Józki, Jaśki i Franki - Janusz Korczak

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział pierwszy

Podróż. Nudne opowiadanie, którego nie warto słuchać. Ot, jutro będzie wesoło.

Pierwszy rozdział Mośków poświęcony był opisowi, jak zbieraliśmy się na dworcu, ustawili w pary, jak rodzice żegnali się z dziećmi, jak wreszcie ruszyliśmy w drogę.

Tam dozorca wywołuje z kajetu:

- Frydman, Miller, Grinbaum, Bromberg.

A tu:

- Kowalski, Górski, Frankowski, Trelewicz.

Poza tym wszystko tak samo.

W wilię podróży zbierają się chłopcy w biurze na Świętokrzyskiej: bada ich lekarz, szewc przymierza kolonijne obuwie, fryzjer strzyże, gdy kto ma zbyt długie włosy. W dzień wyjazdu tak samo dozorcy ustawiają ich w pary i po dzwonku prowadzą do wagonów.

Dozorca i tu zapytuje:

- Czy kto z was worka nie zgubił? Nie wychylajcie się z okien.

A chłopcy tak samo pchają się w wagonie do okien, wołając:

- Odsuń się, to moje okno.

- Nie pchaj się, bo ci po łbie nakładę.

Inaczej w powrotnej drodze, kiedy wszyscy już dobrze się znają. Wtedy każde okno zajmuje grupa przyjaciół i wzajemnie sobie ustępować będą:

- Ty teraz trochę popatrz, potem znów ja popatrzę.

I tu również chłopcy oddają pocztówki, żeby co tydzień pisać do rodziców, że dobrze się bawią; i tu podróży towarzyszą liczne i nadzwyczajne przygody. Jednemu węgiel wpadł w oko; kazali mu pluć, żeby węgiel wyleciał; gdy jednak to nie pomogło, dozorca rogiem chustki wyłowił węgiel z oka i chwalił się potem:

- A widzisz, a nie mówiłem, żeby się nie wychylać; wiedziałem, że tak będzie.

Tomaszewski powiewał workiem dla uczczenia pastuszków, którzy kłaniają się albo język pokazują pociągowi; sąsiad pchnął go i worek wyleciał. Inny znów chustką do nosa żegnał mieszkańców Wołomina i chustka mu wyfrunęła.

- O wrony, wrony...

- Ooo, bocian...

I ani się domyślają, że obok na ławce siedzi Zygmunt Boćkiewicz, którego już jutro nazwą Boćkiem - bocianem.

- O, ule, ule!

I zaraz ktoś opowiada, jak poszedł do ula, kiedy był na wsi u stryja, i jak go pszczoły pogryzły; mały był jeszcze wtedy i głupi.

W Tłuszczu, gdzie pociąg się cofa przechodząc na inną linię, kolonijni bywalcy straszą nowicjuszów:

- Do Warszawy jedziemy!

- O, nazad wracamy!

A im bliżej Goworowa, tym częściej rozlega się niecierpliwe pytanie:

- Czy jeszcze daleko?

Bo ciekawi są zobaczyć kolonię i każdy inaczej ją sobie wyobraża. Jeden myśli, że mieszkać będą na wsi w chałupach, drugi, że kolonia podobna do domu w Warszawie i z długiego korytarza prowadzą drzwi do małych pokoików, gdzie sypiać będą po kilku razem. A już nikt nie wie, co to jest weranda, o której tyle słyszeli.

Leon Kopeć, którego Achcyk później nazwał Kopiejką, poczuł głód srogi, Lewiński dał mu pięć obwarzanków; a Boćkiewicz zajada chleb z masłem i mówi trochę do siebie, a trochę na próbę i do dozorcy:

- Ja nigdy jeszcze nie jechałem koleją.

- A przyjemnie jechać koleją?

- Przyjemnie - mówi Boćkiewicz i zajada chleb z masłem.

Mały Sulejewski - nie przeczuwając zgoła, że niezadługo będzie mężnym kapitanem okrętu - popłakuje z cicha i nos rękawem wyciera: siostra przyrzekła, że na kolonię go odprowadzi, tymczasem poszła, samego zostawiła. Och, losie, losie!

- O, patrzcie, jaki owies.

- To żyto, ośle, nie owies.

- A ty co?

Pociąg z hukiem wielkim przez most przejeżdża - i zaraz ktoś zapytuje:

- Jak się ta Wisła nazywa?

Słupy wiorstowe liczą, spierają się, czy mila ma siedem, czy czternaście wiorst - i co by się stało, gdyby tak chłopak wyleciał.

- Stacja Goworów!

Malcy siadają na fury; starsi pójdą pieszo, bo do Wilhelmówki niezbyt daleko.

Słońce zachodzi, chłodny wietrzyk wieje.

Dalej w drogę.

Kto ma w Zofiówce siostrę albo kuzynkę, ten zapytuje, czy przechodzić będziemy koło Zofiówki i czy dziś jeszcze pójdziemy do dziewcząt.

- Czy dziś dostaniemy kolonijne ubrania?

- Czy jutro listy będziemy pisali?

- Kiedy pierwszy raz wydadzą łopaty do kopania?

Bo o łopatach opowiadali chłopcy z poprzedniego sezonu.

Pytają się panów, ale jeszcze nieśmiało, ale tylko na próbę, żeby zobaczyć, czy się nie obrażą.

- Proszę pana, czy na kolonii są zmory?

- Zmory? Cóż to ma być takiego?

- Ano złe duchy... Bo mówią, że kolonia jest w lesie, a w lesie są zawsze duchy.

- Nie, na kolonii nie ma złych duchów; są tylko dobre duchy, wszystkie najłaskawsze i najdobrotliwsze. A w lesie są grzyby, poziomki, jagody - nie zmory.

Z boku, trochę na lewo od szosy, czerwieni się gmach murowany.

- Już?

- Nie, to dopiero Zofiówka; tam są dziewczynki.

Wybiegły przed las i z daleka powiewają chustkami.

- Wiwat! - krzyczą chłopcy.

Chętnie by się zatrzymali, ale w domu czekają z kolacją.

Jeszcze mostek, kawałek lasu, łąka, polanka. Jesteśmy.

- Patrzcie, piecuchy: wyście na furach jechali, a myśmy pieszo przywędrowali.

Kolacja, modlitwa - umyć się z drogi i jazda do łóżek. A wtedy opowie się, co będzie jutro.

Spiesznie się myją i raz w raz któryś daje nurka do łóżka - bo ciekawi, co też im pan o dniu jutrzejszym opowie. Spiesznie się myją i spiesznie się kładą, bo się jeszcze nie znają i nic nie mają sobie do powiedzenia. Spiesznie idą do łóżek, bo jeszcze są skrępowani i grzeczni, bo to pierwszy wieczór dopiero.

Wprost nie wypada pierwszego zaraz wieczora wleźć pod łóżko i przechodzących łapać za nogi albo ukryć się w szatni i udawać stracha, albo schować Tomkowi poduszkę, niby że mu ją skradziono.

- Czy wszyscy już leżą?

- Wszyscy.

- A więc zaczynam.

I zaczął pan opowiadać, co będzie jutro.

- Rano hałasować nie wolno, dopóki nie wejdę na salę i nie powiem: dzień dobry; ubrania wydamy, ważyć was będziemy, paznokcie wam się obetnie, kolonię pokaże.

Potem pan zaczął coraz nudniej mówić:

- Trzeba sobie wzajemnie ustępować, nie bić się, przezwisk nie dawać, ubrań nie niszczyć, zwierząt nie męczyć, dziewczynkom nie dokuczać. Zawsze w pierwszym tygodniu dużo broją chłopcy: i po cóż - czyż nie lepiej dobrze się sprawować?

Ale że to, co pan mówi, nie jest zajmujące, a chłopcy zmęczeni drogą, więc coraz mniej tych, co słuchają, a więcej tych, co zasnęli.

Spostrzegł pan wreszcie, że wszystkich uśpił długą przemową; poszedł do swego pokoju, tylko na wszelki przypadek zostawił okienko na salę otwarte.

A sosny już wiedzą, że nowa partia dzieci przyjechała, i mówią:

- Ot, jutro będzie wesoło.

?

Rozdział drugi

Minister w niebieskiej koszuli. Już znają Boćka. Kosieradzki dostał skąpą bluzę, a Zaremba dał dęba.

Godzina piąta rano. Po wczorajszej podróży zapewne śpią jeszcze wszyscy? Jakbyś zgadł: już pół sali rozmawia, śmieje się, biega - niecierpliwie czeka na hasło rannego wstania.

- Ty gdzie mieszkasz?

- Ty jak się nazywasz?

- Ty który raz na kolonii?

Odbywa się ważna praca w tym szepcie przerywanym śmiechem: grupa rozgląda się po sobie, zapoznaje z sobą - na złe czy na dobre?

Dylu-dylu na badylu,

Nie potrzeba smyczka.

Czarne oczy u dziewczyny,

Czerwona spódniczka.

Snadź piosenka się spodobała, bo rozlega się śmiech głośniejszy.

- Chłopaki, cicho, pana obudzicie.

- No to co? Proszę pana, niech pan przyjdzie, co pan tak długo śpi?

- Kukuryku, wstawajta, chłopaki. Świeże bułeczki czekają. Kukuryku!

Mocny sen pana, który nawet przez otwarte na salę okienko nic nie słyszy, dobrze usposabia chłopców. Zgadły sosny kolonijne: coraz weselej na sali. Teraz się pojedynek na ręczniki odbywa: słychać głuche ich uderzenia.

- Poczekajcie, jak pan przyjdzie, to powiem, że nie dajecie spać.

- Idź, powiedz. Patrzcie go: ubrał się w niebieską koszulę i przewodzi. Minister: panu powie.

- Minister poczty.

- Lizuch!

- Skarżypyta!

Teraz jeden mówi półgłosem, coś ciekawego zapewne, bo cisza zaległa: słuchają. Na sali, powtarzam, odbywa się ważna robota, grupa zapoznaje się z sobą i nie wiedząc wcale, już wybiera tych, którzy jej przewodniczyć będą - tylko czy w dobrym, czy w złym?

- No, chłopcy, zaśpiewajcie; ja wam pozwalam.

- Cicho, bąki wilanowskie.

- Ty sam bąk.

- Te, piąty tam przy drzwiach, czego spać nie dajesz?

Ktoś goni się po sali, inny klaszcze w ręce.

- Patrzcie, chłopaki, na dole jest karuzela.

Wszyscy biegną do okien, żeby karuzelę zobaczyć.

- Idź, głupi! To kierat od studni; konia się wprzęga i wodę się kręci.

- A jakże: konia.

- Może nie?

- Widzisz, tam ośka wisi, co się konia przyprzęga.

- To się nie ośka wcale nazywa.

- A jak?

- Ja sam nie wiem.

- Jak nie wiesz, to nie gadaj.

- A wiem, bo ośka jest przy kołach.

- Chłopcy, wróćcie do łóżek - ostrzega ktoś przezornie. - Pan mówił, żeby nie wstawać, aż pan przyjdzie i powie: dzień dobry.

- Dziś pierwszy dzień, to wolno.

Niezupełnie jednak są przekonani, że wolno, bo niechętnie wprawdzie, ale powracają do łóżek.

- Proszę pana, niech pan wstanie, nam się przykrzy.

Trzy minuty trwa cisza, może zasną jeszcze?

Złudne nadzieje - znów stanął któryś na środku sali i mówi grubym głosem:

- Dzień dobry, chłopcy, wstawajcie.

A inny, zapewne minister poczty:

- Poczekaj, pana przedrzeźniasz. Wszystko panu powiem.

Do szóstej brak wprawdzie dwudziestu minut, że jednak nikt już nie śpi, a roboty pierwszego dnia dużo, więc można wcześniej rozpocząć.

- Dzień dobry, chłopcy.

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.