PROLOG
Przed kilkoma dniami Maksymilian Nowosielski obchodził trzydzieste trzecie urodziny. W przyjęciu brało udział dość liczne grono przyjaciół i znajomych. Wśród nich koleżanki, które ciągle miały nadzieję, że Maks się ustatkuje i zwróci na nie uwagę. Zdawał sobie sprawę, że za długo nie może im kazać czekać. Inaczej zostanie starym kawalerem. Co miał jednak robić, gdy do żadnej z nich nie czuł mięty i jak do tej pory ponad wszystko cenił sobie wolność. Tym razem trochę jednak przesadził. Pierwszego dnia po weekendzie dość mocno bolała go głowa. Fakt ten potwierdzała liczba pustych butelek po winie, jakie wystawił nad ranem do kontenera na śmieci.
- Więcej nie dam się namówić na tak wystawne przyjęcie!... - Obiecywał sobie.
- Zwłaszcza, że w środę musisz być w Krakowie - dodał pod nosem.
- Gdyby nie ten mądrala z zarządu, pewnie byłbym gdzieś z chłopakami na żaglach... - pomyślał.
- A tak? Pierwszy tydzień oddelegowania do nowej pracy i pierwsze samodzielne wyzwanie - misja świeżo upieczonego gryzipiórka o niebywałym znaczeniu dla kraju. Mam sprostać zadaniu...
- A cóż do cholery może być niebywałego w zwykłej rozmowie z profesorem na emeryturze? Nawet, jeżeli w tej chwili jest szanowanym obywatelem innego państwa. I po co "mnie to było"? - Ironizował, naśladując jednego ze znanych wcześniej radiowych satyryków.
Naprzeciwko kościoła Najświętszej Marii Panny znajdowała się znana krakowska kawiarniaVis a Vis.Była jedną z wielu na Rynku Starego Miasta. Trudno dociekać z jakiego powodu, lecz traf chciał, że na spotkanie z przedstawicielem polskiego MSZ to właśnie ją wybrał profesor. W 1968 roku opuścił Polskę i na stałe osiadł w Izraelu. Polskie władze zamierzały przyznać mu tytuł honorowego konsula Izraela w Krakowie.
Schlomo Birnbaum był postacią dobrze znaną i szanowaną w Polsce. Jako absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego został uhonorowany za zasługi na polu współpracy polsko-izraelskiej tytułem doktora honoris causa tej uczelni. Pasją profesora była filozofia. Nie unikał trudnych tematów. Tu się urodził. Dobrze znał język polski. Napisał nawet kilka książek. Można je było kupić w największych polskich księgarniach. Pisywał także komentarze do tutejszych dzienników.
Osobą, na którą czekał, był Maksymilian Nowosielski, młody pracownik ministerstwa z Warszawy. Umówili się na godzinę 16.00. W międzyczasie profesor poprosił kelnera o małą czarną. Do spotkania pozostawało około dwóch minut. Zaczynał rozglądać się dookoła, wypatrując, czy jego rozmówca nie wychodzi z którejś z wąskich uliczek zbiegających się z czterech stron świata w sercu krakowskiego rynku.
- Shalom, witam pana, panie konsulu!
- A niech mnie...! To dopiero mnie pan zaskoczył... Shalom panie Nowosielski! Nie do wiary... - Trochę podirytowany, bardziej jednak rozbawiony profesor podał rękę Polakowi. - Pan to ma predyspozycje nie tylko do pracy w dyplomacji. Zresztą... nie będę wnikał... - Przerwał sam sobie, podśmiewając się pod nosem.
- Pan wybaczy, ale szedłem od ulicy Franciszkańskiej. Bynajmniej nie chciałem pana przestraszyć - odparł Maks. - Ponadto raz mieliśmy okazję spotkać się w Warszawie. - Usprawiedliwiał po trosze swe nagłe pojawienie się.
- Panie Nowosielski... Widzi pan, mnie już w życiu niewiele jest w stanie przestraszyć. Siadaj pan, siadaj. Ja już swoje przeszedłem... - dodał Schlomo.
- Tak wiem - odparł Maks.
Wiedział, że miesiąc temu w Tel Avivie zmarła profesorowi żona. Bardzo ją kochał. W czasie wojny cudem ocaleli z Holocaustu. Przez lata byli dla siebie wszystkim. Łączyło ich tak wiele. Rodzice obydwojga zginęli w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Pomimo swoich wad Maks w podejściu do wykonywanej roboty zawsze starał się być profesjonalnie przygotowanym do zadań, w tym przypadku rozmowy.
Przez chwilę panowało milczenie. Polak zapalił papierosa. Na takie momenty nosił przy sobie dyżurne cigarillo, jak je nazywał po swojemu. Była to paczka mentolowych. Zazwyczaj jednak nie palił.
- Dzień dobry, co mogę panu podać? - spytał kelner.
- Proszę to samo. - Maks wskazał głową na filiżankę kawy i szklaneczkę wody mineralnej.
- Panie Maksymilianie, lubię to miasto... - powiedział profesor - ...dawna stolica Polski. - Uzupełnił po chwili.
- Miło mi to słyszeć. - Kurtuazyjnie wymienili się uprzejmościami.
- Tak, zawsze jestem pod wrażeniem jego swoistego uroku... atmosfery, która tu panuje. Najzwyczajniej w świecie tu w Krakowie czuje się zapach historii. Z jednej strony średniowieczne mury i komnaty królów Polski w Zamku na Wawelu. Z drugiej zaś fin de si?clepoczątków XX wieku Franciszka Józefa...
- A wie pan, że siedzimy w kawiarni, której bywalcem był Piotr Skrzynecki, twórca "Piwnicy pod Baranami"? - Potwierdzając komplementy o Krakowie, Nowosielski chciał przejść do czasów bardziej współczesnych.
- Dla mnie Kraków to nierozłącznie również Kazimierz... - odparł profesor, jakby słyszał tylko to, co chciał usłyszeć. - Widzi pan, ja tu czuję bardziej zapach moich przodków. Oczami wyobraźni widzę chodzących po ulicach Żydów w czarnych chałatach, czapach zdobionych futrem. Niosących sakwy z tałesem na modlitwę do bożnicy. Bawiące się dzieci wokół odrapanych kamienic przy Józefa i Szerokiej. Synagogi. Kolorowe szyldy sklepów, warsztatów. Słyszę rozmowy ich wszystkich, ich modlitwy...
Na kilka sekund ponownie zapadła cisza.
- Trochę panu zazdroszczę. - Po jakimś czasie zauważył Polak.
- Hm... tak...? Ma pan czego zazdrościć! - W oczach Birnbauma dostrzegł krótki błysk.
Mógł tylko się domyślać, że przez chwilę oczami duszy stanął tu wśród swoich. Przeniesiony siłą woli. Tęsknotą serca. Kilkadziesiąt lat wstecz.
- Panie profesorze... - Odczekawszy z taktem, przerwał mu krótką zadumę. - Czy to prawda, że przed wojną w wielu żydowskich domach w Krakowie mówiono po polsku?
- Tak to prawda, tak było. W zasadzie tylko w tym mieście.
- Dlaczego? Pragmatyzm czy przywiązanie do miasta i jego mieszkańców? - dopytywał Nowosielski.
- Myślę... myślę, że i jedno, i drugie. Przecież Żydzi osiedlali się tu co najmniej od dziesięciu wieków - odparł profesor po chwili zastanowienia.
- Wprawdzie urodziłem się już po wojnie, ale o Kazimierzu dużo słyszałem od dziadków. Czasami przyjeżdżali tu ze Lwowa. Dziadek prowadził z niektórymi Żydami interesy. Nazywał się Hosz. Kupował hurtowo chmiel...
- Unbelievable! Co pan mówi?! - Najwyraźniej zaciekawiony pytał konsul.
- Tak, to na pewno musiał być chmiel. Przecież dziadkowie ze strony matki prowadzili browar w tym mieście... - dowodził pracownik MSZ.
- No wie pan! - Z niedowierzaniem zakrzyknął Birnbaum.
- Tak, tak... Oczywiście! - potwierdzał przekonująco Maks.
- A czy wie pan, Panie Nowosielski, że siostra mojej babki zakochała się w którymś z kuzynów współwłaściciela browaru ze Lwowa?!
- Nie wierzę... - Teraz to Polak wydawał się być zaskoczonym. - Czy nie było to przypadkiem... Lwowskie Towarzystwo Akcyjne Browarów przy ulicy Klarskiej?
- Tak zgadza się! A skąd pan, panie Nowosielski, jako człowiek tak młody zna taką firmę?! Przecież o niej mogą pamiętać tylko ludzie co najmniej w moim wieku? - pytał zdziwiony profesor.
- Panie konsulu, ja to wszystko zasłyszałem od świętej pamięci mojego dziadka, Onufrego. Gdy miałem 18 lat, nauczył mnie nawet pewnego wersetu z tamtych lat: "Lwowskie piwo to jest klasa, robi z chłopa super asa!" lub... - dodał po cichu, myśląc o pewnym innym rymie. - Albo jeszcze inaczej: "Sto lat żyje, kto lwowskie piwo pije!" - Tym razem na głos. - Oczywiście babcia z tego wszystkiego dobrze sobie pokpiwała...
- Hm... Rozumiem pana babcię... - Uśmiechnął się do Maksa. - Myślę jednak, że mógłbym również zrozumieć pana dziadka... - dodał po chwili, kiwając lekko głową. - Powracając do sprawy - wierzyć mi się nie chce! W tamtych czasach Żydówka w Polaku. To musiało być coś wyjątkowego...! A jak miał na nazwisko, niech pan powtórzy? - dociekał bardzo zaintrygowany tą ciekawie zapowiadającą się historią.
- Hosz, Jakub Onufry Hosz - powtórzył Nowosielski.
Profesor upił łyk kawy. Odstawiając filiżankę na stół, pytająco zajrzał rozmówcy w oczy.
- Och, tak! To było coś wyjątkowego! To było złamaniem pewnych reguł, zasad w naszej żydowskiej społeczności. Chwileczkę... Muszę sobie przypomnieć... Czy aby czasem nazwisko pana dziadka nie kończyło się jednak jakoś tak... na ...ski? Hoszowski, Hoszewski czy coś podobnego? - Uśmiechał się z przekorą w głosie.
- Ha ha ha, panie konsulu, pan żartuje... Pan dobrze wie, że większość polskich nazwisk kończy się na ...ski, lecz nie jest to regułą! - Dopiero teraz zdał sobie sprawę, w jak doskonałym stanie zachował sprawność i trzeźwość umysłu Birnbaum. - Bardzo proszę... Mam wrażenie, że pan bawi się ze mną w kotka i myszkę... - powtórzył bez urazy Nowosielski.
- Panie Maksymilianie, widzi pan, cała przyjemność rozmowy polega na tym, by do pewnych prawd docierać drogą okrężną. Nie zawsze nad "i" trzeba stawiać kropkę wielkości arbuza. Inaczej pewne prawdy, myśli, które chce się przekazać dalej, stają się zbyt proste, zbyt oczywiste. Nie trafiają do ludzkich umysłów. Nie chce się ich uznać. Nie są warte przyjemności poszukiwań.
W gruncie rzeczy Maks przyznawał mu rację.
- Ogólnie rzecz ujmując, tak to prawda. Nie są warte nawet funta kłaków! - przyznał.
- To zupełnie tak samo jak z dziewczyną, którą darzy się uczuciem... Oczywista z wzajemnością... Nic na szybko... Nic od razu, jeśli ma zadziwiać, smakować, działać na zmysły... wszystkie zmysły! - dodał po chwili profesor, uśmiechając się do własnych myśli.
Schlomo Birnbaum intrygował Maksa coraz bardziej. Nie dość, że był uznanym profesorem, to na dodatek facetem z ikrą, by nie powiedzieć dosadniej. Sam w sobie był chodzącą żywą encyklopedią. Podręcznikiem do historii. Znawcą stosunków polsko-żydowskich. Do tego miał mentalność młodego człowieka. Umiał zaciekawiać. Na swój sposób badać inteligencję interlokutora. Objawiało się to zwłaszcza wtedy, gdy poddawał go próbie lekkiej drwiny. Maks nie brał mu tego za złe. Podobnie robił to z nim w domu wcześniej ojciec. W ten sposób wyrabiał w synu poczucie humoru.
- Facet bez humoru to jak kucharz serwujący flaki z olejem bez żadnej przyprawy... - mówił.
Bez wątpienia uodparniał przy tym również syna w dorosłym wieku na szelmostwa tego świata.
- A zatem Husz, pardon Hosz... Tak Jakub Hosz. Nie dość, że z dobrym skutkiem pomagał swemu wujowi w interesach, to musiał być wówczas przystojny. Cholernie przystojny. Musiał mieć coś z Rudolfo Valentino. Lub co najmniej być podobnym do Frank Gable'a z "Przeminęło z wiatrem".
- Co pan powie, panie profesorze? Aż tak...? - Maks nie ukrywał swego zadowolenia.
Jednocześnie przyozdobił je nutką sarkazmu w głosie.
- Tak myślę, skoro zagiął parol na naszą Salomeę... Do dziś mam jeszcze tę niecodzienną historię w głowie. Rodzice często o tym rozmawiali... Nie mogli uwierzyć, że Żydówka zakochała się w goju i że chce za niego wyjść za mąż - opowiadał Schlomo.
- Panie profesorze, dziś byśmy już tak całkiem się nie dziwili... - wtrącił Maks z przekorą.
- Panie, dziś to dziś, a wczoraj to było wczoraj! Poza tym jutro to będzie jeszcze zupełnie inaczej! - Przerwał profesor młodemu Polakowi.
Dzisiejszy pośpiech, pęd do sukcesu, pogoń za pieniądzem, brak szacunku dla tradycji, choć może typowe dla wielu, drażniły go. Wolał wracać myślami do lat młodzieńczych. One zawsze pięknieją z wiekiem.
- I co było dalej? - Niezbity z tropu dopytywał Nowosielski. - Kelner! - zawołał.
Domyślał się, że trzeba dać rozmówcy więcej czasu, by mógł spokojnie poukładać sobie wszystko w pamięci.
- Podaj nam pan po lampce koniaku...
- Proszę bardzo, czy coś jeszcze?
- Panie profesorze po jednej lampce... do kawy? - spytał Maks, uprzejmie wyczekując odpowiedzi.
- Niech będzie! Niech pan nie zapomni o Vitteldo kawy - odparł tamten.
W trakcie pierwszych minut rozmowy w gestach i mimice twarzy Maksa z profesorem można było zauważyć, że dyskutują na tematy dość mocno osobiście ich dotykające. Nie było to jednak bodylanguage nieprzyjazne. Raczej przebijała z niego delikatnie zawiązująca się nić wzajemnej sympatii.
Ktoś, kto siedziałby przy stoliku obok, mógłby usłyszeć dalszą część ich rozmowy.
- Rozumiem, chodzi o wzajemny szacunek...Tylko jedni i drudzy muszą jeszcze tego chcieć. Muszą być na siebie otwarci, porzucić uprzedzenia i stereotypy dorosłych. Wyzbyć się pychy. Może nawet pogardy... - dodał Maks.
- Myślę, iż dla wielu staje się coraz bardziej oczywiste, że... - Birnbaum nie zdołał dokończyć zdania.
Nagle jego ciało osunęło się w fotelu na bok. Spod obojczyka w stronę Maksa bryznęła struga czerwonej krwi. Nie tracąc głowy, rzucił się na profesora, przewracając go całym ciężarem ciała wraz z krzesełkiem na ziemię. Z hukiem upadli obok kawiarnianego stolika. Kolejna z kul trafiła w lampkę z koniakiem, omijając głowę Birnbauma o milimetry. Potłuczone szkło i resztki alkoholu trafiły w szyję i ucho Maksa. Następna kula wbiła się w szyld reklamujący kawiarnię Vis a Vis.
- Fuck...! Jak na ironię twarzą w twarz... ze śmiercią! Vis a vis, też sobie wymyślili! - Zaklął Maks w duchu.
- Zamach...? Nigdy w Polsce nie było zamachów tego rodzaju?! - W jednej chwili w głowie kołatały mu różne myśli.
Odruchowo spojrzał w miejsce, skąd padły strzały. Kilkanaście metrów dalej na lekkim motocyklu uciekał nieznany mu mężczyzna. Był ubrany na czarno. Kolorowa chusta powiewała na szyi, zasłaniając prawie całkowicie twarz. Z piskiem opon skręcił w ulicę Grodzką. Maks dostrzegł tylko, jak za rogiem przesiadał się w samochód. Był prawie pewien, że to jakieś audi.
- Tak, Audi A3! Granatowe. Ktoś musiał w tym miejscu na niego czekać! - Próbował zebrać myśli.
Z powrotem pochylił się nad cudzoziemcem.
- Panie profesorze... panie profesorze... - przemawiał do leżącego.
Jeszcze przed chwilą obaj zajęci byli rozmową...
- Panie profesorze... proszę... Niech pan się ocknie... - wołał.
Lekko poklepywał mężczyznę w policzki. Próbował go cucić. Był nieprzytomny, ale żywy. Wyjął komórkę i pośpiesznie wykręcał 112... Zresztą nie było trzeba. Z oddali słyszał już sygnał karetki pogotowia. Na rynku znajdował się staromiejski komisariat policji. Spojrzał do góry. Nad nimi pochylało twarze dwóch funkcjonariuszy w granatowych mundurach.
- Sierżancie, zaopiekujcie się tym panem. To bardzo ważna osoba!
Odruchowo pokazał policjantowi swoją legitymację z MSZ. Na odwrocie w plastikowym etui widniała specjalna adnotacja. Otwierała Maksowi drzwi do wszelkich instytucji i uprawniała do podejmowania wszelkich stosownych działań.
Bez wahania odsunął na bok drugiego z policjantów. W jednej chwili uruchomił stacyjką silnik policyjnego motocykla i z maksymalną prędkością puścił się w pogoń za uciekającym snajperem. Ryk silnika yamahy o zwiększonej do 1300 cm3 pojemności na kilka chwil zagłuszył wszelkie rozmowy dookoła. W przeciągu kilku sekund był już w miejscu, skąd na pełnych obrotach ruszyło w długą audi. Nie dawał za wygraną. Motocykle o takiej pojemności w wyścigu z samochodami rzadko mają sobie równych. Zwłaszcza w ruchu ulicznym. To był prawdziwy potwór połykający metry dystansu w ułamkowe części sekundy. Z placu Wszystkich Świętych wjechał w ulicę Grodzką. Od uciekającego audi dzieliło go tylko kilkadziesiąt metrów. Jechali teraz ulicą Józefa Dietla. Auto zamachowców wyprzedzało po drodze samochód za samochodem, zmieniając pasy ruchu raz w lewo, to drugim razem w prawo. Niejednokrotnie zmuszało przy tym do gwałtownego hamowania innych uczestników ruchu drogowego. Jeden z takich manewrów zakończył się dachowaniem jadącego przed nimi citroena. Prowadziła go jakaś Bogu ducha winna kobieta. Kątem oka widział przez szybę jej przerażoną twarz. Wskutek nagłego wytracania prędkości samochód zachwiał się, by w kilka sekund później zacząć koziołkować, odbijając się od stalowej bandy w stronę przydrożnego pasa zieleni. Citroen zatrzymał się dopiero na stojącym nieopodal pniu potężnego, starego drzewa. Wątpił, by kierowca mógł to przeżyć.
- Niech go kule...! - mruknął pod nosem wściekły na sprawcę jeszcze bardziej.
Pokrętłem w rączce dodał mocniej gazu. W tym momencie przednie koło lekko poderwało się do góry. Zupełnie, jakby ściągnął pod sobą cugle narowistego konia. To dało mu do myślenia. Z jeszcze większą determinacją natarł do przodu. Dystans, jaki ich dzielił, zmniejszał się z każdym ułamkiem sekundy. Pochylony nad kierownicą sprawiał wrażenie kogoś, kto za wszelką ceną zamierza dopiąć swego. Inne samochody zaczęły przezornie zjeżdżać na bok. Zwłaszcza, że Maks włączył umocowanego na błotniku tylnego koła policyjnego koguta. Syrena wydawała z siebie ostry ostrzegawczy sygnał. Rotacyjne czerwone światło dodatkowo wzmacniało efekt pościgu. Mógł mówić jednak o wielkim szczęściu. Z otwartego okna pasażera padały w jego kierunku strzały. Odruchowo skręcił kierownicą w lewo. Potem wyprostował, by ponownie znaleźć się za uciekającym audi.
Aleja wylotowa z Krakowa prowadziła ku autostradzie A4 na Śląsk i później dalej do Wrocławia oraz Niemiec. Maks nie znał dobrze zamiarów zamachowców. Raczej wątpił, by chcieli uciekać w tym kierunku, narażając się na łatwe namierzenie, blokadę i zatrzymanie na bramkach poboru opłat. Był przekonany, że przed wjazdem na A4 skręcą w jakąś boczną drogę prowadzącą w kierunku Czech. W terenie górskim i zalesionym łatwiej by im było gdzieś się ukryć. Nie mylił się. Po chwili z piskiem opon granatowe audi skręcało w prawo na zjazd do Oświęcimia. Ruszył za nim. Gdy tylko samochód wyszedł na prostą, ponownie padły strzały w jego kierunku. Miał teraz przed sobą prosty odcinek drogi. Linia ciągła po środku dwukierunkowej jezdni ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Zbliżali się do stacji paliwowej. Z prawej mijał zakaz wyprzedzania i ograniczenie do 50 km/h. Jednak zarówno zamachowcy w audi, jak i kierowca motocykla zakazu tego nie przestrzegali. Obydwa pojazdy miały na liczniku dobrze ponad 200 km/h. Z tą różnicą, że amaha gwałtownie jeszcze przyspieszyła i w niecałych kilka sekund jej kierowca był już przy tylnym zderzaku audi. Po chwili z całym impetem najechał na dach samochodu, by po chwili, zeskakując jak atakujący ofiarę jaguar, znaleźć się na jezdni z przodu pojazdu. O ile motocyklista wychodził z tego bez szwanku, to kierowca i pasażer samochodu nie mieli tyle szczęścia. Zaskoczeni i przyciśnięci miażdżonym dachem tracili panowanie nad pojazdem. Auto ustawiło się w poprzek jezdni. Koziołkując, niebezpiecznie zbliżało się do stanowisk tankowania paliwa. Stojące na stacji pojazdy usuwały się pospiesznie na bok. Ci, którzy nie zdążyli wsiąść do swych aut, uciekali pieszo we wszystkich możliwych kierunkach. W międzyczasie koziołkujące audi z całym impetem uderzyło w stanowisko tankowania, powodując zapłon i gwałtowny wybuch paliwa. Maks przystanął na poboczu drogi. Po chwili wyciągnął telefon komórkowy. Po raz drugi w dniu dzisiejszym próbował dodzwonić się pod numer 112.
- Panie hrabio, telefon do pana... Przełączam! - krzyczała z kuchni pokojówka.
Pracowała u hrabiego Ludwiga de Pontignac od przeszło dziesięciu lat. Dobrze znała przyzwyczajenia swojego pracodawcy. Hrabia był mężczyzną około pięćdziesięcioletnim, przystojnym, o kruczoczarnych niegdyś włosach, a dzisiaj przyprószonych już mocno siwizną. To on był obecnie gospodarzem zamku Blois. Jakże wiele jego mury mogłyby opowiadać o wydarzeniach zarówno sprzed tych kilku, jak i kilkuset lat... Tu urodzili się Stefan z Blois - późniejszy król Anglii - i Ludwik XII Walezjusz - król Francji. Zmarli zaś Katarzyna Medycejska - żona króla Francji Henryka II, Maria Kazimiera d'Arquien - królowa Marysieńka. Żona króla Polski Jana III Sobieskiego. Także Gaston - książę Orleanu, wieczny spiskowiec wygnany tu za wiedzą króla Francji przez kardynała Mazariniego.
- Odbieram... - odpowiedział służącej.
- Tak? - pytał po chwili, mając połączenie.
- To ja, Serge, panie hrabio! Mamy kłopoty... - Nieznajomy przedstawiał w skrócie sytuację.
- Tak? - Hrabia powtórzył pytanie.
- Moszenieur Birnbaum nadal żyje. Mustafa i Ibrahim odjechali ... - relacjonował z gniewem.
Nie mógł zrezygnować przy tym ze złośliwości, przekręcając świadomie francuskie słowo monsieur
na żydowsko brzmiące słowo moszenieur.
-Jak to? Dokąd? - Kolejny raz zadał pytanie de Pontignac.
- Biorąc pod uwagę temperaturę, myślę, że bliżej im do wnętrza Ziemi... Spłonęli żywcem na stacji paliwowej pod Krakowem... Dziś po południu - podsumował.
- Panie hrabio? - spytała pokojówka.
Do gabinetu swojego plenipotenta wchodziła, zupełnie nie zdając sobie sprawy w jak nieoczekiwanym to robi momencie.
- Czy mogę już zaciągnąć kotary, niedługo zrobi się zupełnie ciemno? Poza tym ta pogoda... Na zewnątrz jest tak nieprzyjemnie - dodała.
Z początku nie odpowiedział. Patrzył na nią nieobecnym wzrokiem.
- Zaciągnij, zaciągnij... - odburknął.
Był człowiekiem silnego charakteru. Jednak wydarzenia w Polsce trochę nim wstrząsnęły. Powoli dochodził do siebie.
- Tylko nie zapomnij wyłączyć u siebie telewizora! - przypomniał nieco złośliwie.
Nie lubił, gdy w przerwach na posiłek oglądała głupawe seriale dla gospodyń domowych.
- Dobrze panie hrabio. Czy będę mogła już iść do domu? - zapytała grzecznie.
- Tak, idź już, idź! Do jutra! - odparł rozeźlony.
Sięgnął po cygaro. Przyciął maszynką końcówkę, zapalił zapałką i mocno się zaciągnął. Przez długi czas siedział w fotelu głęboko zamyślony.
- Aha, Nathalie jeszcze jedno... Nalej mi lampkę Burbona! - zawołał głosem nieznoszącym sprzeciwu. Pokojówka była już prawie przy drzwiach wyjściowych.
- Tak proszę pana ... Już do pana idę. - Prawie odkrzyknęła.
Z niezadowolenia z trudem panowała nad doborem właściwego tonu swojej odpowiedzi.
Po wyjściu służącej hrabia de Pontignac pozostał w gabinecie sam. Sam na sam z myślami i interesującą go lekturą. Telefon z Polski wyrwał go z wcześniej ułożonego planu dnia. W rękach trzymał coś, co przypominało jakieś opracowanie, raport. W każdym razie było zbindowane, miało stronę tytułową, a w prawym górnym rogu nadruk confidential.
-Wcześniej czy później nie ujdziesz nam żywy monsieur... Moszenieur! - powiedział pod nosem, pochylając się nad stołem otoczony dookoła księgami.