Jonathan Strange i Pan Norrell - Susanna Clarke

Kup ebooka

79.90 zł
67.92 zł (61,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7. "Taka okazja może się więcej nie powtórzyć"

7

"Taka oka­zja może się wię­cej nie powtó­rzyć"

Paź­dzier­nik 1807 roku

- Pro­szę bar­dzo! Oto pań­ska zemsta! - wykrzyk­nął pan Draw­li­ght, poja­wia­jąc się rap­tem w biblio­tece przy Hano­ver Squ­are.

- Zemsta? - zdzi­wił się pan Nor­rell. - Nie bar­dzo rozu­miem.

- Och! - odparł pan Draw­li­ght. - Narze­czona sir Wal­tera, panna Win­ter­towne, nie żyje. Zmarła dziś po połu­dniu. Mieli się pobrać poju­trze, ale z bie­daczki zimny trup. Tysiąc fun­tów rocz­nie! Niech pan sobie przed­stawi jego roz­pacz! Gdyby zechciała była zacze­kać ze zgo­nem do końca tygo­dnia, jakże ina­czej wszystko by się poto­czyło! Sir Wal­ter roz­paczliwie potrze­buje pie­nię­dzy, sza­leje z despe­ra­cji. Nie zdzi­wił­bym się, gdy­by­śmy jutro usły­szeli, iż pode­rżnął sobie gar­dło.

Pan Draw­li­ght wsparł dło­nie na opar­ciu porząd­nego, wygod­nego fotela przy kominku i spo­glą­da­jąc w dół, dostrzegł przy­ja­ciela.

- A, Lascel­les! Chowa się pan za gazetą. Jak się pan miewa?

Tym­cza­sem pan Nor­rell wpa­try­wał się w pana Draw­li­ghta.

- Mówi pan, iż ta młoda kobieta nie żyje? - powtó­rzył zdu­miony. - Ta młoda dama, którą widzia­łem w pokoju u sir Wal­tera? Nie mogę w to uwie­rzyć. Ogromne zasko­cze­nie.

- Ależ wprost prze­ciw­nie - odparł Draw­li­ght. - To było do prze­wi­dze­nia.

- No ale ślub! - wykrzyk­nął pan Nor­rell. - Wszyst­kie przy­go­to­wa­nia! Nie mogli prze­cież nie wie­dzieć, jak ciężko jest chora.

- Zapew­niam pana - odparł Draw­li­ght - iż wie­dzieli. Każdy wie­dział! Pewien czło­wiek nazwi­skiem Drum­mond widział ją pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia na pry­wat­nym balu w Leaming­ton Spa i zało­żył się z lor­dem Car­li­sle o pięć­dzie­siąt fun­tów, iż umrze w ciągu mie­siąca.

Pan Lascel­les skrzy­wił się z iry­ta­cją i odło­żył gazetę.

- Nie, nie - zapro­te­sto­wał. - To nie była panna Win­ter­towne. Idzie panu o pannę Hookham-Nix, któ­rej brat odgra­żał się, iż ją zastrzeli, jeśli dziew­czyna okryje rodzinę wsty­dem, a wszy­scy podej­rze­wali, że to prę­dzej czy póź­niej nastąpi. Ale to było w Wor­thing, i nie lord Car­li­sle przy­jął zakład, a książę Exmoor.

Draw­li­ght zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Chyba ma pan rację - przy­znał w końcu. - Ale to i tak bez zna­cze­nia, bo każdy wie­dział, iż panna Win­ter­towne sła­buje. Oczy­wi­ście każdy oprócz star­szej pani. Ona uwa­żała córkę za uoso­bie­nie Dosko­na­ło­ści, a cóż Dosko­na­łość może mieć wspól­nego ze złym zdro­wiem? Dosko­na­łość należy wyłącz­nie podzi­wiać. Dosko­na­łość musi jedy­nie dosko­nale wydać się za mąż. Ale na cho­robę Dosko­na­łość ni­gdy nie dostała od pani Win­ter­towne zezwo­le­nia, mowy nawet nie było. Choć panna Win­ter­towne kasłała, osu­wała się w omdle­niu na pod­łogę, pole­gi­wała na sofie, ni­gdy nie sły­sza­łem, aby choć raz zbli­żył się do niej dok­tor.

- Sir Wal­ter oto­czyłby ją lep­szą opieką - stwier­dził Lascel­les, wstrzą­sa­jąc gazetę przed kolejną turą lek­tury. - O jego poli­tyce można mówić, co się chce, ale to roz­sądny czło­wiek. Wielka szkoda, iż dziew­czyna nie dotrwała do czwartku.

- Ale drogi panie! - powie­dział Draw­li­ght, zwra­ca­jąc się do Nor­rella. - Wygląda pan blado i nie­zdrowo! Wyraź­nie wstrzą­snęła panem ta śmierć. Młoda, nie­winna istota, a zaga­sła tak szybko. Jak zawsze, sir, pań­ska wraż­li­wość wspa­niale o panu świad­czy. Sam rów­nież abso­lut­nie podzie­lam pań­skie zda­nie. Na myśl, iż jej młode życie dobie­gło kresu tak nagle, tak bru­tal­nie, niczym młody kwiat zdep­tany pod butem... moje serce krwawi, sir... to wręcz nie do znie­sie­nia. Z dru­giej strony jed­nak była bar­dzo chora i prę­dzej czy póź­niej musiała umrzeć, a sam pan opo­wia­dał, iż nie potrak­to­wała pana zbyt uprzej­mie. Wiem, że to nie w modzie tak mówić, lecz bez­względ­nie będę bro­nić świata, w któ­rym mło­dzi ludzie sza­nują star­szych i mądrzej­szych, sir. Głę­boko pogar­dzam zuchwa­ło­ścią, tupe­tem i podob­nymi eks­tra­wa­gan­cjami.

Wyda­wało się jed­nak, iż pan Nor­rell nie sły­szy pocie­sze­nia, jakie jego przy­ja­ciel życz­li­wie mu ofe­ro­wał, a kiedy w końcu się ode­zwał, zda­wało się, że mówi głów­nie do sie­bie, wes­tchnął bowiem głę­boko i wymam­ro­tał:

- Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, iż magia jest tutaj w tak niskim powa­ża­niu. - Urwał, a potem szybko dodał cichym gło­sem: - To bar­dzo nie­bez­pieczna sprawa, wskrze­sza­nie zmar­łych. Od trzy­stu lat nikt tego nie robił. Nie mogę się tego pod­jąć.

Brzmiało to bar­dzo oso­bli­wie i pan Draw­li­ght z panem Lascel­le­sem spoj­rzeli na przy­ja­ciela z wiel­kim zdzi­wie­niem.

- W rze­czy samej, sir - potwier­dził pan Draw­li­ght - i nikt nie suge­ruje, iż pan powi­nien.

- Oczy­wi­ście, znam te for­muły - cią­gnął pan Nor­rell, jakby słowa Draw­li­ghta w ogóle do niego nie docie­rały - ale to dokład­nie ten rodzaj magii, z któ­rym wal­czę! Jego sku­tecz­ność zależy od... Zależy w takim wiel­kim stop­niu... Czyli wynik jest cał­ko­wi­cie nie­prze­wi­dy­walny... Żaden mag nie ma mocy, aby go okre­ślić. Nie! Nie podejmę próby. Nawet nie będę o tym myślał.

Nastą­piła chwila mil­cze­nia. Jed­nakże mimo posta­no­wie­nia, aby o tym nie myśleć, pan Nor­rell nie­ustan­nie popra­wiał się na krze­śle, gryzł paznok­cie, oddy­chał nie­spo­koj­nie i prze­ja­wiał wszel­kie oznaki ner­wo­wego pod­nie­ce­nia.

- Mój drogi panie - ode­zwał się ostroż­nie pan Draw­li­ght. - Zdaje mi się, iż zaczy­nam poj­mo­wać, co ma pan na myśli. I muszę przy­znać, że wedle mnie to zna­ko­mity pomysł! Idzie panu o wielką magiczną sztukę, świa­dec­two pana nad­zwy­czaj­nych umie­jęt­no­ści! Ależ, drogi panie! Gdyby się panu powio­dło, wszyst­kie panie Win­ter­towne i wszy­scy Pole'owie w całej Anglii będą u drzwi pań­skiego domu cze­kali w kolejce, byle tylko zawrzeć zna­jo­mość z nie­zwy­kłym panem Nor­rel­lem!

- A gdyby pan Nor­rell poniósł klę­skę - zauwa­żył sucho pan Lascel­les - wszy­scy w Anglii będą zamy­kać drzwi przed skom­pro­mi­to­wa­nym panem Nor­rellem.

- Mój drogi! - wykrzyk­nął Draw­li­ght. - Toż to far­ma­zony! Daję słowo, że dla każ­dej porażki naj­ła­twiej na tym świe­cie zna­leźć uspra­wie­dli­wie­nie. Wszak porażki wszy­scy nie­ustan­nie pono­simy.

Pan Lascel­les odparł, iż to nie ma nic do rze­czy, i już zaczęli się spie­rać, kiedy z ust ich przy­ja­ciela, pana Nor­rella, wyrwał się bole­sny okrzyk.

- Boże drogi! Cóż mam teraz począć? Co czy­nić? Tyle mie­sięcy pra­co­wa­łem w pocie czoła, aby przy­wró­cić mej pro­fe­sji sza­cu­nek w oczach ludzi, a mimo to cały czas mną gar­dzą! Sza­nowny panie - zwró­cił się do Lascel­lesa - pan zna świat, pro­szę mi powie­dzieć...

- Ogrom­nie żałuję, sir - prze­rwał mu szybko pan Lascel­les - ale mam zasadę, aby wszel­kie opi­nie zatrzy­my­wać dla sie­bie. - I powró­cił do swej gazety.

- Drogi panie - powie­dział za to Nor­rel­lowi Draw­li­ght (który nie cze­kał, aż ktoś go zapyta o opi­nię). - Taka oka­zja może się wię­cej nie powtó­rzyć. - (Ten wiel­kiej wagi argu­ment kazał panu Nor­rel­lowi ciężko wes­tchnąć). - I muszę przy­znać, iż sam bym sobie ni­gdy nie wyba­czył, gdy­bym pozwo­lił, aby wymknęła się panu z rąk. Za jed­nym zama­chem przy­wróci pan żywym tę uro­czą młodą damę, o śmierci któ­rej nie spo­sób wręcz myśleć bez ronie­nia łez, zacnemu dżen­tel­me­nowi przy­wróci pan for­tunę oraz na wiele poko­leń wskrzesi pan powa­ża­nie magii jako potęż­nej siły w tym świe­cie! A gdy dowie­dzie pan już swych nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ści, jak rów­nież ich uży­tecz­no­ści dla kraju i tak dalej, któż będzie mógł odmó­wić magom należ­nego im sza­cunku i chwały? Będą powa­żani w stop­niu rów­nym admi­ra­łom, dużo bar­dziej niż gene­ra­ło­wie, naj­pew­niej tak samo jak arcy­bi­skupi i lor­do­wie kanc­le­rze! Cał­kiem nie był­bym zdzi­wiony, gdyby jego wyso­kość usta­no­wił natych­miast odpo­wied­nią hie­rar­chię stopni magów zwy­czaj­nych, magów kano­nicz­nych, magów na posa­dzie pry­wat­nej i tak dalej. Pan zaś, drogi panie, zaj­mo­wałby pozy­cję na samym szczy­cie tej dra­biny jako arcy­mag! A to wszystko osią­gnąłby pan za jed­nym zama­chem!

Draw­li­ght był zado­wo­lony ze swej prze­mowy. Lascel­les z iry­ta­cją sze­le­ścił gazetą, naj­wy­raź­niej miał wiele kontr­ar­gu­men­tów, nie mógł ich jed­nak ujaw­nić, gdyż chwilę wcze­śniej dekla­ro­wał, iż powstrzy­muje się od wyra­ża­nia opi­nii.

- Nie ma groź­niej­szej formy cza­rów! - obja­śnił pan Nor­rell prze­ra­żo­nym szep­tem. - To nie­bez­pieczne i dla maga, i dla obiektu zaklęć.

- Cóż, uwa­żam, sir, iż to pan naj­le­piej potrafi oce­nić nie­bez­pie­czeń­stwo, gdyż to pan by się na nie nara­żał. Nato­miast obiekt, jak to pan ujął, nie żyje. Cóż wię­cej może się dziew­czy­nie stać?

Draw­li­ght cze­kał chwilę na odpo­wiedź na to cie­ka­wie zadane pyta­nie, ale żadna nie nade­szła.

- Zadzwo­nię po stan­greta - oznaj­mił i tak wła­śnie uczy­nił. - Pojadę natych­miast na Brun­swick Squ­are. Pro­szę się nie lękać, drogi panie, spo­dzie­wam się, iż nasza oferta spo­tka się z nie­zwy­kle życz­li­wym przy­ję­ciem. Wrócę w ciągu godziny!

Kiedy Draw­li­ght pośpiesz­nie odje­chał, pan Nor­rell sie­dział przez dobry kwa­drans, po pro­stu wbi­ja­jąc wzrok przed sie­bie, i cho­ciaż Lascel­les nie wie­rzył w magiczne sztuki, które pan Nor­rell rze­komo miał wkrótce wyko­nać (a zatem rów­nież w zapo­wia­dane nie­bez­pie­czeń­stwo), teraz cie­szył się, iż nie ogląda tego, co naj­wy­raź­niej widział pan Nor­rell.

Potem pan Nor­rell wstał, w wiel­kim pośpie­chu zdjął z pó­łek pięć czy sześć folia­łów i otwo­rzył je - przy­pusz­czal­nie wyszu­ki­wał frag­menty z pora­dami dla magów, któ­rzy zamie­rzali wskrze­szać z mar­twych młode kobiety. Sku­piał się na tym przez kolejne trzy kwa­dranse, aż w końcu w holu za drzwiami dało się sły­szeć pewne zamie­sza­nie i dżen­tel­meni w biblio­tece naj­pierw usły­szeli głos pana Draw­li­ghta, a zaraz potem poja­wił się jego wła­ści­ciel.

- ...naj­więk­szą przy­sługę na świe­cie! Jestem doprawdy wielce zobo­wią­zany... - Pan Draw­li­ght roz­tań­czo­nym kro­kiem wszedł do biblio­teki, uśmie­cha­jąc się sze­roko. - Wszystko zała­twione, sir! Co prawda sir Wal­ter naj­pierw zgła­szał obiek­cje, ale już wszystko w naj­lep­szym porządku! Począt­kowo pro­sił, aby prze­ka­zać panu od niego wyrazy wdzięcz­no­ści za życz­liwą tro­skę, ale nie uwa­żał, by mógł pan pomóc. Odpar­łem, że jeśli oba­wia się, iż rzecz się wyda i cały Lon­dyn będzie o niej roz­pra­wiał, nie musi się lękać, nie mamy bowiem naj­mniej­szego zamiaru sta­wiać sir Wal­tera w kło­po­tli­wym poło­że­niu. Pan Nor­rell jedy­nie pra­gnie mu słu­żyć, zaś ja i Lascel­les jeste­śmy cho­dzącą dys­kre­cją. Ale on odparł, iż nie oba­wia się drwin, ludzie bowiem zawsze znajdą powód, aby wyśmiać mini­stra, idzie mu jedy­nie o to, iż woli, aby na razie nie budzić panny Win­ter­towne ze snu, z sza­cunku dla jej obec­nego poło­że­nia. Drogi sir Wal­terze! - wykrzyk­ną­łem - jak pan może tak mówić? Naprawdę uważa pan, iż bogata, uro­dziwa młoda dama ocho­czo roz­stała się z życiem w przed­dzień wła­snego ślubu, i to z panem jako szczę­śli­wym oblu­bień­cem?! Och, sir Wal­terze! - powie­dzia­łem - może pan nie wie­rzyć w magiczne moce pana Nor­rella, ale co szko­dzi spró­bo­wać? Star­sza pani Win­ter­towne natych­miast pojęła, iż to roz­sądna oferta, i dodała wła­sne argu­menty. Opo­wie­działa mi o pew­nym magu, któ­rego znała w dzie­ciń­stwie, czło­wieku o wiel­kim talen­cie i odda­nym przy­ja­cielu całej rodziny, który prze­dłu­żył życie jej sio­stry o kilka lat ponad to, co prze­po­wia­dali dok­to­rzy. Powia­dam panu, że nic nie wyrazi wdzięcz­no­ści pani Win­ter­towne za pań­ską dobroć. Bła­gała, abym pana upro­sił, by przy­był pan nie­zwłocz­nie. A sir Wal­ter przy­znaje, iż nie widzi potrzeby odkła­da­nia tego w cza­sie. Kaza­łem więc Davey­owi, aby cze­kał przy wej­ściu i pod żad­nym pozo­rem ni­gdzie indziej nie wyjeż­dżał. Och, drogi panie! To będzie noc pojed­nań! Wszel­kie nie­po­ro­zu­mie­nia, nie­szczę­śliwe inter­pre­ta­cje jed­nego czy dwóch nie­for­tun­nie dobra­nych słów - wszystko to, wszystko odej­dzie w nie­pa­mięć! Niczym w sztuce Szek­spira!

Panu Nor­rel­lowi przy­nie­siono jesionkę, po czym wsiadł do powozu. Sądząc po jego zdu­mio­nej minie, gdy po otwar­ciu drzwi pan Draw­li­ght wsko­czył i zasiadł po jed­nej stro­nie, zaś pan Lascel­les natych­miast usiadł naprze­ciwko, pan Nor­rell nie zamie­rzał był jechać na Brun­swick Squ­are w towa­rzy­stwie obu dżen­tel­me­nów.

Lascel­les rzu­cił się na sie­dze­nie, pokła­da­jąc się ze śmie­chu. Jak mówił, w życiu nie sły­szał podob­nej nie­do­rzecz­no­ści, i porów­ny­wał wygodną podróż uli­cami Lon­dynu w powo­zie pana Nor­rella do przy­gód z daw­nych fran­cu­skich i wło­skich bajek, w któ­rych głupcy żeglo­wali w skop­kach na mleko, aby wyło­wić odbi­cie księ­życa z dna stawu. Wszystko to mogłoby głę­boko ura­żać pana Nor­rella, gdyby tylko jego myśli nie były aku­rat pochło­nięte czym innym.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Jona­than Strange, Histo­ria i prak­tyka angiel­skiej magii, t. 1, rozdz. 2, wyd. przez Johna Mur­raya, Lon­dyn 1816. [wróć]

2. Zwa­nych bar­dziej sto­sow­nie magami Zło­tego Wieku. [wróć]

3. Abbey (ang.) - opac­two (przyp. tłum.). [wróć]

4. Anna Stu­art, kró­lowa Anglii w latach 1702-1714 (przyp. tłum.). [wróć]

5. John Segun­dus, Istot magicz­nych w służ­bie dok­tora Pale'a wyczer­pu­jący opis, wraz z ich imio­nami, histo­riami, cechami osoby oraz pra­cami dla niego wyko­ny­wa­nymi, wyd. przez Tho­masa Burn­hama, księ­ga­rza, Nor­thamp­ton 1799. [wróć]

6. Dr Mar­tin Pale (1485-1567) uro­dził się jako syn gar­ba­rza z War­wick. Był ostat­nim aure­atem, czyli magiem Zło­tego Wieku. Jego śla­dem podą­żyli też inni mago­wie (patrz: Gre­gory Absa­lom), lecz ich repu­ta­cja bywa kwe­stio­no­wana. Pale był bez wąt­pie­nia ostat­nim angiel­skim magiem, który wybrał się do Kra­iny, gdzie żyją istoty magiczne. [wróć]

7. Mago­wie, jak już wiemy z mak­symy Jona­thana Strange'a, potra­fią kłó­cić się o wszystko. Od wielu lat spie­rają się zatem w palą­cej kwe­stii, a mia­no­wi­cie, czy taki a taki wolu­min można zali­czyć do ksiąg magii. Więk­szo­ści laików wystar­cza pro­sta reguła: tomy napi­sane, nim w Anglii prze­stano upra­wiać czary, to księgi magii, wszystko zaś powstałe póź­niej to księgi trak­tu­jące o magii. Ist­nieje zasada, z któ­rej wywo­dzi się powyż­sza pro­sta reguła, iż księgi magii powinny wyjść spod pióra prak­ty­ku­ją­cego maga, a nie maga zaj­mu­ją­cego się teo­rią czy też histo­rią przed­miotu. Wyda­wa­łoby się to zgodne ze zdro­wym roz­sąd­kiem. Nawet tutaj jed­nak wpa­damy w kło­poty. Wielcy mistrzo­wie i mistrzy­nie magii, ci, któ­rych nazy­wamy aure­atami lub też magami Zło­tego Wieku (Tho­mas God­bless, Ralph Sto­ke­sey, Cathe­rine z Win­che­steru, Kru­czy Król), pisali nie­wiele lub też nie­wiele ich dzieł się zacho­wało. Bar­dzo moż­liwe, iż Tho­mas God­bless wcale nie umiał pisać. Sto­ke­sey nauczył się łaciny w szkole w swym rodzin­nym Devon­shire, ale całą wie­dzę o nim czer­piemy od innych auto­rów. Mago­wie zabrali się za pisa­nie ksiąg dopiero, gdy magia wcho­dziła w lata schyłku. Nad­cią­gał mrok, który miał zaga­sić blask sławy angiel­skiej magii. Ci mago­wie, któ­rych nazy­wamy argen­ty­nami lub też magami Srebr­nego Wieku (Tho­mas Lan­che­ster, 1518-90; Jacques Bela­sis, 1526-1604; Nicho­las Gou­bert, 1535-78; Gre­gory Absa­lom, 1507-99) przy­po­mi­nali pło­myki świec migo­czące w zapa­da­ją­cych ciem­no­ściach. Byli przede wszyst­kich uczo­nymi, a dopiero potem magami. Z całą pew­no­ścią przy­zna­wali się do upra­wia­nia magii, nie­któ­rzy mieli jedną czy dwie magiczne istoty na służ­bie, ich doko­na­nia były jed­nak nie­wiel­kie i część współ­cze­snych uczo­nych podaje w wąt­pli­wość, czy w ogóle umieli posłu­gi­wać się magią. [wróć]

8. Ann Radc­liffe (1764-1823), angiel­ska poetka, pisarka, autorka roman­sów sen­ty­men­tal­nych i powie­ści grozy (przyp. tłum.). [wróć]

9. Pierw­szy ustęp prze­czy­tany przez pana Segun­dusa trak­to­wał o Anglii, o magicz­nej Kra­inie (którą mago­wie nazy­wają cza­sami "Innymi Zie­miami") i o dziw­nym lądzie, który rze­komo leży na dale­kim krańcu pie­kieł. Pan Segun­dus sły­szał to i owo o sym­bo­licz­nej oraz magicz­nej więzi łączą­cej wszyst­kie trzy tery­to­ria, ni­gdy jed­nak nie czy­tał rów­nie kla­row­nego obja­śnie­nia, czym są. Drugi frag­ment doty­czył jed­nego z naj­więk­szych angiel­skich magów, Mar­tina Pale'a. W Drze­wie wie­dzy Gre­gory'ego Absa­loma znaj­duje się słynny ustęp, opi­su­jący jak pod­czas podróży przez Kra­inę ostatni z wiel­kich aure­atów, Mar­tin Pale, zło­żył wizytę księ­ciu tam­tych ziem. Jak więk­szość istot jego rasy, książę ów posia­dał mno­gość imion, tytu­łów, zwro­tów hono­ro­wych i przy­dom­ków. Zwy­kle jed­nak był znany jako Zimny Henry. Zimny Henry przy­wi­tał gościa długą, pełną sza­cunku prze­mową. Choć roiło się w niej od meta­for i nie­ja­snych alu­zji, Zimny Henry chciał chyba po pro­stu powie­dzieć, iż istoty magiczne są z natury bezecne i nie zawsze wie­dzą, że czy­nią coś złego. Na co Mar­tin Pale odparł krótko i dość enig­ma­tycz­nie, iż nie wszy­scy Anglicy mają ten sam roz­miar buta. Przez wiele stu­leci nikt nie miał poję­cia, jak tłu­ma­czyć sens tych słów, choć wysu­nięto kilka teo­rii - John Segun­dus znał je wszyst­kie. Naj­bar­dziej popu­larną z nich zapro­po­no­wał w XVIII wieku Wil­liam Pan­tler. Twier­dził on, iż Zimny Henry i Pale roz­pra­wiali o teo­lo­gii. Istoty magiczne (jak wszy­scy wie­dzą) znaj­dują się poza wła­dzą Kościoła. Żaden Chry­stus ni­gdy do nich nie zaszedł ani nie zaj­dzie, a co się z nimi sta­nie w dniu Sądu Osta­tecz­nego, tego nie wie nikt. Wedle Pan­tlera Zimny Henry chciał zapy­tać Pale'a, czy ist­nieje nadzieja, iż Wieczne Zba­wie­nie może stać się udzia­łem istot magicz­nych podob­nie jak ludzi. Odpo­wiedź Pale'a - iż Anglicy róż­nią się roz­mia­rem buta - miała ozna­czać, że nie wszy­scy Anglicy dostą­pią zba­wie­nia. Na tej pod­sta­wie Pan­tler przy­pi­suje dalej Pale'owi dość oso­bliwy pogląd, jakoby roz­miar Nieba pozwa­lał na pomiesz­cze­nie jedy­nie skoń­czo­nej liczby Bło­go­sła­wio­nych. Za każ­dego potę­pio­nego Anglika otwiera się w nie­bie miej­sce dla istoty magicz­nej. Repu­ta­cja Pan­tlera jako maga teo­re­tyka opiera się wyłącz­nie na napi­sa­nej przez niego księ­dze, którą poświę­cił tej mate­rii. W Instruk­cy­ach Jacqu­esa Bela­sisa pan Segun­dus prze­czy­tał zgoła inne obja­śnie­nie. Trzy wieki przed wizytą Mar­tina Pale'a w zamku Zim­nego Henry'ego księ­cia odwie­dził inny ludzki gość, angiel­ski mag o mocy nawet więk­szej od Pale'a - Ralph Sto­ke­sey, który zosta­wił tam parę butów. Buty, jak pisze Bela­sis, były stare i naj­pew­niej dla­tego Sto­ke­sey nie zabrał ich z powro­tem, nie­mniej ich obec­ność w zamku powo­do­wała ogromną kon­ster­na­cję wszyst­kich jego magicz­nych miesz­kań­ców, któ­rzy ota­czali angiel­skiego maga wielką czcią. W szcze­gól­nym kło­po­cie zna­lazł się Zimny Henry, ponie­waż oba­wiał się, iż jakimś pokręt­nym, nie­zro­zu­mia­łym spo­so­bem chrze­ści­jań­ska moral­ność może go zechcieć roz­li­czyć za utratę obu­wia przez jego ludz­kiego gościa. Usi­ło­wał się pozbyć tej strasz­li­wej pary butów i prze­ka­zać je Pale'owi, który jed­nak nie chciał ich przy­jąć. [wróć]

10. W sta­ro­żyt­nym Rzy­mie zwy­cięz­com zdo­biono głowy wień­cami z liści waw­rzynu. Przed kochan­ków i wybrań­ców for­tuny podobno rzu­cano płatki róż. Angiel­skim magom nato­miast dostały się w udziale zale­d­wie liście zwy­kłego blusz­czu. [wróć]

11. Wielki kościół w Yorku jest zarówno kate­drą (czyli kościo­łem, w któ­rym usta­wiony jest tron biskupa), jak i sta­rym kościo­łem klasz­tor­nym (czyli zało­żo­nym w daw­nych wie­kach przez misjo­na­rzy). Kościół w Yorku nosił oba miana w róż­nych okre­sach. We wcze­snych wie­kach zwy­kle nazy­wano go kościo­łem klasz­tor­nym, dzi­siaj jed­nak miesz­kańcy Yorku wolą nazy­wać go kate­drą, gdyż nazwa ta wynosi kościół Yorku ponad kościoły w pobli­skich mia­stach Ripon i Bever­ley. Ripon i Bever­ley mają kościoły klasz­torne, a nie kate­dry. [wróć]

12. Takie porwa­nie opi­suje dobrze znana bal­lada Kru­czy Król. Nie­długo już, mój ojciec rzekł, Żyć będziesz w naszym świe­cie. Wie bowiem dobrze Kru­czy Król, Gdzie naj­pięk­niej­sze kwie­cie. Ksiądz też bogac­twa lubił, Choć modlił się, w dzwon bił. Na świece trzy dał Kru­czy Król, A ksiądz już zgodny był. Zbyt słabo ma kochanka W obję­ciach mnie tuliła, Wycią­gnął dłoń swą Kru­czy Król, Wes­tchnęła i puściła. Ta zie­mia w oczach blak­nie, Na nie­bie się roz­wija, Jak liść w podmu­chach wichru drży, Gdy Kru­czy Król nas mija. W pamięci miej mnie zawsze I otocz wspo­mnie­niami, Gdy ruszam w dziki Króla tan Wśród wrzo­sów pod gwiaz­dami. [wróć]

13. Przy­kła­dem przy­ta­cza­nym przez pana Honey­fo­ota było mor­der­stwo, do jakiego doszło w 1279 roku w ponu­rym mie­ście Alston. Na kościel­nym dzie­dzińcu zna­le­ziono ciało chłopca, powie­szone na gałęzi aka­cji rosną­cej u wrót kościoła. Nad wro­tami stała figura Matki Boskiej z Dzie­ciąt­kiem. Miesz­kańcy Alston posłali więc do New­ca­stle, do zamku Kru­czego Króla, zaś Kru­czy Król wysłał dwóch magów, aby spra­wili, że Matka Boska i Dzie­ciątko Jezus prze­mó­wią. I tak się stało - święte postaci zaświad­czyły, iż chło­paka zabił obcy czło­wiek, ale z jakiego powodu, nie wie­działy. Zawsze potem, kiedy w mie­ście zja­wiał się obcy przy­bysz, miesz­kańcy Alston zacią­gali go siłą przed kościelne wrota i pytali: "Czy to ten?", ale Matka Boska i Dzie­ciątko nie­zmien­nie zaprze­czali. Pod sto­pami Maryi Dzie­wicy rzeź­biarz umie­ścił lwa i smoka, które prze­dziw­nie zawi­jały się jeden wokół dru­giego i gry­zły się wza­jem w karki. Arty­sta nie widział jed­nak ni­gdy lwa ani smoka, znał za to wiele psów i owiec, dla­tego coś z natury psa i owcy spły­nęło na obie rzeźby. Kiedy tylko jakie­goś obcego bie­daka przy­pro­wa­dzano przed Maryję z Dzie­ciąt­kiem, lew i smok prze­sta­wały się gryźć i sta­wały na straży Matki Boskiej oraz małego Jezusa - lew wtedy szcze­kał, a smok gniew­nie beczał. Mijały lata i wszy­scy miesz­kańcy Alston, któ­rzy mogli pamię­tać powie­szo­nego chło­paka, dawno już pomarli, a i jego mor­derca rów­nież naj­pew­niej już nie żył. Ale Maryja i Dzie­ciątko tak przy­wy­kli do wyda­wa­nia sądów nad każ­dym nie­zna­jo­mym w mie­ście, iż kiedy tylko ich wzrok padał na obcego nie­szczę­śnika, mówili: "To nie on". Alston zaś zyskało złą sławę mia­sta peł­nego grozy i prze­ra­że­nia, stąd każdy, kto tylko mógł, omi­jał je z daleka. [wróć]

14. Aby lepiej zro­zu­mieć postać pana Nor­rella oraz jego magiczne moce, pan Segun­dus zasiadł do stwo­rze­nia dokład­nego opisu wizyty w Hurt­few Abbey. Nie­stety, oka­zało się, iż w tym wzglę­dzie pamięć dziw­nie go zawo­dzi. Za każ­dym razem, gdy powra­cał do nota­tek, odkry­wał, że teraz pamięta tamte wyda­rze­nia ina­czej. Zawsze koń­czyło się wykre­śla­niem słów i całych zdań oraz zapi­sy­wa­niem nowych, aż w końcu cał­ko­wi­cie zmie­nił treść pier­wot­nych zapi­sków. Po czte­rech czy pię­ciu mie­sią­cach był zmu­szony sam przed sobą przy­znać, iż nie wie już, co pan Honey­foot powie­dział panu Nor­rel­lowi ani co pan Nor­rell odpowie­dział, ani co on sam zoba­czył w domu Nor­rella. Osta­tecz­nie doszedł do wnio­sku, iż jakie­kol­wiek notatki w tej mate­rii na nic się nie zda­dzą i cisnął je wszyst­kie do ognia. [wróć]

15. Raz zna­lazł się w pokoju z dłu­go­wło­sym bia­łym kotem lady Bess­bo­ro­ugh. Miał aku­rat na sobie tego dnia nie­na­gan­nie czarny frak i podobne czarne spodnie, dla­tego zatrwo­żyła go wielce obec­ność kota, który krą­żył wokół, naj­wy­raź­niej chcąc wsko­czyć mu na kolana. Draw­li­ght wycze­kał, aż kot uzna, iż nikt go nie obser­wuje. Wtedy pod­niósł go z pod­łogi i wyrzu­cił przez okno na ulicę. Zwie­rzę na szczę­ście prze­żyło upa­dek z dru­giego pię­tra na zie­mię, ale miało już potem kło­poty z jedną nogą i zawsze oka­zy­wało wro­gość wobec czarno odzia­nych dżen­tel­me­nów. [wróć]

16. Cza­ro­dzieja Mer­lina rze­komo uwię­ziła w drze­wie głogu cza­ro­dziejka Nimue. [wróć]

17. Pan Lascel­les prze­sa­dza. Kru­czy Król miał naj­wy­żej trzy kró­le­stwa. [wróć]

18. Star­ho­use prze­ciw Tub­b­sowi: słynna sprawa roz­pa­try­wana przed kil­koma laty w sądzie w Not­tin­gham. Miesz­ka­niec hrab­stwa Not­tin­gham nazwi­skiem Tubbs żywił wiel­kie pra­gnie­nie ujrze­nia magicz­nej istoty. Roz­my­ślał o nich dniami i nocami, czy­tał o nich prze­różne dziwne księgi i wbił sobie do głowy, iż jego stan­gret jest jedną z nich. Stan­gret (nazwi­skiem Jack Star­ho­use), wysoki, ciem­no­włosy czło­wiek, rzadko się odzy­wał, co zawsty­dzało pozo­stałą służbę, uwa­ża­jącą go przez to za pyszałka. Star­ho­use, który dopiero nie­dawno zaczął słu­żyć w domu pana Tub­bsa, powie­dział chle­bo­dawcy, iż wcze­śniej był stan­gre­tem u pew­nego leci­wego dżen­tel­mena nazwi­skiem Browne w miej­sco­wo­ści Cold­mic­kle­hill na pół­nocy. Star­ho­use miał jeden wielki dar: potra­fił spra­wić, iż każde stwo­rze­nie go uwiel­biało. Konie zawsze chęt­nie go słu­chały, a kiedy trzy­mał lejce, ni­gdy się nie iry­to­wały ani nie nie­cier­pli­wiły. Potra­fił też wyda­wać pole­ce­nia kotom, któ­rych posłu­szeń­stwo zdu­mie­wało wszyst­kich w hrab­stwie Not­tin­gham. Pra­wił im coś szep­tem, a każdy kot zamie­rał wtedy w bez­ru­chu, zadzi­wiony, jakby w życiu nie sły­szał tak roz­sąd­nie wyło­żo­nej prawdy. Star­ho­use umiał też spra­wić, aby koty tań­czyły. Kocury z domu pana Tub­bsa, choć rów­nie dumne i dba­jące o wła­sną god­ność, jak każde inne koty, na pole­ce­nie Jacka Star­ho­use'a ruszały w dzi­kie tany, ska­kały na tyl­nych łapach i fikały koziołki. Star­ho­use umiał to spra­wić dziw­nym wzdy­cha­niem, sycze­niem i gwiz­dami. Jeden ze słu­żą­cych zauwa­żył jed­nak, iż to wszystko mia­łoby jakiś sens, gdyby koty na coś się zdały - a tak nie było. Cudowny talent Star­ho­use'a nie był uży­teczny i nie bawił pozo­sta­łej służby pana Tub­bsa, która tylko czuła się nie­swojo. Czy więc poszło wła­śnie o to, czy o jego nie­brzydką twarz z sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, w każ­dym razie pan Tubbs nabrał pew­no­ści, iż Star­ho­use jest istotą z Kra­iny i zaczął roz­py­ty­wać, na czym polega sekret stan­greta. Pew­nego dnia wezwał Star­ho­use'a do swego gabi­netu. Oznaj­mił, iż doszły go wie­ści, że pan Browne jest ciężko chory. Co wię­cej, podobno cho­ro­wał przez cały okres rze­ko­mej służby Star­ho­use'a i od wielu lat w ogóle nie opusz­czał domu. Pan Tubbs był zatem cie­kaw, po co był mu stan­gret. Przez dłuż­szą chwilę Jack Star­ho­use mil­czał. W końcu przy­znał, iż ni­gdy nie pra­co­wał u pana Browne'a. Powie­dział, że przy­jęła go na służbę inna rodzina z oko­licy. Pra­co­wał ciężko, miej­sce było dobre, był zado­wo­lony, ale inni słu­żący go nie lubili. Nie wie­dział dla­czego, już mu się to wcze­śniej przy­da­rzało. Jedna osoba ze służby (kobieta) zmy­śliła o nim kłam­stwa i go zwol­niono. Wiele lat temu widział raz pana Browne'a. Teraz, jak mówił, jest mu bar­dzo przy­kro, że nie powie­dział prawdy panu Tub­b­sowi, ale nie wie­dział, co począć. Pan Tubbs obja­śnił, iż nie ma potrzeby dla dal­szych kon­fa­bu­la­cji. On wie, że Star­ho­use jest magiczną istotą, ale uspo­ka­jał go, aby się nie oba­wiał, nikomu bowiem nie zdra­dzi jego sekretu. Chciał tylko poroz­ma­wiać z nim o jego ojczyź­nie i magicz­nych współ­bra­ciach. Z początku Star­ho­use nie rozu­miał, o co panu Tub­b­sowi się roz­cho­dzi, a kiedy zro­zu­mie­nie w końcu na niego spły­nęło, na próżno pro­te­sto­wał, że jest zwy­kłym czło­wie­kiem, Angli­kiem. Pan Tubbs już mu nie wie­rzył. Potem cokol­wiek Star­ho­use robił, dokąd­kol­wiek szedł, pan Tubbs cze­kał na niego z setką pytań o magiczne istoty i ich Kra­inę. Star­ho­use'a tak bar­dzo to przy­gnę­biało (cho­ciaż pan Tubbs był zawsze wobec niego miły i uprzejmy), iż był zmu­szony opu­ścić jego służbę. Nim zna­lazł nową posadę, poznał pew­nego czło­wieka w piwiarni w South­well, który prze­ko­nał go, aby pozwał byłego chle­bo­dawcę za znie­sła­wie­nie. Słynny wyrok uczy­nił Jacka Star­ho­use'a pierw­szym czło­wie­kiem ofi­cjal­nie uzna­nym przez angiel­skie prawo za osobę ludzką. Ta oso­bliwa sprawa nie zakoń­czyła się jed­nak szczę­śli­wie ani dla Tub­bsa, ani dla Star­ho­use'a. Tub­bsa spo­tkała kara za jego nie­winne pra­gnie­nie - za chęć spo­tka­nia magicz­nej istoty. Stał się przed­mio­tem drwin. Jego wstrętne kary­ka­tury zamiesz­czały gazety w Lon­dy­nie, w Not­tin­gham, w Derby i Shef­field, zaś sąsie­dzi, z któ­rymi przez lata żył w wiel­kiej przy­jaźni i zgo­dzie, teraz nie chcieli go znać. Star­ho­use nato­miast szybko odkrył, iż nikt nie chce zatrud­nić stan­greta, który wła­snego pana pozwał do sądu. Był więc zmu­szony przyj­mo­wać naj­gor­sze prace i szybko skoń­czył w wiel­kiej bie­dzie. Sprawa Star­ho­use prze­ciw Tub­b­sowi jest cie­kawa nie tylko dla­tego, iż służy jako ilu­stra­cja dla sze­roko roz­po­wszech­nio­nego wie­rze­nia, jakoby magiczne istoty cał­kiem Anglii nie opu­ściły. Wiele osób jest prze­ko­na­nych, iż magiczne istoty ota­czają nas każ­dego dnia. Nie­które są nie­wi­dzialne, inne zaś podają się za chrze­ści­jan i mogą być nam znane. Uczeni deba­tują nad tym od wie­ków, nie doszli jed­nak do roz­strzy­ga­ją­cych wnio­sków. [wróć]

19. Magiczny sługa Simona Blo­odwor­tha zja­wił się u niego zupeł­nie zni­kąd, zaofe­ro­wał swe usługi i przed­sta­wił się jako Buc­kler. Dzi­siaj każde angiel­skie dziecko już wie, iż Blo­odworth powi­nien był lepiej się roz­py­tać i głę­biej zba­dać, kim tak dokład­nie ów Buc­kler jest i dla­czego wła­ści­wie opu­ścił magiczną Kra­inę, aby zostać sługą trze­cio­rzęd­nego angiel­skiego maga. Buc­kler był bar­dzo zręczny we wszel­kiego rodzaju cza­rach, a inte­res Blo­odwor­tha w utrzy­mu­ją­cym się z han­dlu wełną mia­steczku Brad­ford nad rzeką Avon - pro­spe­ro­wał. Tylko raz Buc­kler naro­bił kło­potu, kiedy w nagłym napa­dzie gniewu znisz­czył ksią­żeczkę nale­żącą do kape­lana lorda Lovela. Im dłu­żej Buc­kler pozo­sta­wał w służ­bie Blo­odwor­tha, tym więk­szej nabie­rał mocy i pierw­szą rze­czą, jaką zro­bił, gdy stał się moc­niej­szy, była zmiana wyglądu: swe brudne szmaty zmie­nił w porządne odzie­nie; zardze­wiałą parę nożyc, którą ukradł ślu­sa­rzowi w mia­steczku, zmie­nił w miecz; jego chuda, pla­mi­sta, lisia twarz zmie­niła się w blade obli­cze przy­stoj­nego czło­wieka; nagle też urósł dwie albo trzy stopy. I to wła­śnie - o czym sku­tecz­nie prze­ko­nał panią Blo­odworth i jej córki - była jego praw­dziwa uroda, a ta stara była jedy­nie skut­kiem zaklę­cia, w mocy któ­rego długo pozo­sta­wał. Ran­kiem pew­nego pięk­nego majo­wego dnia 1310 roku, kiedy Blo­odworth wyje­chał z domu w inte­re­sach, pani Blo­odworth odkryła, iż w rogu jej kuchni stoi wysoki kre­dens, choć ni­gdy wcze­śniej żad­nego kre­densu tam nie było. Kiedy zapy­tała o niego Buc­klera, z miej­sca odparł, iż to magiczny kre­dens i sam go tu wsta­wił. Jak twier­dził, zawsze ubo­le­wał, że w Anglii nie prak­ty­kuje się powszech­nie magii. Prze­ko­ny­wał, iż przy­kro mu patrzeć, jak pani Blo­odworth i jej córki piorą, zamia­tają, gotują i sprzą­tają od świtu do nocy, skoro powinny sie­dzieć sobie wygod­nie na podusz­kach w suk­niach wyszy­wa­nych klej­no­tami i jeść orze­chy w cukrze. Mądrze mówi, pomy­ślała pani Blo­odworth. Buc­kler opo­wia­dał, jak to wie­lo­krot­nie czy­nił jej mężowi wyrzuty, iż ten nie stara się uła­twić i uprzy­jem­nić żonie życia. Blo­odworth jed­nak ni­gdy nie chciał go słu­chać. Pani Blo­odworth przy­znała, iż wcale jej to nie dziwi. Buc­kler zdra­dził, że gdyby pani Blo­odworth uczy­niła krok w głąb kre­densu, zna­la­złaby się w magicz­nym miej­scu, gdzie szybko nauczy­łaby się uży­tecz­nych zaklęć. Dzięki nim każdą pracę koń­czy­łaby w oka­mgnie­niu, wyda­wa­łaby się piękna wszyst­kim, któ­rzy na nią patrzą, mogłaby wycza­ro­wy­wać stosy zło­tych monet, spra­wiać, iż mąż byłby jej we wszyst­kim posłuszny, etc., etc. "A ile jest wszyst­kich zaklęć?" - chciała wie­dzieć pani Blo­odworth. "Mniej wię­cej trzy" - obja­śnił Buc­kler. "A czy trudno się ich nauczyć?" "Ależ skąd! Bar­dzo łatwo". "A czy długo by to wszystko trwało?" "Nie, nie­długo, zdą­ży­łaby pani z powro­tem aku­rat na mszę". Sie­dem­na­ście osób weszło tam­tego ranka do kre­densu Buc­klera i ni­gdy wię­cej ich w Anglii nie widziano. Wśród nich była pani Blo­odworth, jej dwie młod­sze córki, dwie słu­żące i dwóch parob­ków, wuj pani Blo­odworth oraz sze­ścioro sąsia­dów. Tylko Mar­ga­ret Blo­odworth, naj­star­sza córka, odmó­wiła przej­ścia. Kru­czy Król posłał dwóch magów z New­ca­stle, aby zba­dali sprawę, i to wła­śnie z ich donie­sień znamy tę histo­rię. Głów­nym świad­kiem była Mar­ga­ret, która opo­wie­działa, jak po powro­cie do domu "mój biedny ojciec umyśl­nie wszedł do kre­densu, aby rato­wać żonę i córki, choć bła­ga­łam, by tego nie robił. Już ni­gdy z niego nie wyszedł". Dwie­ście lat póź­niej dok­tor Mar­tin Pale podró­żo­wał po Kra­inie. W zamku Johna Hol­ly­sho­esa (wie­ko­wego, potęż­nego księ­cia magicz­nych ziem) odkrył ludz­kie dziecko, mniej wię­cej sied­mio- czy ośmio­let­nie, ble­dziut­kie i wygło­dzone. Dziew­czynka mówiła, iż nazywa się Anne Blo­odworth. Myślała, że prze­bywa w Kra­inie mniej wię­cej od dwóch tygo­dni. Dano jej robotę do wyko­na­nia: umy­cie wiel­kiej góry brud­nych garn­ków. Mówiła, że myje je bez prze­rwy, odkąd tu przy­była, a kiedy skoń­czy, będzie mogła wró­cić do domu, do rodzi­ców i sióstr. Uwa­żała, iż pozmywa je wszyst­kie za dzień czy dwa. [wróć]

20. Fran­cis Sut­ton-Grove (1682-1765), mag teo­re­tyk. Napi­sał dwie księgi: De gene­ri­bus artium magi­ca­rum anglo­rum, 1741, oraz Pre­skryp­cje i deskryp­cje, 1749. Nawet pan Nor­rell, wielki (i jedyny) miło­śnik Sut­tona-Grove'a, uzna­wał Pre­skryp­cje i deskryp­cje (w któ­rych autor usi­ło­wał wyło­żyć pod­sta­wowe zasady magii prak­tycz­nej) za kosz­mar­nie złe, zaś uczeń pana Nor­rella, Jona­than Strange, miał tę księgę w tak wiel­kiej pogar­dzie, iż podarł swój egzem­plarz na kawałki i nakar­mił nim osła dru­cia­rza (patrz: John Segun­dus, Żywot Jona­thana Strange'a, wyd. John Mur­ray, Lon­dyn 1820). De gene­ri­bus artium magi­ca­rum anglo­rum zyskało sławę naj­nud­niej­szej księgi w kano­nie angiel­skiej magii (do któ­rego tra­fiło wiele roz­wle­kłych dzieł). Była to pierw­sza pod­jęta przez Sut­tona-Grove'a próba zde­fi­nio­wa­nia tych obsza­rów magii, które nowo­cze­sny mag winien objąć stu­diami. Wedle autora De gene­ri­bus obsza­rów tych było 38 945 i wymie­nił je wszyst­kie w odpo­wied­nich pod­roz­dzia­łach. Sut­tona-Grove'a łączy z panem Nor­rel­lem jesz­cze jedno: żadna z tych list nie wymie­nia magii tra­dy­cyj­nie przy­pi­sy­wa­nej pta­kom czy dzi­kim zwie­rzę­tom; Sut­ton-Grove celowo wyłą­cza rów­nież te rodzaje magii, które zwy­cza­jowo wyma­gają uczest­nic­twa istot magicz­nych, np. wskrze­sza­nie umar­łych. [wróć]

21. Książę Por­t­land, pre­mier i pierw­szy lord skarbu, 1807-09. [wróć]

1. Biblioteka w Hurtfew

1

Biblio­teka w Hurt­few

Jesień 1806-sty­czeń 1807

Pewien czas temu ist­niało w Yorku towa­rzy­stwo magów. Spo­ty­kali się w trze­cią środę każ­dego mie­siąca i czy­tali sobie wza­jem dłu­gie, nudne wydane dru­kiem prace na temat histo­rii angiel­skiej magii.

Byli to mago­wie dżen­tel­meni, co ozna­cza, iż żaden z nich magią ni­gdy nie wyrzą­dził dru­giemu krzywdy - ale też ani odro­binę żad­nemu nie pomógł. Prawdę mówiąc, żaden z tych magów ni­gdy nie rzu­cił nawet naj­mniej­szego czaru, nie wpra­wił zaklę­ciem w drże­nie ani jed­nego listka, nie poru­szył nawet pyłku kurzu, nie trą­cił nikomu ani jed­nego włosa na gło­wie. Z wyjąt­kiem tego drob­nego zastrze­że­nia mago­wie z towa­rzy­stwa cie­szyli się repu­ta­cją naj­mę­dr­szych, naj­bie­glej­szych w magii dżen­tel­me­nów w hrab­stwie York­shire.

Pewien wielki mag powie­dział kie­dyś o swej pro­fe­sji, iż ci, któ­rzy ją prak­ty­kują, "muszą się nie­źle natru­dzić, aby wbić sobie do głowy choćby odro­binę wie­dzy, za to kłót­nie i swary zawsze przy­cho­dzą im bez naj­mniej­szego kło­potu"1, zaś mago­wie z Yorku przez wiele lat dowo­dzili praw­dzi­wo­ści tych słów.

Jesie­nią 1806 roku do ich towa­rzy­stwa wstą­pił pewien dżen­tel­men nazwi­skiem John Segun­dus. Pod­czas pierw­szego spo­tka­nia z jego udzia­łem pan Segun­dus powstał i prze­mó­wił do zebra­nych. Zaczął od skom­ple­men­to­wa­nia pozo­sta­łych dżen­tel­menów za nie­prze­ciętną histo­rię towa­rzy­stwa. Wymie­nił wielu sław­nych magów i histo­ry­ków, któ­rzy w swym cza­sie nale­żeli do zgro­ma­dze­nia z Yorku. Nad­mie­nił, iż ist­nie­nie towa­rzy­stwa było dla niego nie­małą zachętą do zamiesz­ka­nia w tym mie­ście. Mago­wie z pół­nocy Anglii, jak przy­po­mniał zebra­nym, zawsze cie­szyli się więk­szym sza­cun­kiem niż ich sza­nowni kole­dzy z połu­dnia. Pan Segun­dus zdra­dził też, że stu­diuje magię od wielu lat i zna histo­rie wszyst­kich wiel­kich magów z daw­nych wie­ków. Czyta nowe publi­ka­cje w tej mate­rii, a nawet sam wydał dru­kiem to i owo, ostat­nio jed­nak zaczął się zasta­na­wiać, dla­czego wiel­kie magiczne doko­na­nia, o któ­rych czy­ty­wał, pozo­stają mar­twe na kar­tach ksią­żek i nie widuje się ich już dziś na uli­cach ani nie wspo­mina o nich w gaze­tach. Pan Segun­dus chciałby wie­dzieć, czemu współ­cze­śni mago­wie nie umieją sami upra­wiać magii, o któ­rej piszą. W skró­cie, pra­gnąłby się dowie­dzieć, dla­czego w Anglii magii się już nie prak­ty­kuje.

Było to naj­zwy­klej­sze pyta­nie na świe­cie. Pyta­nie, jakie prę­dzej czy póź­niej każde dziecko w kró­le­stwie Anglii zadaje guwer­nantce, nauczy­cie­lowi czy rodzi­com. Uczo­nym człon­kom towa­rzy­stwa nie podo­bało się jed­nak, iż pyta­nie takie padło, a to z tej pro­stej przy­czyny, że sami rów­nież nie znali na nie odpo­wie­dzi.

Pre­zes towa­rzy­stwa (dok­tor Foxca­stle) zwró­cił się do Johna Segun­dusa i obja­śnił, iż to pyta­nie nie­wła­ściwe.

- Zakłada bowiem, że na magach spo­czywa nie­jako obo­wią­zek upra­wia­nia magii, a to czy­sty absurd. Nie suge­ruje pan, jak mnie­mam, iż zada­niem bota­ni­ków jest wymy­śla­nie nowych kwia­tów? Albo że astro­no­mo­wie mają się tru­dzić zmianą pozy­cji gwiazd na nie­bie? Mago­wie, sza­nowny panie, stu­diują magię, jaką upra­wiano przed laty. Niby czemu ocze­ki­wać od nich wię­cej?

Star­szy dżen­tel­men o bla­do­błę­kit­nych oczach, w stroju podob­nie bla­dej barwy (nazwi­skiem Hart albo Hunt - pan Segun­dus nie dosły­szał) powie­dział rów­nie bla­dym gło­sem, iż nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia, czy kto­kol­wiek tego ocze­kuje. Dżen­tel­me­nowi bowiem nie przy­stoi upra­wiać magii. Magią trud­nią się uliczni guśla­rze, aby sku­bać dzieci z mie­dzia­ków. Magia (w sen­sie prak­tycz­nym) jest już sztuką upa­dłą. Upra­wianą w pół­światku. Naj­lep­szą przy­ja­ciółką zaro­śnię­tych łachu­drów, cyga­nów, wła­my­wa­czy. Bywal­ców podej­rza­nych spe­lu­nek za brud­nymi żół­tymi zasłon­kami. O, nie! Dżen­tel­men ni­gdy się magią nie para. Dżen­tel­men może stu­dio­wać histo­rię magii (nie ma nic szla­chet­niej­szego), ale sam jej w żad­nym razie nie upra­wia. Star­szy pan posłał panu Segun­dusowi słabe spoj­rze­nie zatro­ska­nego ojca i wyra­ził nadzieję, iż pan Segun­dus nie pró­buje rzu­cać zaklęć.

Pan Segun­dus poczer­wie­niał.

Po raz kolejny oka­zała się jed­nak praw­dziwa słynna mak­syma magów: jeśli dwóch magów - w tym wypadku dok­tor Foxca­stle i pan Hunt czy też Hart - w czymś się zga­dza, zawsze dwóch innych jest dokład­nie prze­ciw­nego zda­nia. Kilku z obec­nych tam dżen­tel­me­nów przy­znało, iż są cał­ko­wi­cie zgodni z panem Segun­du­sem i że w całej nauce o magii nie ma waż­niej­szego zagad­nie­nia. Jed­nym z głów­nych poplecz­ni­ków pana Segun­dusa był dżen­tel­men nazwi­skiem Honey­foot, miły, przy­ja­zny jego­mość w wieku lat pięć­dzie­się­ciu pię­ciu, o rumia­nej twa­rzy i siwych wło­sach. W miarę jak zebrani coraz bar­dziej się zacie­trze­wiali, a dok­tor Foxca­stle kie­ro­wał ku panu Segun­du­sowi coraz bar­dziej sar­ka­styczne komen­ta­rze, pan Honey­foot zwra­cał się do tego dru­giego wie­lo­krot­nie, doda­jąc mu szep­tem otu­chy takimi słowy jak: "Niech pan nie zwraca na nich uwagi, pro­szę trwać przy swym zda­niu" oraz "Tra­fił pan w sedno! Doprawdy! To wła­śnie nie­za­da­nie odpo­wied­niego pyta­nia powstrzy­my­wało wcze­śniej nasz roz­wój. Teraz, z panem w naszym gro­nie, doko­namy rze­czy wiel­kich".

Słowa te John Segun­dus przyj­mo­wał z wdzięcz­no­ścią, choć był wyraź­nie wstrzą­śnięty.

- Oba­wiam się, iż nie zaskar­bi­łem sobie ich sym­pa­tii - wyszep­tał do pana Honey­fo­ota. - Nie mia­łem takiego zamiaru. Żywi­łem nadzieję, iż pano­wie się ze mną zgo­dzą.

Z początku pan Segun­dus był skłonny zacho­wy­wać spo­kój, w końcu jed­nak obu­rzyła go pewna szcze­gól­nie zja­dliwa tyrada dok­tora Foxca­stle'a.

- Nasz nowy sza­nowny kolega - powie­dział dok­tor Foxca­stle, mro­żąc pana Segun­dusa lodo­wa­tym spoj­rze­niem - wydaje się prze­ko­nany, iż powin­ni­śmy podzie­lić nie­szczę­sny los towa­rzy­stwa magów z Man­che­steru!

Pan Segun­dus nachy­lił się do pana Honey­fo­ota i przy­znał:

- Nie spo­dzie­wa­łem się, iż mago­wie z York­shire będą tacy zawzięci. Jeśli magia nie może liczyć na przy­ja­ciół w hrab­stwie Yorku, to gdzie można ich zna­leźć?

Życz­li­wość pana Honey­fo­ota wobec pana Segun­dusa nie skoń­czyła się na zebra­niu. Zapro­sił go do swego domu przy High Peter­gate na dobrą kola­cję w towa­rzy­stwie pani Honey­foot i swych trzech uro­czych córek, a pan Segun­dus, nie­zbyt zamożny kawa­ler, chęt­nie zapro­sze­nie przy­jął. Po kola­cji pani Honey­foot zagrała na for­te­pia­nie, zaś panna Jane zaśpie­wała po wło­sku. Naza­jutrz pani Honey­foot wyra­ziła przed mężem obawę, iż choć John Segun­dus posiada wszel­kie cechy dżen­tel­mena, nie przy­nie­sie mu to korzy­ści, nie są bowiem dziś w modzie ludzie skromni, cisi i dobrego serca.

Zaży­łość mię­dzy oboma panami rosła z dnia na dzień. Pan Segun­dus już wkrótce spę­dzał dwa, trzy wie­czory w tygo­dniu w domu przy High Peter­gate. Pew­nego razu zastał tam cał­kiem sporą grupę mło­dzieży, co natu­ral­nie zakoń­czyło się tań­cami. Lecz nawet w podob­nie uro­czych oko­licz­no­ściach pan Honey­foot i pan Segun­dus czę­sto wymy­kali się razem, aby dys­ku­to­wać o tym, co ich obu naprawdę inte­re­so­wało - mia­no­wi­cie dla­czego w Anglii nie upra­wia się już cza­rów. Roz­mowy (czę­sto do dru­giej czy trze­ciej nad ranem) nie przy­no­siły jed­nak żad­nej odpo­wie­dzi. I może nie było to wcale takie dziwne, wszy­scy mago­wie, anty­kwa­riu­sze i uczeni sta­wiali bowiem to pyta­nie od ponad dwu­stu lat.

Pan Honey­foot był wyso­kim, weso­łym, nie­zmien­nie uśmiech­nię­tym dżen­tel­me­nem z wielką ener­gią do dzia­ła­nia. Lubił mieć jakieś zaję­cie albo coś pla­no­wać, rzadko jed­nak zasta­na­wiał się nad celem swo­ich poczy­nań. Pochy­la­jąc się nad obec­nym zada­niem, poczuł w sobie ducha wiel­kich śre­dnio­wiecz­nych magów2, któ­rzy sta­jąc przed jakimś nie­moż­li­wym do roz­wią­za­nia pro­ble­mem, wybie­rali się w podróż na rok i jeden dzień w towa­rzy­stwie kilku sług - istot magicz­nych, które były im prze­wod­ni­kami w dro­dze. Na koniec zaś wra­cali, na­dal nie zna­la­zł­szy odpo­wie­dzi. Pan Honey­foot zdra­dził panu Segun­du­sowi, iż jego zda­niem wprost wspa­niale byłoby podą­żyć śla­dem owych wiel­kich mężów, z któ­rych część w wie­kach śred­nich zaszyła się w naj­od­le­glej­szych zakąt­kach Anglii, Szko­cji i Irlan­dii (gdzie magia jest naj­sil­niej­sza), inni nato­miast roz­je­chali się po świe­cie i nikt nie ma pew­no­ści, dokąd się udali ani czym się póź­niej zaj­mo­wali. Pan Honey­foot by­naj­mniej nie suge­ro­wał aż tak dale­kiej wyprawy - wręcz nie chciał się zbyt­nio odda­lać od domu, ponie­waż nastała zima i drogi były w opła­ka­nym sta­nie. Upie­rał się nie­mniej, iż powinni dokądś się udać i u kogoś zasię­gnąć rady. Przy­znał panu Segun­du­sowi, że wedle niego obaj stra­cili świe­żość spoj­rze­nia, stąd też opi­nia uczo­nego z zewnątrz przy­nio­słaby nie­oce­nione korzy­ści. Nie nasu­wał się jed­nak żaden cel podróży. Pan Honey­foot wpa­dał już w roz­pacz - ale wtedy przy­po­mniał sobie o pew­nym magu.

Kilka lat wcze­śniej do towa­rzy­stwa dotarła wieść, jakoby w York­shire żył pewien nie­znany innym mag. Miesz­kał w odle­głej czę­ści hrab­stwa, gdzie (podobno) całe dnie i noce stu­dio­wał magiczne księgi w swej wspa­nia­łej biblio­tece peł­nej bia­łych kru­ków. Dok­tor Foxca­stle zdo­łał usta­lić, jak ów mag się nazywa i gdzie go można odna­leźć. Napi­sał uprzejmy list zapra­sza­jący go w poczet człon­ków towa­rzy­stwa magów z Yorku. Mag odpi­sał, dzię­ku­jąc za ów wielki zaszczyt, wyra­żał jed­nak ubo­le­wa­nie: żadną miarą nie może - York i Hurt­few Abbey dzieli zbyt wielka odle­głość, drogi są nie naj­lep­sze, nagląca praca wymaga jego sta­łej obec­no­ści i tak dalej, i tak dalej.

Mago­wie z Yorku prze­czy­tali jego odpo­wiedź i gre­mial­nie wyra­zili wąt­pli­wość, czy kto­kol­wiek kre­ślący tak drobne litery może być w ogóle przy­zwo­itym magiem. Następ­nie - nieco żału­jąc, iż nie będzie im dane obej­rzeć wspa­nia­łej biblio­teki peł­nej bia­łych kru­ków - cał­kiem prze­stali zaprzą­tać sobie nie­zna­jo­mym magiem głowę. Jak jed­nak zauwa­żył pan Honey­foot w roz­mo­wie z panem Segun­du­sem, pyta­nie "Dla­czego w Anglii nie upra­wia się magii?" miało tak wielką wagę, iż nie można było lek­ce­wa­żyć żad­nego tropu. Kto wie, może ten mag miałby coś cie­ka­wego do powie­dze­nia? Pan Honey­foot napi­sał zatem list powia­da­mia­jący, iż on sam wraz z panem Segun­du­sem będą mieli zaszczyt zło­żyć magowi wizytę w trzeci wto­rek po świę­tach Bożego Naro­dze­nia o pół do trze­ciej po połu­dniu. Rychło nade­szła odpo­wiedź. Pan Honey­foot, jak zwy­kle dobro­duszny i uczynny, natych­miast posłał po pana Segun­dusa i poka­zał mu list. Drob­nym cha­rak­te­rem pisma mag powia­da­miał, iż cie­szy się na spo­tka­nie. To wystar­czyło. Pan Honey­foot był wielce zado­wo­lony i natych­miast udał się do Watersa, woź­nicy, by zapo­wie­dzieć, kiedy będzie potrzebny.

Pan Segun­dus został sam w pokoju z listem w dłoni. Prze­czy­tał: "Przy­znam, iż jestem nieco zdu­miony tym nie­spo­dzia­nym zaszczy­tem. Trudno uwie­rzyć, iż mago­wie z Yorku, któ­rzy tak zna­ko­mi­cie czują się w swym towa­rzy­stwie i dzielą się wza­jem mądro­ścią we wła­snym gro­nie, czują potrzebę wysłu­cha­nia zda­nia uczo­nego zamknię­tego w swej samotni jak ja...".

W liście dało się wyczuć sub­telną nutę sar­ka­zmu. Jego autor każ­dym sło­wem pod­kpi­wał z pana Honey­fo­ota. Pan Segun­dus był rad, iż pan Honey­foot nie odczy­tał ukry­tej iro­nii i w tak dobrym nastroju pośpie­szył roz­mó­wić się z Water­sem. W isto­cie list był do tego stop­nia nie­przy­jemny, iż pan Segun­dus stra­cił wszelką ochotę na wyprawę do nie­zna­jo­mego maga. Cóż, jed­nak muszę jechać, pomy­ślał, ponie­waż tego życzy sobie pan Honey­foot, a poza tym co wiel­kiego może się stać? Poroz­ma­wiamy, spo­tka nas roz­cza­ro­wa­nie i tyle.

W przed­dzień wizyty u maga pogoda była paskudna. Na gołych bru­nat­nych polach deszcz utwo­rzył dłu­gie bajora o poszar­pa­nych brze­gach. Mokre dachy przy­po­mi­nały lustra z zim­nego szli­fo­wa­nego kamie­nia. A kola­ska pana Honey­fo­ota jechała przez świat, w któ­rym sta­lo­wego, zło­wróżb­nego nieba było znacz­nie wię­cej niż zwy­kle, zaś bez­piecz­nego gruntu pod nogami znacz­nie mniej.

Od pamięt­nego pierw­szego wie­czoru pan Segun­dus zamie­rzał zapy­tać pana Honey­fo­ota o Uczone Towa­rzy­stwo Magów z Man­che­steru, o któ­rym wspo­mniał dok­tor Foxca­stle. Zagad­nął go więc teraz.

- Towa­rzy­stwo man­che­ster­skie zało­żono cał­kiem nie­dawno - obja­śnił pan Honey­foot. - Nale­żeli do niego nie­za­możni duchowni, a także sza­no­wani byli kupcy, apte­ka­rze, praw­nicy, jak rów­nież eme­ry­to­wani fabry­kanci, któ­rzy liznęli tro­chę łaciny i innych mądro­ści. Wszyst­kich ich można by okre­ślić wspól­nym mia­nem "pół­dżen­tel­me­nów". O ile mnie pamięć nie myli, dok­tor Foxca­stle ucie­szył się, kiedy ich towa­rzy­stwo roz­wią­zano. Uwa­żał, iż osoby tego pokroju nie mają prawa parać się magią. Było pośród nich jed­nak parę tęgich głów. Podob­nie jak pan posta­wili sobie za cel przy­wró­ce­nie światu magii prak­tycz­nej. Sami byli ludźmi o prak­tycz­nym nasta­wie­niu do życia i chcieli zasto­so­wać do magii zasady logiki oraz nauki, tak jak każdy z nich czy­nił to wcze­śniej w swym daw­nym fachu. Nazy­wali to "cudo­twór­stwem racjo­nal­nym". Kiedy jed­nak nie podzia­łało, roz­cza­ro­wali się, znie­chę­cili. Cóż, nie można ich winić. Pozwo­lili jed­nak, aby roz­cza­ro­wa­nie zawio­dło ich na manowce. Zaczęli sądzić, iż magia w ogóle nie ist­nieje i nie ist­niała ni­gdy. Twier­dzili, że mago­wie Zło­tego Wieku byli oszu­stami albo sami zostali oszu­kani. I że Kru­czego Króla wymy­ślili Anglicy z pół­nocy w obro­nie przed tyra­nią połu­dnia. Takie myśle­nie było bli­skie ich sercu, ponie­waż sami pocho­dzili z pół­noc­nej Anglii. O, argu­menty mieli bar­dzo sprytne, nie pamię­tam już jakim spo­so­bem tłu­ma­czyli ist­nie­nie magicz­nych istot. Jak już mówi­łem, ich towa­rzy­stwo się roz­wią­zało, a jeden z nich, chyba nazwi­skiem Aubrey, zamie­rzał całą tę histo­rię spi­sać i wydać dru­kiem. Kiedy się za to zabrał, opa­dła go jed­nak nie­prze­mi­ja­jąca melan­cho­lia, i nie miał sił zasiąść do pisa­nia.

- Bie­da­czy­sko - wes­tchnął pan Segun­dus. - Może to kwe­stia cza­sów? Nasz wiek nie sprzyja magii ani nauce, prawda? Pro­spe­rują rze­mieśl­nicy, mary­na­rze, poli­tycy, ale nie ludzie magii. Nasz czas prze­mi­nął. - Zamy­ślił się na chwilę. - Trzy lata temu - ode­zwał się znowu - pozna­łem w Lon­dy­nie pew­nego ulicz­nego maga, wędrow­nego sztuk­mi­strza, czło­wieka jak ci zza żół­tych zasło­nek. Miał na ciele dziwne prze­bar­wie­nia. Nakło­nił mnie, abym roz­stał się ze sporą sumą pie­nię­dzy, a w zamian przy­rzekł zdra­dzić mi wielki sekret. Kiedy mu zapła­ci­łem, oznaj­mił, iż pew­nego dnia dwóch magów przy­wróci Anglii magię. Natu­ral­nie w żad­nej mie­rze nie wie­rzę w prze­po­wied­nie, jed­nakże to wła­śnie reflek­sja nad tymi sło­wami pchnęła mnie do odkry­cia prawdy o naszym upa­dłym sta­nie. Czy to nie dziwne?

- Ma pan cał­ko­witą rację, prze­po­wied­nie to wie­rutne bzdury - odparł pan Honey­foot ze śmie­chem. A potem, jakby przy­szło mu to rap­tem do głowy, zauwa­żył: - My jeste­śmy dwoma magami. Honey­foot i Segun­dus. - Wypo­wie­dział oba nazwi­ska z namasz­cze­niem, jakby spraw­dzał, jak będą pre­zen­to­wać się obok sie­bie w gaze­tach i pod­ręcz­ni­kach histo­rii. - Honey­foot i Segun­dus. Brzmi dosko­nale.

Pan Segun­dus pokrę­cił głową.

- Tam­ten jego­mość wie­dział, czym się param, i nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, iż będzie mnie prze­ko­ny­wał, że to ja jestem jed­nym z tej dwójki. Ale on cał­kiem wyraź­nie zazna­czył, iż to nie o mnie. Z początku wyda­wało się jed­nak, że nie był pewien. Coś we mnie dostrzegł... Kazał mi napi­sać moje nazwi­sko i przy­glą­dał mu się dobrą chwilę.

- Naj­pew­niej się zorien­to­wał, iż wię­cej pie­nię­dzy od pana nie wycią­gnie - stwier­dził pan Honey­foot.

Hurt­few Abbey leżało jakieś czter­na­ście mil na pół­nocny zachód od Yorku. Dum­nie brzmiąca nazwa nie odzwier­cie­dlała jed­nak stanu obec­nego. Opac­twa nie było tam od dawna3. Obecną rezy­den­cję wybu­do­wano za pano­wa­nia kró­lo­wej Anny4. Była oka­załą, sta­ro­świecką, solidną budowlą. Stała oto­czona pięk­nym par­kiem peł­nym upio­rów mokrych drzew (dzień bowiem był dość mgli­sty). Przez park pły­nęła rzeczka (zwana Hurt), nad którą prze­rzu­cony był kla­sy­cy­styczny mostek.

Mag, do któ­rego przy­je­chali (nazwi­skiem Nor­rell), cze­kał na gości w holu. Był drob­nej budowy, niski jak kró­ciut­kie kre­ślone przez niego litery, a jego głos, gdy powi­tał ich w Hurt­few, brzmiał cicho, jakby jego wła­ści­ciel nie przy­wykł do gło­śnego wypo­wia­da­nia myśli. Pan Honey­foot, który był nieco przy­głu­chy, nie dosły­szał.

- Sta­rzeję się, sir, powszechna dole­gli­wość. Mam nadzieję, iż nie straci pan do mnie cier­pli­wo­ści.

Pan Nor­rell zapro­wa­dził gości do oka­za­łego salonu, w któ­rym nie paliły się żadne świece. Wpraw­dzie w kominku pło­nął raźno ogień, a przez dwa wiel­kie okna wpa­dało dużo świa­tła, ale było to świa­tło ponure, dale­kie od wesela. Pan Segun­dus nie­ustan­nie miał wra­że­nie, iż w pokoju płoną polana w jesz­cze jed­nym kominku lub palą się świece, dla­tego stale obra­cał się na krze­śle i roz­glą­dał, pró­bu­jąc odna­leźć owo źró­dło świa­tła. Jego wzrok na żadne jed­nak nie natra­fiał - jedy­nie na lustro i stary zegar.

Pan Nor­rell wyznał, iż czy­tał dokładny opis istot magicz­nych oraz ich zadań w służ­bie Mar­tina Pale'a, księgę pióra pana Segun­dusa5.

- Godne uzna­nia dzieło, sir, nie wspo­mniał pan jed­nakże o mistrzu Fal­low­tho­ugh­cie. Natu­ral­nie był led­wie pomniej­szą istotą magiczną, a jego uży­tecz­ność dla wiel­kiego dok­tora Pale'a stała pod zna­kiem zapy­ta­nia6. Nie­mniej pana drobny opis jest nie­pełny bez jego postaci.

Nastą­piła chwila ciszy.

- Magiczna istota zwana Fal­low­tho­ught, sir? - zapy­tał pan Segun­dus. - Oso­bi­ście... To zna­czy... Przy­znam, iż ni­gdy o kimś takim nie sły­sza­łem, w tym świe­cie ani w żad­nym innym.

Pan Nor­rell po raz pierw­szy się uśmiech­nął, choć uśmie­chem jakby wsob­nym, skie­ro­wa­nym do wewnątrz.

- Oczy­wi­ście - powie­dział. - Stale zapo­mi­nam. O tym wszyst­kim trak­tuje dzieło Hol­gar­tha i Pic­kle'a, histo­ria ich wła­snych kon­tak­tów z mistrzem Fal­low­tho­ugh­tem, a trudno, aby pan ją czy­tał. Moje powin­szo­wa­nia zresztą, para z nich była paskudna, bar­dziej prze­stępcy niż istoty magiczne, im mniej kto o nich sły­szał, tym lepiej.

- Ach, sir! - wykrzyk­nął pan Honey­foot, podej­rze­wa­jąc, iż pan Nor­rell odnosi się do jed­nej z ksiąg w swym posia­da­niu. - Sły­sze­li­śmy cuda o pań­skiej biblio­tece. Wszy­scy mago­wie z York­shire zzie­le­nieli z zazdro­ści, kiedy usły­szeli o tak wiel­kiej licz­bie tomów na pań­skich pół­kach!

- Ach tak? - odparł chłodno pan Nor­rell. - Zaska­kuje mnie pan. Nie mia­łem poję­cia, iż tyle o mnie wia­domo... Podej­rze­wam, że za sprawą Tho­ro­ugh­go­oda - dodał w zamy­śle­niu, mając na myśli sprze­dawcę ksią­żek i oso­bli­wo­ści przy Cof­fee Yard w Yorku. - Chil­der­mass ostrze­gał mnie wie­lo­krot­nie, iż Tho­ro­ugh­good to gaduła.

Pan Honey­foot nie cał­kiem rozu­miał. Gdyby to on miał taką liczbę ksiąg magii, uwiel­białby o nich roz­pra­wiać, przyj­mo­wać pochwały oraz wyrazy podziwu dla tej całej zgro­ma­dzo­nej mądro­ści. Nie mógł uwie­rzyć, że pan Nor­rell aż tak się od niego różni. Chcąc zatem zacho­wać się uprzej­mie, aby pan Nor­rell nie czuł skrę­po­wa­nia (był bowiem prze­ko­nany, iż gospo­darz jest nie­śmiały), nale­gał:

- Czy wolno mi będzie wyra­zić, sir, życze­nie obej­rze­nia pań­skiej wspa­nia­łej biblio­teki?

Pan Segun­dus był prze­ko­nany, iż Nor­rell odmówi, ale ten wpa­try­wał się w nich dłuż­szą chwilę (wyda­wało się, że jego małe nie­bie­skie oczy zer­kają na nich z jakie­goś tajem­nego miej­sca we wnę­trzu jego ciała), a potem, nie­mal łaska­wie, zgo­dził się speł­nić życze­nie pana Honey­fo­ota. Panu Honey­fo­otowi wprost trudno było wyra­zić wdzięcz­ność i nie­zwy­kle był rad, iż zado­wo­lił zarówno pana Nor­rella, jak i sie­bie samego.

Pan Nor­rell popro­wa­dził obu dżen­tel­me­nów kory­ta­rzem. Cał­kiem zwy­kłym, pomy­ślał pan Segun­dus. Ściany i pod­łoga, wyło­żone deskami z pole­ro­wa­nego dębu, pach­niały psz­cze­lim woskiem. Były też schody, a wła­ści­wie trzy czy cztery sto­pieńki, a potem kolejny kory­tarz, gdzie powie­trze było dziw­nie chłod­niej­sze, zaś na posadzce leżały płyty z porząd­nego oko­licz­nego kamie­nia, wszystko cał­kiem pospo­lite. (A może drugi kory­tarz nastę­po­wał przed scho­dami czy też sto­pień­kami? I czy w ogóle były tam jakieś schodki?). Pan Segun­dus nale­żał do tych szczę­śli­wych osób, które zawsze potra­fią stwier­dzić, czy patrzą na pół­noc, na połu­dnie, na wschód czy na zachód. Talent ten nie był dla niego powo­dem do szcze­gól­nej dumy, przy­cho­dził mu natu­ral­nie, jak świa­do­mość, że głowa zawsze spo­czywa na ramio­nach, a jed­nak w domu pana Nor­rella dar ten cał­ko­wi­cie go opu­ścił. Ni­gdy potem nie potra­fił odtwo­rzyć w myślach kolej­no­ści kory­tarzy i pomiesz­czeń, któ­rymi prze­cho­dzili, ani też oce­nić, jak długo szli do biblio­teki. Nie umiał także okre­ślić geo­gra­ficz­nego kie­runku. Miał wra­że­nie, jakby pan Nor­rell odkrył jakiś piąty punkt kom­pasu - nie wschód, nie połu­dnie, nie zachód i nie pół­noc, ale jakiś zupeł­nie inny kie­ru­nek i wła­śnie tam ich pro­wa­dził. Pan Honey­foot nato­miast zupeł­nie nie zauwa­żał, aby działo się cokol­wiek dziw­nego.

Biblio­teka była może odro­binę mniej­sza od salonu, który wła­śnie opu­ścili. W kominku maje­sta­tycz­nie pło­nął ogień, a całe pomiesz­cze­nie było przy­tulne i ciche. Tutaj rów­nież świa­tła wypeł­nia­ją­cego salę było wię­cej, niż mogło wpa­dać przez trzy wyso­kie okna o dwu­na­stu szyb­kach, pan Segun­dus zatem kolejny raz poczuł się nie­swojo. Miał nie­od­parte poczu­cie, iż w pokoju jest jesz­cze jakiś otwór okienny albo inny komi­nek. Widoczne okna wycho­dziły na roz­le­głą prze­strzeń zale­waną stru­gami sza­rego angiel­skiego desz­czu, pan Segun­dus nic zatem nie umiał za nimi dostrzec ani też zgad­nąć, w któ­rej czę­ści domu się znaj­do­wali.

Nie byli w biblio­tece sami. Przy stole sie­dział pewien czło­wiek, który wstał, gdy weszli. Pan Nor­rell lako­nicz­nie przed­sta­wił go jako Chil­der­massa, swego zarządcę.

Panom Honey­fo­otowi i Segun­du­sowi, rów­nież magom, nie trzeba było obja­śniać, iż biblio­teka Hurt­few Abbey jest dla jej wła­ści­ciela bez­cenna, droż­sza niż wszel­kie inne bogac­twa, jakie mógł posia­dać. Nie byli też zdzi­wieni wia­do­mo­ścią, że pan Nor­rell skon­stru­ował biblio­tekę niczym prze­piękną szka­tułę, która miała skry­wać naj­droż­sze jego sercu skarby. Wyko­nane z angiel­skiego drewna regały z folia­łami usta­wione wzdłuż ścian przy­po­mi­nały gotyc­kie łuki bogate w rzeź­bie­nia. Były tam rzeź­bione liście (suche i skrę­cone, jakby arty­sta w zamie­rze­niu przed­sta­wiał jesień), spla­ta­jące się korze­nie i gałę­zie, jagody oraz pną­cza - wszystko mister­nie wyko­nane. Piękno rega­łów było jed­nak niczym w porów­na­niu ze wspa­nia­ło­ścią ksiąg.

Pierw­szą rze­czą, jakiej dowia­duje się uczeń sztuki magicz­nej, jest to, iż ist­nieją księgi o magii i księgi magii. A w dru­giej kolej­no­ści uczy się, że cał­kiem przy­zwo­ity egzem­plarz z tej pierw­szej kate­go­rii dosta­nie za dwie czy trzy gwi­nee u dobrego księ­ga­rza, te dru­gie foliały warte są zaś wię­cej niż rubiny i szma­ragdy7. Księ­go­zbiór towa­rzy­stwa magów z Yorku uwa­żano za wręcz zdu­mie­wa­jąco zasobny. Pośród wielu tomów w posia­da­niu zgro­ma­dze­nia znaj­do­wało się pięć dzieł napi­sa­nych mię­dzy rokiem 1550 a 1700, które cał­kiem słusz­nie można by nazwać księ­gami magii (choć jedna z nich była w isto­cie zbio­rem led­wie kilku poszar­pa­nych kart). Księgi magii są rzad­kie i ani pan Segun­dus, ani pan Honey­foot w żad­nej pry­wat­nej biblio­tece nie widzieli dotąd wię­cej niż dwóch czy trzech. W Hurt­few nato­miast wzdłuż wszyst­kich ścian od pod­łogi po skle­pie­nie stały regały z pół­kami ugi­na­ją­cymi się od ksiąg. Wszyst­kie te foliały, albo pra­wie wszyst­kie, były stare. Stare księgi magii. Och, oczy­wi­ście wiele z nich miało nowo­cze­sne oprawy, ale z całą pew­no­ścią to pan Nor­rell oddał je intro­li­ga­to­rowi do ponow­nego opra­wienia (naj­wy­raź­niej gusto­wał w wolu­mi­nach opraw­nych w cie­lęcą skórę, z tytu­łami wyci­śnię­tymi zgrab­nymi srebr­nymi kapi­ta­li­kami). Wiele tomów jed­nakże było sta­rych, sta­reń­kich, z kru­szą­cymi się grzbie­tami i rogami.

Pan Segun­dus spoj­rzał na grzbiety ksiąg na naj­bliż­szej półce. Pierw­szy tom nosił tytuł Jak Ciem­no­ści pyta­nia sta­wiać i odpo­wie­dzi czy­tać wła­ści­wie.

- Mądro­ści wiele w tej księ­dze nie ma - zauwa­żył pan Nor­rell.

Pan Segun­dus drgnął. Nie wie­dział, iż gospo­darz stoi tak bli­sko.

Pan Nor­rell cią­gnął:

- Radził­bym nie tra­cić na nią czasu.

Pan Segun­dus spoj­rzał zatem na kolejny tom, Instruk­cye Bela­sisa.

- Znają pano­wie Bela­sisa, jak mnie­mam? - zapy­tał pan Nor­rell.

- Jedy­nie o nim sły­sza­łem - odparł pan Segun­dus. - Mówią, iż znał odpo­wie­dzi na wiele pytań, ale dotarło rów­nież do mnie, i wszy­scy się co do tego zga­dzali, że wszel­kie egzem­pla­rze Instruk­cyj znisz­czono dawno temu. A tu pro­szę! To nad­zwy­czajne, pro­szę pana! Zdu­mie­wa­jące!

- Widzę, iż po Bela­si­sie wiele się pan spo­dziewa - odparł Nor­rell - i kie­dyś abso­lut­nie podzie­la­łem pań­skie zda­nie. Pamię­tam, jak przez wiele mie­sięcy na stu­dio­wa­nie jego dzieł poświę­ca­łem osiem godzin z każ­dych dwu­dzie­stu czte­rech. Żad­nego innego autora ni­gdy nie spo­tkał z mej strony taki kom­ple­ment. Osta­tecz­nie jed­nak Bela­sis oka­zał się roz­cza­ro­wu­jący. Jest nad­mier­nie mistyczny tam, gdzie powi­nien być kla­rowny, a kla­rowny tam, gdzie powi­nien być nie­ja­sny. Pew­nych rze­czy nie należy ujaw­niać dru­kiem przed całym świa­tem. Oso­bi­ście zatem nie darzę Bela­sisa zbyt wiel­kim powa­ża­niem.

- A o tej księ­dze ni­gdy nawet nie sły­sza­łem, sir - przy­znał pan Segun­dus. - Wybit­no­ści chrze­ści­jań­sko-judej­skiej magii. Co może pan o niej powie­dzieć?

- Ha! - wykrzyk­nął pan Nor­rell. - Pocho­dzi z wieku sie­dem­na­stego, nie mam jed­nak o tym dziele zbyt wyso­kiego mnie­ma­nia. Jego autor był kłamcą, pija­kiem, cudzo­łoż­ni­kiem i łotrem. Cie­szę się, iż zupeł­nie o nim zapo­mniano.

Wyda­wało się, że nie tylko żyją­cych magów pan Nor­rell nie powa­żał. Wyra­ził też zda­nie o każ­dym magu, który już zszedł z tego świata. Im wszyst­kim rów­nież wedle pana Nor­rella wiele bra­ko­wało.

Tym­cza­sem pan Honey­foot, ze wznie­sio­nymi dłońmi niczym meto­dy­sta chwa­lący Pana, cho­dził szybko od regału do regału. Led­wie miał czas prze­czy­tać tytuł jed­nej książki, kiedy jego oko padało na inny, pod drugą ścianą biblio­teki.

- Och, drogi panie! - wykrzyk­nął! - Tyle ksiąg! Bez wąt­pie­nia znaj­dziemy odpo­wie­dzi na wszel­kie nasze pyta­nia!

- Wąt­pię, sir - stwier­dził sucho pan Nor­rell.

Jego zarządca par­sk­nął urwa­nym śmie­chem - ewi­dent­nie drwiąc z pana Honey­fo­ota. Mimo to pan Nor­rell nie zga­nił go ani spoj­rze­niem, ani sło­wem. Pan Segun­dus zasta­na­wiał się, jakie to inte­resy pan Nor­rell powie­rza takiej oso­bie. Z jego dłu­gimi, potar­ga­nymi wło­sami, leją­cymi się niczym strugi desz­czu, czar­nymi jak grzmot, tutej­szy zarządca lepiej czułby się na jakimś wietrz­nym ugo­rze lub w ciem­nej uliczce, albo może w powie­ści pani Radc­liffe8.

Pan Segun­dus zdjął z półki Instruk­cye Jacqu­esa Bela­sisa i, pomimo nie­przy­chyl­nej opi­nii pana Nor­rella, natych­miast tra­fił na dwa wyborne ustępy9. Następ­nie, świa­dom upły­wa­ją­cego czasu, jak rów­nież spoj­rze­nia dziw­nych, czar­nych oczu zarządcy, który świ­dro­wał go wzro­kiem, otwo­rzył Wybit­no­ści chrze­ści­jań­sko-judej­skiej magii. Była to, wbrew jego ocze­ki­wa­niom, nie księga dru­ko­wana, a ręko­pis zło­żony z nie­zwy­kle pośpiesz­nych zapi­sków na rewer­sach prze­róż­nych kar­te­lusz­ków, w więk­szo­ści sta­rych rachun­ków z piwiarni. Tutaj pan Segun­dus prze­czy­tał o wspa­nia­łych przy­go­dach. Sie­dem­na­sto­wieczny mag uży­wał swych skrom­nych magicz­nych mocy, aby odpie­rać ataki potęż­nych wro­gów - żaden czło­wiek nie powi­nien był się na to pory­wać. Zapi­sał opo­wieść o barw­nym ciągu zwy­cięstw, jakie odniósł nad okrą­ża­ją­cymi go nie­przy­ja­ciółmi. Autor, jak sam napi­sał, dobrze wie­dział, iż nie zostało mu wiele czasu i mógł liczyć w naj­lep­szym wypadku na śmierć.

W biblio­tece zapa­dał zmrok. Ręko­pis sta­wał się coraz bar­dziej nie­wy­raźny, a jego lek­tura coraz trud­niej­sza. Wtedy weszli dwaj lokaje i pod okiem zarządcy, który na takiego nie wyglą­dał, zapa­lili świece, zacią­gnęli kotary w oknach i pod­sy­pali węgla do pale­ni­ska. Pan Segun­dus uznał, iż nie­długo trzeba będzie przy­po­mnieć panu Honey­fo­otowi, po co tu przy­byli, nie obja­śnili bowiem jesz­cze panu Nor­rel­lowi przy­czyny ich odwie­dzin.

Kiedy opusz­czali biblio­tekę, pan Segun­dus zauwa­żył coś dziw­nego. Do ognia przy­su­nięto krze­sło, a przy krze­śle stał nie­wielki sto­lik. Leżały na nim deski okładki i skó­rzana oprawa bar­dzo sta­rej księgi, a oprócz tego para nożyc i okrut­nie wielki, ciężki nóż, jakim ogrod­nik zwy­kle wycina chwa­sty. Ni­gdzie jed­nak nie było śladu stro­nic tej księgi. Może, pomy­ślał pan Segun­dus, gospo­darz ode­słał je do intro­li­ga­tora, aby dać im nową oprawę. Stara wyglą­dała jed­nak dość solid­nie, a poza tym czemu pan Nor­rell zadał sobie trud oddzie­le­nia kart od grzbietu, ryzy­ku­jąc ich znisz­cze­nie? To prze­cież zada­nie dla wpraw­nego intro­li­ga­tora.

Kiedy ponow­nie usie­dli w salo­nie, pan Honey­foot zwró­cił się do pana Nor­rella.

- To, co dzi­siaj tu zoba­czy­łem, sir, utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, iż jest pan wła­ściwą osobą, aby nam pomóc. Wraz z panem Segun­du­sem jeste­śmy zda­nia, że współ­cze­śni mago­wie kro­czą złą ścieżką. Mar­nują siły na bła­hostki. Zgo­dzi się pan, sir?

- O, bez wąt­pie­nia - potwier­dził pan Nor­rell.

- Szu­kamy odpo­wie­dzi na pyta­nie - cią­gnął pan Honey­foot - dla­czego w naszym wiel­kim naro­dzie nie ma już miej­sca dla magii, która nie­gdyś była tu w roz­kwi­cie. Pytamy, sir, dla­czego w Anglii magii się już nie upra­wia?

Małe nie­bie­skie oczy pana Nor­rella zmru­żyły się i roz­iskrzyły, wargi się zaci­snęły, jakby ich wła­ści­ciel chciał stłu­mić ogromny, trzy­many w sekre­cie zachwyt. Zupeł­nie jakby, pomy­ślał pan Segun­dus, nasz gospo­darz bar­dzo długo cze­kał, aż ktoś zada mu to pyta­nie, i od lat miał już gotową odpo­wiedź.

Pan Nor­rell odrzekł:

- Nie mogę panu odpo­wie­dzieć, sir, albo­wiem nie rozu­miem pyta­nia. Jest źle zadane. Magia w Anglii nie zani­kła. Sam jestem cał­kiem przy­zwo­itym magiem prak­ty­kiem.

2. Gospoda Pod Starą Gwiazdą

2

Gospoda Pod Starą Gwiazdą

Sty­czeń-luty 1807

Gdy kola­ska wyjeż­dżała już za bramę Hurt­few Abbey, prze­jęty pan Honey­foot zwró­cił się do pana Segun­dusa:

- Prak­ty­ku­jący mag w Anglii! I do tego w York­shire! Mie­li­śmy nie­by­wałe szczę­ście! Och, drogi panie, to panu należy dzię­ko­wać. To pan był czujny, kiedy my wszy­scy trwa­li­śmy w letargu. Gdyby nie pań­ska zachęta, być może ni­gdy byśmy się nie dowie­dzieli o ist­nie­niu pana Nor­rella. Jestem bowiem pewien, iż on sam ni­gdy nie nawią­załby z nami kon­taktu. Zacho­wuje pewną rezerwę. Nie zdra­dził nam szcze­gó­łów swych osią­gnięć w magii prak­tycz­nej, nic oprócz zwy­kłego stwier­dze­nia, iż z powo­dze­niem magię upra­wia. Śmiem brać to za oznakę skrom­nego cha­rak­teru. Drogi panie, myślę, iż zgo­dzi się pan, że zada­nie stoi przed nami jasne. Musimy, sir, poko­nać wro­dzoną nie­śmia­łość Nor­rella i jego nie­chęć do okla­sków oraz przed­sta­wić go trium­fal­nie szer­szej publicz­no­ści!

- Być może - odparł z powąt­pie­wa­niem pan Segun­dus.

- Nie twier­dzę, iż będzie to łatwe - zazna­czył pan Honey­foot. - Jest nieco powścią­gliwy i nie prze­pada za towa­rzy­stwem. Musi jed­nak zro­zu­mieć, że taką wie­dzą, jaką posiada, należy koniecz­nie podzie­lić się z innymi, dla dobra Anglii! Jest dżen­tel­me­nem, zna swój obo­wią­zek i uczyni, co trzeba. Jestem tego pewien. Ach, drogi panie! Zasłu­guje pan na wdzięcz­ność każ­dego maga w tym kraju.

Pomi­ja­jąc kwe­stię zasług pana Segun­dusa, angiel­scy magicy to szcze­gól­nie nie­wdzięczne towa­rzy­stwo i jest to smutna prawda. Ow­szem, pan Honey­foot i pan Segun­dus mogli doko­nać naj­bar­dziej donio­słego odkry­cia w magicz­nej nauce od trzech wie­ków - ale cóż z tego? W isto­cie, gdy dowie­działo się o tym Uczone Towa­rzy­stwo Magów z Yorku, pra­wie nie było członka, który nie nabrałby abso­lut­nego prze­ko­na­nia, iż sam by sobie lepiej pora­dził z tym zada­niem. A w kolejny wto­rek, kiedy zwo­łano nad­zwy­czajne zebra­nie towa­rzy­stwa, nie­mal wszy­scy człon­ko­wie byli gotowi to wyra­zić.

O godzi­nie siód­mej w tenże wtor­kowy wie­czór górną izbę gospody Pod Starą Gwiazdą w Sto­ne­gate wypeł­nił tłum. Wyda­wało się, iż wie­ści przy­nie­sione przez pana Honey­fo­ota i pana Segun­dusa spro­wa­dziły na zebra­nie każ­dego dżen­tel­mena w mie­ście, który kie­dy­kol­wiek, choćby pobież­nie, zaj­rzał do ksiąg magii. York na­dal ogrom­nie inte­re­so­wał się cza­rami. W całej Anglii może tylko New­ca­stle, mia­sto Króla, mogło się poszczy­cić więk­szą liczbą magów.

W izbie pano­wał taki ścisk, iż z początku wielu przy­by­łych magów musiało stać, choć obsługa co chwila dono­siła po scho­dach krze­sła. Dok­tor Foxca­stle dostał krze­sło wspa­niałe, wyso­kie, czarne i mister­nie rzeź­bione i ono wła­śnie (bar­dziej przy­po­mi­na­jące tron) oraz czer­wone aksa­mitne kotary za ple­cami dok­tora - jak rów­nież spo­sób, w jaki zasiadł i splótł dło­nie na wydat­nym okrą­głym brzu­chu - two­rzyły razem wokół niego ude­rza­jącą aurę wła­dzy.

Służba w gospo­dzie Pod Starą Gwiazdą roz­pa­liła ogień, aby goście ogrzali się w mroźny stycz­niowy wie­czór, a naj­bli­żej kominka zasie­dli wie­kowi mago­wie - naj­wy­raź­niej pamię­ta­jący jesz­cze lata pano­wa­nia Jerzego II. Ich pożół­kłe twa­rze pokry­wała paję­czyna zmarsz­czek, sie­dzieli otu­leni sza­lami w szkocką kratę, towa­rzy­stwa zaś dotrzy­my­wali im rów­nie leciwi lokaje z fla­ko­ni­kami lekarstw w kie­sze­niach. Pan Honey­foot ich witał:

- Jak się pan miewa, panie Aptree? Dobry wie­czór, panie Grey­shippe! Mam nadzieję, iż zdro­wie dopi­suje, panie Tun­stall? Jakże się cie­szę, że panów tu widzę! Rozu­miem, iż przy­byli pano­wie dzie­lić dzi­siaj z nami wielką radość. Lata błą­dze­nia w mroku dobie­gają końca. Ach, nikt nie wie, co to były za lata, lepiej od panów Aptree i Grey­shippe'a, obaj prze­żyli ich bowiem wiele. Teraz jed­nak ponow­nie magia zosta­nie dorad­czy­nią Anglii i jej orę­dow­niczką! No a Fran­cuzi, panie Tun­stall! Jak­żeż oni się poczują, gdy o tym usły­szą? Nie był­bym zdzi­wiony, gdyby na wieść o tym natych­miast zło­żyli broń.

Pan Honey­foot miał jesz­cze w zana­drzu wiele podob­nych wykrzyk­nień. Przy­go­to­wał prze­mowę, w któ­rej zamie­rzał roz­to­czyć przed słu­cha­czami cudowny obraz wszel­kich korzy­ści, jakie Anglia może odnieść dzięki temu odkry­ciu. Pozwo­lono mu jed­nak wypo­wie­dzieć led­wie kilka zdań, wyda­wało się bowiem, iż każdy dżen­tel­men w sali rwie się do przed­sta­wie­nia wła­snej opi­nii i bez chwili zwłoki musi ją zako­mu­ni­ko­wać każ­demu z zebra­nych. Dok­tor Foxca­stle pierw­szy prze­rwał panu Honey­footowi. Z wiel­kiego czar­nego tronu zwró­cił się do niego nastę­pu­ją­cymi słowy:

- Nie­zmier­nie mi przy­kro, sir, gdy widzę, jak magię, którą wiem, iż nie­zwy­kle pan sza­nuje, okrywa pan nie­sławą histo­riami wyssa­nymi z palca i innymi nie­do­rzecz­no­ściami. Sza­nowny panie - tu zwró­cił się do pana Segun­dusa, dżen­tel­mena, który był dla niego zasad­ni­czą przy­czyną tego zamie­sza­nia - nie wiem, jakie oby­czaje panują w pań­skich rodzin­nych stro­nach, ale w York­shire nie patrzymy przy­chyl­nie na ludzi, któ­rzy chcą zwró­cić na sie­bie uwagę, sie­jąc zamęt i odbie­ra­jąc innym spo­kój ducha.

Tylko tyle dok­tor Foxca­stle zdo­łał powie­dzieć, zaraz bowiem jego słowa uto­nęły w powo­dzi grom­kich, gniew­nych zawo­łań stron­ni­ków panów Honey­fo­ota i Segun­dusa. Następny dżen­tel­men zasta­na­wiał się gło­śno, czym pan Segun­dus i pan Honey­foot aż tak się emo­cjo­nują. To wszak oczy­wi­ste, iż Nor­rell jest nie­spełna rozumu - nie różni się niczym od byle sza­leńca, który z obłę­dem w oczach krzy­czy na ulicy, że jest Kru­czym Kró­lem.

Inny dżen­tel­men, o pło­wych wło­sach, pero­ro­wał roz­go­rącz­ko­wany, iż pano­wie Honey­foot i Segun­dus powinni byli nale­gać, aby pan Nor­rell natych­miast udał się do Yorku i w otwar­tym powo­zie (choć był sty­czeń) trium­fal­nie wje­chał do mia­sta. Pło­wo­włosy dżen­tel­men mógłby wtedy rzu­cać pod koła jego kola­ski liście blusz­czu10. Jeden zaś z wie­ko­wych dżen­tel­me­nów przy kominku wygła­szał żywo prze­mowę, ale z racji sędzi­wych lat głos miał słaby, a nikt nie miał czasu wsłu­chi­wać się w jego słowa.

Wśród zgro­ma­dzo­nych stał też wysoki, roz­sądny jego­mość nazwi­skiem Thorpe, dżen­tel­men co prawda słabo kształ­cony w magii, za to myślący zdro­wo­roz­sąd­kowo, co rzad­kie u maga. Uwa­żał, iż należy zagrze­wać pana Segun­dusa w kolej­nych pró­bach usta­le­nia, gdzie się podziała w Anglii magia prak­tyczna. Jak wszy­scy pozo­stali nie spo­dzie­wał się był nato­miast, iż pan Segun­dus odkryje to tak szybko. Teraz jed­nak, gdy już znali odpo­wiedź, pan Thorpe był zda­nia, że nie powinni jej zby­wać ani odrzu­cać.

- Pano­wie - ode­zwał się - pan Nor­rell twier­dzi, iż upra­wia magię. Dosko­nale. Wiemy to i owo o panu Nor­rellu, wszy­scy sły­sze­li­śmy o rzad­kich księ­gach w jego posia­da­niu i choćby z tego jed­nego powodu popeł­ni­li­by­śmy błąd, zby­wa­jąc jego twier­dze­nia bez uważ­nego ich zba­da­nia. Argu­menty więk­szej wagi po stro­nie pana Nor­rella są nato­miast nastę­pu­jące: dwóch człon­ków naszego towa­rzy­stwa - dwóch uczo­nych o przy­tom­nych umy­słach - widziało się z panem Nor­rellem i ze spo­tka­nia z nim wró­ciło prze­ko­na­nych o praw­dzi­wo­ści jego twier­dzeń. - Thorpe zwró­cił się do pana Honey­fo­ota. - Pan wie­rzy w tego czło­wieka, każdy może to wyczy­tać z pań­skiego spoj­rze­nia. Widział pan coś, co pana prze­ko­nało. Opo­wie nam pan, co to było?

Reak­cja pana Honey­fo­ota na to pyta­nie była może nieco dziwna. Naj­pierw uśmiech­nął się z wdzięcz­no­ścią do pana Thorpe'a, jakby wła­śnie tego sobie życzył: oka­zji do przed­sta­wie­nia sze­ro­kiemu gronu waż­kich powo­dów, dla któ­rych wie­rzy, iż pan Nor­rell upra­wia magię. Otwo­rzył usta, aby prze­mó­wić. Potem wstrzy­mał oddech. Mil­czał. Rozej­rzał się wokół, jakby owe waż­kie powody, które jesz­cze chwilę temu wyda­wały się tak nama­calne, teraz roz­pły­wały się i zmie­niały w nicość w jego ustach, a język i zęby nie potra­fiły pochwy­cić żad­nego z nich, aby nadać mu formę zro­zu­mia­łego angiel­skiego zda­nia. Wymam­ro­tał coś o uczci­wym obli­czu pana Nor­rella.

Towa­rzy­stwo magów z Yorku nie uznało tego za zado­wa­la­jącą odpo­wiedź (a gdyby w isto­cie mieli oka­zję ujrzeć obli­cze pana Nor­rella, byliby jesz­cze mniej prze­ko­nani). Thorpe zwró­cił się zatem do pana Segun­dusa:

- Panie Segun­dus, pan też widział Nor­rella. Jakie jest pań­skie zda­nie?

Po raz pierw­szy towa­rzy­stwo magów z Yorku zauwa­żyło, iż pan Segun­dus jest bar­dzo blady, a nie­któ­rzy przy­po­mnieli sobie, że nie odpo­wie­dział im wcze­śniej na przy­wi­ta­nie, jakby nie mógł zebrać myśli, aby odwza­jem­nić pozdro­wie­nie.

- Nie czuje się pan naj­le­piej, sir? - zapy­tał deli­kat­nie pan Thorpe.

- Nie, nie - odparł cicho pan Segun­dus - to nic takiego. Dzię­kuję za tro­skę. - Spra­wiał jed­nak wra­że­nie tak zagu­bio­nego, iż jeden z dżen­tel­me­nów pod­su­nął mu wła­sne krze­sło, a inny poszedł po kie­li­szek kana­ryj­skiego wina, zaś roz­go­rącz­ko­wany dżen­tel­men o pło­wych wło­sach, który chciał rzu­cać przed pana Nor­rella liście blusz­czu, w głębi duszy miał nadzieję, iż nad panem Segun­dusem ciąży moc jakie­goś zaklę­cia i że za chwilę wszy­scy ujrzą coś nie­zwy­kłego!

Pan Segun­dus wes­tchnął i powie­dział:

- Dzię­kuję. Nie jestem chory, ale przez cały tydzień czu­łem się ocię­żały i powolny na umy­śle. Pani Ple­asance przy­no­siła mi mączkę z maranty i gorące napary z korze­nia lukre­cji, ale nie pomo­gły, co mnie wcale nie dziwi, myślę bowiem, iż wszelka przy­czyna tkwi w mojej gło­wie. Dzi­siaj jest mi już lepiej. Jeśli pytają mnie pano­wie, dla­czego uwa­żam, iż magia powró­ciła do Anglii, powi­nie­nem chyba odpo­wie­dzieć, że dla­tego, iż widzia­łem jej dzia­ła­nie. Wspo­mnie­nie cza­rów mam jak żywe tutaj i tutaj... - Pan Segun­dus dotknął czoła i serca. - Wiem jed­nak, iż nie widzia­łem, aby ktoś upra­wiał magię. Nor­rell nie prak­ty­ko­wał cza­rów, kiedy byli­śmy u niego w gości­nie. Nie pozo­staje mi zatem nic innego, jak uznać, że to wszystko mi się śniło.

Pośród dżen­tel­me­nów z towa­rzy­stwa magów ponow­nie wybu­chło poru­sze­nie. Dżen­tel­men o bla­do­nie­bie­skich oczach uśmiech­nął się blado i zapy­tał, czy kto­kol­wiek coś z tego zro­zu­miał. Pan Thorpe krzyk­nął wtedy:

- Dobry Boże! To doprawdy absurd, iż sie­dzimy tutaj i decy­du­jemy, czy Nor­rell potrafi to czy tamto. Jeste­śmy wszak ludźmi obda­rzo­nymi rozu­mem, więc z łatwo­ścią uzy­skamy odpo­wiedź na nasze pyta­nie. Popro­simy go, aby odpra­wił przy nas czary, by dowieść praw­dzi­wo­ści swych twier­dzeń.

Jego słowa zawie­rały tak dużą dozę roz­sądku, iż na chwilę wśród magów zapa­no­wało mil­cze­nie, choć nie zna­czyło to, aby pro­po­zy­cja Thorpe'a spo­tkała się z powszech­nym uzna­niem - by­naj­mniej nie. Kilku magom (w tym dok­to­rowi Foxca­stle'owi) wcale nie przy­pa­dła do gustu. Skoro mieli popro­sić Nor­rella o wyko­na­nie magicz­nych sztuk, zawsze ist­niało nie­bez­pie­czeń­stwo, iż zaiste je wykona. A oni nie chcieli widzieć, jak się magię upra­wia. Oni chcieli tylko czy­tać o tym w księ­gach. Inni byli zda­nia, że towa­rzy­stwo magów z Yorku ośmie­szy­łoby się taką prośbą. W końcu jed­nak więk­szość magów zgo­dziła się z panem Thorpe'em, iż:

- Jako uczeni, pano­wie, powin­ni­śmy przy­naj­mniej dać panu Nor­rel­lowi szansę, aby nas prze­ko­nał.

Posta­no­wiono zatem, iż ktoś powi­nien napi­sać do pana Nor­rella kolejny list.

Żaden z magów nie miał wąt­pli­wo­ści, iż pano­wie Honey­foot i Segun­dus pora­dzili sobie z tą mate­rią nader mar­nie i przy­naj­mniej w jed­nej spra­wie - wspa­nia­łej biblio­teki pana Nor­rella - zacho­wali się wyjąt­kowo nie­roz­sąd­nie. Nie potra­fili nawet skład­nie o niej opo­wie­dzieć. Co widzieli? O, księgi, wiele ksiąg. Nad­zwy­czaj wielką ich liczbę? Tak, chyba widzieli nad­zwy­czaj wielką ich liczbę. Rzad­kich ksiąg? Naj­praw­do­po­dob­niej. Czy wolno im było zdjąć je z pó­łek i przej­rzeć? O, nie! Pan Nor­rell nie posu­nął się aż tak daleko, aby im na to pozwo­lić. Ale czy prze­czy­tali jakieś tytuły? Tak, ow­szem. Dobrze zatem, jakie tytuły widzieli na pół­kach? Nie mieli poję­cia, nie mogli sobie przy­po­mnieć. Pan Segun­dus powie­dział, iż tytuł jed­nej z ksiąg zaczy­nał się na "B", ale nic wię­cej dodać nie potra­fił. Bar­dzo to było dziwne.

Pan Thorpe sam od dawna zamie­rzał napi­sać list do pana Nor­rella, ale w izbie znaj­do­wało się wielu magów, któ­rzy przede wszyst­kim chcieli teraz pana Nor­rella znie­wa­żyć za jego zuchwa­łość i zgo­dzili się, iż znie­waga będzie naj­do­tkliw­sza, jeśli pozwolą napi­sać do niego list dok­to­rowi Foxca­stle'owi. Tak się zatem stało. W sto­sow­nym cza­sie nade­szła mocno gniewna odpo­wiedź.

Hurt­few Abbey, York­shire

1 lutego 1807 r.

Sza­nowny Panie,

dwu­krot­nie w ostat­nich latach mia­łem zaszczyt otrzy­mać list od człon­ków Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów z Yorku, w któ­rym pro­sili mnie pano­wie o radę. Teraz dosta­łem trze­cie pismo, powia­da­mia­jące mnie o wiel­kim panów nie­za­do­wo­le­niu. Dobre imię towa­rzy­stwa Sz. Panów naj­wy­raź­niej łatwo zszar­gać, a czło­wiek ani się zorien­tuje, iż to czyni. W odpo­wie­dzi na zarzuty zawarte w Pań­skim liście, jako­bym wyol­brzy­mił swe umie­jęt­no­ści i twier­dził, iż wła­dam mocami, któ­rych posia­dać żadną miarą nie mogę, mam do powie­dze­nia tylko jedno: za brak wła­snych osią­gnięć ludzie chęt­niej obcią­żają winą jakąś nie­do­sko­na­łość świata, niż skła­dają to na karb nie­do­stat­ków wła­snego wykształ­ce­nia, prawda jest jed­nak taka, iż magię zaiste można upra­wiać w naszych cza­sach, podob­nie jak w każ­dych innych - czego zresztą z powo­dze­niem dowio­dłem po wie­lo­kroć w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat. Jaka nagroda spo­tyka mnie jed­nak za to, iż sztukę magiczną bar­dziej uko­cha­łem niż kto­kol­wiek inny? Za to, że stu­dio­wa­łem ją z wiel­kim odda­niem, aby się w niej dosko­na­lić? Teraz oka­zuje się, iż w świe­cie krążą plotki, jako­bym był oszu­stem. Wątpi się w praw­dzi­wość mych słów i kwe­stio­nuje me kom­pe­ten­cje. Rozu­miem, iż nie będzie zatem dla Pana zasko­cze­niem, że nie czuję zapału, aby speł­niać jakie­kol­wiek żąda­nia towa­rzy­stwa z Yorku, a już naj­mniej prośbę o pokaz magii. Poin­for­muję jed­nak Panów o mych zamia­rach w przy­szłą środę, któ­rego to dnia spo­tyka się Uczone Towa­rzy­stwo Magów z Yorku.

Pań­ski sługa

Gil­bert Nor­rell

Było to w przy­kry spo­sób tajem­ni­cze. Mago­wie teo­re­tycy cze­kali w ner­wach, aby się prze­ko­nać, jaką odpo­wiedź przy­śle im teraz mag prak­tyk. Odpo­wiedź pana Nor­rella mocno ich wystra­szyła - przy­słał pospo­li­tego praw­nika nazwi­skiem Robin­son, który uśmie­chał się, kła­niał i kiwał głową. Był odziany w schludny czarny frak i ręka­wiczki z koź­lej skórki. Przy­wiózł doku­ment, jakiego dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa ni­gdy wcze­śniej nie widzieli. Był to szkic umowy spi­sa­nej zgod­nie z dawno zapo­mnia­nymi w Anglii regu­łami prawa magii.

Pan Robin­son zja­wił się w gór­nej izbie gospody Pod Starą Gwiazdą punk­tu­al­nie o ósmej wie­czo­rem i spra­wiał wra­że­nie osoby, która wie, iż jest ocze­ki­wana. Pro­wa­dził kan­ce­la­rię przy Coney Street i zatrud­niał w niej dwóch kan­ce­li­stów. Wielu dżen­tel­me­nów spo­śród zgro­ma­dzo­nych w izbie dobrze go znało.

- Wyznam sza­now­nym panom - powie­dział pan Robin­son z uśmie­chem - iż umowę tę spo­rzą­dził w głów­nej mie­rze mój klient, pan Nor­rell. Nie jestem spe­cja­li­stą z dzie­dziny prawa obej­mu­ją­cego cudo­twór­stwo. Zresztą któż dzi­siaj jest? Ośmie­lam się mimo to pokła­dać wiarę, iż jeśli gdzie­kol­wiek się pomylę, pano­wie mnie popra­wią.

Kilku magów mądrze poki­wało gło­wami.

Pan Robin­son wyglą­dał na czło­wieka z ogładą. Był tak czy­sty, zdrowy i ze wszyst­kiego zado­wo­lony, iż dosłow­nie pro­mie­niał - czego można by się spo­dzie­wać po isto­cie magicz­nej albo aniele, ale w oso­bie adwo­kata było to nieco nie­po­ko­jące. Pozo­sta­wał pełen sza­cunku dla dżen­tel­me­nów z towa­rzy­stwa, nic bowiem nie wie­dział o magii. Uwa­żał jedy­nie, iż musi być trudna i wyma­gać wiel­kiego sku­pie­nia uwagi. Mimo zawo­do­wej skrom­no­ści pana Robin­sona i jego szcze­rego podziwu dla magów z Yorku mile łech­tała jego próż­ność myśl, że te wiel­kie umy­sły muszą zaprze­stać roz­trzą­sa­nia ezo­te­rycz­nych spraw i przez chwilę posłu­chać jego. Zało­żył na nos złote bino­kle, tym samym doda­jąc swej pro­mie­ni­stej oso­bie kolej­nego lśnią­cego akcentu.

Pan Robin­son oznaj­mił, iż pan Nor­rell zga­dza się wyko­nać magiczną sztukę w umó­wio­nym miej­scu i o umó­wio­nej porze.

- Mam nadzieję, że pano­wie nie będą mieli nic naprze­ciw, jeśli mój klient okre­śli owo miej­sce i czas?

Pano­wie nic naprze­ciw nie mieli.

- Będzie to zatem kate­dra w pią­tek za dwa tygo­dnie11.

Pan Robin­son zazna­czył, iż jeśli pan Nor­rell nie wykona magicz­nej sztuki, publicz­nie odwoła twier­dze­nia, jakoby upra­wiał magię - a wręcz, że w ogóle jest magiem - jak rów­nież złoży przy­sięgę, iż ni­gdy wię­cej takich rosz­czeń wysu­wać nie będzie.

- To już nad­gor­li­wość - powie­dział pan Thorpe. - Nie chcemy go karać. Pra­gniemy jedy­nie spraw­dzić praw­dzi­wość jego twier­dzeń.

Pro­mienny uśmiech pana Robin­sona nieco przy­gasł, jakby adwo­kat miał za chwilę zako­mu­ni­ko­wać coś przy­krego i nie bar­dzo wie­dział, jak zacząć.

- Zaraz, zaraz - ode­zwał się pan Segun­dus. - Nie wysłu­cha­li­śmy jesz­cze cało­ści umowy. Nie obja­śnił pan, czego pan Nor­rell spo­dziewa się od nas.

Pan Robin­son kiw­nął głową.

- Mój klient ocze­kuje, iż podobne przy­rze­cze­nie złoży każdy czło­nek Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów z Yorku. Innymi słowy, jeśli panu Nor­rel­lowi uda się wyko­nać magiczną sztukę, Uczone Towa­rzy­stwo Magów z Yorku musi się natych­miast roz­wią­zać i żaden z jego byłych człon­ków nie będzie mógł wię­cej mie­nić się "magiem".

To zresztą, zda­niem pana Robin­sona, było cał­kiem zasadne, albo­wiem pan Nor­rell dowiódłby, iż jest jedy­nym praw­dzi­wym magiem w hrab­stwie Yorku.

- A oce­niać, czy magiczna sztuka została w isto­cie wyko­nana, będzie ktoś trzeci, jakaś osoba postronna? - zapy­tał pan Thorpe.

Pan Robin­son wyda­wał się zakło­po­tany tym pyta­niem. Wyra­ził nadzieję, iż zebrani dżen­tel­meni mu wyba­czą, jeśli odniósł mylne wra­że­nie, za nic w świe­cie nie chciałby ich bowiem obra­zić, ale myślał, że wszy­scy obecni w izbie pano­wie są magami.

O tak, człon­ko­wie towa­rzy­stwa poki­wali gło­wami, wszy­scy są magami.

Zatem z pew­no­ścią, cią­gnął pan Robin­son, będą potra­fili roz­po­znać, co jest, a co nie jest magią. Bez wąt­pie­nia nikt nie potrafi tego lepiej od maga.

Inny dżen­tel­men zapy­tał, jakiego rodzaju czary Nor­rell zamie­rza odpra­wić. Pan Robin­son naj­moc­niej pro­sił o wyba­cze­nie, ale nie potra­fił odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, ponie­waż sam nie wie­dział.

Przy­ta­cza­nie tutaj wszyst­kich zawi­łych powo­dów, dla któ­rych dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa w końcu pod­pi­sali umowę z panem Nor­rel­lem, nad­szarp­nę­łoby cier­pli­wość czy­tel­ni­ków. Wielu uczy­niło tak z czy­stej próż­no­ści. Ponie­waż publicz­nie oznaj­mili, iż nie wie­rzą, jakoby Nor­rell potra­fił prak­ty­ko­wać magię i rów­nież publicz­nie rzu­cili mu wyzwa­nie, wyszliby na głup­ców, gdyby teraz zmie­nili zda­nie. A przy­naj­mniej tak uwa­żali.

Pan Honey­foot nato­miast pod­pi­sał wła­śnie dla­tego, iż wie­rzył w magiczne umie­jęt­no­ści Nor­rella. Miał nadzieję, że pan Nor­rell zdo­bę­dzie powszechne uzna­nie demon­stra­cją swych mocy i odtąd będzie mógł skie­ro­wać dzia­ła­nie magii w służbę kraju.

Nie­któ­rych z obec­nych do pod­pi­sa­nia skło­niło przy­pusz­cze­nie (wysu­nięte przez pana Nor­rella, ale nie­jako pod­trzy­mane przez pana Robin­sona), iż jeśli nie pod­pi­szą, nie okażą się praw­dzi­wymi magami.

Jeden po dru­gim mago­wie z Yorku pod­pi­sali więc doku­ment, który przy­wiózł pan Robin­son. Ostat­nim w kolejce był pan Segun­dus.

- Nie pod­pi­szę tego - oznaj­mił. - Magia bowiem to me życie i choć pan Nor­rell ma rację, mówiąc, iż słaby ze mnie uczony, co jed­nak zro­bię, jeśli mi ją odbiorą?

Mil­cze­nie.

- Och! - wes­tchnął pan Robin­son. - Cóż, wobec tego... Jest pan pewien, sir, iż nie pod­pi­sze pan tej umowy? Sam pan widzi, że wszy­scy pana przy­ja­ciele już zło­żyli pod­pisy. Zosta­nie pan sam.

- Jestem pewien - odparł pan Segun­dus. - Dzię­kuję.

- Och! - Pan Robin­son się zafra­so­wał. - W takim razie przy­znam, iż nie wiem, jak mam postą­pić. Mój klient nie poin­stru­ował mnie, co robić, jeśli pod­pi­sze tylko część z panów. Nara­dzę się z mym klien­tem jutro rano.

Dało się sły­szeć, jak dok­tor Foxca­stle mówi panu Har­towi czy Hun­towi, że ten nowy przy­bysz po raz kolejny spro­wa­dza wszyst­kim na głowę kło­pot.

Dwa dni póź­niej pan Robin­son cze­kał na dok­tora Foxca­stle'a z wia­do­mo­ścią, iż pan Nor­rell nie widzi pro­blemu, jeśli pan Segun­dus odma­wia pod­pi­sa­nia. Pan Nor­rell uzna w takim razie, iż umowę zawarł ze wszyst­kimi człon­kami towa­rzy­stwa z Yorku oprócz pana Segun­dusa.

W noc poprze­dza­jącą magiczny występ pana Nor­rella na York spadł śnieg i ran­kiem brud oraz błoto znik­nęły pod nie­ska­zi­telną bielą. Śnieg tłu­mił stu­kot kopyt i odgłosy kro­ków. Nawet głosy miesz­kań­ców Yorku brzmiały ina­czej w bia­łej ciszy, która pochła­niała każdy dźwięk. Pan Nor­rell wyzna­czył bar­dzo wcze­sną godzinę. Mago­wie z towa­rzy­stwa, każdy w swym domu, jedli samot­nie śnia­da­nie. W mil­cze­niu patrzyli, jak słu­żąca nalewa im kawę, roz­rywa cie­płe bułeczki, pod­suwa masło. Żona, sio­stra, córka, synowa czy sio­strze­nica, zwy­kle odpo­wie­dzialne za te wszyst­kie zada­nia, leżały jesz­cze w łóż­kach. Nie było tego ranka sły­chać w jadalni miłego kobie­cego gwaru, któ­rym dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa gar­dzili, a który w isto­cie był słod­kim, uro­czym refre­nem melo­dii ich codzien­nego życia. Jadal­nie, w któ­rych dżen­tel­meni jedli tego dnia śnia­da­nie, rów­nież zmie­niły się od wczo­raj. Znik­nął ponury mrok zimy, zastą­piony teraz rażą­cym świa­tłem zimo­wego słońca, odbi­tym po wie­lo­kroć od zasy­pa­nej śnie­giem ziemi. Od tegoż świa­tła błysz­czał też biały lniany obrus na stole. Wyda­wało się, iż w pro­mie­niach słońca tań­czą pączki róż na ślicz­nych fili­żan­kach córki. Słońce odbi­jało się od peł­nego kawy srebr­nego dzbanka sio­strze­nicy, a uśmiech­nięte por­ce­la­nowe paste­reczki syno­wej pro­mie­niały dzi­siaj aniel­skim bla­skiem. Zupeł­nie jakby cały stół obsy­pany był magicz­nym srebr­nym pyłem i dro­bin­kami lśnią­cych krysz­tał­ków.

Pan Segun­dus, wychy­la­jąc głowę przez okno na dru­gim pię­trze i patrząc na Lady Peckett's Yard, pomy­ślał, iż może Nor­rell wła­śnie odpra­wił czary i oto je teraz wszy­scy oglą­dali. Sły­sząc nad sobą zło­wróżbny szur­got śniegu zsu­wa­ją­cego się z dachu, szybko scho­wał głowę z powro­tem. Pan Segun­dus nie miał służby, podob­nie jak nie miał żony, sio­stry, córki, syno­wej ani sio­strze­nicy, ale pani Ple­asance, jego gospo­dyni, wsta­wała wcze­śnie. Wiele razy w ostat­nich dwóch tygo­dniach sły­szała, jak wzdy­chał nad księ­gami, i miała nadzieję, iż tego ranka sprawi mu radość, poda­jąc na śnia­da­nie dwa świeżo usma­żone śle­dzie, her­batkę ze świe­żym mle­kiem i biały chleb z masłem na błę­kitno-bia­łym tale­rzyku z por­ce­lany. Z tym samym życz­li­wym zamia­rem usia­dła, aby z nim poroz­ma­wiać. Na widok jego przy­bi­tej miny wykrzyk­nęła:

- Och! Nie mam już cier­pli­wo­ści do tego sta­ru­cha!

Choć pan Segun­dus nie mówił pani Ple­asance, jakoby pan Nor­rell był stary, uznała, iż tak wła­śnie musi być. Na pod­sta­wie rela­cji pana Segun­dusa uzna­wała go za skąpca, który zachłan­nie gro­ma­dzi magię zamiast złota, a w miarę postępu naszej opo­wie­ści pozwolę czy­tel­ni­kowi oce­nić, czy taki por­tret pana Nor­rella oddaje mu spra­wie­dli­wość. Podob­nie jak pani Ple­asance zawsze myślę, iż skąpcy są sta­rzy, i nie potra­fię powie­dzieć dla­czego, mam bowiem pew­ność, że na świe­cie żyje rów­nie wielu zachłan­nych mło­dych ludzi. Obo­jęt­nie jed­nak, czy pan Nor­rell był stary, czy nie, nale­żał do ludzi, któ­rzy są star­cami już w wieku lat sie­dem­na­stu.

- Kiedy jesz­cze żył mój mał­żo­nek - cią­gnęła pani Ple­asance - zwykł był mawiać, iż nie ma w Yorku nikogo, męż­czy­zny ani kobiety, któ­rzy pie­kliby chleb rów­nie pyszny jak mój, a inni także życz­li­wie przy­zna­wali, że ni­gdy w życiu nie jedli lep­szego pie­czywa. Ja zaś zawsze byłam dobrą kucharką z miło­ści do kuchni i gdyby nagle, jak w arab­skich baśniach, jakiś dżinn wyle­ciał z tego imbryka i poda­ro­wał mi trzy życze­nia, mam nadzieję, iż nie była­bym aż tak małost­kowa, aby pro­sić, by inni nie pie­kli chleba. Bo gdyby chleb wycho­dził im tak dobry jak mój, to prze­cież krzywda by mi się nie działa, a jedy­nie dla nich byłoby z korzy­ścią. Pro­szę, sir, niech pan spró­buje kro­meczkę - zapro­po­no­wała, pod­su­wa­jąc swemu loka­to­rowi talerz ze słyn­nym pie­czy­wem. - Aż przy­kro patrzeć, taki pan wychu­dzony. Ludzie zaczną mówić, że Het­tie Ple­asance zanie­dbuje obo­wiązki gospo­dyni. I niech­że pan już nie będzie taki przy­bity. Pan nie pod­pi­sał tego pod­stęp­nego doku­mentu i tam, gdzie inni dżen­tel­meni są zmu­szeni ustą­pić, pan wciąż staje do boju. I żywię wielką nadzieję, drogi panie, iż dokona pan wiel­kich odkryć, a wtedy, kto wie, może ten cały pan Nor­rell, który uważa się za takiego mądralę, z ochotą przyj­mie pana na wspól­nika i w końcu poża­łuje swej nie­mą­drej dumy.

Pan Segun­dus uśmiech­nął się i podzię­ko­wał gospo­dyni.

- Nie sądzę, aby kie­dy­kol­wiek do tego doszło. Główną prze­szkodą będzie dla mnie brak odpo­wied­nich zaso­bów. Sam posia­dam bar­dzo nie­wiele, a kiedy towa­rzy­stwo się roz­wiąże... cóż, trudno mi powie­dzieć, dokąd tra­fią księgi z jego zbio­rów, wąt­pię jed­nak, aby to mnie przy­pa­dły w udziale.

Pan Segun­dus zjadł chleb (rze­czy­wi­ście tak dobry, jak mawiali świę­tej pamięci pan Ple­asance i jego przy­ja­ciele), śle­dzie i wypił tro­chę her­baty. Posi­łek pokrze­pił jego stro­skane serce bar­dziej, niż się był spo­dzie­wał, poczuł się bowiem troszkę lepiej i tak wzmoc­niony wło­żył zimowe palto, kape­lusz oraz ręka­wiczki, owi­nął się cie­płym sza­lem i dziar­sko ruszył przez zasy­pane śnie­giem ulice ku miej­scu, które pan Nor­rell wyzna­czył na czy­nie­nie cudów - ku kate­drze.

Mam nadzieję, iż moim czy­tel­ni­kom nie­obce jest poję­cie sta­rego angiel­skiego mia­sta kate­dral­nego, w prze­ciw­nym razie mogą nie pojąć donio­sło­ści wyboru doko­na­nego przez pana Nor­rella, który wła­śnie kate­drę wska­zał jako miej­sce, gdzie objawi dzia­ła­nie magii. Czy­tel­nicy muszą zro­zu­mieć, iż w sta­rym angiel­skim mie­ście kate­dral­nym ów ogromny kościół nie jest led­wie jed­nym z wielu miej­skich budyn­ków. Jest budyn­kiem cen­tral­nym, naj­waż­niej­szym, róż­nią­cym się od całej reszty skalą, pięk­nem i powagą. Choć w cza­sach współ­cze­snych stare mia­sto kate­dralne może szczy­cić się rów­nież wie­loma ele­ganc­kimi gma­chami rady mia­sta, publicz­nymi aulami i salami spo­tkań (a w Yorku było ich pod dostat­kiem), kate­dra wznosi się nad nimi wszyst­kimi, zaświad­cza­jąc w imie­niu naszych przod­ków o ich odda­niu wie­rze. Zupeł­nie jakby mia­sto zawie­rało w sobie coś potęż­niej­szego niż ono samo. Idąc przez labi­rynt wąskich uli­czek, z głową zajętą innymi spra­wami, łatwo można stra­cić kate­drę z oczu, ale nagle mia­sto się otwiera i oto wznosi się ona, wie­lo­kroć wyż­sza i potęż­niej­sza niż wszel­kie inne gma­chy. I wtedy czło­wiek wie, iż dotarł do samego serca mia­sta i że wszyst­kie ulice i uliczki jakimś spo­so­bem pro­wa­dzą wła­śnie do kate­dry, do miej­sca peł­nego tajem­nic bar­dziej nie­zgłę­bio­nych niż te, które poznał pan Nor­rell. Tym wła­śnie torem bie­gły myśli pana Segun­dusa, gdy wyszedł na zaułek Close i sta­nął przed olbrzy­mim, posęp­nym błę­kit­nym cie­niem zachod­niej ściany kate­dry. Aku­rat w tym samym cza­sie dok­tor Foxca­stle wyło­nił się zza rogu, pły­nąc maje­sta­tycz­nie niczym wielki czarny okręt. Napo­tkaw­szy wzro­kiem pana Segun­dusa, obrał na niego kurs i przy­wi­tał się, życząc mu dobrego dnia.

- Może będzie pan tak uprzejmy, sir, i przed­stawi mnie panu Nor­rel­lowi? - popro­sił dok­tor Foxca­stle. - Sza­le­nie chciał­bym tego czło­wieka poznać.

- Sir, z praw­dziwą przy­jem­no­ścią - odparł pan Segun­dus i rozej­rzał się wkoło. Śnieg na uli­cach zatrzy­mał w domu więk­szość miesz­kań­ców i led­wie kilka odzia­nych w ciemne stroje postaci, dro­biąc kroczki, prze­mie­rzało biały plac przed olbrzy­mim sza­rym kościo­łem. Przy bliż­szym spoj­rze­niu oka­zy­wało się, iż to dżen­tel­meni z Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów albo też pasto­rzy i pomoc­nicy kate­dralni: zakry­stia­nie, woźni, asy­stenci dyry­genta chóru, księża pre­po­zyci, sprzą­ta­cze naw i inni, któ­rych prze­ło­żeni wysłali przez śnieg w spra­wach Kościoła. - Z naj­więk­szą chę­cią speł­nił­bym pań­ską prośbę, sir - cią­gnął pan Segun­dus - ale pana Nor­rella nie widzę.

Ktoś tam jed­nak był.

Ktoś stał samot­nie na śniegu dokład­nie przed wej­ściem do kate­dry, postać dość ponura i o raczej podej­rza­nej apa­ry­cji. Czło­wiek ów z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się panu Segun­du­sowi i dok­to­rowi Foxca­stle'owi. Potar­gane włosy opa­dały mu na ramiona jak czarny wodo­spad. Miał ostrą, szczu­płą twarz o dłu­gim, cien­kim nosie, w jakiś spo­sób krzywą niby korzeń drzewa. I choć był bar­dzo blady, coś spra­wiało, że na jego obli­czu kładł się cień - może to mrok w jego oczach albo kaskada dłu­gich, czar­nych, tłu­stych wło­sów. Po chwili męż­czy­zna pod­szedł do obu magów, skło­nił się nie­znacz­nie i wyra­ził nadzieję, iż mu wyba­czą, że prze­rwał im roz­mowę, ale wska­zano mu ich jako dżen­tel­me­nów, któ­rzy przy­byli tu w tej samej spra­wie co on. Przed­sta­wił się jako John Chil­der­mass, zarządca pana Nor­rella, nad­zo­ru­jący dla niego pewne sprawy (cho­ciaż nie zdra­dził jakie).

- Pań­ska twarz - odparł pan Segun­dus, marsz­cząc brwi - wydaje mi się zna­joma. Gdzie mogłem już pana spo­tkać?

Coś się zmie­niło w mrocz­nym obli­czu Chil­der­massa, ale znik­nęło w ułamku chwili i trudno było powie­dzieć, czy była to chmurna mina, czy uśmiech.

- Czę­sto bywam w Yorku w spra­wach pana Nor­rella, sir. Może widział mnie pan w jed­nej z księ­garń lub w anty­kwa­ria­cie?

- Nie - zaprze­czył pan Segun­dus. - Widzia­łem już pana... Zaraz, niech sobie przy­po­mnę... Ale gdzie? Och, lada chwila na to wpadnę!

Chil­der­mass uniósł brew, jakby chciał powie­dzieć, iż szcze­rze w to wątpi.

- Ale rozu­miem, że pan Nor­rell zaraz zjawi się oso­bi­ście? - wyra­ził nadzieję dok­tor Foxca­stle.

Chil­der­mass pro­sił dok­tora o wyba­cze­nie, ale nie sądził, aby pan Nor­rell miał przy­je­chać. Jego zda­niem pan Nor­rell uwa­żał, iż nie ma powodu przy­jeż­dżać.

- Ha! - zakrzyk­nął dok­tor Foxca­stle. - Czyli się pod­daje, tak? No cóż. Bie­dak. Ośmie­lam się przy­pusz­czać, iż czuje się teraz bar­dzo nie­zręcz­nie. No dobrze, tak czy owak, zacnie się sta­rał. Nie żywimy do niego urazy. - Ulga, jaką dok­tor poczuł na wieść, że nie będzie musiał oglą­dać pokazu magii, skło­niła go do wspa­nia­ło­myśl­no­ści.

Chil­der­mass raz jesz­cze pro­sił dok­tora o wyba­cze­nie. Oba­wiał się, iż dok­tor źle go zro­zu­miał. Pan Nor­rell, ow­szem, jak naj­bar­dziej wykona magiczną sztukę. Pozo­sta­nie jed­nakże w Hurt­few Abbey, a jej efekty będą widoczne w Yorku.

- Dżen­tel­meni - zwró­cił się Chil­der­mass do dok­tora Foxca­stle'a - wolą nie wsta­wać z foteli przy cie­płych komin­kach, jeśli nie muszą. Gdyby tylko pan, sir, mógł oglą­dać tę magię we wła­snym salo­nie, naj­pew­niej nie stałby pan teraz tutaj, na mro­zie.

Dok­tor Foxca­stle zapo­wie­trzył się i spio­ru­no­wał Johna Chil­der­massa spoj­rze­niem, które mówiło dosad­nie, iż ma go za imper­ty­nenta.

Chil­der­massa zbyt­nio to nie poru­szyło, a wręcz roz­ba­wiło.

Odparł:

- Już czas, pano­wie. Pro­szę zająć miej­sca w kate­drze. Jestem pewien, iż nie chcie­liby pano­wie niczego prze­ga­pić, skoro tak wiele od tego zależy.

Minęło już dwa­dzie­ścia minut od wyzna­czo­nej godziny i dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa wcho­dzili teraz do kościoła drzwiami w połu­dnio­wym tran­sep­cie. Kilku z nich rozej­rzało się przed wej­ściem do środka, jakby ostat­nim spoj­rze­niem żegnali świat, któ­rego mogli już prze­cież ni­gdy nie zoba­czyć.

3. Kamienie Yorku

3

Kamie­nie Yorku

Luty 1807 roku

Wielki stary kościół w środku zimy to w naj­lep­szym razie mało przy­tulne miej­sce. Wyda­wało się, iż w jego kamien­nych murach zacho­wał się chłód tysiąca zim i teraz z kamieni bił ich mroźny oddech. W zim­nym, wil­got­nym, mrocz­nym wnę­trzu kate­dry dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa byli zmu­szeni stać i cze­kać na zadzi­wia­jący pokaz, bez żad­nej gwa­ran­cji, iż zasko­cze­nie, jakie miało nadejść, będzie nale­żało do przy­jem­nych.

Pan Honey­foot usi­ło­wał uśmie­chem doda­wać kole­gom ducha, ale jak na osobę wprawną w sztuce ser­decz­nego uśmie­chu, nie szło mu naj­le­piej.

Nagle roz­le­gło się bicie dzwo­nów. Nie było to niczym nie­zwy­kłym, po pro­stu dzwony kościoła Świę­tego Michała wybi­jały połowę godziny, ale do wnę­trza kate­dry ich dźwięk docho­dził jakoś dziw­nie, jakby z bar­dzo daleka, z innego kraju. Nie był to dźwięk rado­sny. Dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa dobrze wie­dzieli, iż dzwony czę­sto biją wpra­wiane w ruch przez magię, a w szcze­gól­no­ści przez moc magicz­nych istot. Mago­wie wie­dzieli, że w daw­nych cza­sach srebrne dzwony czę­sto biły w Anglii, kiedy jakie­goś chłopca albo dziew­czynę o wyjąt­ko­wej cno­cie cha­rak­teru lub wiel­kiej uro­dzie magiczne istoty miały wykraść na zawsze do swych dale­kich, upior­nych krain. Nawet Kru­czy Król - który nie był magiczną istotą, tylko Angli­kiem - miał dość przy­kry zwy­czaj pory­wa­nia12 męż­czyzn i kobiet do swego zamku w Innych Zie­miach. Gdy­by­śmy jed­nak, ty i ja, mogli pory­wać mocą magii każ­dego, kogo tylko byśmy chcieli spo­śród ludzi na całym świe­cie, i gdy­by­śmy posie­dli moc zatrzy­ma­nia go u naszego boku na całą wiecz­ność, śmiem twier­dzić, iż nasz wybór padłby na bar­dziej urze­ka­jące postaci niż człon­ko­wie Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów z Yorku. Ta krze­piąca myśl nie przy­szła jed­nak do głowy dżen­tel­me­nom zgro­ma­dzo­nym w miej­skiej kate­drze. Kilku z nich wła­śnie roz­my­ślało, iż list dok­tora Foxca­stle'a musiał bar­dzo roz­gnie­wać pana Nor­rella, powoli ogar­niał ich więc praw­dziwy strach.

Gdy dźwięk dzwo­nów ucichł, gdzieś z góry, z posęp­nych ciem­no­ści nad gło­wami dobiegł ich głos. Mago­wie wytę­żyli słuch. Wielu dżen­tel­me­nom, zdję­tym teraz ner­wo­wym prze­stra­chem, zda­wało się, iż to jakaś baśniowa istota wydaje im z góry roz­kazy. Albo że może wła­śnie cze­goś im odtąd zaka­zuje. Tego rodzaju pole­ce­nia i zakazy, dobrze znane magom z baśni, brzmią zazwy­czaj nieco dziw­nie, ale wydają się łatwe - przy­naj­mniej z pozoru. Dla przy­kładu: "Nie będziesz jadł ostat­niej śliwki w cukrze z nie­bie­skiego słoja w szafce w rogu spi­żarni" albo "Nie będziesz bił żony kijem z bylicy". A jed­nak, jak mówią nam wszel­kie baśnie, oko­licz­no­ści zawsze sprzy­się­gają się prze­ciw temu, komu pole­ce­nia wydano, i zawsze w końcu łamie on zakaz, za co spo­tyka go strasz­liwa kara.

Mago­wie myśleli, iż w naj­lep­szym razie głos prze­po­wiada im zgubę. Nie było jed­nak do końca jasne, w jakim języku prze­ma­wiał. Panu Segun­du­sowi wyda­wało się, iż usły­szał słowo "zbrod­niarz", a chwilę potem inter­fi­cere, co po łaci­nie zna­czy "zabić". Sam głos trudno było zro­zu­mieć, nie przy­po­mi­nał w niczym głosu ludz­kiego, stąd też dżen­tel­meni nie na żarty się bali, że za chwilę obja­wią się przed nimi magiczne istoty. Głos był nie­zwy­kle ostry, głę­boki, chra­pliwy, jakby ktoś tarł kamie­niem o kamień, dźwięki wyraź­nie jed­nak ukła­dały się w zda­nia - tak, to była mowa. Zgro­ma­dzeni mago­wie spo­glą­dali trwoż­nie w górę, ale mogli doj­rzeć jedy­nie mały, nie­wy­raźny kształt kamien­nej figury wyra­sta­jący z wiel­kiego filara w mroczną pustkę. W miarę jak ich uszy przy­zwy­cza­jały się do tego dziw­nego dźwięku, zaczęli roz­po­zna­wać coraz wię­cej słów, sta­ro­an­giel­skich i po łaci­nie, prze­pla­ta­nych w zda­niach, jakby ten, kto je wypo­wia­dał, nie zda­wał sobie sprawy, iż należą do dwóch róż­nych języ­ków. Na szczę­ście podobny mętlik nie sta­no­wił trud­no­ści dla magów, z któ­rych więk­szość przy­wy­kła do zga­dy­wa­nia tre­ści oso­bli­wych wypo­wie­dzi uczo­nych sprzed wie­ków. Zda­nia, które roz­brzmie­wały w kate­drze, prze­ło­żone na zro­zu­miały język angiel­ski, brzmiały mniej wię­cej tak:

"Dawno, dawno temu (mówił głos), pięć wie­ków wstecz, a może daw­niej, pew­nego zimo­wego dnia o zmierz­chu do kate­dry w Yorku weszli chło­pak z dziew­czyną w wieńcu z liści blusz­czu na skro­niach. Oprócz nich w kamien­nych murach kate­dry nie było żywej duszy. Nikt oprócz kamieni nie widział, jak chło­pak dziew­czynę dusi. Jej mar­twe ciało padło na kamienną posadzkę i nikt tego nie dostrzegł poza kamie­niami. Chłopca ni­gdy za ów grzech nie spo­tkała kara, ponie­waż prócz kamieni nie było żad­nych świad­ków. Mijały lata i zawsze, gdy zbrod­niarz wcho­dził do kate­dry i sta­wał pośród wier­nych, kamie­nie krzy­czały, że to wła­śnie on zabił dziew­czynę w wieńcu z blusz­czu na skro­niach, ale - lamen­to­wały - nikt ni­gdy nie sły­szy naszego krzyku. Nie jest jed­nak za późno! Wiemy, gdzie jest pocho­wany! - grzmiały. - W naroż­niku połu­dnio­wego tran­septu! Szybko! Szybko! Bierz­cie kilofy! Chwyć­cie łopaty! Zerwij­cie kamienne płyty posadzki! Wykop­cie jego kości! Niech roz­bije je łopata! Zgru­chocz­cie jego czaszkę o filary, niech się roz­trza­ska! Daj­cie kamie­niom posma­ko­wać pomsty! Jesz­cze nie jest za późno! Nie jest za późno!"

Led­wie mago­wie zdą­żyli wchło­nąć te słowa, zasta­na­wia­jąc się cały czas, kto do nich prze­ma­wia, a roz­legł się kolejny kamienny głos. Tym razem pły­nął z pre­zbi­te­rium i prze­ma­wiał po angiel­sku. Dziwny jed­nak był to język, pełen sta­rych, zapo­mnia­nych słów. Głos uskar­żał się na żoł­nie­rzy, któ­rzy wdarli się do kościoła i wybili część okien. Sto lat póź­niej przy­szli znowu i strza­skali lek­to­rium, odłu­pali twa­rze świę­tych, skra­dli srebrne naczy­nia. Innym razem ostrzyli groty strzał o brzeg chrzciel­nicy. Trzy­sta lat póź­niej strze­lali z pisto­le­tów w kapi­tu­la­rzu. Ten drugi głos naj­wy­raź­niej nie poj­mo­wał, iż choć sama kate­dra może stać tysiąc­le­cia, ludzie tak długo nie żyją.

- Czer­pią roz­kosz ze znisz­cze­nia! - wołał głos. - I sami zasłu­gują jedy­nie na sro­motny upa­dek!

Zda­wało się, iż podob­nie jak pierw­szy głos ten rów­nież zamiesz­ki­wał kate­drę od wielu wie­ków i naj­pew­niej wysłu­chał wielu kazań oraz modlitw. Mimo to jed­nak cnoty głę­boko chrze­ści­jań­skie - miło­sier­dzie, miłość, łagod­ność serca - były mu nie­znane. Tym­cza­sem pierw­szy głos nie prze­sta­wał lamen­to­wać nad śmier­cią dziew­czyny w wieńcu z blusz­czu na skro­niach i oba te chro­pawe głosy zde­rzały się ze sobą w spo­sób sza­le­nie przy­kry dla ucha.

Pan Thorpe, dżen­tel­men odważny i śmiały, zaj­rzał samot­nie do pre­zbi­te­rium, aby zoba­czyć, kto prze­ma­wia.

- To posąg - oznaj­mił.

Dżen­tel­meni z towa­rzy­stwa ponow­nie pod­nie­śli wzrok wysoko nad głowy, skąd dobie­gał pierw­szy upiorny głos. I tym razem już nie­mal nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, iż prze­ma­wia nie­wielka kamienna figura, gdy bowiem wbi­jali spoj­rze­nia w górę, widzieli jak roz­pacz­li­wie wyma­chuje gru­bymi kamien­nymi rękami.

Wtedy wszyst­kie pozo­stałe posągi i sta­tuy w kate­drze zaczęły prze­ma­wiać kamien­nymi gło­sami i opo­wia­dać o wszyst­kim, co widziały w swym kamien­nym życiu. Jak pan Segun­dus opo­wia­dał póź­niej pani Ple­asance, powstał zgiełk nie do opi­sa­nia, w kate­drze znaj­do­wały się bowiem nie­zli­czone rzeźby ludz­kich postaci oraz dziw­nych zwie­rząt, które łopo­tały skrzy­dłami.

Wiele z nich narze­kało na swych kamien­nych sąsia­dów, co może nie było aż takie dziwne, gdyż musiały dzie­lić wza­jem miej­sce w kate­drze już od wielu wie­ków. Wśród posą­gów stało pięt­na­stu kamien­nych kró­lów, każdy na kamien­nym postu­men­cie usta­wio­nym wzdłuż wyso­kiej zdob­nej ściany. Na gło­wie mieli drobne loczki, jakby zakrę­cili papi­loty i ich nie roz­cze­sali - zawsze gdy pani Honey­foot na nich patrzyła, powta­rzała, iż ma ochotę porząd­nie prze­cze­sać szczotką głowę każ­dego monar­chy. Gdy tylko posągi zyskały zdol­ność mowy, z miej­sca zaczęły się kłó­cić i besz­tać jeden drugi - wszyst­kie były bowiem jed­na­ko­wej wyso­ko­ści, a kró­lo­wie, nawet kamienni, naj­bar­dziej nie mogą znieść zrów­na­nia z innymi. Poza kró­lami w kate­drze znaj­do­wała się rów­nież grupa dziw­nych figur, które trzy­mały się pod ręce i spo­glą­dały kamien­nym wzro­kiem ze szczytu sta­rej kolumny. Kiedy tylko objęła je moc zaklę­cia, każda sta­tua usi­ło­wała ode­pchnąć od sie­bie pozo­stałe, jakby po tylu wie­kach w bez­ru­chu bolały ją kamienne ramiona i jakby każda zaczy­nała czuć ogromne znu­że­nie tak dłu­gim złą­cze­niem z resztą.

Jeden z posą­gów prze­mó­wił chyba po wło­sku. Nikt nie wie­dział dla­czego, choć pan Segun­dus odkrył póź­niej, iż była to kopia rzeźby dłuta Michała Anioła. Z jej słów wyni­kało, iż opi­suje teraz zupeł­nie inny kościół, gdzie inten­syw­nie czarne cie­nie kon­tra­stują ostro z jaskra­wym świa­tłem słońca. Innymi słowy posąg przed­sta­wiał to, co jego ory­gi­nał widział w Rzy­mie.

Pana Segun­dusa cie­szyło, iż mago­wie, choć mocno wystra­szeni, nie pró­bo­wali ucie­kać. Nie­któ­rzy byli tak zdu­mieni, że wkrótce cał­kiem zapo­mnieli o stra­chu i bie­gali po kate­drze, pró­bu­jąc odkry­wać nowe cuda, czy­niąc obser­wa­cje i zapi­su­jąc je ołów­kiem w note­si­kach, zupeł­nie jakby zapo­mnieli o pod­stęp­nym doku­men­cie, który od tego dnia zabra­niał im stu­dio­wa­nia magii. Mago­wie (już za chwilę nie­stety byli mago­wie) długo cho­dzili to tu, to tam po kate­dral­nych nawach i oglą­dali cuda. Na ich uszy zaś nie­ustan­nie przy­pusz­czała atak ohydna kako­fo­nia tysiąca kamien­nych gło­sów prze­ma­wia­ją­cych naraz.

Kapi­tu­larz miał kamienne skle­pie­nia z wie­loma rzeź­bio­nymi gło­wami w dziw­nych cza­pach, które teraz raj­co­wały jedna przez drugą. Były tam też setki prze­pięk­nie rzeź­bio­nych angiel­skich drzew i krze­wów: głogu, dębu, tar­niny, bylicy, wiśni i prze­stępu. Pan Segun­dus dostrzegł dwa kamienne smoki nie więk­sze niż jego ręka do łok­cia, które goniły się wza­jem, wśli­zgu­jąc mię­dzy kamienne gałę­zie głogu, mię­dzy kamienne liście, kamienne korze­nie i kamienne młode pędy. Wyda­wało się, iż smoki bie­gają swo­bod­nie niczym zwy­kłe żywe stwo­rze­nia, ale gdy setki kamien­nych mię­śni naprę­żało się pod kamienną skórą, która tarła o kamienne żebra napie­ra­jące na kamienne serce, a szpony z kamie­nia stu­kały przy tym o kamienne gałę­zie, powsta­wał odgłos nie do znie­sie­nia i pan Segun­dus zasta­na­wiał się, jak smoki to wytrzy­mują. Zauwa­żył, iż wokół bie­gających gadów uno­szą się drobne kłęby ziar­ni­stego pyłu, jakby spod struga kamie­niarza. Był prze­ko­nany, że gdyby zaklę­cie pozwo­liło stwo­rze­niom bie­gać dosta­tecz­nie długo, star­łyby się tak, iż zostałby z nich jedy­nie bez­kształtny kawa­łek wapie­nia.

Kamienne liście i zioła drżały i zgi­nały się niby w podmu­chach wia­tru, a nie­które z nich, naśla­du­jąc swe żywe odpo­wied­niki, usi­ło­wały rosnąć. Póź­niej, gdy moc zaklę­cia ustała, gałązki kamien­nego blusz­czu i dzi­kiej róży odkryto ople­cione wokół krze­seł, pul­pi­tów i modli­tew­ni­ków, gdzie ni­gdy wcze­śniej kamien­nego blusz­czu ani róży nie było.

Nie tylko jed­nak mago­wie z towa­rzy­stwa widzieli tego dnia cuda. Nie wia­domo, czy taki był zamiar pana Nor­rella, ale jego magia roz­lała się poza mury kate­dry, do mia­sta. Trzy posągi sto­jące na zewnątrz wzdłuż zachod­niej ściany kate­dry zabrano wcze­śniej do kon­ser­wa­cji w warsz­ta­cie pana Tay­lora. Wiele stu­leci angiel­skiego desz­czu zmyło i spłu­kało ich obli­cza i trudno było dzi­siaj roz­po­znać sławne postaci, jakie miały przed­sta­wiać. O pół do jede­na­stej jeden z kamie­nia­rzy pana Tay­lora wła­śnie przy­sta­wiał dłuto do twa­rzy jed­nego z posą­gów z zamia­rem wyku­cia w nim podo­bi­zny prze­ślicz­nej świę­tej, kiedy nagle sta­tua gło­śno krzyk­nęła i unio­sła ręce, aby ode­pchnąć dłuto, na co prze­ra­żony kamie­niarz zemdlał ze stra­chu. Posągi odsta­wiono pod mur kate­dry nie­tknięte, z twa­rzami pła­skimi jak chleb i bez­kształt­nymi jak masło.

Wtedy nagle w dźwięku roz­brzmie­wa­ją­cym w kate­drze zaszła zmiana i jeden po dru­gim głosy mil­kły, aż w końcu mago­wie usły­szeli dzwony kościoła Świę­tego Michała wybi­ja­jące połowę kolej­nej godziny. Pierw­szy głos (nie­wiel­kiej figury wysoko w ciem­no­ściach nad gło­wami) prze­ma­wiał jesz­cze jakiś czas, gdy pozo­stałe już uci­chły. Opo­wia­dał nie­ustan­nie histo­rię zata­jo­nej zbrodni ("Nie jest za późno! Nie jest za późno!"), ale i on w końcu zamilkł.

Pod­czas gdy mago­wie prze­by­wali w kate­drze, świat się zmie­nił. Do Anglii powró­ciła magia, czy sobie tego życzyli, czy nie. Zaszły też inne, bar­dziej pro­za­iczne zmiany: niebo zasnuły cięż­kie śnie­gowe chmury. Miały jed­nak barwę nie szarą, a dziw­nie nie­bie­ską, mor­ską. Za sprawą tych oso­bli­wych kolo­rów zmierzch wyglą­dał niczym ilu­mi­na­cja pod­mor­skich baśnio­wych kró­lestw.

Pana Segun­dusa nie­zwy­kle wyczer­pała ta przy­goda, choć nie był prze­ra­żony jak inni dżen­tel­meni. Tak wspa­niały pokaz magii prze­szedł jego naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia, a mimo to teraz, gdy już było po wszyst­kim, czuł wzbu­rze­nie i chciał po pro­stu wró­cić do domu i zostać sam. W tym wła­śnie roz­trzę­sio­nym sta­nie został jed­nak zatrzy­many przez zarządcę pana Nor­rella.

- Rozu­miem, sir - zwró­cił się do niego Chil­der­mass - iż towa­rzy­stwo ule­gnie teraz roz­wią­za­niu. Bar­dzo mi przy­kro, ale tak się stać musi.

Pan Segun­dus, być może z powodu przy­gnę­bie­nia, podej­rze­wał, że pomimo pozor­nej uprzej­mo­ści Chil­der­mass w głębi duszy śmieje się z magów Yorku. Chil­der­mass nale­żał do kło­po­tli­wej klasy ludzi nisko uro­dzo­nych, któ­rzy przez całe życie zmu­szeni są słu­żyć lep­szym od sie­bie, choć ich bystre umy­sły i wro­dzone zdol­no­ści spra­wiają, iż pra­gną uzna­nia i nagród dla nich nie­osią­gal­nych. Cza­sem za sprawą rzad­kiego splotu wyda­rzeń ludzie tacy wybi­jają się ponad pospo­li­tość, ale naj­czę­ściej gorzk­nieją, roz­my­śla­jąc nad tym, co by było gdyby. W służ­bie u innych pra­cują wtedy nie­chęt­nie i wyko­nują swe zada­nia nie lepiej - ani nie gorzej - niż ich mniej zdolni współ­bra­cia. Przez rosnącą zuchwa­łość tracą posady i źle koń­czą.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam - powie­dział Chil­der­mass - ale chciał­bym pana o coś zapy­tać. Mam nadzieję, iż nie uzna pan tego za imper­ty­nen­cję, ale czy zaj­rzał pan kie­dy­kol­wiek do lon­dyń­skiej gazety?

Pan Segun­dus odparł, że ow­szem.

- Ach tak? Sza­le­nie inte­re­su­jące. Sam bar­dzo lubię gazety. Nie mam jed­nak zbyt­nio czasu na czy­ta­nie, chyba że ksią­żek, któ­rych lek­turę zleca mi pan Nor­rell. A o czym to można dzi­siaj prze­czy­tać w lon­dyń­skich gaze­tach? Pan wyba­czy, iż pytam, sir, ale pan Nor­rell, który ni­gdy do gazet nie zagląda, zadał mi wczo­raj to pyta­nie, a ja nie mia­łem dosta­tecz­nej wie­dzy w tej mate­rii.

- Cóż - odparł pan Segun­dus z lekką kon­ster­na­cją - można tam zna­leźć arty­kuły na różne tematy. A co chciałby pan wie­dzieć? Można prze­czy­tać o dzia­ła­niach wojen­nych mary­narki jego wyso­ko­ści prze­ciw Fran­cu­zom, prze­mowy człon­ków rządu, donie­sie­nia o skan­da­lach i roz­wo­dach. Czy o to panu idzie?

- O, tak! - odparł Chil­der­mass. - Obja­śnia to pan zna­ko­mi­cie. Zasta­na­wiam się - cią­gnął w zamy­śle­niu - czy wia­do­mo­ści z pro­win­cji kie­dy­kol­wiek tra­fiają do lon­dyń­skiej prasy? Czy dla przy­kładu dzi­siej­sze nie­co­dzienne wyda­rze­nia zasłu­gują na wzmiankę?

- Nie wiem - przy­znał pan Segun­dus. - Wydaje mi się, iż to moż­liwe, ale z dru­giej strony, wie pan, York­shire leży bar­dzo daleko od Lon­dynu... Może do redak­to­rów w sto­licy ni­gdy nie dotrą wie­ści o dzi­siej­szym poka­zie.

- Ach - wes­tchnął pan Chil­der­mass i zamilkł.

Zaczął padać śnieg. Naj­pierw kilka śnie­ży­nek, potem wię­cej, a w końcu milion płat­ków spa­dło leni­wie z zamglo­nego, cięż­kiego, zie­lon­ka­wego nieba. Wszyst­kie gma­chy i domy w Yorku stały się tro­chę mniej wyraźne, tro­chę bar­dziej szare na tle śniegu. Ludzie wyda­wali się mniejsi. Okrzyki, zawo­ła­nia, odgłosy kro­ków i stu­kot koń­skich kopyt, skrzy­pie­nie wozów, trza­ska­nie drzwiami - wszystko jakby przy­ci­chło. I wszystko stało się w jakiś spo­sób mniej ważne, aż w końcu ist­niał tylko pada­jący śnieg, zie­lon­kawe niebo, mgli­sta, szara zjawa kate­dry w Yorku - i Chil­der­mass.

Przez cały ten czas Chil­der­mass mil­czał. Pan Segun­dus zasta­na­wiał się, czego jesz­cze zarządca od niego chce, odpo­wie­dział prze­cież na wszyst­kie pyta­nia. Ale Chil­der­mass cze­kał i patrzył na pana Segun­dusa swymi dziw­nymi czar­nymi oczyma, jakby cze­kał, iż pan Segun­dus coś powie - jakby był abso­lut­nie pewien, że pan Segun­dus powie to, na co on czeka.

- Jeśli pan życzy - powie­dział pan Segun­dus, strze­pu­jąc śnieg z palta - mogę roz­wiać wszel­kie pań­skie wąt­pli­wo­ści. Mogę napi­sać list do redak­cji "Timesa" i poin­for­mo­wać redak­to­rów o dzi­siej­szych nad­zwy­czaj­nych doko­na­niach pana Nor­rella.

- Och! Nie­zwy­kle uprzej­mie z pań­skiej strony! - odparł Chil­der­mass. - Pro­szę mi wie­rzyć, sir, wiem dobrze, iż wobec porażki nie każdy dżen­tel­men wyszedłby wspa­nia­ło­myśl­nie z pro­po­zy­cją takiej przy­sługi. Dokład­nie tego jed­nak się spo­dzie­wa­łem. Powie­dzia­łem nawet panu Nor­rel­lowi, iż trudno zna­leźć czło­wieka życz­liw­szego od pana Segun­dusa.

- Żaden kło­pot - odparł pan Segun­dus. - Doprawdy nic wiel­kiego.

Uczone Towa­rzy­stwo Magów z Yorku roz­wią­zano, a jego człon­ków zobo­wią­zano do porzu­ce­nia stu­diów nad magią (wszyst­kich oprócz pana Segun­dusa) - i choć nie­któ­rzy nie grze­szyli bystro­ścią umy­słu, i nie wszy­scy byli życz­liwi oraz uprzejmi, nie sądzę, aby zasłu­gi­wali na taki los. Cóż ma bowiem począć mag, któ­remu per­fidna umowa zabra­nia stu­dio­wa­nia magii? Dzień za dniem obija się po domu, prze­szka­dza sio­strze­nicy (albo żonie, albo córce) w robót­kach ręcz­nych i zadrę­cza służbę pyta­niami o sprawy, któ­rymi ni­gdy wcze­śniej się nie inte­re­so­wał - a wszystko po to, aby mieć z kim poroz­ma­wiać do czasu, aż w końcu służba poskarży się na niego pani domu. Były mag bie­rze w ręce książki i zaczyna czy­tać, ale nie potrafi się sku­pić na lek­tu­rze i dociera do strony dwu­dzie­stej dru­giej, nim się w ogóle zorien­tuje, że czyta powieść - gatu­nek, któ­rym naj­bar­dziej pogar­dza - odkłada ją więc z nie­sma­kiem. Dzie­sięć razy dzien­nie pyta sio­strze­nicę (albo żonę, albo córkę), która jest godzina, bo nie może uwie­rzyć, że czas pły­nie aż tak powoli - i z tego samego powodu roz­staje się w gnie­wie z kie­szon­ko­wym zegar­kiem.

Pan Honey­foot, o czym miło mi infor­mo­wać, pora­dził sobie nieco lepiej niż pozo­stali. Jako czło­wieka życz­li­wego i dobro­dusz­nego bar­dzo głę­boko dotknęła go opo­wieść kamien­nej figury ukry­tej w ciem­no­ściach nad gło­wami magów. Figura przez wiele wie­ków nosiła w swym kamien­nym sercu dzieje bru­tal­nej zbrodni, wspo­mi­nała zamor­do­waną dziew­czynę w wieńcu z blusz­czu na skro­niach, kiedy wszy­scy inni o niej zapo­mnieli, i pan Honey­foot uznał, iż za wierne prze­cho­wy­wa­nie owej prawdy powinna ją spo­tkać nagroda. Napi­sał więc do dzie­kana, do kano­ni­ków, do arcy­bi­skupa i naprzy­krzał im się dotąd, aż wszyst­kie ważne oso­bi­sto­ści zezwo­liły mu zerwać płyty posadzki w połu­dnio­wym tran­sep­cie. A kiedy płyty zerwano, pan Honey­foot i robot­nicy, któ­rych zatrud­nił, odkryli kości w oło­wia­nej trum­nie, zupeł­nie jak mówiła kamienna figura w ciem­no­ściach pod skle­pie­niem. Dzie­kan stwier­dził jed­nak, iż nie może wydać zgody na usu­nię­cie kości z kate­dry (czego chciał pan Honey­foot) na pod­sta­wie świa­dec­twa kamien­nego posążku. Byłoby to dzia­ła­nie bez pre­ce­densu! "Ach!" - odparł pan Honey­foot. - "Ależ taki pre­ce­dens ist­nieje". I spór mię­dzy nimi toczył się ład­nych kilka lat, a w rezul­ta­cie pan Honey­foot naprawdę nie miał czasu, aby żało­wać pod­pi­sa­nia doku­mentu pana Nor­rella13.

Biblio­tekę Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów z Yorku sprze­dano panu Tho­ro­ugh­go­odowi z Cof­fee Yard. Dziw­nym tra­fem nikt nie wspo­mniał o tym panu Segun­du­sowi, który dowie­dział się drogą okrężną, gdy subiekt pana Tho­ro­ugh­go­oda powie­dział o tym kole­dze (ze sklepu bła­wat­nego pana Prie­stleya), a kolega przy­pad­kiem nad­mie­nił pani Cock­croft z zajazdu U Geo­rge'a, zaś ona powtó­rzyła pani Ple­asance, gospo­dyni pana Segun­dusa. Ten nato­miast, kiedy tylko usły­szał, popę­dził przez zaśnie­żone ulice do składu ksią­żek pana Tho­ro­ugh­go­oda, nie myśląc nawet, aby wło­żyć kape­lusz, palto czy porządne buty. Ksiąg już jed­nak nie było. Zapy­tał pana Tho­ro­ugh­go­oda, kto je kupił. Pan Tho­ro­ugh­good pokor­nie pro­sił o wyba­cze­nie, oba­wiał się jed­nak, iż nie może ujaw­nić nazwi­ska nabywcy. Był prze­ko­nany, że ów dżen­tel­men chce pozo­stać inco­gnito. Pan Segun­dus, bez kape­lusza, bez palta i bez tchu, w prze­mo­czo­nych pan­to­flach i ubło­co­nych poń­czo­chach, ze wzro­kiem wszyst­kich klien­tów sklepu zwró­co­nym na niego, z wielką satys­fak­cją odparł panu Tho­ro­ugh­go­odowi, iż jest mu w zasa­dzie obo­jętne, czy pan Tho­ro­ugh­good zdra­dzi to nazwi­sko, on sam bowiem uważa, że wie, kim jest osoba, która nabyła księ­go­zbiór.

Pan Segun­dus był pana Nor­rella nie­zwy­kle cie­kaw. Dużo o nim roz­my­ślał i czę­sto roz­ma­wiał o nim z panem Honey­fo­otem14. Pan Honey­foot był pewien, iż wszystko, co się wyda­rzyło, można obja­śnić szcze­rym pra­gnie­niem pana Nor­rella, aby odro­dzić w Anglii magię. Pan Segun­dus miał wię­cej wąt­pli­wo­ści i zaczął szu­kać kogoś, kto zna Nor­rella i mógłby powie­dzieć o nim cokol­wiek wię­cej.

Dżen­tel­me­nem zamoż­nym jak pan Nor­rell, wła­ści­cie­lem pięk­nego domu i wiel­kiej posia­dło­ści, zawsze będą się inte­re­so­wać sąsie­dzi i - o ile nie są bar­dzo głupi - zawsze zdo­łają się dowie­dzieć tego i owego o jego zaję­ciach. Pan Segun­dus odkrył pewną rodzinę na Sto­ne­gate, spo­krew­nioną z wła­ści­cie­lami farmy poło­żo­nej pięć mil od Hurt­few Abbey. Zaprzy­jaź­nił się więc z tą rodziną ze Sto­ne­gate i nakło­nił ją do wypra­wie­nia przy­ję­cia z kola­cją oraz zapro­sze­nia kuzy­no­stwa (wielce zasko­czyły go wła­sne zdol­no­ści do takich drob­nych intryg). Kuzy­no­stwo przy­było na zapro­sze­nie i chęt­nie opo­wia­dało o swym boga­tym i bar­dzo szcze­gól­nym sąsie­dzie, który zacza­ro­wał kate­drę w Yorku, ale wie­działo o nim tylko tyle, iż pan Nor­rell szy­kuje się do opusz­cze­nia York­shire, ponie­waż zamie­rza wyje­chać do Lon­dynu.

Pana Segun­dusa ta wia­do­mość zasko­czyła, ale jesz­cze bar­dziej zdu­miał go jej wpływ na jego wła­sny nastrój. Czuł się dziw­nie zakło­po­tany i zbity z tropu - powta­rzał sobie, że to aż śmieszne. Nor­rell ni­gdy nie wyka­zał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia jego osobą, nie uczy­nił mu naj­mniej­szej uprzej­mo­ści. Mimo to w swej pro­fe­sji Segun­dus nie miał teraz innego kolegi. Po jego znik­nię­ciu pan Segun­dus miał zostać jedy­nym, ostat­nim magiem w hrab­stwie Yorku.

4. Przyjaciele Angielskiej Magii

4

Przy­ja­ciele Angiel­skiej Magii

Wcze­sną wio­sną 1807 roku

Wyobraź­cie sobie czło­wieka, który dzień po dniu ślę­czy nad księ­gami w swej biblio­tece. Jest drob­nej budowy męż­czy­zną o nie­szcze­gól­nym uroku oso­bi­stym. Na stole przed nim leży księga. A dalej pióra, nożyk do przy­ci­na­nia dulek, atra­ment, papier, zeszyty - wszystko w zasięgu ręki. W pomiesz­cze­niu zawsze pali się ogień - gospo­darz tego domu nie potrafi się obejść bez roz­pa­lo­nego kominka, czuje chłód. Biblio­teka zmie­nia się wraz z porami roku - ale jego zmiany nie doty­kają. Trzy wyso­kie okna wycho­dzą na angiel­ską wieś, wio­sną spo­kojną, latem wesołą, melan­cho­lijną jesie­nią i ponurą zimową porą - zgod­nie z naturą angiel­skiego kra­jo­brazu. Jed­nakże we wła­ści­cielu biblio­teki zmie­niające się pory roku nie budzą naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia - pra­wie nie pod­nosi wzroku znad kart ksiąg. Zażywa ruchu na modłę wszyst­kich dżen­tel­me­nów. Gdy nie pada deszcz, cha­dza na dłu­gie spa­cery przez park aż na skraj lasku. Przy desz­czo­wej pogo­dzie odbywa krótką prze­chadzkę przez kępę krze­wów. Wie jed­nak bar­dzo nie­wiele o kępie krze­wów, o parku czy lasku. W biblio­tece na stole czeka na niego księga. Oczami wyobraźni na­dal śle­dzi wersy druku, w myślach na­dal obraca prze­czy­tane mądro­ści, palce świerz­bią go, aby znowu ująć księgę w dło­nie. Z sąsia­dami spo­tyka się dwa albo trzy razy na kwar­tał - żyje bowiem w Anglii, gdzie sąsie­dzi ni­gdy nie pozwolą czło­wie­kowi cał­kiem odgro­dzić się od spo­łe­czeń­stwa i pozo­stać zgorzk­nia­łym odlud­kiem, nawet jeśli tak woli. Skła­dają mu wizyty, zosta­wiają bile­ciki u służby, zapra­szają go na kola­cję albo na bale z tań­cami. Prze­waż­nie czy­nią to ze zwy­kłej życz­li­wo­ści - uwa­żają, iż czło­wie­kowi wieczna samot­ność nie robi dobrze - ale chcą też przy oka­zji zaspo­koić cie­ka­wość, czy się zmie­nił od ostat­niego spo­tka­nia. Nie zmie­nił się. Nie ma im nic do powie­dze­nia i jest uwa­żany za naj­nud­niej­szego czło­wieka w całym hrab­stwie.

W zobo­jęt­nia­łym sercu pana Nor­rella gorzała jed­nak ambi­cja, aby odro­dzić w Anglii magię, pra­gnie­nie rów­nie silne jak w duszy pana Honey­fo­ota, i wła­śnie z zamia­rem zaspo­ko­je­nia tej z dawna noszo­nej w sercu inten­cji pan Nor­rell uda­wał się teraz do Lon­dynu.

Chil­der­mass zapew­nił go, iż czas jest sprzy­ja­jący, a Chil­der­mass znał się na świe­cie. Chil­der­mass wie­dział, w co grają smar­ka­cze na rogach ulic - w gry, które doro­śli już dawno zapo­mnieli. Chil­der­mass wie­dział, o czym myślą sta­rzy ludzie w fote­lach przed komin­kiem, choć nikt ich o to nie pytał od lat. Chil­der­mass wie­dział, co takiego mło­dzieńcy sły­szą w biciu wer­bli i dęciu w pisz­czałki, co każe im opusz­czać domy i zacią­gać się do woj­ska - i wie­dział też, że chwały czeka ich napar­stek, za to nie­szczęść cała beczka. Chil­der­mass potra­fił zmie­rzyć wzro­kiem ele­ganc­kiego praw­nika na ulicy i wie­dzieć, co ma w kie­sze­niach płasz­cza. I cała ta wie­dza kazała mu się uśmie­chać, a cza­sem wręcz wybu­chać grom­kim śmie­chem. Nic z tego nato­miast nie wzbu­dzało w nim nawet krztyny współ­czu­cia.

Kiedy więc Chil­der­mass powie­dział swemu panu: "Trzeba jechać do Lon­dynu. Już teraz", pan Nor­rell mu uwie­rzył.

- Jedyne, co nie cał­kiem mi się podoba - przy­znał pan Nor­rell - to pań­ski plan, aby Segun­dus pisał w naszym imie­niu do lon­dyń­skiej gazety. Z całą pew­no­ścią opi­sze to z błę­dami, pomy­ślał pan o tym? Oba­wiam się, iż nie­mal na pewno będzie pró­bo­wał inter­pre­to­wać to po swo­jemu. Ci trze­cio­rzędni uczeni nie potra­fią się powstrzy­mać, aby nie dodać cze­goś od sie­bie. Będzie pró­bo­wał odgad­nąć - błęd­nie - jakiego rodzaju magii uży­łem w Yorku. A wokół magii naro­sło już zbyt wiele nie­po­ro­zu­mień, aby doda­wać kolejne. Naprawdę musimy wyko­rzy­sty­wać Segun­dusa?

Chil­der­mass obda­rzył swo­jego chle­bo­dawcę mrocz­nym spoj­rze­niem i jesz­cze mrocz­niej­szym uśmie­chem, ale odparł, iż wedle niego, ow­szem, muszą.

- Cie­kawi mnie, sir - dodał - czy sły­szał pan ostat­nio o pew­nym ofi­ce­rze mary­narki nazwi­skiem Baines.

- Wiem chyba, o kim pan mówi - odparł pan Nor­rell.

- Ha! A gdzie pan o nim sły­szał?

Chwila ciszy.

- Hm - odparł z waha­niem pan Nor­rell. - Wydaje mi się, iż widzia­łem nazwi­sko kapi­tana Bainesa w jed­nej z gazet.

- Porucz­nik Hec­tor Baines słu­żył na fre­ga­cie Król Pół­nocy - obja­śnił Chil­der­mass. - W wieku dwu­dzie­stu jeden lat stra­cił nogę oraz dwa lub trzy palce w bitwie u wybrzeży Indii Zachod­nich. W tych samych dzia­ła­niach mor­skich zgi­nął kapi­tan Króla Pół­nocy i wielu mary­na­rzy. Śmiem twier­dzić, iż donie­sie­nia, jakoby porucz­nik Baines prze­jął dowo­dze­nie okrę­tem i wyda­wał roz­kazy zało­dze, pod­czas gdy dok­tor pokła­dowy odpi­ło­wy­wał mu nogę, są mocno prze­sa­dzone, z pew­no­ścią jed­nak wypro­wa­dził okrut­nie uszko­dzony okręt z tam­tych wód, zaata­ko­wał hisz­pań­ski żaglo­wiec pełen łupów, zdo­był for­tunę i do kraju wró­cił jako boha­ter. Porzu­cił młodą damę, z którą był zarę­czony, i oże­nił się z inną. To, sir, histo­ria kapi­tana w brzmie­niu z "The Mor­ning Post". A teraz opo­wiem, co się stało dalej. Baines pocho­dzi z pół­nocy jak pan, sir. Nie uro­dził się bogato i nie miał wpły­wo­wych pro­tek­to­rów, któ­rzy pomo­gliby mu w życiu. Nie­długo po weselu wraz z nowo poślu­bioną mał­żonką poje­chali do Lon­dynu i zatrzy­mali się w domu przy­ja­ciół na Seacoal Lane. Pod­czas ich pobytu odwie­dzała ich tam cała socjeta. Jadali kola­cje u wiceh­ra­biów, człon­ko­wie par­la­mentu wzno­sili toa­sty za ich zdro­wie, Baine­sowi obie­cano wszel­kie korzy­ści, jakie mogą przy­nieść wpływy i bogaci patroni. Ten suk­ces, sir, przy­pi­suję ogól­nemu uzna­niu i sza­cun­kowi, jaki zyskał dzięki donie­sie­niu w gaze­cie. Ale pan może ma w Lon­dy­nie przy­ja­ciół, któ­rzy wyświad­czą podobne przy­sługi bez potrzeby kło­po­ta­nia wydaw­ców gazet?

- Wie pan dobrze, że nie mam - odparł pan Nor­rell nie­cier­pli­wie.

Pan Segun­dus tym­cza­sem tru­dził się bar­dzo nad listem i żało­wał, iż nie umie chwa­lić pana Nor­rella z więk­szą ser­decz­no­ścią. Wyda­wało mu się, że czy­tel­nicy lon­dyń­skiej gazety będą ocze­ki­wać, iż odnie­sie się do oso­bi­stych cnót pana Nor­rella, dla­tego zdziwi ich, kiedy kore­spon­den­cja będzie o nich mil­czeć.

W sto­sow­nym cza­sie list poja­wił się na łamach "Timesa" pod tytu­łem: "NAD­ZWY­CZAJNE WYDA­RZE­NIA W - WEZWA­NIE DO PRZY­JA­CIÓŁ ANGIEL­SKIEJ MAGII". Opis magicz­nych dzia­łań w Yorku pan Segun­dus zakoń­czył stwier­dze­niem, iż Przy­ja­ciele Angiel­skiej Magii bez wąt­pie­nia bło­go­sła­wią nad­zwy­czajną skry­tość pana Nor­rella oraz uni­ka­nie przez niego towa­rzy­stwa, albo­wiem dzięki tym cechom poświę­cił się stu­diom, czego owo­cem mógł być zdu­mie­wa­jący pokaz magii w kate­drze w Yorku. Pan Segun­dus wzy­wał jed­nakże Przy­ja­ciół Angiel­skiej Magii o wspólne apele do pana Nor­rella, aby nie zamy­kał się na powrót w swej samotni, ale dzia­łał publicz­nie, włą­cza­jąc się w sprawy kraju, tak by roz­po­cząć się mógł nowy roz­dział w histo­rii magii w Anglii.

"WEZWA­NIE DO PRZY­JA­CIÓŁ ANGIEL­SKIEJ MAGII" przy­nio­sło zdu­mie­wa­jące rezul­taty, szcze­gól­nie w Lon­dy­nie. Czy­tel­ni­ków "Timesa" zachwy­ciły osią­gnię­cia pana Nor­rella. Wszy­scy chcieli go zoba­czyć. Młode damy współ­czuły tym bied­nym star­szym dżen­tel­me­nom z Yorku, któ­rych pan Nor­rell tak okrop­nie prze­stra­szył, same jed­nak pra­gnęły być prze­ra­żane wła­śnie tym spo­so­bem. Podob­nie sprzy­ja­jące oko­licz­no­ści mogły się już wię­cej nie powtó­rzyć, pan Nor­rell posta­no­wił więc jak naj­szyb­ciej osiąść w Lon­dy­nie.

- Musi mi pan zna­leźć dom, Chil­der­mass - powie­dział. - Taki dom, który mówi odwie­dza­ją­cym, iż magia to pro­fe­sja godna sza­cunku, tak samo jak prawo i dużo bar­dziej niż medy­cyna.

Chil­der­mass zapy­tał suchym tonem, czy pan Nor­rell pra­gnie rów­nież, aby poprzez archi­tek­turę dom prze­ko­ny­wał, iż magia jest rów­nie godna sza­cunku jak Kościół?

Pan Nor­rell (który wie­dział, iż w świe­cie ist­nieje coś takiego jak dow­cip - ina­czej ludzie nie umiesz­cza­liby żar­tów w książ­kach - ale któ­remu oso­bi­ście ten kon­cept był naj­zu­peł­niej obcy) zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym odparł, że nie, raczej nie mogą wysu­wać takich twier­dzeń.

Chil­der­mass zatem (być może myśląc, iż nic w świe­cie nie jest rów­nie godne sza­cunku jak pie­nią­dze) skie­ro­wał swego pana do rezy­den­cji przy Hano­ver Squ­are, wzno­szą­cej się pośród domów ludzi zamoż­nych i dobrze pro­spe­ru­ją­cych. Nie wiem, jak wy uwa­ża­cie, ale według mnie połu­dniowa strona Hano­ver Squ­are jest dość paskudna. Domy są nie­bo­tyczne - mają przy­naj­mniej trzy pię­tra - za to wąskie, a każdy ma wyso­kie, ponure okna roz­miesz­czone w ide­al­nie regu­lar­nych odstę­pach, przez co tak dokład­nie przy­po­mina sąsiedni, iż wszyst­kie spra­wiają wra­że­nie wyso­kiego muru, który prze­sła­nia świa­tło. Tak czy owak, pan Nor­rell (czło­wiek mniej wybredny ode mnie) był zado­wo­lony z nowej rezy­den­cji, a przy­naj­mniej na tyle, na ile zado­wo­lony może być dżen­tel­men, który przez ponad trzy­dzie­ści lat miesz­kał w ogrom­nej wiej­skiej posia­dło­ści oto­czo­nej par­kiem peł­nym sta­rych drzew, za któ­rym z kolei roz­cią­gały się gospo­dar­stwa i lasy - dżen­tel­men, innymi słowy, któ­rego spoj­rze­nia nie raził widok posia­dło­ści sąsiada za każ­dym razem, gdy wyglą­dał przez okno.

- Dom jest na pewno nie­wielki, Chil­der­mass - zauwa­żył pan Nor­rell - ale nie będę narze­kał. Jak pan wie, nie dbam o wła­sne wygody.

Chil­der­mass odparł, iż dom jest oka­zal­szy niż więk­szość lokali w sąsiedz­twie.

- Ach tak? - zdzi­wił się pan Nor­rell. Szcze­gól­nie zdu­miony był mizer­nym roz­mia­rem biblio­teki, która nie pomie­ści­łaby nawet jed­nej trze­ciej ksiąg uwa­ża­nych przez niego za nie­zbędne. Zapy­tał Chil­der­massa, gdzie miesz­kańcy Lon­dynu prze­cho­wują książki? Może wcale nie czy­tają?

Pan Nor­rell miesz­kał w Lon­dy­nie dopiero nie­całe trzy tygo­dnie, kiedy dostał list od pani Godes­done, damy, o któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie sły­szał.

...Wiem, iż nie­zwy­kle musi Pan być zdzi­wiony mym listem, osoby naj­zó­peł­niej panu nie­zna­nej, i bez wąt­pie­nia pyta pan teraz sam sie­bie, kim jest ta imper­ty­nęcka istota. Nie mia­łem poję­cia o jej ist­nie­niu! Uznaje mnie pan za prze­ra­rza­jąco śmiałą etc., etc., ale Draw­li­ght to mój drogi przy­ja­ciel i zapew­nia mnie, iż jest Pan naj­słod­szym stwo­że­niem pod słoń­cem i nie będzie miał nic naprze­ciw. Z nie­cier­pli­wo­ścią wyra­rzam pra­gnie­nie pozna­nia Pana i będzie dla mnie zaszczy­tem gościć Go na wie­czor­nym przy­ję­ciu w pszy­szły czwar­tek. Niech obawa przed tłu­mem Pana nie powstrzy­muje - sama tłu­mów nie­zno­szę i zapro­szeni są wyłącz­nie moi naj­bliśsi przy­ja­ciele...

List abso­lut­nie nie wywarł na panu Nor­rellu dobrego wra­że­nia. Przej­rzał go szybko, odło­żył z gry­ma­sem obrzy­dze­nia i wró­cił do czy­ta­nej księgi. Nie­długo potem zja­wił się Chil­der­mass, aby dopil­no­wać poran­nych spraw. Prze­czy­tał list od pani Godes­done i zapy­tał, jakiej odpo­wie­dzi pan Nor­rell zamie­rza udzie­lić.

- Odmow­nej - odparł pan Nor­rell.

- Ach tak? I mam napi­sać, iż będzie pan nie­zwy­kle zajęty? - zapy­tał Chil­der­mass.

- Jeśli tak pan woli.

- A będzie pan nie­zwy­kle zajęty?

- Nie - odparł Nor­rell.

- Hm. Może zatem mno­gość spo­tkań w inne dni każe panu odrzu­cić to zapro­sze­nie? Oba­wia się pan prze­mę­cze­nia?

- Nie mam innych spo­tkań. Wie pan dobrze, że nie. - Pan Nor­rell wró­cił do lek­tury. Czy­tał minutę czy dwie, aż w końcu burk­nął (jak się wyda­wało, do księgi): - Na­dal tu pan jest.

- Jestem - potwier­dził Chil­der­mass.

- Dobrze zatem, o co ci idzie?

- Myśla­łem, iż przy­je­chał pan do Lon­dynu, aby przed­sta­wić ludziom osobę nowo­cze­snego maga. Nie pój­dzie łatwo, jeśli przez cały czas będzie pan sie­dział w domu.

Pan Nor­rell nic na to nie odparł. Pod­niósł list i przyj­rzał mu się jesz­cze raz.

- Draw­li­ght - ode­zwał się w końcu. - Co ma mi to mówić? Nie znam nikogo o tym nazwi­sku.

- Nie wiem, co ma to panu mówić - odparł Chil­der­mass - ale wiem, że na razie nie spo­sób prze­sa­dzić z uprzej­mo­ścią.

O ósmej wie­czo­rem w dniu przy­ję­cia u pani Godes­done pan Nor­rell, w swym naj­lep­szym sza­rym fraku, sie­dział w powo­zie, zasta­na­wia­jąc się nad osobą dro­giego przy­ja­ciela pani Godes­done, Draw­li­ghta, kiedy nagle zdał sobie sprawę, iż powóz sta­nął. Gdy wyj­rzał przez okno, zoba­czył w jasnym świe­tle latarń natłok ludzi, mno­gość powo­zów i koni. Uwa­ża­jąc, iż wszy­scy inni gubią się na uli­cach Lon­dynu rów­nie łatwo jak on, uznał natu­ral­nie, że jego stan­gret i lokaj zabłą­dzili. Dla­tego, stu­ka­jąc laską w dach powozu, krzyk­nął:

- Davey! Lucas! Nie sły­sze­li­ście, jak mówi­łem "Man­che­ster Street"? Czemu nie upew­nia­cie się co do drogi przed wyjaz­dem?

Sie­dzący na koźle Lucas odkrzyk­nął, iż wła­śnie na Man­che­ster Street zaje­chali, ale muszą cze­kać - przed nimi stoi długa kolejka powo­zów, które przy­wio­zły swych pań­stwa do jed­nej z rezy­den­cji.

- Do któ­rej? - odkrzyk­nął pan Nor­rell.

Lucas odparł, że do tej samej, do któ­rej i oni jadą.

- Nie, nie! Na pewno się mylisz - odparł pan Nor­rell. - To ma być skromne spo­tka­nie kilku osób.

Gdy w końcu prze­kro­czył progi domu pani Godes­done, z miej­sca zna­lazł się pośród setki naj­bliż­szych przy­ja­ciół gospo­dyni. Westy­bul i pokoje wypeł­niały tłumy ludzi, a z każdą chwilą gości przy­by­wało. Pan Nor­rell był oszo­ło­miony tym ści­skiem, ale na nie­biosa, co go wła­ści­wie tak dzi­wiło? Zna­lazł się na mod­nym przy­ję­ciu lon­dyń­skiego towa­rzy­stwa, nie­róż­nią­cym się od tuzina innych wypra­wia­nych w tym mie­ście każ­dego dnia.

A jak opi­sać lon­dyń­skie przy­ję­cie? Wszę­dzie wiszą żyran­dole ze rżnię­tego szkła, a na nich pło­nie osza­ła­mia­jąca liczba świec. Ele­ganc­kie lustra po trzy­kroć i czte­ry­kroć odbi­jają ich blask, aż w końcu noc przy­ćmiewa jasno­ścią dzień. Oka­załe pira­midy wie­lo­barw­nych owo­ców przy­wie­zio­nych z oran­że­rii wzno­szą się na sto­łach przy­kry­tych bia­łym obru­sem. Olśnie­wa­jące istoty, od stóp do głów w klej­no­tach, prze­cha­dzają się parami po całej sali, aby wszy­scy je podzi­wiali. Gorąco jest nie do znie­sie­nia, ścisk i hałas rów­nież okropny. Nie ma gdzie usiąść i led­wie jest miej­sce do sta­nia. Czło­wiek może rap­tem dostrzec naj­bliż­szego przy­ja­ciela w dru­gim końcu sali. Może chcieć mu powie­dzieć tysiąc rze­czy - ale jak, na Boga, ma się do niego dostać? Jeśli kto ma szczę­ście w tym ści­sku, może póź­niej wpad­nie na niego przy­pad­kiem, pośpiesz­nie uści­śnie przy­ja­cie­lowi dłoń i znowu obaj się rozejdą. Oto­czony przez poiry­to­wa­nych, spo­co­nych nie­zna­jo­mych gość tych salo­nów ma taką szansę na roz­sądną roz­mowę jak na afry­kań­skiej pustyni. Pra­gnie jedy­nie ucho­wać ulu­biony strój przed roz­dar­ciem w tym tłu­mie. Wszy­scy narze­kają na gorąc i zaduch. Wszy­scy gło­śno stwier­dzają, że duszno nie do wytrzy­ma­nia. Lecz jeśli dla gości to udręka, co powie­dzieć o nędzy tych, któ­rzy nie zostali zapro­szeni? Nasze cier­pie­nia są niczym w porów­na­niu z ich męką! My zaś naza­jutrz będziemy mogli powta­rzać sobie wza­jem, jakie to było wspa­niałe przy­ję­cie!

Tak się zło­żyło, iż pan Nor­rell przy­był w tej samej chwili, co pewna dość leciwa dama. Mimo niskiego wzro­stu i nie­mi­łej apa­ry­cji była naj­wy­raź­niej kimś waż­nym (od stóp do głów w bry­lan­tach). Lokaje stło­czyli się wokół niej i pan Nor­rell prze­kro­czył próg nie­zau­wa­żony przez służbę. Wszedł do pokoju peł­nego ludzi, w któ­rym na nie­wiel­kim sto­liku odkrył pucharki z pon­czem. Sącząc poncz, uświa­do­mił sobie, iż nikt nie wie o jego obec­no­ści. Odkrył też, że nie ma poję­cia, jak teraz postą­pić. Pozo­stali goście byli zajęci wita­niem się ze zna­jo­mymi, a zwró­ce­nie się do jed­nego z loka­jów, aby się przed­sta­wić, było dla pana Nor­rella abso­lut­nie nie­moż­liwe. Ich dumne miny oraz aura trud­nej do opi­sa­nia wyż­szo­ści wytrą­cały go z rów­no­wagi. Doprawdy wielka szkoda, iż któ­ryś z daw­nych człon­ków Uczo­nego Towa­rzy­stwa Magów z Yorku nie zna­lazł się w tym tłu­mie i nie zoba­czył pana Nor­rella tak samot­nego i zagu­bio­nego. Ogrom­nie popra­wi­łoby mu to humor. To samo jed­nak doty­czy nas wszyst­kich. W zna­jo­mym oto­cze­niu zacho­wu­jemy się rado­śnie i swo­bod­nie, wystar­czy jed­nak prze­nieść nas w miej­sce, gdzie nikogo nie znamy, a - Boże jedyny! - jakże okrop­nie czu­jemy się skrę­po­wani!

Pan Nor­rell błą­kał się od sali do sali, pra­gnąc jedy­nie znik­nąć, kiedy nagle zamarł w pół kroku na dźwięk wypo­wia­da­nego wła­snego nazwi­ska oraz nastę­pu­ją­cych po nim takich oto enig­ma­tycz­nych słów:

- Wedle jego zapew­nień, Nor­rell ni­gdy nie poka­zuje się ina­czej niż w tajem­ni­czej ciem­no­błę­kit­nej sza­cie zdob­nej w sym­bole nie z tej ziemi! Draw­li­ght jed­nakże, który tego Nor­rella zna bar­dzo dobrze, ręczy, iż...

To doprawdy cud, że pan Nor­rell mógł w ogóle cokol­wiek dosły­szeć - tak wielki pano­wał zgiełk. Słowa te wypo­wia­dała jakaś młoda kobieta i pan Nor­rell gorącz­kowo roz­glą­dał się wokół, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc odkryć która. Zaczął się zasta­na­wiać, co jesz­cze ludzie o nim opo­wia­dają.

Aku­rat sta­nął obok pew­nej damy i dżen­tel­mena. Ona wyglą­dała dość pospo­li­cie - zwy­czajna kobieta w wieku czter­dzie­stu lub pięć­dzie­się­ciu lat. On nato­miast pre­zen­to­wał styl, jakiego nie spo­tyka się powszech­nie w hrab­stwie Yorku. Był dość niski i z wielką dba­ło­ścią odziany w porządny czarny frak, nie­ska­zi­tel­nie białą koszulę oraz rów­nie białe poń­czo­chy. Wokół jego szyi na czar­nej aksa­mit­nej wstążce wisiała para srebr­nych bino­kli. Rysy twa­rzy miał regu­larne i dość przy­jemne, włosy krót­kie i ciemne, a cerę czy­stą i wręcz białą - oprócz nie­znacz­nie uró­żo­wa­nych policz­ków. Ale to przede wszyst­kim jego oczy przy­cią­gały wzrok: duże, o przy­jem­nym obry­sie, ciemne i roz­iskrzone jak powierzch­nia wody. Oka­lały je nie­zwy­kle dłu­gie, ciemne rzęsy. W całej jego postaci było wiele kobie­cych akcen­tów jego wła­snego pomy­słu, ale oczy i rzęsy dała mu natura.

Pan Nor­rell przy­słu­chi­wał się ich roz­mo­wie, aby dowie­dzieć się, czy roz­ma­wiają o nim.

- ...radę, którą dałem lady Dun­combe w spra­wie jej córki - mówił niski męż­czy­zna. - Lady Dun­combe zna­la­zła córce doprawdy wyjąt­ko­wego męża, dżen­tel­mena z docho­dem dzie­wię­ciu­set fun­tów rocz­nie! Ta trzpiotka zako­chała się jed­nak w kapi­ta­nie dra­go­nów, czło­wieku bez gro­sza, i biedna lady Dun­combe wpa­dła w roz­pacz. "Och, droga pani!", krzyk­ną­łem, gdy tylko o tym usły­sza­łem. "Pro­szę się nie tur­bo­wać i zosta­wić wszystko mnie. Być może daleko mi do geniu­sza, jak droga pani dobrze wie, ale me oso­bliwe talenta aku­rat wybor­nie w tych oko­licz­no­ściach się nada­dzą". Och, będzie się pani śmiała, kiedy opo­wiem, co obmy­śli­łem! Ośmie­lam się twier­dzić, iż nikt na świe­cie nie wpadłby na dosko­nal­szy pomysł. Otóż zabra­łem pannę Susan do sklepu Greya przy Bond Street, gdzie oboje spę­dzi­li­śmy bar­dzo przy­jemny pora­nek, przy­mie­rza­jąc kolie i kol­czyki. Dzier­latka więk­szość lat prze­żyła w Der­by­shire i nie nawy­kła do widoku praw­dzi­wie pięk­nych klej­no­tów. Podej­rze­wam, iż ni­gdy wręcz nie zaprzą­tała sobie tym poważ­nie głowy. Wtedy lady Dun­combe i ja rzu­ci­li­śmy od nie­chce­nia parę uwag, iż gdy poślubi kapi­tana Hur­sta, będzie się mogła poże­gnać z podob­nymi zaku­pami, gdyby nato­miast wyszła za pana Wat­tsa, mogłaby wybie­rać spo­śród naj­pięk­niej­szej biżu­te­rii. Następ­nie wysta­ra­łem się, aby przed­sta­wiono mnie kapi­ta­nowi Hur­stowi, i nakło­ni­łem go, by towa­rzy­szył mi do Boodle'a, gdzie, daję słowo honoru, upra­wiają hazard! - Niski męż­czy­zna zachi­cho­tał. - Poży­czy­łem mu nieco gro­sza, aby spró­bo­wał szczę­ścia. Ma się rozu­mieć, nie były to moje wła­sne pie­nią­dze. Dała mi je w tym celu lady Dun­combe. Poszli­śmy tam trzy czy cztery razy i w zadzi­wia­jąco krót­kim cza­sie długi kapi­tana były... Cóż, dość powie­dzieć, droga pani, iż doprawdy nie wiem, jak uda mu się je spła­cić! Lady Dun­combe i ja obja­śni­li­śmy mu, iż ocze­ki­wać od kobiety, aby poślu­biła męż­czy­znę o skrom­nych docho­dach to jedno, a spo­dzie­wać się, że wyj­dzie za czło­wieka po uszy w dłu­gach, to rzecz zgoła inna. Z początku wcale nie chciał nas słu­chać. Uży­wał wręcz wyra­żeń, jak by to ująć... kosza­ro­wych. Ale w końcu zmu­szony był przy­znać, iż nasze racje mają głę­boki sens.

Pan Nor­rell zauwa­żył, że zwy­czaj­nie wyglą­da­jąca kobieta w wieku czter­dzie­stu czy pięć­dzie­się­ciu lat spoj­rzała na niskiego męż­czy­znę z pewną dez­apro­batą. Następ­nie skło­niła się, nie­znacz­nie i chłodno, i bez słowa ode­szła w tłum. Niski męż­czy­zna odwró­cił się w drugą stronę i natych­miast przy­wi­tał się z kolej­nym zna­jo­mym.

Potem wzrok pana Nor­rella padł na młodą kobietę nad­zwy­czaj­nej urody, w biało-srebr­nej sukni. Roz­ma­wiał z nią wysoki, przy­stojny męż­czy­zna, zaś kobieta zaśmie­wała się ze wszyst­kiego, co mówił.

- ...a gdyby pod fun­da­men­tami domu odkrył dwa smoki, czer­wo­nego i bia­łego, zwarte w odwiecz­nej walce sym­bo­li­zu­ją­cej przy­szły upa­dek pana Godes­done'a? Śmiem przy­pusz­czać - dodał męż­czy­zna pouf­nym tonem - iż droga pani nie mia­łaby nic naprze­ciw.

Kobieta roze­śmiała się znowu, jesz­cze bar­dziej per­li­ście, a w następ­nej chwili pan Nor­rell ze zdu­mie­niem usły­szał, jak ktoś zwraca się do niej "pani Godes­done".

Po zasta­no­wie­niu pan Nor­rell stwier­dził, iż powi­nien z nią poroz­ma­wiać, ale ni­gdzie nie mógł jej zna­leźć. Był chory od tego zgiełku i mro­wia ludzi, za wszelką cenę chciał po cichu opu­ścić ten dom, tak się jed­nak zło­żyło, iż tłum przy wej­ściu był aku­rat szcze­gól­nie zbity i trudno się było prze­do­stać do drzwi. Gdy pró­bo­wał, ludzki prąd porwał go i zaniósł w prze­ciwny koniec sali. Potem pan Nor­rell jesz­cze wie­lo­kroć zata­czał podobne koła jak suchy liść w wiru­ją­cej wodzie. Za któ­rymś okrą­że­niem odkrył spo­kojny kącik przy oknie. Wysoki para­wan z rzeź­bio­nego hebanu inkru­sto­wa­nego macicą per­łową prze­sła­niał - ach! cóż za roz­koszne odkry­cie! - rega­lik z książ­kami. Pan Nor­rell wsu­nął się za para­wan, zdjął z półki Roz­biór dogłębny peł­nego obja­wie­nia Świę­tego Jana Johna Napiera i pogrą­żył się w lek­tu­rze.

Po krót­kiej chwili pod­niósł wzrok i zoba­czył wyso­kiego, przy­stoj­nego męż­czy­znę, który wcze­śniej roz­ma­wiał z panią Godes­done, oraz tego niskiego, ciem­no­wło­sego, który zadał sobie trud roz­wia­nia mał­żeń­skich nadziei kapi­tana Hur­sta. Roz­pra­wiali o czymś z zapa­łem, ale tłum wokół tak na nich naci­skał, iż wysoki męż­czy­zna bez­ce­re­mo­nial­nie chwy­cił niskiego za rękaw i wcią­gnął go za para­wan w róg zaj­mo­wany przez pana Nor­rella.

- Nie ma go tutaj - powie­dział, pod­kre­śla­jąc dodat­kowo każde słowo dźgnię­ciem pal­cem w ramię towa­rzy­sza. - I gdzie to obie­cane prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie roz­pło­mie­nio­nych oczu? Gdzie te nie­ob­ja­śnione transe? Czy na kogo­kol­wiek spa­dła klą­twa? Nie sądzę. Przy­wo­ły­wał go pan jak ducha z otchłani, a on się nie zja­wił.

- Byłem u niego jesz­cze dziś rano - odparł śmiało niski męż­czy­zna. - Opo­wia­dał mi o cudow­nych zaklę­ciach, które ostat­nio rzuca, a potem zapew­nił, iż przyj­dzie.

- Jest po pół­nocy. Już nie przyj­dzie. - Postawny męż­czy­zna uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią. - Niech się pan przy­zna, że wcale go nie zna.

Ten niski odpo­wie­dział rów­nie wyzy­wa­ją­cym uśmie­chem (obaj bez wąt­pie­nia toczyli poje­dy­nek na miny) i odparł:

- Nikt w Lon­dy­nie nie zna go lepiej ode mnie. Muszę przy­znać, iż jestem nieco... dosłow­nie odro­binę... roz­cza­ro­wany.

- Ha! - krzyk­nął jego wysoki towa­rzysz. - Wszy­scy na sali są zda­nia, iż zosta­li­śmy obu­rza­ją­cym spo­so­bem oszu­kani. Przy­szli­śmy tu w nadziei zoba­cze­nia cze­goś nie­zwy­kłego, a w to miej­sce musimy sami sobie dostar­czać roz­ry­wek. - Wtedy jego wzrok padł na pana Nor­rella. - Zaś ten dżen­tel­men czyta książkę.

Niski męż­czy­zna zer­k­nął za sie­bie, trą­ca­jąc przy tym nie­chcący łok­ciem okładkę Roz­bioru dogłęb­nego peł­nego obja­wie­nia Świę­tego Jana. Obrzu­cił pana Nor­rella gro­mią­cym spoj­rze­niem za to, iż w tak cia­snej prze­strzeni roz­py­cha się z wielką księgą.

- Powie­dzia­łem już, że jestem roz­cza­ro­wany - cią­gnął - jed­nak nie zasko­czony. Nie zna go pan jak ja. Och! Zapew­niam, iż zna swą war­tość i nie­zwy­kle się ceni. Jak nikt. Czło­wiek, który kupuje dom przy Hano­ver Squ­are, zna­ko­mi­cie wie, jak zacho­wy­wać należny styl. Tak jest, nabył rezy­den­cję przy Hano­ver Squ­are! Rozu­miem, iż jesz­cze pan o tym nie sły­szał? Jest bogaty jak Żyd. Miał sta­rego wuja nazwi­skiem Hay­thorn­th­wa­ite, który zmarł i zosta­wił mu górę pie­nię­dzy. Ma też, oprócz innych bła­ho­stek, pokaźną rezy­den­cję i roz­le­głą posia­dłość: Hurt­few Abbey w York­shire.

- Ha! - odrzekł sucho ten wysoki. - Nie­by­wale mu się poszczę­ściło. Sta­rzy bogaci wujo­wie, któ­rzy umie­rają, zda­rzają się nader rzadko.

- W rze­czy samej! - wykrzyk­nął niski. - Mam przy­ja­ciół, Grif­fin­sów. O względy swego bajecz­nie boga­tego wuja zabie­gają od lat. Ale wuj, choć już miał ze sto lat, kiedy zaczęli się sta­rać, na­dal nie umarł i, jak się zdaje, zamie­rza żyć wiecz­nie im wszyst­kim na złość. Grif­fin­so­wie zaś się sta­rzeją i jeden po dru­gim umie­rają, gorzko roz­cza­ro­wani. Jestem jed­nak prze­ko­nany, iż pan, mój drogi Lascel­le­sie, nie musi się tur­bo­wać dokucz­li­wymi sta­ru­chami. Pań­ski mają­tek pozwala na wygodne życie, czyż nie?

Wysoki męż­czy­zna posta­no­wił zigno­ro­wać tę szcze­gólną zuchwa­łość i jedy­nie zauwa­żył chłodno:

- Zdaje mi się, iż ten dżen­tel­men chce zamie­nić z panem słowo.

Dżen­tel­me­nem był pan Nor­rell, który, zdu­miony tak otwartą roz­mową o jego sta­nie posia­da­nia, cze­kał już od kilku minut, aby się ode­zwać.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam - powie­dział teraz.

- Tak? - odparł ostrym tonem niski męż­czy­zna.

- Nazy­wam się Nor­rell.

Obaj roz­mówcy wbili w pana Nor­rella zdu­mione spoj­rze­nia.

Po kilku chwi­lach mil­cze­nia dżen­tel­men niskiego wzro­stu, który z początku minę miał obra­żoną, potem obo­jętną, a teraz zaczy­nał być zmie­szany, popro­sił pana Nor­rella, aby powtó­rzył swe nazwi­sko.

Pan Nor­rell speł­nił prośbę, na co niski dżen­tel­men powie­dział:

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, ale... To zna­czy... Mam nadzieję, iż wyba­czy mi pan to zuchwałe pyta­nie, ale czy jest w pań­skim domu przy Hano­ver Squ­are ktoś, kto nosi czarny strój i ma pocią­głą twarz, skrzy­wioną jak korzeń?

Pan Nor­rell myślał przez chwilę, po czym odparł:

- Chil­der­mass. Idzie panu o Chil­der­massa.

- Och, Chil­der­mass! - wykrzyk­nął niski dżen­tel­men, jakby nagle wszystko stało się naj­zu­peł­niej oczy­wi­ste. - No prze­cież! Jakiż ja głupi! To Chil­der­mass! Och, panie Nor­rell! Nie umiem wręcz wyra­zić, jak się cie­szę, iż pana pozna­łem, sir. Nazy­wam się Draw­li­ght.

- Zna pan Chil­der­massa? - zapy­tał pan Nor­rell, nie wie­dząc, co o tym wszyst­kim sądzić.

- To zna­czy... - Pan Draw­li­ght urwał. - Widzia­łem kogoś odpo­wia­da­ją­cego poda­nemu przeze mnie opi­sowi, kiedy wycho­dził z pań­skiego domu i... Och, panie Nor­rell! Ależ ze mnie cza­sem bał­wan! Pomy­li­łem pana z nim! Bła­gam, niech pan nie żywi urazy, sir! Teraz bowiem, gdy mam pana przed sobą, wyraź­nie widzę, iż jego sza­lona, roman­tyczna apa­ry­cja przy­wo­łuje na myśl maga, pana nato­miast ota­cza reflek­syjna aura uczo­nego. Prawda, iż pan Nor­rell wygląda jak praw­dziwy, poważny uczony? - zwró­cił się z pyta­niem do Lascel­lesa.

Wysoki dżen­tel­men przy­tak­nął bez entu­zja­zmu.

- Sza­nowny panie, to mój przy­ja­ciel, pan Lascel­les - przed­sta­wił go Draw­li­ght.

Pan Lascel­les skło­nił się, led­wie nie­znacz­nie.

- Och, drogi panie - wykrzyk­nął pan Draw­li­ght. - Nawet nie umiałby pan sobie przed­sta­wić, jakie męki cier­pia­łem dziś wie­czór, zasta­na­wia­jąc się, czy pan przyj­dzie! O godzi­nie siód­mej byłem już w ner­wach nie do znie­sie­nia! Posze­dłem do jadło­dajni przy Glas­sho­use Street, tylko po to, by wypy­tać Daveya i Lucasa! Davey był pewien, iż pan nie przy­je­dzie, przez co, jak może pan sobie wyobra­zić, wpa­dłem w czarną roz­pacz!

- Davey i Lucas! - powtó­rzył pan Nor­rell zdu­miony do gra­nic. (Były to, jak może Czy­tel­nik pamięta, imiona stan­greta i poko­jowca pana Nor­rella).

- O, tak! - potwier­dził pan Draw­li­ght. - Cza­sem wpa­dają coś zjeść do kuchni przy Glas­sho­use Street, o czym pew­nie pan wie.

Pan Draw­li­ght uczy­nił krótką pauzę, w trak­cie któ­rej pan Nor­rell mógł wybur­czeć, iż nie wie­dział.

- Z ogrom­nym zapa­łem i odda­niem zachwa­la­łem pana i opo­wia­da­łem o pań­skich nad­zwy­czaj­nych mocach memu sze­ro­kiemu gronu zna­jo­mych - cią­gnął pan Draw­li­ght. - Byłem pań­skim Janem Chrzci­cie­lem, sir, uto­ro­wa­łem panu drogę! I nie waha­łem się oznaj­miać, iż pan i ja jeste­śmy wiel­kimi przy­ja­ciółmi, od początku mia­łem bowiem prze­czu­cie, mój drogi panie, iż wła­śnie tak będzie. I jak sam pan widzi, mia­łem pełną rację, bowiem, pro­szę, gawę­dzimy sobie jak sta­rzy zna­jomi!

5. Drawlight

5

Draw­li­ght

Wio­sną do jesieni 1807 roku

Naza­jutrz wcze­snym ran­kiem zarządca pana Nor­rella, Chil­der­mass, przy­był na wezwa­nie swego chle­bo­dawcy do jego poran­nej jadalni. Zastał pana Nor­rella bla­dego i w sta­nie ner­wo­wego pobu­dze­nia.

- W czym rzecz? - zapy­tał Chil­der­mass.

- O! - wykrzyk­nął Nor­rell, pod­no­sząc wzrok. - Jesz­cze ma pan czel­ność mnie o to pytać! Pan, który tak zanie­dbał swe obo­wiązki, iż byle łaj­dak może sobie bez obaw obser­wo­wać mój dom i swo­bod­nie naga­by­wać słu­żą­cych!? I do tego uzy­ski­wać odpo­wie­dzi na swe pyta­nia! Po co pana w takim razie zatrud­niam, jeśli nie po to, aby mnie pan chro­nił przed podob­nie zuchwa­łymi pró­bami?

Chil­der­mass wzru­szył ramio­nami.

- Przy­pusz­czam, iż idzie panu o Draw­li­ghta.

Krótka, pełna zdzi­wie­nia cisza.

- Wie­dział pan o tym? - wykrzyk­nął pan Nor­rell. - Dobry Boże, czło­wieku! Co pan sobie myślał? Czy nie powta­rzał mi pan setki razy, iż dla zapew­nie­nia mi pry­wat­no­ści służba nie może roz­po­wia­dać plo­tek?

- O, bez wąt­pie­nia! - zgo­dził się Chil­der­mass. - Oba­wiam się jed­nak, sir, iż pan musi odstą­pić od pew­nych nawy­ków samot­nika. Trzy­ma­nie się na ubo­czu i stro­nie­nie od ludzi jest dobre w York­shire, ale my już w hrab­stwie Yorku nie miesz­kamy.

- Tak, tak! Wiem, że nie - obru­szył się pan Nor­rell. - Nie o to się jed­nak roz­cho­dzi. Pyta­nie brzmi: czego chce Draw­li­ght?

- Chce być znany w towa­rzy­stwie jako pierw­szy dżen­tel­men w Lon­dy­nie, który zaprzy­jaź­nił się z magiem. I tyle.

To jed­nak nie wystar­czyło, aby roz­wiać lęki jego chle­bo­dawcy. Pan Nor­rell ner­wowo zatarł żół­tawe dło­nie i zer­k­nął z obawą w ciemne rogi jadalni, jakby podej­rze­wał, iż kryje się w nich wię­cej Draw­li­gh­tów, szpie­gu­ją­cych go na każ­dym kroku.

- Nie wyglą­dał na uczo­nego w tym jego stroju - stwier­dził - jed­nak to niczego nie prze­są­dza. Nie miał na pal­cach pier­ścieni mocy ani sym­boli przy­mie­rza, ale zawsze...

- Nie cał­kiem rozu­miem - przy­znał Chil­der­mass. - Pro­szę mówić jaśniej.

- Czy on sam nie ma aby jakichś umie­jęt­no­ści, jak pan sądzi? - odparł pan Nor­rell. - A może ma zna­jo­mych zazdro­snych o me suk­cesy? Kim są jego wspól­nicy? Jakie ma wykształ­ce­nie?

Chil­der­mass uśmiech­nął się krzy­wym uśmie­chem, który się­gał tylko jed­nego policzka.

- Och! Wmó­wił pan sobie, iż Draw­li­ght jest agen­tem innego maga? Zapew­niam, sir, że nie jest. Może mi pan wie­rzyć. Mając na wzglę­dzie wła­śnie dba­łość o pań­skie inte­resy, po tym, jak otrzy­mał pan list od pani Godes­done, wypy­ta­łem o Draw­li­ghta dość sta­ran­nie, podob­nie zresztą jak on wypy­tał o pana. Dziwny byłby to mag, który by zatrud­niał takiego osob­nika jak Draw­li­ght. Poza tym, jeśli taki mag rze­czy­wi­ście by ist­niał, już dawno by pan o nim wie­dział, prawda? Odkryłby pan spo­soby, aby pozba­wić go ksiąg i prze­rwać jego stu­dia nad magią, czyż nie? Prze­cież czy­nił pan tak już wcze­śniej.

- Czyli uważa pan, iż ten Draw­li­ght jest zupeł­nie nie­szko­dliwy?

Chil­der­mass uniósł brew i uśmiech­nął się krzy­wym uśmie­chem.

- Wprost prze­ciw­nie - odparł.

- Ach! - wykrzyk­nął pan Nor­rell. - Wie­dzia­łem! Dobrze zatem, z pew­no­ścią będę się pil­no­wał, aby uni­kać jego towa­rzy­stwa.

- Dla­czego? - zdzi­wił się Chil­der­mass. - Nic takiego nie powie­dzia­łem. Czy nie mówi­łem przed chwilą, iż nie sta­nowi dla pana zagro­że­nia? Co panu prze­szka­dza, że to łobuz i drań? Dobrze panu radzę, sir, aby wyko­rzy­stał pan narzę­dzie, które samo się nasuwa pod rękę.

Chil­der­mass opo­wie­dział następ­nie panu Nor­rel­lowi, czego dowie­dział się o Draw­li­gh­cie: iż należy do gatunku dżen­tel­mena spo­ty­ka­nego wyłącz­nie w Lon­dy­nie, któ­rego głów­nym zaję­ciem jest nosze­nie dro­gich, mod­nych stro­jów; iż dżen­tel­meni tacy pro­wa­dzą życie osten­ta­cyj­nie próż­nia­cze, oddają się hazar­dowi i nad­mier­nemu pijań­stwu oraz co roku bawią wiele mie­sięcy w Bri­gh­ton i innych mod­nych kuror­tach; że w ostat­nich latach ten typ dżen­tel­mena osią­gnął, jak się wydaje, szczyt per­fek­cji w oso­bie Chri­sto­phera Draw­li­ghta. Nawet jego naj­bliżsi przy­ja­ciele musie­liby przy­znać, iż nie ma on ani jed­nej cechy god­nej pochwały15.

Bez wąt­pie­nia roz­mowa z Chil­der­mas­sem popra­wiła panu Nor­rel­lowi humor, choć cmo­kał z nie­za­do­wo­le­niem, słu­cha­jąc o Draw­li­gh­cie, i krzy­wił się na każdy nowo odkryty fakt. Kiedy dzie­sięć minut póź­niej do jadalni wszedł Lucas, nio­sąc gar­nu­szek z gorącą cze­ko­ladą, pan Nor­rell spo­koj­nie jadł grzankę z kon­fi­turą i wyda­wał się zupeł­nie inną osobą niż zde­ner­wo­wany, zalęk­niony czło­wiek, jakim był nie­wiele wcze­śniej.

Roz­le­gło się gło­śne puka­nie do drzwi i Lucas poszedł otwo­rzyć. Następ­nie dały się sły­szeć ciche kroki na scho­dach i Lucas zja­wił się z powro­tem, aby zaanon­so­wać:

- Pan Draw­li­ght!

- Ach, drogi panie! Jak się pan miewa, sir? - Pan Draw­li­ght wszedł do jadalni. Był odziany w gra­na­towy frak, a w dłoni trzy­mał heba­nową laskę ze srebrną gałką. Wyda­wał się być w przed­nim humo­rze, bez ustanku kła­niał się, uśmie­chał i prze­cha­dzał po całym pomiesz­cze­niu, tak iż w led­wie pięć minut nie było ani cala dywanu, na któ­rym by nie sta­nął, ani jed­nego krze­sła czy sto­lika, któ­rego by deli­kat­nie i czule nie pogła­dził, ani jed­nego lustra, przed któ­rym by nie zatań­czył, ani jed­nego obrazu, na któ­rego widok by się przez moment nie uśmie­chał.

Pan Nor­rell, choć miał już teraz pew­ność, iż jego gość nie jest wiel­kim magiem ani też sługą wiel­kiego maga, na­dal nie był prze­ko­nany do rady udzie­lo­nej mu przez Chil­der­massa. Bar­dzo chłodno zapro­sił pana Draw­li­ghta, aby usiadł z nim do śnia­da­nia i poczę­sto­wał się gorącą cze­ko­ladą. Nadą­sane mil­cze­nie i wro­gie spoj­rze­nia z ukosa nie robiły jed­nak na panu Draw­li­gh­cie naj­mniej­szego wra­że­nia, ponie­waż wypeł­niał chwile ciszy wła­snym poto­kiem słów, a do wro­gich spoj­rzeń tak już przy­wykł, iż wcale nie zwra­cał na nie uwagi.

- Prawda, że zgo­dzi się pan ze mną, sir, iż wczo­raj­sze przy­ję­cie było naj­wspa­nial­sze na świe­cie? Choć, jeśli wolno mi tak powie­dzieć, uwa­żam, że świet­nie pan zro­bił, wycho­dząc w odpo­wied­nim momen­cie. Mogłem wtedy obejść wszyst­kich i powia­do­mić, iż dżen­tel­men, któ­rego plecy wła­śnie zoba­czyli w drzwiach, to nie kto inny tylko pan Nor­rell we wła­snej oso­bie! Och! Niech pan mi wie­rzy, sir, pań­skie wyj­ście zostało zauwa­żone. Sza­nowny pan Masham był pewien, iż dostrzegł pań­skie nobliwe ramię, lady Barc­lay twier­dziła, iż widziała szary lok pań­skiej prze­świet­nej peruki, zaś panna Fisker­ton była zachwy­cona, ponie­waż na uła­mek chwili jej wzrok padł na czu­bek pań­skiego uczo­nego nosa! I ta odro­bina, którą widzieli, spra­wiła, iż zapra­gnęli wię­cej. Bar­dzo chcą teraz ujrzeć całego pana Nor­rella.

- Ha! - rzekł pan Nor­rell z pew­nym zado­wo­le­niem.

Powta­rzane przez pana Draw­li­ghta zapew­nie­nia, jakoby damy i dżen­tel­meni na przy­ję­ciu u pani Godes­done byli nim abso­lut­nie zauro­czeni, nieco osła­biło jego uprze­dze­nia wobec gościa. Wedle pana Draw­li­ghta towa­rzy­stwo pana Nor­rella było jak dobra przy­prawa: naj­mniej­sza szczypta potra­fiła dodać smaku całej potra­wie. Pan Draw­li­ght oka­zy­wał naj­wyż­szą uprzej­mość i mówił tak przy­jaź­nie, iż pan Nor­rell stop­niowo sta­wał się bar­dziej roz­mowny.

- A jakim to szczę­śli­wym zbie­gom wyda­rzeń, sir - zapy­tał pan Draw­li­ght - zawdzię­czamy pań­ski przy­jazd? Co pana spro­wa­dziło do Lon­dynu?

- Przy­je­cha­łem do sto­licy, aby dzia­łać na rzecz nowo­cze­snej sztuki magicz­nej. Zamie­rzam, sir, wskrze­sić w Anglii magię - odparł poważ­nym tonem pan Nor­rell. - Mam sporo do powie­dze­nia wiel­kim ludziom naszej epoki. Mogę być dla nich uży­teczny na roz­liczne spo­soby.

Pan Draw­li­ght wymam­ro­tał uprzej­mie, że nie ma co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

- Wyznam panu, sir - dodał pan Nor­rell - iż szcze­rze chciał­bym, aby ten obo­wią­zek spadł na barki jakie­goś innego maga. - Wes­tchnął i sta­rał się wyglą­dać na tyle god­nie, na ile tylko pozwa­lała jego drobna, wychu­dzona twarz. To zdu­mie­wa­jące, iż czło­wiek taki jak on, który znisz­czył karierę wielu sza­cow­nych kole­gów po fachu, potra­fił samego sie­bie prze­ko­nać, że wolałby, aby cała glo­ria jego pro­fe­sji spły­nęła na jed­nego z nich, bez wąt­pie­nia jed­nak pan Nor­rell wie­rzył w to, co mówi.

Pan Draw­li­ght wymam­ro­tał parę słów współ­czu­cia. Pan Draw­li­ght uwa­żał, iż pan Nor­rell jest zbyt skromny. Panu Draw­li­ghtowi nie prze­szłoby nawet przez myśl, iż kto­kol­wiek mógłby lepiej od pana Nor­rella wyko­nać zada­nie wskrze­sze­nia w Anglii magii.

- Dzia­łam jed­nak w nie­sprzy­ja­ją­cych warun­kach, sir - przy­znał pan Nor­rell.

Pan Draw­li­ght był zasko­czony tym wyzna­niem.

- Zupeł­nie, sir, nie znam świata. Wiem, że nie znam. Jako uczony miłuję samot­ność i ciszę. Spę­dza­nie godziny za godziną na czczych poga­dusz­kach w salo­nie peł­nym nie­zna­jo­mych osób to dla mnie praw­dziwa tor­tura. Oba­wiam się jed­nak, iż teraz będzie jej sporo w mym życiu. Zapew­nia mnie o tym Chil­der­mass. - Pan Nor­rell spoj­rzał tęskno na pana Draw­li­ghta, jakby w wiel­kiej nadziei, że ten zaprze­czy.

- Ha! - Pan Draw­li­ght namy­ślał się przez chwilę. - I wła­śnie dla­tego tak się cie­szę, iż pan i ja zosta­li­śmy przy­ja­ciółmi! By­naj­mniej nie udaję uczo­nego, sir. Nie mam zie­lo­nego poję­cia o magii ani o jej histo­rii i śmiem twier­dzić, iż od czasu do czasu uzna pan moje towa­rzy­stwo za uprzy­krzone, ale musi pan wtedy zawsze brać pod uwagę, jak wiel­kie przy­sługi mogę panu wyświad­czyć, wpro­wa­dza­jąc pana do świata i przed­sta­wia­jąc go w towa­rzy­stwie. Och, drogi panie! Nawet pan sobie nie wyobraża, jak mogę być dla niego uży­teczny!

Pan Nor­rell na razie nie chciał przy­rzec, iż będzie towa­rzy­szył panu Draw­li­gh­towi w każde miej­sce, o któ­rego cza­rze i uroku pan Draw­li­ght zapew­nia, ani że będzie się spo­ty­kał ze wszyst­kimi ludźmi, któ­rzy zda­niem pana Draw­li­ghta spra­wią, iż odtąd życie pana Nor­rella nabie­rze nowej sło­dy­czy. Zgo­dził się jed­nak pójść z nim tego wie­czoru na kola­cję u lady Raw­ten­stall przy Bed­ford Squ­are.

Rze­czona kola­cja nie zmę­czyła pana Nor­rella aż tak, jak się spo­dzie­wał, zgo­dził się zatem spo­tkać z panem Draw­li­gh­tem następ­nego dnia rano w domu pana Plum­tree. Mając pana Draw­li­ghta za prze­wod­nika, pan Nor­rell wkro­czył teraz do towa­rzy­stwa z więk­szą pew­no­ścią sie­bie. Wkrótce jego kalen­darz był wypeł­niony spo­tka­niami. Pan Nor­rell był zajęty od jede­na­stej rano do póź­nej nocy. Skła­dał wizyty poranne. Jadał kola­cje w domach w całym Lon­dy­nie. Cha­dzał na przy­ję­cia, bale, kon­certy wło­skiej muzyki. Pozna­wał baro­ne­tów, wiceh­ra­biów, wiceh­ra­bi­nie oraz sza­now­nych tych i owych. Spo­ty­kano go, gdy prze­cha­dzał się po Bond Street ramię w ramię z panem Draw­li­gh­tem. Widziano go na prze­jażdżce powo­zem w Hyde Parku z panem Draw­li­gh­tem i dro­gim przy­ja­cie­lem pana Draw­li­ghta, panem Lascel­le­sem.

W dni, kiedy pan Nor­rell nie jadał kola­cji w gościach, pan Draw­li­ght posi­lał się w domu pana Nor­rella przy Hano­ver Squ­are. Pan Nor­rell wie­dział, iż panu Draw­li­ghtowi nie­zwy­kle to odpo­wiada, Chil­der­mass prze­ka­zał mu bowiem, iż pan Draw­li­ght jest wła­ści­wie bez gro­sza. Wedle Chil­der­massa Draw­li­ght utrzy­my­wał się dzięki spry­towi i dłu­gom. Żad­nego z przy­ja­ciół ni­gdy nie zapro­sił do swego domu, ponie­waż naj­mo­wał kwa­terę nad warsz­ta­tem szewca przy Lit­tle Ryder Street.

Jak w każ­dym nowym domu, rów­nież w rezy­den­cji przy Hano­ver Squ­are - która z początku wyda­wała się ide­alna - odkryto w nie­dłu­gim cza­sie potrzebę wielu ulep­szeń. Natu­ral­nie pan Nor­rell chciał, aby wszystko zostało wyko­nane w jak naj­krót­szym cza­sie. Kiedy jed­nak poskar­żył się Draw­li­gh­towi, iż lon­dyń­scy robot­nicy pra­cują nie­moż­li­wie ospale, Draw­li­ght sko­rzy­stał z oka­zji, aby przej­rzeć wszyst­kie plany pana Nor­rella w kwe­stii kolo­rów, tapet, dywa­nów, mebli i deko­ra­cji, i w każ­dym zna­lazł wady. Spie­rali się o to przez kwa­drans, a w końcu pan Draw­li­ght kazał goto­wać powóz pana Nor­rella i pole­cił Davey­owi zawieźć ich obu pro­sto do sklepu pana Acker­manna przy Stran­dzie. Tam pan Draw­li­ght poka­zał panu Nor­rellowi książkę, która zawie­rała obraz autor­stwa pana Rep­tona, przed­sta­wia­jący sta­ro­modny salon, gdzie wie­kowa postać z cza­sów kró­lo­wej Elż­biety z kamien­nym wyra­zem twa­rzy spo­glą­dała z por­tretu na ścia­nie, zaś puste krze­sła wpa­try­wały się w sie­bie nawza­jem jak goście na przy­ję­ciu, któ­rzy odkryli, iż nie mają sobie nic do powie­dze­nia. Za to na następ­nej stro­nie, ach! jakież zmiany zaszły za sprawą szla­chet­nej sztuki sto­lar­stwa, tapi­cer­stwa i kła­dze­nia tapet! Oto przed­sta­wiono obraz tego samego salonu, ale z nowymi meblami i zmie­nio­nego nie do pozna­nia! Tuzin mod­nie odzia­nych dam i dżen­tel­me­nów zwa­biła do tego ele­ganc­kiego nowego apar­ta­mentu oka­zja do odprę­że­nia się poprzez spo­czę­cie w ele­ganc­kich pozach w fote­lach czy dzięki prze­chadzce po poro­śnię­tej winem oran­że­rii, która w tajem­ni­czy spo­sób obja­wiła się po dru­giej stro­nie pary wyso­kich, prze­szklo­nych drzwi. Jak obja­śnił pan Draw­li­ght, morał pły­nie z tego taki, iż jeśli pan Nor­rell liczy na zdo­by­cie przy­ja­ciół dla sprawy wskrze­sze­nia nowo­cze­snej magii, musi kazać zain­sta­lo­wać w domu wiele par prze­szklo­nych drzwi.

Pod okiem pana Draw­li­ghta pan Nor­rell nauczył się, iż lep­sze są czer­wie­nie podobne tym w gale­riach malar­stwa niż nobliwe, lecz nudne zie­le­nie, do któ­rych przy­wykł od dzie­ciń­stwa. Dla dobra nowo­cze­snej magii nie­wy­szu­kane mate­riały w domu pana Nor­rella pokryto farbą i lakie­rem, i odtąd uda­wały coś, czym nie były - jak akto­rzy na sce­nie. Gips poma­lo­wano, aby uda­wał drewno, a drewno poma­lo­wano, by uda­wało różne inne jego gatunki. Kiedy przy­szło do wystroju jadalni z salo­nem, pan Nor­rell do tego stop­nia już ufał gustowi pana Draw­li­ghta, iż zle­cił mu wybra­nie por­ce­la­no­wej zastawy według jego wła­snego smaku.

- Nie poża­łuje pan, mój drogi! - wykrzyk­nął Draw­li­ght. - Trzy tygo­dnie temu wybra­łem bowiem zastawę dla księż­nej B..., która z miej­sca oświad­czyła, iż to naj­pięk­niej­sze tale­rze, jakie w życiu widziała!

Ran­kiem pew­nego pogod­nego majo­wego dnia pan Nor­rell sie­dział w salo­nie w domu pani Lit­tle­worth przy Wim­pole Street. Wśród przy­by­łych gości byli pano­wie Draw­li­ght i Lascel­les. Pana Lascel­lesa nad wyraz rado­wało towa­rzy­stwo pana Nor­rella, w tym wzglę­dzie entu­zja­zmem ustę­po­wał jedy­nie panu Draw­li­ghtowi, obaj mieli jed­nak zupeł­nie odmienne powody, aby zabie­gać o jego względy. Pan Lascel­les był czło­wie­kiem spryt­nym i cynicz­nym. Fakt, iż pewien uczony star­szy pan wmó­wił sobie, jakoby potra­fił czy­nić magiczne sztuki, Lascel­les uzna­wał za naj­więk­szą nie­do­rzecz­ność świata. Stąd też przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji z wielką roz­ko­szą zada­wał panu Nor­rellowi pyta­nia w tema­cie magii po to, aby w duchu śmiać się z odpo­wie­dzi.

- A jak się panu podoba Lon­dyn, sir? - zapy­tał teraz.

- Wcale - odparł pan Nor­rell.

- Przy­kro mi to sły­szeć - odparł Lascel­les zmar­twio­nym tonem. - Czy odkrył już pan innych magów, aby mieć towa­rzy­szy do uczo­nych roz­mów?

Pan Nor­rell zmarsz­czył czoło i odparł, iż nie sądzi, aby w Lon­dy­nie prze­by­wali jacyś inni mago­wie, a jeśli nawet, jak dotąd nie zdo­łał ich odna­leźć.

- Ach, sir! - wykrzyk­nął pan Draw­li­ght. - Jest pan zatem w błę­dzie! Został pan obu­rza­jąco źle poin­for­mo­wany. Mamy magów w Lon­dy­nie! O, co naj­mniej czter­dzie­stu! Można ich spo­tkać prak­tycz­nie na każ­dym rogu ulicy. Pan Lascel­les i ja będziemy nie­zmier­nie radzi ich panu przed­sta­wić. Mają swego króla i zwą go Vin­cu­lu­sem, wyso­kiego, obdar­tego stra­cha na wró­ble, który roz­sta­wia kra­mik tuż przed kościo­łem Świę­tego Krzysz­tofa, cały obry­zgany bło­tem, a jeśli obdar­tu­sowi dać dwa pensy, powie prze­po­wied­nię.

- Vin­cu­lus prze­po­wiada wyłącz­nie wiel­kie nie­szczę­ścia - zauwa­żył ze śmie­chem pan Lascel­les. - Jak dotąd obie­cał mi, iż utonę, wpadnę w obłęd, ogień znisz­czy cały mój doby­tek oraz że będę miał nie­ślubną córkę, która z nie­na­wi­ści bar­dzo mnie skrzyw­dzi na me stare lata.

- Chęt­nie pana do niego zabiorę, sir - zapew­nił Draw­li­ght pana Nor­rella. - Z rado­ścią Vin­cu­lusa zoba­czę.

- Pro­szę się mieć na bacz­no­ści, jeśli rze­czy­wi­ście pan się tam uda - ostrze­gła pani Lit­tle­worth. - Tacy ludzie potra­fią okrop­nie czło­wieka prze­ra­zić. Pań­stwo Cru­ick­shan­ko­wie spro­wa­dzili do domu maga, brud­nego obdar­tusa, aby poka­zał ich przy­ja­cio­łom jakieś sztuki, ale kiedy już miało dojść do występu, oka­zało się, że żad­nych sztuk nie zna, więc mu nie zapła­cili. Roz­gnie­wany przy­siągł, iż zmieni ich maleń­kie dziecko w wia­dro na węgiel. A potem wybu­chło wiel­kie zamie­sza­nie, ponie­waż maleń­stwa ni­gdzie nie można było zna­leźć, choć nie zauwa­żono rów­nież żad­nego nowego wia­dra na węgiel, były jedy­nie stare, dobrze już znane. Prze­szu­kali cały dom od piw­nicy po dach, a pani Cru­ick­shank wprost odcho­dziła od zmy­słów i już wezwano nawet dok­tora, kiedy w końcu pia­stunka z maleń­stwem zja­wiła się w drzwiach i oka­zało się, iż była je zabrała, aby poka­zać swej matce przy James Street.

Pomimo tych wszyst­kich zachęt pan Nor­rell uprzej­mie odmó­wił panu Draw­li­gh­towi zło­że­nia wraz z nim wizyty u Vin­cu­lusa w jego żół­tym kra­miku.

- A jakie jest pań­skie zda­nie w kwe­stii Kru­czego Króla, drogi panie?

- Nie mam zda­nia. Nie poświę­cam mu czasu.

- Ach tak? - zdzi­wił się pan Lascel­les. - Pro­szę wyba­czyć, sza­nowny panie, ale to doprawdy zdu­mie­wa­jące stwier­dze­nie. Jesz­cze nie pozna­łem maga, który by nie oświad­czał, iż Czarny Król jest naj­więk­szym magiem ze wszyst­kich, magiem par excel­lence! Czło­wie­kiem, który, gdyby tylko chciał, mógłby wyrwać Mer­lina z drzewa, okrę­cić go na gło­wie jak frygę i wsta­wić z powro­tem w pień16.

Pan Nor­rell mil­czał.

- Bez wąt­pie­nia prze­cież - cią­gnął pan Lascel­les - żaden inny aureat nie mógł się z nim rów­nać magiczną mocą, czyż nie? Miał kró­le­stwa we wszyst­kich świa­tach zna­nych i niezna­nych17. Zastępy ludz­kich i magicz­nych ksią­żąt speł­niały jego roz­kazy. Na jego pole­ce­nie cza­ro­dziej­ski las zmie­niał miej­sce. Nie wspo­mi­na­jąc już o jego dłu­go­wiecz­no­ści. Pano­wał trzy­sta lat. I podobno pod sam koniec na­dal był mło­dzień­cem, przy­naj­mniej z wyglądu.

Pan Nor­rell mil­czał.

- Ale może pan uważa te opo­wie­ści za łgar­stwa? Czę­sto sły­sza­łem twier­dze­nia, iż Kru­czy Król jako taki ni­gdy nie ist­niał. Rze­komo nie był wcale jed­nym magiem, a dłu­gim łań­cu­chem magów, z któ­rych wszy­scy wyglą­dali tak samo. Może pan rów­nież jest wła­śnie tego zda­nia?

Pan Nor­rell miał minę, jakby wolał zacho­wać mil­cze­nie, jed­nak bez­po­śred­niość pyta­nia pana Lascel­lesa zobo­wią­zy­wała go do odpo­wie­dzi.

- Nie - odparł w końcu. - Jestem pewien, iż ist­niał. Uwa­żam jed­nak, że wywarł na angiel­ską magię wpływ godny poża­ło­wa­nia, nie znaj­duję innych okre­śleń. Upra­wiał magię szcze­gól­nie zgub­nego rodzaju i nic nie spra­wi­łoby mi więk­szej rado­ści niż świa­do­mość, iż odszedł w cał­ko­wite zapo­mnie­nie, jak na to zasłu­guje.

- A co może nam pan opo­wie­dzieć o pań­skich magicz­nych słu­żą­cych, sir? - zapy­tał pan Lascel­les. - Tylko pan ich widzi? Czy może inni też mogą ich dostrzec?

Pan Nor­rell prych­nął i odparł, iż nie ma żad­nych magicz­nych słu­żą­cych.

- A o czym mowa? - zapy­tała wielce zdzi­wiona dama w bla­do­ró­żo­wej sukni.

- Jest pan mądrym czło­wie­kiem, drogi panie - zwró­cił się pan Lascel­les do pana Nor­rella. - Sprawa Star­ho­use prze­ciw Tub­b­sowi musi słu­żyć wszyst­kim magom za ostrze­że­nie18.

- Pan Tubbs nie był magiem - odrzekł pan Nor­rell. - Ni­gdy też nie sły­sza­łem, aby się za takiego poda­wał. Nawet jed­nak gdyby był naj­więk­szym magiem w całym chrze­ści­jań­skim świe­cie, nie powi­nien był pra­gnąć, aby magiczne istoty dotrzy­my­wały mu towa­rzy­stwa. W żad­nym ze świa­tów nie ma rasy bar­dziej jado­wi­tej, która by wobec Anglii żywiła więk­szą wro­gość. Zbyt wielu żyło już magów, któ­rzy - czy to z leni­stwa, czy z nie­wie­dzy - nie podą­żali wła­ściwą ścieżką nauk magicz­nych, lecz pożyt­ko­wali całą ener­gię na sta­ra­nia, aby zdo­być sługę z Kra­iny. A kiedy już zdo­byli, zda­wali się na niego we wszyst­kim. Dzieje Anglii obfi­tują w takich ludzi, a część spo­tkała za to zasłu­żona kara, i bar­dzo dobrze. Weźmy cho­ciażby Blo­odwor­tha19.

Pan Nor­rell zawarł wiele nowych zna­jo­mo­ści, ale nikogo nie połą­czyła z nim praw­dziwa przy­jaźń. Lon­dyn uznał powszech­nie, iż jest roz­cza­ro­wu­jący. Nie poka­zy­wał magicz­nych sztuk, na nikogo nie rzu­cił zaklę­cia, niczego nie prze­po­wie­dział. Raz u pani Godes­done sły­szano, jak stwier­dził, iż chyba zanosi się na deszcz, ale jeśli była to prze­po­wied­nia, to błędna, bo deszcz nie spadł - nie padało wręcz aż do kolej­nej soboty. Pra­wie nie mówił o magii, a kiedy już coś powie­dział, brzmiało to jak lek­cja histo­rii i nikt nie mógł tego słu­chać. Rzadko kiedy miał dobre zda­nie o jakimś innym magu, z jed­nym wyjąt­kiem, kiedy raz wyra­ził pochwałę dla maga z minio­nego stu­le­cia, Fran­cisa Sut­tona-Grove'a20.

- Ale myśla­łem, sir - przy­znał pan Lascel­les - iż Sut­tona-Grove'a nie da się czy­tać. Zawsze sły­sza­łem, że De gene­ri­bus artium jest abso­lut­nie nie do prze­brnię­cia.

- Och! - odparł pan Nor­rell. - Nie wiem, czy to księga, która zapewni roz­rywkę damom i dżen­tel­me­nom, sądzę jed­nak, iż dla poważ­nego adepta magii war­tość Sut­tona-Grove'a jest nie do prze­ce­nie­nia. Uczeń magii znaj­dzie u niego pierw­szą próbę okre­śle­nia, jakie obszary winien badać nowo­cze­sny mag, a wszystko jest upo­rząd­ko­wane w listach i roz­pi­sane w tabe­lach. Oczy­wi­ście sys­tem kla­sy­fi­ka­cji Sut­tona-Grove'a nie jest wolny od błę­dów, być może wła­śnie to pan rozu­mie przez "nie do prze­brnię­cia", nie­mniej tuzin jego zesta­wień to jeden z naj­przy­jem­niej­szych dla oczu wido­ków. Uczeń ogar­nie je spoj­rze­niem i myśli: "To znam" albo "Nad tym jesz­cze muszę popra­co­wać", i tak ma roz­pla­no­wane zaję­cie na dobre cztery, może pięć lat.

Powta­rza­nej w towa­rzy­stwie histo­rii o posą­gach w kate­drze Yorku uro­sła tak długa broda, iż ludzie zaczęli się zasta­na­wiać, czy pan Nor­rell w ogóle doko­nał cze­go­kol­wiek innego. Pan Draw­li­ght był zmu­szony wymy­ślać nowe przy­kłady.

- Ale co ten mag potrafi, Draw­li­ght? - zapy­tała pew­nego wie­czoru pani Godes­done pod nie­obec­ność pana Nor­rella.

- Och, droga pani! - wykrzyk­nął Draw­li­ght. - Cze­góż on nie potrafi? Pro­szę bar­dzo! Led­wie zeszłej zimy nad York, który jest, jak pew­nie pani wie, rodzin­nym mia­stem pana Nor­rella, nade­szła wielka zamieć. W każ­dym ogro­dzie zawieja zdmuch­nęła pra­nie ze sznu­rów w błot­ni­stą plu­chę, zatem radni miej­scy, aby oszczę­dzić kobie­tom wysiłku ponow­nego pra­nia ubrań i pościeli, zwró­cili się do pana Nor­rella, a ten na ich prośbę posłał zastęp magicz­nych sług, aby wszystko jesz­cze raz uprały. Do tego zace­ro­wały wszel­kie dziury w koszu­lach, szlaf­my­cach i hal­kach, pod­szyły postrzę­pione kraje sukien, no i wszy­scy potem twier­dzili, iż jesz­cze nie widzieli płó­cien tak olśnie­wa­jąco bia­łych!

Histo­ria o pra­niu zyskała wielką popu­lar­ność i na kilka tygo­dni tego lata pod­re­pe­ro­wała renomę pana Nor­rella. W rezul­ta­cie, kiedy pan Nor­rell zabie­rał głos na temat nowo­cze­snej magii, co cza­sem czy­nił, więk­szość jego słu­cha­czy podej­rze­wała, iż wła­śnie takie sztuki musi mieć na myśli.

Nawet jeśli damy i dżen­tel­meni, któ­rych pan Nor­rell spo­ty­kał w salo­nach i jadal­niach, w ogól­nym roz­ra­chunku byli nim roz­cza­ro­wani, on z nich był rów­nie nie­za­do­wo­lony. Nie­ustan­nie skar­żył się panu Draw­li­gh­towi na nie­po­ważne pyta­nia, jakie mu zada­wali, i powta­rzał, iż godziny spę­dzone w ich towa­rzy­stwie nie przy­nio­sły jak dotąd żad­nej korzy­ści spra­wie angiel­skiej magii.

Pochmur­nym ran­kiem w pewną środę pod koniec wrze­śnia pan Nor­rell i pan Draw­li­ght sie­dzieli w biblio­tece przy Hano­ver Squ­are. Pan Draw­li­ght opo­wia­dał aku­rat długą histo­rię, jak to Pan F. powie­dział coś, co obra­ziło lorda S., i rela­cjo­no­wał, co o tym wszyst­kim myślała lady D., kiedy pan Nor­rell nagle powie­dział:

- Był­bym wdzięczny, drogi panie Draw­li­ght, gdyby mógł mi pan roz­ja­śnić nastę­pu­jącą ważną kwe­stię, a mia­no­wi­cie czy kto­kol­wiek powia­do­mił księ­cia Por­t­land o mym przy­by­ciu do Lon­dynu?21

- Ach! Sir! - wykrzyk­nął Draw­li­ght. - Tylko panu, z pań­ską skromną naturą, mogło przyjść na myśl podobne pyta­nie. Zapew­niam, iż wszy­scy mini­stro­wie sły­szeli już o nad­zwy­czaj­nym panu Nor­rellu.

- W takim razie - odparł pan Nor­rell - dla­czego jego łaska­wość książę nie przy­słał mi żad­nej wia­do­mo­ści? Otóż zaczy­nam myśleć, iż jest zupeł­nie nie­świa­dom mego ist­nie­nia. Dla­tego, drogi panie, był­bym wdzięczny, gdyby zdra­dził mi pan, jakie ma konek­sje w rzą­dzie, abym mógł ich użyć.

- W rzą­dzie, sir? - zdzi­wił się Draw­li­ght.

- Przy­je­cha­łem do Lon­dynu z kon­kret­nym zada­niem - cią­gnął z wes­tchnie­niem pan Nor­rell. - Mia­łem nadzieję ode­grać znaczną rolę w walce prze­ciw Fran­cu­zom.

- Jest mi nie­zmier­nie przy­kro, jeśli czuje się pan nie­do­ce­niony i pomi­nięty! - odparł żywo Draw­li­ght. - Zapew­niam jed­nak, iż nie­po­trzeb­nie. W Lon­dy­nie jest mnó­stwo dam i dżen­tel­me­nów, któ­rzy z rado­ścią obej­rzą każde czary, jakie zechce nam pan zapre­zen­to­wać któ­re­goś wie­czoru po kola­cji. Pro­szę się nie oba­wiać, iż nas pan zbyt­nio oszo­łomi, mamy cał­kiem silne nerwy.

Pan Nor­rell zacho­wał mil­cze­nie.

- Dobrze - cią­gnął Draw­li­ght, poka­zu­jąc w gład­kim uśmie­chu białe zęby i spo­glą­da­jąc pojed­naw­czo oczami ciem­nymi jak powierzch­nia wody - nie spie­rajmy się o to. Sza­le­nie pra­gnął­bym speł­nić pań­skie życze­nie, ale sam pan widzi, iż to nie w mojej mocy. Rząd ma swoje kręgi. Ja mam swoje.

W rze­czy­wi­sto­ści pan Draw­li­ght znał kilku dżen­tel­me­nów na róż­nych rzą­do­wych posa­dach, któ­rzy z wielką ochotą spo­tka­liby się z jego przy­ja­cie­lem i posłu­chali, co ma do powie­dze­nia, w zamian za zło­że­nie przez pana Draw­li­ghta przy­rze­cze­nia, iż nikomu nie zdra­dzi jed­nej czy dwu kło­po­tli­wych spraw, które trzy­mali w sekre­cie, a o któ­rych wie­dział. Tak naprawdę jed­nak pan Draw­li­ght nie uwa­żał, aby przed­sta­wie­nie pana Nor­rella tym dżen­tel­me­nom przy­nio­sło mu oso­bi­ście jaką­kol­wiek korzyść. Wolał trzy­mać pana Nor­rella na salo­nach i w jadal­niach Lon­dynu, gdzie miał nadzieję z cza­sem nakło­nić go do poka­za­nia kilku drob­nych sztu­czek, o które zna­jomi tak się dopo­mi­nali.

Pan Nor­rell zaczął wypi­sy­wać naglące listy do dżen­tel­me­nów z rządu, które dawał do prze­czy­ta­nia Draw­li­gh­towi przed prze­ka­za­niem ich Chil­der­mas­sowi do dostar­cze­nia. Dżen­tel­meni z rządu nie nad­sy­łali jed­nak odpo­wie­dzi. Pan Draw­li­ght ostrzegł pana Nor­rella, iż tak będzie. Mini­stro­wie są zwy­kle bar­dzo zajęci.

Jakiś tydzień póź­niej pan Draw­li­ght został zapro­szony do pew­nego domu przy Soho Squ­are na reci­tal słyn­nej wło­skiej sopra­nistki, która dopiero co przy­była z Rzymu. Natu­ral­nie zapro­sze­nie dostał rów­nież pan Nor­rell. Kiedy jed­nak Draw­li­ght przy­był na miej­sce, ni­gdzie w tłu­mie gości nie mógł maga odna­leźć. Lascel­les opie­rał się o gzyms kominka, zajęty roz­mową z innymi panami. Draw­li­ght pod­szedł i zapy­tał, czy wie, gdzie się podziewa Nor­rell.

- Och - odparł pan Lascel­les. - Poszedł zło­żyć wizytę sir Wal­te­rowi Pole'owi. Pan Nor­rell ma ważne infor­ma­cje, które pra­gnie natych­miast prze­ka­zać księ­ciu Por­t­land. A sir Wal­ter Pole jest czło­wie­kiem, który będzie miał zaszczyt przed­ło­żyć wia­do­mość od pana Nor­rella.

- Księ­ciu Por­t­land? - krzyk­nął inny dżen­tel­men. - Co takiego? Czy mini­stro­wie są już w tak wiel­kiej despe­ra­cji? Czyżby zasię­gali rady u magów?

- Nie­wła­ściwa kon­klu­zja. - Pan Lascel­les się uśmiech­nął. - Wszystko to pomysł samego Nor­rella. Zamie­rza zaofe­ro­wać rzą­dowi swe usługi. Jak się zdaje, ma plan poko­na­nia Fran­cu­zów za pomocą magii. Moim zda­niem jed­nak bar­dzo mało praw­do­po­dobne, aby mini­stro­wie zgo­dzili się go wysłu­chać. Fran­cuzi rzu­cają się im do gar­deł w Euro­pie, a wszy­scy pozo­stali - w par­la­men­cie. Wąt­pię, czy są na świe­cie dżen­tel­meni pod sil­niej­szą pre­sją, zatem nie sądzę, aby poświę­cili uwagę dzi­wa­kowi z York­shire.

Wzo­rem boha­tera z baśni pan Nor­rell odkrył, iż moc postę­po­wa­nia zgod­nie z wła­snym pra­gnie­niem nosił w sobie od uro­dze­nia. Nawet mag musi mieć prze­cież jakąś rodzinę i tak się aku­rat zda­rzyło, iż pewien daleki krewny pana Nor­rella (ze strony jego matki) raz wcze­śniej, ku wiel­kiemu Nor­rella nie­za­do­wo­le­niu, napi­sał do niego list. Aby wię­cej się to nie powtó­rzyło, pan Nor­rell poda­ro­wał mu osiem­set fun­tów (dokład­nie o tyle dżen­tel­men pro­sił). Z przy­kro­ścią zdra­dzę, iż nie uci­szyło to jed­nak krew­nego jego matki, zatwar­dzia­łego szu­brawca. Szelma napi­sał do niego drugi list, z gorą­cymi podzię­ko­wa­niami i wyra­zami wdzięcz­no­ści dla dar­czyńcy. Autor listu oświad­czał też, iż "...odtąd wraz z mymi przy­ja­ciółmi będę się uwa­żał za pań­skiego odda­nego sługę i trwał w goto­wo­ści, aby w przy­szłych wybo­rach gło­so­wać zgod­nie z pań­skim życze­niem. Jeśli zaś kie­dy­kol­wiek mógł­bym oddać panu przy­sługę, wypeł­nia­nie pań­skich pole­ceń będzie zaszczy­tem i oka­zją do awansu w oczach świata dla pań­skiego pokor­nego i odda­nego sługi, Wen­della Mar­kwor­thy'ego".

Pan Nor­rell nie widział dotąd potrzeby awan­so­wa­nia pana Mar­kwor­thy'ego w oczach świata przez wyda­wa­nie mu jakich­kol­wiek pole­ceń, teraz jed­nak oka­zało się (odkrył to Chil­der­mass), iż pan Mar­kwor­thy wyko­rzy­stał prze­słane mu przez pana Nor­rella pie­nią­dze, aby zapew­nić sobie i swemu bratu urzęd­ni­cze posady w Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej. Wyje­chał do Indii i dzie­sięć lat póź­niej wró­cił jako bar­dzo bogaty czło­wiek. Ponie­waż ni­gdy nie otrzy­mał od pana Nor­rella, swego pierw­szego mece­nasa, wska­zó­wek co do spo­sobu gło­so­wa­nia, odda­wał głos zgod­nie z pre­fe­ren­cjami jego prze­ło­żo­nego w Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, pana Bon­nella, i zachę­cał wszyst­kich swych przy­ja­ciół, aby postę­po­wali tak samo. Dla pana Bon­nella stał się wielce uży­teczny, a ten z kolei był bli­skim przy­ja­cie­lem poli­tyka, sir Wal­tera Pole'a. W zabie­ga­nym świe­cie han­dlu i dyplo­ma­cji jeden dżen­tel­men jest winien przy­sługę dru­giemu, ale temu pierw­szemu jest winien przy­sługę ktoś inny i tak dalej. Tym spo­so­bem powstaje cały łań­cuch obiet­nic i zobo­wią­zań. W tym przy­padku łań­cuch cią­gnął się od pana Nor­rella aż do sir Wal­tera Pole'a, zaś sir Wal­ter Pole był teraz mini­strem.

6. "Magia nie jest godna poważania, sir"

6

"Magia nie jest godna powa­ża­nia, sir"

Paź­dzier­nik 1807 roku

Trudne były to czasy dla każ­dego mini­stra.

Sprawy na woj­nie miały się coraz gorzej i na rząd zewsząd spa­dała miaż­dżąca kry­tyka. Z każdą nową kata­strofą, o któ­rej dowia­dy­wał się naród, jakąś drobną por­cją winy obcią­żano tę lub tamtą kon­kretną osobę, ogól­nie jed­nak wszy­scy powszech­nie winili mini­strów, a oni, bie­dacy, mogli już prze­rzu­cać winę wyłącz­nie na sie­bie wza­jem - co czy­nili coraz czę­ściej.

Pro­blem nie pole­gał na tym, iż mini­stro­wie byli ciemni i nie­roz­gar­nięci - wprost prze­ciw­nie, były wśród nich genialne umy­sły. Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, nie byli też złymi ludźmi. Nie­któ­rzy wie­dli nie­na­ganne życie rodzinne, darzyli miło­ścią dzieci, uwiel­biali muzykę, psy i malar­stwo pej­za­żowe. Mimo to rząd był tak nie­po­pu­larny, iż jedy­nie dzięki sta­ran­nie ukła­da­nym prze­mo­wom mini­stra spraw zagra­nicz­nych dawało się prze­pro­wa­dzać przez Izbę Gmin jakie­kol­wiek ustawy.

Mini­ster spraw zagra­nicz­nych był nie­zrów­na­nym mówcą. Obo­jęt­nie jak niskie były noto­wa­nia rządu, kiedy mini­ster spraw zagra­nicz­nych wsta­wał i prze­ma­wiał - ach! jakże ina­czej sprawy od razu się jawiły! Jak szybko każdy zły obrót wyda­rzeń oka­zy­wał się winą poprzed­niej admi­ni­stra­cji (złych, głu­pich ludzi w służ­bie pod­ło­ści). Jeśli idzie nato­miast o obecny rząd, mini­ster spraw zagra­nicz­nych zapew­niał, iż jego obecna obsada to naj­szla­chet­niejsi i naj­bar­dziej nie­zro­zu­miani ludzie od cza­sów sta­ro­żyt­nych, a do tego tak podle i fał­szy­wie przed­sta­wiani przez nie­przy­ja­ciół. Wszy­scy są mądrzy jak Salo­mon, szla­chetni jak Cezar i mężni jak Marek Anto­niusz. I nikt w świe­cie nie przy­po­mina w swej uczci­wo­ści Sokra­tesa bar­dziej od mini­stra finan­sów. Mimo tych wszyst­kich cnót i zalet żaden z mini­strów nie potra­fił jed­nak obmy­ślić sku­tecz­nego planu poko­na­nia Fran­cu­zów, narze­kano więc nawet na inte­li­gen­cję rządu. Dżen­tel­meni z pro­win­cji, czy­ta­jąc w gaze­tach prze­mowy jed­nego czy dru­giego mini­stra, może i przy­zna­wali pod nosem, iż to sprytny czło­wiek, ale myśl ta by­naj­mniej dżen­tel­me­nów z pro­win­cji nie krze­piła. Dżen­tel­meni z pro­win­cji mieli bowiem głę­bo­kie podej­rze­nie, iż spryt nie jest ponie­kąd cechą Bry­tyj­czyka. Genialny i nie­prze­wi­dy­walny spryt cecho­wał przede wszyst­kim arcyw­roga Anglii, cesa­rza Napo­le­ona Bona­par­tego. Dżen­tel­meni z pro­win­cji nie mogli sprytu pochwa­lać.

Sir Wal­ter Pole miał czter­dzie­ści dwa lata i, przy­kro mi to mówić, był rów­nie sprytny jak każdy inny czło­nek tego gabi­netu. Zdą­żył pokłó­cić się z więk­szo­ścią wybit­nych poli­ty­ków tej epoki, a raz od Richarda Brin­sleya She­ri­dana dostał po gło­wie butelką madery, kiedy obaj byli mocno pijani. She­ri­dan wspo­mniał potem do księ­cia Yorku: "Pole przy­jął moje prze­pro­siny jak na dżen­tel­mena przy­stało. Na szczę­ście jest tak szpetny, iż jedna bli­zna wię­cej czy mniej nie sprawi róż­nicy".

Wedle mnie nie był wcale aż taki szpetny. To prawda, twarz miał nader nie­uro­dziwą - wielką, ale krótką i sze­roką, z wetknię­tym ogrom­nym nosem (ostrym na czubku), z parą ciem­nych oczu jak bystre węgielki i dwiema krza­cza­stymi brwiami jak maleń­kie rybki dziel­nie pły­nące przez wiel­kie morze jego twa­rzy. Te szpetne rysy skła­dały się jed­nak wszyst­kie razem na wcale przy­jemną całość. Gdyby kto mu się przyj­rzał w chwili odpo­czynku (jego minie dum­nej i bez cie­nia melan­cho­lii), mógłby pomy­śleć, iż jego twarz zawsze jest wła­śnie taka, w naj­mniej­szym stop­niu nie­zdolna do wyra­ża­nia emo­cji. Cóż, nie było nic dal­szego od prawdy.

Naj­bar­dziej typowe dla sir Wal­tera Pola było Zasko­cze­nie. Otwie­rał sze­roko oczy, uno­sił brwi na pół cala, odchy­lał się rap­tow­nie w tył i przy­po­mi­nał wtedy jota w jotę postać ze szty­chów pana Row­land­sona czy pana Gil­l­raya. W życiu publicz­nym Zasko­cze­nie słu­żyło sir Wal­te­rowi wybor­nie. "Ależ nie chce pan chyba powie­dzieć, że...". I zawsze była to świetna roz­rywka, przy zało­że­niu, iż nie­roz­sądny dżen­tel­men, któ­rego słowa sir Wal­ter poda­wał w wąt­pli­wość, nie był naszym przy­ja­cie­lem, oraz pod warun­kiem, że ktoś lubił się przy­glą­dać, jak umysł mało lotny prze­grywa z bły­sko­tli­wym. W dni, kiedy sir Wal­ter miał szcze­gólną ochotę na zło­śliwe żarty, dawał popis lep­szy niż akto­rzy w spek­ta­klu na Drury Lane. Do tego stop­nia kon­ster­no­wał pozba­wio­nych cię­tego dow­cipu dżen­tel­menów z obu izb par­la­mentu, iż uni­kali go, jak tylko mogli. (Leciwy lord Taki-a-taki wyma­chuje laską na sir Wal­tera, drobi kroczki po kamien­nej posadzce kory­ta­rza łączą­cego Izbę Gmin z Gwar­dią Konną i krzy­czy przez ramię: "Nie będę z panem roz­ma­wiał, sir! Pan prze­kręca moje słowa! Pan wkłada mi w usta wypo­wie­dzi, które ni­gdy nie przy­szłyby mi nawet do głowy!").

Pew­nego razu, prze­ma­wia­jąc do tłumu w lon­dyń­skim City, sir Wal­ter pamięt­nie przy­rów­nał Anglię i jej poli­ty­ków do osie­ro­co­nej mło­dej damy, zosta­wio­nej na pastwę chci­wych, lubież­nych saty­rów. Zamiast chro­nić młodą damę przed pod­łym świa­tem, łotry te kradną posag i plą­drują jej dom. I jeśli nawet nie­które użyte przez sir Wal­tera słowa były dla jego publicz­no­ści zbyt trudne (ode­brał dosko­nałe wykształ­ce­nie kla­syczne), nie miało to zna­cze­nia. Wszy­scy potra­fili sobie wyobra­zić biedną młodą damę sto­jącą na łóżku w samych hal­kach, pod­czas gdy poli­tycy z par­tii Wigów, któ­rym aktu­al­nie sta­wiano zarzuty, plą­drują jej szafę i sprze­dają odzie­nia szma­cia­rzowi. A wszyst­kich mło­dych dżen­tel­me­nów przy­jem­nie wzbu­rzał ten obraz.

Sir Wal­ter był z natury szczo­dry i czę­sto oka­zy­wał życz­li­wość. Jak raz komuś wyznał, żywił nadzieję, iż wszy­scy jego wro­go­wie mają powody, aby się go lękać, a przy­ja­ciele, by go kochać - i myślę, że na ogół tak wła­śnie było. Jego wesołe uspo­so­bie­nie, życz­li­wość, bły­sko­tli­wość i wysoka pozy­cja, jaką zaj­mo­wał w świe­cie - za wszystko to nale­żało mu się tym więk­sze uzna­nie, iż nie scho­dziło na drugi plan w obli­czu pro­ble­mów, które nie­mal z pew­no­ścią dopro­wa­dzi­łyby do upadku czło­wieka mniej­szego for­matu. Finanse sir Wal­tera były bowiem w fatal­nej kon­dy­cji. I nie idzie jedy­nie o to, iż bra­ko­wało mu gotówki. Bieda to jedno, a długi sir Wal­tera to zupeł­nie inna sprawa. Godne ubo­le­wa­nia poło­że­nie! Tym bar­dziej dotkliwe, że zna­lazł się w nim nie ze swo­jej winy: sam ni­gdy nie żył eks­tra­wa­gancko i ponad stan, był jed­nak synem czło­wieka nie­roz­trop­nego, a wnu­kiem dru­giego podob­nego. Sir Wal­ter uro­dził się w dłu­gach. Gdyby był innym czło­wie­kiem, wszystko mogłoby poto­czyć się dobrze. Gdyby miał jaką­kol­wiek smy­kałkę do mary­narki wojen­nej, zbiłby for­tunę na łupach. Gdyby pałał miło­ścią do roli, mógłby użyź­nić swe zie­mie i zbić mają­tek na upra­wie zboża. Gdyby choć został mini­strem pięć­dzie­siąt lat wcze­śniej, mógłby poży­czać pie­nią­dze Skarbu na dwa­dzie­ścia pro­cent i cho­wać zyski do kie­szeni. Cóż jed­nak może nowo­cze­sny poli­tyk? Prę­dzej pie­nią­dze wyda, niż zarobi.

Kilka lat temu jego przy­ja­ciele w rzą­dzie zała­twili mu posadę sekre­ta­rza zwy­czaj­nego w Urzę­dzie Próśb, gdzie dostał spe­cjalne nakry­cie głowy, mały kawa­łek kości sło­nio­wej i sie­dem­set fun­tów rocz­nie. Z jego posadą nie wią­zały się żadne obo­wiązki, ponie­waż nikt nie mógł sobie przy­po­mnieć, co jest zada­niem Urzędu Próśb ani do czego ma słu­żyć mały kawa­łek kości sło­nio­wej. Ale potem przy­ja­ciele sir Wal­tera ode­szli, a na ich miej­sce przy­szli nowi mini­stro­wie, obwiesz­cza­jąc, iż zamie­rzają zli­kwi­do­wać syne­kury. Wśród wielu insty­tu­cji, któ­rych gałę­zie w końcu odpi­ło­wali od rzą­do­wego drzewa, był wła­śnie Urząd Próśb.

Wio­sną 1807 roku wyda­wało się już, iż poli­tyczna kariera sir Wal­tera nie­uchron­nie dobiega kresu (ostat­nie wybory kosz­to­wały go nie­mal dwa tysiące fun­tów). Przy­ja­ciele gorącz­kowo szu­kali dla niego pomocy. Jedna z jego przy­ja­ció­łek, lady Win­sell, wyje­chała do Bath, gdzie na kon­cer­cie wło­skiej muzyki poznała pewną wdowę i jej córkę, panią i pannę Win­ter­towne. Tydzień póź­niej pisała do sir Wal­tera: "Wła­śnie tego zawsze panu życzy­łam. Jej matka bar­dzo pra­gnie wspa­niale wydać ją za mąż i nie będzie czy­nić prze­szkód - a nawet jeśli, to liczę, iż ją pan roz­broi swym cza­rem. Jeśli zaś idzie o pie­nią­dze! Mówię panu, drogi przy­ja­cielu, kiedy wymie­niły sumę, jaką dziew­czyna dosta­nie, mia­łam łzy w oczach! Co pan powie na tysiąc rocz­nie? O mło­dej damie będę na razie mil­czeć - kiedy ją pan zoba­czy, ułoży pan pochwały znacz­nie zręcz­niej, niż­bym ja umiała".

Mniej wię­cej o trze­ciej po połu­dniu tego samego dnia, gdy pan Draw­li­ght słu­chał reci­talu wło­skiej sopra­nistki, Lucas, lokaj pana Nor­rella, zapu­kał do drzwi pew­nego domu przy Brun­swick Squ­are, dokąd go wezwano na spo­tka­nie z sir Wal­te­rem. Pana Nor­rella wpusz­czono do środka i zapro­wa­dzono do nie­zwy­kle ele­ganc­kiego pokoju na pię­trze.

Na ścia­nach wisiała seria olbrzy­mich malo­wi­deł w mister­nie rzeź­bio­nych zło­co­nych ramach. Wszyst­kie obrazy przed­sta­wiały Wene­cję, jed­nak dzień był aku­rat pochmurny, padał deszcz i wiał zimny wiatr, zatem Wene­cja - mia­sto stwo­rzone w rów­nym stop­niu ze zło­co­nego słoń­cem mar­muru i zło­co­nego słoń­cem morza - tonęła w lon­dyń­skiej sza­ru­dze. Jej mor­skie błę­kity, biele obło­ków i złote pobły­ski sza­rówka przy­tłu­miła do smut­nych barw mia­sta zala­nego desz­czem Od czasu do czasu podmuch wia­tru zaci­nał kro­plami w okno (melan­cho­lijny odgłos) i w sza­rym świe­tle pole­ro­wane powierzch­nie szy­fo­nier z drewna tuli­pa­nowca oraz orze­cho­wych sekre­ta­rzy­ków przy­po­mi­nały czarne lustra, mrocz­nie uka­zu­jące nawza­jem swe odbi­cia. Pomimo wiel­kiego prze­py­chu pokój był oso­bli­wie nie­przy­tulny - nie było w nim świec, które by roz­ja­śniły ponury mrok, ani kominka, który by grzał w chłodny dzień. Zupeł­nie jakby dom pro­wa­dziła osoba o soko­lim wzroku, która ni­gdy nie odczuwa chłodu.

Sir Wal­ter Pole wstał, aby powi­tać pana Nor­rella, i popro­sił o pozwo­le­nie przed­sta­wie­nia mu pani Win­ter­towne wraz z córką, panną Win­ter­towne. Choć sir Wal­ter wymie­nił dwie damy, pan Nor­rell widział przed sobą tylko jedną, w doj­rza­łych latach, ema­nu­jącą god­no­ścią i aurą wła­dzy. Wpra­wiło to pana Nor­rella w zakło­po­ta­nie. Pomy­ślał, iż sir Wal­ter musi się mylić, lecz zwra­ca­nie mu uwagi na samym początku roz­mowy byłoby nie­uprzejme. Pan Nor­rell, skon­ster­no­wany, skło­nił się wład­czej damie.

- Nie­zwy­kle się cie­szę, iż mogę pana poznać - powie­dział sir Wal­ter. - Wiele o panu sły­sza­łem. Śmiem twier­dzić, że w Lon­dy­nie nie mówi się o niczym innym, tylko o nad­zwy­czaj­nym panu Nor­rellu. - Sir Wal­ter zwró­cił się do wład­czej damy z obja­śnie­niem: - Pan Nor­rell jest magiem, madame, osobą wielce powa­żaną w jego rodzin­nym hrab­stwie Yorku.

Wład­cza kobieta wpa­try­wała się w pana Nor­rella.

- Zupeł­nie ina­czej sobie pana wyobra­ża­łem - przy­znał sir Wal­ter. - Powie­dziano mi, że jest pan magiem prak­ty­kiem. Mam nadzieję, iż to pana nie uraża, sir, ale chcę zazna­czyć, z jak wielką ulgą dowia­duję się, że w żad­nym razie pan magii nie prak­ty­kuje. Lon­dyn opa­no­wała praw­dziwa plaga magi­ków oszu­stów, któ­rzy osku­bują ludzi z pie­nię­dzy obiet­ni­cami nie­stwo­rzo­nych rze­czy. Jestem cie­kaw, czy już widział pan Vin­cu­lusa, który ma kra­mik przed kościo­łem Świę­tego Krzysz­tofa. On jest z nich wszyst­kich naj­gor­szy. Pan jest magiem teo­re­ty­kiem, prawda? - Sir Wal­ter uśmiech­nął się zachę­ca­jąco. - Ale powie­dziano mi, iż ma pan do mnie jakąś prośbę, sir?

Pan Nor­rell pro­sił sir Wal­tera o wyba­cze­nie, ale jest w isto­cie wła­śnie magiem prak­ty­kiem. Sir Wal­ter miał zasko­czoną minę. Pan Nor­rell wyra­ził naj­szczer­szą nadzieję, iż w związku z tym wyzna­niem sir Wal­ter nie utraci o nim dobrego mnie­ma­nia.

- Nie, nie. Ależ skąd - wymam­ro­tał sir Wal­ter uprzej­mie.

- Mylne zało­że­nie, jakie pan przy­jął, sir - obja­śniał pan Nor­rell - przez które rozu­miem oczy­wi­ście prze­ko­na­nie, iż wszy­scy mago­wie prak­ty­ku­jący magię to szar­la­tani, wynika ze wstrzą­sa­ją­cej bez­czyn­no­ści angiel­skich magów w ostat­nich dwóch stu­le­ciach. Ja dałem jeden pokaz magii, który miesz­kańcy Yorku życz­li­wie ode­brali jako zdu­mie­wa­jący, a mimo to powia­dam panu, sir, iż każdy mag o skrom­nych umie­jęt­no­ściach potra­fiłby tego doko­nać. Ten powszechny letarg pozba­wił nasz wielki kraj naj­lep­szego rodzaju wspar­cia i przez to jeste­śmy bez­bronni. To wła­śnie ten nie­do­sta­tek mam nadzieję zli­kwi­do­wać. Inni mago­wie być może zanie­dbują swe obo­wiązki, lecz ja nie potra­fię. Przy­by­łem, sir, aby zaofe­ro­wać panu mą pomoc w obec­nym trud­nym poło­że­niu naszego kraju.

- W obec­nym trud­nym poło­że­niu naszego kraju? - zdu­miał się sir Wal­ter. - Idzie panu o wojnę? - Sze­roko roz­warł wąskie czarne oczy. - Mój drogi panie! Cóż wojna może mieć wspól­nego z magią? Albo magia z wojną? Ow­szem, doszły mnie słu­chy o pań­skim poka­zie w Yorku i mam nadzieję, iż gospo­dy­nie domowe były panu wdzięczne, nie widzę jed­nak zasto­so­wa­nia podob­nej magii na woj­nie! To prawda, żoł­nie­rze cza­sem mocno się bru­dzą, ale, poj­muje pan - wybuch­nął śmie­chem - mają też na gło­wie różne inne sprawy.

Biedny pan Nor­rell! Nie sły­szał opo­wie­ści Draw­li­ghta o tym, jak magiczna służba wyprała ubło­cone pra­nie, i teraz był wstrzą­śnięty. Zapew­nił sir Wal­tera, iż ni­gdy w życiu nie prał bie­li­zny - ani za pomocą magii, ani żad­nym innym spo­so­bem - i opo­wie­dział sir Wal­te­rowi, czego tak naprawdę doko­nał. Nie­stety, choć sztuki magiczne pana Nor­rella zapie­rały dech w pier­siach, potra­fił je opi­sać jedy­nie w typowy dla sie­bie suchy spo­sób, sir Wal­ter odniósł więc wra­że­nie, iż pięć­set kamien­nych figur w kate­rze Yorku prze­ma­wia­ją­cych naraz było wyda­rze­niem nie­szcze­gól­nie cie­ka­wym i że na szczę­ście on był wtedy zupeł­nie gdzie indziej.

- Ach tak? - odparł. - Cóż, to sza­le­nie inte­re­su­jące. Na­dal jed­nak nie rozu­miem, jakim spo­so­bem...

Wtedy ktoś kaszl­nął, a sir Wal­ter natych­miast urwał wywód, jakby chciał posłu­chać.

Pan Nor­rell rozej­rzał się wokół. W naj­dal­szym, mrocz­nym kącie pokoju leżała na sofie młoda kobieta w bia­łej sukni, cia­sno otu­lona bia­łym sza­lem. Spo­czy­wała zupeł­nie bez ruchu. Jedną dło­nią przy­ci­skała chu­s­teczkę do ust. Jej poza, jej bez­ruch, wszystko pozwa­lało się domy­ślać, iż cierpi ból i jest chora.

Pan Nor­rell był dotąd abso­lut­nie prze­ko­nany, że w rogu pokoju nikogo nie ma, dla­tego teraz nie­mal się wystra­szył, jakby dziew­czyna poja­wiła się tam za sprawą magii. Kiedy jej się przy­glą­dał, kobietę chwy­cił długi atak kaszlu, a sir Wal­ter wyglą­dał w tym cza­sie na nie­zwy­kle zakło­po­ta­nego. Nie patrzył na młodą damę (choć jego wzrok bie­gał wszę­dzie po pokoju). Pod­niósł ze sto­lika zło­coną ozdobę, odwró­cił, przyj­rzał się jej spodniej stro­nie, odsta­wił z powro­tem. W końcu kaszl­nął - a wła­ści­wie gło­śno odchrząk­nął, jakby chciał potwier­dzić, że wszy­scy cza­sem kaszlą, że kaszel to naj­na­tu­ral­niej­sza rzecz na świe­cie, że kaszel ni­gdy, w żad­nych oko­licz­no­ściach nie powi­nien być powo­dem do nie­po­koju. Młoda kobieta na sofie leżała cał­kiem nie­ru­chomo i spo­koj­nie, choć wyda­wało się, iż oddy­cha z tru­dem.

Pan Nor­rell prze­niósł spoj­rze­nie z mło­dej damy na wiel­kie, ponure malo­wi­dło nad jej głową i spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie, o czym mówił.

- To zaślu­biny - powie­działa dostojna dama.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam? - Pan Nor­rell nie zro­zu­miał.

Ale dama tylko wska­zała malo­wi­dło ruchem głowy i obda­rzyła pana Nor­rella maje­sta­tycz­nym uśmie­chem.

Obraz na ścia­nie nad młodą damą, jak każdy inny w tym pokoju, przed­sta­wiał Wene­cję. Angiel­skie mia­sta są w więk­szo­ści wznie­sione na wzgó­rzach. Ich ulice wspi­nają się i opa­dają, panu Nor­rel­lowi przy­szło więc do głowy, iż Wene­cja, wznie­siona na morzu, musi być naj­bar­dziej pła­skim, jak rów­nież naj­dziw­niej­szym mia­stem na świe­cie. To wła­śnie pła­skość spra­wiała, iż obraz przy­po­mi­nał ćwi­cze­nie z per­spek­tywy. Posągi, kolumny, kopuły, pałace i kate­dry cią­gnęły się w dal na spo­tka­nie z ogrom­nym, melan­cho­lij­nym nie­bem, a morze, obmy­wa­jące ściany tych budowli, pełne było mister­nie rzeź­bio­nych, zło­co­nych barek i tych prze­dziw­nych wenec­kich łodzi, które nie­zwy­kle przy­po­mi­nają pan­to­fle kobiet w żało­bie.

- Przed­sta­wia sym­bo­liczne zaślu­biny Wene­cji z Adria­ty­kiem - obja­śniła dama (którą możemy uznać za panią Win­ter­towne). - To cie­kawa wło­ska cere­mo­nia. Wszyst­kie obrazy, które pan widzi w tym pomiesz­cze­niu, zostały zaku­pione przez zmar­łego pana Win­ter­towne'a pod­czas jego podróży na kon­ty­nent. A gdy się pobra­li­śmy, ofia­ro­wał je mnie w pre­zen­cie ślub­nym. Malarz, Włoch, był wtedy cał­kiem w Anglii nie­znany. Póź­niej, ośmie­lony zdo­by­ciem pro­tek­tora w oso­bie pana Win­ter­towne'a, przy­je­chał do Lon­dynu.

Jej spo­sób mówie­nia był rów­nie maje­sta­tyczny jak cała jej osoba. Po każ­dym zda­niu mil­czała chwilę, aby zawarta w nim infor­ma­cja mogła wywrzeć na panu Nor­rellu odpo­wied­nie wra­że­nie.

- A kiedy moja droga Emma wyj­dzie za mąż - cią­gnęła - obrazy będą ślub­nym pre­zen­tem ode mnie dla sir Wal­tera.

Pan Nor­rell zapy­tał, czy panna Win­ter­towne i sir Wal­ter zamie­rzają się wkrótce pobrać.

- Za dzie­sięć dni - odparła trium­fal­nie pani Win­ter­towne.

Pan Nor­rell zło­żył powin­szo­wa­nia.

- Jest pan magiem, sir? - zapy­tała pani Win­ter­towne. - Przy­kro mi sły­szeć. To pro­fe­sja, któ­rej szcze­gól­nie nie lubię. - Mówiąc to, patrzyła na niego uważ­nie, jakby sama jej dez­apro­bata miała wystar­czyć, aby pan Nor­rell natych­miast zarzu­cił magię i zna­lazł sobie inne zaję­cie.

Kiedy tego nie uczy­nił, dama zwró­ciła się do przy­szłego zię­cia.

- Moja maco­cha, sir Wal­te­rze, pokła­dała nie­zwy­kłą wiarę w pew­nym magu. Po śmierci ojca był on w naszym domu stale obecny. Wcho­dziło się do cał­kiem pustego pokoju i znaj­do­wało się go w rogu, na wpół skry­tego za kotarą. Albo śpią­cego na sofie w brud­nych butach. Był synem gar­ba­rza i jego gminne pocho­dze­nie rzu­cało się w oczy we wszyst­kim, co czy­nił. Miał dłu­gie, brudne włosy i twarz jak psi pysk, ale sia­dał przy naszym stole jak dżen­tel­men. Moja maco­cha we wszyst­kim mu ustę­po­wała i przez sie­dem lat bez reszty rzą­dził naszym życiem.

- I nie liczył się z pani zda­niem? - zapy­tał sir Wal­ter. - Jestem zasko­czony!

Pani Win­ter­towne roze­śmiała się.

- Mia­łam led­wie osiem czy dzie­więć lat, sir, kiedy to wszystko się zaczęło. Nazy­wał się Dre­am­ditch i nie­ustan­nie powta­rzał, jak bar­dzo się cie­szy, iż może być naszym przy­ja­cie­lem, choć mój brat i ja nie­ustan­nie zapew­nia­li­śmy, że nie uwa­żamy go za przy­ja­ciela. Ale on tylko uśmie­chał się do nas jak pies, który nauczył się uśmie­chać i nie wie, kiedy prze­stać. Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, sir. Moja maco­cha była pod wie­loma wzglę­dami wspa­niałą kobietą. Ojciec darzył ją tak wiel­kim sza­cun­kiem, iż zosta­wił jej sześć­set fun­tów rocz­nie i troje wła­snych dzieci pod opieką. Jej jedyną sła­bo­ścią był nie­roz­sądny brak wiary we wła­sne moż­li­wo­ści. Ojciec uwa­żał, iż w kwe­stiach roz­róż­nia­nia dobra od zła, jak rów­nież w wielu innych, kobiety są równe męż­czy­znom, a ja się abso­lut­nie z nim zga­dzam. Moja maco­cha nie powinna była cedo­wać obo­wiąz­ków opie­kunki na nikogo innego. Choć pan Win­ter­towne zmarł, ja na­dal żyłam.

- Jak naj­bar­dziej, madame - wymam­ro­tał sir Wal­ter.

- A jed­nak - cią­gnęła pani Win­ter­towne - cał­ko­wi­cie zaufała magowi Dre­am­dit­chowi. On zaś nie miał w sobie abso­lut­nie nic magicz­nego, musiał zatem coś wymy­ślić. Wpro­wa­dził zasady, któ­rych mój brat, moja sio­stra i ja mie­li­śmy prze­strze­gać. Zapew­niał maco­chę, iż dzięki temu będziemy bez­pieczni. Nosi­li­śmy fio­le­towe wstążki, obwią­zane cia­sno wokół piersi. W naszym pokoju przy stole nakry­wano dla sze­ściu osób - po jed­nym nakry­ciu dla każ­dego z nas i dla magicz­nych duchów, które wedle Dre­am­dit­cha opie­ko­wały się nami. Powie­dział nam, jak się nazy­wają. Zgad­nie pan jak?

- Nie mam bla­dego poję­cia, madame.

Pani Win­ter­towne się roze­śmiała.

- Koro­neczka, Rudzik Let­nio­mu­chy i Jaskier. Mój brat, sir, który podob­nie jak ja był nie­po­korny, czę­sto krzy­czał przy maco­sze: "Prze­klęta Koro­neczka! Prze­klęty Rudzik Let­nio­mu­chy! Prze­klęty Jaskier!". A ona, biedna, bez­radna kobie­cina, bła­gała żało­śnie, aby prze­stał. Nic nas dobrego ze strony tych duchów nie spo­tkało. Moja sio­stra zacho­ro­wała. Czę­sto, gdy zaglą­da­łam do jej pokoju, zasta­wa­łam tam Dre­am­dit­cha. Gła­dził jej blade policzki i bez­władne ręce swo­imi dłońmi z dłu­gimi, żół­tymi, brud­nymi paznok­ciami. Nie­mal szlo­chał, głu­piec. Ura­to­wałby ją, gdyby potra­fił. Odma­wiał zaklę­cia, ale ona umarła. Była śliczną dziew­czynką. Dłu­gie lata nie­na­wi­dzi­łam maga maco­chy. Dłu­gie lata uwa­ża­łam go za pod­łego czło­wieka, ale w końcu, sir, zro­zu­mia­łam, iż jest po pro­stu żało­snym, god­nym poża­ło­wa­nia głup­cem.

Sir Wal­ter odwró­cił się w fotelu.

- Panno Win­ter­towne! - powie­dział. - Mówiła coś pani, ale nie dosły­sza­łem.

- Emmo? Co takiego?

Z sofy dobie­gło ciche wes­tchnie­nie. Potem dziew­czyna ode­zwała się spo­koj­nym, czy­stym gło­sem:

- Mówi­łam, iż bar­dzo się mama myli.

- Ach tak, kocha­nie? - Pani Win­ter­towne, osoba sta­now­cza i wład­cza, która zwy­kła oznaj­miać swe zda­nie tonem Moj­że­sza prze­ka­zu­ją­cego boskie przy­ka­za­nia, nie była teraz w naj­mniej­szym stop­niu ura­żona sło­wami córki. Wręcz prze­ciw­nie, wyda­wało się, iż była z nich wyraź­nie zado­wo­lona.

- Oczy­wi­ście, że musimy mieć magów - dodała panna Win­ter­towne. - Któż inny obja­śniałby nam dzieje Anglii, a w szcze­gól­no­ści histo­rię angiel­skiej pół­nocy, czar­nego pół­noc­nego Króla? Nasi histo­rycy tego nie umieją. - Umil­kła na chwilę. - Lubię histo­rię - oznaj­miła na koniec.

- Nie wie­dzia­łem - przy­znał sir Wal­ter.

- Ach, sir! - wykrzyk­nęła pani Win­ter­towne. - Droga Emma nie mar­nuje sił na powie­ści jak inne dziew­częta. Czyta lek­tury z prze­róż­nych dzie­dzin. Nie znam innej mło­dej kobiety z taką zna­jo­mo­ścią bio­gra­fii oraz poezji.

- Mam jed­nakże nadzieję - gor­li­wie pod­jął wątek sir Wal­ter, odchy­la­jąc się w fotelu do narze­czo­nej - iż powie­ści rów­nież pani lubi, wtedy bowiem... wie pani... mogli­by­śmy sobie czy­tać na głos. Co pani sądzi o pani Radc­liffe? O madame d'Arblay?

Sir Wal­te­rowi nie było jed­nak dane poznać opi­nii panny Win­ter­towne o tych sza­cow­nych damach, chwy­cił ją bowiem kolejny atak kaszlu, zmu­sza­jąc, aby z widocz­nym wysił­kiem pod­nio­sła się do pozy­cji sie­dzą­cej. Sir Wal­ter cze­kał kilka chwil na odpo­wiedź, ale kiedy kaszel ustał, jego narze­czona poło­żyła się z powro­tem na sofie, zbo­lała i wyczer­pana, po czym zamknęła oczy.

Pan Nor­rell zasta­na­wiał się, czemu nikt nie przy­szedł jej z pomocą. Zupeł­nie jakby sir Wal­ter i pani Win­ter­towne byli w zmo­wie, aby zaprze­czać cho­ro­bie bied­nej dziew­czyny. Nikt nie zapy­tał, czy jej cze­goś nie przy­nieść. Nikt nie zasu­ge­ro­wał, iż winna poło­żyć się do łóżka, co wedle pana Nor­rella, który sam czę­sto sła­bo­wał, byłoby dla niej naj­lep­sze.

- Drogi panie - zwró­cił się do pana Nor­rella sir Wal­ter - na­dal nie rozu­miem, jakiego rodzaju pomoc pra­gnie nam pan zaofe­ro­wać.

- Och, jeśli idzie o szcze­góły - odparł pan Nor­rell - o pro­wa­dze­niu wojny wie­dzę mam rów­nie nikłą, jak gene­ra­ło­wie i admi­ra­ło­wie w kwe­stii magii, jed­nakże...

- Cokol­wiek pan pro­po­nuje - cią­gnął pan Wal­ter - przy­kro mi powie­dzieć, ale na nic się nie zda. Magia nie jest godna powa­ża­nia, sir. Zwy­czaj­nie nie można... - sir Wal­ter szu­kał okre­śle­nia - trak­to­wać jej poważ­nie. Rząd nie może mieć nic wspól­nego z podob­nymi spra­wami. Nawet nasza dzi­siej­sza nie­winna poga­wędka naj­pew­niej odbije nam się czkawką, kiedy ludzie o niej usły­szą. Szcze­rze mówiąc, sza­nowny panie, gdy­bym lepiej poj­mo­wał, z czym pan zamie­rza do mnie przyjść, nie zgo­dził­bym się na spo­tka­nie.

Sir Wal­ter mówił to wszystko z nale­żytą kur­tu­azją, lecz, och, biedny pan Nor­rell! Już samo stwier­dze­nie, iż magii nie można trak­to­wać poważ­nie, było dla niego bole­snym policz­kiem. A usta­wie­nie jego samego w rzę­dzie z Dre­am­dit­chami i Vin­cu­lu­sami tego świata było wprost miaż­dżą­cym cio­sem. Na próżno pro­te­sto­wał, iż od dawna prze­my­śli­wuje, jak przy­wró­cić magii należny sza­cu­nek. Na próżno pro­po­no­wał sir Wal­terowi, że przed­stawi mu długą listę reko­men­da­cji w spra­wie praw­nego ure­gu­lo­wa­nia magii w Anglii. Sir Wal­ter nie chciał niczego oglą­dać. Krę­cił głową, uśmie­chał się i oznaj­mił jedy­nie:

- Oba­wiam się, drogi panie, iż nic nie mogę dla pana uczy­nić.

Kiedy tego wie­czoru pan Draw­li­ght zja­wił się na Hano­ver Squ­are, musiał wysłu­chać lamen­tów pana Nor­rella, iż wszel­kie jego nadzieje na prze­ko­na­nie sir Wal­tera Pole'a o uży­tecz­no­ści magii legły w gru­zach.

- Cóż, drogi panie, czyż nie mówi­łem?! - wykrzyk­nął pan Draw­li­ght. - Ale, och, jakże źle pana potrak­to­wano! Przy­kro mi to sły­szeć. Cho­ciaż nie jestem ani tro­chę zdzi­wiony! Ród Win­ter­towne'ów zawsze ucho­dził za zaro­zu­miały i pyszny!

W natu­rze pana Draw­li­ghta - co z przy­kro­ścią stwier­dzam - leżała jed­nak pewna dwu­li­co­wość i trzeba otwar­cie powie­dzieć, iż nie było mu tak przy­kro, jak dekla­ro­wał. Pokaz nie­za­leż­no­ści Nor­rella ziry­to­wał go i teraz Draw­li­ght zamie­rzał pana Nor­rella uka­rać. W kolej­nym tygo­dniu cho­dzili razem wyłącz­nie na kame­ralne kola­cje, zaś pan Draw­li­ght dopil­no­wał, aby ich gospo­da­rzami byli ludzie moż­li­wie mało zna­czący w towa­rzy­stwie, świe­cie mody i sfe­rze wpły­wów. Pan Draw­li­ght nie posu­nął się oczy­wi­ście aż tak daleko, aby prze­ka­zać panu Nor­rel­lowi zapro­sze­nie od swego szewca albo od star­szej pani, która odku­rzała posągi w Opac­twie West­min­ster­skim. Pan Draw­li­ght sza­co­wał jed­nak, iż tym spo­so­bem pan Nor­rell odnie­sie wra­że­nie, że lek­ce­ważą go nie tylko Pole'owie i panie Win­ter­towne tego świata, ale rów­nież wszy­scy inni. A zatem w końcu poj­mie, kto jest jego praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, i sta­nie się bar­dziej skłonny do poka­zów drob­nych cza­rów, które Draw­li­ght obie­cy­wał już od wielu mie­sięcy.

Takie nadzieje żywił w sercu i takie plany ukła­dał drogi przy­ja­ciel pana Nor­rella. Nie­stety jed­nak mag był tak przy­bity odrzu­ce­niem jego pro­po­zy­cji przez sir Wal­tera, iż nie dostrze­gał zmian w codzien­nych roz­ryw­kach i Draw­li­ght zdo­łał uka­rać wyłącz­nie sie­bie samego.

Teraz jed­nakże, kiedy sir Wal­ter był już dlań nie­osią­galny, pan Nor­rell nabie­rał coraz więk­szego prze­ko­na­nia, iż mini­ster jest wła­śnie tą osobą, któ­rej wspar­cia i pomocy potrze­buje. Sir Wal­ter Pole, czło­wiek wesoły, pełen ener­gii i miły w obej­ściu, sta­no­wił dokładne prze­ci­wień­stwo pana Nor­rella. Dla­tego też, jak rozu­mo­wał mag, sir Wal­ter mógłby osią­gnąć wszystko, co dla niego było nie­moż­liwe. Wpły­wowi ludzie epoki posłu­cha­liby sir Wal­tera.

- Gdyby tylko on posłu­chał mnie - wes­tchnął pan Nor­rell pew­nego wie­czoru, kiedy z Draw­li­gh­tem jedli we dwóch kola­cję. - Cóż, nie umia­łem zna­leźć odpo­wied­nich słów, aby go prze­ko­nać. Oczy­wi­ście żałuję teraz, iż nie popro­si­łem pana albo pana Lascel­lesa, aby mi pano­wie towa­rzy­szyli. Ludzie z wiel­kiego świata wolą roz­ma­wiać z rów­nymi sobie. Teraz to już wiem. Może powi­nie­nem był dać mu mały pokaz magii, zmie­nić fili­żanki w kró­liki albo łyżeczki w złote rybki? Przy­naj­mniej wtedy by mi uwie­rzył. Nie sądzę jed­nak, aby tej star­szej damie się to spodo­bało. Sam nie wiem. Co pan uważa?

Ale Draw­li­ght, który był już prze­ko­nany, iż jeśli można umrzeć z nudów, na niego przyj­dzie koniec w ciągu kwa­dransa, odkrył, że nie ma już sił mówić, i poprze­stał na sła­bym uśmie­chu.