3
Nad sceną jest napis, którego nie potrafimy odczytać, ale wiemy, że kiedy rozbłyska, to rozlegają się oklaski. Kobiety klaszczą, gdy okaz numer dwadzieścia, jakiś dzieciak z B-dormu, jest sprowadzany ze sceny. Wszyscy przesuwamy się na przód.
Mimo bólu, który kłuje mnie gdzieś za oczami, zachowuję na twarzy uśmiech: numer jedenaście, mój najlepszy. Walker nazywa go uśmiechem: mina-niewiniątka. Nadaje im imiona, tak jak ty. Czy przejął to od ciebie, czy raczej było na odwrót? Rezerwacje prawie dobiegły już końca. Chłopacy są odprowadzani jeden po drugim na swoje "rozmowy". Wszyscy wiemy, co to tak naprawdę znaczy.
Z każdą kolejną licytacją węzeł w moim brzuchu zaciska się coraz mocniej. Co jeśli Kanclerka wybierze kogoś innego? Co jeśli Wszy aresztują mnie, zanim się zdecyduję?
Walker dociera do ostatniego rzędu w rekordowym czasie. Mniej niż dwudziestu z nas wkracza w blask reflektorów.
Dziewiętnastu, osiemnastu, siedemnastu...
Jeden z ekipy z twojego dawnego dormitorium występuje naprzód.
- Nazywam się Hector Dent - mówi Toll, w całej swej muskularnej chwale, przejeżdżając dłonią przez pofarbowane na złoto włosy. Uśmieszek połową ust i mrugnięcie jak u profesjonalisty. Sterydziarze dobrze wypadają na aukcjach.
"Sterydziarze" - tak nazywają siebie twoi dawni przyjaciele, nawiązując do pigułek, które dostają w czasie wizyt kobiet, które ich faworyzują.
Nikt nigdy nie dał mi żadnych prochów w czasie wizyt. Każdego dnia, od zapalenia świateł do obiadu, jest zawsze tak samo. Godziny lekcji tańca, dobrych manier, uległości. Z wyjątkiem sytuacji, gdy kobiety płacą Domowi Rozrywki za nasze prywatne usługi. Oczywiście nie wolno nam ich zobaczyć, więc robimy to z zasłoniętymi oczami - po długiej praktyce uczymy się serwować herbatę, tańczyć dawne tańce, pytać je o ich dzień i sprawiać, by czuły się wyjątkowe, piękne, interesujące. Wygląda na to, że spędzanie z nami czasu to prawdziwy przywilej, również kosztowny - stać na to tylko kobiety z najwyższego piętra. Luksus. Powiedzcie to chłopakom, którzy wychodzą po tych wizytach z płaczem lub siniakami w miejscach, które Ojcowie Domu mogą łatwo ukryć.
Walker odsuwa się od zapachu wody kolońskiej Tolla.
- To najlepszy dzień mojego życia - rozpływa się Toll. - Długo się do niego przygotowywałem, bardzo ciężko, naprawdę ciężko. To będzie dla mnie zaszczyt, prawdziwy zaszczyt, znaleźć się u boku jednej z was.
Założę się, że Kanclerka widzi, że jestem rozkojarzony. Kupi Tolla albo Aye-Aye'a, jednego z mięśniaków. Niezależnie od tego, co Walker mi obiecał, nie ma mowy, żeby mógł jakkolwiek zagwarantować, że Kanclerka mnie zarezerwuje. Nie ma mowy. Powiedziałem mu, że też powinien był dać mi sterydy. Odpowiedział, że ona potrzebuje żywego umysłu, a nie umięśnionej klatki piersiowej.
Połowa kobiet z najwyższego piętra podnosi ręce, zanim Toll skończy mówić. Na balkonach są też oferty od pań. Rezerwacja zamyka się na trzystu wartościach, dla Madam Van Gelder, przełożonej Domu Rozrywki. Toll mruga do Aye-Aye'a, następnego w kolejce, i wchodzi za kulisy, chwytając się w ciemności za krocze, by rozśmieszyć przyjaciół.
Światło świecy na balkonie Kanclerki nawet nie zamigotało.
Zostało tylko dziesięciu. Gdyby nie Walker, między licytacjami nie rozległby się nawet jeden dźwięk. Z Wszami dokoła - co nie było normalne - każdy czegoś oczekiwał.
Dziewięciu...
Zemsta, przypomniałem sobie, nie morderstwo. To różnica, prawda? Wyprowadzę ją na balkon jej Penthouse'u, na sam szczyt wieżowca górującego nad nami, mówiąc, że chciałbym spojrzeć za krawędź. Pokazałbym, że się boję, by poczuła się tak, jakbym był bezbronny, jakbym potrzebował jej pomocy. W porządku, powie, pozwól, że ci pokażę, to nie jest takie straszne. I spojrzy ponad krawędzią, a wtedy ja to zrobię. Tylko jedno pchnięcie. Na sam dół.
Ośmiu...
Coraz bliżej. Gdy Walker przepytuje chłopaków obok mnie, czuję zapach jego olejku do włosów i ciepło bijące od jego ciała.
Siedmiu...
Wyobrażam sobie Kanclerkę z bliska - jej skórę, jej kości, jej oddech, jej krew. Będzie prawdziwa. Jak Walker, jak moi bracia, jak ja. Czy dałbym radę popchnąć Walkera?
Trzech...
Nie. Walker nie zabił mojego najlepszego przyjaciela.
Dwóch...
Mojego jedynego przyjaciela.
Jeden...
Okaz numer sto czterdzieści dziewięć, który przedstawia się jako Paulie, zostaje zarezerwowany przez Madam Cramp, przełożoną Ekspresji. Dzieciak ma szczęście - każdy chłopak wybrany przez Cramp dostaje tyle wolności, ile to możliwe.
Gardło zaciska mi się, kiedy Walker podchodzi do mnie.
Ćwiczyliśmy to. Nie patrz mu w oczy. Skup się na balkonach. Uśmiechaj się. Nie panikuj.
- I ostatni dżentelmen tego wieczoru - ogłasza Walker.
Mogę przysiąc, że Wszy robią krok na przód. Ale nie słyszę już ich oddechów.
Odchrząkuję lekko, przygryzam wargę i patrzę w dół, na tłum. Mózg mi umarł. Tutaj. Teraz.
- Ja... Nazywam się...
Walker dał mi przemowę! Muszę użyć odpowiednich słów! Co to były za słowa?
Cholera.
Na parterze teatru porusza się krzesło, szuranie po podłodze roznosi się echem po sali. Wzdrygam się, spodziewając się ataku policji. I tak, idą, ale nie w moim kierunku. Stają na środku, wśród stolików. Są tu ze względu na kogoś innego. Jest szept, ruch, ktoś się zbliża. Walker spogląda w tamtym kierunku przez blask świateł.
- Odejdź - mówi jakiś głos.
Głos z górnego piętra, szorstki. Kobieta brzmi znajomo. Policja ją otacza. Inna kobieta próbuje pociągnąć dziewczynę z powrotem na jej miejsce. Talerze i kieliszki brzęczą. Kobieta warczy:
- Siadaj!
Ale ta idzie dalej. Coraz bliżej. W świetle reflektorów dostrzegam krwistoczerwony kolor jej włosów. Jest tylko jedna debiutantka z takimi włosami, o której słyszałem.
- Tak szybko pani wychodzi, pani Vor? - pyta Walker. Publiczność wybucha śmiechem. Kropla potu pojawia się na jego idealnym czole. Nigdy, ani razu, nie widziałem, żeby się pocił.
Kiedy kobieta się zatrzymuje, zatrzymują się też Wszy.
Walker nie odpuszcza.
- Czy dżentelmeni z dzisiejszej oferty nie byli dość dobrzy dla pani?
Nikt nie zawstydza pani Romali Vor. Wszyscy słyszeliśmy historie na ten temat. O ile się im wierzy. Jedna z tych historii głosi, że jedna z jej matek, ta, która była przełożoną Eksploracji, urodziła ją po spotkaniu z jakimś Histerykiem na pustyni. Spłodzili córkę tak niestabilną, że jej matka wolała zostać na pustyni, niż wrócić do potwora, którego stworzyła. Nie wspominając o tym, że matka, która ją wychowała, jest przełożoną Pokoju, kobietą odpowiedzialną za Wszy. Słyszymy to od pań przychodzących na wizyty. Plotki docierają do naszych dormitoriów niczym ciężkie powietrze.
Odpowiedź pani Vor jest stłumiona przez maskę. Silne mięśnie na jej szyi napinają się niczym naciągnięte sznury, jest zła. Jakie ma prawo, by się złościć? Poruszam się na swoim miejscu, gorąco napływa mi do uszu.
- Chce pani złożyć ofertę? - pyta Walker wolno, jakby każde kolejne słowo miało popchnąć ją z powrotem na jej miejsce. Ale tak się nie stanie. Żadnej damie nie będzie rozkazywał jakiś mężczyzna. Nawet pan Walker.
Jest już na krawędzi zalanej światłem sceny. Wszy chcą się poruszyć, ale ona wystawia dłoń i znowu się zatrzymują. Nawet oni się jej boją!
W nagłym przebłysku przypominam sobie swoją przemowę, nachylam się do mikrofonu i zaczynam dukać.
- Nazywam się Jude Grant i... - Rozkojarzam się na jej widok, bo nie przypomina wcale potwora, o którym mówią plotki. Aż zapominam słów. Przestań. Ogarnij się! - I... - Przełykam. Zacznę jeszcze raz. - Nazywam się...
Pani Vor przerywa mi, bez tchu, niemalże z paniką.
- Czekaj!
Rozpoznaję ten głos. Czuję, jakbym wpadł na ścianę. Nie zapomina się jedynej rzeczy, którą poznaje się u kogoś.
- Pani Vor? - zachęca Walker.
Czuję w ustach lepką ślinę, więc przełykam. Ten głos nie może należeć do Romali Vor, prawda?
Zza jej jaskrawobiałej maski patrzą oczy zielone niczym szkło rozbitych butelek. Patrzy na mnie.
- Słyszałeś mnie. Czekaj - mówi, teraz bardziej zdecydowanie.
Dziki i zmienny. Znam ten głos z jej wizyt. Co tydzień, w każdym tygodniu tego roku.
Pospiesznie sięga za głowę, ciągnąc za splecione węzły swoich włosów - włosów, które czesałem w koki, warkocze i sploty.
To nie może być ona, prawda? Dziewczyna, która przychodziła co tydzień? Dziewczyna, która nigdy nie płaciła za jedzenie, picie czy rozrywkę, tylko za mój czas. Na wizytach rozpoznawałem ją zawsze po zapachu perfum, które sprawiały, że wirowało mi w głowie. Powiedziała mi, że to świeży deszcz z burz Na Zewnątrz. Rozmawialiśmy, ale oczywiście nigdy jej nie widziałem, ani centymetra jej ciała. Nawet jeśli nie wierzę w plotki o przełożonej Eksploracji, Romali Vor nadal jest córką przełożonej Pokoju. Madam Vor, przywódczyni Wszy. Funkcjonariuszek, które cię złapały; które biją chłopaków przyłapanych w ciemnoczasie poza dormitorium; które oślepiają chłopaków łamiących przysięgi; i które wprowadzały w życie wszelkie przejawy "łaski" Kanclerki.
- Ro... - zaczyna Walker, ale jego słowo przerywa krzyk, gdy coś leci przez ciemność w moją stronę.
Odsuwam się z drogi, przedmiot wpada w krąg światła.
Kulisy drżą, gdy uderza w nie rzucony przedmiot, a następnie odskakuje i rozbija się o scenę. Odłamki porcelany rozpryskują się w różnych kierunkach.
Stoję wśród ciszy. Odnajduję swoje miejsce w świetle. Staram się, żeby nie widzieli, jak się trzęsę.
Roztrzaskany przedmiot na ziemi to maska.
Romali Vor wpatruje się we mnie, a cała publiczność wstrzymuje oddech. Deszczowa Dziewczyna opowiadała mi, jak bardzo nienawidziła procesu aukcyjnego, jaka to była kpina. Powiedziała, że rozbije swoją maskę, wyśmieje to wszystko...
Jej duże zielone oczy mrugają.
Biorąc pod uwagę plotki o jej narodzinach, nie mogę się powstrzymać od gapienia się na nią, spodziewając się jakiejś bestii.
Nigdy nie wiedziałem, co właściwie powinienem widzieć, wyobrażając sobie twarz kobiety. Myślałem, że pod tymi maskami będą wyglądać inaczej, ale nie różnią się tak bardzo od nas. Więc po co się ukrywać?
Poniżej jej oczu widzę tępo zakończony nos. Ciemne piegi pokrywają jej skórę. Niżej - jej uśmiech. Szczelina między przednimi zębami i uśmiech numer dwanaście: wygląd-osoby-która-wygrała-walkę. Zrelaksowany. Zadowolony z siebie. Z odrobiną dumy.
Złamałem pierwsze prawo.
Jej oblicze to twarz pierwszej kobiety, którą w życiu widziałem. Powinienem się bać. Powinienem się obawiać Kanclerki, Wszy, Walkera, tego, że wtrącą mnie do więzienia, miliona innych rzeczy. Mężczyźni nie potrafią się kontrolować, mówiono nam: kiedy spojrzymy na kobietę, tracimy naszą niewinność. Ale nie czuję się inaczej. Szukam znajomego lęku, który czułem przez cały rok, skrytego gdzieś w głębi brzucha, ale nie ma go tam.
Walker wchodzi między nas, odcinając mnie od publiczności. Zerkam mu przez ramię, by nadal ją widzieć.
Zgłupiałeś?
- Teraz musicie go aresztować - mówi Romali Wszom.
Nie mruga, oczy ma dziko rozszerzone. Wskazuje na mnie, a głos jej drży. Patrzy na balkony i woła w stronę, gdzie musi być Madam Vor.
- Już! Aresztujcie go!
Zalewa mnie złość i strach, nie mogę się ruszyć. Przez cały ten czas Deszczowa Dziewczyna to była Romali Vor... i teraz chce mnie aresztować?
Rój Wszy za kulisami nieco się przybliża. Z kolei otaczające ją Wszy odwracają się i zaczynają wspinać się na scenę w moją stronę.
- Nie, czekajcie, ja... - zaczynam i gryzę się w język. Nie ma potrzeby, bym łamał kolejne prawo. Nie mów, kiedy do ciebie mówią, Jude.
Romali wykrzykuje rozkazy raz za razem, a Walker w tym czasie mówi coś bardzo szybko, próbując uciszyć publiczność. Nie rozumiem, co mówi, bo serce zaraz mi eksploduje, bo Wszy, które stały przy niej, teraz idą do mnie. Umrę, niezależnie od tego, co teraz zrobię. Będę uciekać, umrę. Nie będę uciekać, też umrę. Wszy Madam Vor kopią i miażdżą stopami potrzaskane kawałki maski. Z każdym ich kolejnym krokiem wszystko, co słyszę, to dźwięk, jaki moje kości będą wydawać pod ich butami.
Ciche westchnienie gdzieś z góry. Ten dźwięk przyprawia mnie o przerażenie, sprawia, że krew stygnie mi w żyłach. Odgłos palca uderzającego o świszczący mikrofon.
Nawet Walker milknie. Nie ma żadnych gwałtownych wdechów. Żadnego pokasływania. Żadnego kręcenia się na fotelach czy szurania stopami. Cisza, jaka zapada, sprawia, że zaciskam szczękę.
Westchnienie znowu rozlega się w głośnikach. Długie i zmęczone.
Publiczność pełna pozbawionych twarzy kobiet podrywa się, jakby rażona prądem. Potrącają kieliszki i sztućce. Stoliki szurają po podłodze. Cały teatr drży, jakby starożytna Wieża prostowała się z przygarbionej pozycji.
Trzecie westchnienie i wszystkie kobiety siadają z łupnięciem. Smuga reflektora porusza się szybko po krokwiach. Plama światła przejeżdża po kolejnych twarzach w górę, wyżej i wyżej, aż dociera do loży Kanclerki.
Jest zbyt daleko, by ją dokładnie zobaczyć. Zaledwie pełen krzywizn kształt, niestały i poruszający się niczym dym w świetle.
Walker odchodzi krok w bok, rzucając mi ostatnie spojrzenie swoich płonących, błękitnych oczu, po czym z powrotem wpada w rolę showmana, którego te kobiety znają. Pamiętam jego instrukcje co do tego, co mam zrobić, kiedy Kanclerka wstanie.
Chcę, żeby mnie chciała. Chcę tego, przypominam sobie, starając się nie patrzeć na Romali Vor i na sposób, w jaki się na mnie gapi.
Nie. Skup się na Kanclerce. Kłaniam się, przywołując cały swój urok, tłumiąc przerażenie w swoich wnętrznościach. Chodzi tu o ciebie, Vik.
Słodki, przeciągły głos Kanclerki. Składa ofertę.
- Jedna wartość - mówi.
Cisza jest wystarczająco głośna: nikt nie będzie jej przelicytowywał.
Wygląda na to, że kobieta, którą miałem zabić, właśnie uratowała mi życie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki