7. "Taka okazja może się więcej nie powtórzyć"
7
"Taka okazja
może się więcej nie powtórzyć"
Październik 1807 roku
- Proszę bardzo! Oto pańska zemsta! - wykrzyknął pan Drawlight,
pojawiając się raptem w bibliotece przy Hanover Square.
- Zemsta? - zdziwił się pan Norrell. - Nie bardzo rozumiem.
- Och! - odparł pan Drawlight. - Narzeczona sir Waltera, panna
Wintertowne, nie żyje. Zmarła dziś po południu. Mieli się pobrać
pojutrze, ale z biedaczki zimny trup. Tysiąc funtów rocznie! Niech pan
sobie przedstawi jego rozpacz! Gdyby zechciała była zaczekać ze zgonem
do końca tygodnia, jakże inaczej wszystko by się potoczyło! Sir Walter
rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, szaleje z desperacji. Nie zdziwiłbym
się, gdybyśmy jutro usłyszeli, iż poderżnął sobie gardło.
Pan Drawlight wsparł dłonie na oparciu porządnego, wygodnego fotela przy
kominku i spoglądając w dół, dostrzegł przyjaciela.
- A, Lascelles! Chowa się pan za gazetą. Jak się pan miewa?
Tymczasem pan Norrell wpatrywał się w pana Drawlighta.
- Mówi pan, iż ta młoda kobieta nie żyje? - powtórzył zdumiony. - Ta
młoda dama, którą widziałem w pokoju u sir Waltera? Nie mogę w to
uwierzyć. Ogromne zaskoczenie.
- Ależ wprost przeciwnie - odparł Drawlight. - To było do przewidzenia.
- No ale ślub! - wykrzyknął pan Norrell. - Wszystkie przygotowania! Nie
mogli przecież nie wiedzieć, jak ciężko jest chora.
- Zapewniam pana - odparł Drawlight - iż wiedzieli. Każdy wiedział!
Pewien człowiek nazwiskiem Drummond widział ją podczas świąt Bożego
Narodzenia na prywatnym balu w Leamington Spa i założył się z lordem
Carlisle o pięćdziesiąt funtów, iż umrze w ciągu miesiąca.
Pan Lascelles skrzywił się z irytacją i odłożył gazetę.
- Nie, nie - zaprotestował. - To nie była panna Wintertowne. Idzie panu
o pannę Hookham-Nix, której brat odgrażał się, iż ją zastrzeli, jeśli
dziewczyna okryje rodzinę wstydem, a wszyscy podejrzewali, że to prędzej
czy później nastąpi. Ale to było w Worthing, i nie lord Carlisle przyjął
zakład, a książę Exmoor.
Drawlight zastanawiał się przez chwilę.
- Chyba ma pan rację - przyznał w końcu. - Ale to i tak bez znaczenia,
bo każdy wiedział, iż panna Wintertowne słabuje. Oczywiście każdy oprócz
starszej pani. Ona uważała córkę za uosobienie Doskonałości, a cóż
Doskonałość może mieć wspólnego ze złym zdrowiem? Doskonałość należy
wyłącznie podziwiać. Doskonałość musi jedynie doskonale wydać się za
mąż. Ale na chorobę Doskonałość nigdy nie dostała od pani Wintertowne
zezwolenia, mowy nawet nie było. Choć panna Wintertowne kasłała, osuwała
się w omdleniu na podłogę, polegiwała na sofie, nigdy nie słyszałem, aby
choć raz zbliżył się do niej doktor.
- Sir Walter otoczyłby ją lepszą opieką - stwierdził Lascelles,
wstrząsając gazetę przed kolejną turą lektury. - O jego polityce można
mówić, co się chce, ale to rozsądny człowiek. Wielka szkoda, iż
dziewczyna nie dotrwała do czwartku.
- Ale drogi panie! - powiedział Drawlight, zwracając się do Norrella. -
Wygląda pan blado i niezdrowo! Wyraźnie wstrząsnęła panem ta śmierć.
Młoda, niewinna istota, a zagasła tak szybko. Jak zawsze, sir, pańska
wrażliwość wspaniale o panu świadczy. Sam również absolutnie podzielam
pańskie zdanie. Na myśl, iż jej młode życie dobiegło kresu tak nagle,
tak brutalnie, niczym młody kwiat zdeptany pod butem... moje serce krwawi,
sir... to wręcz nie do zniesienia. Z drugiej strony jednak była bardzo
chora i prędzej czy później musiała umrzeć, a sam pan opowiadał, iż nie
potraktowała pana zbyt uprzejmie. Wiem, że to nie w modzie tak mówić,
lecz bezwzględnie będę bronić świata, w którym młodzi ludzie szanują
starszych i mądrzejszych, sir. Głęboko pogardzam zuchwałością, tupetem i podobnymi ekstrawagancjami.
Wydawało się jednak, iż pan Norrell nie słyszy pocieszenia, jakie jego
przyjaciel życzliwie mu oferował, a kiedy w końcu się odezwał, zdawało
się, że mówi głównie do siebie, westchnął bowiem głęboko i wymamrotał:
- Nigdy bym nie przypuszczał, iż magia jest tutaj w tak niskim
poważaniu. - Urwał, a potem szybko dodał cichym głosem: - To bardzo
niebezpieczna sprawa, wskrzeszanie zmarłych. Od trzystu lat nikt tego
nie robił. Nie mogę się tego podjąć.
Brzmiało to bardzo osobliwie i pan Drawlight z panem Lascellesem
spojrzeli na przyjaciela z wielkim zdziwieniem.
- W rzeczy samej, sir - potwierdził pan Drawlight - i nikt nie sugeruje,
iż pan powinien.
- Oczywiście, znam te formuły - ciągnął pan Norrell, jakby słowa
Drawlighta w ogóle do niego nie docierały - ale to dokładnie ten rodzaj
magii, z którym walczę! Jego skuteczność zależy od... Zależy w takim
wielkim stopniu... Czyli wynik jest całkowicie nieprzewidywalny... Żaden mag
nie ma mocy, aby go określić. Nie! Nie podejmę próby. Nawet nie będę o tym myślał.
Nastąpiła chwila milczenia. Jednakże mimo postanowienia, aby o tym nie
myśleć, pan Norrell nieustannie poprawiał się na krześle, gryzł
paznokcie, oddychał niespokojnie i przejawiał wszelkie oznaki nerwowego
podniecenia.
- Mój drogi panie - odezwał się ostrożnie pan Drawlight. - Zdaje mi się,
iż zaczynam pojmować, co ma pan na myśli. I muszę przyznać, że wedle
mnie to znakomity pomysł! Idzie panu o wielką magiczną sztukę,
świadectwo pana nadzwyczajnych umiejętności! Ależ, drogi panie! Gdyby
się panu powiodło, wszystkie panie Wintertowne i wszyscy Pole'owie w całej Anglii będą u drzwi pańskiego domu czekali w kolejce, byle tylko
zawrzeć znajomość z niezwykłym panem Norrellem!
- A gdyby pan Norrell poniósł klęskę - zauważył sucho pan Lascelles -
wszyscy w Anglii będą zamykać drzwi przed skompromitowanym panem
Norrellem.
- Mój drogi! - wykrzyknął Drawlight. - Toż to farmazony! Daję słowo, że
dla każdej porażki najłatwiej na tym świecie znaleźć usprawiedliwienie.
Wszak porażki wszyscy nieustannie ponosimy.
Pan Lascelles odparł, iż to nie ma nic do rzeczy, i już zaczęli się
spierać, kiedy z ust ich przyjaciela, pana Norrella, wyrwał się bolesny
okrzyk.
- Boże drogi! Cóż mam teraz począć? Co czynić? Tyle miesięcy pracowałem
w pocie czoła, aby przywrócić mej profesji szacunek w oczach ludzi, a mimo to cały czas mną gardzą! Szanowny panie - zwrócił się do Lascellesa
- pan zna świat, proszę mi powiedzieć...
- Ogromnie żałuję, sir - przerwał mu szybko pan Lascelles - ale mam
zasadę, aby wszelkie opinie zatrzymywać dla siebie. - I powrócił do swej
gazety.
- Drogi panie - powiedział za to Norrellowi Drawlight (który nie czekał,
aż ktoś go zapyta o opinię). - Taka okazja może się więcej nie
powtórzyć. - (Ten wielkiej wagi argument kazał panu Norrellowi ciężko
westchnąć). - I muszę przyznać, iż sam bym sobie nigdy nie wybaczył,
gdybym pozwolił, aby wymknęła się panu z rąk. Za jednym zamachem
przywróci pan żywym tę uroczą młodą damę, o śmierci której nie sposób
wręcz myśleć bez ronienia łez, zacnemu dżentelmenowi przywróci pan
fortunę oraz na wiele pokoleń wskrzesi pan poważanie magii jako potężnej
siły w tym świecie! A gdy dowiedzie pan już swych niezwykłych
umiejętności, jak również ich użyteczności dla kraju i tak dalej, któż
będzie mógł odmówić magom należnego im szacunku i chwały? Będą poważani
w stopniu równym admirałom, dużo bardziej niż generałowie, najpewniej
tak samo jak arcybiskupi i lordowie kanclerze! Całkiem nie byłbym
zdziwiony, gdyby jego wysokość ustanowił natychmiast odpowiednią
hierarchię stopni magów zwyczajnych, magów kanonicznych, magów na
posadzie prywatnej i tak dalej. Pan zaś, drogi panie, zajmowałby pozycję
na samym szczycie tej drabiny jako arcymag! A to wszystko osiągnąłby pan
za jednym zamachem!
Drawlight był zadowolony ze swej przemowy. Lascelles z irytacją
szeleścił gazetą, najwyraźniej miał wiele kontrargumentów, nie mógł ich
jednak ujawnić, gdyż chwilę wcześniej deklarował, iż powstrzymuje się od
wyrażania opinii.
- Nie ma groźniejszej formy czarów! - objaśnił pan Norrell przerażonym
szeptem. - To niebezpieczne i dla maga, i dla obiektu zaklęć.
- Cóż, uważam, sir, iż to pan najlepiej potrafi ocenić
niebezpieczeństwo, gdyż to pan by się na nie narażał. Natomiast obiekt,
jak to pan ujął, nie żyje. Cóż więcej może się dziewczynie stać?
Drawlight czekał chwilę na odpowiedź na to ciekawie zadane pytanie, ale
żadna nie nadeszła.
- Zadzwonię po stangreta - oznajmił i tak właśnie uczynił. - Pojadę
natychmiast na Brunswick Square. Proszę się nie lękać, drogi panie,
spodziewam się, iż nasza oferta spotka się z niezwykle życzliwym
przyjęciem. Wrócę w ciągu godziny!
Kiedy Drawlight pośpiesznie odjechał, pan Norrell siedział przez dobry
kwadrans, po prostu wbijając wzrok przed siebie, i chociaż Lascelles nie
wierzył w magiczne sztuki, które pan Norrell rzekomo miał wkrótce
wykonać (a zatem również w zapowiadane niebezpieczeństwo), teraz cieszył
się, iż nie ogląda tego, co najwyraźniej widział pan Norrell.
Potem pan Norrell wstał, w wielkim pośpiechu zdjął z półek pięć czy
sześć foliałów i otworzył je - przypuszczalnie wyszukiwał fragmenty z poradami dla magów, którzy zamierzali wskrzeszać z martwych młode
kobiety. Skupiał się na tym przez kolejne trzy kwadranse, aż w końcu w holu za drzwiami dało się słyszeć pewne zamieszanie i dżentelmeni w bibliotece najpierw usłyszeli głos pana Drawlighta, a zaraz potem
pojawił się jego właściciel.
- ...największą przysługę na świecie! Jestem doprawdy wielce zobowiązany...
- Pan Drawlight roztańczonym krokiem wszedł do biblioteki, uśmiechając
się szeroko. - Wszystko załatwione, sir! Co prawda sir Walter najpierw
zgłaszał obiekcje, ale już wszystko w najlepszym porządku! Początkowo
prosił, aby przekazać panu od niego wyrazy wdzięczności za życzliwą
troskę, ale nie uważał, by mógł pan pomóc. Odparłem, że jeśli obawia
się, iż rzecz się wyda i cały Londyn będzie o niej rozprawiał, nie musi
się lękać, nie mamy bowiem najmniejszego zamiaru stawiać sir Waltera w kłopotliwym położeniu. Pan Norrell jedynie pragnie mu służyć, zaś ja i Lascelles jesteśmy chodzącą dyskrecją. Ale on odparł, iż nie obawia się
drwin, ludzie bowiem zawsze znajdą powód, aby wyśmiać ministra, idzie mu
jedynie o to, iż woli, aby na razie nie budzić panny Wintertowne ze snu,
z szacunku dla jej obecnego położenia. Drogi sir Walterze! -
wykrzyknąłem - jak pan może tak mówić? Naprawdę uważa pan, iż bogata,
urodziwa młoda dama ochoczo rozstała się z życiem w przeddzień własnego
ślubu, i to z panem jako szczęśliwym oblubieńcem?! Och, sir Walterze! -
powiedziałem - może pan nie wierzyć w magiczne moce pana Norrella, ale
co szkodzi spróbować? Starsza pani Wintertowne natychmiast pojęła, iż to
rozsądna oferta, i dodała własne argumenty. Opowiedziała mi o pewnym
magu, którego znała w dzieciństwie, człowieku o wielkim talencie i oddanym przyjacielu całej rodziny, który przedłużył życie jej siostry o kilka lat ponad to, co przepowiadali doktorzy. Powiadam panu, że nic nie
wyrazi wdzięczności pani Wintertowne za pańską dobroć. Błagała, abym
pana uprosił, by przybył pan niezwłocznie. A sir Walter przyznaje, iż
nie widzi potrzeby odkładania tego w czasie. Kazałem więc Daveyowi, aby
czekał przy wejściu i pod żadnym pozorem nigdzie indziej nie wyjeżdżał.
Och, drogi panie! To będzie noc pojednań! Wszelkie nieporozumienia,
nieszczęśliwe interpretacje jednego czy dwóch niefortunnie dobranych
słów - wszystko to, wszystko odejdzie w niepamięć! Niczym w sztuce
Szekspira!
Panu Norrellowi przyniesiono jesionkę, po czym wsiadł do powozu. Sądząc
po jego zdumionej minie, gdy po otwarciu drzwi pan Drawlight wskoczył i zasiadł po jednej stronie, zaś pan Lascelles natychmiast usiadł
naprzeciwko, pan Norrell nie zamierzał był jechać na Brunswick Square w towarzystwie obu dżentelmenów.
Lascelles rzucił się na siedzenie, pokładając się ze śmiechu. Jak mówił,
w życiu nie słyszał podobnej niedorzeczności, i porównywał wygodną
podróż ulicami Londynu w powozie pana Norrella do przygód z dawnych
francuskich i włoskich bajek, w których głupcy żeglowali w skopkach na
mleko, aby wyłowić odbicie księżyca z dna stawu. Wszystko to mogłoby
głęboko urażać pana Norrella, gdyby tylko jego myśli nie były akurat
pochłonięte czym innym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Jonathan Strange, Historia i praktyka angielskiej magii, t. 1, rozdz. 2, wyd. przez Johna Murraya, Londyn 1816. [wróć]
2. Zwanych bardziej stosownie magami Złotego Wieku. [wróć]
3. Abbey (ang.) - opactwo (przyp. tłum.). [wróć]
4. Anna Stuart, królowa Anglii w latach 1702-1714 (przyp. tłum.). [wróć]
5. John Segundus, Istot magicznych w służbie doktora Pale'a wyczerpujący opis, wraz z ich imionami, historiami, cechami osoby oraz pracami dla niego wykonywanymi, wyd. przez Thomasa Burnhama, księgarza, Northampton 1799. [wróć]
6. Dr Martin Pale (1485-1567) urodził się jako syn garbarza z Warwick. Był ostatnim aureatem, czyli magiem Złotego Wieku. Jego śladem podążyli też inni magowie (patrz: Gregory Absalom), lecz ich reputacja bywa kwestionowana. Pale był bez wątpienia ostatnim angielskim magiem, który wybrał się do Krainy, gdzie żyją istoty magiczne. [wróć]
7. Magowie, jak już wiemy z maksymy Jonathana Strange'a, potrafią kłócić się o wszystko. Od wielu lat spierają się zatem w palącej kwestii, a mianowicie, czy taki a taki wolumin można zaliczyć do ksiąg magii. Większości laików wystarcza prosta reguła: tomy napisane, nim w Anglii przestano uprawiać czary, to księgi magii, wszystko zaś powstałe później to księgi traktujące o magii. Istnieje zasada, z której wywodzi się powyższa prosta reguła, iż księgi magii powinny wyjść spod pióra praktykującego maga, a nie maga zajmującego się teorią czy też historią przedmiotu. Wydawałoby się to zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Nawet tutaj jednak wpadamy w kłopoty. Wielcy mistrzowie i mistrzynie magii, ci, których nazywamy aureatami lub też magami Złotego Wieku (Thomas Godbless, Ralph Stokesey, Catherine z Winchesteru, Kruczy Król), pisali niewiele lub też niewiele ich dzieł się zachowało. Bardzo możliwe, iż Thomas Godbless wcale nie umiał pisać. Stokesey nauczył się łaciny w szkole w swym rodzinnym Devonshire, ale całą wiedzę o nim czerpiemy od innych autorów. Magowie zabrali się za pisanie ksiąg dopiero, gdy magia wchodziła w lata schyłku. Nadciągał mrok, który miał zagasić blask sławy angielskiej magii. Ci magowie, których nazywamy argentynami lub też magami Srebrnego Wieku (Thomas Lanchester, 1518-90; Jacques Belasis, 1526-1604; Nicholas Goubert, 1535-78; Gregory Absalom, 1507-99) przypominali płomyki świec migoczące w zapadających ciemnościach. Byli przede wszystkich uczonymi, a dopiero potem magami. Z całą pewnością przyznawali się do uprawiania magii, niektórzy mieli jedną czy dwie magiczne istoty na służbie, ich dokonania były jednak niewielkie i część współczesnych uczonych podaje w wątpliwość, czy w ogóle umieli posługiwać się magią. [wróć]
8. Ann Radcliffe (1764-1823), angielska poetka, pisarka, autorka romansów sentymentalnych i powieści grozy (przyp. tłum.). [wróć]
9. Pierwszy ustęp przeczytany przez pana Segundusa traktował o Anglii, o magicznej Krainie (którą magowie nazywają czasami "Innymi Ziemiami") i o dziwnym lądzie, który rzekomo leży na dalekim krańcu piekieł. Pan Segundus słyszał to i owo o symbolicznej oraz magicznej więzi łączącej wszystkie trzy terytoria, nigdy jednak nie czytał równie klarownego objaśnienia, czym są. Drugi fragment dotyczył jednego z największych angielskich magów, Martina Pale'a. W Drzewie wiedzy Gregory'ego Absaloma znajduje się słynny ustęp, opisujący jak podczas podróży przez Krainę ostatni z wielkich aureatów, Martin Pale, złożył wizytę księciu tamtych ziem. Jak większość istot jego rasy, książę ów posiadał mnogość imion, tytułów, zwrotów honorowych i przydomków. Zwykle jednak był znany jako Zimny Henry. Zimny Henry przywitał gościa długą, pełną szacunku przemową. Choć roiło się w niej od metafor i niejasnych aluzji, Zimny Henry chciał chyba po prostu powiedzieć, iż istoty magiczne są z natury bezecne i nie zawsze wiedzą, że czynią coś złego. Na co Martin Pale odparł krótko i dość enigmatycznie, iż nie wszyscy Anglicy mają ten sam rozmiar buta. Przez wiele stuleci nikt nie miał pojęcia, jak tłumaczyć sens tych słów, choć wysunięto kilka teorii - John Segundus znał je wszystkie. Najbardziej popularną z nich zaproponował w XVIII wieku William Pantler. Twierdził on, iż Zimny Henry i Pale rozprawiali o teologii. Istoty magiczne (jak wszyscy wiedzą) znajdują się poza władzą Kościoła. Żaden Chrystus nigdy do nich nie zaszedł ani nie zajdzie, a co się z nimi stanie w dniu Sądu Ostatecznego, tego nie wie nikt. Wedle Pantlera Zimny Henry chciał zapytać Pale'a, czy istnieje nadzieja, iż Wieczne Zbawienie może stać się udziałem istot magicznych podobnie jak ludzi. Odpowiedź Pale'a - iż Anglicy różnią się rozmiarem buta - miała oznaczać, że nie wszyscy Anglicy dostąpią zbawienia. Na tej podstawie Pantler przypisuje dalej Pale'owi dość osobliwy pogląd, jakoby rozmiar Nieba pozwalał na pomieszczenie jedynie skończonej liczby Błogosławionych. Za każdego potępionego Anglika otwiera się w niebie miejsce dla istoty magicznej. Reputacja Pantlera jako maga teoretyka opiera się wyłącznie na napisanej przez niego księdze, którą poświęcił tej materii. W Instrukcyach Jacquesa Belasisa pan Segundus przeczytał zgoła inne objaśnienie. Trzy wieki przed wizytą Martina Pale'a w zamku Zimnego Henry'ego księcia odwiedził inny ludzki gość, angielski mag o mocy nawet większej od Pale'a - Ralph Stokesey, który zostawił tam parę butów. Buty, jak pisze Belasis, były stare i najpewniej dlatego Stokesey nie zabrał ich z powrotem, niemniej ich obecność w zamku powodowała ogromną konsternację wszystkich jego magicznych mieszkańców, którzy otaczali angielskiego maga wielką czcią. W szczególnym kłopocie znalazł się Zimny Henry, ponieważ obawiał się, iż jakimś pokrętnym, niezrozumiałym sposobem chrześcijańska moralność może go zechcieć rozliczyć za utratę obuwia przez jego ludzkiego gościa. Usiłował się pozbyć tej straszliwej pary butów i przekazać je Pale'owi, który jednak nie chciał ich przyjąć. [wróć]
10. W starożytnym Rzymie zwycięzcom zdobiono głowy wieńcami z liści wawrzynu. Przed kochanków i wybrańców fortuny podobno rzucano płatki róż. Angielskim magom natomiast dostały się w udziale zaledwie liście zwykłego bluszczu. [wróć]
11. Wielki kościół w Yorku jest zarówno katedrą (czyli kościołem, w którym ustawiony jest tron biskupa), jak i starym kościołem klasztornym (czyli założonym w dawnych wiekach przez misjonarzy). Kościół w Yorku nosił oba miana w różnych okresach. We wczesnych wiekach zwykle nazywano go kościołem klasztornym, dzisiaj jednak mieszkańcy Yorku wolą nazywać go katedrą, gdyż nazwa ta wynosi kościół Yorku ponad kościoły w pobliskich miastach Ripon i Beverley. Ripon i Beverley mają kościoły klasztorne, a nie katedry. [wróć]
12. Takie porwanie opisuje dobrze znana ballada Kruczy Król. Niedługo już, mój ojciec rzekł, Żyć będziesz w naszym świecie. Wie bowiem dobrze Kruczy Król, Gdzie najpiękniejsze kwiecie. Ksiądz też bogactwa lubił, Choć modlił się, w dzwon bił. Na świece trzy dał Kruczy Król, A ksiądz już zgodny był. Zbyt słabo ma kochanka W objęciach mnie tuliła, Wyciągnął dłoń swą Kruczy Król, Westchnęła i puściła. Ta ziemia w oczach blaknie, Na niebie się rozwija, Jak liść w podmuchach wichru drży, Gdy Kruczy Król nas mija. W pamięci miej mnie zawsze I otocz wspomnieniami, Gdy ruszam w dziki Króla tan Wśród wrzosów pod gwiazdami. [wróć]
13. Przykładem przytaczanym przez pana Honeyfoota było morderstwo, do jakiego doszło w 1279 roku w ponurym mieście Alston. Na kościelnym dziedzińcu znaleziono ciało chłopca, powieszone na gałęzi akacji rosnącej u wrót kościoła. Nad wrotami stała figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Mieszkańcy Alston posłali więc do Newcastle, do zamku Kruczego Króla, zaś Kruczy Król wysłał dwóch magów, aby sprawili, że Matka Boska i Dzieciątko Jezus przemówią. I tak się stało - święte postaci zaświadczyły, iż chłopaka zabił obcy człowiek, ale z jakiego powodu, nie wiedziały. Zawsze potem, kiedy w mieście zjawiał się obcy przybysz, mieszkańcy Alston zaciągali go siłą przed kościelne wrota i pytali: "Czy to ten?", ale Matka Boska i Dzieciątko niezmiennie zaprzeczali. Pod stopami Maryi Dziewicy rzeźbiarz umieścił lwa i smoka, które przedziwnie zawijały się jeden wokół drugiego i gryzły się wzajem w karki. Artysta nie widział jednak nigdy lwa ani smoka, znał za to wiele psów i owiec, dlatego coś z natury psa i owcy spłynęło na obie rzeźby. Kiedy tylko jakiegoś obcego biedaka przyprowadzano przed Maryję z Dzieciątkiem, lew i smok przestawały się gryźć i stawały na straży Matki Boskiej oraz małego Jezusa - lew wtedy szczekał, a smok gniewnie beczał. Mijały lata i wszyscy mieszkańcy Alston, którzy mogli pamiętać powieszonego chłopaka, dawno już pomarli, a i jego morderca również najpewniej już nie żył. Ale Maryja i Dzieciątko tak przywykli do wydawania sądów nad każdym nieznajomym w mieście, iż kiedy tylko ich wzrok padał na obcego nieszczęśnika, mówili: "To nie on". Alston zaś zyskało złą sławę miasta pełnego grozy i przerażenia, stąd każdy, kto tylko mógł, omijał je z daleka. [wróć]
14. Aby lepiej zrozumieć postać pana Norrella oraz jego magiczne moce, pan Segundus zasiadł do stworzenia dokładnego opisu wizyty w Hurtfew Abbey. Niestety, okazało się, iż w tym względzie pamięć dziwnie go zawodzi. Za każdym razem, gdy powracał do notatek, odkrywał, że teraz pamięta tamte wydarzenia inaczej. Zawsze kończyło się wykreślaniem słów i całych zdań oraz zapisywaniem nowych, aż w końcu całkowicie zmienił treść pierwotnych zapisków. Po czterech czy pięciu miesiącach był zmuszony sam przed sobą przyznać, iż nie wie już, co pan Honeyfoot powiedział panu Norrellowi ani co pan Norrell odpowiedział, ani co on sam zobaczył w domu Norrella. Ostatecznie doszedł do wniosku, iż jakiekolwiek notatki w tej materii na nic się nie zdadzą i cisnął je wszystkie do ognia. [wróć]
15. Raz znalazł się w pokoju z długowłosym białym kotem lady Bessborough. Miał akurat na sobie tego dnia nienagannie czarny frak i podobne czarne spodnie, dlatego zatrwożyła go wielce obecność kota, który krążył wokół, najwyraźniej chcąc wskoczyć mu na kolana. Drawlight wyczekał, aż kot uzna, iż nikt go nie obserwuje. Wtedy podniósł go z podłogi i wyrzucił przez okno na ulicę. Zwierzę na szczęście przeżyło upadek z drugiego piętra na ziemię, ale miało już potem kłopoty z jedną nogą i zawsze okazywało wrogość wobec czarno odzianych dżentelmenów. [wróć]
16. Czarodzieja Merlina rzekomo uwięziła w drzewie głogu czarodziejka Nimue. [wróć]
17. Pan Lascelles przesadza. Kruczy Król miał najwyżej trzy królestwa. [wróć]
18. Starhouse przeciw Tubbsowi: słynna sprawa rozpatrywana przed kilkoma laty w sądzie w Nottingham. Mieszkaniec hrabstwa Nottingham nazwiskiem Tubbs żywił wielkie pragnienie ujrzenia magicznej istoty. Rozmyślał o nich dniami i nocami, czytał o nich przeróżne dziwne księgi i wbił sobie do głowy, iż jego stangret jest jedną z nich. Stangret (nazwiskiem Jack Starhouse), wysoki, ciemnowłosy człowiek, rzadko się odzywał, co zawstydzało pozostałą służbę, uważającą go przez to za pyszałka. Starhouse, który dopiero niedawno zaczął służyć w domu pana Tubbsa, powiedział chlebodawcy, iż wcześniej był stangretem u pewnego leciwego dżentelmena nazwiskiem Browne w miejscowości Coldmicklehill na północy. Starhouse miał jeden wielki dar: potrafił sprawić, iż każde stworzenie go uwielbiało. Konie zawsze chętnie go słuchały, a kiedy trzymał lejce, nigdy się nie irytowały ani nie niecierpliwiły. Potrafił też wydawać polecenia kotom, których posłuszeństwo zdumiewało wszystkich w hrabstwie Nottingham. Prawił im coś szeptem, a każdy kot zamierał wtedy w bezruchu, zadziwiony, jakby w życiu nie słyszał tak rozsądnie wyłożonej prawdy. Starhouse umiał też sprawić, aby koty tańczyły. Kocury z domu pana Tubbsa, choć równie dumne i dbające o własną godność, jak każde inne koty, na polecenie Jacka Starhouse'a ruszały w dzikie tany, skakały na tylnych łapach i fikały koziołki. Starhouse umiał to sprawić dziwnym wzdychaniem, syczeniem i gwizdami. Jeden ze służących zauważył jednak, iż to wszystko miałoby jakiś sens, gdyby koty na coś się zdały - a tak nie było. Cudowny talent Starhouse'a nie był użyteczny i nie bawił pozostałej służby pana Tubbsa, która tylko czuła się nieswojo. Czy więc poszło właśnie o to, czy o jego niebrzydką twarz z szeroko rozstawionymi oczami, w każdym razie pan Tubbs nabrał pewności, iż Starhouse jest istotą z Krainy i zaczął rozpytywać, na czym polega sekret stangreta. Pewnego dnia wezwał Starhouse'a do swego gabinetu. Oznajmił, iż doszły go wieści, że pan Browne jest ciężko chory. Co więcej, podobno chorował przez cały okres rzekomej służby Starhouse'a i od wielu lat w ogóle nie opuszczał domu. Pan Tubbs był zatem ciekaw, po co był mu stangret. Przez dłuższą chwilę Jack Starhouse milczał. W końcu przyznał, iż nigdy nie pracował u pana Browne'a. Powiedział, że przyjęła go na służbę inna rodzina z okolicy. Pracował ciężko, miejsce było dobre, był zadowolony, ale inni służący go nie lubili. Nie wiedział dlaczego, już mu się to wcześniej przydarzało. Jedna osoba ze służby (kobieta) zmyśliła o nim kłamstwa i go zwolniono. Wiele lat temu widział raz pana Browne'a. Teraz, jak mówił, jest mu bardzo przykro, że nie powiedział prawdy panu Tubbsowi, ale nie wiedział, co począć. Pan Tubbs objaśnił, iż nie ma potrzeby dla dalszych konfabulacji. On wie, że Starhouse jest magiczną istotą, ale uspokajał go, aby się nie obawiał, nikomu bowiem nie zdradzi jego sekretu. Chciał tylko porozmawiać z nim o jego ojczyźnie i magicznych współbraciach. Z początku Starhouse nie rozumiał, o co panu Tubbsowi się rozchodzi, a kiedy zrozumienie w końcu na niego spłynęło, na próżno protestował, że jest zwykłym człowiekiem, Anglikiem. Pan Tubbs już mu nie wierzył. Potem cokolwiek Starhouse robił, dokądkolwiek szedł, pan Tubbs czekał na niego z setką pytań o magiczne istoty i ich Krainę. Starhouse'a tak bardzo to przygnębiało (chociaż pan Tubbs był zawsze wobec niego miły i uprzejmy), iż był zmuszony opuścić jego służbę. Nim znalazł nową posadę, poznał pewnego człowieka w piwiarni w Southwell, który przekonał go, aby pozwał byłego chlebodawcę za zniesławienie. Słynny wyrok uczynił Jacka Starhouse'a pierwszym człowiekiem oficjalnie uznanym przez angielskie prawo za osobę ludzką. Ta osobliwa sprawa nie zakończyła się jednak szczęśliwie ani dla Tubbsa, ani dla Starhouse'a. Tubbsa spotkała kara za jego niewinne pragnienie - za chęć spotkania magicznej istoty. Stał się przedmiotem drwin. Jego wstrętne karykatury zamieszczały gazety w Londynie, w Nottingham, w Derby i Sheffield, zaś sąsiedzi, z którymi przez lata żył w wielkiej przyjaźni i zgodzie, teraz nie chcieli go znać. Starhouse natomiast szybko odkrył, iż nikt nie chce zatrudnić stangreta, który własnego pana pozwał do sądu. Był więc zmuszony przyjmować najgorsze prace i szybko skończył w wielkiej biedzie. Sprawa Starhouse przeciw Tubbsowi jest ciekawa nie tylko dlatego, iż służy jako ilustracja dla szeroko rozpowszechnionego wierzenia, jakoby magiczne istoty całkiem Anglii nie opuściły. Wiele osób jest przekonanych, iż magiczne istoty otaczają nas każdego dnia. Niektóre są niewidzialne, inne zaś podają się za chrześcijan i mogą być nam znane. Uczeni debatują nad tym od wieków, nie doszli jednak do rozstrzygających wniosków. [wróć]
19. Magiczny sługa Simona Bloodwortha zjawił się u niego zupełnie znikąd, zaoferował swe usługi i przedstawił się jako Buckler. Dzisiaj każde angielskie dziecko już wie, iż Bloodworth powinien był lepiej się rozpytać i głębiej zbadać, kim tak dokładnie ów Buckler jest i dlaczego właściwie opuścił magiczną Krainę, aby zostać sługą trzeciorzędnego angielskiego maga. Buckler był bardzo zręczny we wszelkiego rodzaju czarach, a interes Bloodwortha w utrzymującym się z handlu wełną miasteczku Bradford nad rzeką Avon - prosperował. Tylko raz Buckler narobił kłopotu, kiedy w nagłym napadzie gniewu zniszczył książeczkę należącą do kapelana lorda Lovela. Im dłużej Buckler pozostawał w służbie Bloodwortha, tym większej nabierał mocy i pierwszą rzeczą, jaką zrobił, gdy stał się mocniejszy, była zmiana wyglądu: swe brudne szmaty zmienił w porządne odzienie; zardzewiałą parę nożyc, którą ukradł ślusarzowi w miasteczku, zmienił w miecz; jego chuda, plamista, lisia twarz zmieniła się w blade oblicze przystojnego człowieka; nagle też urósł dwie albo trzy stopy. I to właśnie - o czym skutecznie przekonał panią Bloodworth i jej córki - była jego prawdziwa uroda, a ta stara była jedynie skutkiem zaklęcia, w mocy którego długo pozostawał. Rankiem pewnego pięknego majowego dnia 1310 roku, kiedy Bloodworth wyjechał z domu w interesach, pani Bloodworth odkryła, iż w rogu jej kuchni stoi wysoki kredens, choć nigdy wcześniej żadnego kredensu tam nie było. Kiedy zapytała o niego Bucklera, z miejsca odparł, iż to magiczny kredens i sam go tu wstawił. Jak twierdził, zawsze ubolewał, że w Anglii nie praktykuje się powszechnie magii. Przekonywał, iż przykro mu patrzeć, jak pani Bloodworth i jej córki piorą, zamiatają, gotują i sprzątają od świtu do nocy, skoro powinny siedzieć sobie wygodnie na poduszkach w sukniach wyszywanych klejnotami i jeść orzechy w cukrze. Mądrze mówi, pomyślała pani Bloodworth. Buckler opowiadał, jak to wielokrotnie czynił jej mężowi wyrzuty, iż ten nie stara się ułatwić i uprzyjemnić żonie życia. Bloodworth jednak nigdy nie chciał go słuchać. Pani Bloodworth przyznała, iż wcale jej to nie dziwi. Buckler zdradził, że gdyby pani Bloodworth uczyniła krok w głąb kredensu, znalazłaby się w magicznym miejscu, gdzie szybko nauczyłaby się użytecznych zaklęć. Dzięki nim każdą pracę kończyłaby w okamgnieniu, wydawałaby się piękna wszystkim, którzy na nią patrzą, mogłaby wyczarowywać stosy złotych monet, sprawiać, iż mąż byłby jej we wszystkim posłuszny, etc., etc. "A ile jest wszystkich zaklęć?" - chciała wiedzieć pani Bloodworth. "Mniej więcej trzy" - objaśnił Buckler. "A czy trudno się ich nauczyć?" "Ależ skąd! Bardzo łatwo". "A czy długo by to wszystko trwało?" "Nie, niedługo, zdążyłaby pani z powrotem akurat na mszę". Siedemnaście osób weszło tamtego ranka do kredensu Bucklera i nigdy więcej ich w Anglii nie widziano. Wśród nich była pani Bloodworth, jej dwie młodsze córki, dwie służące i dwóch parobków, wuj pani Bloodworth oraz sześcioro sąsiadów. Tylko Margaret Bloodworth, najstarsza córka, odmówiła przejścia. Kruczy Król posłał dwóch magów z Newcastle, aby zbadali sprawę, i to właśnie z ich doniesień znamy tę historię. Głównym świadkiem była Margaret, która opowiedziała, jak po powrocie do domu "mój biedny ojciec umyślnie wszedł do kredensu, aby ratować żonę i córki, choć błagałam, by tego nie robił. Już nigdy z niego nie wyszedł". Dwieście lat później doktor Martin Pale podróżował po Krainie. W zamku Johna Hollyshoesa (wiekowego, potężnego księcia magicznych ziem) odkrył ludzkie dziecko, mniej więcej siedmio- czy ośmioletnie, bledziutkie i wygłodzone. Dziewczynka mówiła, iż nazywa się Anne Bloodworth. Myślała, że przebywa w Krainie mniej więcej od dwóch tygodni. Dano jej robotę do wykonania: umycie wielkiej góry brudnych garnków. Mówiła, że myje je bez przerwy, odkąd tu przybyła, a kiedy skończy, będzie mogła wrócić do domu, do rodziców i sióstr. Uważała, iż pozmywa je wszystkie za dzień czy dwa. [wróć]
20. Francis Sutton-Grove (1682-1765), mag teoretyk. Napisał dwie księgi: De generibus artium magicarum anglorum, 1741, oraz Preskrypcje i deskrypcje, 1749. Nawet pan Norrell, wielki (i jedyny) miłośnik Suttona-Grove'a, uznawał Preskrypcje i deskrypcje (w których autor usiłował wyłożyć podstawowe zasady magii praktycznej) za koszmarnie złe, zaś uczeń pana Norrella, Jonathan Strange, miał tę księgę w tak wielkiej pogardzie, iż podarł swój egzemplarz na kawałki i nakarmił nim osła druciarza (patrz: John Segundus, Żywot Jonathana Strange'a, wyd. John Murray, Londyn 1820). De generibus artium magicarum anglorum zyskało sławę najnudniejszej księgi w kanonie angielskiej magii (do którego trafiło wiele rozwlekłych dzieł). Była to pierwsza podjęta przez Suttona-Grove'a próba zdefiniowania tych obszarów magii, które nowoczesny mag winien objąć studiami. Wedle autora De generibus obszarów tych było 38 945 i wymienił je wszystkie w odpowiednich podrozdziałach. Suttona-Grove'a łączy z panem Norrellem jeszcze jedno: żadna z tych list nie wymienia magii tradycyjnie przypisywanej ptakom czy dzikim zwierzętom; Sutton-Grove celowo wyłącza również te rodzaje magii, które zwyczajowo wymagają uczestnictwa istot magicznych, np. wskrzeszanie umarłych. [wróć]
21. Książę Portland, premier i pierwszy lord skarbu, 1807-09. [wróć]
1. Biblioteka w Hurtfew
1
Biblioteka w Hurtfew
Jesień 1806-styczeń 1807
Pewien czas temu istniało w Yorku towarzystwo magów. Spotykali się w trzecią środę każdego miesiąca i czytali sobie wzajem długie, nudne
wydane drukiem prace na temat historii angielskiej magii.
Byli to magowie dżentelmeni, co oznacza, iż żaden z nich magią nigdy nie
wyrządził drugiemu krzywdy - ale też ani odrobinę żadnemu nie pomógł.
Prawdę mówiąc, żaden z tych magów nigdy nie rzucił nawet najmniejszego
czaru, nie wprawił zaklęciem w drżenie ani jednego listka, nie poruszył
nawet pyłku kurzu, nie trącił nikomu ani jednego włosa na głowie. Z wyjątkiem tego drobnego zastrzeżenia magowie z towarzystwa cieszyli się
reputacją najmędrszych, najbieglejszych w magii dżentelmenów w hrabstwie
Yorkshire.
Pewien wielki mag powiedział kiedyś o swej profesji, iż ci, którzy ją
praktykują, "muszą się nieźle natrudzić, aby wbić sobie do głowy choćby
odrobinę wiedzy, za to kłótnie i swary zawsze przychodzą im bez
najmniejszego kłopotu"1, zaś magowie z Yorku przez wiele lat
dowodzili prawdziwości tych słów.
Jesienią 1806 roku do ich towarzystwa wstąpił pewien dżentelmen
nazwiskiem John Segundus. Podczas pierwszego spotkania z jego udziałem
pan Segundus powstał i przemówił do zebranych. Zaczął od
skomplementowania pozostałych dżentelmenów za nieprzeciętną historię
towarzystwa. Wymienił wielu sławnych magów i historyków, którzy w swym
czasie należeli do zgromadzenia z Yorku. Nadmienił, iż istnienie
towarzystwa było dla niego niemałą zachętą do zamieszkania w tym
mieście. Magowie z północy Anglii, jak przypomniał zebranym, zawsze
cieszyli się większym szacunkiem niż ich szanowni koledzy z południa.
Pan Segundus zdradził też, że studiuje magię od wielu lat i zna historie
wszystkich wielkich magów z dawnych wieków. Czyta nowe publikacje w tej
materii, a nawet sam wydał drukiem to i owo, ostatnio jednak zaczął się
zastanawiać, dlaczego wielkie magiczne dokonania, o których czytywał,
pozostają martwe na kartach książek i nie widuje się ich już dziś na
ulicach ani nie wspomina o nich w gazetach. Pan Segundus chciałby
wiedzieć, czemu współcześni magowie nie umieją sami uprawiać magii, o której piszą. W skrócie, pragnąłby się dowiedzieć, dlaczego w Anglii
magii się już nie praktykuje.
Było to najzwyklejsze pytanie na świecie. Pytanie, jakie prędzej czy
później każde dziecko w królestwie Anglii zadaje guwernantce,
nauczycielowi czy rodzicom. Uczonym członkom towarzystwa nie podobało
się jednak, iż pytanie takie padło, a to z tej prostej przyczyny, że
sami również nie znali na nie odpowiedzi.
Prezes towarzystwa (doktor Foxcastle) zwrócił się do Johna Segundusa i objaśnił, iż to pytanie niewłaściwe.
- Zakłada bowiem, że na magach spoczywa niejako obowiązek uprawiania
magii, a to czysty absurd. Nie sugeruje pan, jak mniemam, iż zadaniem
botaników jest wymyślanie nowych kwiatów? Albo że astronomowie mają się
trudzić zmianą pozycji gwiazd na niebie? Magowie, szanowny panie,
studiują magię, jaką uprawiano przed laty. Niby czemu oczekiwać od nich
więcej?
Starszy dżentelmen o bladobłękitnych oczach, w stroju podobnie bladej
barwy (nazwiskiem Hart albo Hunt - pan Segundus nie dosłyszał)
powiedział równie bladym głosem, iż nie ma najmniejszego znaczenia, czy
ktokolwiek tego oczekuje. Dżentelmenowi bowiem nie przystoi uprawiać
magii. Magią trudnią się uliczni guślarze, aby skubać dzieci z miedziaków. Magia (w sensie praktycznym) jest już sztuką upadłą.
Uprawianą w półświatku. Najlepszą przyjaciółką zarośniętych łachudrów,
cyganów, włamywaczy. Bywalców podejrzanych spelunek za brudnymi żółtymi
zasłonkami. O, nie! Dżentelmen nigdy się magią nie para. Dżentelmen może
studiować historię magii (nie ma nic szlachetniejszego), ale sam jej w żadnym razie nie uprawia. Starszy pan posłał panu Segundusowi słabe
spojrzenie zatroskanego ojca i wyraził nadzieję, iż pan Segundus nie
próbuje rzucać zaklęć.
Pan Segundus poczerwieniał.
Po raz kolejny okazała się jednak prawdziwa słynna maksyma magów: jeśli
dwóch magów - w tym wypadku doktor Foxcastle i pan Hunt czy też Hart - w czymś się zgadza, zawsze dwóch innych jest dokładnie przeciwnego zdania.
Kilku z obecnych tam dżentelmenów przyznało, iż są całkowicie zgodni z panem Segundusem i że w całej nauce o magii nie ma ważniejszego
zagadnienia. Jednym z głównych popleczników pana Segundusa był
dżentelmen nazwiskiem Honeyfoot, miły, przyjazny jegomość w wieku lat
pięćdziesięciu pięciu, o rumianej twarzy i siwych włosach. W miarę jak
zebrani coraz bardziej się zacietrzewiali, a doktor Foxcastle kierował
ku panu Segundusowi coraz bardziej sarkastyczne komentarze, pan
Honeyfoot zwracał się do tego drugiego wielokrotnie, dodając mu szeptem
otuchy takimi słowy jak: "Niech pan nie zwraca na nich uwagi, proszę
trwać przy swym zdaniu" oraz "Trafił pan w sedno! Doprawdy! To właśnie
niezadanie odpowiedniego pytania powstrzymywało wcześniej nasz rozwój.
Teraz, z panem w naszym gronie, dokonamy rzeczy wielkich".
Słowa te John Segundus przyjmował z wdzięcznością, choć był wyraźnie
wstrząśnięty.
- Obawiam się, iż nie zaskarbiłem sobie ich sympatii - wyszeptał do pana
Honeyfoota. - Nie miałem takiego zamiaru. Żywiłem nadzieję, iż panowie
się ze mną zgodzą.
Z początku pan Segundus był skłonny zachowywać spokój, w końcu jednak
oburzyła go pewna szczególnie zjadliwa tyrada doktora Foxcastle'a.
- Nasz nowy szanowny kolega - powiedział doktor Foxcastle, mrożąc pana
Segundusa lodowatym spojrzeniem - wydaje się przekonany, iż powinniśmy
podzielić nieszczęsny los towarzystwa magów z Manchesteru!
Pan Segundus nachylił się do pana Honeyfoota i przyznał:
- Nie spodziewałem się, iż magowie z Yorkshire będą tacy zawzięci. Jeśli
magia nie może liczyć na przyjaciół w hrabstwie Yorku, to gdzie można
ich znaleźć?
Życzliwość pana Honeyfoota wobec pana Segundusa nie skończyła się na
zebraniu. Zaprosił go do swego domu przy High Petergate na dobrą kolację
w towarzystwie pani Honeyfoot i swych trzech uroczych córek, a pan
Segundus, niezbyt zamożny kawaler, chętnie zaproszenie przyjął. Po
kolacji pani Honeyfoot zagrała na fortepianie, zaś panna Jane zaśpiewała
po włosku. Nazajutrz pani Honeyfoot wyraziła przed mężem obawę, iż choć
John Segundus posiada wszelkie cechy dżentelmena, nie przyniesie mu to
korzyści, nie są bowiem dziś w modzie ludzie skromni, cisi i dobrego
serca.
Zażyłość między oboma panami rosła z dnia na dzień. Pan Segundus już
wkrótce spędzał dwa, trzy wieczory w tygodniu w domu przy High
Petergate. Pewnego razu zastał tam całkiem sporą grupę młodzieży, co
naturalnie zakończyło się tańcami. Lecz nawet w podobnie uroczych
okolicznościach pan Honeyfoot i pan Segundus często wymykali się razem,
aby dyskutować o tym, co ich obu naprawdę interesowało - mianowicie
dlaczego w Anglii nie uprawia się już czarów. Rozmowy (często do drugiej
czy trzeciej nad ranem) nie przynosiły jednak żadnej odpowiedzi. I może
nie było to wcale takie dziwne, wszyscy magowie, antykwariusze i uczeni
stawiali bowiem to pytanie od ponad dwustu lat.
Pan Honeyfoot był wysokim, wesołym, niezmiennie uśmiechniętym
dżentelmenem z wielką energią do działania. Lubił mieć jakieś zajęcie
albo coś planować, rzadko jednak zastanawiał się nad celem swoich
poczynań. Pochylając się nad obecnym zadaniem, poczuł w sobie ducha
wielkich średniowiecznych magów2, którzy stając przed jakimś
niemożliwym do rozwiązania problemem, wybierali się w podróż na rok i jeden dzień w towarzystwie kilku sług - istot magicznych, które były im
przewodnikami w drodze. Na koniec zaś wracali, nadal nie znalazłszy
odpowiedzi. Pan Honeyfoot zdradził panu Segundusowi, iż jego zdaniem
wprost wspaniale byłoby podążyć śladem owych wielkich mężów, z których
część w wiekach średnich zaszyła się w najodleglejszych zakątkach
Anglii, Szkocji i Irlandii (gdzie magia jest najsilniejsza), inni
natomiast rozjechali się po świecie i nikt nie ma pewności, dokąd się
udali ani czym się później zajmowali. Pan Honeyfoot bynajmniej nie
sugerował aż tak dalekiej wyprawy - wręcz nie chciał się zbytnio oddalać
od domu, ponieważ nastała zima i drogi były w opłakanym stanie. Upierał
się niemniej, iż powinni dokądś się udać i u kogoś zasięgnąć rady.
Przyznał panu Segundusowi, że wedle niego obaj stracili świeżość
spojrzenia, stąd też opinia uczonego z zewnątrz przyniosłaby nieocenione
korzyści. Nie nasuwał się jednak żaden cel podróży. Pan Honeyfoot wpadał
już w rozpacz - ale wtedy przypomniał sobie o pewnym magu.
Kilka lat wcześniej do towarzystwa dotarła wieść, jakoby w Yorkshire żył
pewien nieznany innym mag. Mieszkał w odległej części hrabstwa, gdzie
(podobno) całe dnie i noce studiował magiczne księgi w swej wspaniałej
bibliotece pełnej białych kruków. Doktor Foxcastle zdołał ustalić, jak
ów mag się nazywa i gdzie go można odnaleźć. Napisał uprzejmy list
zapraszający go w poczet członków towarzystwa magów z Yorku. Mag
odpisał, dziękując za ów wielki zaszczyt, wyrażał jednak ubolewanie:
żadną miarą nie może - York i Hurtfew Abbey dzieli zbyt wielka
odległość, drogi są nie najlepsze, nagląca praca wymaga jego stałej
obecności i tak dalej, i tak dalej.
Magowie z Yorku przeczytali jego odpowiedź i gremialnie wyrazili
wątpliwość, czy ktokolwiek kreślący tak drobne litery może być w ogóle
przyzwoitym magiem. Następnie - nieco żałując, iż nie będzie im dane
obejrzeć wspaniałej biblioteki pełnej białych kruków - całkiem przestali
zaprzątać sobie nieznajomym magiem głowę. Jak jednak zauważył pan
Honeyfoot w rozmowie z panem Segundusem, pytanie "Dlaczego w Anglii nie
uprawia się magii?" miało tak wielką wagę, iż nie można było lekceważyć
żadnego tropu. Kto wie, może ten mag miałby coś ciekawego do
powiedzenia? Pan Honeyfoot napisał zatem list powiadamiający, iż on sam
wraz z panem Segundusem będą mieli zaszczyt złożyć magowi wizytę w trzeci wtorek po świętach Bożego Narodzenia o pół do trzeciej po
południu. Rychło nadeszła odpowiedź. Pan Honeyfoot, jak zwykle
dobroduszny i uczynny, natychmiast posłał po pana Segundusa i pokazał mu
list. Drobnym charakterem pisma mag powiadamiał, iż cieszy się na
spotkanie. To wystarczyło. Pan Honeyfoot był wielce zadowolony i natychmiast udał się do Watersa, woźnicy, by zapowiedzieć, kiedy będzie
potrzebny.
Pan Segundus został sam w pokoju z listem w dłoni. Przeczytał:
"Przyznam, iż jestem nieco zdumiony tym niespodzianym zaszczytem. Trudno
uwierzyć, iż magowie z Yorku, którzy tak znakomicie czują się w swym
towarzystwie i dzielą się wzajem mądrością we własnym gronie, czują
potrzebę wysłuchania zdania uczonego zamkniętego w swej samotni jak
ja...".
W liście dało się wyczuć subtelną nutę sarkazmu. Jego autor każdym
słowem podkpiwał z pana Honeyfoota. Pan Segundus był rad, iż pan
Honeyfoot nie odczytał ukrytej ironii i w tak dobrym nastroju pośpieszył
rozmówić się z Watersem. W istocie list był do tego stopnia
nieprzyjemny, iż pan Segundus stracił wszelką ochotę na wyprawę do
nieznajomego maga. Cóż, jednak muszę jechać, pomyślał, ponieważ tego
życzy sobie pan Honeyfoot, a poza tym co wielkiego może się stać?
Porozmawiamy, spotka nas rozczarowanie i tyle.
W przeddzień wizyty u maga pogoda była paskudna. Na gołych brunatnych
polach deszcz utworzył długie bajora o poszarpanych brzegach. Mokre
dachy przypominały lustra z zimnego szlifowanego kamienia. A kolaska
pana Honeyfoota jechała przez świat, w którym stalowego, złowróżbnego
nieba było znacznie więcej niż zwykle, zaś bezpiecznego gruntu pod
nogami znacznie mniej.
Od pamiętnego pierwszego wieczoru pan Segundus zamierzał zapytać pana
Honeyfoota o Uczone Towarzystwo Magów z Manchesteru, o którym wspomniał
doktor Foxcastle. Zagadnął go więc teraz.
- Towarzystwo manchesterskie założono całkiem niedawno - objaśnił pan
Honeyfoot. - Należeli do niego niezamożni duchowni, a także szanowani
byli kupcy, aptekarze, prawnicy, jak również emerytowani fabrykanci,
którzy liznęli trochę łaciny i innych mądrości. Wszystkich ich można by
określić wspólnym mianem "półdżentelmenów". O ile mnie pamięć nie myli,
doktor Foxcastle ucieszył się, kiedy ich towarzystwo rozwiązano. Uważał,
iż osoby tego pokroju nie mają prawa parać się magią. Było pośród nich
jednak parę tęgich głów. Podobnie jak pan postawili sobie za cel
przywrócenie światu magii praktycznej. Sami byli ludźmi o praktycznym
nastawieniu do życia i chcieli zastosować do magii zasady logiki oraz
nauki, tak jak każdy z nich czynił to wcześniej w swym dawnym fachu.
Nazywali to "cudotwórstwem racjonalnym". Kiedy jednak nie podziałało,
rozczarowali się, zniechęcili. Cóż, nie można ich winić. Pozwolili
jednak, aby rozczarowanie zawiodło ich na manowce. Zaczęli sądzić, iż
magia w ogóle nie istnieje i nie istniała nigdy. Twierdzili, że magowie
Złotego Wieku byli oszustami albo sami zostali oszukani. I że Kruczego
Króla wymyślili Anglicy z północy w obronie przed tyranią południa.
Takie myślenie było bliskie ich sercu, ponieważ sami pochodzili z północnej Anglii. O, argumenty mieli bardzo sprytne, nie pamiętam już
jakim sposobem tłumaczyli istnienie magicznych istot. Jak już mówiłem,
ich towarzystwo się rozwiązało, a jeden z nich, chyba nazwiskiem Aubrey,
zamierzał całą tę historię spisać i wydać drukiem. Kiedy się za to
zabrał, opadła go jednak nieprzemijająca melancholia, i nie miał sił
zasiąść do pisania.
- Biedaczysko - westchnął pan Segundus. - Może to kwestia czasów? Nasz
wiek nie sprzyja magii ani nauce, prawda? Prosperują rzemieślnicy,
marynarze, politycy, ale nie ludzie magii. Nasz czas przeminął. -
Zamyślił się na chwilę. - Trzy lata temu - odezwał się znowu - poznałem
w Londynie pewnego ulicznego maga, wędrownego sztukmistrza, człowieka
jak ci zza żółtych zasłonek. Miał na ciele dziwne przebarwienia.
Nakłonił mnie, abym rozstał się ze sporą sumą pieniędzy, a w zamian
przyrzekł zdradzić mi wielki sekret. Kiedy mu zapłaciłem, oznajmił, iż
pewnego dnia dwóch magów przywróci Anglii magię. Naturalnie w żadnej
mierze nie wierzę w przepowiednie, jednakże to właśnie refleksja nad
tymi słowami pchnęła mnie do odkrycia prawdy o naszym upadłym stanie.
Czy to nie dziwne?
- Ma pan całkowitą rację, przepowiednie to wierutne bzdury - odparł pan
Honeyfoot ze śmiechem. A potem, jakby przyszło mu to raptem do głowy,
zauważył: - My jesteśmy dwoma magami. Honeyfoot i Segundus. -
Wypowiedział oba nazwiska z namaszczeniem, jakby sprawdzał, jak będą
prezentować się obok siebie w gazetach i podręcznikach historii. -
Honeyfoot i Segundus. Brzmi doskonale.
Pan Segundus pokręcił głową.
- Tamten jegomość wiedział, czym się param, i należałoby się spodziewać,
iż będzie mnie przekonywał, że to ja jestem jednym z tej dwójki. Ale on
całkiem wyraźnie zaznaczył, iż to nie o mnie. Z początku wydawało się
jednak, że nie był pewien. Coś we mnie dostrzegł... Kazał mi napisać moje
nazwisko i przyglądał mu się dobrą chwilę.
- Najpewniej się zorientował, iż więcej pieniędzy od pana nie wyciągnie
- stwierdził pan Honeyfoot.
Hurtfew Abbey leżało jakieś czternaście mil na północny zachód od Yorku.
Dumnie brzmiąca nazwa nie odzwierciedlała jednak stanu obecnego. Opactwa
nie było tam od dawna3. Obecną rezydencję wybudowano za panowania
królowej Anny4. Była okazałą, staroświecką, solidną budowlą. Stała
otoczona pięknym parkiem pełnym upiorów mokrych drzew (dzień bowiem był
dość mglisty). Przez park płynęła rzeczka (zwana Hurt), nad którą
przerzucony był klasycystyczny mostek.
Mag, do którego przyjechali (nazwiskiem Norrell), czekał na gości w holu. Był drobnej budowy, niski jak króciutkie kreślone przez niego
litery, a jego głos, gdy powitał ich w Hurtfew, brzmiał cicho, jakby
jego właściciel nie przywykł do głośnego wypowiadania myśli. Pan
Honeyfoot, który był nieco przygłuchy, nie dosłyszał.
- Starzeję się, sir, powszechna dolegliwość. Mam nadzieję, iż nie straci
pan do mnie cierpliwości.
Pan Norrell zaprowadził gości do okazałego salonu, w którym nie paliły
się żadne świece. Wprawdzie w kominku płonął raźno ogień, a przez dwa
wielkie okna wpadało dużo światła, ale było to światło ponure, dalekie
od wesela. Pan Segundus nieustannie miał wrażenie, iż w pokoju płoną
polana w jeszcze jednym kominku lub palą się świece, dlatego stale
obracał się na krześle i rozglądał, próbując odnaleźć owo źródło
światła. Jego wzrok na żadne jednak nie natrafiał - jedynie na lustro i stary zegar.
Pan Norrell wyznał, iż czytał dokładny opis istot magicznych oraz ich
zadań w służbie Martina Pale'a, księgę pióra pana Segundusa5.
- Godne uznania dzieło, sir, nie wspomniał pan jednakże o mistrzu
Fallowthoughcie. Naturalnie był ledwie pomniejszą istotą magiczną, a jego użyteczność dla wielkiego doktora Pale'a stała pod znakiem
zapytania6. Niemniej pana drobny opis jest niepełny bez jego
postaci.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Magiczna istota zwana Fallowthought, sir? - zapytał pan Segundus. -
Osobiście... To znaczy... Przyznam, iż nigdy o kimś takim nie słyszałem, w tym świecie ani w żadnym innym.
Pan Norrell po raz pierwszy się uśmiechnął, choć uśmiechem jakby
wsobnym, skierowanym do wewnątrz.
- Oczywiście - powiedział. - Stale zapominam. O tym wszystkim traktuje
dzieło Holgartha i Pickle'a, historia ich własnych kontaktów z mistrzem
Fallowthoughtem, a trudno, aby pan ją czytał. Moje powinszowania
zresztą, para z nich była paskudna, bardziej przestępcy niż istoty
magiczne, im mniej kto o nich słyszał, tym lepiej.
- Ach, sir! - wykrzyknął pan Honeyfoot, podejrzewając, iż pan Norrell
odnosi się do jednej z ksiąg w swym posiadaniu. - Słyszeliśmy cuda o pańskiej bibliotece. Wszyscy magowie z Yorkshire zzielenieli z zazdrości, kiedy usłyszeli o tak wielkiej liczbie tomów na pańskich
półkach!
- Ach tak? - odparł chłodno pan Norrell. - Zaskakuje mnie pan. Nie
miałem pojęcia, iż tyle o mnie wiadomo... Podejrzewam, że za sprawą
Thoroughgooda - dodał w zamyśleniu, mając na myśli sprzedawcę książek i osobliwości przy Coffee Yard w Yorku. - Childermass ostrzegał mnie
wielokrotnie, iż Thoroughgood to gaduła.
Pan Honeyfoot nie całkiem rozumiał. Gdyby to on miał taką liczbę ksiąg
magii, uwielbiałby o nich rozprawiać, przyjmować pochwały oraz wyrazy
podziwu dla tej całej zgromadzonej mądrości. Nie mógł uwierzyć, że pan
Norrell aż tak się od niego różni. Chcąc zatem zachować się uprzejmie,
aby pan Norrell nie czuł skrępowania (był bowiem przekonany, iż
gospodarz jest nieśmiały), nalegał:
- Czy wolno mi będzie wyrazić, sir, życzenie obejrzenia pańskiej
wspaniałej biblioteki?
Pan Segundus był przekonany, iż Norrell odmówi, ale ten wpatrywał się w nich dłuższą chwilę (wydawało się, że jego małe niebieskie oczy zerkają
na nich z jakiegoś tajemnego miejsca we wnętrzu jego ciała), a potem,
niemal łaskawie, zgodził się spełnić życzenie pana Honeyfoota. Panu
Honeyfootowi wprost trudno było wyrazić wdzięczność i niezwykle był rad,
iż zadowolił zarówno pana Norrella, jak i siebie samego.
Pan Norrell poprowadził obu dżentelmenów korytarzem. Całkiem zwykłym,
pomyślał pan Segundus. Ściany i podłoga, wyłożone deskami z polerowanego
dębu, pachniały pszczelim woskiem. Były też schody, a właściwie trzy czy
cztery stopieńki, a potem kolejny korytarz, gdzie powietrze było dziwnie
chłodniejsze, zaś na posadzce leżały płyty z porządnego okolicznego
kamienia, wszystko całkiem pospolite. (A może drugi korytarz następował
przed schodami czy też stopieńkami? I czy w ogóle były tam jakieś
schodki?). Pan Segundus należał do tych szczęśliwych osób, które zawsze
potrafią stwierdzić, czy patrzą na północ, na południe, na wschód czy na
zachód. Talent ten nie był dla niego powodem do szczególnej dumy,
przychodził mu naturalnie, jak świadomość, że głowa zawsze spoczywa na
ramionach, a jednak w domu pana Norrella dar ten całkowicie go opuścił.
Nigdy potem nie potrafił odtworzyć w myślach kolejności korytarzy i pomieszczeń, którymi przechodzili, ani też ocenić, jak długo szli do
biblioteki. Nie umiał także określić geograficznego kierunku. Miał
wrażenie, jakby pan Norrell odkrył jakiś piąty punkt kompasu - nie
wschód, nie południe, nie zachód i nie północ, ale jakiś zupełnie inny
kierunek i właśnie tam ich prowadził. Pan Honeyfoot natomiast zupełnie
nie zauważał, aby działo się cokolwiek dziwnego.
Biblioteka była może odrobinę mniejsza od salonu, który właśnie
opuścili. W kominku majestatycznie płonął ogień, a całe pomieszczenie
było przytulne i ciche. Tutaj również światła wypełniającego salę było
więcej, niż mogło wpadać przez trzy wysokie okna o dwunastu szybkach,
pan Segundus zatem kolejny raz poczuł się nieswojo. Miał nieodparte
poczucie, iż w pokoju jest jeszcze jakiś otwór okienny albo inny
kominek. Widoczne okna wychodziły na rozległą przestrzeń zalewaną
strugami szarego angielskiego deszczu, pan Segundus nic zatem nie umiał
za nimi dostrzec ani też zgadnąć, w której części domu się znajdowali.
Nie byli w bibliotece sami. Przy stole siedział pewien człowiek, który
wstał, gdy weszli. Pan Norrell lakonicznie przedstawił go jako
Childermassa, swego zarządcę.
Panom Honeyfootowi i Segundusowi, również magom, nie trzeba było
objaśniać, iż biblioteka Hurtfew Abbey jest dla jej właściciela
bezcenna, droższa niż wszelkie inne bogactwa, jakie mógł posiadać. Nie
byli też zdziwieni wiadomością, że pan Norrell skonstruował bibliotekę
niczym przepiękną szkatułę, która miała skrywać najdroższe jego sercu
skarby. Wykonane z angielskiego drewna regały z foliałami ustawione
wzdłuż ścian przypominały gotyckie łuki bogate w rzeźbienia. Były tam
rzeźbione liście (suche i skręcone, jakby artysta w zamierzeniu
przedstawiał jesień), splatające się korzenie i gałęzie, jagody oraz
pnącza - wszystko misternie wykonane. Piękno regałów było jednak niczym
w porównaniu ze wspaniałością ksiąg.
Pierwszą rzeczą, jakiej dowiaduje się uczeń sztuki magicznej, jest to,
iż istnieją księgi o magii i księgi magii. A w drugiej kolejności uczy
się, że całkiem przyzwoity egzemplarz z tej pierwszej kategorii dostanie
za dwie czy trzy gwinee u dobrego księgarza, te drugie foliały warte są
zaś więcej niż rubiny i szmaragdy7. Księgozbiór towarzystwa
magów z Yorku uważano za wręcz zdumiewająco zasobny. Pośród wielu tomów
w posiadaniu zgromadzenia znajdowało się pięć dzieł napisanych między
rokiem 1550 a 1700, które całkiem słusznie można by nazwać księgami
magii (choć jedna z nich była w istocie zbiorem ledwie kilku
poszarpanych kart). Księgi magii są rzadkie i ani pan Segundus, ani pan
Honeyfoot w żadnej prywatnej bibliotece nie widzieli dotąd więcej niż
dwóch czy trzech. W Hurtfew natomiast wzdłuż wszystkich ścian od podłogi
po sklepienie stały regały z półkami uginającymi się od ksiąg. Wszystkie
te foliały, albo prawie wszystkie, były stare. Stare księgi magii. Och,
oczywiście wiele z nich miało nowoczesne oprawy, ale z całą pewnością to
pan Norrell oddał je introligatorowi do ponownego oprawienia
(najwyraźniej gustował w woluminach oprawnych w cielęcą skórę, z tytułami wyciśniętymi zgrabnymi srebrnymi kapitalikami). Wiele tomów
jednakże było starych, stareńkich, z kruszącymi się grzbietami i rogami.
Pan Segundus spojrzał na grzbiety ksiąg na najbliższej półce. Pierwszy
tom nosił tytuł Jak Ciemności pytania stawiać i odpowiedzi czytać
właściwie.
- Mądrości wiele w tej księdze nie ma - zauważył pan Norrell.
Pan Segundus drgnął. Nie wiedział, iż gospodarz stoi tak blisko.
Pan Norrell ciągnął:
- Radziłbym nie tracić na nią czasu.
Pan Segundus spojrzał zatem na kolejny tom, Instrukcye Belasisa.
- Znają panowie Belasisa, jak mniemam? - zapytał pan Norrell.
- Jedynie o nim słyszałem - odparł pan Segundus. - Mówią, iż znał
odpowiedzi na wiele pytań, ale dotarło również do mnie, i wszyscy się co
do tego zgadzali, że wszelkie egzemplarze Instrukcyj zniszczono dawno
temu. A tu proszę! To nadzwyczajne, proszę pana! Zdumiewające!
- Widzę, iż po Belasisie wiele się pan spodziewa - odparł Norrell - i kiedyś absolutnie podzielałem pańskie zdanie. Pamiętam, jak przez wiele
miesięcy na studiowanie jego dzieł poświęcałem osiem godzin z każdych
dwudziestu czterech. Żadnego innego autora nigdy nie spotkał z mej
strony taki komplement. Ostatecznie jednak Belasis okazał się
rozczarowujący. Jest nadmiernie mistyczny tam, gdzie powinien być
klarowny, a klarowny tam, gdzie powinien być niejasny. Pewnych rzeczy
nie należy ujawniać drukiem przed całym światem. Osobiście zatem nie
darzę Belasisa zbyt wielkim poważaniem.
- A o tej księdze nigdy nawet nie słyszałem, sir - przyznał pan
Segundus. - Wybitności chrześcijańsko-judejskiej magii. Co może pan o niej powiedzieć?
- Ha! - wykrzyknął pan Norrell. - Pochodzi z wieku siedemnastego, nie
mam jednak o tym dziele zbyt wysokiego mniemania. Jego autor był kłamcą,
pijakiem, cudzołożnikiem i łotrem. Cieszę się, iż zupełnie o nim
zapomniano.
Wydawało się, że nie tylko żyjących magów pan Norrell nie poważał.
Wyraził też zdanie o każdym magu, który już zszedł z tego świata. Im
wszystkim również wedle pana Norrella wiele brakowało.
Tymczasem pan Honeyfoot, ze wzniesionymi dłońmi niczym metodysta
chwalący Pana, chodził szybko od regału do regału. Ledwie miał czas
przeczytać tytuł jednej książki, kiedy jego oko padało na inny, pod
drugą ścianą biblioteki.
- Och, drogi panie! - wykrzyknął! - Tyle ksiąg! Bez wątpienia znajdziemy
odpowiedzi na wszelkie nasze pytania!
- Wątpię, sir - stwierdził sucho pan Norrell.
Jego zarządca parsknął urwanym śmiechem - ewidentnie drwiąc z pana
Honeyfoota. Mimo to pan Norrell nie zganił go ani spojrzeniem, ani
słowem. Pan Segundus zastanawiał się, jakie to interesy pan Norrell
powierza takiej osobie. Z jego długimi, potarganymi włosami, lejącymi
się niczym strugi deszczu, czarnymi jak grzmot, tutejszy zarządca lepiej
czułby się na jakimś wietrznym ugorze lub w ciemnej uliczce, albo może w powieści pani Radcliffe8.
Pan Segundus zdjął z półki Instrukcye Jacquesa Belasisa i, pomimo
nieprzychylnej opinii pana Norrella, natychmiast trafił na dwa wyborne
ustępy9. Następnie, świadom upływającego czasu, jak również
spojrzenia dziwnych, czarnych oczu zarządcy, który świdrował go
wzrokiem, otworzył Wybitności chrześcijańsko-judejskiej magii. Była
to, wbrew jego oczekiwaniom, nie księga drukowana, a rękopis złożony z niezwykle pośpiesznych zapisków na rewersach przeróżnych karteluszków, w większości starych rachunków z piwiarni. Tutaj pan Segundus przeczytał o wspaniałych przygodach. Siedemnastowieczny mag używał swych skromnych
magicznych mocy, aby odpierać ataki potężnych wrogów - żaden człowiek
nie powinien był się na to porywać. Zapisał opowieść o barwnym ciągu
zwycięstw, jakie odniósł nad okrążającymi go nieprzyjaciółmi. Autor, jak
sam napisał, dobrze wiedział, iż nie zostało mu wiele czasu i mógł
liczyć w najlepszym wypadku na śmierć.
W bibliotece zapadał zmrok. Rękopis stawał się coraz bardziej
niewyraźny, a jego lektura coraz trudniejsza. Wtedy weszli dwaj lokaje i pod okiem zarządcy, który na takiego nie wyglądał, zapalili świece,
zaciągnęli kotary w oknach i podsypali węgla do paleniska. Pan Segundus
uznał, iż niedługo trzeba będzie przypomnieć panu Honeyfootowi, po co tu
przybyli, nie objaśnili bowiem jeszcze panu Norrellowi przyczyny ich
odwiedzin.
Kiedy opuszczali bibliotekę, pan Segundus zauważył coś dziwnego. Do
ognia przysunięto krzesło, a przy krześle stał niewielki stolik. Leżały
na nim deski okładki i skórzana oprawa bardzo starej księgi, a oprócz
tego para nożyc i okrutnie wielki, ciężki nóż, jakim ogrodnik zwykle
wycina chwasty. Nigdzie jednak nie było śladu stronic tej księgi. Może,
pomyślał pan Segundus, gospodarz odesłał je do introligatora, aby dać im
nową oprawę. Stara wyglądała jednak dość solidnie, a poza tym czemu pan
Norrell zadał sobie trud oddzielenia kart od grzbietu, ryzykując ich
zniszczenie? To przecież zadanie dla wprawnego introligatora.
Kiedy ponownie usiedli w salonie, pan Honeyfoot zwrócił się do pana
Norrella.
- To, co dzisiaj tu zobaczyłem, sir, utwierdza mnie w przekonaniu, iż
jest pan właściwą osobą, aby nam pomóc. Wraz z panem Segundusem jesteśmy
zdania, że współcześni magowie kroczą złą ścieżką. Marnują siły na
błahostki. Zgodzi się pan, sir?
- O, bez wątpienia - potwierdził pan Norrell.
- Szukamy odpowiedzi na pytanie - ciągnął pan Honeyfoot - dlaczego w naszym wielkim narodzie nie ma już miejsca dla magii, która niegdyś była
tu w rozkwicie. Pytamy, sir, dlaczego w Anglii magii się już nie
uprawia?
Małe niebieskie oczy pana Norrella zmrużyły się i roziskrzyły, wargi się
zacisnęły, jakby ich właściciel chciał stłumić ogromny, trzymany w sekrecie zachwyt. Zupełnie jakby, pomyślał pan Segundus, nasz gospodarz
bardzo długo czekał, aż ktoś zada mu to pytanie, i od lat miał już
gotową odpowiedź.
Pan Norrell odrzekł:
- Nie mogę panu odpowiedzieć, sir, albowiem nie rozumiem pytania. Jest
źle zadane. Magia w Anglii nie zanikła. Sam jestem całkiem przyzwoitym
magiem praktykiem.
2. Gospoda Pod Starą Gwiazdą
2
Gospoda
Pod Starą Gwiazdą
Styczeń-luty 1807
Gdy kolaska wyjeżdżała już za bramę Hurtfew Abbey, przejęty pan
Honeyfoot zwrócił się do pana Segundusa:
- Praktykujący mag w Anglii! I do tego w Yorkshire! Mieliśmy niebywałe
szczęście! Och, drogi panie, to panu należy dziękować. To pan był
czujny, kiedy my wszyscy trwaliśmy w letargu. Gdyby nie pańska zachęta,
być może nigdy byśmy się nie dowiedzieli o istnieniu pana Norrella.
Jestem bowiem pewien, iż on sam nigdy nie nawiązałby z nami kontaktu.
Zachowuje pewną rezerwę. Nie zdradził nam szczegółów swych osiągnięć w magii praktycznej, nic oprócz zwykłego stwierdzenia, iż z powodzeniem
magię uprawia. Śmiem brać to za oznakę skromnego charakteru. Drogi
panie, myślę, iż zgodzi się pan, że zadanie stoi przed nami jasne.
Musimy, sir, pokonać wrodzoną nieśmiałość Norrella i jego niechęć do
oklasków oraz przedstawić go triumfalnie szerszej publiczności!
- Być może - odparł z powątpiewaniem pan Segundus.
- Nie twierdzę, iż będzie to łatwe - zaznaczył pan Honeyfoot. - Jest
nieco powściągliwy i nie przepada za towarzystwem. Musi jednak
zrozumieć, że taką wiedzą, jaką posiada, należy koniecznie podzielić się
z innymi, dla dobra Anglii! Jest dżentelmenem, zna swój obowiązek i uczyni, co trzeba. Jestem tego pewien. Ach, drogi panie! Zasługuje pan
na wdzięczność każdego maga w tym kraju.
Pomijając kwestię zasług pana Segundusa, angielscy magicy to szczególnie
niewdzięczne towarzystwo i jest to smutna prawda. Owszem, pan Honeyfoot
i pan Segundus mogli dokonać najbardziej doniosłego odkrycia w magicznej
nauce od trzech wieków - ale cóż z tego? W istocie, gdy dowiedziało się
o tym Uczone Towarzystwo Magów z Yorku, prawie nie było członka, który
nie nabrałby absolutnego przekonania, iż sam by sobie lepiej poradził z tym zadaniem. A w kolejny wtorek, kiedy zwołano nadzwyczajne zebranie
towarzystwa, niemal wszyscy członkowie byli gotowi to wyrazić.
O godzinie siódmej w tenże wtorkowy wieczór górną izbę gospody Pod Starą
Gwiazdą w Stonegate wypełnił tłum. Wydawało się, iż wieści przyniesione
przez pana Honeyfoota i pana Segundusa sprowadziły na zebranie każdego
dżentelmena w mieście, który kiedykolwiek, choćby pobieżnie, zajrzał do
ksiąg magii. York nadal ogromnie interesował się czarami. W całej Anglii
może tylko Newcastle, miasto Króla, mogło się poszczycić większą liczbą
magów.
W izbie panował taki ścisk, iż z początku wielu przybyłych magów musiało
stać, choć obsługa co chwila donosiła po schodach krzesła. Doktor
Foxcastle dostał krzesło wspaniałe, wysokie, czarne i misternie
rzeźbione i ono właśnie (bardziej przypominające tron) oraz czerwone
aksamitne kotary za plecami doktora - jak również sposób, w jaki zasiadł
i splótł dłonie na wydatnym okrągłym brzuchu - tworzyły razem wokół
niego uderzającą aurę władzy.
Służba w gospodzie Pod Starą Gwiazdą rozpaliła ogień, aby goście ogrzali
się w mroźny styczniowy wieczór, a najbliżej kominka zasiedli wiekowi
magowie - najwyraźniej pamiętający jeszcze lata panowania Jerzego II.
Ich pożółkłe twarze pokrywała pajęczyna zmarszczek, siedzieli otuleni
szalami w szkocką kratę, towarzystwa zaś dotrzymywali im równie leciwi
lokaje z flakonikami lekarstw w kieszeniach. Pan Honeyfoot ich witał:
- Jak się pan miewa, panie Aptree? Dobry wieczór, panie Greyshippe! Mam
nadzieję, iż zdrowie dopisuje, panie Tunstall? Jakże się cieszę, że
panów tu widzę! Rozumiem, iż przybyli panowie dzielić dzisiaj z nami
wielką radość. Lata błądzenia w mroku dobiegają końca. Ach, nikt nie
wie, co to były za lata, lepiej od panów Aptree i Greyshippe'a, obaj
przeżyli ich bowiem wiele. Teraz jednak ponownie magia zostanie
doradczynią Anglii i jej orędowniczką! No a Francuzi, panie Tunstall!
Jakżeż oni się poczują, gdy o tym usłyszą? Nie byłbym zdziwiony, gdyby
na wieść o tym natychmiast złożyli broń.
Pan Honeyfoot miał jeszcze w zanadrzu wiele podobnych wykrzyknień.
Przygotował przemowę, w której zamierzał roztoczyć przed słuchaczami
cudowny obraz wszelkich korzyści, jakie Anglia może odnieść dzięki temu
odkryciu. Pozwolono mu jednak wypowiedzieć ledwie kilka zdań, wydawało
się bowiem, iż każdy dżentelmen w sali rwie się do przedstawienia
własnej opinii i bez chwili zwłoki musi ją zakomunikować każdemu z zebranych. Doktor Foxcastle pierwszy przerwał panu Honeyfootowi. Z wielkiego czarnego tronu zwrócił się do niego następującymi słowy:
- Niezmiernie mi przykro, sir, gdy widzę, jak magię, którą wiem, iż
niezwykle pan szanuje, okrywa pan niesławą historiami wyssanymi z palca
i innymi niedorzecznościami. Szanowny panie - tu zwrócił się do pana
Segundusa, dżentelmena, który był dla niego zasadniczą przyczyną tego
zamieszania - nie wiem, jakie obyczaje panują w pańskich rodzinnych
stronach, ale w Yorkshire nie patrzymy przychylnie na ludzi, którzy chcą
zwrócić na siebie uwagę, siejąc zamęt i odbierając innym spokój ducha.
Tylko tyle doktor Foxcastle zdołał powiedzieć, zaraz bowiem jego słowa
utonęły w powodzi gromkich, gniewnych zawołań stronników panów
Honeyfoota i Segundusa. Następny dżentelmen zastanawiał się głośno, czym
pan Segundus i pan Honeyfoot aż tak się emocjonują. To wszak oczywiste,
iż Norrell jest niespełna rozumu - nie różni się niczym od byle
szaleńca, który z obłędem w oczach krzyczy na ulicy, że jest Kruczym
Królem.
Inny dżentelmen, o płowych włosach, perorował rozgorączkowany, iż
panowie Honeyfoot i Segundus powinni byli nalegać, aby pan Norrell
natychmiast udał się do Yorku i w otwartym powozie (choć był styczeń)
triumfalnie wjechał do miasta. Płowowłosy dżentelmen mógłby wtedy rzucać
pod koła jego kolaski liście bluszczu10. Jeden zaś z wiekowych
dżentelmenów przy kominku wygłaszał żywo przemowę, ale z racji sędziwych
lat głos miał słaby, a nikt nie miał czasu wsłuchiwać się w jego słowa.
Wśród zgromadzonych stał też wysoki, rozsądny jegomość nazwiskiem
Thorpe, dżentelmen co prawda słabo kształcony w magii, za to myślący
zdroworozsądkowo, co rzadkie u maga. Uważał, iż należy zagrzewać pana
Segundusa w kolejnych próbach ustalenia, gdzie się podziała w Anglii
magia praktyczna. Jak wszyscy pozostali nie spodziewał się był
natomiast, iż pan Segundus odkryje to tak szybko. Teraz jednak, gdy już
znali odpowiedź, pan Thorpe był zdania, że nie powinni jej zbywać ani
odrzucać.
- Panowie - odezwał się - pan Norrell twierdzi, iż uprawia magię.
Doskonale. Wiemy to i owo o panu Norrellu, wszyscy słyszeliśmy o rzadkich księgach w jego posiadaniu i choćby z tego jednego powodu
popełnilibyśmy błąd, zbywając jego twierdzenia bez uważnego ich
zbadania. Argumenty większej wagi po stronie pana Norrella są natomiast
następujące: dwóch członków naszego towarzystwa - dwóch uczonych o przytomnych umysłach - widziało się z panem Norrellem i ze spotkania z nim wróciło przekonanych o prawdziwości jego twierdzeń. - Thorpe zwrócił
się do pana Honeyfoota. - Pan wierzy w tego człowieka, każdy może to
wyczytać z pańskiego spojrzenia. Widział pan coś, co pana przekonało.
Opowie nam pan, co to było?
Reakcja pana Honeyfoota na to pytanie była może nieco dziwna. Najpierw
uśmiechnął się z wdzięcznością do pana Thorpe'a, jakby właśnie tego
sobie życzył: okazji do przedstawienia szerokiemu gronu ważkich powodów,
dla których wierzy, iż pan Norrell uprawia magię. Otworzył usta, aby
przemówić. Potem wstrzymał oddech. Milczał. Rozejrzał się wokół, jakby
owe ważkie powody, które jeszcze chwilę temu wydawały się tak namacalne,
teraz rozpływały się i zmieniały w nicość w jego ustach, a język i zęby
nie potrafiły pochwycić żadnego z nich, aby nadać mu formę zrozumiałego
angielskiego zdania. Wymamrotał coś o uczciwym obliczu pana Norrella.
Towarzystwo magów z Yorku nie uznało tego za zadowalającą odpowiedź (a gdyby w istocie mieli okazję ujrzeć oblicze pana Norrella, byliby
jeszcze mniej przekonani). Thorpe zwrócił się zatem do pana Segundusa:
- Panie Segundus, pan też widział Norrella. Jakie jest pańskie zdanie?
Po raz pierwszy towarzystwo magów z Yorku zauważyło, iż pan Segundus
jest bardzo blady, a niektórzy przypomnieli sobie, że nie odpowiedział
im wcześniej na przywitanie, jakby nie mógł zebrać myśli, aby
odwzajemnić pozdrowienie.
- Nie czuje się pan najlepiej, sir? - zapytał delikatnie pan Thorpe.
- Nie, nie - odparł cicho pan Segundus - to nic takiego. Dziękuję za
troskę. - Sprawiał jednak wrażenie tak zagubionego, iż jeden z dżentelmenów podsunął mu własne krzesło, a inny poszedł po kieliszek
kanaryjskiego wina, zaś rozgorączkowany dżentelmen o płowych włosach,
który chciał rzucać przed pana Norrella liście bluszczu, w głębi duszy
miał nadzieję, iż nad panem Segundusem ciąży moc jakiegoś zaklęcia i że
za chwilę wszyscy ujrzą coś niezwykłego!
Pan Segundus westchnął i powiedział:
- Dziękuję. Nie jestem chory, ale przez cały tydzień czułem się ociężały
i powolny na umyśle. Pani Pleasance przynosiła mi mączkę z maranty i gorące napary z korzenia lukrecji, ale nie pomogły, co mnie wcale nie
dziwi, myślę bowiem, iż wszelka przyczyna tkwi w mojej głowie. Dzisiaj
jest mi już lepiej. Jeśli pytają mnie panowie, dlaczego uważam, iż magia
powróciła do Anglii, powinienem chyba odpowiedzieć, że dlatego, iż
widziałem jej działanie. Wspomnienie czarów mam jak żywe tutaj i tutaj...
- Pan Segundus dotknął czoła i serca. - Wiem jednak, iż nie widziałem,
aby ktoś uprawiał magię. Norrell nie praktykował czarów, kiedy byliśmy u niego w gościnie. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak uznać, że to
wszystko mi się śniło.
Pośród dżentelmenów z towarzystwa magów ponownie wybuchło poruszenie.
Dżentelmen o bladoniebieskich oczach uśmiechnął się blado i zapytał, czy
ktokolwiek coś z tego zrozumiał. Pan Thorpe krzyknął wtedy:
- Dobry Boże! To doprawdy absurd, iż siedzimy tutaj i decydujemy, czy
Norrell potrafi to czy tamto. Jesteśmy wszak ludźmi obdarzonymi rozumem,
więc z łatwością uzyskamy odpowiedź na nasze pytanie. Poprosimy go, aby
odprawił przy nas czary, by dowieść prawdziwości swych twierdzeń.
Jego słowa zawierały tak dużą dozę rozsądku, iż na chwilę wśród magów
zapanowało milczenie, choć nie znaczyło to, aby propozycja Thorpe'a spotkała się z powszechnym uznaniem - bynajmniej nie. Kilku magom (w tym
doktorowi Foxcastle'owi) wcale nie przypadła do gustu. Skoro mieli
poprosić Norrella o wykonanie magicznych sztuk, zawsze istniało
niebezpieczeństwo, iż zaiste je wykona. A oni nie chcieli widzieć, jak
się magię uprawia. Oni chcieli tylko czytać o tym w księgach. Inni byli
zdania, że towarzystwo magów z Yorku ośmieszyłoby się taką prośbą. W końcu jednak większość magów zgodziła się z panem Thorpe'em, iż:
- Jako uczeni, panowie, powinniśmy przynajmniej dać panu Norrellowi
szansę, aby nas przekonał.
Postanowiono zatem, iż ktoś powinien napisać do pana Norrella kolejny
list.
Żaden z magów nie miał wątpliwości, iż panowie Honeyfoot i Segundus
poradzili sobie z tą materią nader marnie i przynajmniej w jednej
sprawie - wspaniałej biblioteki pana Norrella - zachowali się wyjątkowo
nierozsądnie. Nie potrafili nawet składnie o niej opowiedzieć. Co
widzieli? O, księgi, wiele ksiąg. Nadzwyczaj wielką ich liczbę? Tak,
chyba widzieli nadzwyczaj wielką ich liczbę. Rzadkich ksiąg?
Najprawdopodobniej. Czy wolno im było zdjąć je z półek i przejrzeć? O,
nie! Pan Norrell nie posunął się aż tak daleko, aby im na to pozwolić.
Ale czy przeczytali jakieś tytuły? Tak, owszem. Dobrze zatem, jakie
tytuły widzieli na półkach? Nie mieli pojęcia, nie mogli sobie
przypomnieć. Pan Segundus powiedział, iż tytuł jednej z ksiąg zaczynał
się na "B", ale nic więcej dodać nie potrafił. Bardzo to było dziwne.
Pan Thorpe sam od dawna zamierzał napisać list do pana Norrella, ale w izbie znajdowało się wielu magów, którzy przede wszystkim chcieli teraz
pana Norrella znieważyć za jego zuchwałość i zgodzili się, iż zniewaga
będzie najdotkliwsza, jeśli pozwolą napisać do niego list doktorowi
Foxcastle'owi. Tak się zatem stało. W stosownym czasie nadeszła mocno
gniewna odpowiedź.
Hurtfew Abbey, Yorkshire
1 lutego 1807 r.
Szanowny Panie,
dwukrotnie w ostatnich latach miałem zaszczyt otrzymać list od członków
Uczonego Towarzystwa Magów z Yorku, w którym prosili mnie panowie o radę. Teraz dostałem trzecie pismo, powiadamiające mnie o wielkim panów
niezadowoleniu. Dobre imię towarzystwa Sz. Panów najwyraźniej łatwo
zszargać, a człowiek ani się zorientuje, iż to czyni. W odpowiedzi na
zarzuty zawarte w Pańskim liście, jakobym wyolbrzymił swe umiejętności i twierdził, iż władam mocami, których posiadać żadną miarą nie mogę, mam
do powiedzenia tylko jedno: za brak własnych osiągnięć ludzie chętniej
obciążają winą jakąś niedoskonałość świata, niż składają to na karb
niedostatków własnego wykształcenia, prawda jest jednak taka, iż magię
zaiste można uprawiać w naszych czasach, podobnie jak w każdych innych -
czego zresztą z powodzeniem dowiodłem po wielokroć w ciągu ostatnich
dwudziestu lat. Jaka nagroda spotyka mnie jednak za to, iż sztukę
magiczną bardziej ukochałem niż ktokolwiek inny? Za to, że studiowałem
ją z wielkim oddaniem, aby się w niej doskonalić? Teraz okazuje się, iż
w świecie krążą plotki, jakobym był oszustem. Wątpi się w prawdziwość
mych słów i kwestionuje me kompetencje. Rozumiem, iż nie będzie zatem
dla Pana zaskoczeniem, że nie czuję zapału, aby spełniać jakiekolwiek
żądania towarzystwa z Yorku, a już najmniej prośbę o pokaz magii.
Poinformuję jednak Panów o mych zamiarach w przyszłą środę, którego to
dnia spotyka się Uczone Towarzystwo Magów z Yorku.
Pański sługa
Gilbert Norrell
Było to w przykry sposób tajemnicze. Magowie teoretycy czekali w nerwach, aby się przekonać, jaką odpowiedź przyśle im teraz mag praktyk.
Odpowiedź pana Norrella mocno ich wystraszyła - przysłał pospolitego
prawnika nazwiskiem Robinson, który uśmiechał się, kłaniał i kiwał
głową. Był odziany w schludny czarny frak i rękawiczki z koźlej skórki.
Przywiózł dokument, jakiego dżentelmeni z towarzystwa nigdy wcześniej
nie widzieli. Był to szkic umowy spisanej zgodnie z dawno zapomnianymi w Anglii regułami prawa magii.
Pan Robinson zjawił się w górnej izbie gospody Pod Starą Gwiazdą
punktualnie o ósmej wieczorem i sprawiał wrażenie osoby, która wie, iż
jest oczekiwana. Prowadził kancelarię przy Coney Street i zatrudniał w niej dwóch kancelistów. Wielu dżentelmenów spośród zgromadzonych w izbie
dobrze go znało.
- Wyznam szanownym panom - powiedział pan Robinson z uśmiechem - iż
umowę tę sporządził w głównej mierze mój klient, pan Norrell. Nie jestem
specjalistą z dziedziny prawa obejmującego cudotwórstwo. Zresztą któż
dzisiaj jest? Ośmielam się mimo to pokładać wiarę, iż jeśli gdziekolwiek
się pomylę, panowie mnie poprawią.
Kilku magów mądrze pokiwało głowami.
Pan Robinson wyglądał na człowieka z ogładą. Był tak czysty, zdrowy i ze
wszystkiego zadowolony, iż dosłownie promieniał - czego można by się
spodziewać po istocie magicznej albo aniele, ale w osobie adwokata było
to nieco niepokojące. Pozostawał pełen szacunku dla dżentelmenów z towarzystwa, nic bowiem nie wiedział o magii. Uważał jedynie, iż musi
być trudna i wymagać wielkiego skupienia uwagi. Mimo zawodowej
skromności pana Robinsona i jego szczerego podziwu dla magów z Yorku
mile łechtała jego próżność myśl, że te wielkie umysły muszą zaprzestać
roztrząsania ezoterycznych spraw i przez chwilę posłuchać jego. Założył
na nos złote binokle, tym samym dodając swej promienistej osobie
kolejnego lśniącego akcentu.
Pan Robinson oznajmił, iż pan Norrell zgadza się wykonać magiczną sztukę
w umówionym miejscu i o umówionej porze.
- Mam nadzieję, że panowie nie będą mieli nic naprzeciw, jeśli mój
klient określi owo miejsce i czas?
Panowie nic naprzeciw nie mieli.
- Będzie to zatem katedra w piątek za dwa tygodnie11.
Pan Robinson zaznaczył, iż jeśli pan Norrell nie wykona magicznej
sztuki, publicznie odwoła twierdzenia, jakoby uprawiał magię - a wręcz,
że w ogóle jest magiem - jak również złoży przysięgę, iż nigdy więcej
takich roszczeń wysuwać nie będzie.
- To już nadgorliwość - powiedział pan Thorpe. - Nie chcemy go karać.
Pragniemy jedynie sprawdzić prawdziwość jego twierdzeń.
Promienny uśmiech pana Robinsona nieco przygasł, jakby adwokat miał za
chwilę zakomunikować coś przykrego i nie bardzo wiedział, jak zacząć.
- Zaraz, zaraz - odezwał się pan Segundus. - Nie wysłuchaliśmy jeszcze
całości umowy. Nie objaśnił pan, czego pan Norrell spodziewa się od nas.
Pan Robinson kiwnął głową.
- Mój klient oczekuje, iż podobne przyrzeczenie złoży każdy członek
Uczonego Towarzystwa Magów z Yorku. Innymi słowy, jeśli panu Norrellowi
uda się wykonać magiczną sztukę, Uczone Towarzystwo Magów z Yorku musi
się natychmiast rozwiązać i żaden z jego byłych członków nie będzie mógł
więcej mienić się "magiem".
To zresztą, zdaniem pana Robinsona, było całkiem zasadne, albowiem pan
Norrell dowiódłby, iż jest jedynym prawdziwym magiem w hrabstwie Yorku.
- A oceniać, czy magiczna sztuka została w istocie wykonana, będzie ktoś
trzeci, jakaś osoba postronna? - zapytał pan Thorpe.
Pan Robinson wydawał się zakłopotany tym pytaniem. Wyraził nadzieję, iż
zebrani dżentelmeni mu wybaczą, jeśli odniósł mylne wrażenie, za nic w świecie nie chciałby ich bowiem obrazić, ale myślał, że wszyscy obecni w izbie panowie są magami.
O tak, członkowie towarzystwa pokiwali głowami, wszyscy są magami.
Zatem z pewnością, ciągnął pan Robinson, będą potrafili rozpoznać, co
jest, a co nie jest magią. Bez wątpienia nikt nie potrafi tego lepiej od
maga.
Inny dżentelmen zapytał, jakiego rodzaju czary Norrell zamierza
odprawić. Pan Robinson najmocniej prosił o wybaczenie, ale nie potrafił
odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ sam nie wiedział.
Przytaczanie tutaj wszystkich zawiłych powodów, dla których dżentelmeni
z towarzystwa w końcu podpisali umowę z panem Norrellem, nadszarpnęłoby
cierpliwość czytelników. Wielu uczyniło tak z czystej próżności.
Ponieważ publicznie oznajmili, iż nie wierzą, jakoby Norrell potrafił
praktykować magię i również publicznie rzucili mu wyzwanie, wyszliby na
głupców, gdyby teraz zmienili zdanie. A przynajmniej tak uważali.
Pan Honeyfoot natomiast podpisał właśnie dlatego, iż wierzył w magiczne
umiejętności Norrella. Miał nadzieję, że pan Norrell zdobędzie
powszechne uznanie demonstracją swych mocy i odtąd będzie mógł skierować
działanie magii w służbę kraju.
Niektórych z obecnych do podpisania skłoniło przypuszczenie (wysunięte
przez pana Norrella, ale niejako podtrzymane przez pana Robinsona), iż
jeśli nie podpiszą, nie okażą się prawdziwymi magami.
Jeden po drugim magowie z Yorku podpisali więc dokument, który przywiózł
pan Robinson. Ostatnim w kolejce był pan Segundus.
- Nie podpiszę tego - oznajmił. - Magia bowiem to me życie i choć pan
Norrell ma rację, mówiąc, iż słaby ze mnie uczony, co jednak zrobię,
jeśli mi ją odbiorą?
Milczenie.
- Och! - westchnął pan Robinson. - Cóż, wobec tego... Jest pan pewien,
sir, iż nie podpisze pan tej umowy? Sam pan widzi, że wszyscy pana
przyjaciele już złożyli podpisy. Zostanie pan sam.
- Jestem pewien - odparł pan Segundus. - Dziękuję.
- Och! - Pan Robinson się zafrasował. - W takim razie przyznam, iż nie
wiem, jak mam postąpić. Mój klient nie poinstruował mnie, co robić,
jeśli podpisze tylko część z panów. Naradzę się z mym klientem jutro
rano.
Dało się słyszeć, jak doktor Foxcastle mówi panu Hartowi czy Huntowi, że
ten nowy przybysz po raz kolejny sprowadza wszystkim na głowę kłopot.
Dwa dni później pan Robinson czekał na doktora Foxcastle'a z wiadomością, iż pan Norrell nie widzi problemu, jeśli pan Segundus
odmawia podpisania. Pan Norrell uzna w takim razie, iż umowę zawarł ze
wszystkimi członkami towarzystwa z Yorku oprócz pana Segundusa.
W noc poprzedzającą magiczny występ pana Norrella na York spadł śnieg i rankiem brud oraz błoto zniknęły pod nieskazitelną bielą. Śnieg tłumił
stukot kopyt i odgłosy kroków. Nawet głosy mieszkańców Yorku brzmiały
inaczej w białej ciszy, która pochłaniała każdy dźwięk. Pan Norrell
wyznaczył bardzo wczesną godzinę. Magowie z towarzystwa, każdy w swym
domu, jedli samotnie śniadanie. W milczeniu patrzyli, jak służąca nalewa
im kawę, rozrywa ciepłe bułeczki, podsuwa masło. Żona, siostra, córka,
synowa czy siostrzenica, zwykle odpowiedzialne za te wszystkie zadania,
leżały jeszcze w łóżkach. Nie było tego ranka słychać w jadalni miłego
kobiecego gwaru, którym dżentelmeni z towarzystwa gardzili, a który w istocie był słodkim, uroczym refrenem melodii ich codziennego życia.
Jadalnie, w których dżentelmeni jedli tego dnia śniadanie, również
zmieniły się od wczoraj. Zniknął ponury mrok zimy, zastąpiony teraz
rażącym światłem zimowego słońca, odbitym po wielokroć od zasypanej
śniegiem ziemi. Od tegoż światła błyszczał też biały lniany obrus na
stole. Wydawało się, iż w promieniach słońca tańczą pączki róż na
ślicznych filiżankach córki. Słońce odbijało się od pełnego kawy
srebrnego dzbanka siostrzenicy, a uśmiechnięte porcelanowe pastereczki
synowej promieniały dzisiaj anielskim blaskiem. Zupełnie jakby cały stół
obsypany był magicznym srebrnym pyłem i drobinkami lśniących
kryształków.
Pan Segundus, wychylając głowę przez okno na drugim piętrze i patrząc na
Lady Peckett's Yard, pomyślał, iż może Norrell właśnie odprawił czary i oto je teraz wszyscy oglądali. Słysząc nad sobą złowróżbny szurgot
śniegu zsuwającego się z dachu, szybko schował głowę z powrotem. Pan
Segundus nie miał służby, podobnie jak nie miał żony, siostry, córki,
synowej ani siostrzenicy, ale pani Pleasance, jego gospodyni, wstawała
wcześnie. Wiele razy w ostatnich dwóch tygodniach słyszała, jak wzdychał
nad księgami, i miała nadzieję, iż tego ranka sprawi mu radość, podając
na śniadanie dwa świeżo usmażone śledzie, herbatkę ze świeżym mlekiem i biały chleb z masłem na błękitno-białym talerzyku z porcelany. Z tym
samym życzliwym zamiarem usiadła, aby z nim porozmawiać. Na widok jego
przybitej miny wykrzyknęła:
- Och! Nie mam już cierpliwości do tego starucha!
Choć pan Segundus nie mówił pani Pleasance, jakoby pan Norrell był
stary, uznała, iż tak właśnie musi być. Na podstawie relacji pana
Segundusa uznawała go za skąpca, który zachłannie gromadzi magię zamiast
złota, a w miarę postępu naszej opowieści pozwolę czytelnikowi ocenić,
czy taki portret pana Norrella oddaje mu sprawiedliwość. Podobnie jak
pani Pleasance zawsze myślę, iż skąpcy są starzy, i nie potrafię
powiedzieć dlaczego, mam bowiem pewność, że na świecie żyje równie wielu
zachłannych młodych ludzi. Obojętnie jednak, czy pan Norrell był stary,
czy nie, należał do ludzi, którzy są starcami już w wieku lat
siedemnastu.
- Kiedy jeszcze żył mój małżonek - ciągnęła pani Pleasance - zwykł był
mawiać, iż nie ma w Yorku nikogo, mężczyzny ani kobiety, którzy piekliby
chleb równie pyszny jak mój, a inni także życzliwie przyznawali, że
nigdy w życiu nie jedli lepszego pieczywa. Ja zaś zawsze byłam dobrą
kucharką z miłości do kuchni i gdyby nagle, jak w arabskich baśniach,
jakiś dżinn wyleciał z tego imbryka i podarował mi trzy życzenia, mam
nadzieję, iż nie byłabym aż tak małostkowa, aby prosić, by inni nie
piekli chleba. Bo gdyby chleb wychodził im tak dobry jak mój, to
przecież krzywda by mi się nie działa, a jedynie dla nich byłoby z korzyścią. Proszę, sir, niech pan spróbuje kromeczkę - zaproponowała,
podsuwając swemu lokatorowi talerz ze słynnym pieczywem. - Aż przykro
patrzeć, taki pan wychudzony. Ludzie zaczną mówić, że Hettie Pleasance
zaniedbuje obowiązki gospodyni. I niechże pan już nie będzie taki
przybity. Pan nie podpisał tego podstępnego dokumentu i tam, gdzie inni
dżentelmeni są zmuszeni ustąpić, pan wciąż staje do boju. I żywię wielką
nadzieję, drogi panie, iż dokona pan wielkich odkryć, a wtedy, kto wie,
może ten cały pan Norrell, który uważa się za takiego mądralę, z ochotą
przyjmie pana na wspólnika i w końcu pożałuje swej niemądrej dumy.
Pan Segundus uśmiechnął się i podziękował gospodyni.
- Nie sądzę, aby kiedykolwiek do tego doszło. Główną przeszkodą będzie
dla mnie brak odpowiednich zasobów. Sam posiadam bardzo niewiele, a kiedy towarzystwo się rozwiąże... cóż, trudno mi powiedzieć, dokąd trafią
księgi z jego zbiorów, wątpię jednak, aby to mnie przypadły w udziale.
Pan Segundus zjadł chleb (rzeczywiście tak dobry, jak mawiali świętej
pamięci pan Pleasance i jego przyjaciele), śledzie i wypił trochę
herbaty. Posiłek pokrzepił jego stroskane serce bardziej, niż się był
spodziewał, poczuł się bowiem troszkę lepiej i tak wzmocniony włożył
zimowe palto, kapelusz oraz rękawiczki, owinął się ciepłym szalem i dziarsko ruszył przez zasypane śniegiem ulice ku miejscu, które pan
Norrell wyznaczył na czynienie cudów - ku katedrze.
Mam nadzieję, iż moim czytelnikom nieobce jest pojęcie starego
angielskiego miasta katedralnego, w przeciwnym razie mogą nie pojąć
doniosłości wyboru dokonanego przez pana Norrella, który właśnie katedrę
wskazał jako miejsce, gdzie objawi działanie magii. Czytelnicy muszą
zrozumieć, iż w starym angielskim mieście katedralnym ów ogromny kościół
nie jest ledwie jednym z wielu miejskich budynków. Jest budynkiem
centralnym, najważniejszym, różniącym się od całej reszty skalą, pięknem
i powagą. Choć w czasach współczesnych stare miasto katedralne może
szczycić się również wieloma eleganckimi gmachami rady miasta,
publicznymi aulami i salami spotkań (a w Yorku było ich pod dostatkiem),
katedra wznosi się nad nimi wszystkimi, zaświadczając w imieniu naszych
przodków o ich oddaniu wierze. Zupełnie jakby miasto zawierało w sobie
coś potężniejszego niż ono samo. Idąc przez labirynt wąskich uliczek, z głową zajętą innymi sprawami, łatwo można stracić katedrę z oczu, ale
nagle miasto się otwiera i oto wznosi się ona, wielokroć wyższa i potężniejsza niż wszelkie inne gmachy. I wtedy człowiek wie, iż dotarł
do samego serca miasta i że wszystkie ulice i uliczki jakimś sposobem
prowadzą właśnie do katedry, do miejsca pełnego tajemnic bardziej
niezgłębionych niż te, które poznał pan Norrell. Tym właśnie torem
biegły myśli pana Segundusa, gdy wyszedł na zaułek Close i stanął przed
olbrzymim, posępnym błękitnym cieniem zachodniej ściany katedry. Akurat
w tym samym czasie doktor Foxcastle wyłonił się zza rogu, płynąc
majestatycznie niczym wielki czarny okręt. Napotkawszy wzrokiem pana
Segundusa, obrał na niego kurs i przywitał się, życząc mu dobrego dnia.
- Może będzie pan tak uprzejmy, sir, i przedstawi mnie panu Norrellowi?
- poprosił doktor Foxcastle. - Szalenie chciałbym tego człowieka poznać.
- Sir, z prawdziwą przyjemnością - odparł pan Segundus i rozejrzał się
wkoło. Śnieg na ulicach zatrzymał w domu większość mieszkańców i ledwie
kilka odzianych w ciemne stroje postaci, drobiąc kroczki, przemierzało
biały plac przed olbrzymim szarym kościołem. Przy bliższym spojrzeniu
okazywało się, iż to dżentelmeni z Uczonego Towarzystwa Magów albo też
pastorzy i pomocnicy katedralni: zakrystianie, woźni, asystenci
dyrygenta chóru, księża prepozyci, sprzątacze naw i inni, których
przełożeni wysłali przez śnieg w sprawach Kościoła. - Z największą
chęcią spełniłbym pańską prośbę, sir - ciągnął pan Segundus - ale pana
Norrella nie widzę.
Ktoś tam jednak był.
Ktoś stał samotnie na śniegu dokładnie przed wejściem do katedry, postać
dość ponura i o raczej podejrzanej aparycji. Człowiek ów z wielkim
zainteresowaniem przyglądał się panu Segundusowi i doktorowi
Foxcastle'owi. Potargane włosy opadały mu na ramiona jak czarny
wodospad. Miał ostrą, szczupłą twarz o długim, cienkim nosie, w jakiś
sposób krzywą niby korzeń drzewa. I choć był bardzo blady, coś
sprawiało, że na jego obliczu kładł się cień - może to mrok w jego
oczach albo kaskada długich, czarnych, tłustych włosów. Po chwili
mężczyzna podszedł do obu magów, skłonił się nieznacznie i wyraził
nadzieję, iż mu wybaczą, że przerwał im rozmowę, ale wskazano mu ich
jako dżentelmenów, którzy przybyli tu w tej samej sprawie co on.
Przedstawił się jako John Childermass, zarządca pana Norrella,
nadzorujący dla niego pewne sprawy (chociaż nie zdradził jakie).
- Pańska twarz - odparł pan Segundus, marszcząc brwi - wydaje mi się
znajoma. Gdzie mogłem już pana spotkać?
Coś się zmieniło w mrocznym obliczu Childermassa, ale zniknęło w ułamku
chwili i trudno było powiedzieć, czy była to chmurna mina, czy uśmiech.
- Często bywam w Yorku w sprawach pana Norrella, sir. Może widział mnie
pan w jednej z księgarń lub w antykwariacie?
- Nie - zaprzeczył pan Segundus. - Widziałem już pana... Zaraz, niech
sobie przypomnę... Ale gdzie? Och, lada chwila na to wpadnę!
Childermass uniósł brew, jakby chciał powiedzieć, iż szczerze w to
wątpi.
- Ale rozumiem, że pan Norrell zaraz zjawi się osobiście? - wyraził
nadzieję doktor Foxcastle.
Childermass prosił doktora o wybaczenie, ale nie sądził, aby pan Norrell
miał przyjechać. Jego zdaniem pan Norrell uważał, iż nie ma powodu
przyjeżdżać.
- Ha! - zakrzyknął doktor Foxcastle. - Czyli się poddaje, tak? No cóż.
Biedak. Ośmielam się przypuszczać, iż czuje się teraz bardzo
niezręcznie. No dobrze, tak czy owak, zacnie się starał. Nie żywimy do
niego urazy. - Ulga, jaką doktor poczuł na wieść, że nie będzie musiał
oglądać pokazu magii, skłoniła go do wspaniałomyślności.
Childermass raz jeszcze prosił doktora o wybaczenie. Obawiał się, iż
doktor źle go zrozumiał. Pan Norrell, owszem, jak najbardziej wykona
magiczną sztukę. Pozostanie jednakże w Hurtfew Abbey, a jej efekty będą
widoczne w Yorku.
- Dżentelmeni - zwrócił się Childermass do doktora Foxcastle'a - wolą
nie wstawać z foteli przy ciepłych kominkach, jeśli nie muszą. Gdyby
tylko pan, sir, mógł oglądać tę magię we własnym salonie, najpewniej nie
stałby pan teraz tutaj, na mrozie.
Doktor Foxcastle zapowietrzył się i spiorunował Johna Childermassa
spojrzeniem, które mówiło dosadnie, iż ma go za impertynenta.
Childermassa zbytnio to nie poruszyło, a wręcz rozbawiło.
Odparł:
- Już czas, panowie. Proszę zająć miejsca w katedrze. Jestem pewien, iż
nie chcieliby panowie niczego przegapić, skoro tak wiele od tego zależy.
Minęło już dwadzieścia minut od wyznaczonej godziny i dżentelmeni z towarzystwa wchodzili teraz do kościoła drzwiami w południowym
transepcie. Kilku z nich rozejrzało się przed wejściem do środka, jakby
ostatnim spojrzeniem żegnali świat, którego mogli już przecież nigdy nie
zobaczyć.
3. Kamienie Yorku
3
Kamienie Yorku
Luty 1807 roku
Wielki stary kościół w środku zimy to w najlepszym razie mało przytulne
miejsce. Wydawało się, iż w jego kamiennych murach zachował się chłód
tysiąca zim i teraz z kamieni bił ich mroźny oddech. W zimnym,
wilgotnym, mrocznym wnętrzu katedry dżentelmeni z towarzystwa byli
zmuszeni stać i czekać na zadziwiający pokaz, bez żadnej gwarancji, iż
zaskoczenie, jakie miało nadejść, będzie należało do przyjemnych.
Pan Honeyfoot usiłował uśmiechem dodawać kolegom ducha, ale jak na osobę
wprawną w sztuce serdecznego uśmiechu, nie szło mu najlepiej.
Nagle rozległo się bicie dzwonów. Nie było to niczym niezwykłym, po
prostu dzwony kościoła Świętego Michała wybijały połowę godziny, ale do
wnętrza katedry ich dźwięk dochodził jakoś dziwnie, jakby z bardzo
daleka, z innego kraju. Nie był to dźwięk radosny. Dżentelmeni z towarzystwa dobrze wiedzieli, iż dzwony często biją wprawiane w ruch
przez magię, a w szczególności przez moc magicznych istot. Magowie
wiedzieli, że w dawnych czasach srebrne dzwony często biły w Anglii,
kiedy jakiegoś chłopca albo dziewczynę o wyjątkowej cnocie charakteru
lub wielkiej urodzie magiczne istoty miały wykraść na zawsze do swych
dalekich, upiornych krain. Nawet Kruczy Król - który nie był magiczną
istotą, tylko Anglikiem - miał dość przykry zwyczaj
porywania12 mężczyzn i kobiet do swego zamku w Innych
Ziemiach. Gdybyśmy jednak, ty i ja, mogli porywać mocą magii każdego,
kogo tylko byśmy chcieli spośród ludzi na całym świecie, i gdybyśmy
posiedli moc zatrzymania go u naszego boku na całą wieczność, śmiem
twierdzić, iż nasz wybór padłby na bardziej urzekające postaci niż
członkowie Uczonego Towarzystwa Magów z Yorku. Ta krzepiąca myśl nie
przyszła jednak do głowy dżentelmenom zgromadzonym w miejskiej katedrze.
Kilku z nich właśnie rozmyślało, iż list doktora Foxcastle'a musiał
bardzo rozgniewać pana Norrella, powoli ogarniał ich więc prawdziwy
strach.
Gdy dźwięk dzwonów ucichł, gdzieś z góry, z posępnych ciemności nad
głowami dobiegł ich głos. Magowie wytężyli słuch. Wielu dżentelmenom,
zdjętym teraz nerwowym przestrachem, zdawało się, iż to jakaś baśniowa
istota wydaje im z góry rozkazy. Albo że może właśnie czegoś im odtąd
zakazuje. Tego rodzaju polecenia i zakazy, dobrze znane magom z baśni,
brzmią zazwyczaj nieco dziwnie, ale wydają się łatwe - przynajmniej z pozoru. Dla przykładu: "Nie będziesz jadł ostatniej śliwki w cukrze z niebieskiego słoja w szafce w rogu spiżarni" albo "Nie będziesz bił żony
kijem z bylicy". A jednak, jak mówią nam wszelkie baśnie, okoliczności
zawsze sprzysięgają się przeciw temu, komu polecenia wydano, i zawsze w końcu łamie on zakaz, za co spotyka go straszliwa kara.
Magowie myśleli, iż w najlepszym razie głos przepowiada im zgubę. Nie
było jednak do końca jasne, w jakim języku przemawiał. Panu Segundusowi
wydawało się, iż usłyszał słowo "zbrodniarz", a chwilę potem
interficere, co po łacinie znaczy "zabić". Sam głos trudno było
zrozumieć, nie przypominał w niczym głosu ludzkiego, stąd też
dżentelmeni nie na żarty się bali, że za chwilę objawią się przed nimi
magiczne istoty. Głos był niezwykle ostry, głęboki, chrapliwy, jakby
ktoś tarł kamieniem o kamień, dźwięki wyraźnie jednak układały się w zdania - tak, to była mowa. Zgromadzeni magowie spoglądali trwożnie w górę, ale mogli dojrzeć jedynie mały, niewyraźny kształt kamiennej
figury wyrastający z wielkiego filara w mroczną pustkę. W miarę jak ich
uszy przyzwyczajały się do tego dziwnego dźwięku, zaczęli rozpoznawać
coraz więcej słów, staroangielskich i po łacinie, przeplatanych w zdaniach, jakby ten, kto je wypowiadał, nie zdawał sobie sprawy, iż
należą do dwóch różnych języków. Na szczęście podobny mętlik nie
stanowił trudności dla magów, z których większość przywykła do
zgadywania treści osobliwych wypowiedzi uczonych sprzed wieków. Zdania,
które rozbrzmiewały w katedrze, przełożone na zrozumiały język
angielski, brzmiały mniej więcej tak:
"Dawno, dawno temu (mówił głos), pięć wieków wstecz, a może dawniej,
pewnego zimowego dnia o zmierzchu do katedry w Yorku weszli chłopak z dziewczyną w wieńcu z liści bluszczu na skroniach. Oprócz nich w kamiennych murach katedry nie było żywej duszy. Nikt oprócz kamieni nie
widział, jak chłopak dziewczynę dusi. Jej martwe ciało padło na kamienną
posadzkę i nikt tego nie dostrzegł poza kamieniami. Chłopca nigdy za ów
grzech nie spotkała kara, ponieważ prócz kamieni nie było żadnych
świadków. Mijały lata i zawsze, gdy zbrodniarz wchodził do katedry i stawał pośród wiernych, kamienie krzyczały, że to właśnie on zabił
dziewczynę w wieńcu z bluszczu na skroniach, ale - lamentowały - nikt
nigdy nie słyszy naszego krzyku. Nie jest jednak za późno! Wiemy, gdzie
jest pochowany! - grzmiały. - W narożniku południowego transeptu!
Szybko! Szybko! Bierzcie kilofy! Chwyćcie łopaty! Zerwijcie kamienne
płyty posadzki! Wykopcie jego kości! Niech rozbije je łopata!
Zgruchoczcie jego czaszkę o filary, niech się roztrzaska! Dajcie
kamieniom posmakować pomsty! Jeszcze nie jest za późno! Nie jest za
późno!"
Ledwie magowie zdążyli wchłonąć te słowa, zastanawiając się cały czas,
kto do nich przemawia, a rozległ się kolejny kamienny głos. Tym razem
płynął z prezbiterium i przemawiał po angielsku. Dziwny jednak był to
język, pełen starych, zapomnianych słów. Głos uskarżał się na żołnierzy,
którzy wdarli się do kościoła i wybili część okien. Sto lat później
przyszli znowu i strzaskali lektorium, odłupali twarze świętych, skradli
srebrne naczynia. Innym razem ostrzyli groty strzał o brzeg
chrzcielnicy. Trzysta lat później strzelali z pistoletów w kapitularzu.
Ten drugi głos najwyraźniej nie pojmował, iż choć sama katedra może stać
tysiąclecia, ludzie tak długo nie żyją.
- Czerpią rozkosz ze zniszczenia! - wołał głos. - I sami zasługują
jedynie na sromotny upadek!
Zdawało się, iż podobnie jak pierwszy głos ten również zamieszkiwał
katedrę od wielu wieków i najpewniej wysłuchał wielu kazań oraz modlitw.
Mimo to jednak cnoty głęboko chrześcijańskie - miłosierdzie, miłość,
łagodność serca - były mu nieznane. Tymczasem pierwszy głos nie
przestawał lamentować nad śmiercią dziewczyny w wieńcu z bluszczu na
skroniach i oba te chropawe głosy zderzały się ze sobą w sposób szalenie
przykry dla ucha.
Pan Thorpe, dżentelmen odważny i śmiały, zajrzał samotnie do
prezbiterium, aby zobaczyć, kto przemawia.
- To posąg - oznajmił.
Dżentelmeni z towarzystwa ponownie podnieśli wzrok wysoko nad głowy,
skąd dobiegał pierwszy upiorny głos. I tym razem już niemal nikt nie
miał wątpliwości, iż przemawia niewielka kamienna figura, gdy bowiem
wbijali spojrzenia w górę, widzieli jak rozpaczliwie wymachuje grubymi
kamiennymi rękami.
Wtedy wszystkie pozostałe posągi i statuy w katedrze zaczęły przemawiać
kamiennymi głosami i opowiadać o wszystkim, co widziały w swym kamiennym
życiu. Jak pan Segundus opowiadał później pani Pleasance, powstał zgiełk
nie do opisania, w katedrze znajdowały się bowiem niezliczone rzeźby
ludzkich postaci oraz dziwnych zwierząt, które łopotały skrzydłami.
Wiele z nich narzekało na swych kamiennych sąsiadów, co może nie było aż
takie dziwne, gdyż musiały dzielić wzajem miejsce w katedrze już od
wielu wieków. Wśród posągów stało piętnastu kamiennych królów, każdy na
kamiennym postumencie ustawionym wzdłuż wysokiej zdobnej ściany. Na
głowie mieli drobne loczki, jakby zakręcili papiloty i ich nie
rozczesali - zawsze gdy pani Honeyfoot na nich patrzyła, powtarzała, iż
ma ochotę porządnie przeczesać szczotką głowę każdego monarchy. Gdy
tylko posągi zyskały zdolność mowy, z miejsca zaczęły się kłócić i besztać jeden drugi - wszystkie były bowiem jednakowej wysokości, a królowie, nawet kamienni, najbardziej nie mogą znieść zrównania z innymi. Poza królami w katedrze znajdowała się również grupa dziwnych
figur, które trzymały się pod ręce i spoglądały kamiennym wzrokiem ze
szczytu starej kolumny. Kiedy tylko objęła je moc zaklęcia, każda statua
usiłowała odepchnąć od siebie pozostałe, jakby po tylu wiekach w bezruchu bolały ją kamienne ramiona i jakby każda zaczynała czuć ogromne
znużenie tak długim złączeniem z resztą.
Jeden z posągów przemówił chyba po włosku. Nikt nie wiedział dlaczego,
choć pan Segundus odkrył później, iż była to kopia rzeźby dłuta Michała
Anioła. Z jej słów wynikało, iż opisuje teraz zupełnie inny kościół,
gdzie intensywnie czarne cienie kontrastują ostro z jaskrawym światłem
słońca. Innymi słowy posąg przedstawiał to, co jego oryginał widział w Rzymie.
Pana Segundusa cieszyło, iż magowie, choć mocno wystraszeni, nie
próbowali uciekać. Niektórzy byli tak zdumieni, że wkrótce całkiem
zapomnieli o strachu i biegali po katedrze, próbując odkrywać nowe cuda,
czyniąc obserwacje i zapisując je ołówkiem w notesikach, zupełnie jakby
zapomnieli o podstępnym dokumencie, który od tego dnia zabraniał im
studiowania magii. Magowie (już za chwilę niestety byli magowie) długo
chodzili to tu, to tam po katedralnych nawach i oglądali cuda. Na ich
uszy zaś nieustannie przypuszczała atak ohydna kakofonia tysiąca
kamiennych głosów przemawiających naraz.
Kapitularz miał kamienne sklepienia z wieloma rzeźbionymi głowami w dziwnych czapach, które teraz rajcowały jedna przez drugą. Były tam też
setki przepięknie rzeźbionych angielskich drzew i krzewów: głogu, dębu,
tarniny, bylicy, wiśni i przestępu. Pan Segundus dostrzegł dwa kamienne
smoki nie większe niż jego ręka do łokcia, które goniły się wzajem,
wślizgując między kamienne gałęzie głogu, między kamienne liście,
kamienne korzenie i kamienne młode pędy. Wydawało się, iż smoki biegają
swobodnie niczym zwykłe żywe stworzenia, ale gdy setki kamiennych mięśni
naprężało się pod kamienną skórą, która tarła o kamienne żebra
napierające na kamienne serce, a szpony z kamienia stukały przy tym o kamienne gałęzie, powstawał odgłos nie do zniesienia i pan Segundus
zastanawiał się, jak smoki to wytrzymują. Zauważył, iż wokół biegających
gadów unoszą się drobne kłęby ziarnistego pyłu, jakby spod struga
kamieniarza. Był przekonany, że gdyby zaklęcie pozwoliło stworzeniom
biegać dostatecznie długo, starłyby się tak, iż zostałby z nich jedynie
bezkształtny kawałek wapienia.
Kamienne liście i zioła drżały i zginały się niby w podmuchach wiatru, a niektóre z nich, naśladując swe żywe odpowiedniki, usiłowały rosnąć.
Później, gdy moc zaklęcia ustała, gałązki kamiennego bluszczu i dzikiej
róży odkryto oplecione wokół krzeseł, pulpitów i modlitewników, gdzie
nigdy wcześniej kamiennego bluszczu ani róży nie było.
Nie tylko jednak magowie z towarzystwa widzieli tego dnia cuda. Nie
wiadomo, czy taki był zamiar pana Norrella, ale jego magia rozlała się
poza mury katedry, do miasta. Trzy posągi stojące na zewnątrz wzdłuż
zachodniej ściany katedry zabrano wcześniej do konserwacji w warsztacie
pana Taylora. Wiele stuleci angielskiego deszczu zmyło i spłukało ich
oblicza i trudno było dzisiaj rozpoznać sławne postaci, jakie miały
przedstawiać. O pół do jedenastej jeden z kamieniarzy pana Taylora
właśnie przystawiał dłuto do twarzy jednego z posągów z zamiarem wykucia
w nim podobizny prześlicznej świętej, kiedy nagle statua głośno
krzyknęła i uniosła ręce, aby odepchnąć dłuto, na co przerażony
kamieniarz zemdlał ze strachu. Posągi odstawiono pod mur katedry
nietknięte, z twarzami płaskimi jak chleb i bezkształtnymi jak masło.
Wtedy nagle w dźwięku rozbrzmiewającym w katedrze zaszła zmiana i jeden
po drugim głosy milkły, aż w końcu magowie usłyszeli dzwony kościoła
Świętego Michała wybijające połowę kolejnej godziny. Pierwszy głos
(niewielkiej figury wysoko w ciemnościach nad głowami) przemawiał
jeszcze jakiś czas, gdy pozostałe już ucichły. Opowiadał nieustannie
historię zatajonej zbrodni ("Nie jest za późno! Nie jest za późno!"),
ale i on w końcu zamilkł.
Podczas gdy magowie przebywali w katedrze, świat się zmienił. Do Anglii
powróciła magia, czy sobie tego życzyli, czy nie. Zaszły też inne,
bardziej prozaiczne zmiany: niebo zasnuły ciężkie śniegowe chmury. Miały
jednak barwę nie szarą, a dziwnie niebieską, morską. Za sprawą tych
osobliwych kolorów zmierzch wyglądał niczym iluminacja podmorskich
baśniowych królestw.
Pana Segundusa niezwykle wyczerpała ta przygoda, choć nie był przerażony
jak inni dżentelmeni. Tak wspaniały pokaz magii przeszedł jego
najśmielsze oczekiwania, a mimo to teraz, gdy już było po wszystkim,
czuł wzburzenie i chciał po prostu wrócić do domu i zostać sam. W tym
właśnie roztrzęsionym stanie został jednak zatrzymany przez zarządcę
pana Norrella.
- Rozumiem, sir - zwrócił się do niego Childermass - iż towarzystwo
ulegnie teraz rozwiązaniu. Bardzo mi przykro, ale tak się stać musi.
Pan Segundus, być może z powodu przygnębienia, podejrzewał, że pomimo
pozornej uprzejmości Childermass w głębi duszy śmieje się z magów Yorku.
Childermass należał do kłopotliwej klasy ludzi nisko urodzonych, którzy
przez całe życie zmuszeni są służyć lepszym od siebie, choć ich bystre
umysły i wrodzone zdolności sprawiają, iż pragną uznania i nagród dla
nich nieosiągalnych. Czasem za sprawą rzadkiego splotu wydarzeń ludzie
tacy wybijają się ponad pospolitość, ale najczęściej gorzknieją,
rozmyślając nad tym, co by było gdyby. W służbie u innych pracują wtedy
niechętnie i wykonują swe zadania nie lepiej - ani nie gorzej - niż ich
mniej zdolni współbracia. Przez rosnącą zuchwałość tracą posady i źle
kończą.
- Najmocniej przepraszam - powiedział Childermass - ale chciałbym pana o coś zapytać. Mam nadzieję, iż nie uzna pan tego za impertynencję, ale
czy zajrzał pan kiedykolwiek do londyńskiej gazety?
Pan Segundus odparł, że owszem.
- Ach tak? Szalenie interesujące. Sam bardzo lubię gazety. Nie mam
jednak zbytnio czasu na czytanie, chyba że książek, których lekturę
zleca mi pan Norrell. A o czym to można dzisiaj przeczytać w londyńskich
gazetach? Pan wybaczy, iż pytam, sir, ale pan Norrell, który nigdy do
gazet nie zagląda, zadał mi wczoraj to pytanie, a ja nie miałem
dostatecznej wiedzy w tej materii.
- Cóż - odparł pan Segundus z lekką konsternacją - można tam znaleźć
artykuły na różne tematy. A co chciałby pan wiedzieć? Można przeczytać o działaniach wojennych marynarki jego wysokości przeciw Francuzom,
przemowy członków rządu, doniesienia o skandalach i rozwodach. Czy o to
panu idzie?
- O, tak! - odparł Childermass. - Objaśnia to pan znakomicie.
Zastanawiam się - ciągnął w zamyśleniu - czy wiadomości z prowincji
kiedykolwiek trafiają do londyńskiej prasy? Czy dla przykładu dzisiejsze
niecodzienne wydarzenia zasługują na wzmiankę?
- Nie wiem - przyznał pan Segundus. - Wydaje mi się, iż to możliwe, ale
z drugiej strony, wie pan, Yorkshire leży bardzo daleko od Londynu... Może
do redaktorów w stolicy nigdy nie dotrą wieści o dzisiejszym pokazie.
- Ach - westchnął pan Childermass i zamilkł.
Zaczął padać śnieg. Najpierw kilka śnieżynek, potem więcej, a w końcu
milion płatków spadło leniwie z zamglonego, ciężkiego, zielonkawego
nieba. Wszystkie gmachy i domy w Yorku stały się trochę mniej wyraźne,
trochę bardziej szare na tle śniegu. Ludzie wydawali się mniejsi.
Okrzyki, zawołania, odgłosy kroków i stukot końskich kopyt, skrzypienie
wozów, trzaskanie drzwiami - wszystko jakby przycichło. I wszystko stało
się w jakiś sposób mniej ważne, aż w końcu istniał tylko padający śnieg,
zielonkawe niebo, mglista, szara zjawa katedry w Yorku - i Childermass.
Przez cały ten czas Childermass milczał. Pan Segundus zastanawiał się,
czego jeszcze zarządca od niego chce, odpowiedział przecież na wszystkie
pytania. Ale Childermass czekał i patrzył na pana Segundusa swymi
dziwnymi czarnymi oczyma, jakby czekał, iż pan Segundus coś powie -
jakby był absolutnie pewien, że pan Segundus powie to, na co on czeka.
- Jeśli pan życzy - powiedział pan Segundus, strzepując śnieg z palta -
mogę rozwiać wszelkie pańskie wątpliwości. Mogę napisać list do redakcji
"Timesa" i poinformować redaktorów o dzisiejszych nadzwyczajnych
dokonaniach pana Norrella.
- Och! Niezwykle uprzejmie z pańskiej strony! - odparł Childermass. -
Proszę mi wierzyć, sir, wiem dobrze, iż wobec porażki nie każdy
dżentelmen wyszedłby wspaniałomyślnie z propozycją takiej przysługi.
Dokładnie tego jednak się spodziewałem. Powiedziałem nawet panu
Norrellowi, iż trudno znaleźć człowieka życzliwszego od pana Segundusa.
- Żaden kłopot - odparł pan Segundus. - Doprawdy nic wielkiego.
Uczone Towarzystwo Magów z Yorku rozwiązano, a jego członków zobowiązano
do porzucenia studiów nad magią (wszystkich oprócz pana Segundusa) - i choć niektórzy nie grzeszyli bystrością umysłu, i nie wszyscy byli
życzliwi oraz uprzejmi, nie sądzę, aby zasługiwali na taki los. Cóż ma
bowiem począć mag, któremu perfidna umowa zabrania studiowania magii?
Dzień za dniem obija się po domu, przeszkadza siostrzenicy (albo żonie,
albo córce) w robótkach ręcznych i zadręcza służbę pytaniami o sprawy,
którymi nigdy wcześniej się nie interesował - a wszystko po to, aby mieć
z kim porozmawiać do czasu, aż w końcu służba poskarży się na niego pani
domu. Były mag bierze w ręce książki i zaczyna czytać, ale nie potrafi
się skupić na lekturze i dociera do strony dwudziestej drugiej, nim się
w ogóle zorientuje, że czyta powieść - gatunek, którym najbardziej
pogardza - odkłada ją więc z niesmakiem. Dziesięć razy dziennie pyta
siostrzenicę (albo żonę, albo córkę), która jest godzina, bo nie może
uwierzyć, że czas płynie aż tak powoli - i z tego samego powodu rozstaje
się w gniewie z kieszonkowym zegarkiem.
Pan Honeyfoot, o czym miło mi informować, poradził sobie nieco lepiej
niż pozostali. Jako człowieka życzliwego i dobrodusznego bardzo głęboko
dotknęła go opowieść kamiennej figury ukrytej w ciemnościach nad głowami
magów. Figura przez wiele wieków nosiła w swym kamiennym sercu dzieje
brutalnej zbrodni, wspominała zamordowaną dziewczynę w wieńcu z bluszczu
na skroniach, kiedy wszyscy inni o niej zapomnieli, i pan Honeyfoot
uznał, iż za wierne przechowywanie owej prawdy powinna ją spotkać
nagroda. Napisał więc do dziekana, do kanoników, do arcybiskupa i naprzykrzał im się dotąd, aż wszystkie ważne osobistości zezwoliły mu
zerwać płyty posadzki w południowym transepcie. A kiedy płyty zerwano,
pan Honeyfoot i robotnicy, których zatrudnił, odkryli kości w ołowianej
trumnie, zupełnie jak mówiła kamienna figura w ciemnościach pod
sklepieniem. Dziekan stwierdził jednak, iż nie może wydać zgody na
usunięcie kości z katedry (czego chciał pan Honeyfoot) na podstawie
świadectwa kamiennego posążku. Byłoby to działanie bez precedensu!
"Ach!" - odparł pan Honeyfoot. - "Ależ taki precedens istnieje". I spór
między nimi toczył się ładnych kilka lat, a w rezultacie pan Honeyfoot
naprawdę nie miał czasu, aby żałować podpisania dokumentu pana
Norrella13.
Bibliotekę Uczonego Towarzystwa Magów z Yorku sprzedano panu
Thoroughgoodowi z Coffee Yard. Dziwnym trafem nikt nie wspomniał o tym
panu Segundusowi, który dowiedział się drogą okrężną, gdy subiekt pana
Thoroughgooda powiedział o tym koledze (ze sklepu bławatnego pana
Priestleya), a kolega przypadkiem nadmienił pani Cockcroft z zajazdu U George'a, zaś ona powtórzyła pani Pleasance, gospodyni pana Segundusa.
Ten natomiast, kiedy tylko usłyszał, popędził przez zaśnieżone ulice do
składu książek pana Thoroughgooda, nie myśląc nawet, aby włożyć
kapelusz, palto czy porządne buty. Ksiąg już jednak nie było. Zapytał
pana Thoroughgooda, kto je kupił. Pan Thoroughgood pokornie prosił o wybaczenie, obawiał się jednak, iż nie może ujawnić nazwiska nabywcy.
Był przekonany, że ów dżentelmen chce pozostać incognito. Pan Segundus,
bez kapelusza, bez palta i bez tchu, w przemoczonych pantoflach i ubłoconych pończochach, ze wzrokiem wszystkich klientów sklepu zwróconym
na niego, z wielką satysfakcją odparł panu Thoroughgoodowi, iż jest mu w zasadzie obojętne, czy pan Thoroughgood zdradzi to nazwisko, on sam
bowiem uważa, że wie, kim jest osoba, która nabyła księgozbiór.
Pan Segundus był pana Norrella niezwykle ciekaw. Dużo o nim rozmyślał i często rozmawiał o nim z panem Honeyfootem14. Pan Honeyfoot
był pewien, iż wszystko, co się wydarzyło, można objaśnić szczerym
pragnieniem pana Norrella, aby odrodzić w Anglii magię. Pan Segundus
miał więcej wątpliwości i zaczął szukać kogoś, kto zna Norrella i mógłby
powiedzieć o nim cokolwiek więcej.
Dżentelmenem zamożnym jak pan Norrell, właścicielem pięknego domu i wielkiej posiadłości, zawsze będą się interesować sąsiedzi i - o ile nie
są bardzo głupi - zawsze zdołają się dowiedzieć tego i owego o jego
zajęciach. Pan Segundus odkrył pewną rodzinę na Stonegate, spokrewnioną
z właścicielami farmy położonej pięć mil od Hurtfew Abbey. Zaprzyjaźnił
się więc z tą rodziną ze Stonegate i nakłonił ją do wyprawienia
przyjęcia z kolacją oraz zaproszenia kuzynostwa (wielce zaskoczyły go
własne zdolności do takich drobnych intryg). Kuzynostwo przybyło na
zaproszenie i chętnie opowiadało o swym bogatym i bardzo szczególnym
sąsiedzie, który zaczarował katedrę w Yorku, ale wiedziało o nim tylko
tyle, iż pan Norrell szykuje się do opuszczenia Yorkshire, ponieważ
zamierza wyjechać do Londynu.
Pana Segundusa ta wiadomość zaskoczyła, ale jeszcze bardziej zdumiał go
jej wpływ na jego własny nastrój. Czuł się dziwnie zakłopotany i zbity z tropu - powtarzał sobie, że to aż śmieszne. Norrell nigdy nie wykazał
najmniejszego zainteresowania jego osobą, nie uczynił mu najmniejszej
uprzejmości. Mimo to w swej profesji Segundus nie miał teraz innego
kolegi. Po jego zniknięciu pan Segundus miał zostać jedynym, ostatnim
magiem w hrabstwie Yorku.
4. Przyjaciele Angielskiej Magii
4
Przyjaciele
Angielskiej Magii
Wczesną wiosną 1807 roku
Wyobraźcie sobie człowieka, który dzień po dniu ślęczy nad księgami w swej bibliotece. Jest drobnej budowy mężczyzną o nieszczególnym uroku
osobistym. Na stole przed nim leży księga. A dalej pióra, nożyk do
przycinania dulek, atrament, papier, zeszyty - wszystko w zasięgu ręki.
W pomieszczeniu zawsze pali się ogień - gospodarz tego domu nie potrafi
się obejść bez rozpalonego kominka, czuje chłód. Biblioteka zmienia się
wraz z porami roku - ale jego zmiany nie dotykają. Trzy wysokie okna
wychodzą na angielską wieś, wiosną spokojną, latem wesołą, melancholijną
jesienią i ponurą zimową porą - zgodnie z naturą angielskiego
krajobrazu. Jednakże we właścicielu biblioteki zmieniające się pory roku
nie budzą najmniejszego zainteresowania - prawie nie podnosi wzroku znad
kart ksiąg. Zażywa ruchu na modłę wszystkich dżentelmenów. Gdy nie pada
deszcz, chadza na długie spacery przez park aż na skraj lasku. Przy
deszczowej pogodzie odbywa krótką przechadzkę przez kępę krzewów. Wie
jednak bardzo niewiele o kępie krzewów, o parku czy lasku. W bibliotece
na stole czeka na niego księga. Oczami wyobraźni nadal śledzi wersy
druku, w myślach nadal obraca przeczytane mądrości, palce świerzbią go,
aby znowu ująć księgę w dłonie. Z sąsiadami spotyka się dwa albo trzy
razy na kwartał - żyje bowiem w Anglii, gdzie sąsiedzi nigdy nie pozwolą
człowiekowi całkiem odgrodzić się od społeczeństwa i pozostać
zgorzkniałym odludkiem, nawet jeśli tak woli. Składają mu wizyty,
zostawiają bileciki u służby, zapraszają go na kolację albo na bale z tańcami. Przeważnie czynią to ze zwykłej życzliwości - uważają, iż
człowiekowi wieczna samotność nie robi dobrze - ale chcą też przy okazji
zaspokoić ciekawość, czy się zmienił od ostatniego spotkania. Nie
zmienił się. Nie ma im nic do powiedzenia i jest uważany za
najnudniejszego człowieka w całym hrabstwie.
W zobojętniałym sercu pana Norrella gorzała jednak ambicja, aby odrodzić
w Anglii magię, pragnienie równie silne jak w duszy pana Honeyfoota, i właśnie z zamiarem zaspokojenia tej z dawna noszonej w sercu intencji
pan Norrell udawał się teraz do Londynu.
Childermass zapewnił go, iż czas jest sprzyjający, a Childermass znał
się na świecie. Childermass wiedział, w co grają smarkacze na rogach
ulic - w gry, które dorośli już dawno zapomnieli. Childermass wiedział,
o czym myślą starzy ludzie w fotelach przed kominkiem, choć nikt ich o to nie pytał od lat. Childermass wiedział, co takiego młodzieńcy słyszą
w biciu werbli i dęciu w piszczałki, co każe im opuszczać domy i zaciągać się do wojska - i wiedział też, że chwały czeka ich naparstek,
za to nieszczęść cała beczka. Childermass potrafił zmierzyć wzrokiem
eleganckiego prawnika na ulicy i wiedzieć, co ma w kieszeniach płaszcza.
I cała ta wiedza kazała mu się uśmiechać, a czasem wręcz wybuchać
gromkim śmiechem. Nic z tego natomiast nie wzbudzało w nim nawet krztyny
współczucia.
Kiedy więc Childermass powiedział swemu panu: "Trzeba jechać do Londynu.
Już teraz", pan Norrell mu uwierzył.
- Jedyne, co nie całkiem mi się podoba - przyznał pan Norrell - to
pański plan, aby Segundus pisał w naszym imieniu do londyńskiej gazety.
Z całą pewnością opisze to z błędami, pomyślał pan o tym? Obawiam się,
iż niemal na pewno będzie próbował interpretować to po swojemu. Ci
trzeciorzędni uczeni nie potrafią się powstrzymać, aby nie dodać czegoś
od siebie. Będzie próbował odgadnąć - błędnie - jakiego rodzaju magii
użyłem w Yorku. A wokół magii narosło już zbyt wiele nieporozumień, aby
dodawać kolejne. Naprawdę musimy wykorzystywać Segundusa?
Childermass obdarzył swojego chlebodawcę mrocznym spojrzeniem i jeszcze
mroczniejszym uśmiechem, ale odparł, iż wedle niego, owszem, muszą.
- Ciekawi mnie, sir - dodał - czy słyszał pan ostatnio o pewnym oficerze
marynarki nazwiskiem Baines.
- Wiem chyba, o kim pan mówi - odparł pan Norrell.
- Ha! A gdzie pan o nim słyszał?
Chwila ciszy.
- Hm - odparł z wahaniem pan Norrell. - Wydaje mi się, iż widziałem
nazwisko kapitana Bainesa w jednej z gazet.
- Porucznik Hector Baines służył na fregacie Król Północy - objaśnił
Childermass. - W wieku dwudziestu jeden lat stracił nogę oraz dwa lub
trzy palce w bitwie u wybrzeży Indii Zachodnich. W tych samych
działaniach morskich zginął kapitan Króla Północy i wielu marynarzy.
Śmiem twierdzić, iż doniesienia, jakoby porucznik Baines przejął
dowodzenie okrętem i wydawał rozkazy załodze, podczas gdy doktor
pokładowy odpiłowywał mu nogę, są mocno przesadzone, z pewnością jednak
wyprowadził okrutnie uszkodzony okręt z tamtych wód, zaatakował
hiszpański żaglowiec pełen łupów, zdobył fortunę i do kraju wrócił jako
bohater. Porzucił młodą damę, z którą był zaręczony, i ożenił się z inną. To, sir, historia kapitana w brzmieniu z "The Morning Post". A teraz opowiem, co się stało dalej. Baines pochodzi z północy jak pan,
sir. Nie urodził się bogato i nie miał wpływowych protektorów, którzy
pomogliby mu w życiu. Niedługo po weselu wraz z nowo poślubioną małżonką
pojechali do Londynu i zatrzymali się w domu przyjaciół na Seacoal Lane.
Podczas ich pobytu odwiedzała ich tam cała socjeta. Jadali kolacje u wicehrabiów, członkowie parlamentu wznosili toasty za ich zdrowie,
Bainesowi obiecano wszelkie korzyści, jakie mogą przynieść wpływy i bogaci patroni. Ten sukces, sir, przypisuję ogólnemu uznaniu i szacunkowi, jaki zyskał dzięki doniesieniu w gazecie. Ale pan może ma w Londynie przyjaciół, którzy wyświadczą podobne przysługi bez potrzeby
kłopotania wydawców gazet?
- Wie pan dobrze, że nie mam - odparł pan Norrell niecierpliwie.
Pan Segundus tymczasem trudził się bardzo nad listem i żałował, iż nie
umie chwalić pana Norrella z większą serdecznością. Wydawało mu się, że
czytelnicy londyńskiej gazety będą oczekiwać, iż odniesie się do
osobistych cnót pana Norrella, dlatego zdziwi ich, kiedy korespondencja
będzie o nich milczeć.
W stosownym czasie list pojawił się na łamach "Timesa" pod tytułem:
"NADZWYCZAJNE WYDARZENIA W - WEZWANIE DO PRZYJACIÓŁ
ANGIELSKIEJ MAGII". Opis magicznych działań w Yorku pan Segundus
zakończył stwierdzeniem, iż Przyjaciele Angielskiej Magii bez wątpienia
błogosławią nadzwyczajną skrytość pana Norrella oraz unikanie przez
niego towarzystwa, albowiem dzięki tym cechom poświęcił się studiom,
czego owocem mógł być zdumiewający pokaz magii w katedrze w Yorku. Pan
Segundus wzywał jednakże Przyjaciół Angielskiej Magii o wspólne apele do
pana Norrella, aby nie zamykał się na powrót w swej samotni, ale działał
publicznie, włączając się w sprawy kraju, tak by rozpocząć się mógł nowy
rozdział w historii magii w Anglii.
"WEZWANIE DO PRZYJACIÓŁ ANGIELSKIEJ MAGII"
przyniosło zdumiewające rezultaty, szczególnie w Londynie. Czytelników
"Timesa" zachwyciły osiągnięcia pana Norrella. Wszyscy chcieli go
zobaczyć. Młode damy współczuły tym biednym starszym dżentelmenom z Yorku, których pan Norrell tak okropnie przestraszył, same jednak
pragnęły być przerażane właśnie tym sposobem. Podobnie sprzyjające
okoliczności mogły się już więcej nie powtórzyć, pan Norrell postanowił
więc jak najszybciej osiąść w Londynie.
- Musi mi pan znaleźć dom, Childermass - powiedział. - Taki dom, który
mówi odwiedzającym, iż magia to profesja godna szacunku, tak samo jak
prawo i dużo bardziej niż medycyna.
Childermass zapytał suchym tonem, czy pan Norrell pragnie również, aby
poprzez architekturę dom przekonywał, iż magia jest równie godna
szacunku jak Kościół?
Pan Norrell (który wiedział, iż w świecie istnieje coś takiego jak
dowcip - inaczej ludzie nie umieszczaliby żartów w książkach - ale
któremu osobiście ten koncept był najzupełniej obcy) zastanawiał się
przez chwilę, po czym odparł, że nie, raczej nie mogą wysuwać takich
twierdzeń.
Childermass zatem (być może myśląc, iż nic w świecie nie jest równie
godne szacunku jak pieniądze) skierował swego pana do rezydencji przy
Hanover Square, wznoszącej się pośród domów ludzi zamożnych i dobrze
prosperujących. Nie wiem, jak wy uważacie, ale według mnie południowa
strona Hanover Square jest dość paskudna. Domy są niebotyczne - mają
przynajmniej trzy piętra - za to wąskie, a każdy ma wysokie, ponure okna
rozmieszczone w idealnie regularnych odstępach, przez co tak dokładnie
przypomina sąsiedni, iż wszystkie sprawiają wrażenie wysokiego muru,
który przesłania światło. Tak czy owak, pan Norrell (człowiek mniej
wybredny ode mnie) był zadowolony z nowej rezydencji, a przynajmniej na
tyle, na ile zadowolony może być dżentelmen, który przez ponad
trzydzieści lat mieszkał w ogromnej wiejskiej posiadłości otoczonej
parkiem pełnym starych drzew, za którym z kolei rozciągały się
gospodarstwa i lasy - dżentelmen, innymi słowy, którego spojrzenia nie
raził widok posiadłości sąsiada za każdym razem, gdy wyglądał przez
okno.
- Dom jest na pewno niewielki, Childermass - zauważył pan Norrell - ale
nie będę narzekał. Jak pan wie, nie dbam o własne wygody.
Childermass odparł, iż dom jest okazalszy niż większość lokali w sąsiedztwie.
- Ach tak? - zdziwił się pan Norrell. Szczególnie zdumiony był mizernym
rozmiarem biblioteki, która nie pomieściłaby nawet jednej trzeciej ksiąg
uważanych przez niego za niezbędne. Zapytał Childermassa, gdzie
mieszkańcy Londynu przechowują książki? Może wcale nie czytają?
Pan Norrell mieszkał w Londynie dopiero niecałe trzy tygodnie, kiedy
dostał list od pani Godesdone, damy, o której nigdy wcześniej nie
słyszał.
...Wiem, iż niezwykle musi Pan być zdziwiony mym listem, osoby
najzópełniej panu nieznanej, i bez wątpienia pyta pan teraz sam siebie,
kim jest ta impertynęcka istota. Nie miałem pojęcia o jej istnieniu!
Uznaje mnie pan za przerarzająco śmiałą etc., etc., ale Drawlight to mój
drogi przyjaciel i zapewnia mnie, iż jest Pan najsłodszym stwożeniem pod
słońcem i nie będzie miał nic naprzeciw. Z niecierpliwością wyrarzam
pragnienie poznania Pana i będzie dla mnie zaszczytem gościć Go na
wieczornym przyjęciu w pszyszły czwartek. Niech obawa przed tłumem Pana
nie powstrzymuje - sama tłumów nieznoszę i zaproszeni są wyłącznie moi
najbliśsi przyjaciele...
List absolutnie nie wywarł na panu Norrellu dobrego wrażenia. Przejrzał
go szybko, odłożył z grymasem obrzydzenia i wrócił do czytanej księgi.
Niedługo potem zjawił się Childermass, aby dopilnować porannych spraw.
Przeczytał list od pani Godesdone i zapytał, jakiej odpowiedzi pan
Norrell zamierza udzielić.
- Odmownej - odparł pan Norrell.
- Ach tak? I mam napisać, iż będzie pan niezwykle zajęty? - zapytał
Childermass.
- Jeśli tak pan woli.
- A będzie pan niezwykle zajęty?
- Nie - odparł Norrell.
- Hm. Może zatem mnogość spotkań w inne dni każe panu odrzucić to
zaproszenie? Obawia się pan przemęczenia?
- Nie mam innych spotkań. Wie pan dobrze, że nie. - Pan Norrell wrócił
do lektury. Czytał minutę czy dwie, aż w końcu burknął (jak się
wydawało, do księgi): - Nadal tu pan jest.
- Jestem - potwierdził Childermass.
- Dobrze zatem, o co ci idzie?
- Myślałem, iż przyjechał pan do Londynu, aby przedstawić ludziom osobę
nowoczesnego maga. Nie pójdzie łatwo, jeśli przez cały czas będzie pan
siedział w domu.
Pan Norrell nic na to nie odparł. Podniósł list i przyjrzał mu się
jeszcze raz.
- Drawlight - odezwał się w końcu. - Co ma mi to mówić? Nie znam nikogo
o tym nazwisku.
- Nie wiem, co ma to panu mówić - odparł Childermass - ale wiem, że na
razie nie sposób przesadzić z uprzejmością.
O ósmej wieczorem w dniu przyjęcia u pani Godesdone pan Norrell, w swym
najlepszym szarym fraku, siedział w powozie, zastanawiając się nad osobą
drogiego przyjaciela pani Godesdone, Drawlighta, kiedy nagle zdał sobie
sprawę, iż powóz stanął. Gdy wyjrzał przez okno, zobaczył w jasnym
świetle latarń natłok ludzi, mnogość powozów i koni. Uważając, iż
wszyscy inni gubią się na ulicach Londynu równie łatwo jak on, uznał
naturalnie, że jego stangret i lokaj zabłądzili. Dlatego, stukając laską
w dach powozu, krzyknął:
- Davey! Lucas! Nie słyszeliście, jak mówiłem "Manchester Street"? Czemu
nie upewniacie się co do drogi przed wyjazdem?
Siedzący na koźle Lucas odkrzyknął, iż właśnie na Manchester Street
zajechali, ale muszą czekać - przed nimi stoi długa kolejka powozów,
które przywiozły swych państwa do jednej z rezydencji.
- Do której? - odkrzyknął pan Norrell.
Lucas odparł, że do tej samej, do której i oni jadą.
- Nie, nie! Na pewno się mylisz - odparł pan Norrell. - To ma być
skromne spotkanie kilku osób.
Gdy w końcu przekroczył progi domu pani Godesdone, z miejsca znalazł się
pośród setki najbliższych przyjaciół gospodyni. Westybul i pokoje
wypełniały tłumy ludzi, a z każdą chwilą gości przybywało. Pan Norrell
był oszołomiony tym ściskiem, ale na niebiosa, co go właściwie tak
dziwiło? Znalazł się na modnym przyjęciu londyńskiego towarzystwa,
nieróżniącym się od tuzina innych wyprawianych w tym mieście każdego
dnia.
A jak opisać londyńskie przyjęcie? Wszędzie wiszą żyrandole ze rżniętego
szkła, a na nich płonie oszałamiająca liczba świec. Eleganckie lustra po
trzykroć i czterykroć odbijają ich blask, aż w końcu noc przyćmiewa
jasnością dzień. Okazałe piramidy wielobarwnych owoców przywiezionych z oranżerii wznoszą się na stołach przykrytych białym obrusem.
Olśniewające istoty, od stóp do głów w klejnotach, przechadzają się
parami po całej sali, aby wszyscy je podziwiali. Gorąco jest nie do
zniesienia, ścisk i hałas również okropny. Nie ma gdzie usiąść i ledwie
jest miejsce do stania. Człowiek może raptem dostrzec najbliższego
przyjaciela w drugim końcu sali. Może chcieć mu powiedzieć tysiąc rzeczy
- ale jak, na Boga, ma się do niego dostać? Jeśli kto ma szczęście w tym
ścisku, może później wpadnie na niego przypadkiem, pośpiesznie uściśnie
przyjacielowi dłoń i znowu obaj się rozejdą. Otoczony przez
poirytowanych, spoconych nieznajomych gość tych salonów ma taką szansę
na rozsądną rozmowę jak na afrykańskiej pustyni. Pragnie jedynie uchować
ulubiony strój przed rozdarciem w tym tłumie. Wszyscy narzekają na gorąc
i zaduch. Wszyscy głośno stwierdzają, że duszno nie do wytrzymania. Lecz
jeśli dla gości to udręka, co powiedzieć o nędzy tych, którzy nie
zostali zaproszeni? Nasze cierpienia są niczym w porównaniu z ich męką!
My zaś nazajutrz będziemy mogli powtarzać sobie wzajem, jakie to było
wspaniałe przyjęcie!
Tak się złożyło, iż pan Norrell przybył w tej samej chwili, co pewna
dość leciwa dama. Mimo niskiego wzrostu i niemiłej aparycji była
najwyraźniej kimś ważnym (od stóp do głów w brylantach). Lokaje
stłoczyli się wokół niej i pan Norrell przekroczył próg niezauważony
przez służbę. Wszedł do pokoju pełnego ludzi, w którym na niewielkim
stoliku odkrył pucharki z ponczem. Sącząc poncz, uświadomił sobie, iż
nikt nie wie o jego obecności. Odkrył też, że nie ma pojęcia, jak teraz
postąpić. Pozostali goście byli zajęci witaniem się ze znajomymi, a zwrócenie się do jednego z lokajów, aby się przedstawić, było dla pana
Norrella absolutnie niemożliwe. Ich dumne miny oraz aura trudnej do
opisania wyższości wytrącały go z równowagi. Doprawdy wielka szkoda, iż
któryś z dawnych członków Uczonego Towarzystwa Magów z Yorku nie znalazł
się w tym tłumie i nie zobaczył pana Norrella tak samotnego i zagubionego. Ogromnie poprawiłoby mu to humor. To samo jednak dotyczy
nas wszystkich. W znajomym otoczeniu zachowujemy się radośnie i swobodnie, wystarczy jednak przenieść nas w miejsce, gdzie nikogo nie
znamy, a - Boże jedyny! - jakże okropnie czujemy się skrępowani!
Pan Norrell błąkał się od sali do sali, pragnąc jedynie zniknąć, kiedy
nagle zamarł w pół kroku na dźwięk wypowiadanego własnego nazwiska oraz
następujących po nim takich oto enigmatycznych słów:
- Wedle jego zapewnień, Norrell nigdy nie pokazuje się inaczej niż w tajemniczej ciemnobłękitnej szacie zdobnej w symbole nie z tej ziemi!
Drawlight jednakże, który tego Norrella zna bardzo dobrze, ręczy, iż...
To doprawdy cud, że pan Norrell mógł w ogóle cokolwiek dosłyszeć - tak
wielki panował zgiełk. Słowa te wypowiadała jakaś młoda kobieta i pan
Norrell gorączkowo rozglądał się wokół, bezskutecznie próbując odkryć
która. Zaczął się zastanawiać, co jeszcze ludzie o nim opowiadają.
Akurat stanął obok pewnej damy i dżentelmena. Ona wyglądała dość
pospolicie - zwyczajna kobieta w wieku czterdziestu lub pięćdziesięciu
lat. On natomiast prezentował styl, jakiego nie spotyka się powszechnie
w hrabstwie Yorku. Był dość niski i z wielką dbałością odziany w porządny czarny frak, nieskazitelnie białą koszulę oraz równie białe
pończochy. Wokół jego szyi na czarnej aksamitnej wstążce wisiała para
srebrnych binokli. Rysy twarzy miał regularne i dość przyjemne, włosy
krótkie i ciemne, a cerę czystą i wręcz białą - oprócz nieznacznie
uróżowanych policzków. Ale to przede wszystkim jego oczy przyciągały
wzrok: duże, o przyjemnym obrysie, ciemne i roziskrzone jak powierzchnia
wody. Okalały je niezwykle długie, ciemne rzęsy. W całej jego postaci
było wiele kobiecych akcentów jego własnego pomysłu, ale oczy i rzęsy
dała mu natura.
Pan Norrell przysłuchiwał się ich rozmowie, aby dowiedzieć się, czy
rozmawiają o nim.
- ...radę, którą dałem lady Duncombe w sprawie jej córki - mówił niski
mężczyzna. - Lady Duncombe znalazła córce doprawdy wyjątkowego męża,
dżentelmena z dochodem dziewięciuset funtów rocznie! Ta trzpiotka
zakochała się jednak w kapitanie dragonów, człowieku bez grosza, i biedna lady Duncombe wpadła w rozpacz. "Och, droga pani!", krzyknąłem,
gdy tylko o tym usłyszałem. "Proszę się nie turbować i zostawić wszystko
mnie. Być może daleko mi do geniusza, jak droga pani dobrze wie, ale me
osobliwe talenta akurat wybornie w tych okolicznościach się nadadzą".
Och, będzie się pani śmiała, kiedy opowiem, co obmyśliłem! Ośmielam się
twierdzić, iż nikt na świecie nie wpadłby na doskonalszy pomysł. Otóż
zabrałem pannę Susan do sklepu Greya przy Bond Street, gdzie oboje
spędziliśmy bardzo przyjemny poranek, przymierzając kolie i kolczyki.
Dzierlatka większość lat przeżyła w Derbyshire i nie nawykła do widoku
prawdziwie pięknych klejnotów. Podejrzewam, iż nigdy wręcz nie
zaprzątała sobie tym poważnie głowy. Wtedy lady Duncombe i ja rzuciliśmy
od niechcenia parę uwag, iż gdy poślubi kapitana Hursta, będzie się
mogła pożegnać z podobnymi zakupami, gdyby natomiast wyszła za pana
Wattsa, mogłaby wybierać spośród najpiękniejszej biżuterii. Następnie
wystarałem się, aby przedstawiono mnie kapitanowi Hurstowi, i nakłoniłem
go, by towarzyszył mi do Boodle'a, gdzie, daję słowo honoru, uprawiają
hazard! - Niski mężczyzna zachichotał. - Pożyczyłem mu nieco grosza, aby
spróbował szczęścia. Ma się rozumieć, nie były to moje własne pieniądze.
Dała mi je w tym celu lady Duncombe. Poszliśmy tam trzy czy cztery razy
i w zadziwiająco krótkim czasie długi kapitana były... Cóż, dość
powiedzieć, droga pani, iż doprawdy nie wiem, jak uda mu się je spłacić!
Lady Duncombe i ja objaśniliśmy mu, iż oczekiwać od kobiety, aby
poślubiła mężczyznę o skromnych dochodach to jedno, a spodziewać się, że
wyjdzie za człowieka po uszy w długach, to rzecz zgoła inna. Z początku
wcale nie chciał nas słuchać. Używał wręcz wyrażeń, jak by to ująć...
koszarowych. Ale w końcu zmuszony był przyznać, iż nasze racje mają
głęboki sens.
Pan Norrell zauważył, że zwyczajnie wyglądająca kobieta w wieku
czterdziestu czy pięćdziesięciu lat spojrzała na niskiego mężczyznę z pewną dezaprobatą. Następnie skłoniła się, nieznacznie i chłodno, i bez
słowa odeszła w tłum. Niski mężczyzna odwrócił się w drugą stronę i natychmiast przywitał się z kolejnym znajomym.
Potem wzrok pana Norrella padł na młodą kobietę nadzwyczajnej urody, w biało-srebrnej sukni. Rozmawiał z nią wysoki, przystojny mężczyzna, zaś
kobieta zaśmiewała się ze wszystkiego, co mówił.
- ...a gdyby pod fundamentami domu odkrył dwa smoki, czerwonego i białego,
zwarte w odwiecznej walce symbolizującej przyszły upadek pana
Godesdone'a? Śmiem przypuszczać - dodał mężczyzna poufnym tonem - iż
droga pani nie miałaby nic naprzeciw.
Kobieta roześmiała się znowu, jeszcze bardziej perliście, a w następnej
chwili pan Norrell ze zdumieniem usłyszał, jak ktoś zwraca się do niej
"pani Godesdone".
Po zastanowieniu pan Norrell stwierdził, iż powinien z nią porozmawiać,
ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. Był chory od tego zgiełku i mrowia
ludzi, za wszelką cenę chciał po cichu opuścić ten dom, tak się jednak
złożyło, iż tłum przy wejściu był akurat szczególnie zbity i trudno się
było przedostać do drzwi. Gdy próbował, ludzki prąd porwał go i zaniósł
w przeciwny koniec sali. Potem pan Norrell jeszcze wielokroć zataczał
podobne koła jak suchy liść w wirującej wodzie. Za którymś okrążeniem
odkrył spokojny kącik przy oknie. Wysoki parawan z rzeźbionego hebanu
inkrustowanego macicą perłową przesłaniał - ach! cóż za rozkoszne
odkrycie! - regalik z książkami. Pan Norrell wsunął się za parawan,
zdjął z półki Rozbiór dogłębny pełnego objawienia Świętego Jana Johna
Napiera i pogrążył się w lekturze.
Po krótkiej chwili podniósł wzrok i zobaczył wysokiego, przystojnego
mężczyznę, który wcześniej rozmawiał z panią Godesdone, oraz tego
niskiego, ciemnowłosego, który zadał sobie trud rozwiania małżeńskich
nadziei kapitana Hursta. Rozprawiali o czymś z zapałem, ale tłum wokół
tak na nich naciskał, iż wysoki mężczyzna bezceremonialnie chwycił
niskiego za rękaw i wciągnął go za parawan w róg zajmowany przez pana
Norrella.
- Nie ma go tutaj - powiedział, podkreślając dodatkowo każde słowo
dźgnięciem palcem w ramię towarzysza. - I gdzie to obiecane
przeszywające spojrzenie rozpłomienionych oczu? Gdzie te nieobjaśnione
transe? Czy na kogokolwiek spadła klątwa? Nie sądzę. Przywoływał go pan
jak ducha z otchłani, a on się nie zjawił.
- Byłem u niego jeszcze dziś rano - odparł śmiało niski mężczyzna. -
Opowiadał mi o cudownych zaklęciach, które ostatnio rzuca, a potem
zapewnił, iż przyjdzie.
- Jest po północy. Już nie przyjdzie. - Postawny mężczyzna uśmiechnął
się z wyższością. - Niech się pan przyzna, że wcale go nie zna.
Ten niski odpowiedział równie wyzywającym uśmiechem (obaj bez wątpienia
toczyli pojedynek na miny) i odparł:
- Nikt w Londynie nie zna go lepiej ode mnie. Muszę przyznać, iż jestem
nieco... dosłownie odrobinę... rozczarowany.
- Ha! - krzyknął jego wysoki towarzysz. - Wszyscy na sali są zdania, iż
zostaliśmy oburzającym sposobem oszukani. Przyszliśmy tu w nadziei
zobaczenia czegoś niezwykłego, a w to miejsce musimy sami sobie
dostarczać rozrywek. - Wtedy jego wzrok padł na pana Norrella. - Zaś ten
dżentelmen czyta książkę.
Niski mężczyzna zerknął za siebie, trącając przy tym niechcący łokciem
okładkę Rozbioru dogłębnego pełnego objawienia Świętego Jana. Obrzucił
pana Norrella gromiącym spojrzeniem za to, iż w tak ciasnej przestrzeni
rozpycha się z wielką księgą.
- Powiedziałem już, że jestem rozczarowany - ciągnął - jednak nie
zaskoczony. Nie zna go pan jak ja. Och! Zapewniam, iż zna swą wartość i niezwykle się ceni. Jak nikt. Człowiek, który kupuje dom przy Hanover
Square, znakomicie wie, jak zachowywać należny styl. Tak jest, nabył
rezydencję przy Hanover Square! Rozumiem, iż jeszcze pan o tym nie
słyszał? Jest bogaty jak Żyd. Miał starego wuja nazwiskiem
Haythornthwaite, który zmarł i zostawił mu górę pieniędzy. Ma też,
oprócz innych błahostek, pokaźną rezydencję i rozległą posiadłość:
Hurtfew Abbey w Yorkshire.
- Ha! - odrzekł sucho ten wysoki. - Niebywale mu się poszczęściło.
Starzy bogaci wujowie, którzy umierają, zdarzają się nader rzadko.
- W rzeczy samej! - wykrzyknął niski. - Mam przyjaciół, Griffinsów. O względy swego bajecznie bogatego wuja zabiegają od lat. Ale wuj, choć
już miał ze sto lat, kiedy zaczęli się starać, nadal nie umarł i, jak
się zdaje, zamierza żyć wiecznie im wszystkim na złość. Griffinsowie zaś
się starzeją i jeden po drugim umierają, gorzko rozczarowani. Jestem
jednak przekonany, iż pan, mój drogi Lascellesie, nie musi się turbować
dokuczliwymi staruchami. Pański majątek pozwala na wygodne życie, czyż
nie?
Wysoki mężczyzna postanowił zignorować tę szczególną zuchwałość i jedynie zauważył chłodno:
- Zdaje mi się, iż ten dżentelmen chce zamienić z panem słowo.
Dżentelmenem był pan Norrell, który, zdumiony tak otwartą rozmową o jego
stanie posiadania, czekał już od kilku minut, aby się odezwać.
- Najmocniej przepraszam - powiedział teraz.
- Tak? - odparł ostrym tonem niski mężczyzna.
- Nazywam się Norrell.
Obaj rozmówcy wbili w pana Norrella zdumione spojrzenia.
Po kilku chwilach milczenia dżentelmen niskiego wzrostu, który z początku minę miał obrażoną, potem obojętną, a teraz zaczynał być
zmieszany, poprosił pana Norrella, aby powtórzył swe nazwisko.
Pan Norrell spełnił prośbę, na co niski dżentelmen powiedział:
- Najmocniej przepraszam, ale... To znaczy... Mam nadzieję, iż wybaczy mi
pan to zuchwałe pytanie, ale czy jest w pańskim domu przy Hanover Square
ktoś, kto nosi czarny strój i ma pociągłą twarz, skrzywioną jak korzeń?
Pan Norrell myślał przez chwilę, po czym odparł:
- Childermass. Idzie panu o Childermassa.
- Och, Childermass! - wykrzyknął niski dżentelmen, jakby nagle wszystko
stało się najzupełniej oczywiste. - No przecież! Jakiż ja głupi! To
Childermass! Och, panie Norrell! Nie umiem wręcz wyrazić, jak się
cieszę, iż pana poznałem, sir. Nazywam się Drawlight.
- Zna pan Childermassa? - zapytał pan Norrell, nie wiedząc, co o tym
wszystkim sądzić.
- To znaczy... - Pan Drawlight urwał. - Widziałem kogoś odpowiadającego
podanemu przeze mnie opisowi, kiedy wychodził z pańskiego domu i... Och,
panie Norrell! Ależ ze mnie czasem bałwan! Pomyliłem pana z nim! Błagam,
niech pan nie żywi urazy, sir! Teraz bowiem, gdy mam pana przed sobą,
wyraźnie widzę, iż jego szalona, romantyczna aparycja przywołuje na myśl
maga, pana natomiast otacza refleksyjna aura uczonego. Prawda, iż pan
Norrell wygląda jak prawdziwy, poważny uczony? - zwrócił się z pytaniem
do Lascellesa.
Wysoki dżentelmen przytaknął bez entuzjazmu.
- Szanowny panie, to mój przyjaciel, pan Lascelles - przedstawił go
Drawlight.
Pan Lascelles skłonił się, ledwie nieznacznie.
- Och, drogi panie - wykrzyknął pan Drawlight. - Nawet nie umiałby pan
sobie przedstawić, jakie męki cierpiałem dziś wieczór, zastanawiając
się, czy pan przyjdzie! O godzinie siódmej byłem już w nerwach nie do
zniesienia! Poszedłem do jadłodajni przy Glasshouse Street, tylko po to,
by wypytać Daveya i Lucasa! Davey był pewien, iż pan nie przyjedzie,
przez co, jak może pan sobie wyobrazić, wpadłem w czarną rozpacz!
- Davey i Lucas! - powtórzył pan Norrell zdumiony do granic. (Były to,
jak może Czytelnik pamięta, imiona stangreta i pokojowca pana Norrella).
- O, tak! - potwierdził pan Drawlight. - Czasem wpadają coś zjeść do
kuchni przy Glasshouse Street, o czym pewnie pan wie.
Pan Drawlight uczynił krótką pauzę, w trakcie której pan Norrell mógł
wyburczeć, iż nie wiedział.
- Z ogromnym zapałem i oddaniem zachwalałem pana i opowiadałem o pańskich nadzwyczajnych mocach memu szerokiemu gronu znajomych - ciągnął
pan Drawlight. - Byłem pańskim Janem Chrzcicielem, sir, utorowałem panu
drogę! I nie wahałem się oznajmiać, iż pan i ja jesteśmy wielkimi
przyjaciółmi, od początku miałem bowiem przeczucie, mój drogi panie, iż
właśnie tak będzie. I jak sam pan widzi, miałem pełną rację, bowiem,
proszę, gawędzimy sobie jak starzy znajomi!
5. Drawlight
5
Drawlight
Wiosną do jesieni 1807 roku
Nazajutrz wczesnym rankiem zarządca pana Norrella, Childermass, przybył
na wezwanie swego chlebodawcy do jego porannej jadalni. Zastał pana
Norrella bladego i w stanie nerwowego pobudzenia.
- W czym rzecz? - zapytał Childermass.
- O! - wykrzyknął Norrell, podnosząc wzrok. - Jeszcze ma pan czelność
mnie o to pytać! Pan, który tak zaniedbał swe obowiązki, iż byle łajdak
może sobie bez obaw obserwować mój dom i swobodnie nagabywać służących!?
I do tego uzyskiwać odpowiedzi na swe pytania! Po co pana w takim razie
zatrudniam, jeśli nie po to, aby mnie pan chronił przed podobnie
zuchwałymi próbami?
Childermass wzruszył ramionami.
- Przypuszczam, iż idzie panu o Drawlighta.
Krótka, pełna zdziwienia cisza.
- Wiedział pan o tym? - wykrzyknął pan Norrell. - Dobry Boże, człowieku!
Co pan sobie myślał? Czy nie powtarzał mi pan setki razy, iż dla
zapewnienia mi prywatności służba nie może rozpowiadać plotek?
- O, bez wątpienia! - zgodził się Childermass. - Obawiam się jednak,
sir, iż pan musi odstąpić od pewnych nawyków samotnika. Trzymanie się na
uboczu i stronienie od ludzi jest dobre w Yorkshire, ale my już w hrabstwie Yorku nie mieszkamy.
- Tak, tak! Wiem, że nie - obruszył się pan Norrell. - Nie o to się
jednak rozchodzi. Pytanie brzmi: czego chce Drawlight?
- Chce być znany w towarzystwie jako pierwszy dżentelmen w Londynie,
który zaprzyjaźnił się z magiem. I tyle.
To jednak nie wystarczyło, aby rozwiać lęki jego chlebodawcy. Pan
Norrell nerwowo zatarł żółtawe dłonie i zerknął z obawą w ciemne rogi
jadalni, jakby podejrzewał, iż kryje się w nich więcej Drawlightów,
szpiegujących go na każdym kroku.
- Nie wyglądał na uczonego w tym jego stroju - stwierdził - jednak to
niczego nie przesądza. Nie miał na palcach pierścieni mocy ani symboli
przymierza, ale zawsze...
- Nie całkiem rozumiem - przyznał Childermass. - Proszę mówić jaśniej.
- Czy on sam nie ma aby jakichś umiejętności, jak pan sądzi? - odparł
pan Norrell. - A może ma znajomych zazdrosnych o me sukcesy? Kim są jego
wspólnicy? Jakie ma wykształcenie?
Childermass uśmiechnął się krzywym uśmiechem, który sięgał tylko jednego
policzka.
- Och! Wmówił pan sobie, iż Drawlight jest agentem innego maga?
Zapewniam, sir, że nie jest. Może mi pan wierzyć. Mając na względzie
właśnie dbałość o pańskie interesy, po tym, jak otrzymał pan list od
pani Godesdone, wypytałem o Drawlighta dość starannie, podobnie zresztą
jak on wypytał o pana. Dziwny byłby to mag, który by zatrudniał takiego
osobnika jak Drawlight. Poza tym, jeśli taki mag rzeczywiście by
istniał, już dawno by pan o nim wiedział, prawda? Odkryłby pan sposoby,
aby pozbawić go ksiąg i przerwać jego studia nad magią, czyż nie?
Przecież czynił pan tak już wcześniej.
- Czyli uważa pan, iż ten Drawlight jest zupełnie nieszkodliwy?
Childermass uniósł brew i uśmiechnął się krzywym uśmiechem.
- Wprost przeciwnie - odparł.
- Ach! - wykrzyknął pan Norrell. - Wiedziałem! Dobrze zatem, z pewnością
będę się pilnował, aby unikać jego towarzystwa.
- Dlaczego? - zdziwił się Childermass. - Nic takiego nie powiedziałem.
Czy nie mówiłem przed chwilą, iż nie stanowi dla pana zagrożenia? Co
panu przeszkadza, że to łobuz i drań? Dobrze panu radzę, sir, aby
wykorzystał pan narzędzie, które samo się nasuwa pod rękę.
Childermass opowiedział następnie panu Norrellowi, czego dowiedział się
o Drawlighcie: iż należy do gatunku dżentelmena spotykanego wyłącznie w Londynie, którego głównym zajęciem jest noszenie drogich, modnych
strojów; iż dżentelmeni tacy prowadzą życie ostentacyjnie próżniacze,
oddają się hazardowi i nadmiernemu pijaństwu oraz co roku bawią wiele
miesięcy w Brighton i innych modnych kurortach; że w ostatnich latach
ten typ dżentelmena osiągnął, jak się wydaje, szczyt perfekcji w osobie
Christophera Drawlighta. Nawet jego najbliżsi przyjaciele musieliby
przyznać, iż nie ma on ani jednej cechy godnej pochwały15.
Bez wątpienia rozmowa z Childermassem poprawiła panu Norrellowi humor,
choć cmokał z niezadowoleniem, słuchając o Drawlighcie, i krzywił się na
każdy nowo odkryty fakt. Kiedy dziesięć minut później do jadalni wszedł
Lucas, niosąc garnuszek z gorącą czekoladą, pan Norrell spokojnie jadł
grzankę z konfiturą i wydawał się zupełnie inną osobą niż zdenerwowany,
zalękniony człowiek, jakim był niewiele wcześniej.
Rozległo się głośne pukanie do drzwi i Lucas poszedł otworzyć. Następnie
dały się słyszeć ciche kroki na schodach i Lucas zjawił się z powrotem,
aby zaanonsować:
- Pan Drawlight!
- Ach, drogi panie! Jak się pan miewa, sir? - Pan Drawlight wszedł do
jadalni. Był odziany w granatowy frak, a w dłoni trzymał hebanową laskę
ze srebrną gałką. Wydawał się być w przednim humorze, bez ustanku
kłaniał się, uśmiechał i przechadzał po całym pomieszczeniu, tak iż w ledwie pięć minut nie było ani cala dywanu, na którym by nie stanął, ani
jednego krzesła czy stolika, którego by delikatnie i czule nie
pogładził, ani jednego lustra, przed którym by nie zatańczył, ani
jednego obrazu, na którego widok by się przez moment nie uśmiechał.
Pan Norrell, choć miał już teraz pewność, iż jego gość nie jest wielkim
magiem ani też sługą wielkiego maga, nadal nie był przekonany do rady
udzielonej mu przez Childermassa. Bardzo chłodno zaprosił pana
Drawlighta, aby usiadł z nim do śniadania i poczęstował się gorącą
czekoladą. Nadąsane milczenie i wrogie spojrzenia z ukosa nie robiły
jednak na panu Drawlighcie najmniejszego wrażenia, ponieważ wypełniał
chwile ciszy własnym potokiem słów, a do wrogich spojrzeń tak już
przywykł, iż wcale nie zwracał na nie uwagi.
- Prawda, że zgodzi się pan ze mną, sir, iż wczorajsze przyjęcie było
najwspanialsze na świecie? Choć, jeśli wolno mi tak powiedzieć, uważam,
że świetnie pan zrobił, wychodząc w odpowiednim momencie. Mogłem wtedy
obejść wszystkich i powiadomić, iż dżentelmen, którego plecy właśnie
zobaczyli w drzwiach, to nie kto inny tylko pan Norrell we własnej
osobie! Och! Niech pan mi wierzy, sir, pańskie wyjście zostało
zauważone. Szanowny pan Masham był pewien, iż dostrzegł pańskie nobliwe
ramię, lady Barclay twierdziła, iż widziała szary lok pańskiej
prześwietnej peruki, zaś panna Fiskerton była zachwycona, ponieważ na
ułamek chwili jej wzrok padł na czubek pańskiego uczonego nosa! I ta
odrobina, którą widzieli, sprawiła, iż zapragnęli więcej. Bardzo chcą
teraz ujrzeć całego pana Norrella.
- Ha! - rzekł pan Norrell z pewnym zadowoleniem.
Powtarzane przez pana Drawlighta zapewnienia, jakoby damy i dżentelmeni
na przyjęciu u pani Godesdone byli nim absolutnie zauroczeni, nieco
osłabiło jego uprzedzenia wobec gościa. Wedle pana Drawlighta
towarzystwo pana Norrella było jak dobra przyprawa: najmniejsza szczypta
potrafiła dodać smaku całej potrawie. Pan Drawlight okazywał najwyższą
uprzejmość i mówił tak przyjaźnie, iż pan Norrell stopniowo stawał się
bardziej rozmowny.
- A jakim to szczęśliwym zbiegom wydarzeń, sir - zapytał pan Drawlight -
zawdzięczamy pański przyjazd? Co pana sprowadziło do Londynu?
- Przyjechałem do stolicy, aby działać na rzecz nowoczesnej sztuki
magicznej. Zamierzam, sir, wskrzesić w Anglii magię - odparł poważnym
tonem pan Norrell. - Mam sporo do powiedzenia wielkim ludziom naszej
epoki. Mogę być dla nich użyteczny na rozliczne sposoby.
Pan Drawlight wymamrotał uprzejmie, że nie ma co do tego najmniejszych
wątpliwości.
- Wyznam panu, sir - dodał pan Norrell - iż szczerze chciałbym, aby ten
obowiązek spadł na barki jakiegoś innego maga. - Westchnął i starał się
wyglądać na tyle godnie, na ile tylko pozwalała jego drobna, wychudzona
twarz. To zdumiewające, iż człowiek taki jak on, który zniszczył karierę
wielu szacownych kolegów po fachu, potrafił samego siebie przekonać, że
wolałby, aby cała gloria jego profesji spłynęła na jednego z nich, bez
wątpienia jednak pan Norrell wierzył w to, co mówi.
Pan Drawlight wymamrotał parę słów współczucia. Pan Drawlight uważał, iż
pan Norrell jest zbyt skromny. Panu Drawlightowi nie przeszłoby nawet
przez myśl, iż ktokolwiek mógłby lepiej od pana Norrella wykonać zadanie
wskrzeszenia w Anglii magii.
- Działam jednak w niesprzyjających warunkach, sir - przyznał pan
Norrell.
Pan Drawlight był zaskoczony tym wyznaniem.
- Zupełnie, sir, nie znam świata. Wiem, że nie znam. Jako uczony miłuję
samotność i ciszę. Spędzanie godziny za godziną na czczych pogaduszkach
w salonie pełnym nieznajomych osób to dla mnie prawdziwa tortura.
Obawiam się jednak, iż teraz będzie jej sporo w mym życiu. Zapewnia mnie
o tym Childermass. - Pan Norrell spojrzał tęskno na pana Drawlighta,
jakby w wielkiej nadziei, że ten zaprzeczy.
- Ha! - Pan Drawlight namyślał się przez chwilę. - I właśnie dlatego tak
się cieszę, iż pan i ja zostaliśmy przyjaciółmi! Bynajmniej nie udaję
uczonego, sir. Nie mam zielonego pojęcia o magii ani o jej historii i śmiem twierdzić, iż od czasu do czasu uzna pan moje towarzystwo za
uprzykrzone, ale musi pan wtedy zawsze brać pod uwagę, jak wielkie
przysługi mogę panu wyświadczyć, wprowadzając pana do świata i przedstawiając go w towarzystwie. Och, drogi panie! Nawet pan sobie nie
wyobraża, jak mogę być dla niego użyteczny!
Pan Norrell na razie nie chciał przyrzec, iż będzie towarzyszył panu
Drawlightowi w każde miejsce, o którego czarze i uroku pan Drawlight
zapewnia, ani że będzie się spotykał ze wszystkimi ludźmi, którzy
zdaniem pana Drawlighta sprawią, iż odtąd życie pana Norrella nabierze
nowej słodyczy. Zgodził się jednak pójść z nim tego wieczoru na kolację
u lady Rawtenstall przy Bedford Square.
Rzeczona kolacja nie zmęczyła pana Norrella aż tak, jak się spodziewał,
zgodził się zatem spotkać z panem Drawlightem następnego dnia rano w domu pana Plumtree. Mając pana Drawlighta za przewodnika, pan Norrell
wkroczył teraz do towarzystwa z większą pewnością siebie. Wkrótce jego
kalendarz był wypełniony spotkaniami. Pan Norrell był zajęty od
jedenastej rano do późnej nocy. Składał wizyty poranne. Jadał kolacje w domach w całym Londynie. Chadzał na przyjęcia, bale, koncerty włoskiej
muzyki. Poznawał baronetów, wicehrabiów, wicehrabinie oraz szanownych
tych i owych. Spotykano go, gdy przechadzał się po Bond Street ramię w ramię z panem Drawlightem. Widziano go na przejażdżce powozem w Hyde
Parku z panem Drawlightem i drogim przyjacielem pana Drawlighta, panem
Lascellesem.
W dni, kiedy pan Norrell nie jadał kolacji w gościach, pan Drawlight
posilał się w domu pana Norrella przy Hanover Square. Pan Norrell
wiedział, iż panu Drawlightowi niezwykle to odpowiada, Childermass
przekazał mu bowiem, iż pan Drawlight jest właściwie bez grosza. Wedle
Childermassa Drawlight utrzymywał się dzięki sprytowi i długom. Żadnego
z przyjaciół nigdy nie zaprosił do swego domu, ponieważ najmował kwaterę
nad warsztatem szewca przy Little Ryder Street.
Jak w każdym nowym domu, również w rezydencji przy Hanover Square -
która z początku wydawała się idealna - odkryto w niedługim czasie
potrzebę wielu ulepszeń. Naturalnie pan Norrell chciał, aby wszystko
zostało wykonane w jak najkrótszym czasie. Kiedy jednak poskarżył się
Drawlightowi, iż londyńscy robotnicy pracują niemożliwie ospale,
Drawlight skorzystał z okazji, aby przejrzeć wszystkie plany pana
Norrella w kwestii kolorów, tapet, dywanów, mebli i dekoracji, i w każdym znalazł wady. Spierali się o to przez kwadrans, a w końcu pan
Drawlight kazał gotować powóz pana Norrella i polecił Daveyowi zawieźć
ich obu prosto do sklepu pana Ackermanna przy Strandzie. Tam pan
Drawlight pokazał panu Norrellowi książkę, która zawierała obraz
autorstwa pana Reptona, przedstawiający staromodny salon, gdzie wiekowa
postać z czasów królowej Elżbiety z kamiennym wyrazem twarzy spoglądała
z portretu na ścianie, zaś puste krzesła wpatrywały się w siebie
nawzajem jak goście na przyjęciu, którzy odkryli, iż nie mają sobie nic
do powiedzenia. Za to na następnej stronie, ach! jakież zmiany zaszły za
sprawą szlachetnej sztuki stolarstwa, tapicerstwa i kładzenia tapet! Oto
przedstawiono obraz tego samego salonu, ale z nowymi meblami i zmienionego nie do poznania! Tuzin modnie odzianych dam i dżentelmenów
zwabiła do tego eleganckiego nowego apartamentu okazja do odprężenia się
poprzez spoczęcie w eleganckich pozach w fotelach czy dzięki przechadzce
po porośniętej winem oranżerii, która w tajemniczy sposób objawiła się
po drugiej stronie pary wysokich, przeszklonych drzwi. Jak objaśnił pan
Drawlight, morał płynie z tego taki, iż jeśli pan Norrell liczy na
zdobycie przyjaciół dla sprawy wskrzeszenia nowoczesnej magii, musi
kazać zainstalować w domu wiele par przeszklonych drzwi.
Pod okiem pana Drawlighta pan Norrell nauczył się, iż lepsze są
czerwienie podobne tym w galeriach malarstwa niż nobliwe, lecz nudne
zielenie, do których przywykł od dzieciństwa. Dla dobra nowoczesnej
magii niewyszukane materiały w domu pana Norrella pokryto farbą i lakierem, i odtąd udawały coś, czym nie były - jak aktorzy na scenie.
Gips pomalowano, aby udawał drewno, a drewno pomalowano, by udawało
różne inne jego gatunki. Kiedy przyszło do wystroju jadalni z salonem,
pan Norrell do tego stopnia już ufał gustowi pana Drawlighta, iż zlecił
mu wybranie porcelanowej zastawy według jego własnego smaku.
- Nie pożałuje pan, mój drogi! - wykrzyknął Drawlight. - Trzy tygodnie
temu wybrałem bowiem zastawę dla księżnej B..., która z miejsca
oświadczyła, iż to najpiękniejsze talerze, jakie w życiu widziała!
Rankiem pewnego pogodnego majowego dnia pan Norrell siedział w salonie w domu pani Littleworth przy Wimpole Street. Wśród przybyłych gości byli
panowie Drawlight i Lascelles. Pana Lascellesa nad wyraz radowało
towarzystwo pana Norrella, w tym względzie entuzjazmem ustępował jedynie
panu Drawlightowi, obaj mieli jednak zupełnie odmienne powody, aby
zabiegać o jego względy. Pan Lascelles był człowiekiem sprytnym i cynicznym. Fakt, iż pewien uczony starszy pan wmówił sobie, jakoby
potrafił czynić magiczne sztuki, Lascelles uznawał za największą
niedorzeczność świata. Stąd też przy każdej nadarzającej się okazji z wielką rozkoszą zadawał panu Norrellowi pytania w temacie magii po to,
aby w duchu śmiać się z odpowiedzi.
- A jak się panu podoba Londyn, sir? - zapytał teraz.
- Wcale - odparł pan Norrell.
- Przykro mi to słyszeć - odparł Lascelles zmartwionym tonem. - Czy
odkrył już pan innych magów, aby mieć towarzyszy do uczonych rozmów?
Pan Norrell zmarszczył czoło i odparł, iż nie sądzi, aby w Londynie
przebywali jacyś inni magowie, a jeśli nawet, jak dotąd nie zdołał ich
odnaleźć.
- Ach, sir! - wykrzyknął pan Drawlight. - Jest pan zatem w błędzie!
Został pan oburzająco źle poinformowany. Mamy magów w Londynie! O, co
najmniej czterdziestu! Można ich spotkać praktycznie na każdym rogu
ulicy. Pan Lascelles i ja będziemy niezmiernie radzi ich panu
przedstawić. Mają swego króla i zwą go Vinculusem, wysokiego, obdartego
stracha na wróble, który rozstawia kramik tuż przed kościołem Świętego
Krzysztofa, cały obryzgany błotem, a jeśli obdartusowi dać dwa pensy,
powie przepowiednię.
- Vinculus przepowiada wyłącznie wielkie nieszczęścia - zauważył ze
śmiechem pan Lascelles. - Jak dotąd obiecał mi, iż utonę, wpadnę w obłęd, ogień zniszczy cały mój dobytek oraz że będę miał nieślubną
córkę, która z nienawiści bardzo mnie skrzywdzi na me stare lata.
- Chętnie pana do niego zabiorę, sir - zapewnił Drawlight pana Norrella.
- Z radością Vinculusa zobaczę.
- Proszę się mieć na baczności, jeśli rzeczywiście pan się tam uda -
ostrzegła pani Littleworth. - Tacy ludzie potrafią okropnie człowieka
przerazić. Państwo Cruickshankowie sprowadzili do domu maga, brudnego
obdartusa, aby pokazał ich przyjaciołom jakieś sztuki, ale kiedy już
miało dojść do występu, okazało się, że żadnych sztuk nie zna, więc mu
nie zapłacili. Rozgniewany przysiągł, iż zmieni ich maleńkie dziecko w wiadro na węgiel. A potem wybuchło wielkie zamieszanie, ponieważ
maleństwa nigdzie nie można było znaleźć, choć nie zauważono również
żadnego nowego wiadra na węgiel, były jedynie stare, dobrze już znane.
Przeszukali cały dom od piwnicy po dach, a pani Cruickshank wprost
odchodziła od zmysłów i już wezwano nawet doktora, kiedy w końcu
piastunka z maleństwem zjawiła się w drzwiach i okazało się, iż była je
zabrała, aby pokazać swej matce przy James Street.
Pomimo tych wszystkich zachęt pan Norrell uprzejmie odmówił panu
Drawlightowi złożenia wraz z nim wizyty u Vinculusa w jego żółtym
kramiku.
- A jakie jest pańskie zdanie w kwestii Kruczego Króla, drogi panie?
- Nie mam zdania. Nie poświęcam mu czasu.
- Ach tak? - zdziwił się pan Lascelles. - Proszę wybaczyć, szanowny
panie, ale to doprawdy zdumiewające stwierdzenie. Jeszcze nie poznałem
maga, który by nie oświadczał, iż Czarny Król jest największym magiem ze
wszystkich, magiem par excellence! Człowiekiem, który, gdyby tylko
chciał, mógłby wyrwać Merlina z drzewa, okręcić go na głowie jak frygę i wstawić z powrotem w pień16.
Pan Norrell milczał.
- Bez wątpienia przecież - ciągnął pan Lascelles - żaden inny aureat nie
mógł się z nim równać magiczną mocą, czyż nie? Miał królestwa we
wszystkich światach znanych i nieznanych17. Zastępy ludzkich
i magicznych książąt spełniały jego rozkazy. Na jego polecenie
czarodziejski las zmieniał miejsce. Nie wspominając już o jego
długowieczności. Panował trzysta lat. I podobno pod sam koniec nadal był
młodzieńcem, przynajmniej z wyglądu.
Pan Norrell milczał.
- Ale może pan uważa te opowieści za łgarstwa? Często słyszałem
twierdzenia, iż Kruczy Król jako taki nigdy nie istniał. Rzekomo nie był
wcale jednym magiem, a długim łańcuchem magów, z których wszyscy
wyglądali tak samo. Może pan również jest właśnie tego zdania?
Pan Norrell miał minę, jakby wolał zachować milczenie, jednak
bezpośredniość pytania pana Lascellesa zobowiązywała go do odpowiedzi.
- Nie - odparł w końcu. - Jestem pewien, iż istniał. Uważam jednak, że
wywarł na angielską magię wpływ godny pożałowania, nie znajduję innych
określeń. Uprawiał magię szczególnie zgubnego rodzaju i nic nie
sprawiłoby mi większej radości niż świadomość, iż odszedł w całkowite
zapomnienie, jak na to zasługuje.
- A co może nam pan opowiedzieć o pańskich magicznych służących, sir? -
zapytał pan Lascelles. - Tylko pan ich widzi? Czy może inni też mogą ich
dostrzec?
Pan Norrell prychnął i odparł, iż nie ma żadnych magicznych służących.
- A o czym mowa? - zapytała wielce zdziwiona dama w bladoróżowej sukni.
- Jest pan mądrym człowiekiem, drogi panie - zwrócił się pan Lascelles
do pana Norrella. - Sprawa Starhouse przeciw Tubbsowi musi służyć
wszystkim magom za ostrzeżenie18.
- Pan Tubbs nie był magiem - odrzekł pan Norrell. - Nigdy też nie
słyszałem, aby się za takiego podawał. Nawet jednak gdyby był
największym magiem w całym chrześcijańskim świecie, nie powinien był
pragnąć, aby magiczne istoty dotrzymywały mu towarzystwa. W żadnym ze
światów nie ma rasy bardziej jadowitej, która by wobec Anglii żywiła
większą wrogość. Zbyt wielu żyło już magów, którzy - czy to z lenistwa,
czy z niewiedzy - nie podążali właściwą ścieżką nauk magicznych, lecz
pożytkowali całą energię na starania, aby zdobyć sługę z Krainy. A kiedy
już zdobyli, zdawali się na niego we wszystkim. Dzieje Anglii obfitują w takich ludzi, a część spotkała za to zasłużona kara, i bardzo dobrze.
Weźmy chociażby Bloodwortha19.
Pan Norrell zawarł wiele nowych znajomości, ale nikogo nie połączyła z nim prawdziwa przyjaźń. Londyn uznał powszechnie, iż jest
rozczarowujący. Nie pokazywał magicznych sztuk, na nikogo nie rzucił
zaklęcia, niczego nie przepowiedział. Raz u pani Godesdone słyszano, jak
stwierdził, iż chyba zanosi się na deszcz, ale jeśli była to
przepowiednia, to błędna, bo deszcz nie spadł - nie padało wręcz aż do
kolejnej soboty. Prawie nie mówił o magii, a kiedy już coś powiedział,
brzmiało to jak lekcja historii i nikt nie mógł tego słuchać. Rzadko
kiedy miał dobre zdanie o jakimś innym magu, z jednym wyjątkiem, kiedy
raz wyraził pochwałę dla maga z minionego stulecia, Francisa
Suttona-Grove'a20.
- Ale myślałem, sir - przyznał pan Lascelles - iż Suttona-Grove'a nie da
się czytać. Zawsze słyszałem, że De generibus artium jest absolutnie
nie do przebrnięcia.
- Och! - odparł pan Norrell. - Nie wiem, czy to księga, która zapewni
rozrywkę damom i dżentelmenom, sądzę jednak, iż dla poważnego adepta
magii wartość Suttona-Grove'a jest nie do przecenienia. Uczeń magii
znajdzie u niego pierwszą próbę określenia, jakie obszary winien badać
nowoczesny mag, a wszystko jest uporządkowane w listach i rozpisane w tabelach. Oczywiście system klasyfikacji Suttona-Grove'a nie jest wolny
od błędów, być może właśnie to pan rozumie przez "nie do przebrnięcia",
niemniej tuzin jego zestawień to jeden z najprzyjemniejszych dla oczu
widoków. Uczeń ogarnie je spojrzeniem i myśli: "To znam" albo "Nad tym
jeszcze muszę popracować", i tak ma rozplanowane zajęcie na dobre
cztery, może pięć lat.
Powtarzanej w towarzystwie historii o posągach w katedrze Yorku urosła
tak długa broda, iż ludzie zaczęli się zastanawiać, czy pan Norrell w ogóle dokonał czegokolwiek innego. Pan Drawlight był zmuszony wymyślać
nowe przykłady.
- Ale co ten mag potrafi, Drawlight? - zapytała pewnego wieczoru pani
Godesdone pod nieobecność pana Norrella.
- Och, droga pani! - wykrzyknął Drawlight. - Czegóż on nie potrafi?
Proszę bardzo! Ledwie zeszłej zimy nad York, który jest, jak pewnie pani
wie, rodzinnym miastem pana Norrella, nadeszła wielka zamieć. W każdym
ogrodzie zawieja zdmuchnęła pranie ze sznurów w błotnistą pluchę, zatem
radni miejscy, aby oszczędzić kobietom wysiłku ponownego prania ubrań i pościeli, zwrócili się do pana Norrella, a ten na ich prośbę posłał
zastęp magicznych sług, aby wszystko jeszcze raz uprały. Do tego
zacerowały wszelkie dziury w koszulach, szlafmycach i halkach, podszyły
postrzępione kraje sukien, no i wszyscy potem twierdzili, iż jeszcze nie
widzieli płócien tak olśniewająco białych!
Historia o praniu zyskała wielką popularność i na kilka tygodni tego
lata podreperowała renomę pana Norrella. W rezultacie, kiedy pan Norrell
zabierał głos na temat nowoczesnej magii, co czasem czynił, większość
jego słuchaczy podejrzewała, iż właśnie takie sztuki musi mieć na myśli.
Nawet jeśli damy i dżentelmeni, których pan Norrell spotykał w salonach
i jadalniach, w ogólnym rozrachunku byli nim rozczarowani, on z nich był
równie niezadowolony. Nieustannie skarżył się panu Drawlightowi na
niepoważne pytania, jakie mu zadawali, i powtarzał, iż godziny spędzone
w ich towarzystwie nie przyniosły jak dotąd żadnej korzyści sprawie
angielskiej magii.
Pochmurnym rankiem w pewną środę pod koniec września pan Norrell i pan
Drawlight siedzieli w bibliotece przy Hanover Square. Pan Drawlight
opowiadał akurat długą historię, jak to Pan F. powiedział coś, co
obraziło lorda S., i relacjonował, co o tym wszystkim myślała lady D.,
kiedy pan Norrell nagle powiedział:
- Byłbym wdzięczny, drogi panie Drawlight, gdyby mógł mi pan rozjaśnić
następującą ważną kwestię, a mianowicie czy ktokolwiek powiadomił
księcia Portland o mym przybyciu do Londynu?21
- Ach! Sir! - wykrzyknął Drawlight. - Tylko panu, z pańską skromną
naturą, mogło przyjść na myśl podobne pytanie. Zapewniam, iż wszyscy
ministrowie słyszeli już o nadzwyczajnym panu Norrellu.
- W takim razie - odparł pan Norrell - dlaczego jego łaskawość książę
nie przysłał mi żadnej wiadomości? Otóż zaczynam myśleć, iż jest
zupełnie nieświadom mego istnienia. Dlatego, drogi panie, byłbym
wdzięczny, gdyby zdradził mi pan, jakie ma koneksje w rządzie, abym mógł
ich użyć.
- W rządzie, sir? - zdziwił się Drawlight.
- Przyjechałem do Londynu z konkretnym zadaniem - ciągnął z westchnieniem pan Norrell. - Miałem nadzieję odegrać znaczną rolę w walce przeciw Francuzom.
- Jest mi niezmiernie przykro, jeśli czuje się pan niedoceniony i pominięty! - odparł żywo Drawlight. - Zapewniam jednak, iż
niepotrzebnie. W Londynie jest mnóstwo dam i dżentelmenów, którzy z radością obejrzą każde czary, jakie zechce nam pan zaprezentować
któregoś wieczoru po kolacji. Proszę się nie obawiać, iż nas pan zbytnio
oszołomi, mamy całkiem silne nerwy.
Pan Norrell zachował milczenie.
- Dobrze - ciągnął Drawlight, pokazując w gładkim uśmiechu białe zęby i spoglądając pojednawczo oczami ciemnymi jak powierzchnia wody - nie
spierajmy się o to. Szalenie pragnąłbym spełnić pańskie życzenie, ale
sam pan widzi, iż to nie w mojej mocy. Rząd ma swoje kręgi. Ja mam
swoje.
W rzeczywistości pan Drawlight znał kilku dżentelmenów na różnych
rządowych posadach, którzy z wielką ochotą spotkaliby się z jego
przyjacielem i posłuchali, co ma do powiedzenia, w zamian za złożenie
przez pana Drawlighta przyrzeczenia, iż nikomu nie zdradzi jednej czy
dwu kłopotliwych spraw, które trzymali w sekrecie, a o których wiedział.
Tak naprawdę jednak pan Drawlight nie uważał, aby przedstawienie pana
Norrella tym dżentelmenom przyniosło mu osobiście jakąkolwiek korzyść.
Wolał trzymać pana Norrella na salonach i w jadalniach Londynu, gdzie
miał nadzieję z czasem nakłonić go do pokazania kilku drobnych sztuczek,
o które znajomi tak się dopominali.
Pan Norrell zaczął wypisywać naglące listy do dżentelmenów z rządu,
które dawał do przeczytania Drawlightowi przed przekazaniem ich
Childermassowi do dostarczenia. Dżentelmeni z rządu nie nadsyłali jednak
odpowiedzi. Pan Drawlight ostrzegł pana Norrella, iż tak będzie.
Ministrowie są zwykle bardzo zajęci.
Jakiś tydzień później pan Drawlight został zaproszony do pewnego domu
przy Soho Square na recital słynnej włoskiej sopranistki, która dopiero
co przybyła z Rzymu. Naturalnie zaproszenie dostał również pan Norrell.
Kiedy jednak Drawlight przybył na miejsce, nigdzie w tłumie gości nie
mógł maga odnaleźć. Lascelles opierał się o gzyms kominka, zajęty
rozmową z innymi panami. Drawlight podszedł i zapytał, czy wie, gdzie
się podziewa Norrell.
- Och - odparł pan Lascelles. - Poszedł złożyć wizytę sir Walterowi
Pole'owi. Pan Norrell ma ważne informacje, które pragnie natychmiast
przekazać księciu Portland. A sir Walter Pole jest człowiekiem, który
będzie miał zaszczyt przedłożyć wiadomość od pana Norrella.
- Księciu Portland? - krzyknął inny dżentelmen. - Co takiego? Czy
ministrowie są już w tak wielkiej desperacji? Czyżby zasięgali rady u magów?
- Niewłaściwa konkluzja. - Pan Lascelles się uśmiechnął. - Wszystko to
pomysł samego Norrella. Zamierza zaoferować rządowi swe usługi. Jak się
zdaje, ma plan pokonania Francuzów za pomocą magii. Moim zdaniem jednak
bardzo mało prawdopodobne, aby ministrowie zgodzili się go wysłuchać.
Francuzi rzucają się im do gardeł w Europie, a wszyscy pozostali - w parlamencie. Wątpię, czy są na świecie dżentelmeni pod silniejszą
presją, zatem nie sądzę, aby poświęcili uwagę dziwakowi z Yorkshire.
Wzorem bohatera z baśni pan Norrell odkrył, iż moc postępowania zgodnie
z własnym pragnieniem nosił w sobie od urodzenia. Nawet mag musi mieć
przecież jakąś rodzinę i tak się akurat zdarzyło, iż pewien daleki
krewny pana Norrella (ze strony jego matki) raz wcześniej, ku wielkiemu
Norrella niezadowoleniu, napisał do niego list. Aby więcej się to nie
powtórzyło, pan Norrell podarował mu osiemset funtów (dokładnie o tyle
dżentelmen prosił). Z przykrością zdradzę, iż nie uciszyło to jednak
krewnego jego matki, zatwardziałego szubrawca. Szelma napisał do niego
drugi list, z gorącymi podziękowaniami i wyrazami wdzięczności dla
darczyńcy. Autor listu oświadczał też, iż "...odtąd wraz z mymi
przyjaciółmi będę się uważał za pańskiego oddanego sługę i trwał w gotowości, aby w przyszłych wyborach głosować zgodnie z pańskim
życzeniem. Jeśli zaś kiedykolwiek mógłbym oddać panu przysługę,
wypełnianie pańskich poleceń będzie zaszczytem i okazją do awansu w oczach świata dla pańskiego pokornego i oddanego sługi, Wendella
Markworthy'ego".
Pan Norrell nie widział dotąd potrzeby awansowania pana Markworthy'ego w oczach świata przez wydawanie mu jakichkolwiek poleceń, teraz jednak
okazało się (odkrył to Childermass), iż pan Markworthy wykorzystał
przesłane mu przez pana Norrella pieniądze, aby zapewnić sobie i swemu
bratu urzędnicze posady w Kompanii Wschodnioindyjskiej. Wyjechał do
Indii i dziesięć lat później wrócił jako bardzo bogaty człowiek.
Ponieważ nigdy nie otrzymał od pana Norrella, swego pierwszego mecenasa,
wskazówek co do sposobu głosowania, oddawał głos zgodnie z preferencjami
jego przełożonego w Kompanii Wschodnioindyjskiej, pana Bonnella, i zachęcał wszystkich swych przyjaciół, aby postępowali tak samo. Dla pana
Bonnella stał się wielce użyteczny, a ten z kolei był bliskim
przyjacielem polityka, sir Waltera Pole'a. W zabieganym świecie handlu i dyplomacji jeden dżentelmen jest winien przysługę drugiemu, ale temu
pierwszemu jest winien przysługę ktoś inny i tak dalej. Tym sposobem
powstaje cały łańcuch obietnic i zobowiązań. W tym przypadku łańcuch
ciągnął się od pana Norrella aż do sir Waltera Pole'a, zaś sir Walter
Pole był teraz ministrem.
6. "Magia nie jest godna poważania, sir"
6
"Magia nie jest
godna poważania, sir"
Październik 1807 roku
Trudne były to czasy dla każdego ministra.
Sprawy na wojnie miały się coraz gorzej i na rząd zewsząd spadała
miażdżąca krytyka. Z każdą nową katastrofą, o której dowiadywał się
naród, jakąś drobną porcją winy obciążano tę lub tamtą konkretną osobę,
ogólnie jednak wszyscy powszechnie winili ministrów, a oni, biedacy,
mogli już przerzucać winę wyłącznie na siebie wzajem - co czynili coraz
częściej.
Problem nie polegał na tym, iż ministrowie byli ciemni i nierozgarnięci
- wprost przeciwnie, były wśród nich genialne umysły. Ogólnie rzecz
ujmując, nie byli też złymi ludźmi. Niektórzy wiedli nienaganne życie
rodzinne, darzyli miłością dzieci, uwielbiali muzykę, psy i malarstwo
pejzażowe. Mimo to rząd był tak niepopularny, iż jedynie dzięki
starannie układanym przemowom ministra spraw zagranicznych dawało się
przeprowadzać przez Izbę Gmin jakiekolwiek ustawy.
Minister spraw zagranicznych był niezrównanym mówcą. Obojętnie jak
niskie były notowania rządu, kiedy minister spraw zagranicznych wstawał
i przemawiał - ach! jakże inaczej sprawy od razu się jawiły! Jak szybko
każdy zły obrót wydarzeń okazywał się winą poprzedniej administracji
(złych, głupich ludzi w służbie podłości). Jeśli idzie natomiast o obecny rząd, minister spraw zagranicznych zapewniał, iż jego obecna
obsada to najszlachetniejsi i najbardziej niezrozumiani ludzie od czasów
starożytnych, a do tego tak podle i fałszywie przedstawiani przez
nieprzyjaciół. Wszyscy są mądrzy jak Salomon, szlachetni jak Cezar i mężni jak Marek Antoniusz. I nikt w świecie nie przypomina w swej
uczciwości Sokratesa bardziej od ministra finansów. Mimo tych wszystkich
cnót i zalet żaden z ministrów nie potrafił jednak obmyślić skutecznego
planu pokonania Francuzów, narzekano więc nawet na inteligencję rządu.
Dżentelmeni z prowincji, czytając w gazetach przemowy jednego czy
drugiego ministra, może i przyznawali pod nosem, iż to sprytny człowiek,
ale myśl ta bynajmniej dżentelmenów z prowincji nie krzepiła.
Dżentelmeni z prowincji mieli bowiem głębokie podejrzenie, iż spryt nie
jest poniekąd cechą Brytyjczyka. Genialny i nieprzewidywalny spryt
cechował przede wszystkim arcywroga Anglii, cesarza Napoleona
Bonapartego. Dżentelmeni z prowincji nie mogli sprytu pochwalać.
Sir Walter Pole miał czterdzieści dwa lata i, przykro mi to mówić, był
równie sprytny jak każdy inny członek tego gabinetu. Zdążył pokłócić się
z większością wybitnych polityków tej epoki, a raz od Richarda Brinsleya
Sheridana dostał po głowie butelką madery, kiedy obaj byli mocno pijani.
Sheridan wspomniał potem do księcia Yorku: "Pole przyjął moje
przeprosiny jak na dżentelmena przystało. Na szczęście jest tak szpetny,
iż jedna blizna więcej czy mniej nie sprawi różnicy".
Wedle mnie nie był wcale aż taki szpetny. To prawda, twarz miał nader
nieurodziwą - wielką, ale krótką i szeroką, z wetkniętym ogromnym nosem
(ostrym na czubku), z parą ciemnych oczu jak bystre węgielki i dwiema
krzaczastymi brwiami jak maleńkie rybki dzielnie płynące przez wielkie
morze jego twarzy. Te szpetne rysy składały się jednak wszystkie razem
na wcale przyjemną całość. Gdyby kto mu się przyjrzał w chwili
odpoczynku (jego minie dumnej i bez cienia melancholii), mógłby
pomyśleć, iż jego twarz zawsze jest właśnie taka, w najmniejszym stopniu
niezdolna do wyrażania emocji. Cóż, nie było nic dalszego od prawdy.
Najbardziej typowe dla sir Waltera Pola było Zaskoczenie. Otwierał
szeroko oczy, unosił brwi na pół cala, odchylał się raptownie w tył i przypominał wtedy jota w jotę postać ze sztychów pana Rowlandsona czy
pana Gillraya. W życiu publicznym Zaskoczenie służyło sir Walterowi
wybornie. "Ależ nie chce pan chyba powiedzieć, że...". I zawsze była to
świetna rozrywka, przy założeniu, iż nierozsądny dżentelmen, którego
słowa sir Walter podawał w wątpliwość, nie był naszym przyjacielem, oraz
pod warunkiem, że ktoś lubił się przyglądać, jak umysł mało lotny
przegrywa z błyskotliwym. W dni, kiedy sir Walter miał szczególną ochotę
na złośliwe żarty, dawał popis lepszy niż aktorzy w spektaklu na Drury
Lane. Do tego stopnia konsternował pozbawionych ciętego dowcipu
dżentelmenów z obu izb parlamentu, iż unikali go, jak tylko mogli.
(Leciwy lord Taki-a-taki wymachuje laską na sir Waltera, drobi kroczki
po kamiennej posadzce korytarza łączącego Izbę Gmin z Gwardią Konną i krzyczy przez ramię: "Nie będę z panem rozmawiał, sir! Pan przekręca
moje słowa! Pan wkłada mi w usta wypowiedzi, które nigdy nie przyszłyby
mi nawet do głowy!").
Pewnego razu, przemawiając do tłumu w londyńskim City, sir Walter
pamiętnie przyrównał Anglię i jej polityków do osieroconej młodej damy,
zostawionej na pastwę chciwych, lubieżnych satyrów. Zamiast chronić
młodą damę przed podłym światem, łotry te kradną posag i plądrują jej
dom. I jeśli nawet niektóre użyte przez sir Waltera słowa były dla jego
publiczności zbyt trudne (odebrał doskonałe wykształcenie klasyczne),
nie miało to znaczenia. Wszyscy potrafili sobie wyobrazić biedną młodą
damę stojącą na łóżku w samych halkach, podczas gdy politycy z partii
Wigów, którym aktualnie stawiano zarzuty, plądrują jej szafę i sprzedają
odzienia szmaciarzowi. A wszystkich młodych dżentelmenów przyjemnie
wzburzał ten obraz.
Sir Walter był z natury szczodry i często okazywał życzliwość. Jak raz
komuś wyznał, żywił nadzieję, iż wszyscy jego wrogowie mają powody, aby
się go lękać, a przyjaciele, by go kochać - i myślę, że na ogół tak
właśnie było. Jego wesołe usposobienie, życzliwość, błyskotliwość i wysoka pozycja, jaką zajmował w świecie - za wszystko to należało mu się
tym większe uznanie, iż nie schodziło na drugi plan w obliczu problemów,
które niemal z pewnością doprowadziłyby do upadku człowieka mniejszego
formatu. Finanse sir Waltera były bowiem w fatalnej kondycji. I nie
idzie jedynie o to, iż brakowało mu gotówki. Bieda to jedno, a długi sir
Waltera to zupełnie inna sprawa. Godne ubolewania położenie! Tym
bardziej dotkliwe, że znalazł się w nim nie ze swojej winy: sam nigdy
nie żył ekstrawagancko i ponad stan, był jednak synem człowieka
nieroztropnego, a wnukiem drugiego podobnego. Sir Walter urodził się w długach. Gdyby był innym człowiekiem, wszystko mogłoby potoczyć się
dobrze. Gdyby miał jakąkolwiek smykałkę do marynarki wojennej, zbiłby
fortunę na łupach. Gdyby pałał miłością do roli, mógłby użyźnić swe
ziemie i zbić majątek na uprawie zboża. Gdyby choć został ministrem
pięćdziesiąt lat wcześniej, mógłby pożyczać pieniądze Skarbu na
dwadzieścia procent i chować zyski do kieszeni. Cóż jednak może
nowoczesny polityk? Prędzej pieniądze wyda, niż zarobi.
Kilka lat temu jego przyjaciele w rządzie załatwili mu posadę sekretarza
zwyczajnego w Urzędzie Próśb, gdzie dostał specjalne nakrycie głowy,
mały kawałek kości słoniowej i siedemset funtów rocznie. Z jego posadą
nie wiązały się żadne obowiązki, ponieważ nikt nie mógł sobie
przypomnieć, co jest zadaniem Urzędu Próśb ani do czego ma służyć mały
kawałek kości słoniowej. Ale potem przyjaciele sir Waltera odeszli, a na
ich miejsce przyszli nowi ministrowie, obwieszczając, iż zamierzają
zlikwidować synekury. Wśród wielu instytucji, których gałęzie w końcu
odpiłowali od rządowego drzewa, był właśnie Urząd Próśb.
Wiosną 1807 roku wydawało się już, iż polityczna kariera sir Waltera
nieuchronnie dobiega kresu (ostatnie wybory kosztowały go niemal dwa
tysiące funtów). Przyjaciele gorączkowo szukali dla niego pomocy. Jedna
z jego przyjaciółek, lady Winsell, wyjechała do Bath, gdzie na koncercie
włoskiej muzyki poznała pewną wdowę i jej córkę, panią i pannę
Wintertowne. Tydzień później pisała do sir Waltera: "Właśnie tego zawsze
panu życzyłam. Jej matka bardzo pragnie wspaniale wydać ją za mąż i nie
będzie czynić przeszkód - a nawet jeśli, to liczę, iż ją pan rozbroi
swym czarem. Jeśli zaś idzie o pieniądze! Mówię panu, drogi przyjacielu,
kiedy wymieniły sumę, jaką dziewczyna dostanie, miałam łzy w oczach! Co
pan powie na tysiąc rocznie? O młodej damie będę na razie milczeć -
kiedy ją pan zobaczy, ułoży pan pochwały znacznie zręczniej, niżbym ja
umiała".
Mniej więcej o trzeciej po południu tego samego dnia, gdy pan Drawlight
słuchał recitalu włoskiej sopranistki, Lucas, lokaj pana Norrella,
zapukał do drzwi pewnego domu przy Brunswick Square, dokąd go wezwano na
spotkanie z sir Walterem. Pana Norrella wpuszczono do środka i zaprowadzono do niezwykle eleganckiego pokoju na piętrze.
Na ścianach wisiała seria olbrzymich malowideł w misternie rzeźbionych
złoconych ramach. Wszystkie obrazy przedstawiały Wenecję, jednak dzień
był akurat pochmurny, padał deszcz i wiał zimny wiatr, zatem Wenecja -
miasto stworzone w równym stopniu ze złoconego słońcem marmuru i złoconego słońcem morza - tonęła w londyńskiej szarudze. Jej morskie
błękity, biele obłoków i złote pobłyski szarówka przytłumiła do smutnych
barw miasta zalanego deszczem Od czasu do czasu podmuch wiatru zacinał
kroplami w okno (melancholijny odgłos) i w szarym świetle polerowane
powierzchnie szyfonier z drewna tulipanowca oraz orzechowych
sekretarzyków przypominały czarne lustra, mrocznie ukazujące nawzajem
swe odbicia. Pomimo wielkiego przepychu pokój był osobliwie nieprzytulny
- nie było w nim świec, które by rozjaśniły ponury mrok, ani kominka,
który by grzał w chłodny dzień. Zupełnie jakby dom prowadziła osoba o sokolim wzroku, która nigdy nie odczuwa chłodu.
Sir Walter Pole wstał, aby powitać pana Norrella, i poprosił o pozwolenie przedstawienia mu pani Wintertowne wraz z córką, panną
Wintertowne. Choć sir Walter wymienił dwie damy, pan Norrell widział
przed sobą tylko jedną, w dojrzałych latach, emanującą godnością i aurą
władzy. Wprawiło to pana Norrella w zakłopotanie. Pomyślał, iż sir
Walter musi się mylić, lecz zwracanie mu uwagi na samym początku rozmowy
byłoby nieuprzejme. Pan Norrell, skonsternowany, skłonił się władczej
damie.
- Niezwykle się cieszę, iż mogę pana poznać - powiedział sir Walter. -
Wiele o panu słyszałem. Śmiem twierdzić, że w Londynie nie mówi się o niczym innym, tylko o nadzwyczajnym panu Norrellu. - Sir Walter zwrócił
się do władczej damy z objaśnieniem: - Pan Norrell jest magiem, madame,
osobą wielce poważaną w jego rodzinnym hrabstwie Yorku.
Władcza kobieta wpatrywała się w pana Norrella.
- Zupełnie inaczej sobie pana wyobrażałem - przyznał sir Walter. -
Powiedziano mi, że jest pan magiem praktykiem. Mam nadzieję, iż to pana
nie uraża, sir, ale chcę zaznaczyć, z jak wielką ulgą dowiaduję się, że
w żadnym razie pan magii nie praktykuje. Londyn opanowała prawdziwa
plaga magików oszustów, którzy oskubują ludzi z pieniędzy obietnicami
niestworzonych rzeczy. Jestem ciekaw, czy już widział pan Vinculusa,
który ma kramik przed kościołem Świętego Krzysztofa. On jest z nich
wszystkich najgorszy. Pan jest magiem teoretykiem, prawda? - Sir Walter
uśmiechnął się zachęcająco. - Ale powiedziano mi, iż ma pan do mnie
jakąś prośbę, sir?
Pan Norrell prosił sir Waltera o wybaczenie, ale jest w istocie właśnie
magiem praktykiem. Sir Walter miał zaskoczoną minę. Pan Norrell wyraził
najszczerszą nadzieję, iż w związku z tym wyznaniem sir Walter nie
utraci o nim dobrego mniemania.
- Nie, nie. Ależ skąd - wymamrotał sir Walter uprzejmie.
- Mylne założenie, jakie pan przyjął, sir - objaśniał pan Norrell -
przez które rozumiem oczywiście przekonanie, iż wszyscy magowie
praktykujący magię to szarlatani, wynika ze wstrząsającej bezczynności
angielskich magów w ostatnich dwóch stuleciach. Ja dałem jeden pokaz
magii, który mieszkańcy Yorku życzliwie odebrali jako zdumiewający, a mimo to powiadam panu, sir, iż każdy mag o skromnych umiejętnościach
potrafiłby tego dokonać. Ten powszechny letarg pozbawił nasz wielki kraj
najlepszego rodzaju wsparcia i przez to jesteśmy bezbronni. To właśnie
ten niedostatek mam nadzieję zlikwidować. Inni magowie być może
zaniedbują swe obowiązki, lecz ja nie potrafię. Przybyłem, sir, aby
zaoferować panu mą pomoc w obecnym trudnym położeniu naszego kraju.
- W obecnym trudnym położeniu naszego kraju? - zdumiał się sir Walter. -
Idzie panu o wojnę? - Szeroko rozwarł wąskie czarne oczy. - Mój drogi
panie! Cóż wojna może mieć wspólnego z magią? Albo magia z wojną?
Owszem, doszły mnie słuchy o pańskim pokazie w Yorku i mam nadzieję, iż
gospodynie domowe były panu wdzięczne, nie widzę jednak zastosowania
podobnej magii na wojnie! To prawda, żołnierze czasem mocno się brudzą,
ale, pojmuje pan - wybuchnął śmiechem - mają też na głowie różne inne
sprawy.
Biedny pan Norrell! Nie słyszał opowieści Drawlighta o tym, jak magiczna
służba wyprała ubłocone pranie, i teraz był wstrząśnięty. Zapewnił sir
Waltera, iż nigdy w życiu nie prał bielizny - ani za pomocą magii, ani
żadnym innym sposobem - i opowiedział sir Walterowi, czego tak naprawdę
dokonał. Niestety, choć sztuki magiczne pana Norrella zapierały dech w piersiach, potrafił je opisać jedynie w typowy dla siebie suchy sposób,
sir Walter odniósł więc wrażenie, iż pięćset kamiennych figur w katerze
Yorku przemawiających naraz było wydarzeniem nieszczególnie ciekawym i że na szczęście on był wtedy zupełnie gdzie indziej.
- Ach tak? - odparł. - Cóż, to szalenie interesujące. Nadal jednak nie
rozumiem, jakim sposobem...
Wtedy ktoś kaszlnął, a sir Walter natychmiast urwał wywód, jakby chciał
posłuchać.
Pan Norrell rozejrzał się wokół. W najdalszym, mrocznym kącie pokoju
leżała na sofie młoda kobieta w białej sukni, ciasno otulona białym
szalem. Spoczywała zupełnie bez ruchu. Jedną dłonią przyciskała
chusteczkę do ust. Jej poza, jej bezruch, wszystko pozwalało się
domyślać, iż cierpi ból i jest chora.
Pan Norrell był dotąd absolutnie przekonany, że w rogu pokoju nikogo nie
ma, dlatego teraz niemal się wystraszył, jakby dziewczyna pojawiła się
tam za sprawą magii. Kiedy jej się przyglądał, kobietę chwycił długi
atak kaszlu, a sir Walter wyglądał w tym czasie na niezwykle
zakłopotanego. Nie patrzył na młodą damę (choć jego wzrok biegał
wszędzie po pokoju). Podniósł ze stolika złoconą ozdobę, odwrócił,
przyjrzał się jej spodniej stronie, odstawił z powrotem. W końcu
kaszlnął - a właściwie głośno odchrząknął, jakby chciał potwierdzić, że
wszyscy czasem kaszlą, że kaszel to najnaturalniejsza rzecz na świecie,
że kaszel nigdy, w żadnych okolicznościach nie powinien być powodem do
niepokoju. Młoda kobieta na sofie leżała całkiem nieruchomo i spokojnie,
choć wydawało się, iż oddycha z trudem.
Pan Norrell przeniósł spojrzenie z młodej damy na wielkie, ponure
malowidło nad jej głową i spróbował przypomnieć sobie, o czym mówił.
- To zaślubiny - powiedziała dostojna dama.
- Najmocniej przepraszam? - Pan Norrell nie zrozumiał.
Ale dama tylko wskazała malowidło ruchem głowy i obdarzyła pana Norrella
majestatycznym uśmiechem.
Obraz na ścianie nad młodą damą, jak każdy inny w tym pokoju,
przedstawiał Wenecję. Angielskie miasta są w większości wzniesione na
wzgórzach. Ich ulice wspinają się i opadają, panu Norrellowi przyszło
więc do głowy, iż Wenecja, wzniesiona na morzu, musi być najbardziej
płaskim, jak również najdziwniejszym miastem na świecie. To właśnie
płaskość sprawiała, iż obraz przypominał ćwiczenie z perspektywy.
Posągi, kolumny, kopuły, pałace i katedry ciągnęły się w dal na
spotkanie z ogromnym, melancholijnym niebem, a morze, obmywające ściany
tych budowli, pełne było misternie rzeźbionych, złoconych barek i tych
przedziwnych weneckich łodzi, które niezwykle przypominają pantofle
kobiet w żałobie.
- Przedstawia symboliczne zaślubiny Wenecji z Adriatykiem - objaśniła
dama (którą możemy uznać za panią Wintertowne). - To ciekawa włoska
ceremonia. Wszystkie obrazy, które pan widzi w tym pomieszczeniu,
zostały zakupione przez zmarłego pana Wintertowne'a podczas jego podróży
na kontynent. A gdy się pobraliśmy, ofiarował je mnie w prezencie
ślubnym. Malarz, Włoch, był wtedy całkiem w Anglii nieznany. Później,
ośmielony zdobyciem protektora w osobie pana Wintertowne'a, przyjechał
do Londynu.
Jej sposób mówienia był równie majestatyczny jak cała jej osoba. Po
każdym zdaniu milczała chwilę, aby zawarta w nim informacja mogła
wywrzeć na panu Norrellu odpowiednie wrażenie.
- A kiedy moja droga Emma wyjdzie za mąż - ciągnęła - obrazy będą
ślubnym prezentem ode mnie dla sir Waltera.
Pan Norrell zapytał, czy panna Wintertowne i sir Walter zamierzają się
wkrótce pobrać.
- Za dziesięć dni - odparła triumfalnie pani Wintertowne.
Pan Norrell złożył powinszowania.
- Jest pan magiem, sir? - zapytała pani Wintertowne. - Przykro mi
słyszeć. To profesja, której szczególnie nie lubię. - Mówiąc to,
patrzyła na niego uważnie, jakby sama jej dezaprobata miała wystarczyć,
aby pan Norrell natychmiast zarzucił magię i znalazł sobie inne zajęcie.
Kiedy tego nie uczynił, dama zwróciła się do przyszłego zięcia.
- Moja macocha, sir Walterze, pokładała niezwykłą wiarę w pewnym magu.
Po śmierci ojca był on w naszym domu stale obecny. Wchodziło się do
całkiem pustego pokoju i znajdowało się go w rogu, na wpół skrytego za
kotarą. Albo śpiącego na sofie w brudnych butach. Był synem garbarza i jego gminne pochodzenie rzucało się w oczy we wszystkim, co czynił. Miał
długie, brudne włosy i twarz jak psi pysk, ale siadał przy naszym stole
jak dżentelmen. Moja macocha we wszystkim mu ustępowała i przez siedem
lat bez reszty rządził naszym życiem.
- I nie liczył się z pani zdaniem? - zapytał sir Walter. - Jestem
zaskoczony!
Pani Wintertowne roześmiała się.
- Miałam ledwie osiem czy dziewięć lat, sir, kiedy to wszystko się
zaczęło. Nazywał się Dreamditch i nieustannie powtarzał, jak bardzo się
cieszy, iż może być naszym przyjacielem, choć mój brat i ja nieustannie
zapewnialiśmy, że nie uważamy go za przyjaciela. Ale on tylko uśmiechał
się do nas jak pies, który nauczył się uśmiechać i nie wie, kiedy
przestać. Proszę mnie źle nie zrozumieć, sir. Moja macocha była pod
wieloma względami wspaniałą kobietą. Ojciec darzył ją tak wielkim
szacunkiem, iż zostawił jej sześćset funtów rocznie i troje własnych
dzieci pod opieką. Jej jedyną słabością był nierozsądny brak wiary we
własne możliwości. Ojciec uważał, iż w kwestiach rozróżniania dobra od
zła, jak również w wielu innych, kobiety są równe mężczyznom, a ja się
absolutnie z nim zgadzam. Moja macocha nie powinna była cedować
obowiązków opiekunki na nikogo innego. Choć pan Wintertowne zmarł, ja
nadal żyłam.
- Jak najbardziej, madame - wymamrotał sir Walter.
- A jednak - ciągnęła pani Wintertowne - całkowicie zaufała magowi
Dreamditchowi. On zaś nie miał w sobie absolutnie nic magicznego, musiał
zatem coś wymyślić. Wprowadził zasady, których mój brat, moja siostra i ja mieliśmy przestrzegać. Zapewniał macochę, iż dzięki temu będziemy
bezpieczni. Nosiliśmy fioletowe wstążki, obwiązane ciasno wokół piersi.
W naszym pokoju przy stole nakrywano dla sześciu osób - po jednym
nakryciu dla każdego z nas i dla magicznych duchów, które wedle
Dreamditcha opiekowały się nami. Powiedział nam, jak się nazywają.
Zgadnie pan jak?
- Nie mam bladego pojęcia, madame.
Pani Wintertowne się roześmiała.
- Koroneczka, Rudzik Letniomuchy i Jaskier. Mój brat, sir, który
podobnie jak ja był niepokorny, często krzyczał przy macosze: "Przeklęta
Koroneczka! Przeklęty Rudzik Letniomuchy! Przeklęty Jaskier!". A ona,
biedna, bezradna kobiecina, błagała żałośnie, aby przestał. Nic nas
dobrego ze strony tych duchów nie spotkało. Moja siostra zachorowała.
Często, gdy zaglądałam do jej pokoju, zastawałam tam Dreamditcha.
Gładził jej blade policzki i bezwładne ręce swoimi dłońmi z długimi,
żółtymi, brudnymi paznokciami. Niemal szlochał, głupiec. Uratowałby ją,
gdyby potrafił. Odmawiał zaklęcia, ale ona umarła. Była śliczną
dziewczynką. Długie lata nienawidziłam maga macochy. Długie lata
uważałam go za podłego człowieka, ale w końcu, sir, zrozumiałam, iż jest
po prostu żałosnym, godnym pożałowania głupcem.
Sir Walter odwrócił się w fotelu.
- Panno Wintertowne! - powiedział. - Mówiła coś pani, ale nie
dosłyszałem.
- Emmo? Co takiego?
Z sofy dobiegło ciche westchnienie. Potem dziewczyna odezwała się
spokojnym, czystym głosem:
- Mówiłam, iż bardzo się mama myli.
- Ach tak, kochanie? - Pani Wintertowne, osoba stanowcza i władcza,
która zwykła oznajmiać swe zdanie tonem Mojżesza przekazującego boskie
przykazania, nie była teraz w najmniejszym stopniu urażona słowami
córki. Wręcz przeciwnie, wydawało się, iż była z nich wyraźnie
zadowolona.
- Oczywiście, że musimy mieć magów - dodała panna Wintertowne. - Któż
inny objaśniałby nam dzieje Anglii, a w szczególności historię
angielskiej północy, czarnego północnego Króla? Nasi historycy tego nie
umieją. - Umilkła na chwilę. - Lubię historię - oznajmiła na koniec.
- Nie wiedziałem - przyznał sir Walter.
- Ach, sir! - wykrzyknęła pani Wintertowne. - Droga Emma nie marnuje sił
na powieści jak inne dziewczęta. Czyta lektury z przeróżnych dziedzin.
Nie znam innej młodej kobiety z taką znajomością biografii oraz poezji.
- Mam jednakże nadzieję - gorliwie podjął wątek sir Walter, odchylając
się w fotelu do narzeczonej - iż powieści również pani lubi, wtedy
bowiem... wie pani... moglibyśmy sobie czytać na głos. Co pani sądzi o pani
Radcliffe? O madame d'Arblay?
Sir Walterowi nie było jednak dane poznać opinii panny Wintertowne o tych szacownych damach, chwycił ją bowiem kolejny atak kaszlu,
zmuszając, aby z widocznym wysiłkiem podniosła się do pozycji siedzącej.
Sir Walter czekał kilka chwil na odpowiedź, ale kiedy kaszel ustał, jego
narzeczona położyła się z powrotem na sofie, zbolała i wyczerpana, po
czym zamknęła oczy.
Pan Norrell zastanawiał się, czemu nikt nie przyszedł jej z pomocą.
Zupełnie jakby sir Walter i pani Wintertowne byli w zmowie, aby
zaprzeczać chorobie biednej dziewczyny. Nikt nie zapytał, czy jej czegoś
nie przynieść. Nikt nie zasugerował, iż winna położyć się do łóżka, co
wedle pana Norrella, który sam często słabował, byłoby dla niej
najlepsze.
- Drogi panie - zwrócił się do pana Norrella sir Walter - nadal nie
rozumiem, jakiego rodzaju pomoc pragnie nam pan zaoferować.
- Och, jeśli idzie o szczegóły - odparł pan Norrell - o prowadzeniu
wojny wiedzę mam równie nikłą, jak generałowie i admirałowie w kwestii
magii, jednakże...
- Cokolwiek pan proponuje - ciągnął pan Walter - przykro mi powiedzieć,
ale na nic się nie zda. Magia nie jest godna poważania, sir. Zwyczajnie
nie można... - sir Walter szukał określenia - traktować jej poważnie. Rząd
nie może mieć nic wspólnego z podobnymi sprawami. Nawet nasza dzisiejsza
niewinna pogawędka najpewniej odbije nam się czkawką, kiedy ludzie o niej usłyszą. Szczerze mówiąc, szanowny panie, gdybym lepiej pojmował, z czym pan zamierza do mnie przyjść, nie zgodziłbym się na spotkanie.
Sir Walter mówił to wszystko z należytą kurtuazją, lecz, och, biedny pan
Norrell! Już samo stwierdzenie, iż magii nie można traktować poważnie,
było dla niego bolesnym policzkiem. A ustawienie jego samego w rzędzie z Dreamditchami i Vinculusami tego świata było wprost miażdżącym ciosem.
Na próżno protestował, iż od dawna przemyśliwuje, jak przywrócić magii
należny szacunek. Na próżno proponował sir Walterowi, że przedstawi mu
długą listę rekomendacji w sprawie prawnego uregulowania magii w Anglii.
Sir Walter nie chciał niczego oglądać. Kręcił głową, uśmiechał się i oznajmił jedynie:
- Obawiam się, drogi panie, iż nic nie mogę dla pana uczynić.
Kiedy tego wieczoru pan Drawlight zjawił się na Hanover Square, musiał
wysłuchać lamentów pana Norrella, iż wszelkie jego nadzieje na
przekonanie sir Waltera Pole'a o użyteczności magii legły w gruzach.
- Cóż, drogi panie, czyż nie mówiłem?! - wykrzyknął pan Drawlight. -
Ale, och, jakże źle pana potraktowano! Przykro mi to słyszeć. Chociaż
nie jestem ani trochę zdziwiony! Ród Wintertowne'ów zawsze uchodził za
zarozumiały i pyszny!
W naturze pana Drawlighta - co z przykrością stwierdzam - leżała jednak
pewna dwulicowość i trzeba otwarcie powiedzieć, iż nie było mu tak
przykro, jak deklarował. Pokaz niezależności Norrella zirytował go i teraz Drawlight zamierzał pana Norrella ukarać. W kolejnym tygodniu
chodzili razem wyłącznie na kameralne kolacje, zaś pan Drawlight
dopilnował, aby ich gospodarzami byli ludzie możliwie mało znaczący w towarzystwie, świecie mody i sferze wpływów. Pan Drawlight nie posunął
się oczywiście aż tak daleko, aby przekazać panu Norrellowi zaproszenie
od swego szewca albo od starszej pani, która odkurzała posągi w Opactwie
Westminsterskim. Pan Drawlight szacował jednak, iż tym sposobem pan
Norrell odniesie wrażenie, że lekceważą go nie tylko Pole'owie i panie
Wintertowne tego świata, ale również wszyscy inni. A zatem w końcu
pojmie, kto jest jego prawdziwym przyjacielem, i stanie się bardziej
skłonny do pokazów drobnych czarów, które Drawlight obiecywał już od
wielu miesięcy.
Takie nadzieje żywił w sercu i takie plany układał drogi przyjaciel pana
Norrella. Niestety jednak mag był tak przybity odrzuceniem jego
propozycji przez sir Waltera, iż nie dostrzegał zmian w codziennych
rozrywkach i Drawlight zdołał ukarać wyłącznie siebie samego.
Teraz jednakże, kiedy sir Walter był już dlań nieosiągalny, pan Norrell
nabierał coraz większego przekonania, iż minister jest właśnie tą osobą,
której wsparcia i pomocy potrzebuje. Sir Walter Pole, człowiek wesoły,
pełen energii i miły w obejściu, stanowił dokładne przeciwieństwo pana
Norrella. Dlatego też, jak rozumował mag, sir Walter mógłby osiągnąć
wszystko, co dla niego było niemożliwe. Wpływowi ludzie epoki
posłuchaliby sir Waltera.
- Gdyby tylko on posłuchał mnie - westchnął pan Norrell pewnego
wieczoru, kiedy z Drawlightem jedli we dwóch kolację. - Cóż, nie umiałem
znaleźć odpowiednich słów, aby go przekonać. Oczywiście żałuję teraz, iż
nie poprosiłem pana albo pana Lascellesa, aby mi panowie towarzyszyli.
Ludzie z wielkiego świata wolą rozmawiać z równymi sobie. Teraz to już
wiem. Może powinienem był dać mu mały pokaz magii, zmienić filiżanki w króliki albo łyżeczki w złote rybki? Przynajmniej wtedy by mi uwierzył.
Nie sądzę jednak, aby tej starszej damie się to spodobało. Sam nie wiem.
Co pan uważa?
Ale Drawlight, który był już przekonany, iż jeśli można umrzeć z nudów,
na niego przyjdzie koniec w ciągu kwadransa, odkrył, że nie ma już sił
mówić, i poprzestał na słabym uśmiechu.