Josie Quinn (Tom 10). Bez tchu - Lisa Regan

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Seria z Josie Quinn Dedykacja Prolog Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Tylna okładka

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22

ROZDZIAŁ 1

Za oknami samochodu śmigało Denton, kiedy Josie jechała ze swoją przyjaciółką Misty i jej czteroletnim synem Harrisem, kierując się pod górę na północną stronę miasta. W mocnym słońcu przebijającym się przez korony drzew rosnących przy krętej górskiej drodze koszulka polo wydziału dentońskiej policji, gdzie pracowała detektyw Quinn, wydawała się bardziej jaskraworóżowa niż łososiowa. Koszulka - jak wszystkie służbowe - była wcześniej biała. Josie sklęła w duchu swojego młodszego brata, Patricka, studenta drugiego roku na miejscowym uniwersytecie. Kampus znajdował się na tyle blisko domu Josie, że brat często wpadał, aby coś zjeść albo zrobić pranie.

- Co powiedziałaś? - zapytała Misty.

- Nic - mruknęła Josie.

- Dalej złościsz się o tę koszulkę?

Josie znów spojrzała na siebie, powstrzymując odruch, żeby głośno zakląć.

- Nie tylko o tę jedną - wyjaśniła. - Tylko o wszystkie moje bluzki do pracy. Będę musiała kupić nowe!

Misty sięgnęła do deski rozdzielczej i przekręciła gałkę od klimatyzacji, zwiększając siłę nawiewu. Choć był wrześniowy poranek, upał wciąż dawał się we znaki, a ford escape Josie nie schładzał się tak szybko, jak życzyłaby sobie tego Misty.

- Co prał? - zapytała.

- Wszystkie swoje ciuchy - odparła Josie. - Łącznie z jasnoczerwonym t-shirtem, który dostał od szefa do pracy. Wyprał go oddzielnie i zapomniał, że zostawił go w pralce.

- Pracuje na kampusie?

- Tak, dostał pracę w uniwersyteckim serwisie ręcznikowym...

- W serwisie ręcznikowym?

- Tak. Został przypisany do jednego z obiektów sportowych, gdzie ma kontrolować zużycie ręczników. Wykłada czyste, zbiera brudne, pilnuje, żeby nikt nie wynosił ich z budynku. W każdym razie niedawno zaczęli chodzić w czerwonych t-shirtach. Wczoraj spieszył się na spotkanie ze swoją dziewczyną i zostawił go w pralce. A ja prałam potem swoje ciuchy do pracy na ten tydzień, no i takie są skutki.

Wskazała na swoją pierś.

Misty przyjrzała się bluzce.

- Nie sprawdziłaś, czy pralka jest pusta, zanim włożyłaś tam swoje rzeczy?

Josie posłała jej wściekłe spojrzenie jako sygnał, że rozmowę uważa za zakończoną. Misty odwróciła się i wyjrzała przez okno, ale Quinn zdążyła wcześniej dostrzec uśmiech na jej ustach. Pomyślała o winnym całego zamieszania, t-shircie zwiniętym w reklamówce z tyłu samochodu. Patrick zadzwonił do niej tuż przed tym, zanim wyjechała po Misty i Harrisa, i zapytał, czy mogłaby mu podrzucić koszulkę w drodze do komisariatu. O ósmej trzydzieści miał stawić się w pracy. Josie wiedziała, że będzie u niego na styk, ale mimo to zamierzała palnąć mu kazanie na temat tego, żeby nigdy więcej nie zostawiał w jej pralce krwistoczerwonej odzieży. Brat na pewno zrozumie swój błąd, gdy zobaczy ją w zniszczonej koszulce policyjnej. W międzyczasie napisała do koleżanki z wydziału, detektyw Gretchen Palmer, i poprosiła, aby pożyczyła jej jedną ze swoich zapasowych koszulek. Będzie na nią trochę za duża, ale przynajmniej nie w kolorze spłowiałego flaminga. Josie przycisnęła mocniej pedał gazu. Im bardziej pod górę się pięli, tym większy odczuwała dyskomfort, który wywoływał dziwne uczucie w brzuchu.

- Nie podoba mi się to - odezwała się do Misty, zmieniając temat. - To miejsce znajduje się za daleko od miasta. A jeśli coś się stanie? Dojazd odpowiednich służb zajmie co najmniej dziesięć minut, a najprawdopodobniej dłużej.

Misty przewróciła oczami.

- Josie, ta placówka ma najlepszą opiekę przedszkolną w mieście. Sprawdziłam.

- Co się stanie? - zapytał Harris ze swojego fotelika na tylnej kanapie samochodu. Josie spojrzała w lusterko wsteczne i uśmiechnęła się do niego. Chłopiec wyszczerzył się w odpowiedzi, a ją natychmiast uderzyło podobieństwo do jej zmarłego męża, Raya Quinna: dołeczki w policzkach i nastroszone jasne włosy. Po ich rozstaniu Ray zaczął spotykać się z Misty. Harris urodził się już po jego śmierci i pomimo początkowego napięcia między obiema kobietami miłość do jedynego potomka Raya zbliżyła je do siebie, a Josie bardzo sobie teraz ceniła ich przyjaźń.

- Rozmawialiśmy o tym, pamiętasz? - odezwała się do Harrisa.

Misty wypuściła powietrze z ust, a jej jasna grzywka podfrunęła i zaraz potem opadła z powrotem równo na czoło.

- Proszę, nie zaczynaj.

- O tym, co zrobić na wypadek pożaru? - zapytał Harris.

- Tak - potwierdziła Josie. - Co masz zrobić, gdyby wybuchł pożar?

- Jeśli zacznę się palić, mam się zatrzymać, przewrócić na ziemię i zacząć turlać jak prosionek, tylko taki bardziej szalony, bo chcę ugasić ogień - wyjaśnił Harris.

- Świetnie! Co jeszcze? A jeśli pożar wybuchnie w sali?

- Josie, serio - wtrąciła się Misty. - Chcę, żeby czuł się normalnie w przedszkolu.

Quinn spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.

- A ja chcę, żeby był przygotowany na każdą ewentualność.

- Chodziłaś do przedszkola?

- Nie. A ty?

- Ja też nie, ale ile pożarów wybucha rocznie we wszystkich placówkach przedszkolnych w tym mieście?

Josie milczała, zagryzając wargę od środka. Odpowiedź brzmiała: ani jeden. Wiedziała, bo sprawdziła. Rozmawiała też z komendantem straży pożarnej. Jako detektywka w miejskim wydziale policji miała dostęp do informacji, do których nie miał wglądu przeciętny obywatel.

- Najpierw, kiedy tylko dojedziemy, muszę znaleźć wszystkie wyjścia - oznajmił Harris.

- Zgadza się - pochwaliła go Josie. - A jeśli będziesz w klasie, a do środka wejdzie ktoś nieznajomy, a ty pomyślisz, że ten człowiek może zrobić komuś krzywdę? Co wtedy zrobisz?

- Josie!

- Podejdę do najbliższych drzwi, wyjdę z sali i uruchomię swój alarm, a wtedy ty przyjedziesz z wujkiem Noahem, a zły człowiek pójdzie do więzienia.

Noah Fraley był życiowym partnerem Josie i porucznikiem w dentońskiej policji. Jego koszulki polo uniknęły różowej masakry. Harris uniósł w górę stopę i pomachał nią w powietrzu, poruszając przy tym sznurówkami przy swoim bucie. Do jednej z przelotek było przypięte małe szare urządzenie w kształcie gitary wielkości ćwierćdolarówki. Josie nie widziała go wyraźnie, bo rzuciła tylko krótkie spojrzenie w lusterku wstecznym, ale wiedziała, że z boku był ukryty maleńki pomarańczowy przycisk. Gadżet nazywał się Geobit i był lokalizatorem GPS dla dzieci. Josie przejrzała jakieś pół tuzina takich lokalizatorów, kiedy Misty poinformowała ją, że zapisała Harrisa do przedszkola, ale Geobit jako jedyny był wyposażony w alarm, który łączył się bezpośrednio z telefonem policjantki.

- Nie wszyscy nieznajomi są źli - zauważyła Misty.

- Przecież on to wie - prychnęła Josie. - Rozmawiałam z nim o nieznajomych.

- Wiem. Wiem też, że rozmawiałaś z nim o przestępstwach seksualnych, złych tajemnicach i odróżnianiu dobrego dotyku od złego. Wiem, że rozmawiałaś z nim o porwaniach i że pokazałaś mu, jak przedostać się do bagażnika, żeby wybić szybkę od tylnego światła i wysunąć przez otwór rączkę, aby w ten sposób zasygnalizować komuś, że tam jest.

- To było super! - wykrzyknął Harris. - Możemy znów to zrobić?

- Nie - zaoponowała Misty.

- Zawsze dobrze jest ćwiczyć - powiedziała w tym samym momencie Josie.

- Josie - napomniała ją ponownie przyjaciółka.

Quinn otworzyła usta, żeby przeprosić, ale zaraz je zacisnęła. Nie będzie przepraszać za to, że przesadza, bo wcale tego nie żałowała. Harris został porwany jako niemowlak. Mieli szczęście, że znaleźli go żywego. Omal nie umarł. Mając to w pamięci, jak również wszystkie okropne rzeczy, które widziała podczas służby w policji, trudno było nie popadać w paranoję.

ROZDZIAŁ 2

Ogarnęło mnie wyczerpanie, spore jak na poniedziałkowy poranek. To była długa noc. Najpierw czatowanie na nią, potem realizacja planu, a na koniec konieczność upewnienia się, że nie zostały po mnie żadne ślady. W głowie pojawiła się przelotna myśl, żeby nie wychodzić dziś z domu i odespać zarwaną noc, ale to nie było rozsądne. Nie wolno mi było w żaden sposób zwracać na siebie uwagi. Za każdym razem wszystko musiało wyglądać zupełnie normalnie. Tym razem oznaczało to funkcjonowanie praktycznie bez snu, pojawienie się o wyznaczonej porze tam, gdzie trzeba się pojawić, i przyklejenie uśmiechu do twarzy. Poza tym dopiero znacznie później się przekonam, czy mój plan zadziałał. Nie będzie mnie na miejscu, kiedy ona wyda ostatnie tchnienie. Rzadko kiedy udawało mi się tam wtedy być. Moje działania wymagały ode mnie cierpliwości.

Było warto. Wyobraźnia podsunęła mi rozmowę telefoniczną, obraz tego, jak dokładnie zareaguję, jak będę modulować głos, aby było w nim słychać jednocześnie szok i przerażenie. Tym razem sprawa na pewno trafi do lokalnych wiadomości. Może nawet do ogólnokrajowych. Ta myśl sprawiła mi radość. Oczywiście, wszyscy będą ją opłakiwać. Taka idealna... I właśnie dlatego musiała umrzeć. W najbliższych tygodniach będzie mnie to wkurzać: konieczność wysłuchiwania na okrągło o jej wstrząsającej śmierci - w wiadomościach i zasadniczo wszędzie, gdzie się pojawię, bo ludzie będą opisywać ją jako "wyjątkową" i "niesamowitą", a jej śmierć zostanie powszechnie uznana za "niepowetowaną stratę". Ale w którymś momencie temat przycichnie i nie będzie trzeba dłużej słuchać o jej rzekomej wspaniałości. Nikt nie powinien być darzony tak powszechnym uwielbieniem.

Nie ona jedna była niesamowita czy wyjątkowa. Jej obecność sprawiała, że wszyscy inni w zasadzie przestawali istnieć. To stało się nie do zniesienia. Zwłaszcza kiedy ktoś - tak jak ja - wiedział, jak bardzo była zakłamana. Jak wiele ukrywała. Na przykład zło. Sekrety, które sprawiały, że zasługiwała na pogardę tak samo jak cała reszta. Machina poszła więc w ruch i teraz trzeba było tylko zaczekać, aż wszystko wyjdzie na jaw. Mój smartfon nie wyświetlał jeszcze żadnych newsów na ten temat, ale to już się działo. Wspaniała fala cierpienia miała uderzyć w Denton z całą swoją mocą.

To tylko kwestia czasu.