Jeszcze nie śpiewa - Susanne Fellbrink

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

17 marca, piątek

Brzę­czy te­le­fon. Cilla wy­ciąga go z na­dzieją. Może to Vik­to­ria z nową pro­po­zy­cją lun­chu?

Ale to od Hen­kego. Mi­jam Ku­bal. Za­raz będę w domu.

Wczo­raj­sze roz­cza­ro­wa­nie nieco się roz­pro­szyło. Przez cały ty­dzień znów nie mo­gła się do­cze­kać lun­chu z Vik­to­rią i po raz ko­lejny zor­ga­ni­zo­wała opiekę nad cho­rymi sy­nami. Ale kilka go­dzin przed tym, jak miała wy­jeż­dżać do mia­sta, przy­szedł nowy SMS.

Nie­stety coś mi wy­pa­dło, spo­tkamy się kiedy in­dziej. Tak samo jak po­przed­nio.

Od wie­czoru u Vik­to­rii nie spo­tkała się z żadną z przy­ja­ció­łek. Za każ­dym ra­zem, kiedy dzwoni, są za­jęte czymś in­nym i nie mają czasu roz­ma­wiać. Cho­ciaż Pia przy­naj­mniej za­py­tała, czy Cilla mo­głaby jej po­móc z tek­stem pio­senki dla ko­le­żanki z pracy, która ob­cho­dzi trzy­dzie­ste uro­dziny, więc wy­my­śli go jesz­cze przed week­en­dem. Nie­długo bę­dzie go­towy.

Obu chłop­com na­resz­cie spa­dła go­rączka. Stoją w przed­po­koju, wy­pa­tru­jąc Hen­kego.

- Je­dzie.

Oczy Cilli za­cho­dzą łzami, kiedy za­uważa, jak szczę­śliwi stają się chłopcy, wi­dząc tatę. Le­dwo mogą ustać w miej­scu - ska­czą po przed­po­koju, a po­tem rzu­cają się na niego, gdy tylko prze­kra­cza próg. Obaj chcą się zna­leźć w jego ob­ję­ciach, tak że Henke pra­wie traci rów­no­wagę, gdy pró­buje pod­nieść każ­dego z nich na pra­wej i le­wej ręce.

- Ale się za wami stę­sk­ni­łem - mówi, przy­tu­la­jąc chłop­ców, a jed­no­cze­śnie wy­ciąga głowę w stronę Cilli i ją ca­łuje.

- Wszystko do­brze?

- Tak, te­raz wszystko do­brze - od­po­wiada Cilla i kiwa głową w stronę ła­zienki. - Wczo­raj byli sto­la­rze, więc góra jest już skoń­czona.

- Tato, mamy wannę - mówi Wil­liam, cią­gnąc Hen­kego za rękę. - Chodź zo­ba­czyć.

- Tylko zdejmę buty i przyjdę.

- Au­gust ką­pać.

- Nie te­raz, ro­baczku - mówi Henke. - Bę­dzie­cie mo­gli po­ką­pać się wie­czo­rem, jak już zjemy.

- Chcę ką­pać te­raz - ję­czy Au­gust.

Cilla wi­dzi, jak jego oczy za­czy­nają za­cho­dzić łzami, i zdaje so­bie sprawę, że musi za­po­biec wy­bu­chowi, za­nim wyj­dzie z domu.

- Chodź, po­ka­żemy ta­cie wannę, więc może tro­chę po­ką­piesz się te­raz, a tro­chę wię­cej po­tem - mówi i pusz­cza oko do Hen­kego.

- No, po­każ ta­cie - za­chęca Henke.

- My­śli­cie, że tata zmie­ści się w wan­nie? - pyta Cilla sy­nów, któ­rzy już idą, cią­gnąc za sobą Hen­kego.

Po­śpiesz­nie ma­sze­rują do ła­zienki, w któ­rej zo­stały już za­in­sta­lo­wane za­równo wanna, jak i umy­walka.

- Ład­nie, co? - mówi Cilla.

- Mhm, może ką­piel z pianą wie­czo­rową porą?

Cilla prze­wraca oczami, a on szcze­rzy zęby w uśmie­chu.

Na­pusz­cza wody do wanny, pod­czas gdy Au­gust usi­łuje zdjąć ubra­nia. Po­maga mu ścią­gnąć ko­szulkę, po czym wkłada jego małe i okrą­głe ciałko do wanny. Chło­piec rzuca się do wody i ra­do­śnie chla­pie. Henke bie­rze tro­chę piany i kła­dzie so­bie na gło­wie, a kiedy Au­gust pisz­czy ze śmie­chu, Cilla wy­ko­rzy­stuje oka­zję.

- Jadę do pracy - szep­cze. - Wi­dzimy się ju­tro rano, jak wsta­nie­cie.

Wy­myka się zręcz­nie, nie ro­biąc wo­kół sie­bie więk­szego za­mie­sza­nia. Po­ka­zuje Hen­kemu, że za­dzwoni póź­niej, a on w od­po­wie­dzi kiwa głową.

Kiedy sie­dzi w sa­mo­cho­dzie, ja­dąc do re­dak­cji, gdzieś w środku po­ja­wia się przy­jemne uczu­cie. Mo­głaby się utrzy­my­wać ja­koś ina­czej, gdyby show nie wy­star­czył?

Może jeź­dzić i śpie­wać po przed­szko­lach albo do­mach spo­koj­nej sta­ro­ści? Oczy­wi­ście ma­rzy jej się przede wszyst­kim wy­da­nie wła­snej płyty, ale obec­nie to pra­gnie­nie wy­daje się dość od­le­głe. Naj­waż­niej­sze, żeby w ogóle śpie­wać, a szansa na to jest pew­nie naj­więk­sza, je­śli na po­czą­tek uda jej się za­ło­żyć ze­spół mu­zyczny.

Ośle­pia ją mocne wio­senne słońce, gdy zjeż­dża ze stro­mej Stads­bac­ken pro­wa­dzą­cej do mia­sta. Oczami wy­ob­raźni wi­dzi Sonny'ego Berga. Pa­mięta jego słowa, że bę­dzie mu­siała sie­dzieć w po­cze­kalni przez dwa­dzie­ścia lat, za­nim zo­sta­nie kimś. Może to osta­tecz­nie on bę­dzie mieć ra­cję? Lata szybko mi­jają. Czy ona w ogóle zo­sta­nie kimś? Nie żeby szcze­gól­nie dbała o zo­sta­nie kimś. Chce tylko czuć, że coś robi. Coś do­brego.

Od afery sztok­holm­skiej mi­nęło już tro­chę czasu, za­nim skoń­czyły się py­ta­nia, jak się po­to­czyła jej ka­riera i co się tak na­prawdę stało z kon­trak­tem pły­to­wym. Z cza­sem jed­nak na­brała wprawy w uni­ka­niu ta­kich py­tań, a swoją ta­jem­nicę ukryła głę­boko.

My­śli o wie­czo­rze u Vik­to­rii przed kil­koma mie­sią­cami i na­gle to miłe uczu­cie znika bez śladu. Stand by your man, and show the world you love him. Keep gi­ving all the love you can. Stand by your man. "Przy nim bądź i po­każ światu, jak bar­dzo ko­chasz go. Nie­ustan­nie da­waj całą mi­łość swą. Przy nim bądź". Cilla zwięk­sza gło­śność i wyje do re­frenu sta­rego szla­gieru Tammy Wy­nette, który pusz­czają w ra­diu.

Po chwili do­ciera do niej, o czym tak na­prawdę opo­wiada ten tekst. Może wła­śnie tak my­ślą jej przy­ja­ciółki. Że po­winna za­do­wo­lić się grzecz­nym sta­niem u boku Hen­kego i uśmie­cha­niem się ład­nie.

Wresz­cie do­ciera do re­dak­cji. Pa­mięta na­główki z czasu, kiedy sama była w cen­trum uwagi. Lo­kalne ga­zety w końcu się jed­nak zmę­czyły i stra­ciły za­in­te­re­so­wa­nie jej ka­rierą mu­zyczną. Prze­rwaną ka­rierą. A kilka lat póź­niej mimo wszystko tra­fiła do ga­zet. I to na pełny etat, cho­ciaż nie na tę stronę ga­zety, gdzie zwy­kle fi­gu­rują ar­ty­ści, my­śli, sia­da­jąc przy wiel­kim stole kon­fe­ren­cyj­nym przed dzi­siej­szym ko­le­gium.

Je­śli ma być cał­ko­wi­cie szczera, na ła­mach ga­zet też nie lubi sku­piać na so­bie uwagi, ale ro­zu­mie, że to pa­suje do wiel­kich ar­ty­stów. Kiedy się jest kimś ta­kim, naj­lep­sze by­łoby oczy­wi­ście ta­kie prze­bra­nie, które po­zwo­li­łoby wejść w rolę, a po­tem umoż­li­wi­łoby cał­ko­witą ano­ni­mo­wość w ży­ciu pry­wat­nym. Jak Sia i człon­ko­wie ze­społu Kiss. A sama jak chcia­łaby wy­glą­dać jako ar­tystka in­co­gnito? Śmieje się w du­chu na myśl o fo­to­gra­fiach róż­nych pe­ruk i dzi­wacz­nych oku­la­rów.

Poza tym żadne ce­le­brytki nie wy­dają się szczę­śliwe. Wa­riaci je prze­śla­dują, tak że ni­gdy nie mają spo­koju. Nie, sławna nie chce być i przez chwilę my­śli, że może w su­mie po­winna po­dzię­ko­wać Sonny'emu za to, że na swój spo­sób wcze­śnie jej uświa­do­mił, co tak na­prawdę się li­czy.

Piętnaście lat wcześniej

- A jak tam sprawy ser­cowe? - za­py­tał Sonny i utkwił wzrok w Cilli.

Do­piero co jego oczy były lekko zmru­żone i błysz­czące. Te­raz zro­biły się na­gle lo­do­wato zimne.

- Do­brze - od­rze­kła tro­chę nie­pew­nie. - Mój chło­pak ma na imię Henke i gra w ze­spole roc­ko­wym. Może chcesz po­słu­chać ich de­mó­wek?

Za­częła grze­bać w to­rebce, żeby wy­jąć płytę CD, którą przy­słał Henke, jakby chcąc od­wró­cić uwagę od sie­bie i py­ta­nia Sonny'ego. On wy­da­wał się jed­nak zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wany. Cilla nie mo­gła po­jąć, dla­czego nie po­jadą w końcu do stu­dia, gdzie by za­śpie­wała. Po że­nu­ją­cym spo­tka­niu u Ol­lego i Toma jeź­dzili po Sztok­hol­mie, a on za­ła­twiał setki spraw, po czym po­sta­no­wił, że znowu zje­dzą. Więc te­raz, kilka go­dzin póź­niej, sie­dzieli w ko­lej­nej re­stau­ra­cji.

- No to ilu fa­ce­tów zdą­ży­łaś już mieć w swo­ich mło­dych la­tach? - za­py­tał znowu Sonny, po czym wziął ser­we­tkę i wy­tarł roz­to­pione ma­sło z lśnią­cego pod­bródka.

Cilla wier­ciła się na swoim miej­scu i pró­bo­wała od­po­wia­dać wy­mi­ja­jąco. Po­kro­iła bitki z mie­lo­nego mięsa na mnó­stwo ma­łych ka­wał­ków i prze­su­wała je z jed­nej strony ta­le­rza na drugą oraz mie­szała wi­del­cem w mię­snym so­sie, który wraz z kon­fi­turą bo­rów­kową utwo­rzył bre­jo­watą maź. W końcu wzięła mały kęs, ale trudno jej go było prze­łknąć.

- Jak naj­szyb­ciej za­re­zer­wu­jemy wy­jazd do USA, żeby zro­bić ci zęby - po­wie­dział i wy­pił łyk ni­sko­pro­cen­to­wego piwa.

Cilla prze­łknęła ślinę. Jakby to była naj­bar­dziej na­tu­ralna rzecz na świe­cie, którą się mówi pod­czas roz­mowy o in­te­re­sach. Nie był też za­do­wo­lony z jej pa­znokci. Ich wy­pie­lę­gno­wa­nie nie po­winno jed­nak spra­wić więk­szych trud­no­ści.

Po­pi­jała wodę łyk za ły­kiem, ale pra­wie całe je­dze­nie zo­stało na ta­le­rzu w po­staci po­dzia­ba­nej brei. Pró­bo­wała przy­swoić so­bie wszystko, co po­wie­dział. Zro­bić zęby? USA? Dla­czego wła­ści­wie wciąż sie­dzieli w tej re­stau­ra­cji, za­miast je­chać do stu­dia?

- Mu­sisz zno­sić drobne żarty, je­śli masz so­bie po­ra­dzić w tej branży - wy­ja­śnił i uśmiech­nął się do niej.

Ski­nęła głową i po­czuła się jak idiotka.

Do po­siłku pił kawę i opo­wia­dał o swo­jej kotce, która wła­śnie ma młode, a Cilla za­częła się w końcu roz­luź­niać. Kiedy wresz­cie wy­szli z re­stau­ra­cji i po­je­chali do stu­dia, w re­cep­cji cze­kała na nich nie­wy­soka ciem­no­włosa dziew­czyna.

- Cześć, wi­tamy - po­wie­działa. - To ja wczo­raj do cie­bie dzwo­ni­łam.

Cilla przy­wi­tała się i uśmiech­nęła do niej z wdzięcz­no­ścią. Czuła się bez­piecz­niej te­raz, kiedy nie była tu je­dyną ko­bietą. Po­szła z Son­nym do jego du­żego ga­bi­netu, który był w ca­ło­ści urzą­dzony na biało. Usia­dła w ogrom­nym skó­rza­nym fo­telu przed jego biur­kiem.

- Mo­żesz wstać i zdjąć ma­ry­narkę? - spy­tał. Cilla po­pa­trzyła na niego, chcąc spraw­dzić, czy to je­den z tych żar­tów, które mu­sia­łaby zno­sić, ale nie wy­glą­dało na to.

Po­woli wstała i po­ma­new­ro­wała przy gu­zi­kach, po czym ścią­gnęła okry­cie. Co on te­raz po­wie? Że ma zrzu­cić też resztę ubrań?

Osta­tecz­nie wy­brała ob­ci­słą su­kienkę z zie­lo­nej re­lie­fo­wej dzia­niny i buty z wy­soką cho­lewką, a na su­kienkę na­rzu­ciła ob­szerną ma­ry­narkę. Wcią­gała brzuch tak bar­dzo, jak tylko mo­gła, na­wet je­śli gdzieś głę­boko wie­działa, że jest dość chuda.

Po­pro­sił, żeby się ob­ró­ciła, i oglą­dał ją ze wszyst­kich stron. My­śli wi­ro­wały jej w gło­wie. Od jego moc­nych per­fum chciało jej się ki­chać i zdała so­bie sprawę, że wła­ści­wie było jej dość do­brze w pracy w biu­rze po­dróży.

- Masz ciut za okrą­głą pupę, ale to ża­den pro­blem, bo mogę ją tak za­cza­ro­wać, że bę­dzie nie­wi­do­czna.

Cilla spy­tała, czy może sko­rzy­stać z to­a­lety, i kiedy mi­jała re­cep­cję, za­uwa­żyła, że re­cep­cjo­nistka już znik­nęła. W stu­diu zo­stali sami. Za­czy­nało ją mdlić, ale spró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie, że Sonny Berg jest znaną osobą, która pra­cuje ze sław­nymi ar­ty­stami. Nie po­winno jej nic gro­zić. Oczami wy­ob­raźni uj­rzała Mar­lene Elise. Ona prze­cież też na­le­żała do jego trzódki, jak to okre­ślił.

Ale jak ma się z tego wy­plą­tać, nie urzą­dza­jąc sceny? Nie mo­głaby po pro­stu w końcu za­śpie­wać?

- Te­raz pój­dziemy do stu­dia i za­śpie­wamy - po­in­for­mo­wał ją, kiedy wró­ciła, jakby czy­tał jej w my­ślach.

Wy­jęła z to­rebki przy­go­to­wane wcze­śniej tek­sty pio­se­nek. We­szli do stu­dia na­gra­nio­wego, a on siadł za­le­d­wie metr od niej. My­ślała, że bę­dzie w po­miesz­cze­niu na­prze­ciwko, po dru­giej stro­nie szkla­nej szyby, i że bę­dzie śpie­wała do mi­kro­fonu, ale tak się nie stało. Czuła się nie­kom­for­towo i nie wie­działa do końca, w którą stronę ma pa­trzeć, więc po­sta­no­wiła, że pod­czas tego wy­stępu za­mknie oczy. Wzięła głę­boki wdech.

- Chcia­łam za­śpie­wać jedną ze swo­ich pio­se­nek - po­wie­działa.

- Nie, weź ra­czej ja­kiś znany ka­wa­łek.

Przez mo­ment miała w gło­wie zu­pełną pustkę, nie przy­cho­dziła jej do głowy ani jedna pio­senka, którą mo­głaby wy­ko­nać.

- Weź Po­wer of Love, że­bym mógł usły­szeć, czy masz w gło­sie ak­sa­mit - po­wie­dział.

Cause I'm your lady

And you are my man...

Ze­brała wszyst­kie siły. Śpie­wała, jakby cho­dziło o ży­cie. A w każ­dym ra­zie o jej mu­zyczną ka­rierę. Cho­ciaż to prak­tycz­nie to samo. Przy­naj­mniej w tam­tym mo­men­cie.

- Kotku, śpie­wasz po pro­stu fan­ta­stycz­nie - po­wie­dział na ko­niec Sonny. - Bę­dziesz wielką gwiazdą, a ja wiem, że masz wszyst­kie ce­chy po­trzebne, żeby się prze­bić, i to z roz­ma­chem. Słu­chaj mnie, a nie­długo bę­dziesz brać udział we wszyst­kich li­czą­cych się pro­gra­mach roz­ryw­ko­wych u nas w Szwe­cji, a może i na świe­cie, o ile do­brze ro­ze­grasz swoje karty. Spójrz tylko, co zro­bi­łem dla Elise Mar­lene.

- Dzię­kuję - po­wie­działa z roz­pa­lo­nymi po­licz­kami i wa­lą­cym ser­cem.

- Późno już, pod­rzucę cię do ho­telu - rzekł, wstał i za­czął iść z po­wro­tem do swo­jego ga­bi­netu.

Nio­sąc kurtkę i to­rebkę, drep­tała za nim, jakby ska­kała z chmurki na chmurkę. To się dzieje na­prawdę? Czy jej ma­rze­nie się te­raz spełni? Bę­dzie mo­gła utrzy­my­wać się ze śpie­wa­nia i na­gry­wać płyty? Jeź­dzić na to­ur­née. Trasa kon­cer­towa po par­kach miej­skich. Pro­gramy te­le­wi­zyjne. Me­lo­di­fe­sti­va­len.

To jest po pro­stu zbyt piękne, żeby było praw­dziwe.

19 stycznia, czwartek

Leży na łóżku, a on cze­sze jej blond włosy. W swo­jej bia­łej ko­szuli noc­nej wy­gląda spo­koj­nie, jak anioł. Nie­bie­skie oczy spo­czy­wają nie­ru­chomo pod po­wie­kami. Już od dawna. Chce ją obu­dzić, ale nie może. Bra­kuje mu jej głosu i wszyst­kich pio­se­nek, które mu śpie­wała, ale może jesz­cze się ock­nie? Może ju­tro? Albo po­ju­trze? Może po­cze­kać. Stra­cił już ra­chubę, ile mi­nęło dni.

- Te­raz po­rząd­nie od­pocz­niesz i bę­dzie do­brze - mówi i sma­ruje jej ze­sztyw­niałe dło­nie kre­mem do rąk o za­pa­chu kon­wa­lii. - Lu­bisz go, prawda?

Pod­ciąga wy­żej koł­drę w kwiaty na jej zim­nym ciele. Przed wyj­ściem gasi lampę z ró­żo­wym plu­szo­wym aba­żu­rem i nie może się po­wstrzy­mać, by nie prze­su­nąć dło­nią po frędz­lach. Tam i z po­wro­tem. Przy­jem­nie ła­sko­cze w palce. Pod­cho­dzi do okna i wy­gląda na ulicę. Duże hałdy śniegu pra­wie przy­kry­wają domy na­prze­ciwko, a na ze­wnątrz jest rów­nie pu­sto i ci­cho jak we­wnątrz, mimo że mieszka w cen­trum. Jakby był w wy­mar­łym mie­ście.

W du­żym po­koju sie­dzi Zło­to­włosa. Jej zie­lona je­dwabna su­kienka ład­nie po­ły­skuje na tle ka­napy obi­tej bor­do­wym ak­sa­mi­tem, a włosy fa­lu­jące na ra­mio­nach lśnią ni­czym złoto. Piękna jest, gdy tak sie­dzi. Jedna noga za­ło­żona na drugą, a dło­nie na ko­la­nach, do­kład­nie tak, jak zwy­kle.

Chwilę za­jęło, za­nim udało mu się spra­wić, żeby noga zo­stała na swoim miej­scu. Za­pach per­fum Chloé ciężko wisi w po­koju, a on wciąga go w noz­drza.

Wia­do­mo­ści te­le­wi­zyjne wzbu­dzają w nich obojgu prze­ra­że­nie. W cen­trum nie zo­sta­nie wznie­siony wie­żo­wiec, a poza tym w mie­ście do­szło do na­padu na bank. Zerka na Zło­to­włosą i od­gryza kęs cy­na­mo­no­wego śli­maka. Roz­pusz­cza się, gdy przy­kleja go do pod­nie­bie­nia. Prze­suwa po nim ję­zy­kiem, żeby się od­cze­pił, po czym spłu­kuje ły­kiem kawy. Na stole leżą za­pałki. Po­chyla się i za­pala świece w świecz­niku ad­wen­to­wym, który na­dal stoi. Za­pach siarki wzbu­dza w nim tę­sk­notę za praw­dzi­wymi świę­tami, nie ta­kimi jak ostat­nie. Świecz­nik bez mchu wy­gląda jed­nak na pu­sty. Ale może go prze­cież ku­pić. Na na­stępne święta.

Po wia­do­mo­ściach znowu wy­ciąga starą płytę gra­mo­fo­nową. Sły­chać zna­jome skro­ba­nie, za­nim udaje mu się tra­fić igłą we wła­ściwe miej­sce na ob­ra­ca­ją­cej się pły­cie.

"Do­brej nocy i sza..." 1

Me­lo­dia wy­peł­nia każdy za­ka­ma­rek po­koju. Uspo­kaja go.

Ką­tem oka wi­dzi, jak Zło­to­włosa szy­der­czo się uśmie­cha. Trąca ją mocno w ra­mię, tak że spada na pod­łogę. Niech tam chwilę po­leży i so­bie to prze­my­śli. Nikt nie bę­dzie z niego, ot tak, szy­dzić.

Po chwili sztyw­nieje. Ktoś dzwo­nił do drzwi?

1 - Słowa te po­cho­dzą z jed­nej z wer­sji tek­stów do me­lo­dii Ko­ły­sanki Jo­han­nesa Brahmsa. Pol­skie tłu­ma­cze­nie o nie­usta­lo­nym au­tor­stwie za: https://mia­sto­dzieci.pl/pio­senki/do­brej-nocy-i-sza/ (do­stęp: 30.06.2022). Wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­ma­cza.

20 stycznia, piątek

Serce wali tak, że czuje dud­nie­nie w uszach, a ko­lana są jak z ga­la­rety. Co one mó­wią? Treść roz­mowy od­by­wa­ją­cej się kilka me­rów od niej po­woli do­ciera do Cilli, która wstrzy­muje od­dech, sto­jąc za drzwiami do kuchni u Vik­to­rii. W grun­cie rze­czy nie chce sły­szeć nic wię­cej, ale jed­no­cze­śnie nie może się po­wstrzy­mać.

- Nie ro­zu­miem, jak ona jesz­cze może wie­rzyć, że zo­sta­nie wielką gwiazdą - mówi Vik­to­ria. - Te­raz, w jej wieku.

- Wi­dzia­ły­ście dzi­siaj ogło­sze­nie w "Sund­svalls Tid­ning"? Było też jej duże efek­ciar­skie zdję­cie.

Silny nor­r­landzki ak­cent Li­sette wy­peł­nia po­miesz­cze­nie.

- Cho­ciaż to pew­nie do­brze, że pró­buje - mówi Pia. - We­dług mnie szkoda, że wszystko po­świę­ciła dla Hen­kego. Może by się jej udało.

Cilla prze­łyka kilka razy ślinę, która jed­nak szybko wy­peł­nia usta, pod­czas gdy Vik­to­ria cią­gnie:

- Chyba by wy­star­czyło, gdyby to Henke zo­stał pro­du­cen­tem mu­zycz­nym. Ktoś musi za­jąć się ro­dziną, a nie fru­wać w ja­kiejś cho­ler­nej kra­inie ma­rzeń. Ma już prze­cież praw­dziwą pracę, co to niby, nie wy­star­cza jej?

- Może to po­wi­nien być za­szczyt, że my wy­star­czymy dziś wie­czo­rem, je­śli ra­czy w końcu przyjść - mówi Li­sette.

Serce ciężko opada jej do żo­łądka i Cilla po­wstrzy­muje ci­snące się łzy.

Zmie­niają się w we­wnętrzny szloch i po­woli wy­peł­niają ciało. Jakby to­nęła od środka. Dla­czego Li­sette wy­daje się taka roz­gnie­wana? Uczu­cie ra­do­snego ocze­ki­wa­nia przed tym wie­czo­rem pry­sło wraz z wy­mianą zdań przy­ja­ció­łek, która miała miej­sce parę me­trów od niej.

Cilla po­winna się roz­zło­ścić. Po­winna wejść i się obro­nić. Wie jed­nak, że po­stąpi tak jak zwy­kle. Za­ma­skuje roz­cza­ro­wa­nie uśmie­chem.

To wy­łącz­nie jej wina, bo gdyby tylko przy­szła na czas, toby tego nie usły­szała.

Wy­co­fuje się ci­cho do drzwi wej­ścio­wych, po czym otwiera je i za­myka z trza­skiem. Na­stęp­nie pod­nosi buty, które zo­stały już schlud­nie usta­wione w po­ma­lo­wa­nym na żółto przed­po­koju, i upusz­cza je z ło­mo­tem na drew­nianą pod­łogę. Tak jak po­winna była zro­bić od razu. Tak jak po­winna ro­bić wszę­dzie. Dbać o to, żeby ją było wi­dać i sły­chać.

- Hej, je­ste­ście tam? - woła.

W kuchni na parę se­kund za­pada mil­cze­nie.

- Je­ste­śmy w kuchni - od­krzy­kuje Vik­to­ria.

Roz­to­pione płatki śniegu roz­ma­zały ma­ki­jaż wo­kół lekko za­czer­wie­nio­nych nie­bie­skich oczu Cilli. Po­chyla się do lu­stra, ślini pa­lec i pró­buje ze­trzeć tusz. Z war­ko­cza fran­cu­skiego, który z wy­sił­kiem za­plo­tła, za­nim Henke ją tu pod­rzu­cił, wy­su­nęło się już kilka ko­smy­ków. Szybko ściąga gumkę, roz­pusz­cza dłu­gie blond włosy i ściąga wszystko w pro­sty ku­cyk. W zim­nym bla­sku su­fi­to­wej lampy, która świeci jak ja­rze­niówka w przed­po­koju Vik­to­rii, wi­dać wy­raź­nie, że Cilla po­winna wy­brać się do fry­zjera, żeby za­kryć od­ro­sty, ale nie ma te­raz na to pie­nię­dzy.

O co cho­dziło Li­sette z tym, że "wy­star­czą dziś wie­czo­rem"? Stoi jesz­cze kilka se­kund, jakby szu­kała wie­szaka na swoją pu­chową kurtkę, a po­tem tu­pie tro­chę gło­śniej w dłu­gim ko­ry­ta­rzu do kuchni. Może dla­tego, że nie mo­gła uczest­ni­czyć w żad­nym z bab­skich wie­czo­rów w grud­niu? Raz była w swo­jej praw­dzi­wej pracy w ga­ze­cie, a w dwa po­zo­stałe ku swo­jej wiel­kiej ra­do­ści do­stała zle­ce­nie, aby za­śpie­wać na świą­tecz­nych ban­kie­tach. Po­winny to chyba zro­zu­mieć? W końcu są jej przy­ja­ciół­kami.

Bie­rze głę­boki wdech, przy­le­pia so­bie uśmiech do twa­rzy i otwiera uchy­lone drzwi.

- Prze­pra­szam, że do­tar­łam tak późno. Przez śnieg Henke spóź­nił się ze Sztok­holmu.

- No cześć, ko­le­żanko - mówi Vik­to­ria. - Ale ład­nie wy­glą­dasz.

- Dzięki, ty też - od­po­wiada Cilla i za­uważa, jak wszyst­kie się do niej uśmie­chają.

- Jezu, ale­śmy się dawno nie wi­działy, kru­szynko. - Vik­to­ria wstaje i ją przy­tula.

Cilla wy­suwa krze­sło i jak naj­szyb­ciej siada, żeby nie być już w cen­trum uwagi. Wy­ciąga bu­telkę wina z ja­sno­nie­bie­skiej to­rebki, którą po­tem zo­sta­wia przy so­bie. Nie­chęt­nie po­zbywa się to­re­bek, tylko trzyma je jak przy­kle­jone na ko­la­nach albo na ra­mie­niu. Jakby tam były za­pa­ko­wane jej serce, du­sza i pew­ność sie­bie.

Pa­ruje za­pie­kanka z kur­cza­kiem, którą Vik­to­ria sta­wia na stole, ale Cilla stra­ciła ape­tyt. Za­pach curry wy­peł­nia po­miesz­cze­nie, a Vik­to­ria na­lewa wina do kie­liszka Cilli.

Ciało się kuli, a Cilla pró­buje się wy­pro­sto­wać. Ale nie może. Tak jakby gu­mowa ta­śma ścią­gała jej ra­miona do przodu. Jak wtedy, kiedy miała je­de­na­ście lat i wsty­dziła się, że za­częły jej ro­snąć piersi. Pró­bo­wała wtedy spra­wić, że staną się nie­wi­dzialne dla lu­dzi do­okoła. Obec­nie chcia­łaby spra­wić, że cała bę­dzie nie­wi­dzialna, a jed­no­cze­śnie tę­skni do tego, by sta­nąć na sce­nie. Jak to się wła­ści­wie ze sobą łą­czy?

Cho­ciaż pró­buje brać udział w to­czą­cej się roz­mo­wie, jest tak, jakby nikt jej nie sły­szał. Jakby jej nie było.

Po­winna zo­stać w domu dziś wie­czo­rem, kiedy Henke jest wresz­cie wolny. Mo­gliby całą ro­dziną po­le­niu­cho­wać na so­fie, a ona na­prawdę po­trze­bo­wa­łaby spo­koj­nego wie­czoru po ostat­nich mie­sią­cach wy­peł­nio­nych cha­osem.

Cilla jed­nak nie mo­gła się do­cze­kać tego wie­czoru. Nie mo­gła się do­cze­kać, aż w końcu się wy­gada, jaka jest ze­stre­so­wana wszyst­kimi pro­ble­mami w domu. Fi­nanse w kiep­skim sta­nie, przy­szłość w pracy i wszyst­kie osoby za­an­ga­żo­wane do opieki, które za­czy­nają się mę­czyć. Ale też o tym, jak się cie­szy, że kilka firm w Sund­svall od­kryło ją po­now­nie po tych wszyst­kich la­tach nie­ak­tyw­no­ści i że do­stała kilka zle­ceń na wy­stępy.

To na­prawdę wzbu­dziło w niej tę­sk­notę, by znowu zna­leźć się na sce­nie, a na do­da­tek te­raz, kiedy Henke stu­diuje, po­trzeba im pie­nię­dzy. Jed­nak po tym, co wła­śnie usły­szała, już wie, że naj­lep­szym wyj­ściem bę­dzie nie zdra­dzać tych my­śli.

Cilla utkwiła wzrok w Li­sette, która aku­rat ma głos, ale nie sły­szy, co mówi ko­le­żanka. Wi­dzi tylko, jak rude włosy Li­sette nie­mal zle­wają się z za­słoną w te­ra­ko­to­wym ko­lo­rze, którą ma za sobą. Jakby cała za­słona była ogromną pe­ruką i gdzieś po­środku wy­glą­dała z niej mała, ja­sna twarz z zie­lo­nymi oczami.

Co ona po­wie­działa chwilę temu? Wie­rzy, że zo­sta­nie gwiazdą. A może Vik­to­ria to po­wie­działa?

Jaką to pio­senkę śpie­wała na ślu­bie Li­sette? Może Dla­tego, że je­steś? Czy może Walc mi­ło­ści? Nie, to mu­siało być na chrzcie któ­re­goś z jej dzieci. Cilli mie­szają się wszyst­kie ko­ścioły, w któ­rych śpie­wała.

Ślub Vik­to­rii oka­zał się prze­ra­ża­ją­cym do­świad­cze­niem, kiedy kan­tor nie zgo­dził się jej akom­pa­nio­wać. Była zmu­szona śpie­wać a cap­pella, a on po­dał jej zły ton. Z ko­niecz­no­ści przez kilka mi­nut ba­wiła się w śpie­waczkę ope­rową. Po­liczki jej płoną, jak tylko o tym po­my­śli.

Pia nie wy­szła za mąż ani nie uro­dziła dziecka, ale Cilla śpie­wała na im­pre­zie z oka­zji jej trzy­dzie­stych uro­dzin. Chęt­nie po­maga, je­śli tylko może. Do­brze się czuje wtedy, kiedy wie, że jest po­trzebna.

Na szafce z so­sno­wego drewna za Pią stoi mi­ko­łaj zo­sta­wiony tu po świę­tach, a obok niego żółta por­ce­la­nowa misa w kształ­cie tu­li­pana. Jest wy­peł­niona trzema sztucz­nymi owo­cami ze szkła. Jabłko, po­ma­rań­cza i gruszka. Cillę ude­rza myśl, że owoce w ja­kiś spo­sób sym­bo­li­zują przy­jaźń z trzema ko­bie­tami, które sie­dzą wo­kół niej. Mo­głaby zo­stać znisz­czona rów­nie ła­two jak szklane owoce, je­śli nie bę­dzie się z nią de­li­kat­nie ob­cho­dzić. A je­śli wie­dzą, że sły­szała wszystko, co wcze­śniej mó­wiły? Od­waży się coś po­wie­dzieć i ze­psuć wszyst­kim wie­czór? Nie, wy­star­czy, że dla niej jest już po­psuty.

Żadna z przy­ja­ció­łek nie miała prze­cież w ży­ciu ła­two. Vik­to­ria i jej były mąż, który utrzy­my­wał w ta­jem­nicy, że ma w Da­nii inną ro­dzinę, Li­sette, która wy­cho­wuje au­ty­styczne dziecko, i Pia, która nie­stety nie może mieć dzieci.

I jesz­cze zo­sta­wił ją chło­pak, kiedy to od­kryto. Nic dziw­nego, że drażni ich wła­śnie ona, która ma za­równo męża, jak i dwoje zdro­wych dzieci, a poza tym fruwa w kra­inie ma­rzeń i bawi się w gwiazdę. Kto lubi ko­goś ta­kiego?

- Zdrówko, dziew­czyny, na­resz­cie mamy im­prezę.

Vik­to­ria pod­nosi kie­li­szek i roz­gląda się wo­kół stołu. Cilla od­wza­jem­nia to­ast i bie­rze duży łyk.

Może kie­dyś miała szansę zo­stać uznaną pio­sen­karką. Mimo że mi­nęło tyle lat, na­dal pa­mięta, jak się zdzi­wiła, kiedy pew­nego dnia za­dzwo­nili do niej z wy­twórni pły­to­wej w Sztok­hol­mie. Sonny Berg, wów­czas naj­bar­dziej znany dy­rek­tor wy­twórni w Szwe­cji, wo­kół któ­rego zbie­rały się wszyst­kie gwiazdy, z ja­kie­goś prze­dziw­nego po­wodu usły­szał o niej, nie­po­zor­nej Cilli z Sund­svall, i chciał, żeby przy­je­chała i za­śpie­wała dla niego na próbę.

- Sły­sze­li­śmy, że bę­dziesz fan­ta­styczną pio­sen­karką, więc mój szef chce, że­byś przy­je­chała już ju­tro. Za­pew­niamy prze­lot i ho­tel - po­wie­działa ko­bieta z wy­twórni.

Cilla po­my­ślała, że ktoś robi so­bie z niej żarty, ale i tak za­dzwo­niła do Vik­to­rii i o tym opo­wie­działa, na­wet je­śli sta­rała się, by nie po­ka­zać, jaka jest pod­eks­cy­to­wana. Na­wet za­py­tała, czy na­prawdę ma je­chać.

- No ja­sne, że masz je­chać. Prze­cież o tym wła­śnie ma­rzy­łaś, a coś ta­kiego zda­rza się tylko raz w ży­ciu - od­po­wie­działa Vik­to­ria za­chę­ca­jąco. Ale to było wtedy. Może wszystko wy­glą­da­łoby ina­czej, gdyby tylko opo­wie­działa, co się tak na­prawdę wtedy wy­da­rzyło.

Dla­czego po ka­ta­stro­fie sztok­holm­skiej zde­cy­do­wała się zre­zy­gno­wać z ka­riery pio­sen­karki i za­do­wo­lić się śpie­wa­niem tylko na chrztach i ślu­bach w naj­bliż­szym oto­cze­niu. Ale ni­gdy nie opo­wie­działa.

- Ale su­per.

Trzy pary oczu, nie­bie­skie, brą­zowe i zie­lone, przy­glą­dają się jej z za­sko­cze­niem i w ocze­ki­wa­niu ja­kiejś re­ak­cji. Cilla wierci się na swoim miej­scu. Na­wet nie sły­szała, o czym roz­ma­wiają.

- Słu­cham?

- No, Henke znowu bę­dzie wy­stę­po­wać ze swoim ze­spo­łem - mówi Vik­to­ria i przy­pa­truje się Cilli.

- Aha, tak, faj­nie bę­dzie ich znowu zo­ba­czyć - rzuca Cilla i przy­suwa krze­sło bli­żej stołu. - Dawno nic ra­zem nie ro­bili.

- Są do­brzy jak dia­bli, więc nie można tak po pro­stu prze­ga­pić ich wy­stępu - do­daje Pia i po­ciąga łyk czer­wo­nego wina, a po­tem pod­suwa oku­lary z oprawką w brą­zowe ciapki, które cały czas zjeż­dżają jej po no­sie. Jej nowe rzęsy są tak dłu­gie, że mu­skają szkła oku­la­rów. To musi być nie­przy­jemne.

Cilla bie­rze głę­boki wdech.

- Będę śpie­wać w czwar­tek w ra­tu­szu - in­for­muje ści­szo­nym gło­sem i do­cho­dzi do prze­ko­na­nia, ja­kie to ża­ło­sne, że jesz­cze chwilę temu była za­zdro­sna o wła­snego męża. - Wpad­nij­cie, je­śli ma­cie ochotę. Mogę za­ła­twić dar­mowe bi­lety.

Sły­szy, jak słowa wy­do­by­wają się z jej ust mimo świa­do­mo­ści, że po­winna już prze­stać się po­ni­żać.

- My wy­jeż­dżamy, więc nie da rady - mówi Li­sette, po czym pa­trzy na Vik­to­rię i Pię. - Ale może wy?

- Nie­stety.

Obie od­po­wia­dają szybko i jed­no­cze­śnie. Cilla spo­gląda na ze­ga­rek. Do­cho­dzi dzie­wiąta.

- Wiem, że je­ste­ście za­jęte - bąka. - Może in­nym ra­zem bę­dzie bar­dziej wam pa­so­wać.

Li­sette ze­skro­buje resztki z ta­le­rza i wkłada kęs mię­dzy wargi po­ma­lo­wane na czer­wono. Ką­ciki jej ust za­wsze opa­dają, jakby cią­gle była nie w so­sie.

- A tak w ogóle, chce­cie iść na Mię Skärin­ger w na­stępną so­botę? - pyta Li­sette, nie prze­ry­wa­jąc je­dze­nia.

Cilla czuje cię­żar w piersi i bie­rze duży łyk wody.

- To bę­dzie wy­kład? - do­py­tuje Vik­to­ria.

- Tak, tak my­ślę. Mogę spraw­dzić, czy są jesz­cze bi­lety.

- Może. Co my­śli­cie?

Vik­to­ria roz­gląda się wo­kół stołu, pró­bu­jąc ze­brać w kitkę świeżo roz­ja­śniane włosy do ra­mion.

- Nie­stety nie mogę - od­po­wiada Cilla. - Tego wie­czoru będę wy­stę­po­wać w Aveny. Na po­ka­zie mody.

Uśmie­cha się ustami i pró­buje prze­nieść uśmiech także na oczy, ale nie jest pewna, czy jej się to udaje. Nie mi­nęło wiele dni, od­kąd za­pro­siła je na wie­czór w Aveny, ale wtedy wszyst­kie miały coś do zro­bie­nia i żadna nie mo­gła przyjść.

Za­pada mil­cze­nie i trwa o se­kundę za długo, a ona ro­zu­mie, że wła­śnie zdały so­bie sprawę, jak się zbłaź­niły. Vik­to­ria gwał­tow­nie wstaje i sprząta po za­pie­kance. Cilla wi­dzi, jak bie­rze ścierkę do na­czyń i za­czyna go­rącz­kowo wy­cie­rać blat ku­chenny. Może my­ślą, że za bar­dzo ją wi­dać? To może być przy­czyną ostrych słów, które wcze­śniej pa­dły? My­śli o ogło­sze­niu w dzi­siej­szej ga­ze­cie, na któ­rym uśmie­cha się sze­roko do apa­ratu, z wy­myślną fry­zurą i w błysz­czą­cej su­kience z ce­ki­nami. Vik­to­ria siada przy stole i od­gryza ka­wa­łek cia­batty, a po­tem znowu się od­zywa:

- Mu­simy zna­leźć coś na tro­chę póź­niej, że­byś też mo­gła pójść - mówi, pod­no­sząc okru­szek ze stołu i wkła­da­jąc go do ust.

- By­łoby faj­nie - od­po­wiada Cilla, ale szybko spusz­cza wzrok na to­rebkę i udaje, że szuka błysz­czyka do ust. - Ja­kie masz ładne kie­liszki. Nowe?

Pod­nosi swój w kie­runku Vik­to­rii i po­pija wino.

- Tak, ku­pi­łam na no­wo­rocz­nej wy­prze­daży. Mo­gła­bym to ro­bić do śmierci.

Przy­ja­ciółki za­czy­nają na­wi­jać o swo­ich ostat­nich oka­zjach na wy­prze­da­żach, a Cilla my­śli o spo­tka­niu, które bę­dzie miała we wto­rek z re­dak­to­rem na­czel­nym. Czuje, co jej po­wie, tak że ści­ska ją w żo­łądku.

- A sły­sza­ły­ście, że to tę rudą z Ping Ponga na­pa­dli w ze­szły week­end? - za­ga­duje Pia. - Wa­ria­tów nie bra­kuje.

Cilla wy­myka się do to­a­lety i pi­sze do Hen­kego SMS: Mo­żesz po mnie przy­je­chać? Źle się czuję.

- Henke wła­śnie wy­słał mi SMS - mówi, wra­ca­jąc do kuchni. - Au­gu­stowi coś do­lega, więc przy­je­dzie po mnie za chwilę.

Tro­chę się wsty­dzi, że nie wpa­dła na ja­kąś lep­szą wy­mówkę. Henke po­tra­fiłby oczy­wi­ście za­opie­ko­wać się cho­rym sy­nem przez parę go­dzin, gdyby była taka po­trzeba.

- Na­gle wy­pa­dło - dziwi się Li­sette.

- Szkoda, nie zjesz de­seru - mówi Vik­to­ria. - Gruszki z after eigh­tami.

- Ale py­cha, daw­niej mama za­wsze to ro­biła, kiedy mie­li­śmy w domu im­prezę - wtrąca Pia.

- Ojej, brzmi smacz­nie, ale w ta­kim ra­zie zo­sta­nie wam wię­cej do po­działu - od­po­wiada Cilla z uśmie­chem.

Kiedy Henke pi­sze, że jest na miej­scu, Cilla się ubiera i za­pa­da­jąc się, brnie przez głę­boki śnieg do cze­ka­ją­cego auta. Gdy mąż ją za­uważa, przy­biera py­ta­jący wy­raz twa­rzy. Au­gust i Wil­liam są jed­nak zda­nia, że późna prze­jażdżka sa­mo­cho­dem jest fan­ta­styczna. Ubrani w pi­żamy sie­dzą na tyl­nym sie­dze­niu w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu i z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Nie wiem, czy coś zja­dłam, czy będę miała grypę żo­łąd­kową - mówi, żeby wy­ja­śnić, dla­czego tak wcze­śnie wraca. - W su­mie to nie chcia­łam wy­stra­szyć dziew­czyn, więc po­wie­dzia­łam, że to Au­gust źle się czuje, tak że­byś wie­dział.

Mi­jają po­woli nowo wy­bu­do­wane domy jed­no­ro­dzinne w Sid­sjön. Je­den więk­szy od dru­giego. Po dru­giej stro­nie je­ziora ja­śnieje oświe­tle­nie stoku nar­ciar­skiego ni­czym gi­gan­tyczny biały ję­zor wy­cią­gnięty mię­dzy świer­kami. Może za­biorą tam ju­tro dzie­ciaki, żeby po­zjeż­dżały na san­kach? To prze­cież nic nie kosz­tuje. Za­trzy­mują się na sta­cji ben­zy­no­wej, żeby ku­pić mleko, a Cilla bie­rze też cu­kierki na wagę, chcąc zre­kom­pen­so­wać so­bie nie­zje­dzony de­ser, i ukrad­kiem wsuwa wo­re­czek do to­rebki. Jadą przez opu­sto­szałe mia­sto, gdzie oświe­tle­nie świą­teczne na­dal dynda po­nad uli­cami. Duża kupa śniegu na rynku Olof Pal­mes Torg wręcz za­pra­sza do wspi­na­nia się na zbo­cze, w któ­rym zjazd wy­tarły nie­prze­li­czone dzie­cięce pupy odziane w nie­prze­ma­kalne ny­lo­nowe kom­bi­ne­zony.

- Piłka! - wy­krzy­kuje Au­gust i po­ka­zuje dużą oświe­tloną piłkę fut­bo­lową umiesz­czoną na da­chu nie­opo­dal sta­dionu Idrot­t­spar­ken.

- Do­kład­nie tak, a pa­mię­tasz, jak tam by­li­śmy i oglą­da­li­śmy mecz GIF Sund­svall? - pyta Henke.

- Je­dli­śmy wtedy kieł­ba­ski i pi­li­śmy na­poje - przy­po­mina so­bie Wil­liam.

- Może znowu pój­dziemy na mecz wio­sną - pro­po­nuje Cilla, kiedy wjeż­dżają na pod­jazd ga­ra­żowy.

- Tak! - wo­łają chó­rem chłopcy z tyl­nego sie­dze­nia.

W domu dość szybko kładą wspól­nie sy­nów do łóżka, a po­tem roz­sia­dają się na so­fie przed te­le­wi­zo­rem. Cilla wy­ciąga wo­re­czek i prze­sy­puje słod­ko­ści do pu­stej mi­ski na sto­liku.

- A czy ty przy­pad­kiem nie czu­łaś się źle? - Henke spo­gląda na nią i uśmie­cha się pół­gęb­kiem.

- No tak, ale jest już tro­chę le­piej - od­po­wiada, wkła­da­jąc do ust czer­wo­nego żelka w kształ­cie fer­rari.

- A może po pro­stu za mną tę­sk­ni­łaś?

Siada bli­żej i obej­muje ją ra­mie­niem.

- Niech bę­dzie.

Opiera głowę o jego ra­mię. My­śli, że cu­dow­nie jest mieć go w domu, na­wet je­śli tylko na parę dni. Nie­długo znowu wy­jeż­dża.

24 stycznia, wtorek

- Nie­stety, Cilla, ale za ja­kiś czas bę­dziesz mu­siała ro­zej­rzeć się za inną pracą. Nie mo­żemy za­in­we­sto­wać w ga­zetę z wia­do­mo­ściami dla dzieci, tak jak chcie­li­śmy, i nie mamy ci do za­ofe­ro­wa­nia in­nego sta­no­wi­ska na dzien­nej zmia­nie.

Re­dak­tor na­czelny Olof Eriks­son splata przed sobą dło­nie na stole i pa­trzy na nią z ubo­le­wa­niem. Cilla za­uważa, że jego sta­ro­modne biurko jest za­wa­lone sto­sami pa­pie­rów, se­gre­ga­to­rami i kil­koma ku­becz­kami po ka­wie. Po­środku tego ba­ła­ganu stoi fo­to­gra­fia ma­łej dziew­czynki. Do­my­śla się, że to jego córka. A może wnuczka.

- Ro­zu­miem - od­po­wiada i uśmie­cha się ostroż­nie. - W każ­dym ra­zie wiem, na czym stoję.

Nie, nie, nie.

- Je­śli chcesz, na­dal masz oczy­wi­ście sta­no­wi­sko na noc­nej zmia­nie.

- Dzię­kuję. Mu­szę so­bie prze­my­śleć, jak to wszystko roz­wią­zać. - Pró­buje prze­łknąć ślinę, ale w ustach ma tak su­cho, jakby zja­dła z dzie­sięć cia­stek Ma­rie­kex. Gry­zie się w po­li­czek, żeby wy­two­rzyło się tro­chę śliny.

- Tak zrób i daj znać, jak się zde­cy­du­jesz - mówi Olof. - A tak na mar­gi­ne­sie, ile lat mają twoje dzieci?

- Jedno dwa, a dru­gie cztery i pół roku.

- Ro­zu­miem, ja­kie to uciąż­liwe, kiedy two­jego męża nie ma w domu. Przy­kro mi, że tak się stało. Wiesz, jak cię ce­nimy, to fi­nanse sta­no­wią pro­blem.

Cilla po­woli wstaje i za­suwa krze­sło, po czym wy­cho­dzi z jego biura.

Niech to szlag.

Co ona ma te­raz zro­bić? Kiedy stam­tąd od­cho­dzi, my­śli kłę­bią się w jej gło­wie jedna przez drugą jak wi­jące się węże. Na­prawdę miała na­dzieję, że do­sta­nie sta­no­wi­sko re­dak­torki w ga­ze­tce dla dzieci, która miała być no­wym przed­się­wzię­ciem "Sund­svalls Tid­ning". To mniej wię­cej obie­cał Olof już ze­szłego lata, kiedy Henke zde­cy­do­wał się na stu­dia w Sztok­hol­mie. Praca w ciągu dnia roz­wią­za­łaby wszyst­kie pro­blemy, a ona cier­pli­wie cze­kała i za­gry­zała zęby na noc­nym sta­no­wi­sku re­dak­torki przez pra­wie pół roku, kiedy to osoby pil­nu­jące chłop­ców zmie­niały się jedna za drugą.

Zmie­rza­jąc ko­ry­ta­rzem w kie­runku scho­dów, na trzę­są­cych się no­gach mija ko­lejne ga­bi­nety i na­wet nie za­uważa, że scho­dzi o jedno pię­tro za da­leko, lą­du­jąc w re­dak­cji ogło­szeń. Musi za­wró­cić i wejść na górę. W dal­szej czę­ści ko­ry­ta­rza wi­dzi, jak ko­le­dzy z re­dak­cji noc­nej za­czy­nają się scho­dzić i zaj­mo­wać miej­sca przed dzi­siej­szym ko­le­gium, ale ona musi na chwilę uciec do to­a­lety, za­nim da radę się z nimi spo­tkać.

Prze­gląda się w lu­strze, jed­nak le­dwo roz­po­znaje bladą osobę, która na­po­tyka jej spoj­rze­nie. Szybko od­wraca wzrok, siada na de­sce klo­ze­to­wej i pró­buje wziąć kilka głę­bo­kich wde­chów.

Cho­lera, cho­lera, cho­lera. Wszystko się wali. Od­dy­cha co­raz gwał­tow­niej, a po­miesz­cze­nie za­czyna wi­ro­wać.

Nie może tu­taj ze­mdleć. Jest coś bar­dziej że­nu­ją­cego? Po­chyla głowę mię­dzy nogi, ale kręci się jej w gło­wie jesz­cze bar­dziej, więc za­miast tego kuli się na pod­ło­dze ka­biny i kła­dzie stopy na to­a­le­cie.

- Wi­dział ktoś Cillę? - sły­szy po dru­giej stro­nie drzwi.

- Na pewno ją wcze­śniej wi­dzia­łem - od­po­wiada nie­okre­ślony mę­ski głos.

Cilla naj­pierw do­strzega brą­zowe smugi brudu na spo­dzie umy­walki, a po­tem kilka pęk­nięć w su­fi­cie. Ogar­nia ją pa­ra­li­żu­jące zmę­cze­nie. Jest bli­ska za­śnię­cia i pra­wie hip­no­ty­zuje ją biała lampa su­fi­towa, która świeci sil­nym bla­skiem pro­sto w jej oczy. Do­ciera do niej smród mo­czu i zdaje so­bie sprawę, że może le­żeć w czy­ichś siuś­kach, więc po­woli unosi się na łok­ciach, za­nim na­biera od­wagi, by z po­wro­tem po­sta­wić stopy na pod­ło­dze.

Od­wraca się w cia­snej prze­strzeni, po czym staje na czwo­ra­kach i wy­pusz­cza po­wie­trze, a na­stęp­nie pod­nosi się do po­zy­cji sto­ją­cej, tak że może na­pić się tro­chę wody z kranu. Ude­rza ją pewna myśl. Czy to może być znak? Może te­raz albo ni­gdy?

Szczy­pie się w po­liczki, żeby się roz­bu­dzić, i szybko od­zy­skuje tro­chę ko­loru na twa­rzy. Po­pra­wia ubra­nie i włosy, przy­kleja so­bie uśmiech na twarz, po czym otwiera drzwi i idzie do sali kon­fe­ren­cyj­nej.

- Tu­taj je­steś - mówi Gun­nar, kie­row­nik noc­nej zmiany. - Wła­śnie się za­sta­na­wia­li­śmy, gdzie mo­żesz być.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, w za­wiei nie mo­głam zna­leźć miej­sca do par­ko­wa­nia - zmy­śla i ma na­dzieję, że osoba, która twier­dziła, że wi­działa ją wcze­śniej, nie bę­dzie pro­te­sto­wać.

Myśl, która na­wie­dziła ją w to­a­le­cie, na­dal krąży po gło­wie. Może te­raz nad­szedł czas, żeby się od­wa­żyć i ca­łym ser­cem po­świę­cić mu­zyce? Rze­czy­wi­ście do­stała w ostat­nim cza­sie kilka za­py­tań. Może ja­kiś show? Może z in­nymi wo­ka­li­stami? A je­śli mo­głaby się na­wet utrzy­mać jako ar­tystka es­tra­dowa?

- Cilla, wie­czo­rem bie­rzesz piątkę - mówi Gun­nar.

Okej, więc tu­taj też na niż­szej po­zy­cji. Za­wsze do­staje pierw­szą stronę, kiedy Gun­nar jest kie­row­ni­kiem noc­nej zmiany. Ale bę­dzie do­brze. Przy­naj­mniej wróci tej nocy wcze­śniej do domu.

Gun­nar opo­wiada o wszyst­kim, co wy­da­rzyło się w ciągu dnia. Ma­te­riał jest roz­dzie­lany mię­dzy róż­nych re­dak­to­rów, pod­czas gdy zda­nie "Bę­dziesz mu­siała się ro­zej­rzeć za inną pracą" roz­brzmiewa w gło­wie raz po raz jak man­tra. A ona my­ślała, że ga­zeta bę­dzie chciała w nią in­we­sto­wać.

Oczy ją pieką, więc mruga i wpa­truje się w ma­te­riał, który po­ło­żyła przed sobą na biurku. Pró­buje skon­cen­tro­wać się na tym, ja­kie na­główki za­mie­ści dziś wie­czo­rem.

- Sły­sza­łaś coś o tej ga­ze­tce dla dzieci?

Ko­le­żanka siada na kra­wę­dzi biurka Cilli i prze­gląda plik kar­tek z wy­ni­kami spor­to­wymi, które ma za­mie­ścić na swo­jej stro­nie.

Cilla od­wraca się i udaje, że szuka cze­goś waż­nego w sto­sie pa­pie­rów.

- Nie bę­dzie ga­ze­tki dla dzieci - mówi i uśmie­cha się bez prze­ko­na­nia do ko­le­żanki. - Zresztą może to i do­brze.

- Ale... jak so­bie z tym wszyst­kim po­ra­dzisz? To zna­czy, mia­łaś już prze­cież na­prawdę ko­cioł z opieką nad dziećmi, od­kąd wró­ci­łaś z urlopu ma­cie­rzyń­skiego. Henke bę­dzie chyba jesz­cze stu­dio­wał kilka lat?

- Tak - od­po­wiada, jed­no­cze­śnie pod­kre­śla­jąc w tek­ście na biurku zu­peł­nie nie­istotne słowa. - Ale wszystko się ja­koś ułoży. Za­wsze się prze­cież układa.

Ko­le­żanka od­cho­dzi, a Cilla wstaje i szybko, nie da­jąc nic po so­bie po­znać, wraca do tej sa­mej to­a­lety, którą opu­ściła chwilę temu, i wy­mio­tuje.

22 lutego, środa

Cilla ob­raca się w łóżku z boku na bok, na ile tylko jej po­zwa­lają dwa małe cie­płe ciałka, które ma tuż obok sie­bie. Nie da się spać, kiedy te wszyst­kie my­śli wi­rują w gło­wie.

- Mama, pić mi się chce.

Au­gust siada na łóżku i roz­gląda się nie­przy­tom­nie.

- Przy­niosę ci wody, ko­cha­nie - mówi, sta­ra­jąc się jak naj­spraw­niej prze­czoł­gać nad Wil­lia­mem, żeby on też się nie obu­dził.

W ciem­no­ści scho­dzi po omacku do kuchni, żeby przy­nieść szklankę wody. Nie ma za­miaru świe­cić na­gim biu­stem przed są­sia­dami ani noc­nymi spa­ce­ro­wi­czami, więc nie za­pala świa­tła. Kiedy od­kręca kran i sięga po szklankę do szafki, włosy na karku na­gle stają jej dęba. Od­wraca się bły­ska­wicz­nie w stronę okna. Moż­liwe, że tylko się jej przy­wi­działo, ale miała wra­że­nie, że ktoś stoi i pa­trzy na nią po dru­giej stro­nie okna. Palce szybko tra­fiają na włącz­nik, a ona ściąga gwał­tow­nie ręcz­nik ku­chenny, żeby się za­kryć. Świa­tło razi w oczy. Bez tchu stara się jak naj­szyb­ciej ogar­nąć wzro­kiem kuch­nię, przed­po­kój i oby­dwa okna. Mi­nęło za­le­d­wie kilka go­dzin, od­kąd sie­działa w noc­nej re­dak­cji i skła­dała na pierw­szej stro­nie na­głó­wek o wła­ma­niu w Sköns­bergu ze­szłej nocy. To nie­da­leko stąd i my­śląc o tym, sły­szy, jak mocno bije jej serce.

Ale ni­kogo tu nie ma.

Wy­pusz­cza po­wie­trze i gasi świa­tło. Się­ga­jąc do kranu, który jest na­dal od­krę­cony, trąca przy­pad­kowo gar­nek z zupą mię­sną, o któ­rej za­po­mniała. Po­krywka z hu­kiem lą­duje na ku­chence. Ha­łas w noc­nej ci­szy prze­szywa uszy, a za­pach zupy przy­pra­wia ją o mdło­ści. Ostroż­nie na­krywa gar­nek i wsta­wia go do lo­dówki. Wra­ca­jąc do sy­pialni, za­trzy­muje się i staje w rogu z ple­cami zwró­co­nymi bez­piecz­nie do ściany, po czym jesz­cze raz spo­gląda na oba okna, aby się upew­nić, że na­prawdę ni­kogo tam nie ma. Po­tem szybko wcho­dzi po scho­dach.

Au­gust wy­pija dwa małe łyki wody, a ona gra­moli się z po­wro­tem na swoją część łóżka. Na łą­cze­nie mię­dzy dwiema po­ło­wami. Serce jej wali od szyb­kiej wspi­na­czki po scho­dach i po­czu­cia, że ktoś ją ob­ser­wuje. Kła­dzie na piersi rękę i czuje, jak ta nie­malże ska­cze przy każ­dym ude­rze­niu. Jest to mę­czące i za­czyna być iry­tu­jąco trudne, że tak ła­two ulega prze­ra­że­niu i cią­gle coś so­bie wy­ob­raża. To prze­cież nie pierw­szy raz, kiedy wła­śnie tak się na­kręca.

Au­gust owija jej włosy wo­kół pa­lusz­ków, jak to zwy­kle robi, kiedy ma za­snąć, a ona szar­pie, kiedy się plą­czą, i czuje ból.

Jakby tego wszyst­kiego było mało, dom to je­den wielki roz­gar­diasz. I co ona ma wła­ści­wie zro­bić z pracą? Czy to na­prawdę moż­liwe, żeby jed­nak spró­bo­wała po­sta­wić na mu­zykę? A może wtedy już cał­kiem się sto­czą, bio­rąc pod uwagę, że Henke ma jesz­cze kilka lat stu­diów w Sztok­hol­mie?

"Wie­rzy, że zo­sta­nie gwiazdą. Żyje w kra­inie ma­rzeń". Słowa przy­ja­ció­łek od­bi­jają się echem po gło­wie.

Czuje ła­sko­ta­nie w po­li­czek, kiedy łza spływa jej do ucha. Szybko po­ja­wiają się ko­lejne, więc stara się wziąć kilka głę­bo­kich wde­chów. To do niej nie­po­do­bne. Kiedy po raz ostatni pła­kała? Te łzy, które te­raz wy­le­wają się ze swo­ich brze­gów, mu­siały być po­wstrzy­my­wane przez wiele lat. Jej nos za­raz cał­kiem się za­pchał, więc znowu prze­cho­dzi nad Wil­lia­mem, żeby pójść do ła­zienki, przy­nieść pa­pier i się wy­smar­kać. Wcho­dzi do go­łego po­miesz­cze­nia, któ­rego je­dyne wy­po­sa­że­nie sta­no­wią jak na ra­zie to­a­leta i umy­walka, i szybko od­rywa ka­wa­łek pa­pieru.

Wzdryga się, sły­sząc, jak coś skro­bie o szybę w nie­wiel­kim oknie ła­zienki. Przy­ci­ska­jąc plecy do świeżo wy­ło­żo­nej płyt­kami lo­do­wato zim­nej ściany, pa­trzy w stronę okna. Coś skro­bie znowu. Cilla wy­pusz­cza po­wie­trze, kiedy spo­strzega, że to tylko ścięta mro­zem ga­łązka bzu ro­sną­cego na ze­wnątrz, która ude­rza o szybę z po­dmu­chami wia­tru. Stwier­dza, że ju­tro trzeba ją uciąć, kiedy zmar­z­nięta pę­dzi z po­wro­tem do cie­płego łóżka, gdzie za­krada się naj­ci­szej, jak tylko może.

- Mama, je­steś chora?

Wil­liam siada na łóżku.

- Nie, słonko, tylko tro­chę za­smar­kana. Śpij już.

W za­le­d­wie kilka se­kund jego od­de­chy na po­wrót stają się ko­jąco po­wolne. A jed­no­cze­śnie my­śli po­wra­cają.

Dom. To ko­lejny pro­blem. Dla­czego za­częli re­mon­tow...

Co to było? Za­brzmiało, jakby w piw­nicy za­mknęły się drzwi.

Na­słu­chuje, wstrzy­mu­jąc od­dech. Nie ma od­wagi ru­szyć się choćby na mi­li­metr. Od­wa­ży­łaby się wy­mknąć z łóżka i szybko za­mknąć na klucz drzwi do sy­pialni? Mruży w po­wie­trzu oczy, ale ni­czego nie do­strzega. Jakby na­gle była cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wana i wy­daje się jej, że chłopcy po­winni obu­dzić się od ha­łasu, jaki robi jej wa­lące serce, ale śpią mocno. Jest wdzięczna, że sy­piają w jej łóżku i że ma ich przy so­bie.

Na­głó­wek na pierw­szej stro­nie, który za­mie­ściła dziś wie­czo­rem, prze­la­tuje jej przed oczami.

Na­pi­sała: WŁA­MA­NIE U ŚPIĄ­CEJ RO­DZINY - prze­ra­żony dzie­się­cio­la­tek spo­tyka w kuchni za­ma­sko­wa­nego męż­czy­znę.

A te­raz może wziął so­bie za cel Hagę i ich dom.

Niech to szlag.

Cilla nad­sta­wia uszu, ale nie sły­szy nic in­nego niż ga­lo­pu­jące bi­cie wła­snego serca. W końcu siada na łóżku, żeby się przy­go­to­wać, gdyby ktoś tu­taj wtar­gnął. Prze­klina samą sie­bie, że te­le­fon zo­sta­wiła w kuchni do ła­do­wa­nia, kiedy przy­szła dziś do domu.

Dla­czego nie wzięła go wcze­śniej do sy­pialni? Zli­zuje słone łzy, które spły­nęły już do ką­ci­ków ust, sięga po pa­pier to­a­le­towy i bez­gło­śnie je wy­ciera. Po­tem prze­kręca się nad Au­gu­stem i otwiera szu­fladę noc­nego sto­lika, żeby po­szu­kać ja­kiejś pro­wi­zo­rycz­nej broni. Za­pach szam­ponu z jego świeżo umy­tych wło­sów do­ciera do nosa, kiedy grze­bie w szu­fla­dzie. Po kilku se­kun­dach tra­fia na coś zim­nego i ostrego. To stary nóż do li­stów, który do­stała od dziadka wiele lat temu.

*

Flo­rin za­myka z po­wro­tem okno, które po mo­zol­nym ma­new­ro­wa­niu wła­śnie udało mu się otwo­rzyć. Głu­chy trzask roz­nosi się echem po piw­nicy. Ma na­dzieję, że nie było go sły­chać na po­zo­sta­łych pię­trach. Okno nie było duże, ale wy­star­cza­jące, żeby się wśli­znął. Ja­kie to nie­dbałe ze strony wła­ści­ciela, że go nie za­mknął. Ale do­bre dla niego. Przy uży­ciu dłoni i stóp po­ru­sza się na­przód po omacku w ciem­nym po­miesz­cze­niu. Na jed­nym końcu znaj­duje coś mięk­kiego i na tym siada, pró­bu­jąc roz­grzać zmar­z­nięte dło­nie. Szybko zdej­muje znisz­czone buty i ma­suje prze­mar­z­nięte stopy, pod­czas gdy oczy przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści. Obok niego coś szumi i po chwili do­my­śla się, że praw­do­po­dob­nie jest w ko­tłowni.

Ko­bieta z domu nie zga­siła świa­tła aż do dru­giej, a on cze­kał po­tem jesz­cze go­dzinę, za­nim na­brał od­wagi, by wejść do środka.

Drzwi są uchy­lone. Szuka włącz­nika. Kiedy go znaj­duje, waha się przez chwilę, nie ma­jąc od­wagi go do­tknąć. Ry­zyko, że ktoś to za­uważy, jest bli­skie zera, bo po­kój wy­cho­dzi na po­dwórko, a wy­soki ży­wo­płot za­sła­nia okno przed są­sia­dami z na­prze­ciwka. Poza tym pew­nie wszy­scy te­raz śpią - jest śro­dek nocy. Ry­zy­kuje i prze­kręca przy­cisk świa­tła, aż za­ska­kuje. Lampa oświe­tla po­miesz­cze­nie i razi go w oczy.

Kiedy te przy­zwy­cza­jają się do świa­tła, roz­gląda się do­okoła i za­uważa duży stos drewna. Wy­pusz­cza po­wie­trze z płuc. Ra­czej nie jest to zbyt czę­sto od­wie­dzane po­miesz­cze­nie. A w ką­cie, gdzie przed chwilą sie­dział, leży sterta szma­cia­nych dy­wa­ni­ków.

Do­brze mu tu­taj bę­dzie.

*

- Mamo, czemu trzy­masz nóż?

Wil­liam bu­dzi Cillę, która otwiera oczy i uśmie­cha się kwa­śno. Ma­suje sztywny kark po tym, jak spała w po­zy­cji pół­sie­dzą­cej. Nóż do li­stów w jej dłoni po­ły­skuje, co prze­nosi ją gwał­tow­nie z po­wro­tem w wir noc­nych wy­da­rzeń. Co ma od­po­wie­dzieć?

- Coś ta­kiego, ko­cha­nie - mówi, pod­czas gdy całe jej ciało prze­szywa dreszcz. - Mu­siało mi się śnić, że szu­kam... dłu­go­pisu.

Pod­czas gdy chłopcy je­dzą śnia­da­nie, Cilla biega po domu, spraw­dza­jąc okna i drzwi, ale nie ma od­wagi zejść do piw­nicy. To bę­dzie mu­siało po­cze­kać do wie­czora, kiedy Vera, jej matka, przyj­dzie za­opie­ko­wać się dziećmi.

Czy ze­szłej nocy mo­gła dzia­łać tylko wy­ob­raź­nia? W ciem­no­ści wszystko staje się o wiele strasz­niej­sze. Nie, jest ab­so­lut­nie pewna, że coś tam usły­szała. Czy to ja­kimś cu­dem mógł być prze­ciąg? Kiedy Henke wróci na week­end do domu, musi przejść po wszyst­kich po­ko­jach. Robi szybki ra­chu­nek i stwier­dza, że w piw­nicy jest trzy­na­ście po­miesz­czeń, je­śli wli­czyć nie­wielki do­dat­kowy prysz­nic i saunę. Wpraw­dzie kilka z nich to małe, wy­peł­nione po su­fit schowki, ale jed­nak. Dużo za­ka­mar­ków, w któ­rych mógłby ukryć się wła­my­wacz. Albo mor­derca. Otrząsa się i wyj­muje ubra­nia dla chłop­ców.

Zo­sta­wia dzieci w przed­szkolu i je­dzie do cen­trum Kul­tur­ma­ga­si­net, żeby na chwilę wy­rwać się z domu. Ogar­nęło ją ja­kieś nie­przy­jemne uczu­cie, więc miło jest zmie­nić oto­cze­nie. Nie tylko bę­dzie szu­kać in­for­ma­cji o tym, jak za­ło­żyć firmę, ale też ro­zej­rzy się za no­wymi zle­ce­niami.

Wcho­dzi do po­kaź­nego bu­dynku, który nie­gdyś skła­dał się z czte­rech ma­ga­zy­nów por­to­wych, za­nim je prze­szklono i po­łą­czono w ca­łość. W rogu w du­żej sali bi­blio­tecz­nej, po­śród gę­stwiny ro­ślin li­ścia­stych, znaj­duje miej­sce sie­dzące i za­czyna prze­szu­ki­wać in­ter­net. Do­ku­ment w jej lap­to­pie szybko za­peł­nia się punk­tami, które warto by­łoby prze­my­śleć.

Po chwili wska­kuje na Fa­ce­bo­oka i wi­dzi post o tym, że ze­spól Al­ca­zar pla­nuje za­koń­czyć dzia­łal­ność. Są uta­len­to­wani, ale je­śli cho­dzi o nią, chcia­łaby w swoim show mie­szać wszyst­kie moż­liwe style mu­zyczne, nie tylko di­sco. Od­chyla się na opar­cie i za­myka oczy. Kiedy pod­nosi wzrok, za­ta­pia się w chmu­rach, które po­woli prze­pły­wają nad szkla­nym da­chem bi­blio­teki. W gło­wie roz­brzmiewa jej stara pio­senka Pera Ges­slego: Wśród chmur pły­nąć chcę, cie­bie wziąć ze sobą, wśród chmur pły­nąć chcę... Brzmi ku­sząco, gdyby tylko nie miała ta­kiego lęku wy­so­ko­ści i był inny dzień, bo dzi­siaj spo­tyka się z Vik­to­rią. Przed nią leży te­le­fon, a ona nie­mal co mi­nutę spraw­dza, która go­dzina, żeby nie prze­ga­pić długo wy­cze­ki­wa­nego lun­chu. Kiedy Vik­to­ria na­pi­sała do niej SMS i za­py­tała, czy chce się z nią zo­ba­czyć, była za­równo zdzi­wiona, jak i szczę­śliwa. Rzadko się te­raz spo­tyka z przy­ja­ciół­kami. Kiedy ma wolne, wszy­scy inni pra­cują i od­wrot­nie. Ale w rze­czy­wi­sto­ści to nie je­dyny po­wód i jest tego w pełni świa­doma. Wraca do go­oglo­wa­nia. W stru­mie­niu ob­ra­zów wy­ska­kuje fo­to­gra­fia Elise Mar­lene, jej daw­nej idolki. Szybko prze­cho­dzi da­lej. Za nic nie chce so­bie przy­po­mi­nać tam­tego czasu i wszyst­kiego, co się wów­czas wy­da­rzyło.

Miło bę­dzie na­resz­cie tro­chę się zwie­rzyć Vik­to­rii. Je­śli bę­dzie oka­zja, może od­wa­żyć się opo­wie­dzieć rów­nież o swo­ich ma­rze­niach o show, bio­rąc jed­nak pod uwagę to, co usły­szała ostat­nim ra­zem, kiedy się wi­działy, po­winna z tym chyba po­cze­kać. W każ­dym ra­zie do­brze by było wresz­cie ko­muś się wy­ga­dać. Pa­trzy na te­le­fon. Jesz­cze pół go­dziny do ich spo­tka­nia w bi­stro znaj­du­ją­cym się w cen­trum han­dlo­wym. Do­tar­cie tam zaj­mie tylko pięć mi­nut, więc wciąż jest mnó­stwo czasu.

Pa­kuje kom­pu­ter do ple­caka i po­sta­na­wia zajść do sklepu obuw­ni­czego.

Chłopcy po­trze­bują no­wych bu­tów na zimę, a cią­gle jest wy­prze­daż. Kiedy wy­cho­dzi na ze­wnątrz, sły­szy dzwo­nek w to­rebce. SMS od Vik­to­rii. Może tro­chę się spóźni?

Nie­stety coś mi wy­pa­dło. Spo­tkajmy się kiedy in­dziej. Ści­skam, Vik­to­ria.

Ciało wy­daje się jej na­gle nie­sa­mo­wi­cie cięż­kie. Za­nim od­po­wie, siada na ławce przed wej­ściem na kilka se­kund.

Okej, szkoda, ale ro­zu­miem. Daj znać, kiedy Ci pa­suje. Ca­łusy, Cilla.

Od­wraca się i cięż­kim kro­kiem prze­dziera się przez głę­boki śnieg na par­king za Kul­tur­ma­ga­si­net. Za­pala sa­mo­chód, po czym wy­szu­kuje sta­cję Rock­klas­si­ker i pod­kręca gło­śność do mak­si­mum, wy­jeż­dża­jąc z par­kingu. Nowy most nad za­toką Sund­sval­ls­fjär­den, któ­rego bu­dowa była sze­roko dys­ku­to­wana, świeci w słońcu i nie­mal ją ośle­pia, kiedy wy­jeż­dża na trasę E4 w dro­dze do domu. Cie­kawa rzecz, że miesz­kańcy Sund­svall mają tak wiele opi­nii na te­mat wszyst­kiego, co nowe.

Kiedy mija dużą łódź prze­ro­bioną na ho­tel, która z ja­kie­goś dziw­nego po­wodu zo­stała umiesz­czona w por­cie, za­sła­nia­jąc ładny wi­dok, do­cho­dzi do wnio­sku, że sama wcale nie jest lep­sza.

My­śli jed­nak, że ta łódź na­prawdę aku­rat tu­taj nie pa­suje.

Wraca do domu i otwiera lo­dówkę. Ta­lerz jo­gurtu z płat­kami w sa­mot­no­ści musi star­czyć za dzi­siej­szy lunch za­miast po­siłku po­da­nego w to­wa­rzy­stwie Vik­to­rii. Je szybko, wpa­tru­jąc się w ścianę.

A po­tem idzie po­szu­kać piły.

*

Dzi­siaj ją za­brali. Jest zły. W domu jest tak pu­sto i ci­cho. I zimno, bo po­otwie­rali wszyst­kie okna. To Ström­gre­no­wie, któ­rzy miesz­kają w dru­giej czę­ści bu­dynku, mu­sieli za­dzwo­nić na po­li­cję. Byli w domu na Boże Na­ro­dze­nie, ale ma na­dzieję, że wkrótce wrócą do Hisz­pa­nii, gdzie miesz­kają przez więk­szą część roku. Pani Ström­gren, Gu­nilla, dzwo­niła do jego drzwi kilka razy w ze­szłym ty­go­dniu, ale nie otwie­rał.

Dzi­siaj jed­nak po­li­cja nie­spo­dzie­wa­nie otwo­rzyła drzwi i we­szła do jego domu. Było tu pełno okrop­nych lu­dzi, któ­rzy na ko­niec za­brali ją ze sobą. Jego uko­chaną ma­mu­się.

Boli go w piersi. Wali kilka razy głową w po­ma­lo­waną szorstką ta­petę z tka­niny. Ściana się za­czer­wie­nia. Mo­krymi, czer­wo­nymi pla­mami. Liże ją. Sma­kuje że­la­zem. Nie ucie­szy­łaby się, gdyby tu była. Nie lu­biła, kiedy ba­ła­ga­nił. Ale ni­gdy jej już tu­taj nie bę­dzie. Te­raz to wie. Przy­nosi jej per­fumy i spry­skuje ka­napę, po­duszkę i jej ró­żowy szla­frok, ten z pod­szewką.

Tę­skni za nią tak bar­dzo, że od­czuwa ból.

W ła­zience sie­dzi za­mknięta Zło­to­włosa i czeka. Wcho­dzi do niej i prze­gląda się w lu­strze. Krew spły­nęła na nos. Mo­czy pa­pier i myje się wodą i my­dłem. Pie­cze i oczy za­cho­dzą mu łzami. Po­tem od­kręca wodę i wsy­puje sól do ką­pieli. Dzi­siaj wy­brała nie­bie­ską. Na to­rebce jest na­pi­sane "Mor­ska bryza". Ład­nie pach­nie. Za­myka oczy, otrząsa się i od­daje się roz­ko­szy, kiedy go­rąca woda ob­mywa jego zmę­czone po tym kosz­mar­nym dniu ciało. Ona sie­dzi na muszli klo­ze­to­wej i czeka z du­żym czy­stym ręcz­ni­kiem, aż wyj­dzie z ką­pieli. Opo­wiada jej o mi­nio­nym dniu. Ona słu­cha uważ­nie i uśmie­cha się do niego, do­kład­nie tak jak zwy­kle. Jego pi­żama przy­go­to­wana na dzi­siej­szą noc leży na jej ko­la­nach. Biała z nie­bie­skimi pa­skami.

Po tym, jak się wy­ką­pał i wło­żył pi­żamę, na­sta­wia gło­śno płytę, kła­dzie się na łóżku i przy­ci­ska po­duszkę do nosa. Wdy­cha jej za­pach, po czym od­wraca się i wbija wzrok w ścianę.

"...do bia­łego śpij dnia".

Po go­dzi­nie pod­daje się i za­czyna się zbie­rać. Tak na­prawdę nie chce, ale musi ro­bić to, co mówi głos w jego gło­wie. Jej głos. Do kie­szeni kurtki wkłada ma­te­ria­łowy wo­rek.

*

Krew ka­pie na śnieg po­kry­wa­jący be­to­nowe schody. Cilla bie­gnie do to­a­lety. Kiedy krew mie­sza się w umy­walce z wodą, kręci się jej w gło­wie od wi­doku ca­łej tej czer­wieni. Skąd tyle krwi z jed­nego ma­łego na­cię­cia na ręce? Tępa piła ze­śli­znęła się, gdy pró­bo­wała od­ciąć ga­łąź bzu za oknem w ła­zience, i wy­lą­do­wała mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, wy­ci­na­jąc pa­skudną ranę.

Przy­ci­ska do niej mocno pa­pier to­a­le­towy, krę­cąc się i szu­ka­jąc pla­stra. Pod ręką ma je­den z bo­ha­te­rami kre­skówki o Bamse i za­raz po­łowa ręki po­kryta jest po­sta­ciami ty­tu­ło­wego niedź­wiadka i kró­liczka Lille Skutta. Za oknem spa­ce­ruje ro­dzina Bam­biego na chu­dych no­gach i z bia­łymi za­dami. Że też od­wa­żyły się wy­brać do dziel­nicy miesz­kal­nej, my­śli Cilla. Mu­siały być po­rząd­nie głodne.

Kiedy przy­cho­dzi do przed­szkola, chłopcy ba­wią się w naj­lep­sze i ża­den z nich nie chce iść do domu. Za parę go­dzin musi je­chać do re­dak­cji i serce wali jej ze stresu, kiedy pa­trzy na ze­ga­rek. Zo­sta­wia­nie ich w przed­szkolu, kiedy za dnia prze­bywa w domu, jest idio­tyczne, ale we­dług pra­cow­ni­ków nie może być tak, że po­ja­wiają się tu tylko co trzy ty­go­dnie, kiedy ma wolne wie­czory. W ten spo­sób nie zin­te­grują się z grupą, a jest to ważne szcze­gól­nie te­raz, kiedy Wil­lia­mowi w końcu za­częło się po­do­bać. Ale żeby za­głu­szyć wy­rzuty su­mie­nia, zo­sta­wia ich późno i wcze­śnie od­biera.

- Chodź­cie, chłopcy, mu­simy już iść.

Dają się nie­chęt­nie ubrać, a spa­cer do domu od­bywa się w śli­ma­czym tem­pie. Nie do­szli da­lej jak do sta­cji ben­zy­no­wej w Ha­dze, kiedy Au­gust siada na po­bo­czu w brud­nym śniegu.

- Mamo, po­nieś mnie.

- Słońce moje, je­steś za ciężki. Nie dam rady cię nieść.

Au­gust za­czyna pła­kać i rzuca się do tyłu, z nie wia­domo ja­kiego po­wodu wy­bu­cha wście­kło­ścią.

- Nie chcę! - krzy­czy, a z nosa ciekną mu smarki.

Cilla pró­buje prośbą i groźbą, ku­sze­niem i sło­dze­niem - nic nie po­maga.

- W ta­kim ra­zie idziemy bez cie­bie - mówi w końcu zi­ry­to­wana i bie­rze Wil­liama za rękę.

- Zo­sta­wimy Au­gu­sta?

Wil­liam pa­trzy na nią wiel­kimi oczami.

- Ru­szy za nami, jak za­czniemy iść.

Po kilku me­trach za­trzy­mują się i cze­kają za du­żym po­ty­ka­czem re­kla­mo­wym z za­chę­ca­ją­cym zdję­ciem kawy i kieł­ba­ski, ale Au­gust nie przy­cho­dzi. Znowu pa­trzy na ze­ga­rek i uświa­da­mia so­bie, że mu­szą się po­spie­szyć.

- Chodźże, Au­gust! - wrzesz­czy.

Kiedy ten ani my­śli się ru­szyć, pod­cho­dzi zde­cy­do­wa­nym kro­kiem i z czy­stej wście­kło­ści na­biera tyle sił, że bie­rze go i nie­sie całą drogę do domu.

- Tata jest w domu? - pyta Wil­liam, kiedy zbli­żają się do celu.

- Nie, a czemu py­tasz?

- Drzwi są otwarte - od­po­wiada, po­ka­zu­jąc czer­woną bramę ga­ra­żową.

- Ojej! Coś ta­kiego. To pew­nie tylko wiatr znowu je otwo­rzył.

Mówi to, żeby uspo­koić Wil­liama, ale już nie ma po­my­słu, jak uspo­koić samą sie­bie. Brama raz się unio­sła, kiedy w piw­nicy zro­bił się prze­ciąg. Ale jak to moż­liwe, gdy w domu nikt nie prze­bywa i nie otwiera drzwi ani okien? Za­mek jest po­psuty i żeby go za­mknąć, po­krę­tło trzeba prze­su­nąć ręcz­nie od środka, a rano, kiedy od­wo­ziła chłop­ców, mu­siała o tym za­po­mnieć.

Do­ci­ska z po­wro­tem bramę z ze­wnątrz i po­sta­na­wia, że za­mknie ją, kiedy przyj­dzie mama.

Po tym, jak sy­no­wie zdej­mują mo­kre kom­bi­ne­zony i skar­petki, robi im dwie ka­na­pki. Po­tem wśli­zgują się na sofę, a Cilla czyta im książkę. Pró­buje być obecna tu i te­raz, ale co dwie mi­nuty zerka ukrad­kiem na ze­ga­rek.

- Kto bę­dzie z nami dziś wie­czo­rem? - pyta Wil­liam.

- Za­raz przyj­dzie bab­cia - od­po­wiada, sły­sząc jed­no­cze­śnie głos mamy w przed­po­koju.

- Halo, czy są tu ja­kieś dzieci, które chcia­łyby po­ukła­dać puz­zle?

Obaj chłopcy wstają nie­chęt­nie z sofy i idą się przy­wi­tać. Nie są już tak en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wieni do tego, że bab­cia lub ktoś inny przy­cho­dzi z wi­zytą. Cilla prze­łyka ślinę. Mama wcho­dzi do sa­lonu i przy­tula ją na po­wi­ta­nie.

- Sły­sza­łaś coś wię­cej w spra­wie pracy?

Pa­trzy ostro na Cillę, chcąc pod­kre­ślić po­wagę swo­ich słów.

- Jesz­cze nic nie wia­domo - mówi Cilla i od­wraca wzrok.

Jakby mało jej było w tej chwili wy­rzu­tów su­mie­nia.

- Nie ro­zu­miem, jak Henke mógł za­cząć stu­dia, kiedy ma­cie dwójkę ma­łych dzieci, a ty pra­cu­jesz w tak uciąż­li­wych go­dzi­nach...

- Wiem, co my­ślisz, ale tak na­prawdę to ja go na­ma­wia­łam - od­po­wiada Cilla.

Cięż­kie mil­cze­nie psuje na­strój w po­koju, aż Au­gust przy­biega, nio­sąc puz­zle z Al­fon­sem ze swo­ich ksią­że­czek.

- Nie cie­szysz się ra­czej, że pra­wie co wie­czór zo­sta­wiasz chło­pa­ków - cią­gnie mama. - I dla nich to też nie jest do­bre, że tak czę­sto cię nie ma.

- Ow­szem, ale nie chcia­łam, żeby tak się wszystko po­to­czyło.

- Tata i ja też prze­cież pra­cu­jemy, a poza tym je­dziemy nie­długo za gra­nicę. Nie mo­żesz ocze­ki­wać, że co wie­czór bę­dziemy do dys­po­zy­cji, by pil­no­wać dzieci.

- Ja­sne, że nie. Za­ła­twię ja­kąś inną opiekę, je­śli w pracy się nie wy­ja­śni, za­nim wy­je­dzie­cie.

Dłu­gie war­ko­cze Very spa­dają na tu­nikę w wiel­kie kwiaty, kiedy się po­chyla, żeby uści­skać Wil­liama i Au­gu­sta. Cilla wie bar­dzo do­brze, że jej matka ma ra­cję, i sto­jąc tak w przed­po­koju, czuje, jak słowa wbi­jają się w jej pierś ni­czym noże. Au­gust za­czyna pła­kać i nie chce jej pu­ścić, a Wil­liam jest roz­pa­lony. Mama po­winna jed­nak ro­zu­mieć, że sy­pie sól na rany, my­śli Cilla. Gula w jej gar­dle ro­śnie, kiedy się ubiera, żeby je­chać.

- A tak w ogóle w nocy było sły­chać coś z piw­nicy - szep­cze Cilla, żeby zmie­nić te­mat. - Za­dzwoń do mnie ko­niecz­nie, je­śli usły­szysz wie­czo­rem ja­kiś dziwny dźwięk.

- Skar­bie, po­słu­chaj sa­mej sie­bie - mówi mama, krę­cąc głową. - Je­steś tak czę­sto sama, że za­czy­nasz so­bie wy­obra­żać całą masę bzdur.

Kiedy Cilla wy­cho­dzi, do­ci­ska drzwi wej­ściowe szcze­gól­nie mocno.

- Cilla, masz dziś je­dynkę.

Słowa Gun­nara do­cie­rają do niej po paru se­kun­dach. Po­winna być za­do­wo­lona, że bę­dzie ro­bić pierw­szą stronę, i o tym wie - to pew­nego ro­dzaju do­wód, że jest do­bra. Ale to też ozna­cza, że bę­dzie w domu późno w nocy, bo z wy­sła­niem je­dynki za­wsze czeka się do końca, gdyby w ostat­niej chwili zda­rzyło się coś ta­kiego, co mu­sia­łoby się zna­leźć w ju­trzej­szej ga­ze­cie. Ozna­cza to także, że jej mama bę­dzie mu­siała zo­stać z dziećmi jesz­cze dłu­żej.

Sor­tuje ma­te­riał, żeby wy­brać, który ar­ty­kuł bę­dzie dzi­siej­szym te­ma­tem dnia, to zna­czy które zdję­cie po­więk­szyć i co wy­lą­duje na afi­szu ga­ze­to­wym. Prawdę po­wie­dziaw­szy, chce się rzu­cić do te­le­fonu i za­dzwo­nić do domu, żeby spy­tać, jak się miewa Au­gust i czy Wil­liam da­lej ma go­rączkę, ale czeka, aż wszy­scy za­czną swoją pracę, żeby to nie było aż tak wi­do­czne.

Kiedy Gun­nar idzie przy­nieść so­bie ku­bek kawy, ko­rzy­sta z oka­zji.

- Wil­liam jest roz­pa­lony, ale nie mogę ni­g­dzie zna­leźć alve­donu - mówi Vera przez te­le­fon.

- Za­raz od­dzwo­nię - od­po­wiada Cilla i w po­śpie­chu prze­kręca do Hen­kego, za­nim Gun­nar wróci.

- Cześć, ko­cha­nie, jak tam? - Henke od­biera i śmieje się ra­do­śnie.

Cilla le­dwo może usły­szeć, co mówi, ze względu na gra­jącą w tle gło­śną mu­zykę i mnó­stwo pod­nie­sio­nych gło­sów, które sły­chać wo­kół niego. A więc w Sztok­hol­mie jest im­preza.

- Mo­żesz iść do in­nego po­koju? Nie sły­szę, co mó­wisz - szep­cze ze zło­ścią, nie chcąc, żeby usły­szeli ją ko­le­dzy z re­dak­cji.

- Mo­żesz mó­wić gło­śniej? Nic nie sły­szę!

- Gdzie jest alve­don?

- Mam go ze sobą.

- Jak mo­żesz za­brać ze sobą całe opa­ko­wa­nie i nic ni­komu nie po­wie­dzieć, wie­dząc, że mamy w domu dwójkę dzieci? Te­raz będę mu­siała to roz­wią­zać w inny spo­sób. Cześć.

Roz­łą­cza się gwał­tow­nie, za­nim Henke zdąży od­po­wie­dzieć, lecz od razu ma wy­rzuty su­mie­nia. Trudno jej się przy­znać, ale gdzieś głę­boko jest chyba tro­chę za­zdro­sna. To ona zna­la­zła ogło­sze­nie o uczelni w Sztok­hol­mie, gdzie kształci się pro­du­cen­tów mu­zycz­nych i au­to­rów tek­stów. By­łaby dla niej ide­alna, tylko czas jest kom­plet­nie nie­od­po­wiedni, gdy dzieci są jesz­cze małe. Nie chce być nie­obecna całe ty­go­dnie, żeby nie stra­cić ich pierw­szych lat i co­dzien­nego ży­cia, no i za nic nie mo­głaby się skon­cen­tro­wać na na­uce, umie­ra­jąc przy tym z tę­sk­noty za sy­nami. Dla­tego za­chę­cała Hen­kego, żeby ubie­gał się o przy­ję­cie za­miast niej, i oczy­wi­ście się ucie­szyła, kiedy do­stał się na uczel­nię. Bez niego w nie­które dni jest jej po pro­stu tro­chę trud­niej. Nie ma jed­nak za­miaru po­rzu­cać swo­ich ma­rzeń, tylko musi wy­kom­bi­no­wać, jak bę­dzie mo­gła je po­łą­czyć z wy­cho­wy­wa­niem ma­łych dzieci, tak żeby wszyst­kim udało się funk­cjo­no­wać.

Wczo­raj na­tknęła się w piw­nicy na skrzynkę ze swo­imi tek­stami i róż­nymi po­my­słami na pio­senki z cza­sów, gdy była na­sto­latką. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać, by ich nie prze­czy­tać, i ude­rzyło ją, jaka na­stą­piła w nich zmiana po tym, jak spo­tkała Sonny'ego Berga.

Od­dzwa­nia do mamy.

- Nie mo­gła­byś sko­czyć do są­siada po­ży­czyć alve­don?

- Już za­snął.

- Wrócę do domu naj­szyb­ciej, jak będę mo­gła, ale mam dziś je­dynkę, więc nie wiem, czy nie bę­dzie bar­dzo późno.

- Do­brze by było, gdy­byś mo­gła się po­spie­szyć. Też mam chyba go­rączkę, więc będę mu­siała je­chać do domu i się po­ło­żyć. Arne rów­nież nie uważa, że chłopcy po­trze­bują na­szej opieki tak czę­sto. Zwłasz­cza nie wtedy, kiedy są cho­rzy.

No ja­sne, musi w to wcią­gnąć też tatę, my­śli Cilla.

- Wil­liam do­stał prze­cież go­rączki, aku­rat jak mia­łam je­chać - mówi. - Więc nie mo­głam wie­dzieć. Może po­ży­czysz ta­bletkę dla sie­bie i po­ło­żysz się, do­póki nie przy­jadę. Jak chcesz, mogę za­dzwo­nić i uprze­dzić są­siada.

- Nie trzeba.

Cilla bie­rze głę­boki od­dech.

- Przy­jadę jak naj­szyb­ciej.

- Mhm, w po­rządku, dla do­bra chłop­ców.

Je­den z dzi­siej­szych tek­stów spada na pod­łogę, kiedy szybko się pod­nosi i idzie do to­a­lety. Gdy prze­gląda się w lu­strze, nie po­znaje sa­mej sie­bie. Gdzie się po­działa ta ra­do­sna dziew­czyna ema­nu­jąca har­mo­nią? Od­dy­cha kilka razy głę­boko i uspo­kaja się, a po­tem wraca na swoje miej­sce we wspól­nej prze­strzeni biu­ro­wej i za­czyna sor­to­wać nocny ma­te­riał.

Po­winna opo­wie­dzieć Hen­kemu o dźwię­kach, które sły­szała nocą w domu, ale to ra­czej nie był od­po­wiedni mo­ment. Zrobi to ju­tro.

I o bra­mie ga­ra­żo­wej. Cho­lera, za­po­mniała ją za­mknąć przed od­jaz­dem.

23 lutego, czwartek

Nie chcą się koń­czyć moje go­dziny,

choć każda se­kunda staje się mi­nutą.

Nie chcą upar­cie dni moje prze­mi­nąć,

choć ty­dzień za ty­go­dniem staje się ro­kiem.

Cilla sie­dzi przy pia­ni­nie, pi­sząc nowy tekst, kiedy dzwoni te­le­fon, a wi­dząc, kto to, bie­rze głę­boki wdech.

- Cześć ko­cha­nie. Jak tam dziś w Sund­svall?

Henke brzmi, jakby był prze­sad­nie za­do­wo­lony, a ona się odro­binę wsty­dzi za wczo­raj­szą gniewną roz­mowę, na­wet je­śli cią­gle jest tro­chę roz­draż­niona.

- Jak tam chło­paki?

- Zo­stali dziś w domu. Obaj do­stali go­rączki.

- Bie­daki. Pra­cu­jesz dziś wie­czo­rem?

- Mhm, mu­szę. Dwie osoby w re­dak­cji mają zi­mową grypę żo­łąd­kową, więc jest kry­zys.

- Okej, a kto dzi­siaj pil­nuje dzieci?

- Przy­cho­dzi moja sio­stra. Oglą­dają te­raz bajkę i wy­dają się w każ­dym ra­zie tro­chę bar­dziej oży­wieni niż wczo­raj. Wresz­cie do­stali alve­don.

Sły­szy, że ostat­nie zda­nie za­brzmiało nieco cierpko.

- To do­brze - mówi Henke. - Su­per, że ju­tro wra­cam. Je­stem wy­koń­czony.

Naj­wi­docz­niej jego stra­te­gia to uda­wa­nie, że wczo­raj­sza roz­mowa w ogóle nie miała miej­sca. Pew­nie nie wie, co my­śleć. Nie­czę­sto się zda­rza, że Cilla pod­nosi głos i się sprze­ci­wia.

- Ja też nie je­stem szcze­gól­nie ener­giczna i wy­po­częta - od­po­wiada.

Jak byłby zmę­czony, gdyby to on sie­dział w domu i zaj­mo­wał się do­mem i dziećmi, a przy tym pra­co­wał na pełny etat, i gdyby to ona prze­by­wała ca­łymi ty­go­dniami w in­nym mie­ście? Chęt­nie by go wła­śnie o to za­py­tała, ale nie chce wsz­czy­nać no­wej wojny.

- Zdą­żysz chyba przy­je­chać, za­nim będę mu­siała je­chać ju­tro do pracy?

- Wy­jeż­dżamy ze Sztok­holmu koło lun­chu, więc po­wi­nie­nem się wy­ro­bić. Spró­buję tylko naj­pierw skoń­czyć je­den nowy hi­cior.

Nie da się nie usły­szeć ra­do­ści w jego gło­sie.

- Bę­dzie re­we­la­cyjny - mówi. - Po­słu­chasz w week­end. Zna­leź­li­śmy pio­sen­karkę ze świet­nym gło­sem, która go na­gra w tym ty­go­dniu.

- No to su­per.

- Może by­śmy zje­dli coś do­brego i po­szli do kina albo wy­my­ślili coś faj­nego na so­botę, tylko ty i ja?

- Do kina? Ale jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Nie ma cię cały ty­dzień, chło­paki są chore, a ja pra­cuję w każdy wie­czór. Na­prawdę my­ślisz, że za­ła­twimy opiekę na jesz­cze je­den wie­czór, żeby iść do kina?

- Nie, my­śla­łem tylko, że...

- Nie, ty wcale nie my­ślisz. A poza tym śpie­wam w so­botę. Za­po­mnia­łeś?

- Kurde, no tak, za­po­mnia­łem o tym.

Ma wielką ochotę, żeby się roz­łą­czyć, ale z wy­sił­kiem się uspo­kaja.

- Wiesz, co mu­simy zro­bić w week­end - mówi.

- Nie przy­po­mi­naj mi.

- Rów­nie do­brze mo­żesz przy­go­to­wać się men­tal­nie. Wi­dzimy się ju­tro. Za­dzwoń, jak bę­dziesz je­chał.

Cilla scho­dzi do kuchni i od­wraca głowę, mi­ja­jąc w przed­po­koju wy­bu­rzoną ścianę to­a­lety dla go­ści. Bę­dziemy się tym mar­twić w so­botę. Na­kłada lody do trzech mi­sek i za­biera je do sa­lonu, po czym wśli­zguje się na zie­loną sofę, gdzie sie­dzą za­czer­wie­nieni od go­rączki i roz­pa­leni chłopcy.

Musi naj­pierw skoń­czyć je­den hi­cior, pio­sen­karka ze świet­nym gło­sem...

Au­gust za­snął, a Cilla ściąga mu tro­chę koc, żeby się nie prze­grzał. Na bla­cie stoi la­za­nia, którą dziś wcze­śniej zro­biła. Wkłada ją do pie­kar­nika i scho­dzi do pralni, żeby na­sta­wić pra­nie z bia­łymi rze­czami. Po chwili de­cy­duje, że jed­nak szybko spraw­dzi po­miesz­cze­nia w piw­nicy. Pro­mie­nie słońca wpa­dają przez szklane pu­staki i do­dają jej od­wagi. To dzie­cinne, że czuje strach we wła­snym domu. Pod­bu­do­wana dzien­nym świa­tłem da­ją­cym po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, naj­pierw otwiera ostroż­nie drzwi do ko­tłowni i szybko stwier­dza, że w po­miesz­cze­niu są tylko piec elek­tryczny i mnó­stwo drewna uło­żo­nego w stos wzdłuż jed­nej ze ścian, do­kład­nie tak jak zwy­kle. Unosi się za­pach stę­chli­zny. Za­myka za sobą drzwi i po­spiesz­nie wraca do są­sied­niej pralni, gdzie ład­nie pach­nie pły­nem do płu­ka­nia. Przez po­miesz­cze­nie wy­cho­dzi na ko­ry­tarz, gdzie wszyst­kie drzwi są czer­wone.

Kto po­ma­lo­wał te wszyst­kie drzwi na czer­wono? Oczami wy­ob­raźni wi­dzi sceny z Lśnie­nia i szybko się od­wraca, żeby spraw­dzić, czy nie stoją za nią żadne zło­wro­gie bliź­niaczki. Red door, red door roz­brzmiewa jej w gło­wie raz za ra­zem, a ona zmu­sza się, żeby pójść pro­sto na ko­ry­tarz i otwo­rzyć drzwi do du­żego schowka. Od pod­łogi po su­fit pełno w nim gra­tów. Uświa­da­mia so­bie, że mo­głoby się tu scho­wać co naj­mniej trzech mor­der­ców, a ona nie mia­łaby naj­mniej­szej szansy, żeby ich zo­ba­czyć. Z trze­po­czą­cym ser­cem za­myka drzwi i idzie do na­stęp­nego po­miesz­cze­nia. Red door, red door, cho­ciaż nie, to było prze­cież red room. A ra­czej re­drum, jakby tak po­łą­czyć an­giel­ski i szwedzki, stwier­dza po za­sta­no­wie­niu. Od tyłu mur­der, czyli mor­der­stwo. Chi­cho­cze sama do sie­bie i otwiera drzwi. Coś spada jej u stóp. Cilla wy­daje z sie­bie zdu­szony krzyk i wy­co­fuje się pro­sto na chro­po­watą be­to­nową ścianę. Spo­gląda na pod­łogę, a tam leży duża przy­tu­lanka w kształ­cie lwa, którą Wil­liam do­stał od są­siada, kiedy się uro­dził. Mu­siała spaść z półki, gdy otwie­rała drzwi.

Pod­nosi plu­szaka i wrzuca go z po­wro­tem na półkę, a po­tem za­myka i zmu­sza się, by po­dejść do na­stęp­nych drzwi. Piw­niczka na ziem­niaki. Tu wcale nie ma okien. Po­miesz­cze­nie jest po­grą­żone w egip­skich ciem­no­ściach.

Że też w ogóle się nie­po­koi. Kto by chciał stać po ciemku i ci­snąć się za pu­stą skrzy­nią na ziem­niaki? Otwiera, ale zo­staje na ze­wnątrz, wkłada rękę do środka i szuka prze­łącz­nika. Kiedy go znaj­duje, prze­kręca do po­łowy, aż roz­lega się klik­nię­cie, ale nic się nie dzieje. Lampa jest ze­psuta. Czuje ła­sko­ta­nie w rękę i za­uważa pu­szy­ste stwo­rzonko wę­dru­jące jej po ra­mie­niu. Znowu krzy­czy, prze­ska­kuje z jed­nej nogi na drugą i wy­ma­chuje rę­kami, aż wi­dzi, jak gruby czarny pa­jąk spada na pod­łogę i po­spiesz­nie umyka. Po krę­go­słu­pie prze­biega jej dreszcz. Za­myka za sobą i kil­koma szyb­kimi kro­kami wbiega po scho­dach na pię­tro. Trza­skają drzwi, a ona szybko prze­kręca za sobą za­mek. Do spraw­dze­nia zo­stało jesz­cze sie­dem po­miesz­czeń, ale jej stopa nie po­sta­nie w piw­nicy, do­póki Henke nie przy­je­dzie do domu. Sie­dem po­miesz­czeń. Se­ven. Ten kosz­marny film. Po co w ogóle się ta­kie kręci? I po co go oglą­dała?

Kiedy wcho­dzi do kuchni, żeby na­sta­wić wodę na kawę dla sie­bie i sio­stry, która ma za­raz przyjść, znów my­śli o po­miesz­cze­niu ze skrzy­nią na ziem­niaki. Jest wy­star­cza­jąco duża, żeby czło­wiek bez więk­szego pro­blemu mógł się do niej wśli­znąć. Ale kto by chciał tam le­żeć ra­zem z tymi wszyst­kimi pa­ją­kami?

Nie musi się ni­czym przej­mo­wać. Zu­peł­nie ni­czym.

Idąc na górę do sy­pialni, żeby prze­brać się w coś bar­dziej od­po­wied­niego do pracy, pod­śpie­wuje so­bie ka­wa­łek, który za­częła wcze­śniej pi­sać. Może być do­bry. Ale kogo ona wła­ści­wie pró­buje oszu­kać? Dla­czego nie prze­staje wy­my­ślać pio­se­nek, wie­dząc, że ni­gdy nie bę­dzie jej stać, by je na­grać, i w związku z tym nie bę­dzie mo­gła wy­słać ich do żad­nej wy­twórni pły­to­wej? Poza tym pew­nie nikt nie jest za­in­te­re­so­wany pod­pi­sa­niem kon­traktu z nie­ak­tywną w branży mamą ma­łych dzieci, która prze­kro­czyła trzy­dziestkę i nie wy­spała się po­rząd­nie od wielu lat? Może z tatą ma­łych dzieci jest ina­czej?

A może zor­ga­ni­zo­wa­nie show w Sund­svall by­łoby jed­nak wy­ko­na­lne? Wtedy mo­głaby mimo wszystko śpie­wać i zaj­mo­wać się mu­zyką. Wczo­raj przed po­łu­dniem roz­ma­wiała z ko­bietą z urzędu pracy, żeby się do­wie­dzieć, ja­kie za­sady obo­wią­zują przy otrzy­my­wa­niu do­fi­nan­so­wa­nia na roz­po­czę­cie wła­snej dzia­łal­no­ści.

In­for­ma­cje, ja­kie uzy­skała, nie były zbyt po­krze­pia­jące, ale jesz­cze się nie pod­dała.

- Mamo, coś się spa­liło.

La­za­nia. Niech to szlag. Cilla zbiega do kuchni i stwier­dza, że po­trawa jest prak­tycz­nie spa­lona. Pró­buje zdra­pać spie­czony ser z sa­mej góry. I tak będą mu­sieli ją zjeść. Na bla­cie leży nowe opa­ko­wa­nie alve­donu, a za­mra­żal­nik jest wy­peł­niony lo­dami. Dziś wie­czo­rem wszy­scy będą mieli spo­kój, pró­buje się po­cie­szyć, wy­glą­da­jąc przez okno. Na ze­wnątrz prze­jeż­dża po­woli luk­su­sowy czarny sa­mo­chód. Z pew­no­ścią kosz­tuje tyle samo co nasz dom, za­uważa Cilla i prze­nosi się my­ślami wiele lat wstecz.

Piętnaście lat wcześniej

- Co mam na sie­bie wło­żyć?

Cilla roz­ło­żyła ręce i po­pa­trzyła py­ta­jąco na za­sko­czo­nych ko­le­gów z pracy. Nie każ­dego dnia ce­le­bryta dzwoni do biura po­dróży i za­pra­sza któ­re­goś z pra­cow­ni­ków do Sztok­holmu.

- Prze­cież je­steś po­do­bna do Ky­lie Mi­no­gue - uśmiech­nęła się sze­roko Pia. - Ubierz się jak ona.

- Osza­la­łaś, nie mogę prze­cież pa­ra­do­wać, jak­bym była prze­brana, a ra­czej zu­peł­nie goła - za­śmiała się Cilla.

Cały wie­czór zszedł na przy­mie­rza­niu ubrań i ćwi­cze­niu pio­se­nek. Ma być ubrana grzecz­nie czy może po­winna wy­brać krótką, ob­ci­słą su­kienkę? Ma swoje dłu­gie blond włosy nie­dbale upiąć czy roz­pu­ścić? Zro­bić so­bie ma­ki­jaż mocny czy lekki, a może coś po­mię­dzy? Nie chce spra­wiać wra­że­nia za­gu­bio­nej tylko dla­tego, że przy­je­chała z Sund­svall.

Była zde­cy­do­wa­nie zbyt roz­e­mo­cjo­no­wana, by za­snąć, i na­dal nie mo­gła po­jąć, ja­kim cu­dem Sonny Berg, ten znany dy­rek­tor wy­twórni pły­to­wej, na­prawdę chciał, żeby ona, wła­śnie ona i nikt inny, przy­je­chała do Sztok­holmu i za­śpie­wała na próbę. Skąd on się o niej do­wie­dział? Nie wy­syła się zwy­kle naj­pierw de­mó­wek?

Ktoś mu­siał mu o niej po­wie­dzieć. Może po kon­kur­sie mło­dych ta­len­tów, w któ­rym brała udział ze­szłego lata? My­śli się kłę­biły, ze­gar ty­kał, a Henke chra­pał obok niej. Nie­długo musi wsta­wać, żeby zdą­żyć się przy­go­to­wać przed po­dróżą, więc nie było więk­szego sensu, by pró­bo­wała te­raz za­snąć.

Ma­rze­nie, aby zo­stać pio­sen­karką, to­wa­rzy­szyło jej całe ży­cie, na­wet je­śli prze­waż­nie za­cho­wy­wała je dla sie­bie. Nie chciała prze­cież, by ktoś ją po­są­dził, że uważa się za ko­goś lep­szego. Ale śpie­wała na ślu­bach i chrztach, od czasu do czasu też na po­grze­bach oraz uczest­ni­czyła w kilku kon­kur­sach. Naj­czę­ściej jed­nak sie­działa w domu i w ta­jem­nicy pi­sała pio­senki, które w przy­szło­ści za­mie­rzała wy­słać do wy­twórni pły­to­wej. A te­raz jedna aku­rat na­wią­zała z nią kon­takt, za­nim w ogóle co­kol­wiek wy­słała. To zu­peł­nie nie­wia­ry­godne. Co, je­śli jej ma­rze­nie na­prawdę się spełni? Po jej ciele ro­ze­szło się przy­jemne uczu­cie, gdy wy­obra­żała so­bie, że stoi na du­żej sce­nie Me­lo­di­fe­sti­va­len i wi­dzi przed sobą ko­le­gów z klasy sie­dzą­cych w rzę­dach ła­wek. Po­trzą­snęła głową, żeby od­pę­dzić fan­ta­zje, za­nim zdo­będą nad nią wła­dzę. Nie uprze­dzać wy­da­rzeń, żeby się nie roz­cza­ro­wać. Le­piej na­sta­wić się na to, że mu się nie spodoba, i nie cie­szyć się na za­pas. No ale je­śli?

Uma­lo­wała się sta­ran­nie i wło­żyła na sie­bie wy­brane ciu­chy, ale po­tem prze­brała się jesz­cze dwa razy, za­nim po­czuła się za­do­wo­lona z efektu.

W ob­ci­słej su­kience brzuch musi być cał­ko­wi­cie pła­ski, więc nie zja­dła śnia­da­nia. Ile ka­wał­ków bę­dzie mo­gła za­śpie­wać? Ostroż­nie zło­żyła tek­sty swo­ich pio­se­nek i wsa­dziła je do to­rebki mię­dzy wszyst­kie błysz­czyki.

Henke po­ży­czył od taty sa­mo­chód i za­wiózł ją na lot­ni­sko Mi­dlanda. Żadne z nich nie ode­zwało się po dro­dze ani sło­wem. Kiedy mi­jali Timr?, jak zwy­kle za­tkała nos. Za­sta­na­wiała się, czy lu­dzie, któ­rzy tu miesz­kają, też czują smród z ce­lu­lo­zowni w Östran­dzie, czy może w końcu się do niego przy­zwy­cza­ili. Wło­żyła do ust so­bie i Hen­kemu mię­tową gumę do żu­cia. Kto by po­my­ślał, że za­fun­dują jej lot.

I ho­tel. Henke, który był gi­ta­rzy­stą w ze­spole roc­ko­wym i sam ma­rzył o ka­rie­rze ar­ty­sty, wy­jął z ba­gaż­nika jej wa­lizkę i ży­czył jej po­wo­dze­nia go­rą­cym po­ca­łun­kiem.

- Roz­wal ich tam, ko­cha­nie, i po­każ sztok­hol­mia­kom, ile je­steś warta.

Pod­sko­czył jej żo­łą­dek. A może skom­pro­mi­tuje się przed tym ce­le­brytą, po­my­ślała, na­kła­da­jąc tro­chę wię­cej wi­śnio­wo­czer­wo­nego błysz­czyka.

Może ją wy­śmieje.

Kiedy dwie go­dziny póź­niej wy­lą­do­wała w Ar­lan­dzie i cze­kała na swoją wa­lizkę, zo­ba­czyła, jak Sonny Berg idzie do niej szyb­kim kro­kiem przez halę przy­lo­tów. Z ja­kie­goś dziw­nego po­wodu wie­dział już, kim jest, za­nim zdą­żyła go od­szu­kać. Może wi­dział gdzieś jej zdję­cie? Mu­szę mieć wy­pi­sane na czole: "za­gu­biona Nor­r­landka z ma­rze­niami o ka­rie­rze", po­my­ślała Cilla.

- Cześć, ślicz­notko - po­wie­dział i po­ca­ło­wał ją w oba po­liczki, po czym wziął jej wa­lizkę i po­szli do auta, które stało tuż przed wej­ściem.

Po­liczki jej za­pło­nęły, kiedy przy­trzy­my­wał drzwi sa­mo­chodu, po­ka­zu­jąc, żeby wsia­dała. W środku biała skó­rzana ta­pi­cerka lśniła nie­mal tak samo jak jego zęby. Cilla spoj­rzała z nie­po­ko­jem na swoje buty, żeby spraw­dzić, czy nie na­nio­sła błota do ste­ryl­nie czy­stego sa­mo­chodu.

At­mos­fera była na­pięta. Nie wie­działa, co ma po­wie­dzieć ani co zro­bić z rę­kami. Był dla niej kimś zu­peł­nie ob­cym, kogo wi­dy­wała tylko w te­le­wi­zji i cza­so­pi­smach plot­kar­skich. Nie­ustan­nie oto­czony jej idol­kami z branży mu­zycz­nej. A te­raz sie­dział tuż obok niej i do­piero co po­ca­ło­wał ją w po­liczki. Oka­zało się jed­nak, że nie musi się przej­mo­wać krę­pu­jącą ci­szą, bo co jak co, ale roz­ma­wiać to on umiał. Nie­prze­rwa­nie. Albo z nią, albo z kimś in­nym przez ko­mórkę.

- Je­steś głodna? - spy­tał. - Prze­ką­simy coś, a ty bę­dziesz mo­gła opo­wie­dzieć wię­cej o so­bie. Chcę wie­dzieć wszystko.

Czuła się spe­szona i zde­ner­wo­wana i w ogóle nie była w sta­nie jeść. Chcia­łaby tylko po­je­chać do stu­dia, gdzie mo­głaby za­śpie­wać na próbę. Sonny mó­wił o wszyst­kich gwiaz­dach, z któ­rymi pra­co­wał, i że dzień wcze­śniej jadł ko­la­cję z Elise Mar­lene. Miała wła­śnie wy­stą­pić w po­pu­lar­nym pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym, co było tylko i wy­łącz­nie jego za­sługą, jak wy­ja­śnił ze śmie­chem.

Po­my­ślała, że jest cał­kiem przy­stojny jak na swój wiek.

- Je­steś bar­dzo ładna - po­wie­dział nie­spo­dzie­wa­nie, od­gry­za­jąc kęs chleba. - Ładna w ja­kiś taki swoj­ski spo­sób. Spodo­basz się w każ­dym szwedz­kim domu. Ba, może i na ca­łym świe­cie.

Po­liczki Cilli znowu za­pło­nęły. Do­lała so­bie wody do szklanki.

- Na­prawdę w cie­bie wie­rzę i tak coś czuję, że na­prze­ciwko mnie sie­dzi przy­szła gwiazda.

Uniósł szklankę w jej stronę i uśmiech­nął się tak, że aż za­lśnił rząd bia­łych zę­bów. Serce jej za­ło­mo­tało, a uczu­cie szczę­ścia ro­ze­szło się po ca­łym ciele. Czy ona śni? Zo­ba­czyła samą sie­bie na wiel­kiej sce­nie w su­kience po­dob­nej do tej, w jaką była ubrana Elise Mar­lene na ostat­nim Me­lo­di­fe­sti­va­len. Cie­kawe, czy chce, że­bym śpie­wała po szwedzku czy po an­giel­sku? Wy­ob­raź­nia pę­dziła ga­lo­pem.

Po skoń­czo­nym je­dze­niu z po­wro­tem wsie­dli do sa­mo­chodu.

- A co są­dzisz o wo­zie? - za­gad­nął, pra­wie głasz­cząc kie­row­nicę.

- Och, jest bar­dzo ładny.

- I taki po­wi­nien być, bio­rąc pod uwagę jego cenę. Pół­to­rej bańki.

- Wow! - od­parła, sta­ra­jąc się, by za­brzmiało to tak, jakby była pod wra­że­niem, ale w rze­czy­wi­sto­ści uwa­żała, że ku­po­wa­nie tak dro­giego auta jest idio­tyczne. Za tyle pie­nię­dzy można by mieć dom jed­no­ro­dzinny w Sund­svall.

- Naj­pierw po­je­dziemy do jed­nego stu­dia, żeby przy­wi­tać się z pa­roma mo­imi kum­plami - za­po­wie­dział z uśmie­chem. - I wtedy po­wiesz, że masz na imię Ma­ria i po­cho­dzisz z Ume?.

Prze­łknęła ślinę i na se­kundę przy­szło jej do głowy, że może po­my­lił ją z kimś in­nym. Boże drogi, a je­śli to wszystko po­myłka?

- Mam na imię Cilla i po­cho­dzę z Sund­svall - po­wie­działa i uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

Prze­wró­cił oczami.

- Je­śli za­py­tają, kim je­steś, po­wiesz, że masz na imię Ma­ria i po­cho­dzisz z Ume? - za­śmiał się.

Jed­nak ra­czej nie­wiele jej to wy­ja­śniło.

- Olle bę­dzie cho­ler­nie za­zdro­sny i cie­kawy, kiedy przyjdę z nową, ładną pio­sen­karką, i dla­tego nie mo­żesz po­wie­dzieć, jak masz na­prawdę na imię. Na­le­żysz te­raz do mo­jej trzódki.

Cilla prze­łknęła ślinę i wy­tarła dło­nie o uda. Jego trzódki?

Wy­star­czyło, że prze­szli przez drzwi, a wszelka ak­tyw­ność w stu­diu ustała. Oka­zało się, że jego kum­plami są Olle Häde­lin i Tom Käll, któ­rzy nie­dawno wy­grali Me­lo­di­fe­sti­va­len i te­raz przy­go­to­wują nową płytę.

Cilla ro­zej­rzała się po luk­su­so­wym stu­diu z wy­po­sa­że­niem w ko­lo­rach czerni, bieli i chromu. To było dziwne wra­że­nie - stać w tym sa­mym po­miesz­cze­niu, co Olle i Tom, któ­rych nie­dawno wi­działa w te­le­wi­zji. Byli niżsi, niż wy­glą­dali na ekra­nie. Nie­wiele wy­żsi od niej.

- Pro­szę, pro­szę, a kogo my tu mamy? - spy­tał Tom, zwra­ca­jąc się do niej.

Cilla za­wa­hała się, ale nie miała od­wagi od­po­wie­dzieć nic in­nego niż to, że ma na imię Ma­ria, od­wra­ca­jąc wzrok do Sonny'ego, żeby się upew­nić, czy prze­szła po­myśl­nie ten test. Wsty­dziła się jed­nak i czuła jak idiotka. A je­śli tylko stroił so­bie z niej żarty?

- Skąd się tu­taj wzięła taka mała ślicz­notka, je­śli wolno spy­tać?

Olle zmie­rzył ją od góry do dołu.

- Z Ume? - po­wie­działa i wbiła wzrok w pod­łogę.

- Więc to tak, Sonny, zna­la­złeś so­bie Nor­r­lan­deczkę. Fa­jo­oowo.

Teraz

Ja­kim cu­dem to Lova mo­gła pod­pi­sać kon­trakt na na­gra­nie płyty? Już nie było ko­goś in­nego? Prze­cież ona le­dwo po­trafi śpie­wać. Kiedy Cilla prze­gląda w re­dak­cji dzi­siej­szy kor­pus wia­do­mo­ści, za­zdrość lekko kłuje ją gdzieś w środku. Nie jest to chyba szcze­gól­nie in­te­re­su­jące dla spo­łe­czeń­stwa, więc Cilla po­dej­muje de­cy­zję, że zrobi na stro­nie tylko małą no­tatkę bez zdję­cia.

Kłót­nie w gmi­nie, pro­te­sty prze­ciwko opła­cie za prze­jazd mo­stem, wy­niki spor­towe miej­skiej dru­żyny ko­szy­kówki, klasa, która zwy­cię­żyła w pro­gra­mie "Pry­musy z pią­tej klasy", no i Lova ?kes­son. To dzi­siej­szy ma­te­riał, który ład­nie po­roz­miesz­cza na pierw­szej stro­nie, żeby ga­zeta za­chę­ciła do czy­ta­nia jak naj­wię­cej lu­dzi. Po­sta­na­wia, że zdję­cie roz­ra­do­wa­nej klasy pią­tej z Alnö bę­dzie dzi­siej­szym zdję­ciem do te­matu dnia. Miło prze­ka­zy­wać miesz­kań­com Sund­svall po­zy­tywne in­for­ma­cje.

Kiedy do końca noc­nej zmiany zo­stało już tylko parę go­dzin, Cilla dzwoni do domu, żeby się do­wie­dzieć, jak się miewa jej sio­stra Jossa, która tego wie­czoru opie­kuje się dziećmi.

- Au­gust się obu­dził i jest nie­sa­mo­wi­cie roz­pa­lony. Pró­buję wci­snąć w niego alve­don, ale nie może po­łknąć ta­bletki.

W gło­sie Jossy brzmi re­zy­gna­cja, a Cilla sły­szy w tle płacz Au­gu­sta.

- Może byś spró­bo­wała roz­gnieść ta­bletkę i zmie­szać ją z odro­biną lo­dów - pro­po­nuje Cilla.

- Już pró­bo­wa­łam, ale nie chce jeść lo­dów.

- Je­dynka jest już pra­wie go­towa. Za chwilę po­win­nam być wolna - mówi Cilla.

- To do­brze. Tak mi go żal.

Cilla pod­krada się do re­por­tera spor­to­wego, żeby spraw­dzić, jak mu idzie. Pi­sze tak, że kla­wia­tura aż trzesz­czy. Idzie da­lej do działu gra­ficz­nego, gdzie fo­to­graf na sto­jąco pra­cuje ze zdję­ciem, które bę­dzie to­wa­rzy­szyło tek­stowi. Cilla in­for­muje go, że chce mieć zo­rien­to­wane pio­nowo, bo zdję­cie z klasą na afisz jest po­ziome. W ten spo­sób może za­pew­nić od­po­wied­nią rów­no­wagę na stro­nie.

Kręci się nie­spo­koj­nie po otwar­tej prze­strzeni biu­ro­wej, zda­jąc so­bie do­sko­nale sprawę, że ni­czego się nie przy­spie­szy, sto­jąc za czy­imiś ple­cami i po­na­gla­jąc. Je­dzie windą do pu­stego o tej po­rze po­miesz­cze­nia so­cjal­nego, gdzie znaj­duje się eks­pres do kawy, i po­spiesz­nie do niego pod­cho­dzi, żeby wziąć po kubku dla sie­bie i Gun­nara. Reszta re­dak­cji mo­gła wła­śnie wró­cić do domu, więc zo­stało tylko ich dwoje, nie li­cząc fo­to­grafa i re­por­tera.

Kiedy scho­dzi do re­dak­cji z kawą, wi­dzi, jak Gun­nar wstaje, gło­śno roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon i dra­piąc się w głowę.

- No więc tak, Cilla, mu­simy te­raz wszystko prze­my­śleć na nowo - mówi i się roz­łą­cza.

- Co się stało?

- W parku Hed­berg­ska do­szło do ko­lej­nego na­padu na ko­bietę.

Prze­szywa ją taki dreszcz, że czuje kłu­cie w ce­bul­kach wło­sów, a jed­no­cze­śnie my­śli o Au­gu­ście w domu i Jos­sie, która mar­twi się, że nie daje rady. Zdaje so­bie sprawę, że jesz­cze chwilę tu zo­sta­nie. Niech to szlag trafi, że po­zo­stali ko­le­dzy zdą­żyli już pójść do domu. W prze­ciw­nym ra­zie mo­głaby po­pro­sić któ­re­goś z nich o po­moc. Siada przy kom­pu­te­rze i za­czyna od prze­nie­sie­nia na afisz zdję­cia i to­wa­rzy­szą­cego mu ar­ty­kułu, aby zro­bić miej­sce na tę po­waż­niej­szą wia­do­mość. Jesz­cze nie wie, ile do­sta­nie tek­stu ani czy w ogóle bę­dzie na ten te­mat ja­kiś tekst. Może skoń­czy się tylko na na­główku za­pi­sa­nym wiel­kimi li­te­rami. Wy­rzuca afisz, który za­pro­jek­to­wała kilka go­dzin temu, i po­spiesz­nie robi nowy.

Na­stęp­nie przy­go­to­wuje miej­sce na duży na­głó­wek na całą pierw­szą stronę i kilka li­ni­jek tek­stu po­ni­żej. Zmniej­sza zdję­cie klasy pią­tej o po­łowę, tekst zaś umiesz­cza po le­wej stro­nie, a nie pod spodem. Gun­nar znowu roz­ma­wia przez te­le­fon. Re­por­ter do­stał od po­li­cji zbyt mało in­for­ma­cji, żeby na­pi­sać coś sen­sow­nego. W końcu do­cho­dzą do wnio­sku, że musi wy­star­czyć duży na­głó­wek i krótki tekst z tymi ską­pymi in­for­ma­cjami, które uzy­skali.

KO­LEJNY NA­PAD W CEN­TRUM MIA­STA

- sprawca zbiegł

W czwar­tek póź­nym wie­czo­rem w parku Hed­berg­ska po­ło­żo­nym w cen­trum mia­sta zo­stała na­pad­nięta ko­bieta. Sprawcy prze­rwały dwie osoby spa­ce­ru­jące nocą, a po­dej­rza­nego męż­czy­znę wi­dziano, gdy opusz­czał miej­sce zda­rze­nia i biegł w kie­runku szkoły Hed­berg­ska.

To wszystko. Żad­nego od­nie­sie­nia do ar­ty­kułu w dal­szej czę­ści ga­zety, po­nie­waż nie ma nic wię­cej do prze­ka­za­nia, za co jest na swój spo­sób wdzięczna. W prze­ciw­nym ra­zie pew­nie na­dal by sie­działa i cze­kała na ze­stre­so­wa­nego re­por­tera, który w naj­więk­szym po­śpie­chu pró­bo­wałby wy­sma­żyć ja­kiś tekst.

Tekst o dru­ży­nie ko­szy­kówki z pio­nową fo­to­gra­fią jest umiesz­czony na swoim miej­scu, ale nad nim po­wsta­nie nie­wielka luka. Wy­szu­kuje zdję­cie Lovy, która do­stała kon­trakt na na­gra­nie płyty, umiesz­cza je obok tek­stu i po­więk­sza na­głó­wek. To prze­cież nie wina Lovy, że ka­riera mu­zyczna Cilli wy­gląda tak, jak wy­gląda, a w ten spo­sób ona sama unik­nie wy­rzu­tów su­mie­nia. Mimo po­spiesz­nego prze­bu­do­wa­nia układu na­dal jest cał­kiem za­do­wo­lona z osta­tecz­nego wy­glądu pierw­szej strony. Na­ci­ska przy­cisk i koń­czy na dziś, po czym truch­tem stam­tąd znika. Sa­mo­chód jest za­par­ko­wany w po­bliżu parku tuż przed bu­dyn­kiem. Serce bije jej szybko, kiedy mija róg ulicy Träd­g?rds­ga­tan. Jest zu­peł­nie pu­sto. Roz­gląda się do­okoła. Idąc, za­czyna szu­kać w to­rebce klu­czy­ków. Z tego po­wodu nie za­uważa, kiedy koń­czy się chod­nik. Robi krok w po­wie­trzu i wy­kręca stopę tak, że po­tyka się i upada jak długa na opu­sto­szałą ulicę.

- Wszystko do­brze? - pyta męż­czy­zna w śred­nim wieku, który po­ja­wia się zni­kąd.

- Wszystko w po­rządku - mówi Cilla, po­spiesz­nie wsta­jąc i otrze­pu­jąc śnieg z pu­cho­wej kurtki i spodni. - Nic się nie stało.

- Na pewno? - cią­gnie męż­czy­zna. - Kiep­sko to wy­glą­dało, jak się prze­wró­ci­łaś.

- Na pewno.

Pró­buje się do niego uśmiech­nąć, roz­glą­da­jąc się jed­no­cze­śnie do­okoła.

- Nie mogę zna­leźć klu­czy­ków do sa­mo­chodu, ale nic nie szko­dzi, bo mój mąż nie­długo przy­je­dzie ze swo­imi.

- To do­brze.

Pa­trzy na nią przez chwilę ba­daw­czo, a po­tem od­cho­dzi da­lej w noc.

Cilla po raz drugi tego wie­czoru ma wy­rzuty su­mie­nia. Chciał być po pro­stu uprzejmy, ale ona uznała za pewne, że jest mor­dercą albo gwał­ci­cie­lem.

W to­rebce jest jedna wielka ko­tło­wa­nina, ale klu­czy­ków do sa­mo­chodu w niej nie ma. Na pewno zo­sta­wiła je w re­dak­cji. Od­wraca się i bie­gnie z po­wro­tem. Musi jesz­cze raz po­grze­bać w to­rebce i zna­leźć pęk klu­czy z bre­lo­kiem zbli­że­nio­wym, żeby wejść do środka. Winda stoi na par­te­rze, a kiedy do niej wcho­dzi i na­ci­ska przy­cisk na trze­cie pię­tro, wpada jej do głowy myśl, że praw­do­po­dob­nie jest te­raz w bu­dynku sama.

Wyj­muje pil­nik do pa­znokci i staje w po­zy­cji obron­nej, trzy­ma­jąc go w jed­nej ręce, a bre­lok w dru­giej, po czym wy­cho­dzi z windy i rzuca się do drzwi re­dak­cji. Szyba grze­cho­cze, kiedy za­myka za sobą tak szybko, jak tylko po­trafi. W sali jest wciąż ja­sno, więc od­dy­cha z pewną ulgą, prze­cho­dząc obok pu­stych biu­rek. Może jed­nak Gun­nar wciąż jesz­cze nie wy­szedł? Pod­cho­dzi do swo­jego miej­sca, ale go nie wi­dać. Biurko, przy któ­rym sie­działa chwilę temu, jest zu­peł­nie pu­ste. Nie leżą na nim żadne klu­czyki.

Opróż­nia na blat to­rebkę z ca­łej za­war­to­ści i wy­trząsa każdą dro­binkę ku­rzu. Pa­pierki po toffi, tam­pony, stary smo­czek Au­gu­sta i pięć róż­nych błysz­czy­ków, spo­śród któ­rych czer­wony spada na pod­łogę. To­rebka jest cał­ko­wi­cie pu­sta. Ale klu­czy­ków nie ma. Po­spiesz­nie wkłada wszystko z po­wro­tem do środka i za­miast tego de­cy­duje się we­zwać tak­sówkę. Nie za­mie­rza wy­cho­dzić, do­póki sa­mo­chód nie sta­nie tuż pod drzwiami. Kiedy po­chyla się nad biur­kiem, żeby się­gnąć po te­le­fon, coś w kie­szeni kurtki ude­rza ją mocno o bio­dro. Klu­czyki.

Tym ra­zem scho­dzi trzy pię­tra scho­dami i za­nim od­waży się otwo­rzyć drzwi wej­ściowe, przy­ci­ska nos do szyby i pró­buje spoj­rzeć jak naj­da­lej w prawo i w lewo.

Bie­gnie w stronę sa­mo­chodu, tym ra­zem z klu­czy­kami w ręce, ale nie ma od­wagi ode­tchnąć, do­póki nie uda się jej otwo­rzyć sa­mo­chodu, usiąść na sie­dze­niu, za­mknąć za sobą i szybko stam­tąd od­je­chać.

Do parku, w któ­rym chwilę temu miał miej­sce na­pad, jest tylko kil­ka­set me­trów. Mi­ja­jąc ho­tel Scan­dic, za późno się orien­tuje, że Träd­g?rds­ga­tan jest za­mknięta z po­wodu prac bu­dow­la­nych. Musi skrę­cić w prawo i prze­je­chać obok parku z in­sta­la­cją Tak czy nie, jak po­tocz­nie ma­wia się na dzieło sztuki zdo­biące jedną z alei. Wo­kół parku na­dal stoi kilka ra­dio­wo­zów z mi­ga­ją­cymi ko­gu­tami. Te­ren jest ogro­dzony, a na miej­scu znaj­duje się ka­retka po­go­to­wia. Ko­bieta, która była ofiarą na­padu, praw­do­po­dob­nie na­dal tam jest.

Kiedy Cilla na­resz­cie wraca do domu, jest prze­jęta i szybko opo­wiada Jos­sie o ko­lej­nym na­pa­dzie i o tym, jak prze­wró­ciła się na ulicy, o męż­czyź­nie, który pod­szedł, i o tym, jak po­bie­gła z po­wro­tem, żeby po­szu­kać klu­czy­ków, które cały czas miała w kie­szeni.

- Nie mo­gła­byś tu dzi­siaj prze­no­co­wać? Pro­szę!

- Ale nie mam ze sobą ubrań na ju­tro - mówi Jossa.

- Mo­żesz wziąć z szafy wszystko, co tylko chcesz, tylko zo­stań. Po­łożę Au­gu­sta, że­by­śmy mo­gły coś prze­gryźć przed pój­ściem spać.

Au­gust po­łyka pół alve­donu i w dwie se­kundy za­sy­pia. Cilla ścieli Jos­sie łóżko w po­koju Wil­liama, po czym scho­dzi do kuchni, żeby za­brać ser i kra­kersy.

- Chcesz wina?

- Skoro fak­tycz­nie mam no­co­wać, chęt­nie wy­piję lampkę.

Sia­dają na so­fie, a kiedy Cilla bar­dziej szcze­gó­łowo opo­wiada o dniu spę­dzo­nym w piw­nicy i wie­czor­nych przy­go­dach, Jossa nie może się po­wstrzy­mać, by jej nie wy­śmiać.

- Od­biło ci już to­tal­nie - mówi. - Cy­kor z cie­bie straszny, już od­kąd by­łaś mała. Nic ci się nie stało, jak się prze­wró­ci­łaś?

- Nie, nie wy­daje mi się - od­po­wiada Cilla, pa­rząc na swoje dło­nie, w tym jedną okle­joną niedź­wiad­kami Bamse, żeby spraw­dzić, czy się nie po­dra­pała, kiedy po­le­ciała na zie­mię.

Gdy póź­niej myje zęby przy umy­walce, Jossa za­krada się za nią i szep­cze jej do ucha: re­drum, re­drum. Cilla ma ochotę ją ude­rzyć.

- Prze­pra­szam - śmieje się Jossa. - Nie mo­głam się po­wstrzy­mać.

- Ty świ­ru­sko. Ale dzięki, że zo­sta­jesz na noc. Ja już chyba wa­riuję.

- Już? - pyta Jossa, szcze­rząc zęby. - Ty od za­wsze by­łaś wa­riatką, sio­strzyczko. Do­brze pa­mię­tam, jak po szkole za­my­ka­łaś się w swoim po­koju, do­póki mama i tata nie wró­cili z pracy. Sły­sza­łaś, jak ja­cyś lu­dzie wcho­dzili po scho­dach, cho­ciaż ewi­dent­nie ni­kogo tam nie było, i już wtedy wy­obra­ża­łaś so­bie różne głu­poty.

- Ożeż ty!

Cilla pry­ska jej wodą w twarz, po czym młod­sza sio­stra goni ją na górę. Tak samo jak dwa­dzie­ścia pięć lat temu.

- Ci­cho, że­byś nie obu­dziła chło­pa­ków - mówi Jossa, a Cilla układa z dłoni serce i kie­ruje w jej stronę, po czym wcho­dzi do sy­pialni.

Kiedy Cilla leży już w łóżku, nie może za­snąć. My­śli o ka­retce w parku i tych wszyst­kich ra­dio­wo­zach. Od­suwa rękę Au­gu­sta, która leży na jej szyi, od­wraca się i wpa­truje w drzwi.

*

W domu w końcu ga­śnie świa­tło, a Flo­rin wie, że u ko­biety ktoś dzi­siaj no­cuje. Otwiera okno i wśli­zguje się do środka. Po­tem tak ci­cho, jak to tylko moż­liwe, zdej­muje jedno po­lano za dru­gim po le­wej stro­nie sterty drewna i układa je w stos na be­to­no­wej pod­ło­dze. Jest za­do­wo­lony ze swo­jej pracy do­piero wtedy, gdy otwór jest wy­star­cza­jąco sze­roki, by mógł wczoł­gać się na swoje le­go­wi­sko za ścianą drewna. Może po­ło­żyć się na zna­le­zio­nych dy­wa­ni­kach, a nie­wiele rze­czy, które po­siada, kła­dzie w naj­dal­szym ką­cie pod ścianą.

Po­tem układa drewno na gó­rze stosu, ale zo­sta­wia wy­star­cza­jąco dużo kloc­ków, żeby zbu­do­wać drzwi do swo­jego le­go­wi­ska.

Prze­kła­da­nie drewna tam i z po­wro­tem wy­maga sporo pracy, ale to bez zna­cze­nia. Czas to je­dyne, czego ma pod do­stat­kiem. Za­pala kilka świe­czek do pod­grze­wa­czy, które wkłada do pu­stych sło­ików i sta­wia w swo­jej ma­łej no­rze.

Cią­gle ma się na bacz­no­ści i w na­pię­ciu na­słu­chuje ja­kich­kol­wiek dźwię­ków.

24 lutego, piątek

Cilla par­kuje na Ny­tor­get nie­da­leko re­dak­cji ga­zety. Naj­pierw pę­dzi do kio­sku Press­by­r?n, żeby ku­pić cze­ko­la­do­wego wa­felka, i iry­tuje się na dro­bia­zgo­wego męż­czy­znę, który stoi przed nią w ko­lejce. Po­woli układa w kupki całą masę jed­no­ko­ro­nó­wek, żeby za­pła­cić za torbę z mie­szanką pra­li­nek Bridge. Boże, czy on opróż­nił dzie­cięcą skar­bonkę, czy co? Robi się jej tak go­rąco, że musi zdjąć płaszcz, pod­czas gdy małe kro­pelki potu za­czy­nają per­lić się na czole. Fa­cet uśmie­cha się do niej sze­roko, gdy na­resz­cie koń­czy. Jakby się z nią tylko draż­nił.

- Pro­szę, pro­szę, Cilla, więc dziś na obiad wa­fe­lek? - pyta męż­czy­zna za ladą.

- No tak, nie­stety nie ina­czej - od­po­wiada Cilla sta­rusz­kowi. - Zo­ba­czymy, czy wie­czo­rem zejdę jesz­cze raz, kiedy za­cznie mi bur­czeć w brzu­chu.

- Nie­do­brze, nie­do­brze - sprze­dawca śmieje się chra­pli­wie. - A może zja­dła­byś kieł­ba­skę?

- Te­raz nie zdążę - od­ma­wia Cilla. - Jak już, to zejdę pod­czas prze­rwy.

- Zejdź, zejdź. Coś mi się zdaje, że ro­bisz się chud­sza i za­bie­dzona - mówi i do­rzuca jo­gurt do pi­cia. - Na koszt firmy.

- Ojej, ja­kie to miłe.

Płaci i znów pę­dzi po scho­dach do re­dak­cji, jak to robi pra­wie każ­dego po­po­łu­dnia około czwar­tej. Wciąż nie ma żad­nego roz­wią­za­nia na przy­szłość. Tylko ma­rze­nia okra­szone bó­lem brzu­cha. Ale za kilka dni spo­tka się z ko­bietą z urzędu pracy i je­śli do­sta­nie do­fi­nan­so­wa­nie na roz­po­czę­cie wła­snej dzia­łal­no­ści, być może od­waży się wcie­lić swoje plany w ży­cie.

Pod­czas ko­le­gium do­stali tro­chę wię­cej in­for­ma­cji o ostat­nim na­pa­dzie, ale po­li­cja na­dal wy­raża się bar­dzo po­wścią­gli­wie i to, co byli w sta­nie do­dać, nie ma więk­szej war­to­ści.

Kiedy już roz­lo­ko­wała wie­czorne na­główki na pierw­szej stro­nie, wy­brała zdję­cia i do­kład­nie spraw­dziła tek­sty, pa­kuje się i sprząta swoje miej­sce pracy. Ju­tro usią­dzie tu ktoś inny. Te­raz przed nią dwa wolne wie­czory, przy­naj­mniej od ga­zety. A po­tem za­cznie się ko­lejny ty­dzień ha­rówki, kiedy to bę­dzie pra­co­wała sie­dem nocy z rzędu.

- Dzię­kuję za ten ty­dzień - mówi Gun­nar i spo­gląda na nią znad oku­la­rów do czy­ta­nia. - Bę­dziesz miała luź­niej w week­end?

- Tak so­bie, śpie­wam ju­tro wie­czo­rem, a poza tym bę­dziemy da­lej ro­bić re­mont, skoro Henke już wraca.

- Ale pra­cu­jesz, ale za­su­wasz. Pa­mię­taj, że ty też mu­sisz kie­dyś od­po­czy­wać.

Cilla scho­dzi na dół i na ze­wnątrz czuje zimne nocne po­wie­trze. Sund­svall wy­daje się kom­plet­nie opu­sto­szałe, mimo że jest piąt­kowy wie­czór. Re­dak­cja znaj­duje się pra­wie w cen­trum mia­sta, ale chłodny zi­mowy wie­czór nie przy­ciąga pew­nie zbyt wielu im­pre­zo­wi­czów, my­śli Cilla, roz­glą­da­jąc się po dro­dze do auta, tym ra­zem z klu­czy­kami w ręku. Na Köp­man­ga­tan wi­dzi sa­mot­nego noc­nego spa­ce­ro­wi­cza, ale poza tym jest nie­przy­jem­nie ci­cho i pu­sto. Sły­chać je­dy­nie skrzy­pie­nie jej bu­tów na chod­niku po­kry­tym śnie­giem. Ze­gar nie­długo wskaże pierw­szą, a ona ma­rzy tylko o tym, by wró­cić do domu i po­ło­żyć się do łóżka.

Gdy pod­cho­dzi do sa­mo­chodu, za­uważa, że na śniegu zgro­ma­dzo­nym na przed­niej szy­bie leży kar­teczka.

Do dia­bła. Man­dat.

Oczyma wy­ob­raźni wi­dzi, jak pięć tak po­trzeb­nych stu­ko­ro­no­wych bank­no­tów roz­pływa się w po­wie­trzu. Ale kiedy pod­cho­dzi bli­żej, wi­dzi, że to ręcz­nie wy­pi­sana no­tatka z roz­ma­za­nym tek­stem.

Ład­nie ci w tej su­kience.

Cilla roz­gląda się szybko do­okoła i na­gle czuje się ob­ser­wo­wana. Ciarki roz­cho­dzą się jej po ca­łym ciele. Bie­rze kar­teczkę, otwiera drzwi do sa­mo­chodu i za­myka za sobą, jak tylko może naj­szyb­ciej. Przed od­pa­le­niem sil­nika upew­nia się, że nikt nie sie­dzi na tyl­nym sie­dze­niu, i gło­śno klnie, kiedy pró­buje wy­co­fać. Sa­mo­chody stoją tak cia­sno, że za pierw­szym ra­zem nie udaje się jej wy­je­chać. Cofa nieco, a na­stęp­nie znowu ru­sza do przodu i pró­buje wy­krę­cić. Serce mocno jej wali, kiedy wi­dzi, jak sa­motny nocny spa­ce­ro­wicz od­wraca się i idzie w jej stronę. Dla­czego za­wraca? Do­kąd te­raz idzie? Po dwóch ko­lej­nych pró­bach udaje się jej wy­do­stać z miej­sca par­kin­go­wego, tuż za­nim męż­czy­zna się zbli­żył, i szybko stam­tąd od­jeż­dża.

W dro­dze do domu, do Hagi uspo­kaja się, a słowa Jossy od­bi­jają się echem w jej gło­wie. Od za­wsze taka by­łaś i wy­obra­ża­łaś so­bie pełno róż­nych rze­czy. A może to któ­ryś z ko­le­gów robi so­bie z niej żarty? Kto inny mógłby wie­dzieć, co miała na so­bie dziś wie­czo­rem? I to ona, która zwy­kle ni­gdy nie nosi su­kie­nek.

Kiedy wcho­dzi do domu, Henke już śpi na so­fie, więc bu­dzi go, żeby mógł umyć zęby. Mąż roz­biera się i wśli­zguje na swoją stronę łóżka. Cilla jesz­cze nie zdjęła ubrań, a on już gło­śno chra­pie. Obaj chłopcy śpią w ich po­dwój­nym łóżku, więc spy­cha cie­płe ciałka na śro­dek, po czym wpełza na sam brzeg. Musi opie­rać się o sto­lik nocny, żeby nie spaść na pod­łogę. Wy­star­czy za­le­d­wie parę mi­nut, a już Au­gust leży jej na brzu­chu, a Wil­liam na jej no­gach uło­żył swoje. Jakby miała w so­bie ja­kąś ma­gne­tyczną siłę, która przy­ciąga do niej dzieci, mimo że śpią. Obaj chłopcy znaj­dują się te­raz prak­tycz­nie na niej, pod­czas gdy Henke leży na wznak zu­peł­nie sam po swo­jej stro­nie.

Ju­tro bę­dzie mu­siała po­wie­dzieć mu o kartce. I o wszyst­kim in­nym, co, jak się wy­daje, dzieje się wo­kół niej. Mama ma ra­cję? Po­pa­dła w pa­ra­noję i za­częła wie­rzyć, że do­słow­nie każdy w taki czy inny spo­sób ją prze­śla­duje?

Nie może za­snąć, więc za­miast tego za­czyna się za­sta­na­wiać, w co po­winna się ubrać na ju­trzej­szy wy­stęp w banku, i przy­po­mina so­bie, że za­po­mniała prze­prać czer­woną su­kienkę po tym, jak ostatni raz miała ją na so­bie. Wy­myka się i szybko scho­dzi do pralni po su­kienkę i pro­szek. Nur­kuje w ko­szu z pra­niem i na sa­mym dnie znaj­duje su­kienkę. Drzwi do ko­tłowni są uchy­lone, więc je do­myka, chwyta pro­szek i płyn do płu­ka­nia, po czym pę­dzi z po­wro­tem na górę. Wy­da­wało się jej czy wi­działa z ko­tłowni ja­kieś świa­tło? Oczy­wi­ście, że nie. To mu­siał być blask księ­życa, który wpa­dał przez okno.

W kuchni na­peł­nia umy­walkę wodą i płu­cze su­kienkę, po czym wie­sza ją w przed­po­koju, żeby zdą­żyła wy­schnąć przed wy­stę­pem. A za­nim wej­dzie do sy­pialni, spraw­dza, czy drzwi do piw­nicy są za­mknięte na klucz. Mimo że Henke jest w domu, nie czuje się bez­piecz­nie z wielką piw­nicą. Tak jakby żyła wła­snym ży­ciem, więc Cilla nie chce zo­sta­wać tam na dole ani na se­kundę dłu­żej, niż to ko­nie­czne. A zwłasz­cza w nocy.

25 lutego, sobota

Kiedy w so­botni po­ra­nek Cilla przy­nosi ga­zetę ze skrzynki na li­sty, za nic nie może roz­po­znać pierw­szej strony, którą za­pro­jek­to­wała po­przed­niego wie­czoru. Nowy na­głó­wek brzmi: Tylko u nas! Ko­lejna nocna próba gwałtu w cen­trum mia­sta! Jej cia­łem wstrząsa dreszcz. Gun­nar mu­siał się tego do­wie­dzieć aku­rat wtedy, gdy Cilla już po­szła do domu, i prze­ro­bił stronę. Czyta, że na­pad miał miej­sce obok fon­tanny po­ło­żo­nej mię­dzy ra­tu­szem a "Sund­svalls Tid­ning". Jak bli­sko. Mo­głaby wszystko zo­ba­czyć z okna re­dak­cji, gdyby wyj­rzała.

- Mamo! - woła Wil­liam. - Au­gust roz­lał cze­ko­ladę na sofę!

- Ojej, już idę. Wil­liam, mo­żesz sko­czyć na górę i obu­dzić tatę? Po­wi­nien już wsta­wać.

Spró­bują się dzi­siaj za­jąć wy­bu­rzoną ścianą w to­a­le­cie dla go­ści. Żadne z nich spe­cjal­nie się do tego nie wy­rywa, ale nie da się już tego od­kła­dać.

Cilla sły­szy, jak Wil­liam wska­kuje na gó­rze do łóżka Hen­kego i ze śmie­chem pró­buje go obu­dzić.

- Obudź się, tato, obudź się!

Henke char­czy w od­po­wie­dzi, a Cilla zde­cy­do­wa­nym kro­kiem idzie do sy­pialni i pod­nosi ża­lu­zje, tak że słońce świeci bez­po­śred­nio na męża.

- Dzień do­bry, śpio­chu - mówi.

- Dzień do­bry, śpio­chu - po­wta­rza Wil­liam.

- Do­bjy pio­chu - na­śla­duje Au­gust, który te­raz też wska­kuje do łóżka obok Hen­kego.

- Sły­chać tu echo? - pyta świeżo roz­bu­dzony Henke. - W su­mie to chyba je­stem prze­zię­biony...

Pa­trzy bła­gal­nie na Cillę.

- O nie, na­wet nie pró­buj - od­po­wiada. - Mu­simy dziś na­pra­wić tę ścianę, za­nim po­jadę wie­czo­rem śpie­wać. Ju­tro przyj­dzie tata i nam po­może, ale wcze­śniej mu­simy wszystko przy­go­to­wać.

- Wiem, ale wo­lał­bym po pro­stu po­le­niu­cho­wać na so­fie z tobą i chło­pa­kami - mówi Henke, wstaje i przy­tula Cillę od tyłu.

Wła­ści­wie to po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu czuje mro­wie­nie tam na dole, ale od razu się blo­kuje. Co jak co, ale nie mają czasu.

To do­bry dzień. Cilla nad­zo­ruje po­stępy, za­grzewa do pracy i roz­wią­zuje pro­blemy, jak to prze­waż­nie ma miej­sce, cho­ciaż stara się do tego nie do­pusz­czać. Lunch składa się z kieł­ba­sek, które gril­lują na ta­ra­sie, a kiedy póź­niej mę­ska część ro­dziny za­siada na zie­lo­nej so­fie, te­raz z plamą o za­pa­chu cze­ko­lady, Cilla za­czyna się kon­cen­tro­wać przed wie­czor­nym wy­stę­pem. Prze­gląda swoje sce­niczne stroje i wy­ciąga dwa ze­stawy w róż­nych ko­lo­rach, a do tego czer­woną su­kienkę. Dziś wie­czo­rem wy­stąpi cała w bieli, cała w czer­wieni i cała w czerni. Pla­nuje trzy wej­ścia na scenę. Jedno pod­czas je­dze­nia przy­stawki, jedno do da­nia głów­nego i jedno do de­seru. W su­mie dwa­na­ście pio­se­nek i ewen­tu­al­nie ja­kiś do­dat­kowy nu­mer, je­śli spodoba się go­ściom.

Wkłada szla­frok i klapki, scho­dzi po stro­mych scho­dach do piw­nicy, gdzie znaj­duje się prysz­nic, i po­spiesz­nie za­myka za sobą drzwi. Te­raz, kiedy Henke jest w domu, a dzienne świa­tło wpada przez okna, daje so­bie dużo czasu - na­kłada ma­skę na włosy oraz robi pe­eling ca­łego ciała. Czuje się tak, jakby przez cały ty­dzień po­rząd­nie się nie umyła, i nie może się do­cze­kać, aż ła­zienka na gó­rze bę­dzie go­towa.

Po prysz­nicu w ła­zience o go­łych ścia­nach staje przed lu­strem, żeby wy­su­szyć włosy, i na ja­sne pu­kle na­kłada grube wałki. Po do­da­niu wło­som ob­ję­to­ści od­ro­sty nie są aż tak wi­do­czne.

Ma­luje się z wprawą pod­kła­dem kry­ją­cym, ró­żem, sza­rym cie­niem do po­wiek, odro­biną tu­szu do rzęs i błysz­czy­kiem. Na­stęp­nie zdej­muje wałki, lekko po­trząsa głową i koń­czy ukła­da­nie fry­zury, pry­ska­jąc la­kie­rem. Fan­ta­stycz­nie znowu zro­bić się na bó­stwo. Od ostat­niego razu już tro­chę mi­nęło.

- Mamo, ale je­steś ładna - mówi Wil­liam, kiedy ją za­uważa.

- Dzię­kuję, ko­cha­nie moje, bar­dzo mi miło.

Bie­rze Wil­liama w ob­ję­cia i go przy­tula.

Henke gwiż­dże za­wa­diacko z sofy, gdzie sie­dzi z Au­gu­stem, który za­snął mu na ko­la­nach. Cilla się uśmie­cha.

- W lo­dówce jest sos bo­lo­gnese, mo­że­cie go so­bie po­tem od­grzać - mówi.

- Po­sta­no­wi­li­śmy, że wie­czo­rem bę­dziemy im­pre­zo­wać przy pizzy, co nie, Wil­liam?

Wil­liam tań­czy po po­koju i śpiewa: Pizza, pizza, pizza.

- Nie bę­dzie mnie parę go­dzin, więc zo­ba­czymy się, jak ju­tro wsta­nie­cie.

Wil­liam mocno ją przy­tula. Au­gust się bu­dzi i za­czyna pła­kać. Znowu jest roz­pa­lony. Wy­rzuty su­mie­nia za­czy­nają ssać ją w żo­łądku, tak że naj­chęt­niej zmy­łaby cały ma­ki­jaż i wśli­znęła się na sofę ze swoją ro­dziną.

- Jedź już - mówi Henke, wi­dząc, jak cierpi. - Chodź, Au­gust, zbu­du­jemy coś z lego.

- Nie chcę.

Au­gust cze­pia się Cilli jak małpka i nie pusz­cza.

- Chodź, zo­ba­czymy, czy w szafce są słod­ko­ści na so­botę - mówi Cilla, nio­sąc ze sobą do kuchni uwie­szo­nego na so­bie syna. Wil­liam idzie za nimi.

Au­gu­sta udaje się zmięk­czyć, po czym Henke może prze­jąć sprawę i od­wró­cić uwagę syna sło­dy­czami i lego.

- Bę­dziesz późno? - szep­cze Henke.

- Nie, ra­czej nie. Może nie bę­dziesz jesz­cze spał, jak wrócę?

- Chyba nie będę - mówi Henke i pusz­cza do niej oko. - Po­wo­dze­nia wie­czo­rem. Tylko na sie­bie uwa­żaj, okej?

Pa­trzy zna­cząco na ga­zetę roz­ło­żoną przed nim na stole. Czarny na­głó­wek zaj­muje całą stronę. Cilla kiwa głową i bie­rze torbę z ubra­niami, bu­tami, ko­sme­ty­kami do ma­ki­jażu i ta­ble­tem ze wszyst­kimi pod­kła­dami do dzi­siej­szych pio­se­nek. Wpraw­dzie prze­cho­wy­wa­nie ścieżki dźwię­ko­wej na ma­łym dysku jest ła­twe, ale za­wsze le­piej mieć ze sobą praw­dzi­wych mu­zy­ków. Firma po­nio­słaby jed­nak zbyt duże koszty, gdyby Cilli to­wa­rzy­szył pia­ni­sta albo gi­ta­rzy­sta, więc tego wie­czoru mu­siała się za­do­wo­lić mniej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym roz­wią­za­niem. Czyli na­graną mu­zyką.

Ale lep­sze to niż wcale nie mieć pracy.

Rzuca to­rebkę na tylne sie­dze­nie i od­jeż­dża. Kiedy sły­szy, o czym mó­wią w wia­do­mo­ściach, pod­kręca gło­śnik ra­dia.

Tym ra­zem także męż­czy­zna za­kradł się do ofiary od tyłu i wło­żył jej na głowę ma­te­ria­łową torbę. Na­stęp­nie po­cią­gnął ją do tyłu, za­nim zdo­łała się wy­rwać. Wi­dziano go, jak od­biega w kie­runku Idrot­t­spar­ken. Po­li­cja ostrzega...

Słu­cha­jąc, Cilla robi kilka okrą­żeń po uli­cach, za­nim w końcu znaj­duje miej­sce par­kin­gowe przy ho­telu Strand. To nie­da­leko od banku, gdzie pra­cuje dziś wie­czo­rem, cho­ciaż naj­chęt­niej sta­nę­łaby tuż pod bu­dyn­kiem. Biedna dziew­czyna. Ju­tro na pewno bę­dziemy mo­gli prze­czy­tać wię­cej, my­śli i roz­gląda się uważ­nie do­okoła, po czym wy­cho­dzi z sa­mo­chodu i bie­gnie truch­tem, cią­gnąc ró­żową wa­lizkę na kół­kach.

Uprzejma ko­bieta, która umó­wiła z nią wy­stęp, przy­wi­tała ją i wpro­wa­dziła ją do nie­du­żego schowka obok kuchni nie­da­leko sali ban­kie­to­wej. To jej prze­bie­ral­nia na dzi­siej­szy wie­czór, na­wet po­sta­wili tam dla niej lu­stro. Za­dbali o wszystko, my­śli, i robi się jej cie­pło na sercu, gdy od­kłada ba­gaż i wy­cho­dzi do pięk­nej sali ban­kie­to­wej, która wkrótce za­pełni się go­śćmi. Dźwię­ko­wiec za­trud­niony na ten wie­czór stoi w naj­dal­szym rogu po­miesz­cze­nia. Cilla daje mu ta­blet i kartkę z li­stą pio­se­nek.

- Wszyst­kie ka­wałki za­pi­sa­łam we wła­ści­wej ko­lej­no­ści, więc wy­star­czy, że­byś włą­czał wszyst­kie je­den po dru­gim - mówi i uśmie­cha się do niego z za­do­wo­le­niem.

- Świet­nie. To może prze­te­stujmy dźwięk - od­po­wiada on, po­da­jąc jej mi­kro­fon.

- Aaaaia­aaaaj will al­ways love you... Bę­dzie do­brze, ale mo­żesz ciut pod­nieść to­na­cję i do­dać tro­chę więk­szy po­głos, jakby dało radę.

Cilla spraw­dza znowu i wła­ści­wie chcia­łaby, żeby po­głos był jesz­cze więk­szy, lecz nie chce ro­bić kło­potu, więc nic już nie mówi. To i tak luk­sus, że na miej­scu jest dźwię­ko­wiec. przy­zwy­cza­iła się do tego, że sama mu­siała o wszystko za­dbać te kilka razy, kiedy śpie­wała dla pu­blicz­no­ści. Ale dziś wie­czo­rem zo­sta­nie wy­gło­szo­nych mnó­stwo prze­mó­wień i będą wy­świe­tlane po­kazy slaj­dów, a bank wy­na­jął za­równo sprzęt na­gła­śnia­jący, jak i dźwię­kowca. Za­pewne dla­tego nie wy­star­czyło pie­nię­dzy na mu­zyka, który mógłby jej akom­pa­nio­wać, ale za­letą na­gra­nej mu­zyki jest szyb­kie prze­pro­wa­dze­nie próby dźwięku.

Pod­czas gdy za­pro­szeni wy­peł­niają salę i są wi­tani przez dy­rek­tora, ona wy­co­fuje się do prze­bie­ralni. Go­ście wzno­szą to­ast, a po­tem za­czy­nają roz­ma­wiać, pod­czas gdy kel­nerki jedna za drugą po­dają przy­stawki, mi­ja­jąc Cillę. Do­biega ją do­no­śny gwar i zdaje się, że wszy­scy do­brze się ba­wią. Z jej brzu­cha roz­brzmiewa gło­śny dźwięk, tak że musi szybko po­szu­kać to­a­lety. Za każ­dym ra­zem ta sama hi­sto­ria. Za­wsze czuje się zde­ner­wo­wana przed pierw­szym wej­ściem, za­nim wy­czuje na­strój pa­nu­jący wśród go­ści. To naj­trud­niej­szy mo­ment pod­czas każ­dej wie­czor­nej im­prezy. Kiedy już stoi na sce­nie i na­wią­zuje więź z ko­biecą czę­ścią pu­blicz­no­ści, zwy­kle wszystko wy­cho­dzi do­sko­nale. Zdą­żyła już się na­uczyć.

Wra­ca­jąc z to­a­lety, mija okno wy­cho­dzące na park Vän­g?van. Nie może się po­wstrzy­mać, by nie przy­sta­nąć i nie za­chwy­cić się wi­do­kiem z ład­nie oświe­tloną fon­tanną po­środku parku, który ota­czają te wszyst­kie oka­załe stare domy z ka­mie­nia. Do­piero te­raz, kiedy pa­trzy na ten te­ren z góry, ude­rza ją, że w każ­dym bu­dynku wo­kół parku mają sie­dzibę banki. Do­strzega, jak w ko­lejce przed re­stau­ra­cją Oscar dwóch chło­pa­ków za­czyna się po­py­chać i wcho­dzi mię­dzy nich ochro­niarz.

Po po­wro­cie siada przed lu­strem, po­pra­wia lekko ma­ki­jaż i po­now­nie spry­skuje la­kie­rem włosy.

- Za­raz za­czy­namy sprzą­tać po przy­staw­kach - in­for­muje ją jedna z kel­ne­rek, mi­ja­jąc prze­bie­ral­nię.

To znak, że Cilla ma wejść na scenę i za­śpie­wać dwie pio­senki. Wy­pija łyk wody i po raz ostatni spraw­dza w lu­strze białą su­kienkę i boa. Na wszelki wy­pa­dek na­kłada jesz­cze wię­cej błysz­czyka. Co ona by zro­biła bez tej lep­kiej mazi, którą non stop wciera w wargi?

Staje w wej­ściu do sali i kiwa do dźwię­kowca, żeby włą­czył pio­senkę.

I'm no­thing spe­cial, in fact, I'm a bit of a bore... - Cilla prze­cha­dza się mię­dzy sto­łami i śpiewa wy­świech­tany szla­gier ABB-y, uśmie­cha­jąc się naj­pierw ra­do­śnie do każ­dej z ko­biet. Męż­czyzn nie za­uważa wcale. Kiedy przy­cho­dzi pora na re­fren, za­pra­sza wszyst­kich ge­stem do wspól­nego śpie­wa­nia. Pierw­szy re­fren brzmi nie­pew­nie, za to dwa ko­lejne dużo le­piej. Dzię­kuje za okla­ski i po­moc w śpie­wa­niu, a szcze­gól­nie chwali żeń­skie głosy na sali, jak się na­uczyła - z ko­rzy­ścią dla wszyst­kich.

- Dziew­czyny, po­win­ny­ście za­ło­żyć wła­sny chór ban­kowy - mówi za­chę­ca­jąco.

Na­strój się za­gęsz­cza, a ona już wie, że to bę­dzie udany wie­czór. Na­stępny utwór to Moim męż­czy­zną je­steś ty He­len Sjöholm. Ośmiela się te­raz żar­to­wać z męż­czy­znami ze zgro­ma­dzo­nego to­wa­rzy­stwa, spa­ce­ru­jąc w boa i okrę­ca­jąc je im wo­kół szyi. Trasę po sali pla­nuje tak, aby za­koń­czyć wy­bra­niem na dżen­tel­mena wie­czoru go­ścia ho­no­ro­wego firmy - sta­rego dy­rek­tora banku, który od­szedł na eme­ry­turę przed kilku laty. Po­miesz­cze­nie wy­peł­niają wi­waty i okla­ski, gdy pod ko­niec pio­senki siada mu na ko­la­nach.

Na­uczyła się roz­gry­zać lu­dzi. Zda­rza się cza­sami, że w ostat­niej chwili musi zmie­nić "ofiarę", je­śli wi­dzi, że wy­brany męż­czy­zna nie chce zna­leźć się w cen­trum uwagi, ale dziś jest ina­czej. Dżen­tel­men wie­czoru wy­ko­rzy­stuje po­nadto oka­zję, aby po­kle­pać ją w pupę tro­szeczkę moc­niej, lecz stara się nie brać mu tego za złe. Sama prze­cież usia­dła mu na ko­la­nach. Nie ozna­cza to wpraw­dzie za­pro­sze­nia, by się spo­ufa­lać, ale ona nie chce urzą­dzać sceny, która mo­głaby przy­pra­wić in­nych go­ści o dys­kom­fort.

Kiedy wraca do swo­jej prze­bie­ralni, uśmie­cha się do wszyst­kich przy­jaź­nie i na­gle za­uważa drob­nego męż­czy­znę, który sie­dzi w rogu na sa­mym końcu sali i się w nią wpa­truje. Jest w nim coś zna­jo­mego, a jego spoj­rze­nie spra­wia, że Cilla na krótką chwilę za­styga w bez­ru­chu. Męż­czy­zna wy­gląda dość młodo, a jed­no­cze­śnie w pe­wien spo­sób jak sta­ru­szek. Może jest tro­chę star­szy od niej, nie­wy­soki i szczu­pły, a jego gar­ni­tur spra­wia wra­że­nie za du­żego o co naj­mniej je­den roz­miar. Ma bladą twarz, do tego nieco prze­rze­dzone włosy, pro­sto­kątne oku­lary i na­pięte szczęki. Jakby z ja­kie­goś po­wodu za­ci­skał zęby. Cie­kawe, na ja­kim sta­no­wi­sku w banku pra­cuje? Może to ja­kiś tech­no­lo­giczny nerd? Jego są­siadki przy stole nie wy­glą­dają, jakby do­brze się ba­wiły. Obie sie­dzą od­wró­cone do niego ple­cami i są cał­ko­wi­cie po­chło­nięte roz­mową z po­zo­sta­łymi go­śćmi sie­dzą­cymi wo­kół okrą­głego stołu. Kiedy Cilla prze­cho­dzi, męż­czy­zna śle­dzi ją wzro­kiem, nie zmie­nia­jąc wy­razu twa­rzy.

W prze­bie­ralni stoi ta­lerz z za­pie­kanką czosn­kową i cien­kimi pla­strami mięsa, który po­sta­wiła dla niej ob­sługa. Mi­nie tro­chę czasu, za­nim na­dej­dzie pora ko­lej­nego wej­ścia, więc Cilla ko­rzy­sta z oka­zji, by zjeść i po­wtó­rzyć tek­sty do na­stęp­nych utwo­rów.

Wie­czór mija bez ja­kich­kol­wiek in­cy­den­tów, a ona do­staje dłu­gie brawa, gdy dzię­kuje pu­blicz­no­ści po dru­gim nu­me­rze na bis. Pa­ku­jąc stroje do wa­lizki, stwier­dza, że wie­czór był udany. Zerka na ze­ga­rek i wi­dzi, że nie ma na­wet dwu­na­stej. Może Henke jesz­cze nie śpi? Po­winna szybko je­chać do domu. Ni­gdy nie mają czasu, żeby ze sobą dłu­żej po­roz­ma­wiać, no i po­winni też upra­wiać seks. Le­dwo może so­bie przy­po­mnieć, kiedy był ostatni raz.

Wy­cho­dzi wyj­ściem dla per­so­nelu i jest za­do­wo­lona, że w ko­lejce do Oscara na­dal stoją lu­dzie. W ta­kim ra­zie nie jest to tak wy­marłe mia­sto jak wczo­raj w nocy, my­śli, scho­dząc naj­szyb­ciej jak tylko może na par­king w po­bliżu portu. Zdaje się, że wie­czo­rem pa­dał śnieg, który po­tem za­marzł, tak że musi ba­lan­so­wać przy uży­ciu rąk, aby nie po­śli­znąć się na ob­lo­dzo­nym chod­niku, prze­my­ka­jąc ulicą. Cho­ciaż jest za­do­wo­lona z wie­czoru, to jed­nak uważa, że to dość sa­mot­ni­cza praca.

Sie­dzieć w domu i ćwi­czyć, a przede wszyst­kim cze­kać sa­memu w prze­bie­ralni pół wie­czoru, aż bę­dzie mo­gła wyjść na scenę. Dużo cie­ka­wiej by­łoby w to­wa­rzy­stwie in­nych wy­ko­naw­ców. Po pro­stu cały show. Ssie ją w dołku, kiedy wi­dzi to wszystko oczami wy­ob­raźni. Bro­kat, świa­tła i dym. Gdzieś głę­boko w niej od­zywa się na­dzieja, że to bę­dzie moż­liwe.

Pod­cho­dząc do auta, roz­gląda się szybko do­okoła, ale na par­kingu po­grą­żo­nym w ciem­no­ści jest zu­peł­nie pu­sto. Nie do­strzega ży­wej du­szy. Znowu po­spiesz­nie wpada do sa­mo­chodu i za­nim udaje się jej za­mknąć drzwi, le­dwo ma od­wagę od­dy­chać. Spraw­dza, czy tylne sie­dze­nie jest pu­ste, i do­piero wtedy wy­co­fuje. Mu­siała się na­oglą­dać za dużo kry­mi­na­łów, bo je­dyne, czym jest wy­peł­nione tylne sie­dze­nie, to kupa śmieci.

Kiedy wy­jeż­dża z miej­sca par­kin­go­wego, za­uważa ja­kie­goś fa­ceta w pu­cho­wej kurtce, który zu­peł­nie sam stoi bez ru­chu na rogu ulicy. Chyba tam nie stał, kiedy chwilę temu prze­cho­dziła obok?

Kiedy Cilla go mija, fa­cet na­ciąga kap­tur na głowę i od­wraca się do ściany.

*

Zrzuca buty w przed­po­koju i wcho­dzi do kuchni. Robi kilka okrą­żeń, kro­cząc w kółko, w kółko i w kółko. Po­tem za­wraca, pod­nosi buty i usta­wia je schlud­nie na półce.

Ni­gdy wię­cej nie wy­bie­rze się na żadną im­prezę dla pra­cow­ni­ków. Ni­gdy. Ni­gdy nie pro­szą.

To dla­tego po­szedł. Bo po­pro­sili. I tak nie chce z ni­kim roz­ma­wiać.

Ale to nie może być przy­pa­dek, że ko­bieta, którą wi­dział wczo­raj w Press­by­r?n, ta w su­kience, śpie­wała dla niego dziś wie­czo­rem.

Już wie, jak się na­zywa.

Po­wie­działa, kiedy przed­sta­wiała się pu­blicz­no­ści.

Kiedy opu­ścił tamto miej­sce, szedł za nią ka­wa­łek. Wi­dział, jak od­jeż­dża.

Wy­ciąga starą książkę te­le­fo­niczną, któ­rej nie wy­rzu­cił, i wy­szu­kuje li­terę F.

I już wie, gdzie mieszka.

Może po­je­dzie do Hagi au­to­bu­sem? Albo spró­buje uru­cho­mić stary sa­mo­chód? Wie, gdzie mama trzy­mała klu­czyki.

Włą­cza te­le­wi­zor i siada na ka­na­pie ra­zem ze Zło­to­włosą. Ta uśmie­cha się jak zwy­kle. Cza­sami go to cie­szy. Cza­sami zło­ści.

Te­raz nie­sa­mo­wi­cie się iry­tuje i ude­rza ją w ra­mię.

- Prze­stań się ga­pić.

Tego wie­czoru nie ma siły, by oglą­dać jej uśmiech. Tak jakby z niego szy­dziła.

Idzie do kuchni, żeby przy­go­to­wać so­bie szklankę wody z do­mo­wym so­kiem z czar­nej po­rzeczki. W bu­telce zo­stała tylko odro­bina, a pu­szek z ciast­kami w za­mra­żarce jest co­raz mniej. Nie­długo nic już po niej nie zo­sta­nie, my­śli, idąc do jej sy­pialni. Stoi tam biała to­a­letka, którą jej tata zro­bił z drewna, kiedy była dziec­kiem. Z tyłu jest na­pis: Dla ko­cha­nej Ulli od taty z oka­zji 15. uro­dzin. Biały me­be­lek ład­nie się od­cina od zie­lo­nej ta­pety w kwiaty.

Wszystko jest po­rząd­nie usta­wione w pra­wym rogu sto­lika. Siada i wbija wzrok we wła­sne od­bi­cie w lu­strze, a po­tem bie­rze jedną ze szmi­nek i ją otwiera. Pierw­sza jest ja­sno­ró­żowa, więc wargi pra­wie wcale się nie za­bar­wiają. Na­stępna czer­wona. Na­kłada kilka warstw. Nic nie szko­dzi, że tro­chę się roz­ma­zuje na boki. Pach­nie tak jak wtedy, kiedy go ca­ło­wała. Nie może się po­wstrzy­mać, by nie ob­li­zać so­bie ust. Czuje wstrętny smak i wy­pija łyk soku, żeby się go po­zbyć. Nie­bie­ską za­war­tość ma­łego sło­iczka na­kła­dała so­bie na po­wieki, więc kilka razy ob­raca w nim pa­lec. Ma­luje grubą kre­chę na każ­dej po­wiece. Naj­da­lej po pra­wej stro­nie stoi złote puz­derko, w któ­rym znaj­duje się ciemny róż. Wkłada pa­lec do środka i ry­suje okrąg na pra­wym po­liczku. Ten barwi się na ró­żowo i lekko na nie­bie­sko. Drugi jest już tylko ró­żowy. Na krze­śle obok jej łóżka wisi pe­ruka. Wkłada ją na głowę i uśmie­cha się na swój wi­dok w lu­strze. Przed­nie zęby za­czer­wie­niły się od szminki, więc prze­ciera je pal­cem wska­zu­ją­cym, żeby ją zma­zać.

Gdy znowu się so­bie przy­pa­truje, za­uważa, że fak­tycz­nie wy­gląda tak jak ona. Pró­buje na­śla­do­wać jej głos. "Pa­mię­taj, żeby so­bie spra­wić dziew­czynę", po­wta­rza kilka razy, aż brzmi tak, jak trzeba.

Na­raz zmie­nia zda­nie. Wcale nie wy­gląda jak ona. Wy­gląda jak cza­row­nica przy­la­tu­jąca na Wiel­ka­noc. Roz­ma­zuje szminkę wierz­chem dłoni, tak że cały po­li­czek robi się czer­wony. Wsta­jąc, nie­chcący trąca szklankę z so­kiem, który roz­lewa się na to­a­letkę i spływa na wy­kła­dzinę. Bie­gnie do kuchni i przy­nosi ścierkę, żeby po­sprzą­tać ten ba­ła­gan. Kiedy wy­kręca ją w zle­wie, czuje kwa­śny za­pach. W domu na­prawdę pa­skud­nie śmier­dzi. Jak z worka na śmieci. A tamta na ka­na­pie nic nie robi. Jest cał­ko­wi­cie bez­war­to­ściowa. Wraca więc do du­żego po­koju i pod­cho­dzi do gra­mo­fonu.

"Śpij, dzie­cino, oczka zmruż..."

Pusz­cza to raz za ra­zem, a trzesz­czący zna­jomy dźwięk ko­ły­sze go słodko, gdy tak sie­dzi po­środku pod­łogi.

Ale nie jest tak jak wtedy, kiedy ona mu śpie­wała.

Co wie­czór sia­dała przy pia­ni­nie. Grała i śpie­wała. Jej głos był nie­sa­mo­wi­cie piękny, a on ko­chał te chwile. Opo­wia­dała różne hi­sto­rie o tym, jak w mło­do­ści wy­stę­po­wała z or­kie­strą jaz­zową. To było, za­nim za­częła pra­co­wać w banku. Cza­sami wyj­mo­wała ładne stroje, które no­siła na róż­nych sce­nach, i znów je przy­mie­rzała. Opo­wia­dała z dumą, że sama je uszyła. Te su­kienki czę­sto mo­gła przy­mie­rzać Zło­to­włosa. To do tego słu­żyła. Mama do­stała ją od ja­kiejś ko­le­żanki, która pra­co­wała kie­dyś w ga­le­rii Fo­rum. Jego ko­chana ma­mu­sia tań­czyła po po­koju, a on się cie­szył, gdy wi­dział ją tak szczę­śliwą. Jedno ze zdjęć w al­bu­mie przed­sta­wia ją na sce­nie w błę­kit­nej su­kience. Wy­raź­nie wi­dać dużą kulę. "Je­steś tu­taj, w środku" - ma­wiała, wska­zu­jąc swój brzuch. To pew­nie ostatni raz, kiedy śpie­wała pu­blicz­nie. "Wy­star­czy, że te­raz śpie­wam dla cie­bie", po­wta­rzała za­wsze, a po­tem ca­ło­wała go w czoło.

Duże brą­zowe pia­nino uśmie­cha się do niego kpiąco. Pod­cho­dzi i kilka razy mocno wali obiema rę­kami w kla­wi­sze, a po­tem za­trza­skuje po­krywę. Siada pod in­stru­men­tem, za­sła­nia uszy i ko­ły­sze się w przód i w tył, żeby od­pę­dzić głos roz­cho­dzący się w gło­wie.

*

Kiedy Cilla wraca do domu, Henke nie śpi. Zo­sta­wił jej tro­chę ła­koci, które z ra­do­ścią po­chła­nia. Siada obok niego na so­fie i do­staje resztkę wina z bu­telki sto­ją­cej na stole. Za­pa­lił świece i obej­rzał do po­łowy film w te­le­wi­zji.

- Jak dziś po­szło? - pyta ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym do przodu.

- Do­brze - mówi Cilla z za­do­wo­le­niem. - Mu­sia­łam za­śpie­wać kilka nu­me­rów na bis.

- Moja gwiaz­deczka.

Ca­łuje ją w czoło i sięga po kie­li­szek z wi­nem.

- Kurde, co my mamy ro­bić? - pyta Cilla. - Lu­dzie opie­ku­jący się dziećmi za­czy­nają się już mę­czyć prze­sia­dy­wa­niem tu­taj, a ja czuję się par­szy­wie, gdy bez prze­rwy zo­sta­wiam chło­pa­ków. Naj­pierw w dzień, a po­tem wie­czo­rami. Serce mi się kraje kilka razy dzien­nie.

- Wiem, ale czy za­miast tego nie mogą być z tobą za dnia w domu?

- Gdyby to było dla nich do­bre, to oczy­wi­ście bym tak zro­biła, ale sam wiesz, co mó­wili pra­cow­nicy przed­szkola. Brzuch mnie boli, jak po­my­ślę o przy­szłym ty­go­dniu. Sie­dem wie­czo­rów z rzędu.

- Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był się zga­dzać na te stu­dia.

- Ale prze­stań, już to ob­ga­da­li­śmy i pod­ję­li­śmy de­cy­zję. Ani ty, ani ja nie wie­dzie­li­śmy, że sta­no­wi­sko re­dak­torki pój­dzie w dia­bły.

- Tylko co te­raz zro­bimy? Są chyba nocne przed­szkola, czy jak to tam na­zwać.

- Nie, to by­łoby po­tworne. Na­prawdę my­ślisz, że mają sy­piać poza do­mem w ja­kiejś sali z całą masą in­nych dzie­cia­ków?

- No ja­sne, że nie.

Cilla czeka krótką chwilę.

- Wła­ści­wie to za­sta­na­wiam się nad otwar­ciem wła­snej firmy i za­ło­że­niem swo­jego ze­społu mu­zycz­nego.

Henke śmieje się i czeka, aż Cilla mu za­wtó­ruje. Ona jed­nak mil­czy.

- Cho­lera, mó­wisz po­waż­nie? Ale to roz­sądne te­raz, kiedy nie za­ra­biam i mam tylko kre­dyt stu­dencki?

- Pew­nie nie, ale kon­tak­to­wa­łam się kilka razy z urzę­dem pracy i je­śli będę miała szczę­ście, to może do­stanę do­fi­nan­so­wa­nie na roz­po­czę­cie wła­snej dzia­łal­no­ści. Mu­szę tylko spo­rzą­dzić re­ali­styczny biz­ne­splan. Może wtedy by się udało?

- Biz­ne­splan? Brzmi pro­fe­sjo­nal­nie, ale bę­dziesz umiała zro­bić go sama?

- Spró­bo­wa­łam, cho­ciaż ła­twe to nie było. Te­raz tylko zo­ba­czymy, co po­my­ślą w urzę­dzie pracy.

- Cho­ler­nie mi za­im­po­no­wa­łaś, ko­tuś - mówi i wkłada jej rękę pod bluzkę. - I ten plan z show brzmi na­prawdę faj­nie.

Cilla zręcz­nie się wy­suwa i wy­myka do to­a­lety. Dziś wie­czo­rem nie da rady. Mózg jej nie­mal eks­plo­duje od tych wszyst­kich my­śli, a ostat­nią rze­czą, o któ­rej może te­raz my­śleć, jest seks. Ale wie, że po­winni.

Wra­ca­jąc na sofę, wy­łą­cza lampę wi­szącą w jed­nym z okien. Na szczę­ście zdą­żyli czę­ściowo skoń­czyć re­mont, kiedy oboje mieli pracę. Po wielu przej­ściach no­wo­cze­sne okna wresz­cie dum­nie pre­zen­tują się tam, gdzie wcze­śniej znaj­do­wała się ściana sta­rego domu z lat pięć­dzie­sią­tych.

Z po­wro­tem opada na sofę, ale Henke wy­daje się te­raz rów­nie zmę­czony jak ona. Żadne z nich nie ma siły na wię­cej niż dłu­gie przy­tu­la­nie. Poza tym my­śli Cilli kie­rują się te­raz ku in­nemu męż­czyź­nie. Temu, który pod­czas im­prezy w banku sie­dział w rogu na sa­mym końcu sali.

Dla­czego przy­pa­try­wał się jej tak nie­przy­jem­nie?