kolejce.
-?Nie przyszła tu, by prosić. Przyszła, by dać coś od siebie.
Grete obróciła się na krześle. Przyjrzała mi się chłodno, jakby
zdejmowała miarę na ubranie. Potem westchnęła, pokręciła lekko głową -
upewniwszy się jednak, że nie uszło to mojej uwadze -?i wstała.
Otworzyła drzwi i weszła do oświetlonego wnętrza.
-?Nie lubi cię? -?spytałam.
-?Kogo, mnie? Mnie wszyscy lubią -?odparł Werner. -?Ale ona chciałaby
czegoś więcej.
Drzwi otworzyły się znowu, pojawiła się Grete.
-?Pięć minut -?oznajmiła, nawet na nas nie patrząc, i usiadła ponownie.
-?W ciągu pięciu minut można zrobić wiele ciekawych rzeczy -?uznał
Werner. Potem, nie czekając na odpowiedź, wepchnął mnie do środka.
Pomieszczenie wydawało się zadziwiająco duże. Było miejsce na trzy
stoliki, dwa fotele i regał pełen segregatorów, teczek, atlasów,
słowników. Na ścianie wisiała duża mapa Europy Środkowej z kolorowymi
pinezkami pokazującymi rozmieszczenie obozów dla uchodźców wokół Pragi i posuwanie się nazistowskiego frontu na zachodzie i na północy. Linie
kolejowe prowadzące w kierunku Niemiec i Polski zaznaczone były na
czerwono. Te w kierunku Austrii kończyły się na granicy serią krzyżyków.
Przed większym stolikiem, gdzie leżały stosy segregatorów, zobaczyłam
kobietę, mniej więcej trzydziestoletnią, o delikatnych rysach twarzy,
lecz twardym spojrzeniu jasnych oczu, bladą jak ktoś, kto dawno nie
widział słońca. Na ramiona opadała jej wspaniała burza ciemnych włosów,
być może najbardziej uderzająca cecha jej wyglądu, który poza tym nie
przyciągał uwagi.
-?Doreen -?przywitał ją Werner.
-?Bill -?odpowiedziała roztargnionym tonem, zajęta czytaniem dokumentu
napisanego na maszynie.
-?Przyprowadziłem ci kogoś. Przyda się -?dodał.
Nikt tak o mnie jeszcze nie mówił i niezbyt mi się to spodobało.
Skończyła czytać linijkę, może akapit, potem głęboko westchnęła i zwróciła wzrok w naszą stronę. Poczułam nagle, że pada na mnie mocne
światło, jak gdyby latarnia morska oświetliła łódkę zagubioną na morzu.
Intensywność. Zdolność skupiania uwagi na jednej rzeczy, kwestii,
osobie, tak że wszystko inne wokół znikało. Minęły od tamtej pory całe
dziesięciolecia, lecz nie zapomniałam tego wrażenia. Nie zapomniałam
cię, Doreen.
-?Jak się nazywasz? -?zapytała, przyglądając mi się z obojętnym wyrazem
twarzy, ani zainteresowana, ani znudzona.
-?Petra -?opowiedziałam po chwili zastanowienia. -?Petra Linhart.
-?Jesteś Czeszką -?oświadczyła i dodała w moim języku: -?Ale nie z Pragi. Z Karlowych Warów?
-?Niedaleko.
Doreen kiwnęła głową. Przeszła na angielski, chyba po to, żeby Werner
mógł zrozumieć.
-?Czemu mi ją przyprowadziłeś?
-?Dziewczyna jest bystra. Mówi w obu językach, a także, powiedzmy, nie
lubi Niemców. Mogłaby pomóc przy tym projekcie.
Zauważyłam, że oczy Doreen pociemniały. Prawdopodobnie projekt nie był
czymś, o czym można było rozmawiać w obecności nieznajomych.
-?Możemy jej zaufać -?upierał się mój obrońca. -?Sprawdziłem.
Doreen odłożyła dokument, obeszła stolik i zatrzymała się metr ode mnie.
Przyjrzała się mojej sylwetce, potem twarzy, potem oczom, jak gdyby w poszukiwaniu czegoś, nie wiedziałam czego. Trwało to długie sekundy,
może minuty, poczułam się bardziej naga niż kiedykolwiek w życiu,
bardziej niż kiedy po raz pierwszy rozebrałam się przed Pavlem, bardziej
niż kiedy jego mordercy przyszli do mnie i...
-?Ile masz lat? -?spytała Doreen.
-?Dwadzieścia trzy. Dopiero skończyłam.
-?Taka młoda i już musisz się mierzyć z tak wielkim cierpieniem?
Nie dała mi czasu na odpowiedź.
-?Posłuchaj -?zmieniła ton i odtąd mówiła do mnie bezpośrednio i tylko o sprawach praktycznych z wyjątkiem dwóch rzeczy. -?To, co tu robimy, nie
jest nielegalne, lecz może się stać niebezpieczne. Mamy mało czasu,
dlatego nie lubimy go marnować. Pracujemy dwadzieścia godzin na dobę, za
darmo, nikt nam nie podziękuje. Jako czeska obywatelka mogłabyś mieć
kłopoty, z pewnością nie chroniłoby cię obce obywatelstwo, tak jak mnie
czy Billa.
-?Chyba że tymczasem wybuchnie wojna -?wtrącił Werner.
-?Jeśli nie czujesz się na siłach, by nam pomóc -?podsumowała Doreen -
pożegnamy się teraz. Jeśli jednak uważasz, że dasz radę, zaczniemy od
razu i nie będziesz mogła się wycofać aż do końca ani powiedzieć nikomu
o tym, co tu robimy. Rozumiesz?
Rozumiałam. Jeszcze jak.
-?Nie pytam cię nawet, dlaczego jesteś skłonna to robić -?dodała ciszej,
wracając do stolika i szperając wśród segregatorów w poszukiwaniu
czegoś. -?Można to wyczytać z twoich oczu. -?Znalazła grubą kopertę, z której wysypywały się kartki. Wróciła do mnie. -?Uważaj tylko na jedno:
złość, gniew, pragnienie sprawiedliwości lub zemsty to świetne paliwo,
najskuteczniejsze, jakie istnieje. Niemal zawsze jednak kończy się tym,
że w końcu podpala nas samych.
Powiedziała to i wręczyła mi kopertę.
-?Dzieci bez rodziców. Dostajemy sygnały z obozów, ale nie wiemy, ile
ich jest naprawdę. Sprawdź i zrób mi dokładną listę, na wczoraj.
3
O Dziewczynce od Soli dowiedziałam się następnego dnia, kiedy z polecenia Doreen wybrałam się do jednego z obozów dla uchodźców na
północ od miasta. Werner przyjechał po mnie o świcie do pensjonatu i zabrał swoją granatową Tatrą, pełną uszkodzeń i zadrapań. Zatrzymaliśmy
się w dwóch miejscach, raz w getcie, w Synagodze Hiszpańskiej, i raz na
Kampie, gdzie, jak miałam później odkryć, mieściła się praska siedziba
Kawalerów Maltańskich. W obu wypadkach zostawił mnie samą w samochodzie
na kilka minut i wrócił objuczony ciężkimi workami z juty, które
umieścił na tylnych siedzeniach.
-?Węgiel -?oznajmił, widząc moją ciekawość. -?W obozie jest zimno.
I było naprawdę zimno, o wiele bardziej niż w mieście, nie był to bowiem
prawdziwy obóz, z ogrodzeniem, barakami i latrynami, lecz rozrastające
się obozowisko w lesie, gdzie ci, co mieli najwięcej szczęścia, mogli
liczyć na namiot z odzysku, inni zaś musieli się zadowolić kocem
rozpiętym na gałęziach drzew. Wszędzie pomiędzy deskami pozwalającymi
przejść przez błoto i blachami osłaniającymi przed wiatrem, czuć było
dym, który wydobywał się z kilkudziesięciu zardzewiałych baniek,
rozstawionych gdzie popadło, wokół których zgromadziły się chmary dzieci
oraz starcy o otępiałym spojrzeniu. Mężczyźni, ponurzy i dumni,
siedzieli trochę dalej, opierali stopy na kamieniach albo drewnianych
skrzynkach, aby nie dotykać lodowatej ziemi, kobiety zaś pracowały w małych grupkach, szyjąc, gotując, niańcząc najmłodsze dzieci, które
płakały. Nad wszystkimi ciążyło poczucie stałej tymczasowości, jak gdyby
trafili do otchłani mającej trwać wiecznie i nie miało żadnego sensu z tym walczyć. Trzeba było tylko to znosić.
Kiedy pojawił się Werner, dzieci i mężczyźni podeszli do niego i ustawili się w zdyscyplinowanej kolejce. W oczach błyszczał im pełen
godności niepokój, nie złamał ich jeszcze mający nadejść w następnych
miesiącach głód. Przechodzili po kolei, każdy dostawał po jednej bryłce
węgla z worka, dzieci po dwie.
-?Czasami przynoszę nawet trochę cukierków -?wyznał mi szeptem Werner -
ale zaczyna brakować funduszy, musimy przeznaczać je na rzeczy bardziej
niezbędne.
Wypowiedział to ostatnie słowo pogardliwym, niemal sarkastycznym tonem.
Jakby w jego oczach nic nie było bardziej niezbędne od cukierków dla
dzieci.
Worki szybko się opróżniły i ostatecznie nie wszyscy z kolejki dostali
węgiel. Nie było jednak słychać narzekań. Nikt nie próbował oszukiwać,
ustawiając się w kolejce dwukrotnie albo biorąc więcej, niż mu się
należy. Po prostu los tak chciał, że nie wystarczyło dla wszystkich.
Ogniska zresztą były wspólne, a uchodźcy stanowili jedną wielką rodzinę.
Mieli sobie pomagać, jak od zawsze to robią ostatni na tej ziemi.
Poza tym kwitła wymiana, najstarsza forma handlu, i byłam świadkiem
jednej z nich, zaskakującej, kiedy już składaliśmy z Wernerem puste
worki. Dziesięcioletni bosy chłopiec podszedł do kobiety, która zszywała
podarty koc, i pociągnął ją zdecydowanym ruchem dwa razy za spódnicę.
Kiedy się odwróciła, by na niego spojrzeć, wyjął z kieszeni dwie bryłki
węgla, które właśnie od nas dostał, i podał je bez słowa na
wyciągniętych dłoniach. Patrzył jej w oczy wyczekująco. Kobieta musiała
już mieć z nim kiedyś do czynienia, ponieważ nic nie mówiąc, kiwnęła
głową, odłożyła koc i wstała. Z kieszeni wyjęła płócienny niebieski
woreczek i pokazała mu go. Dziecko przytaknęło bez wahania. Kobieta
wyciągnęła dłoń, on zaś podał jej dwie bryłki węgla. Potem szybko, jakby
bał się, że straci okazję, wyrwał jej z ręki woreczek i zrobił krok do
tyłu. Kobieta uśmiechnęła się, pokręciła głową i znowu zabrała się do
zszywania starego koca. Chłopiec uciekł, ściskając woreczek, jak gdyby w środku była jego własna dusza.
-?Widziałeś? -?zapytałam Wernera, zaciekawiona.
-?Co takiego?
-?Tego chłopca. Wymienił węgiel na płócienny woreczek.
Werner wydawał się przejęty tym, co usłyszał. Podniósł na mnie wzrok.
-?Płócienny woreczek?
-?Tak, dała mu go ta kobieta. -?Pokazałam mu ją.
-?Niebieski? To znaczy woreczek?
-?Tak, czemu pytasz?
Werner uśmiechnął się.
-?Dziewczynka od Soli. -?Potem dodał: -?Chodź ze mną.
I ruszył w kierunku szyjącej kobiety.
-?Proszę mi wybaczyć -?powiedział, kiedy się do niej zbliżył.
Kobieta zdziwiona odwróciła się w jego stronę.
-?Tak?
-?Widzieliśmy wymianę -?powiedział.
-?Jaką wymianę?
-?Z tym chłopcem -?odparłam. -?Węgiel za woreczek.
Wzruszyła ramionami.
-?I co z tego? Węgiel był jego, teraz należy do mnie. Chyba nie chcecie
go z powrotem?
-?Nie chcemy go z powrotem -?zapewnił ją Werner. -?Dziewczynka od Soli.
Wie pani, o kim mówię?
Znów zapadło milczenie, potem kobieta powoli kiwnęła głową.
-?Ale nigdy jej nie spotkałam -?powiedziała. -?Woreczek dał mi
przyjaciel. I nie mówił, skąd go ma.
-?Czy ma pani jeszcze jeden? Chciałbym go zobaczyć.
-?Miałam tylko ten. Josef męczył mnie już od wielu dni. W gruncie rzeczy
wart jest więcej niż dwa kawałki węgla. Ale dzieci... -?powiedziała, nie
dokończyła jednak zdania. Wzruszyła tylko ramionami.
-?Dzięki, tak czy owak -?powiedział Werner, wyraźnie rozczarowany.
Zostawiliśmy kobietę, by mogła dalej cerować swój koc.
Obóz był duży, było w nim co najmniej, jak obliczyłam, dwa tysiące osób,
większość pochodziła z moich stron. Uchodźcy z Sudetów, którzy uciekli
przed nazistowską inwazją. Nie rozpoznałam nikogo, lecz zobaczyłam około
setki Żydów w tradycyjnych strojach i co najmniej trzy rodziny romskie.
W normalnych okolicznościach nie żyliby wszyscy razem, ale to nie były
normalne okoliczności -?nie były już takie od dawna i nie wiadomo kiedy
miały powrócić. Chodziliśmy wśród ognisk i namiotów, nasłuchując rozmów
po czesku, słowacku, nawet po niemiecku -?to byli, jak przypuszczałam,
opozycjoniści, obywatele Reichu, którzy stanęli po niewłaściwej stronie
i teraz groziła im śmierć -?ja tymczasem myślałam o niebieskim woreczku
i o tym, o co Werner pytał kobietę. W końcu ciekawość przeważyła.
-?Kto to jest Dziewczynka od Soli? -?zapytałam.
Werner otrząsnął się ze swoich myśli, spojrzał na mnie zdziwiony.
-?Nigdy o niej nie słyszałaś?
Zaprzeczyłam.
-?Od kiedy mieszkasz w Pradze?
-?Od dwóch miesięcy -?odpowiedziałam. -?Ale oprócz pensjonatu i piwiarni
nic nie widziałam, z nikim nie rozmawiałam.
Werner pokiwał głową.
-?Kto to jest Dziewczynka od Soli -?powtórzył. -?Żeby można było to
wiedzieć! Wielu sądzi, że to jakaś legenda. Znam kilka osób, które
twierdzą, że naprawdę ją spotkały, ale jeśli ich posłuchasz, powiedzą
ci, że Wzgórze Petřin pełne jest duszków, a w podziemiach Zamku mieszka
smok... Ale woreczki krążą, widziałem ich sporo, a jeden widziałaś również
i ty, prawda? A więc ktoś musi je rozprowadzać. Napełniać i rozprowadzać.
-?Ale co takiego zawierają? -?spytałam dość głupio.
-?Sól. Sól w kryształkach, doskonałej jakości, nikt nie wie, skąd
pochodzi. Dziewczynka sprzedaje ją na rogach ulic na Starym Mieście,
przemieszcza się jednak nieustannie, wychodzi tylko nocą. I chce bardzo
niewiele. Jedną monetę za woreczek.
Drgnęłam, Jedna monetę za woreczek, kiedy sól stała się taką rzadkością!
Po konferencji w Monachium Reich zarekwirował wiele kopalń i sól szła
prosto do Niemiec.
-?Jeśli dziewczynka istnieje -?mówił dalej Werner -?dobrze byłoby się
dowiedzieć, kim jest. Dotrzeć do niej, a od niej do soli. Sól pozwala na
nadzwyczaj korzystne wymiany. Dlatego jej szukamy.
Przytaknęłam, ale nie miałam na myśli korzyści ekonomicznych; myślałam o dziecku, które kryła w sobie Dziewczynka. Kim jest, czy istnieje
naprawdę? Gdzie mieszka? Czy nie ma opieki? Czy przypomina dzieci
pozbawione rodzin, które Doreen poleciła mi odszukać, których nazwiska
miałam umieścić na liście?
Zastanawiałam się nad tym wszystkim, kiedy usłyszeliśmy hałas
dobiegający z gęstego lasu za obozem. Krzyki mężczyzn, wrzaski kobiet:
"Zatrzymaj się!", "Złapcie go", "Uciekaj, Milan!", "Tędy!", "Bandyci!".
Zobaczyłam, że Werner sztywnieje, źrenice rozszerzają mu się jak u ofiary w obliczu napastnika.
-?Co się dzieje? -?spytałam, ale on wziął mnie za ramię i pociągnął ze
sobą, ukryliśmy się za kocem rozwieszonym na gałęzi.
-?Pst! -?szepnął, podnosząc palec do ust.
Usłyszeliśmy kolejne krzyki, echo wystrzału, który poderwał chmarę
ptaków, potem tupot wielu nóg. "Wracaj tu!", "Jesteś w pułapce!",
"Złapcie go!". Przez dziurę w kocu zobaczyliśmy niskiego, przysadzistego
mężczyznę w za dużym palcie, jak wyłania się z gęstwiny leśnej, brnie w śniegu.
-?Kto to? -?wyszeptałam.
Werner pokręcił głową.
Za mężczyzną pojawiło się pół tuzina ścigających go mężczyzn w mundurach, które od razu rozpoznałam i które wprawiły mnie w osłupienie.
-?Policja?
-?Nie dasz rady uciec! -?krzyknął jeden z policjantów, najpierw po
czesku, a potem w marnym niemieckim. -?Nie utrudniaj nam zadania!
Drugi strzał, głośniejszy, bliższy. Zauważyłam pistolet w dłoni jednego
z policjantów wycelowany w górę, aby nie zranić uciekiniera, ale go
przestraszyć.
-?Chcą wziąć go żywego -?skomentował Werner, przysuwając się do mnie,
żeby nas nie zauważono.
Mężczyzna w palcie sapał jak miech, twarz miał purpurową, ciemne włosy
mokre od potu. Jego bieg przypominał teraz zataczanie się pijanego w śniegowym błocie, policjanci byli coraz bliżej.
-?Zostawcie go! -?krzyknęła jakaś kobieta po naszej prawej stronie.
-?Uciekaj, Milan, uciekaj! -?zawołał do niego stary człowiek z włosami
niczym pajęczyna, rozwianymi na wietrze.
Ale Milan nie miał już sił i wkrótce policjant, pierwszy, którego
usłyszeliśmy, jak krzyczy, zbliżył się na tyle, by skoczyć i złapać go
za nogi. Obaj upadli na ziemię i toczyli się z rozpędu w błocie, aż w końcu wpadli w krzaki. Policjant usiadł na mężczyźnie i zaczął go
okładać pięściami, słychać było głuchy łoskot, który przyprawił mnie o mdłości.
-?Za to, że uciekałeś! Za to, że się nie zatrzymałeś! A to za to, że
będę musiał sprać całe to gówno z munduru! Ty draniu.
Wreszcie po upływie bardzo długiego czasu, kiedy w całym obozie panowała
cisza, jak gdyby wszystko uległo zawieszeniu, nadeszli kolejni
policjanci i powstrzymali kolegę.
-?Teraz już dosyć, wystarczy. -?I rozdzielili ich.
-?Milanie Kosmo -?oświadczył policjant z pistoletem, cedząc słowa z powodu zadyszki. -?Aresztuję cię w imieniu rządu. Jeśli będziesz stawiać
opór, pogorszy to tylko twoją sytuację.
-?Zostawcie go! Co takiego wam zrobił? -?spytał stary człowiek z pajęczyną na głowie
-?Panowie, proszę się rozejść -?odpowiedział inny policjant, trzymając
już w ręce pałkę. -?Nie macie tu nic do roboty.
-?To tylko biedak taki jak my! Nie wystarczy wam, że wypędziliście go z jego rodzinnych stron? Teraz chcecie go wydać w ręce wroga?
-?Panowie, bardzo proszę -?powtórzył policjant groźnym tonem.
Jego koledzy postawili Milana Kosmę na nogi -?miał zmasakrowaną twarz,
palto całe w błocie -?i popychając go i szturchając, zaprowadzili do
ciężarówki zaparkowanej przy wejściu do obozu.
-?Werner, co się dzieje? -?wyszeptałam znowu, krew we mnie wrzała, bo
przypomniałam sobie mojego Pavla.
Wtedy wreszcie mi odpowiedział:
-?Polityka. Hitler wymienia jakieś nazwisko i policja dostarcza
człowieka. Biedny Milan już nie żyje. To właśnie nas czeka, kiedy Reich
zajmie Pragę.
Zacisnął zęby, ręce mu drżały, potem westchnął.
-?Chodźmy -?powiedział. -?Mamy robotę i coraz mniej czasu.
4
Przez pierwszy tydzień pracowałam wyłącznie nad listami dzieci bez
rodzin. Dowiedziałam się, że Doreen przyjechała do Pragi w połowie
października jako oficjalna przedstawicielka Save the Children,
pozarządowej organizacji zajmującej się poprawą warunków życia dzieci w strefach wojny. Później wzięła na siebie jeszcze inne obowiązki i współpracowała z każdym, kto mógł w jakiejś mierze pomóc w jej misji.
Wówczas z pewnością nie mogłam spytać, co skłoniło ją do opuszczenia
Londynu i podjęcia się takiego zadania, lecz wiele lat później miałam
natrafić na jej tekst, który dobitnie to wyjaśniał:
Zaczęłam, kierowana jedynie rozpaczliwym pragnieniem, by zrobić coś, co
ograniczyłoby rozmiar katastrofy, a jeśli chodzi o mnie, chciałam także
wymazać zdradę z Monachium.
"Zdrada" była słowem, którego jej współpracownicy często używali.
Zdarzało się wielokrotnie, że osoby, którymi zajmowała się Doreen,
ukrywane przed czechosłowacką policją, znikały z dnia na dzień bez
uprzedzenia. Kiedy zaczęły krążyć wieści o ich przymusowej wywózce do
Niemiec, do obozów pracy założonych przez Himmlera do spółki z wielkimi
niemieckimi przemysłowcami, zaczęto podejrzewać, że w BCRC, Brytyjskim
Komitecie do spraw Uchodźców Czechosłowackich działają szpiedzy. Werner
uprzedził mnie już pierwszego dnia, abym zawsze bardzo uważała, co mówię
i do kogo. "Tego człowieka sprzedano, pewnie zrobili to wręcz jego
przyjaciele, po to, by rząd go szukał i nie dotarł do innych nazwisk.
Mors tua, vita mea".
Znałam dobrze takie rozumowanie, a co do ostrożności, wybierałam zawsze
starannie tematy rozmów. Rozmawiając z kimkolwiek, ograniczałam się do
niezbędnego minimum, również wtedy, kiedy musiałam opowiedzieć własną
historię. Chciałam, by do wszystkich dotarł tylko jeden prosty przekaz:
Petra Linhart nie ma przeszłości. Jest tutaj po to, by zajmować się
dziećmi Doreen, i nic innego się nie liczy.
Ale praca z dziećmi szybko dobiegła końca. W mieście i w obozach było
ich po prostu za dużo -?najostrożniejsze szacunki wskazywały na około
trzech tysięcy wśród dwustu tysięcy uchodźców -?dlatego ułożenie listy
okazało się wkrótce zbędne; żadna organizacja, żaden naród nie zdołałyby
przyjąć więcej niż kilkudziesięciu malców. Society of Friends przysyłało
pieniądze, które wydawaliśmy na zimowe buty, wełniane szaliki, śpiwory.
Gazeta "New Chronicle" zbierała datki od czytelników i przekazywała nam
je co tydzień na zakup koców, węgla, najniezbędniejszych lekarstw, ale
również książek, przyborów do szycia, należało bowiem dbać nie tylko o ciała, lecz i o dusze.
Pod koniec listopada Norwegia zgodziła się przyjąć pięciuset uchodźców,
lecz tylko na trzy miesiące, miał to być przystanek w drodze do Wielkiej
Brytanii i Kanady, gdzie kolej potrzebowała nowych pasażerów i zaczęła
wywierać naciski na rząd, aby otworzył granice dla uciekających
Czechosłowaków. Wkrótce potem Belgia zgodziła się przyjąć trzysta kobiet
i dzieci w kilku miasteczkach na wybrzeżu, ale tylko pod warunkiem, że
to nie belgijski rząd pokryje koszty. Holandia zaproponowała, że zapłaci
za wikt i opierunek, pozostawiając Komitetowi opłatę za transport, a przede wszystkim jego organizację -?rzecz łatwa na papierze, lecz w istocie nader skomplikowana.
Kiedy East London Mission to the Jews przybyła do Pragi, aby wybrać
pięćdziesięcioro dzieci spośród Żydów i aryjczyków i zabrać je do
Anglii, Doreen znalazła się w bardzo trudnej sytuacji: zarezerwowanie
miejsc w samolotach rejsowych było niemal niemożliwe. Aby cokolwiek
znaleźć, trzeba było to robić z wyprzedzeniem co najmniej dwóch tygodni
i wizy musiały być w porządku, lecz z Londynu papiery przychodziły
zawsze w ostatnim momencie i z powodu takiego błędnego koła traciliśmy
tylko pieniądze przeznaczone na bilety. Podróż koleją była bardziej
praktycznym rozwiązaniem, więc pod koniec listopada zaczęliśmy wysyłać
matki z dziećmi trasą Praga-Gdynia, po setce na raz, podróż trwała dobę
i była dość wygodna. Tylko najmłodsze dzieci miały polecieć samolotem
dzięki specjalnej umowie z holenderskimi liniami KLM. Inne towarzystwa
lotnicze, związane z Niemcami politycznie i handlowo, nie zamierzały nam
pomóc w zorganizowaniu specjalnych lotów, choćby za bardzo wysoką cenę.
Stopniowo stawałam się ekspertką w sprawach logistycznych i zaczęłam
pracować w coraz ściślejszym kontakcie z Doreen, która podejmowała
decyzje błyskawicznie i dlatego mogła to i owo przeoczyć. Ja byłam
osobą, która sprawdzała listy, rezerwacje, wizy, umowy z agencjami
podróży, lotniska i koleje, utrzymywała kontakt z rodzinami. Spędzałam
dwanaście godzin dziennie na przeglądaniu dokumentów i odbieraniu
telefonów i wkrótce znalazłam się w centrum całej tej skomplikowanej
machiny umożliwiającej uchodźcom wyjazd. Dobra znajomość angielskiego
przydawała się, ale również fakt bycia kobietą, i to kobietą, która
straciła dziecko. Wszyscy uważali za rzecz oczywistą, że zaangażuję się
w dwójnasób, i nie zawiodłam ich.
Po trzech tygodniach zajmowania się rodzinami dostałam zadanie znacznie
delikatniejsze, a mianowicie miałam się zająć mężczyznami. Dowiedziałam
się wtedy, że chociaż cała uwaga opinii publicznej skupiała się na
nieletnich, Doreen i BCRC poświęcali większość swoich wysiłków na
ratowanie uchodźców politycznych: komunistów, socjaldemokratów,
pacyfistów, Żydów. Ich nazwiska, dokumenty, podania o azyl, wypełnione
już formularze i wizy czekające na stempel, wszystko to były materiały
bardzo niebezpieczne i dlatego przechowywano je w miejscu uznanym za
najpewniejsze: w hotelowym pokoju Doreen. Wiedziało o tym tylko kilka
osób, jeszcze mniej miało tam dostęp. Po miesiącu ja też znalazłam się
wśród nich.
To wtedy przeczytałam listy.
Pewnego ranka Doreen zeszła do lobby, aby spotkać się z kimś z brytyjskiego konsulatu, siedziałam sama przy biurku w jej pokoju
hotelowym, wśród pudeł zawierających korespondencję między BCRC a tysiącem adresatów jej pism -?instytucji rządowych, stowarzyszeń
wolontariuszy, prywatnych darczyńców, dziennikarzy z połowy Europy.
Miałam za zadanie włożyć te pisma do oddzielnych segregatorów i ułożyć w porządku chronologicznym; musiałam się spieszyć, ponieważ obietnice umów
z tą lub inną instytucją miały przełożyć się na konkretne działanie:
należało przyjąć tylu a tylu uchodźców, zapłacić tyle a tyle funtów,
prosić o wsparcie polityków, rozmaite osobistości. Była to praca
mechaniczna, wręcz nudna, lecz trzeba było ją wykonać. Wobec jednak
pewnych adresatów -?burmistrz Londynu, naczelny "Timesa", lord Grenfell,
a raz nawet sekretarz premiera -?stawałam się znowu bardziej uważna.
Przejrzałam szybko około dziesięciu dokumentów. Nie wiem, co mnie
zainteresowało w dwóch listach, które znalazłam przypięte do brudnopisu
wykazu nazwisk ułożonego przez Wallnera z East London Mission to the
Jews. Były to dwie kartki złożone na pół, jedna żółtawa, druga
niebieska, na pierwszy rzut oka można je było uznać za zapasowy papier,
lecz coś mnie skłoniło, by położyć je na biurku i otworzyć.
Pierwszy list napisany był drobnym, okrągłym pismem Doreen:
Drogi Mil,
wracam do Pragi, chociaż obiecałam, że już tego nie zrobię. Nie wracam z Twojego powodu. Możesz mi wierzyć. Za dużo jest do zrobienia w tak
drogiej mi Czechosłowacji, za dużo cierpienia, a wina leży cała po
naszej stronie. Przeklęty Chamberlain. Przeklęty Hitler. Czuję, że muszę
pomóc, że muszę wykorzystać na rzecz pokoju moje doświadczenie z ostatnich lat. Dlatego wyjechałam z Londynu, tylko dlatego. Bądź pewny,
że nie będę starała się z Tobą spotkać -?znam swoje miejsce -?wiedz
jednak, że w najbliższych miesiącach będę tu, bardzo blisko ciebie.
Pomyślałam, że może dobrze, byś o tym wiedział. Gdybyś miał się na mnie
natknąć na ulicy, nie zwracaj na mnie uwagi. Ja postąpię tak samo.
Z serdecznością, którą znasz,
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki