EDEN
Moje ręce są spokojne, gdy sięgają do klamki. Są spokojne, gdy opuszczam osłonę przeciwsłoneczną w samochodzie Mary i nakładam tusz na rzęsy. Steve zajmuje siedzenie obok mnie, splata swoje palce z moimi i uśmiechając się słodko, mówi:
- Hej, tęskniłem za tobą.
Moje serce zwolniło, ponieważ lek trafił już do krwiobiegu. I choć zdaję sobie sprawę, że to nie jest prawdziwy spokój, chyba wystarczy, bym mogła zrobić to dla moich przyjaciół. Bym mogła wyjść z domu i zachowywać się normalnie ostatniej nocy przed zrzuceniem na nich kolejnej bomby. Odpowiadam więc kłamstwem:
- Ja za tobą też.
Chłopak Mary, Cameron, wsiada do samochodu i zatrzaskuje drzwi od strony pasażera. Całuje Marę, a potem spogląda na mnie i mówi:
- Prawdopodobnie przegapimy support.
- Nie przegapimy - odpowiada Steve, po czym pochyla się w moją stronę i całuje odsłonięte ramię. - Cieszę się, że zdecydowałaś się przyjść.
- Ja też się cieszę - powtarzam, czując, że powinnam mówić szczerze.
- Najwyższy czas, żebyś znowu wyszła do ludzi - mówi.
- To samo jej powiedziałam, Steve - wtrąca z uśmiechem Mara. - Potraktuj dzisiejszy wieczór jako nowy początek - dodaje. - W poniedziałek wrócisz do szkoły, a potem zostanie tylko kilka miesięcy do zakończenia liceum. W końcu. Zasłużyliśmy na to!
- Jasne, że tak - zgadza się Cameron.
Zachowują się, jakbym wracała do zdrowia po grypie. Jakby po ujawnieniu moich tajemnic wszystko magicznie wróciło do normalności. Bez względu na to, czym ta normalność kiedyś była. Jakby ukończenie liceum nie było ostatnią rzeczą, o której teraz myślę. A może mają rację. Może powinnam po prostu zignorować całe to otaczające mnie gówno i przez następne dwa miesiące zachowywać się jak zwykła nastolatka. Póki jeszcze mogę.
- Cameron - słyszę swój głos unoszący się ponad muzyką. Wszyscy się odwracają, by na mnie spojrzeć. - I tak kupiliśmy bilety na gwiazdę wieczoru, prawda? Więc jeśli się spóźnimy, nic się nie stanie.
Nie żeby mnie to obchodziło, ale byłam im winna trochę entuzjazmu.
Przewraca oczami i spogląda do tyłu, mrucząc:
- Chciałaś powiedzieć, że to ja kupiłem bilety. - Cameron jest jedyną osobą, która nie udaje, i która nie jest dla mnie miła tylko dlatego, że spotkało mnie coś złego, a ja przez to czuję wobec niego dziwną wdzięczność. - Możesz mi zwrócić pieniądze w każdej chwili.
Nasza sprzeczka sprawia, że Mara się uśmiecha. Natomiast Steve trzyma moją rękę zbyt mocno. Oboje biorą tę wymianę zdań za dobry znak, myśląc, że wciąż mam w sobie chęć do walki. Odchrząkuję, przygotowując się do wygłoszenia oświadczenia, które moja terapeutka pomogła mi wypracować podczas sesji w tym tygodniu.
- Kochani - zaczynam. - Chciałam tylko powiedzieć... Minęło trochę czasu, odkąd przebywałam w otoczeniu wielu ludzi i mogę doświadczyć lęku albo...
- W porządku - przerywa mi Steve i przyciąga do siebie. - Nie martw się, będziemy przy tobie.
- Okej, chodzi o to, że mogę potrzebować kilku minut, by zaczerpnąć trochę powietrza albo coś w tym rodzaju. I jeśli do tego dojdzie, nie będzie to nic wielkiego, więc nie chcę, żeby ktokolwiek się martwił lub czuł, że musimy wyjść. - Nie poszło mi tak gładko, jak ćwiczyłam, ale powiedziałam, co musiałam. Wyznaczyłam granice.
Spogląda na mnie nerwowo oczami jak u szczeniaczka, a w lusterku wstecznym dostrzegam dociekliwy wzrok Mary.
- To znaczy, może nic się nie wydarzy. Trudno powiedzieć - dodaję, żeby przestali na mnie patrzeć w ten sposób. - Albo mogę się naprawdę upić i wszyscy będziemy się, kurwa, świetnie bawić.
- Edy - beszta mnie Mara, a w tym samym czasie Steve krzyczy: - Nie!
- Żartuję - mówię z uśmiechem. Minęły cztery miesiące, odkąd zrobiłam coś złego. Chociaż moja terapeutka poleciłaby mi zastąpić słowo "złe" przymiotnikiem "niezdrowe". Nie piłam, nie ćpałam, nie paliłam żadnych substancji. Nadal nie jestem pewna, w jaki sposób branie tabletek w momencie, gdy czuję się przytłoczona, różni się od innych "niezdrowych" nawyków. Nie wiem, kto decyduje o tym, co jest dobre, a co złe. Ale i tak to robię. Przestrzegam tych zasad, ponieważ chcę się lepiej poczuć. Chcę być lepsza. Naprawdę.
Wychodząc z parkingu, mijamy grupę ludzi z college'u. Z drinkami w dłoniach kręcą się wokół starego drewnianego stołu piknikowego, który sprawia wrażenie, jakby częściowo wspierał się na betonowych ścianach budynku. Wypuszczany przez nich dym papierosowy do mnie woła, a ja obserwuję, jak się śmieją, rozlewając przy tym drinki. Gdyby nie to, że Steve trzyma mnie mocno za rękę, gdyby nie to, że teraz wszystko wygląda inaczej, pewnie podryfowałabym w ich kierunku, znajdując sobie łatwą przestrzeń, w której mogłabym się zmieścić dzisiejszego wieczoru.
Ale teraz wszystko naprawdę wygląda inaczej; ten rodzaj łatwych rozwiązań już dla mnie nie istnieje.
Przy drzwiach każdy z nas otrzymuje opaskę UNDER 21 w kolorze neonowego różu. Zakładający ją facet mimowolnie muska wewnętrzną stronę mojego nadgarstka. Wiem, że to nic takiego, ale czuję, że ten nieznaczący dotyk narusza w jakiś sposób moje granice. Pojawia się we mnie dziwnie odrętwienie.
Opaska jest zbyt ciasna. Szarpię za nią, żeby sprawdzić, czy uda mi się ją poluzować, ale jest wykonana z papieru, którego nie da rady rozerwać ani przecisnąć przez nadgarstek.
Mara w ogóle nie zwraca uwagi na swoją, więc i ja staram się o niej zapomnieć.
Z głośników dobiega muzyka. Gdzie nie spojrzę, ludzie piją, śmieją się, krzyczą. Ktoś na mnie wpada i już wiem, że moje ciało powinno odczuwać coś w związku z tym, co się dzieje. Dobrze znany skok adrenaliny, przyspieszone bicie serca i szybki oddech. Nic się jednak nie dzieje. Z wyjątkiem dobrze znanego wrażenia znikania, ale tym razem nie wywołuje ono ataku paniki. Po prostu sprawia, że czuję się tak, jakby jakaś część mnie była nieobecna. I nagle dopada mnie niepewność - skoro część mnie jest uśpiona, czy mogę sobie ufać w kwestii własnego bezpieczeństwa?
Steve prowadzi nas w pobliże sceny, a ja mocniej łapię go za rękę. Mara chwyta moją drugą dłoń, a gdy spoglądam w tył i widzę, że Cameron również trzyma ją za rękę, przypomina mi się wyjście na dwór w czasach przedszkolnych - dzieci tworzące ludzki łańcuch, by przejść przez ulicę i dostać się na plac zabaw. Pojawia się we mnie złość, gdy zdaję sobie sprawę, że jest mi to potrzebne.
- W porządku? - pyta Mara, zbliżając usta do mojego ucha, ponieważ tłum wokół nas zaczyna się zagęszczać.
Kiwam głową.
Mówię szczerze. Tak jakby. Przez pierwszy set zespołu otwierającego koncert czuję się dobrze. Udaje mi się nawet trochę pokołysać. Nie tańczę, nie skaczę, nie ruszam biodrami, nie zamykam oczu i nie dotykam swojego chłopaka tak, jak robi to Mara. Patrząc na nich, ma się wrażenie, że to takie proste. Czuję się inaczej pod względem chemicznym - brak alkoholu, obecność leków, które powodują zmętnienie moich myśli.
Gdy gwiazda wieczoru - ulubiony zespół Steve'a, ten, który przyszliśmy zobaczyć - wychodzi na scenę, czuję, że znów się wyłaniam. Na początku delikatnie. W mojej klatce piersiowej pojawia się znajome szarpane bicie serca, oddech staje się chaotyczny, a w mojej czaszce odczuwam dudnienie basów.
- Już w porządku - szepczę, nie mogąc usłyszeć własnego głosu z powodu muzyki. Puszczam rękę Steve'a. Moje dłonie zaczynają się pocić. Nagle staję się bardzo świadoma każdej części mojego ciała dotykającego ciał innych ludzi, którzy na mnie wpadają.
Rozglądam się zbyt szybko, dostrzegając to, co mi umknęło, gdy przyjechaliśmy. Widzę wszystko naraz. Dostrzegam nasze szkolne kolory; kurtka drużyny sportowej odbijająca światła błyskające ze sceny. Natychmiast czuję ucisk w żołądku - nie wiem, dlaczego nie wpadłam na to, że zobaczę dziś ludzi ze szkoły. Przecież właśnie do niej przyszliśmy. Niespodziewanie dostrzegam go, niczym w migawce, niczym przebłysk. Odchyla głowę do tyłu, śmieje się. Napakowany gość. Jeden ze starych przyjaciół Josha.
Nie. Mam przywidzenia. Zamykam oczy na sekundę. Reset.
Lecz kiedy je otwieram, on wciąż tam jest. To bez wątpienia on. To on znalazł mnie przy szafce tamtego dnia w szkole. To on gonił mnie po korytarzu. To on próbował mnie przestraszyć. To on chciał, żebym zapłaciła za to, że mój brat pobił Josha. Staję przodem do sceny. Minęło trochę czasu. Teraz jest inaczej. Nie mogę się jednak powstrzymać; spoglądam raz jeszcze. Znów zamykam oczy. Znów jego głos szepcze mi do ucha: Słyszałem, że niezła z ciebie zdzira.
Głowa mi pulsuje.
Odchrząkuję albo próbuję to zrobić.
- Steve! - krzyczę, ale on mnie nie słyszy. Kładę mu dłoń na ramieniu i wtedy na mnie spogląda. Przykładam dłonie do ust, a on pochyla się w moją stronę. Praktycznie krzyczę mu do ucha. - Muszę wyjść!
- Co?! - krzyczy.
Wskazuję w kierunku wyjścia.
- Wszystko w porządku? - pyta.
Kiwam głową.
- Tak, po prostu dziwnie się czuję.
- Co?! - krzyczy ponownie.
- Ból głowy - odpowiadam.
- Chcesz, żebym poszedł z tobą?
Kręcę głową.
- Zostań, mówię serio.
Spogląda to na mnie, to na zespół na scenie.
- Jesteś pewna?
- Tak, to tylko ból głowy.
Ale nie wiem, czy słyszy moją odpowiedź.
Mara zauważa, że chcę odejść i chwyta mnie za ramię. Mówi coś, czego nie mogę zrozumieć.
- To tylko ból głowy - wyjaśniam. - Zaraz wracam.
Otwiera usta, żeby zaprotestować i chwyta mnie za drugą rękę. Stoimy teraz twarzą w twarz, ale niespodziewanie, na szczęście dla mnie, Cameron delikatnie dotyka jej nadgarstka, sprawiając, że moja przyjaciółka mnie puszcza. Cameron kiwa mi głową i przytrzymuje Marę.
Przeciskam się przez tłum, wstrzymując oddech i walcząc z prądem. Dudnienie w mojej głowie przybiera na sile, huczy w rytm muzyki, ale nie jest zsynchronizowane z moimi krokami, więc wytrąca mnie z równowagi. W klatce piersiowej czuję pulsowanie muzyki. W końcu udaje mi się przedrzeć przez najgorszy tłum, odskakuję jak kulka w automacie do gry, gdy pokonuję kolejkę ludzi wciąż czekających na wejście.
Wydaje mi się, że ponad masą głosów i muzyką wylewającą się przez drzwi, słyszę swoje imię.
Po wyjściu na zewnątrz idę prosto na parking i teraz wiem na pewno, że on wykrzykuje moje imię. Steve zawsze chce być kimś w rodzaju księcia z bajki, ale jeśli on jest księciem, to ja jestem tylko pieprzonym Kopciuszkiem. Moje magiczne pigułki przestały działać, czar prysł. Mam na sobie łachmany, bal trwa już beze mnie. Nie jestem już częścią tego miejsca, nigdy nie byłam. Kiedy próbuję złapać oddech, a chłodne powietrze uderza w moją spoconą twarz i szyję, wiem już, że nie ma mowy, abym zdołała tam wrócić.
Odchylam głowę i biorę głęboki wdech. Wdech i wydech. Wdech i wydech, tak jak pokazała mi terapeutka. Czuję delikatne stuknięcie w ramię.
- Powiedziałam, że nic mi nie jest, Steve, naprawdę. - Odwracam się. - To tylko ból... głowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki