KLUCZE
Lula idzie wilgotnym chodnikiem i wciąga do nosa jesień. W kieszeni czuje miły ciężar kluczy do domu.
Od września wraca ze szkoły sama. Wcześniej musiała zostawać w świetlicy i czekać, aż Wera albo Kaj też skończą lekcje.
Lula nie cierpi świetlicy. Pani siedzi z nosem w telefonie i nie zwraca uwagi, jak dzieciaki sobie dokuczają i obrzucają się zdrowymi przekąskami, które dostają w szkole.
Zupełnie inaczej odbiera się świat, kiedy nikt cię nie pilnuje, kiedy wędruje się samotnie.
Wzdłuż szkolnego ogrodzenia rośnie tajemniczy żywopłot z grabu.
Wydaje się stary jak góra i głęboko uśpiony, ale kiedy Lula mija go, jest pewna, że rozbrzmiewa w jej głowie. Czasem słyszy straszne rzeczy i choć przeszywa ją lęk, zawsze czeka na to, co opowiedzą krzewy.
Zimą dolatuje ją rżenie koni, przeraźliwe krzyki, uderzenia mieczy i toporów. Rzuca ukradkowe spojrzenie na żywopłot i wyraźnie widzi unieruchomionych w nim średniowiecznych wojów.
Na wiosnę gęsto splątane gałęzie wypuszczają jaskrawozielone, harmonijkowe pędzelki, które jazgoczą opętańczym chichotem. Czasem Lula nie wytrzymuje tego, zatyka uszy i ucieka.
Na szczęście latem zmieniają się w gąszcz sercowatych, karbowanych liści, szumiących sennie i kojąco o morzu, gorącym piasku, hamaku i leśnej polanie.
Potem lato się kończy, a liście schną na brązowo i zwijają się w poczwarki. Jesienią żywopłot z grabu wygląda jak wylęgarnia olbrzymich motyli. Lula, przechodząc obok, wyciąga rękę i z lekkim dreszczem, delikatnie zanurza ją w suchych kokonach. Grab szeleści jak karty starych książek, a Lula wsłuchuje się w motyle sny.
Potem podskakuje i skręca w cichą alejkę prowadzącą do domu.
Odkąd ma własne klucze, czuje się taka dorosła! Właściwie już jest prawie nastolatką. Jeszcze tylko dwa lata.
Klucze dzwonią w takt kroków, wiatr osadza na twarzy małe kropelki deszczu. Jest dość chłodno, ale Lula zdejmuje czapkę, żeby poczuć wiatr we włosach. Kocha to uczucie. Ma ochotę zaśpiewać jakąś raźną piosenkę o wolności, odpowiedzialności i dorosłości, ale przychodzi jej do głowy tylko hymn państwowy, a on niezbyt się nadaje. Poza tym Lula nie jest pewna, ale zdaje się, że można być aresztowanym, jeśli nie śpiewa się go na baczność.
Babcia strasznie się zdenerwowała, kiedy usłyszała, że Lula wraca sama.
Zaraz przyjechała do mamy i opowiedziała o wszystkich niebezpieczeństwach, które czekają na dziewczynki samotnie wędrujące ulicami miast. Lula przeraziła się, że do końca podstawówki będzie musiała obrzucać się zdrowymi przekąskami z dzieciakami ze świetlicy. W dodatku ten głupi Kaj zrobił sobie z tego zabawę.
- Ja bym posłuchał babci, Lula jest taka tycia - kiwał tym swoim żałosnym kucykiem na czubku łysej pały. - I łatwowierna.
- Dzisiejsze dzieci w ogóle nie myślą i we wszystko wierzą. Widzę to codziennie w programie Kupa prawdy - babcia poklepała go po kolanie, wystającym przez dziurę w dżinsach. Odrobinę się przy tym skrzywiła.
- A gdyby tak Lulce wszczepić czipa?... - podsunął Kaj chytrze, a Lula zgrzytnęła zębami.
- Czipsa? - babcia uniosła brwi.
- Czipa - wyjaśnił szybko Kaj. - Takie małe urządzonko z lokalizatorem. Wszyje się Lulce pod skórę i już nam nigdy nie zginie.
- Myślisz, że nie wiem, co to czipsowanie? - obruszyła się babcia. - Mój Rojber nosił mikroczipsa wcześniej niż ty pieluchę, Kajtusiu. Ale żeby własnej siostrze? W głowach wam poprzewracała ta technologia. I czemu nie kupicie mu nowych dżinsów? - dodała z obrzydzeniem.
- Te są nowe - odparła mama.
Babcia wzniosła oczy do sufitu, a potem dalej opowiadała o potwornościach drogi ze szkoły.
Lula na wszelki wypadek zatkała uszy. Gdyby za bardzo się wystraszyła, mogłaby już nie chcieć wracać samodzielnie.
Na szczęście nie tak łatwo przerazić mamę.
- Szkoła jest pięćset metrów od domu - powiedziała. - Poza tym krótko będzie sama, bo zaraz wracają Wera i Kaj. Nic tak nie uczy ostrożności, jak samodzielność.
I tak Lula dostała swój własny komplet kluczy.
Teraz wchodzi po schodkach, staje przed drzwiami i po kolei otwiera wszystkie zamki, rozglądając się przy tym czujnie dokoła.
Trochę bawi ją ta gra w ostrożność, a trochę naprawdę się boi. Na przykład tego, co może czaić się w tujach. Albo kogoś, kto mógł wśliznąć się przez furtkę i stać cicho za jej plecami.
Wymyśliła specjalny sposób trzymania kluczy, żeby w razie czego bronić się nimi, gdyby coś ją zaatakowało. Albo ktoś. Tak jak tłumaczył Kaj: najlepiej walić w oczy (choć to tak ohydne, że można się porzygać), na drugim miejscu mocny kopniak pod kolano, a na trzecim między nogi.
Lula ma nadzieję, że nigdy nie będzie musiała się bronić, ale woli być czujna i przygotowana.
Otwiera drzwi, wchodzi do środka, prędko zatrzaskuje je za sobą i przekręca zamek.
Słyszy jedynie swój oddech i tykanie starego zegara. Przyjemny jest ten dźwięk, a może go usłyszeć, tylko kiedy jest sama w domu i czasem, kiedy się obudzi w nocy. Normalnie jest zbyt głośno.
Lula zdejmuje buty i w samych skarpetkach idzie do swojego pokoju.
Cieszy się chwilą samotności w ich jasnym domu. Jest bezpiecznie, spokojnie i miło. Można szybko odrobić lekcje i zająć się innymi, fajnymi rzeczami: lepieniem z modeliny, rysowaniem, czytaniem albo tylko leżeniem i myśleniem.
Potem, robiąc dużo hałasu, przychodzą Wera i Kaj, a później mama, która szykuje obiad. Jedzą go razem. Czasem odgrzewają sobie wcześniej coś, co zostało z poprzedniego dnia.
Przyjemnie też wracać, kiedy w domu jest tata. Wtedy obiad już czeka na stole.
O pracy taty Lula wie tylko tyle, że jest piekielnie nudna i tata musi do niej jeździć za granicę. Co jakiś czas przyjeżdża do domu na krótki urlop. Jest wtedy lekko zgarbiony i szary na twarzy. Mówi, że to od siedzenia przed komputerem. Przykro patrzeć, jak blado się uśmiecha, wzdycha i chodzi, szurając nogami.
Ale tylko pierwszego dnia.
Następnego ranka po przyjeździe wyskakuje z łóżka jak nakręcony.
- Czas pomieszkać! - woła i brzmi to jak hasło do ataku.
Biega, wsadza nos we wszystkie kąty, nawet te najciemniejsze, jak na przykład szkolne plecaki, zeszyty i dziennik elektroniczny.
- Jakie tam jest hasło?! - krzyczy do mamy, która spieszy się do swojej pracy.
- Klękajnagrochu, trzynaście, wykrzyknik - odpowiada mu mama, tak jak podczas poprzedniego urlopu i jeszcze wcześniejszego. - Będę o szesnastej - dodaje i wychodzi.
Tata przygotowuje drugie śniadanie, wyprawia do szkoły Lulę, Kaja i Werę, a potem sprząta, robi zakupy, dokręca, naprawia i uzdatnia. I wszystko to pogwizdując albo podśpiewując. Kaj mówi, że tata po powrocie dostaje szoku domowego. Może i tak, w każdym razie wygląda na bardzo szczęśliwego.
Za to mama wygląda, jakby nie wypuszczała do końca powietrza z płuc. Dopiero kiedy wielka, granatowa walizka ląduje w bagażniku taksówki, kiedy trzasną drzwiczki i tata jest już w drodze na lotnisko, mama zaczyna oddychać normalnie.
Rodzice nie kłócą się, nic z tych rzeczy. Nawet dużo żartują, chodzą do kina, na spacery, tata przygotowuje miłe kolacje i organizuje mamie weekendy odnowy biologicznej.
Wera mówi, że mamę przytłacza entuzjazm taty.
Lulę to dziwi.
Czy to znaczy, że można być zbyt radosnym? Przecież mama też lubi się czasem wygłupiać i jest wesoła. Poza tym jest jej ciężko, kiedy sama musi wszystko ogarnąć. Tata na urlopach robi tyle pożytecznych rzeczy!
Wera wzdycha i mówi, że to dlatego, że tata po powrocie chce nadrobić czas z rodziną, więc działa dziesięć razy bardziej i to wytrąca mamę z jej codziennego rytmu.
- Nie może mu o tym powiedzieć? - pyta Lula.
- Nie chce mu robić przykrości. - Wera wzrusza ramionami. - Nie chce, żeby czuł, że coś stracił na amen przez to, że jeździ do pracy i zarabia dla nas pieniądze.
Lula uważa, że Wera jest bardzo mądra.
Czuje, że wypełnia ją jeszcze więcej miłości do rodziców: do taty za to, że chce nadrabiać, i do mamy za to, że mu na to pozwala, choć jest jej z tym niewygodnie.