Jestem Wandzia. Ząb w kompocie i wielkie zmiany - Barbara Kwinta

Kup ebooka

19.99 zł
16.59 zł (13,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Jestem Wandzia

Jestem Wandzia. Wandzia Wilk. Mam sześć lat i właśnie wypadł mi pierwszy ząb. Jak wypadł, to od razu wpadł. Do kompotu. Wczoraj podczas kolacji.

Nie odwiedziła mnie Wróżka Zębuszka, pewnie zabłądziła po drodze, bo w mieście ciągłe remonty, ale za to dziadek Jurek zabrał mnie na lody do własnej lodziarni "Smok" na ulicy Kolorowej. Wybrałam trzy gałki: truskawkę, śmietankę i znowu truskawkę. W ekstragrubym waflu.

- Dziadku, czy teraz jestem już dorosła? - spytałam, kiedy wracaliśmy tramwajem numer osiem.

On zawsze jechał do domu.

Dziadek obserwował przez okno miejski ruch. Powieki pod jego siwymi brwiami opadały co chwilę, jak kurtyny w teatrze.

- Dziadku?

- Tttaaak? Tak?

- To jestem już dorosła bez mleczaków czy nie?

- Będziesz, Wandziu, będziesz. W swoim czasie.

- Kiedy? Jak wszystkie mi wypadną?

- Oj, Wandziu, Wandziu, przecież jak wszystkie ci wypadną, to będziesz bezzębna, a nie dorosła.

Dziadek się zaśmiał, tramwaj zadzwonił i po chwili staliśmy już pod wysokim blokiem przy ulicy Złotej. Blok nie był złoty, tylko betonowy, czyli szary, jakby pomalowany ołówkiem. I choć tego wieczoru wszystko miało się zmienić, na razie świat wyglądał całkiem normalnie. Piekarnia, warzywniak, parkowa alejka, a w oddali - gwar pobliskiego przystanku.

Kiedy weszłam do domu, od razu wiedziałam, że coś jest inaczej niż zwykle. Jakby ktoś przemieszał owoce opadłe na dno kompotu. Mama nie garbiła się przed ekranem komputera nad tabelkami, raportami i wynikami sprzedaży, a tata wrócił z pracy, chociaż do kolacji było jeszcze daleko.

Moi trzej bracia - Kuba, Mikołaj i Filip - siedzieli na sofie nieruchomo jak posągi w parku.

- Wandziu, mamy dla ciebie świetną wiadomość. - Mama przykucnęła, żebym lepiej widziała jej zielone oczy.

Wszyscy zamilkli, jak nie u nas. I wszyscy patrzyli na mnie, jak nie u nas.

- Jednak dotarła? - spytałam.

- Kto?

- Wróżka Zębuszka? Mimo remontów?

Tata chrząknął, tak jak chrząka zawsze na obiedzie u dziadków, a Kuba, Mikołaj i Filip prychnęli. Twierdzili, że Wróżka Zębuszka nie istnieje.

- Przeprowadzamy się, Wandziu. Będziemy mieć dom, ogród i dużo, dużo miejsca. - Mama rozejrzała się po naszym mieszkaniu, jakby było tam mało miejsca, a przecież mieściliśmy się w szóstkę, a nawet w siódemkę, bo jeszcze Kotlet, mój chomik.

Tata stanął w progu między salonem a korytarzem, podniósł brodę w stronę sufitu i wyprostował plecy, a to znaczyło, że zaraz zacznie się jedna z tych długich opowieści, przy których reszta rodziny ziewa.

- Posiadłość w Nowej Lipie należała do moich dziadków. Powstała w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku, kiedy w Polsce...

- Pojawiły się dinozaury? - Kuba nadmuchał wielki balon z gumy balonowej, który po chwili trzasnął, oklejając mu buzię różową paćką.

Tata przerwał swój wywód, opuścił brodę i oparł się o framugę. Popatrzyłam na wszystkich, a wszyscy popatrzyli na mnie.

- Ja zostaję. - Cisnęłam żółte kalosze pod szafkę.

W mojej głowie też trzasnął balon. Zrobiony nie z gumy balonowej, tylko ze złości.

Ominęłam mamę, rozkładającą ręce, żeby mnie przytulić, przeskoczyłam nad kałużą, która rozlała się z moich butów, i wbiegłam do pokoju.

Otworzyłam małą klatkę stojącą na stoliku nocnym, wyjęłam z niej Kotleta, wsunęłam go pod sweter tak, że wystawały tylko oczy i uszy, a potem wspięłam się po drabince prosto do łóżka.

- Nigdzie się nie ruszamy - szepnęłam w miękkie chomicze ucho.