Jeżyca - Katarzyna Szaulińska, Katarzyna Szaulińska

Reflow text when sidebars are open.
Coś się ze mną działo i nie były to dobre rzeczy.
Lato rozwijało się przede mną bezkresem braku perspektyw, upalnych dni pobudzających wzrost pszenicy, pompujących ziemniaki i buraki do jadalnych rozmiarów. Mój los nie wydawał się odbiegać od ich losu - miałam rosnąć aż do skonsumowania.
Przeprosiłam się z porzuconymi na czas nauki koleżankami, w chwilach wolnych od roboty w polu chodziłyśmy razem nad rzekę. Kładłam się na wodzie, niech mnie zabierze gdzieś daleko, myślałam, choćby i na dno. Ale rzeka była tak samo ospała jak wszystko tutaj, nie niosła ze sobą żadnej odmiany.
Mogłam próbować zdawać gdzie indziej, ale wszystkie gdzie indzieje były poza budżetem naszego małego gospodarstwa. Mogłam próbować za rok, ale rok to był bezkres, nie przekonałabym rodziców, że przez ten czas będę uczyć się dalej. Mogłam iść do pracy - tylko dzień za dniem odwlekałam i to.
Coś się we mnie połamało, a na miejscu połamanego zalęgła się wątpliwość: czy jestem zdolna do bycia czymś więcej niż małą weszką pod cudzą kuratelą, jeżem oczekującym, aż go rozjadą na placek?
Tak jak się umówiliśmy, Lech przybył w sobotę, punkt siedemnasta, już bez owczarka. Na przyjście Lecha ubrałam się na żółto, w kolor zazdrości, bo zazdrościłam mu dalej wszystkiego, a zwłaszcza - że już chyba nic nikomu nie musiał udowadniać. Rozmyślałam o płakaniu na jego piersi i bardzo chciałam oddalić to wspomnienie siebie pękniętej przed nim, rozedrganej, biednej. Kiedy pojawiłam się w progu, kasztanowłosa, promienista, a i znacznie czystsza niż ostatnim razem, Lechowi zaparło dech. Skłonił się nisko przed matką, pocałował w rękę i wręczył jej storczyk w doniczce - kwiat, który znałam tylko z podręcznika od geografii, oplatający kauczukowce w amazońskiej dżungli.
- Jak interesy, panie Maciejski? - Matka zamrugała.
- Galancie, szanowna sąsiadko. Wszystko galancie - rzekł Lech wymijająco, pocałował ją znowu w rękę i podał mi ramię.
Tak jak przewidywałam, od oblania egzaminu matka była dla mnie miła. Wszystko wskazywało na to, że los mnie sam naprostował. Kiedy było trzeba, zaniemówiłam, gdzie przyszło do gadania - zagadałam. Kawaler, jak miał, to przyszedł. Karciłam się za to, ale jej przychylność była sycąca jak kołacz i słodka jak miód, ciężko było się od niej odlepić.
Na łące Lech odkapslował kciukiem dwa wyjęte z torby piwka i dał mi jedno. Drugie wydoił sam; jednym, długim, ciętym grdyką haustem. To był jakiś pomysł, upić się z Lechem i zapomnieć o wszystkim. Ochoczo wcałowałam się w butelkę, a Lech wiódł mnie dumnie aleją pieńków, gdzie wykarczowany las miał ustąpić miejsca czemuś, co nazywał "inwestycją".
Marzyłam o wskrzeszaniu. Poobcinane, ułożone w stosy sosny, którym pozabierano pion, były czymś przeciwnym, martwym. W naszej wiosce działo się to teraz za sprawą Lecha wszędzie - las grabiony na potrzeby pola, pole na potrzeby budynku - i - jak rozumiałam mgliście - miało coś wspólnego z podbojem kosmosu. Mnie interesowały drzewa. Pytałam kiedyś Jasia, czy jego technikami dałoby się ścięte drzewo dopasować do pnia, połączyć czymś na kształt gipsu albo wszczepić rurki pompujące do liści wodę. Odbudować drzewo, jak dzieci odbudowują wieże z klocków.
- Ja jestem od zwierząt - odparł wtedy Jasiu. - Może ty się tym zajmiesz. Poza tym kukła krowy jest zakonserwowana, ale nie żyje, a tobie chyba chodzi o prawdziwą reanimację drzew.
- Chodzi.
- Chyba że o lakierowane liście.
- Nie, Jasiu.
- Tylko obawiam się, że możesz mieć problem z płynnością finansową. Tutaj nikt nie płaci za drzewa. A tego kundla, widzisz, chcą mieć na zawsze.
Jasiu wypychał właśnie wasylowego Reksa, który zastygł na wieki z parszywym skurczem wargi. Każde z nas zostało kiedyś przez niego dotkliwie pokąsane. Teraz, na prośbę Jasia sama polerowałam mu cuchnące kły, a Jasiu instalował głośnik, żeby Reks mógł warczeć pomimo zgonu. Strapiony Jasiu i ja, zakochana w nim po uszy.
- Imponujące - rzekłam kwaśno do Lecha na te jego pieńki, a on, na kwaśność obojętny, opowiadał o inwestycji, wyciągając kolejne piwa.
I ja piłam, piłam i piłam. Miałam to po tatusiu, miałam po dziadku, niewiele więcej przekazali mi w posagu niż tę rozkosz z roztapiania się w nicości.
W miarę upajania się opowieść Lecha stawała się buczeniem, tłumiącym niemiły głos w głowie, powtarzający, że do niczego się nie nadaję. Po trzech piwach przestałam słyszeć i Lecha, i głos, i wszystko wokół. Spokojne, jasne żyto kołysało się na wietrze. Och, stać się żytem, wyrastać w jednym miejscu, dać sobą poruszać wiatrowi, nic nie wiedzieć o zranionej ambicji, poddać się losowi bez mrugnięcia okiem! Idąc za tą myślą, dałam się Lechowi objąć wpół i prowadzić, a niech tam, po żytniemu. Wszystko wirowało, trochę wzbierało bełtem, trochę mną tarmosiło.
- Piękna istoto - mamrotał mi do ucha Lech, pachnąc Przemysławką - ty się marnujesz, ja ciebie przed marnacją ocalę - szeptał - mój ty pustostanie, moja miedzo, moja zbędna, moja niczyja, moja mała.
A ja, pijana w sztok, czułam, że coś mi robi to chcenie, cieknące w moją stronę od Lecha, uczucie słodkomdlące, które znałam, we mnie bezwzajemnie zwrócone do Jasia. Żaden dotychczas człowiek tak mnie nie chciał wziąć! Agrarna potrzeba konkwisty - któż jej nie miał? Moim terytorium był Jasiu, Lecha, jak wskazywały jego obecne działania, byłam ja. Tylko co, lec przed nim jak sosnowy pień? Lech był szarmancki, nie napierał. Ledwie trzymającą się na nogach odstawił do domu, w ręce zadowolonej matki.
- Taka jesteś wrażliwa, maleństwo. Śpij dobrze - powiedział na do widzenia, całując mnie w czoło, po matczynemu, choć mojej matce takie słowa nie przeszłyby nigdy przez ciasne, zimne gardło.
I tak się to toczyło przez miesiące wakacyjne: żniwa, kierat, spotkanie za spotkaniem. Siła inercji popychała moje chodzenie z Lechem, które niby sieczkarnia porcjowało czas na strawne kawałki. Lech się do mnie dobierał tylko z lekka, z szacunkiem, przy mojej obojętnej aprobacie. Rodzice nijak tego nie zabraniali, przepadali za Lecha potencją, która opromieniała nadzieją nasze skromne morgi. Rozlewało się to i na mnie - w końcu jakimś sposobem to ja go przyciągałam do naszej ziemi, mimo mojego cudacznego charakteru. Była w tym jakaś beztroska; rozpacz dawała się gładko wypchnąć na zewnątrz pijanej bańki, w której ja, moi rodzice i Lech trwaliśmy w czarodziejskiej harmonii.
Któregoś razu Lech przyszedł po mnie poważniejszy i lepiej ubrany i zamiast na pieńkowisko zabrał mnie nad wodę. Wypiliśmy pierwsze piwo i w milczeniu patrzyliśmy na powolny, zamulony nurt odbijający ciemne od nadchodzącej burzy niebo.
I wtedy Lech podciągnął lewą nogawkę spodni. W miejscu, gdzie można by było spodziewać się łydki, Lechowi spod błękitnego lnu wystawał cienki, metalowy pręt nawiercony śrubami. Wyżej pojawiał się zawias kolana i lej protezowy, w który miał wsadzony kikut nogi.
- I co ty na to, Mała? Kiepsko, nie? - zapytał dziwnym, zmienionym głosem.
- Od kiedy to masz? - spytałam, chociaż coś mi tam świtało, że gadali o wypadku.
- Od trzech lat, od żniw. Robiłem u ojca cztery wsie dalej. Zatkał się nagarniacz, a ja, durny, nogą. I co powiesz, Mała? Skreślony taki kawaler?
Pochyliłam się nad sztuczną nogą i podziwiałam. Gdyby się nie przyznał, nie wpadłabym, że nogę ma metalową, taka to była precyzja. Kolano wieloosiowe, pełne mechanicznych imitacji żywej chrząstki, amortyzator w łydce. Między stopą a łydką - kolejne wymyślne połączonko, sztuczny staw skokowy. Martwe, stalowe - a żywe! I znów było to coś, czym chciałam się podzielić z Jasiem Wskrzesicielem! Czy nie dałoby się spróbować wszczepić podobnych zawiasów, napędzanych prądem, w dermoplasty? Sprawić, by się ruszały albo nawet biegały?
Zrobiło mi się trochę szkoda Lecha, który czekał na jakiś werdykt, kiedy mnie był w głowie Jasiu i śrubki. Lech, wielkie chłopisko, gdyby nie ten sztuczny kulas, musiałby kicać jak zając. Siedział teraz ze spuszczoną głową i wzdychał.
- Nic nie powiem. Dobrze, że ci czegoś brak, a nie tylko mnie - odrzekłam.
Lech oparł się o kamień i spojrzał w niebo.
- Dobra z ciebie dziewczyna, Mała - rzekł.
Pochylił się ku ziemi i coś tam przy niej kombinował. W końcu przede mną klęknął na zdrową nogę, złapał mnie za serdeczny palec i wetknął na niego pierścionek uwity z trawy, z oczkiem z kwiatka rumianku.
- Mam dla ciebie pierścionek diamentowy, Mała, w drugich spodniach. Ale dziś chcę ci to powiedzieć. Właśnie teraz. Zostań moją żoną, Mała.
A wtedy ja, wykorzystując to, że miałam lewą nogę żywą i szybszą niż Lech, po prostu uciekłam.
Docierało do mnie, że niestety to znów mój własny rozum, jak na egzaminie, zawiódł mnie w to położenie, ogłupił w bezwład, gdzie jak kulka jeżowa dotoczyłam się do oświadczyn. Czego miałam się spodziewać od przyzwoitego w gruncie rzeczy Lecha, skoro tak potulnie stawiałam się na każdy spacerek? Tak dawałam obłapiać? Cóż w moim zachowaniu mówiło, że nie chcę jego umizgów?
No to się doczekałam.
Biegłam, nie oglądając się za siebie. Coś we mnie w przedziwny sposób ożyło na widok metalowej nogi, politechniczna tęsknota, zapał, energia. Goniło mnie widmo kuchty, która Lechowi pierze skarpety i poprawia nogawkę na sztucznej nodze. O, nigdy, nigdy w życiu! Z nogami prawdziwymi czy sztucznymi, z dwiema czy jedną - żaden mąż nie był mi potrzebny.
Dobiegłam do sklepu, z torebki wyciągnęłam zaskórniaki i kupiłam sobie dwa piwka, czemu nie, niech będą i trzy, a co tam, należało mi się. Lech mnie nauczył, jak dobrze to poprawia stan ducha, ale czy ja jego musiałam mieć przy sobie do wdrażania tej nauki w życie? Poszłam na Jabłoniową Górkę, siadłam i oparłam się o pień, przyłożyłam piwo do kamienia i odkapslowałam, nie umiałam palcem. Stąd było widać całą wieś od góry - wydawała się jeszcze ciaśniejsza, z jednej strony zakleszczona rzeką, z drugiej międzymiastową, z której zdrapywałam jeża. Obie te nitki, niby cienkie, ale jednakowo stalowe, na odbicie burzowego nieba, zamykały mnie w środku jak dyby.
Jedynym, co się dla mnie liczyło, był Jasiu. A zamiast siedzieć u Jasia, przez miesiąc widywałam się z Lechem. Teraz, obrażona oświadczynami, doiłam trzecie piwo na górce. Czy był w tym sens, czy zaledwie potrzeba, żeby wreszcie to Jasiu zaczął podążać za mną, a nie tylko ja za nim? Tylko czy naprawdę wierzyłam w to, że Jasiu, taki, jaki był, miałby rzucić dermoplasty i sposobem Lecha przymilać się do mnie, ojca i matki? Czy nie za to właśnie go ceniłam, że ważna dla niego była praca - i tylko praca? Kim byłam ja, kiedy chciałam sobie z Jasia zrobić przytulankę, i czy nie był to dziecięcy brak rozpoznania, z kim mam do czynienia?
Tak czy inaczej, musiałam się z nim zobaczyć.
Kiedy przyszłam do warsztatu prosto z Jabłoniowej Górki, w żadnym z okien nie świeciło się światło, ale wiedziałam, że część pracy o zmierzchu Jasiu wykonywał przy czołówce, skulony nad stołem.
Zapukałam cicho do drzwi i weszłam.
Jasia nie było, ale serce i tak mi wywinęło kozła z radości, kiedy zobaczyłam słoje z ałunem i mydłem arszenikowym, pudła szklanych oczu i skalpele schludnie ułożone na stole, szpileczki wbite w błękitną poduszkę. Biurko pokrywały szkice, pomiary ciał, zdjęcia doczesne od właścicieli zwierząt, a z belki nad tym wszystkim zwisały ptasie głowy, podwieszone czerwonymi nitkami za dzioby. Były już wypreparowane i zaopatrzone w oczy, miały drutem przebite nogi, a reszta skórki zwisała na nich luźno jak płaszcz.
Tęskniłam za tym, och, jak strasznie tęskniłam...
To był widok, do jakiego przywykłam. Nie było jednak normalne, że wszędzie stały krowy. Piętnaście, może dwadzieścia, cały kościół krów, plamisty dywan pod ruiną ołtarza, a każda elegancko przymocowana do platformy na kółkach. Kiedyś chcieliśmy kilka takich połączyć i podpiąć pod lokomotywkę, ale wtedy było ich raptem z osiem. Takiego zamówienia jeszcze nie widziałam. Na podłodze leżało jeszcze z pięć skór wypatroszonych, wygarbowanych i czekających na wypchanie. Burza właśnie rozpętała się na dobre i rypnęła piorunami na wschodzie, za szczątkami witraża.
Oko dermoplastu krowy stojącej koło mnie, ogromne, brązowe, ufne, odbijało mnie w sobie, małą i wygiętą. Mieściłam się w nim cała.
Czy tu było moje miejsce? A może tak mi się tylko wydawało, kiedy co noc śnił mi się Jasiu i byliśmy dwoma delfinami, ocierającymi o siebie gładkie powierzchnie, jeleniem i sarną na rykowisku? W tych snach było życie, wilgoć, rozkwitanie. Nie chciałam się z nich budzić. Ale czy chciałabym wypychać zwierzęta, gdyby nie Jasiu?
Całkiem sama?
Wtuliłam się w krowę i wdychałam wygarbowany zapach jej skóry, który zawsze działał na mnie trzeźwiąco. To nie był czas na oczekiwanie od siebie odpowiedzi, usłyszałam od krowy albo od piorunów. A potem wyszłam z pracowni prosto w burzową noc.
Pachniało ozonem i gnojówką.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Szłam na egzamin przygotowana, wtedy jeszcze z poczuciem, że na morelowo mechatych, dziewczyńskich nogach dam susa nad sprawami, przed którymi mojej matce i babce przyszło nie tylko się zatrzymać, ale i klęknąć.
Nie chciałam robić w ziemi. Nie chciałam rodzić dzieci ani szorować podłogi. Miałam żar i rozum. Uszukały sobie one inne pole niż zroszona gnojówą gleba, na której stał nasz mały domek. Chciałam do miasta. W mieście były wiedza i wolność, miasto było inne niż wszystko, co znałam, a niczego, co znałam, nie chciałam przy sobie zatrzymać. Oprócz Jasia Wskrzesiciela.
Matka przymykała na naukę oko. W siedzeniu nad książkami widziała dyscyplinę, przymiot użyteczny, byle go odpiąć od celu, jaki sobie obrałam. Nawet mi niczego specjalnie nie mówiła, nie. W odradzaniu i biadoleniu zobaczyłabym wiarę, że jak się przyłożę, to się uda. Tymczasem dla matki zdawało się jasne, że sprawa się ureguluje tak jak wszystkie inne, siłą naporu realności, i wystarczyło cierpliwie poczekać, żeby mnie odzyskać dla naszej domowej logiki dziedziczenia jarzma. Ojciec, zamroczony wódką, nie miał zdania. Babka przynosiła mi na naukę czereśnie, wynosiła pestki, nie mówiła nic. Nie miałam rodzeństwa, co jak na naszą wieś było dziwne. Dopytywać się rodziców o tę impotencję byłoby jak wypiąć goły zad na pasek - nie pytałam więc. Przyszłość naszej ziemi - niedużego rozmiaru, za to o długiej, zabryzganej krwią historii - spoczywała chomątem na moich i tylko moich barkach. Moim i tylko moim zadaniem było od niej uciec.
Dniami i nocami kułam matmę i fizykę. Przeszłam przez maturę śpiewająco. Został ustny, w mieście. Na politechnice.
Suknię na egzamin wzięłam niedzielną, białą, jasną jak moja wiedza, a dzień był równie jasny, przewiercony słońcem.
- Gówno zdasz, Anka - powiedziała matka. - Ale się tym nie martw, nie to w życiu ważne.
Podziękowałam, była w tym jakaś nieproszona otucha, zresztą nie opłacało się kłócić, bo za pyskowanie oberwałabym ścierą. Dała mi skibę chleba z wydrążoną dziurą pełną masła, przykrytą tym wydrapanym kawałkiem. Dobry chleb. Na więcej nie miałam co liczyć, więc nie liczyłam.
Trzeba było przewędrować rano przez pola, w młodym świetle dnia, które rzucało różane blaski na malwy i plakaty wyborcze na ogrodzeniach. W sercu naraz bałam się egzaminu i żegnałam z wsią, rzucając za siebie moździerze, znacząc drogę napalmem. Z taką energią doszłam do miejsca, skąd wystarczyło przejść przez międzymiastową, żeby znaleźć się na przystanku.
I wtedy zobaczyłam jeża.
Stanął kilka metrów ode mnie i spojrzał mi w oczy. Długo, przeciągle, jakoś tak ludzko. Oczy mieliśmy podobne - kuliste, brązowe. W moich, podkutych, były całe noce przesiedziane nad książkami. W jego - zagadka, która pozostała mi w głowie na długo po tym, jak jeż wszedł na jezdnię, dotarł do połowy pasa i zwinął się w kulkę. Aż do zwinięcia nie spuszczał ze mnie wzroku; jakby to wszystko było dla mnie albo przeciwko mnie, w każdym razie wobec mojej patrzącej osoby.
Pierwszy motor ominął go z klaksonem, od którego jeż zwinął się jeszcze ciaśniej. Było jasne, że już nie drgnie, chyba że ktoś przesunąłby go butem na drugi koniec jezdni - ale mnie jednako wryło jak jeża. Po drugiej stronie drogi był przystanek mojego pekaesu, miałam jeszcze chwilę, wystarczyło przejść i wsiąść. Ja stałam, bo z każdym mijającym jeża samochodem mój lęk malał, a rosła nadzieja. Udzielało mi się jeżowe poczucie bezpieczeństwa. Czułam, że wszystko da się zrobić, wystarczy uwierzyć i wejść na drogę, z nagą niewinnością w rozwartych dłoniach. Mój autobus nadjechał i odjechał, a ja patrzyłam na jeża, mogłam pojechać następnym. Na moich oczach rozgrywało się misterium. Komar minął jeża, a ja myślałam dalej: ten, kto zaufa sobie, nigdy nie przegra, bo ufność to nimb, mocny jak schron atomowy. Zaczarowane, mądre oczy jeża w tym mnie utwierdziły: wbrew przeciwnościom, wszystko będzie dobrze.
I wtedy rozjechała go czerwona Warszawa, jucha chlusnęła na karoserię.
Był jeż, nie ma jeża.
Niedowierzanie mnie uruchomiło. Podbiegłam do jeża, przypominającego teraz przegryzioną przez psa piłkę, i spróbowałam go zdrapać z asfaltu paznokciami, ale igły wbiły mi się w palce. Byłam pewna, że przetrwał, musiał przetrwać, to nie było możliwe, żeby tak miał wyglądać jego koniec, nie po tym wszystkim, co spłynęło na mnie jak strumień słońca spomiędzy chmur.
Ale jednak nie sposób było nie zauważyć śmierci w tym rozbryzgu flaków na asfalcie. Stałam przy jeżu jak ogłuszona. Czubkiem białego lakierka podważyłam go, owiniętą w plastikową torbę dłonią nabrałam go do środka, tak jak w warzywniaku nabiera się czereśni. Potem i mnie minął na żyletkę rozpędzony Polonez, więc skoczyłam na drugą stronę jezdni, niemal pod koła autobusu mającego zawieźć mnie na egzamin. Kiedy kolebałyśmy się już w środku, ja i moja pełna jeża siatka, gorączkowo zastanawiałam się nie nad tym, o co szło jeżowi, ale mnie, i co z nim teraz zrobię.
Jednak epifania trwała, wszystko miało swój sens, to było jasne.
Od razu po egzaminie zawiozę jeża do Jasia Wskrzesiciela.
Wierzyłam wtedy w Jasia Wskrzesiciela o wiele bardziej niż w Pana Jezusa, bo Jasiu miał ciało mięsne, a Jezus w naszym kościele drewniane, w dotyku jednolicie łykowate, a kiedy go ukradkiem macałam po stopie, to się robił najwyżej ciepławy. O Panu Jezusie było wiadomo, że dużo potrafił. Jasiu Wskrzesiciel potrafił tyle samo albo i więcej, i to na naszych oczach. Potrafił zdechłe zwierzę wypatroszyć, zaimpregnować, żeby nie zgniło, wypchać trocinami i drutami albo naciągnąć na piankowy model i na koniec jeszcze w trzewiach zamontować małe silniczki, żeby wszystko potrafiło się poruszać.
Zbierał zwierzęta przydrożne, za opłatą ożywiał ujadające wiejskie psy, a nawet padłe krowy.
- Życie sprowadzone do elektryki - wzdychał Jasiu, włączając machanie w skrzydle gołębia. Trzeba było słyszeć Jasia, kiedy to do mnie mówił głosem niczym z dna grobu. Własna udolność przyprawiała go o cierpienie, zasysała mu twarz do środka. Musiał być świadom, że coś bezcześci, a jednak nie przestawał. Może wiedział, że Pan Bóg nie przewidział dla niego innej ścieżki.
Prąd trzepotał skrzydłem ptaka jakoś tak za szybko, bez majestatu, jakby go schwytano we wnyki i się starał uwolnić. Paskudny dźwięk, na rzyganie bierze. Ale jednocześnie więcej życia w tym dźwięku niż w spokojnie pasącej się krowie, myślałam, a przecież to tylko prąd, martwy kawałek ptaka, echo walki o przetrwanie.
Pragnęłam Jasia. Smętnego, strapionego, zapadłego pod własnym ciężarem. Pragnęłam jego rąk, żylastych, jak gdyby z nich ciekła strugami woda, palców zmyślnych, wszędobylskich i precyzyjnych, zdolnych polutować najdrobniejsze miedziane przewody. Rąk, których papilarność pełna była cudzej sierści, zatraconych w pracy przywracania do życia. Chciałam nurzać się z Jasiem we krwi, montować kable, bratać się z nim w stwarzaniu, a potem więcej, sklejać w brudzie, naśladować posuwnym ruchem mechanizmy wahadłowe, aż do ekstazy. Kiedy szłam do Jasia, robiłam się mokra od samego spaceru, ocierania siebie o siebie z myślą o jego owłosionych udach, wyglądających spod krótkich spodenek. Na samo złapanie klamki do drzwi - gotowa wniebowstąpić.
Jasiek zdążył wrosnąć w wieś na tyle, że nie było już w okolicy domu, w którym nie stałyby dermoplasty. Dostawało się jaskółki na narodziny, sójki na urodziny, z okazji ślubu można było zgarnąć całą plejadę zwierząt, szczególnym uznaniem cieszyły się jelenie, konie i krowy. Dermoplasty pakowało się do trumny - z pewnym żalem, bo nasi ludzie nie lubili rozstawać się z żywym. Z tej cechy wyrosła bądź co bądź miłość do wypchańców. Jasiowe sława i pozycja rosły, topniała wątpliwość zasiewana z początku przez księdza, co nie umiał rozpoznać w jasiowym darze bożego palca. Mało tego, w kościele w końcu stanęły nie tylko wypchana szopka, ale i arka Noego w wariancie lokalnym, z jeleniami, bobrami i nutrią.
Jasiu nie zwracał na mnie wielkiej uwagi, wiecznie zajęty pracą. Nie dziwiłam mu się - jego zadania były ważne, ja na ważność musiałam jeszcze zasłużyć. W przerwach między nauką a robotą w polu chodziłam do jego warsztatu pełnego dermoplastów, skór i odczynników, podglądać go i marzyć o nim. Jasiu pozwalał mi podawać sobie narzędzia i spawać proste obwody. Z uczelni zamierzałam wynieść poważną znajomość mechaniki, a potem dzięki niej uczyć padłe istoty latać, pływać i chodzić, jeść i się wypróżniać. To było jedyne, czego Jasiu nie potrafił. Jego zwierzęta były piękne i kształtne, umiały schylać głowy, drżeć i machać skrzydłami. Mnie się marzyło jeszcze pełniejsze odwzorowanie życia i czułam, że gdybym z tym wróciła z miasta po Jasia, to nie mógłby mi się oprzeć. Śniłam, że pakujemy razem jego warsztat w ciężarówkę i jedziemy w świat. Że przynosimy sobie nawzajem w ramionach zabite kapibary, jeżowce, rozgwiazdy i muflony, wszystkie zdechłe stworzenia wszystkich światów, o których mówiło się na biologii i geografii, żeby razem budować wieczne elektryczne królestwo.
Po to zmierzałam do miasta.
A ono właśnie przed moimi oczami rozwijało po kolei przedmieścia, czteropasmowe ulice schludnie zorganizowane światłami, wiadukty, ślimaki i ronda, pełne aut, z wersalskimi klombami na środku. Z okien autobusu: bloki niskie, wielka płyta, rama H. Autobus stał w korkach, można było się naprzyglądać do woli. Nie odrywałam nosa od szyby.
Oszołomiona i spóźniona, wbiegłam na marmurowe schody politechniki, żeby odpowiadać przed komisją. Nie starczyło nawet chwili, żeby dać się onieśmielić barokowemu sufitowi i grubym panom w garniturach, których mijałam po drodze. Nie zdążyłam zjeść, nie zdążyłam się wysikać, nie zdążyłam umyć rąk. Kiedy przybiegłam spocona pod salę egzaminacyjną, usłyszałam swoje nazwisko: Biała.
Weszłam.
Było ich czterech, wszyscy w wieku mojego ojca, ale trzeźwi, pod krawatami, w garniturach. Jeden sztywniejszy od drugiego, grubas i trzech wątłych, z czego jeden okularnik. Panowie patrzyli na mnie długo, przeciągle, aż się zastanawiałam, czy powinnam coś mówić, zacząć - co mnie sprowadza, czemu chcę się uczyć i tak dalej.
- Jak pani wygląda?! - odezwał się wtedy pierwszy z komisji, grubas.
- Że pani nie wstyd! - dokończył ten w okularkach.
Spuściłam wzrok i rozejrzałam się po sobie.
Cała moja biała sukienka uwalana była we krwi jeżowej, ręce samowolnie się z niej wytarły wkoło kieszeni. Za pazurami miałam resztki padliny, a w poprzek dekoltu plamę z igłą, wbitą na podobieństwo włóczni w sercu jezusowym.
Ciało jeża, ciężkie od nieruchomej krwi, zwijało się w rulon w reklamówce.
Wstyd, wstyd.
W jednym błysku zobaczyłam siebie oczami panów z komisji; świszczypałę, brudną jak z jatki, poczułam od siebie zapach flaków. Mogłam uczyć się dnie i noce, otrzymać punkty za wiejskie pochodzenie, ale temu nie było wyjaśnienia. Szacunek się komisji należał. Bo jak taka brudna baba, jak od świniobicia czy krowiego porodu oderwana, miała całkować, budować silniki? Po co było się tu pchać?
Od palców stóp lał się we mnie cement.
Chciałabym odpowiadać - myślałam, ale nie powiedziałam nic, cement mrowieniem dotarł do ust, niby znieczulenie przy wyrywaniu zęba. Wszystko umiem - zdawało mi się, póki cement nie dopłynął do głowy i nie wymiótł tego, co do niej tłoczyłam strzykawką własnego uporu dniami i nocami. Tym sposobem budowała się we mnie realizacja marzenia o mieście, cementową nieruchomością łba, paraliżem komunikacji.
W tej niemocie niewiele się różniłam od jeża, czy to skulonego na jezdni, czy to od naleśnika w mojej szelestce, z której kapała mi po łydce jucha, kap-kap, kap-kap, o tyle bardziej zdolna do ruchu niż ja.
Dali mi łaskawą minutę, żebym się ogarnęła. Nic takiego się nie zadziało, stałam jak betonowy blok. Podziękowali mi, stałam dalej. Powiedzieli, że to już koniec - stałam. Wreszcie ten od wstydu podszedł i dwoma palcami, żeby się nie zbrukać, wziął mnie za łokieć i wyprowadził za drzwi, które następnie zamknął - cicho, lecz zdecydowanie.
Z tymi drzwiami zamykało się za mną miasto. Zamknęła się wolność, zgniótł się między dębową dechą a framugą pomysł, że coś jestem warta. Najgorsi nie byli wcale ci z komisji, ale to, że samą siebie zdradziłam. Że mnie zatkało wtedy, kiedy się miało wylać, że własny umysł takie mi zafundował mentalne zatwardzenie. Że się przejęłam, choć powinnam pozostać niczym kawałek wosku podtapiany w szklance wody. Wyporna.
Była inna jeszcze rzecz, martwiąca: wychodziło na to, że przez jeża oblałam. Że gdyby nie zamącenie matematyczno-fizycznego umysłu omyłkowym wzięciem głupoty jeża za stan błogosławieństwa, a następnie skrobanie go z asfaltu i taplanie się w nim, to może by mnie nie zawstydzili. Lepiej było zostawić, myślałam teraz. Na co komu taki amulet? Właśnie widać, jakie szczęście mi przyniósł! Prawdziwe wariactwo ze mnie wyszło w tej skrobaninie jeżowej, może dla wszystkich bezpieczniej, żebym odtąd skrobała patelnie i gary, skoro tak mi ze skrobaniem po drodze? Omamił mnie ten zabity stwór, zapomniałam o schludności i kulturze. Gdzie z taką głową do miasta?
Ale jak to tak, zostawić jeża? Zabitego na moich oczach? Kto inny jak nie ja miał wobec niego zobowiązanie - skoro nie udało się go ocalić?
Prosto z autobusu powrotnego poszłam przez pole do warsztatu Jasia Wskrzesiciela. Dzień był wciąż jasny i wyraźny, maki ostrą czerwienią odcięte od pszenicy. Słońce grzało czarną torbę, z której cuchnęło coraz mocniej. Warsztat urządził Jasiek w sypiącym się budynku spalonego kościoła. Z dawnej funkcji pozostała tylko urwana w połowie dzwonnica z wybitym witrażem, resztę przykrywały deski i blacha falista. Jasiu naprawiał warsztat tylko w sytuacji absolutnej konieczności, żal mu było czasu poświęcać na to, czego nie mógł wypchać. Wioskowi nie mieli nijak pretensji o bezczeszczenie świętych ruin potwornym odorem garbowanej skóry, jaki zawsze bił z tego miejsca. Tu się odbywały rzeczy najświętsze na naszej ziemi - przekazywanie daru wieczności. Kręcenie w nosie było małym kosztem. Nawet sołtys uskładał sporą kupkę na remont, ale Jasiu z sobie tylko znanych powodów nie chciał tego przyjąć.
Tymczasem ja, w stanie dalekim od Jasiowej potęgi, siadłam pod dermoplastem łosia i opowiedziałam mu wszystko głosem nabrzmiałym od zażenowania. Jasiu wziął w ręce torbę z jeżem, zajrzał, westchnął i wrócił do naciągania na piankowy model krowy Jodłowskich, zmarnowanej przez upadek na łeb do rowu.
- Zależy ci na nim? - spytał.
- A tobie nie zależy? - jęknęłam.
Coś brązowego wciąż kapało z torby na podłogę.
- Nie jest w najlepszej formie, dokumentnie zmielony.
Jasiu stękał, naciąganie krowy na piankę wymagało krzepy. Mięśnie mu się ładnie napinały nad tą trudną pracą. Nic już więcej nie powiedział. Nie podniósł na mnie oczu, nawet teraz. Był odrębny, własny, nie mój. Wyszłam cicho, zostawiwszy u Jasia torbę z jeżem, wszystko na zmarnowanie.
Kiedy, jak ogłuszona, szłam miedzą do domu, nie wiedząc, gdzie się podziać, żeby nie wracać za szybko, zobaczyłam na drodze Lecha Maciejskiego z wielkim psem. Lech był duży i mocny, tak samo jak i ten jego pies, skundlony owczarek kaukaski. Starszy ode mnie o dekadę, Lech wyjechał do miasta, skąd wrócił ze znajomością ekonomii i od razu go mianowali kierownikiem pegeeru. Ani się obejrzeliśmy, a wszystko w okolicy zaczęło po trochu należeć do Lecha.
- Coś się stało? - Lech spojrzał na mnie z wyżyn swojej postaci, marszcząc brwi, bujne jak otaczające nas pole. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby zaczęły mu się nad nimi unosić pszczoły, zaklęte chabrowymi oczami i pszenno-ogorzałą twarzą.
- Stało - powiedziałam i wybuchnęłam płaczem.
Zdziwiło mnie to; nie byłam beksą, starałam się trzymać uczucia blisko siebie, z dala od cudzych i niepowołanych wpływów, przeżywać tylko na własną rękę. Nie pomyślałabym, żeby wobec jakiejkolwiek siły zmięknąć w tym głębokim rdzeniu, który nawet wobec lań od rodziców pozostawał twardy. Bicie w mojej rodzinie należało znieść i robić swoje. Oberwać od matki i ojca, pozorną skruchę okazać na zimno. Płakać na osobności. Teraz lało mi się z oczu przy człowieku, któremu zazdrościłam siły przebicia i dokonań, tylko dlatego, że miał łagodny głos. To mnie dopadło znienacka, zmiękczyło na budyń.
Lech wziął mnie bez pytania w objęcia, tulił i tulił, aż zapach jego na kwaśno spoconego pod lnianą koszulą ciała najpierw mną wstrząsnął, a potem ukołysał. Łzy lały się po jego szerokiej piersi niby Wisła przez wiszącą do góry nogami Polskę, z góry na dół, w stronę Półwyspu Helskiego, który robił się ewidentnie twardawy.
Ta twardość mnie otrzeźwiła. Ech, pomyślałam, po prostu chłop jak chłop, jedno mu w głowie, z jednej przyczyny się nie brzydzi jeżowej krwi zaschłej na moim ubraniu.
Krótko Lechowi opowiedziałam historię porażki egzaminacyjnej, bez wspominania o jeżu i Jasiu.
- Jak się jest małym, to się trzeba schować za większym. Jak pies przy człowieku, jak weszka na psie - powiedział Lech miękko.
Odpyskowałabym, ale działo się ze mną coś dziwnego. Lech gładził mnie po rudych włosach dłonią, w której mieściła się cała moja głowa, a w niej - cały rozum, który grzał się od tej grzanej słońcem ręki, aż stracił ostrość.
- Jak mały się skryje, to dłużej pożyje - szeptał mi Lech, bardzo blisko ucha, a jego owczarek lizał mnie po łydce.
Ani to było miłe, ani niemiłe - wypłakałam się, czułam się pusta. To, na czym mi zależało, legło w gruzach; wszystko, co odbywało się teraz, wobec mojego ciała i całej osoby, było mi obojętne.
Po tych długich uściskach Lech odprowadził mnie do domu, wiotką jak zwiędła od upału lilijka.
Akurat w progu stała matka, która na widok mnie, ocienionej zwalistym ciałem Lecha rozwarła z podziwem oczy. Znałam ją całe życie, wiedziałam, jak wygląda, kiedy coś jej przygasi japę. Milkła i kurczyła się naraz, było widać, że jej przyjemnie i że z tej rozkoszy nie jest w stanie się odezwać, tylko kłapie wargami jak karp. O dokładnie ten efekt mi szło, kiedy jeszcze tego samego dnia rano - wydawało się to tak dawno! - jechałam podbijać miasto.
- Wyjeżdżam teraz. Przyjdę po ciebie w sobotę i zabiorę cię na spacer - zapowiedział Lech. Głośno, jakby wiedział, że ta obietnica dopiero wtedy stanie się coś warta, kiedy dotrze do uszu matki.
- O siedemnastej - powiedziała matka.
Minęłam ją w progu z dumnym dygnięciem i poszłam do pokoju, zanim się zorientowała, jak bardzo to, co ona widzi jako zwycięstwo, jest podszyte moją wielką porażką.