Kafka. Wczesne lata 1883-1911 - Reiner Stach

Kup ebooka

64.00 zł
53.12 zł (52,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W Pradze nic się nie dzieje

Think you heard this all before,

Now you're gonna hear some more.

DEVO, GOING UNDER

Trzeci lipca 1883 roku, przyjemny, pogodny letni dzień, niemal żadnego ruchu powietrza w ciasnych uliczkach praskiej Starówki, gdzie już w południe temperatura dochodzi do 30 stopni Celsjusza. Na szczęście nie jest parno; nieliczne chmury, które nadciągają po południu, są łagodne i niewinne, tysiące prażan cieszą się więc na ciepły wieczór w jednym z wielu lokali z letnimi ogródkami przy pilznerze lub winie i muzyce orkiestry dętej. Jest wtorek, i tego dnia odbywa się wyjątkowo dużo "koncertów wojskowych", w przestronnym ogródku piwnym na Żofinie, Wyspie Zofii, ożywiony ruch zaczyna się już nawet o godzinie czwartej po południu. To pora turystów, studentów i drobnych rentierów, gdyż pracuje się, rzecz jasna, jeszcze kilka godzin dłużej, a dla tych, którym nie ma czego zazdrościć, którzy zarabiają na chleb w jakimś kantorku, orkiestra gra niestety dopiero po zachodzie słońca. Nawet wizyta w teatrze zależy niekiedy od dobrej woli pryncypała. Dla Czechów wystawiana jest dzisiaj Fedora, najnowszy melodramat Francuza Victoriena Sardou, autora popularnych utworów scenicznych; Niemcy natomiast mogą się bawić w Volkstheater na sztuce Nestroya Chcę sobie pohulać. A jeżeli dla kogoś nawet i ten repertuar zbyt jest ambitny, to pozostaje mu udać się do Wanda's Singspiel-Halle, gdzie panna Mirzl Lehner, nazywana "szykowną wiedenką", razem z innymi, "nowo zaangażowanymi siłami artystycznymi" prezentuje "zabawny i nadzwyczaj przyzwoity program". To skromna oferta dla prawie 160 tysięcy mieszkańców miasta.

Praga latem, Praga w czasach pokoju, godziny mijają, kursy giełdowe wahają się słabo (ale jest tak już od dziesięciu lat), życie jakby oklapło, brak nawet zwyczajowych wiadomości, chciwie chłoniętych przez czytelników "Prager Tagblatt" i "Bohemii", o hochsztaplerach, samobójczyniach i kasjerach, którzy dali nogę. W Cywilnej Szkole Pływania, czyli publicznym kąpielisku rzecznym, jakiś trzynastoletni chłopak ratuje małe dziecko, które wpadło do Wełtawy. To jedyny godny wzmianki wypadek, jaki wydarzył się owego 3 lipca. Abstrahując od naturalnych zgonów, o których pisze się tak drobnym drukiem, że trzeba ich szukać z lupą. Przy ulicy Hibernera (Hybernská) umiera osiemnastodniowe słabowite niemowlę o imieniu Augustin, a dwuletnia Amalia umiera na gruźlicę. Ale kto by chciał zaprzątać sobie tym głowę.

A mimo to dzień ten przejdzie do annałów miasta, i to nawet z dwóch powodów, jednego widocznego publicznie i drugiego na razie w ukryciu. Tego dnia miasto przeżywa wstrząs polityczny i mentalny, niewielu mieszkańców o tym wie, lecz po kawiarniach rozchodzi się niepojęta wiadomość, jeszcze zanim prasa zdąży zareagować. Otóż odbywają się właśnie wybory do czeskiego landtagu, zarządził je sam cesarz, i to - co w tym wszystkim najgorsze - na zupełnie nowych warunkach. Odkąd istnieją parlamenty, uprawnieni do głosowania są tylko mężczyźni, którzy płacą rocznie określoną kwotę podatków, tymczasem austriacki rząd niespodziewanie zmniejszył o połowę ten limit - za aprobatą cesarza i ku przerażeniu małej, acz wpływowej części ludności. Jakie następstwa będzie mieć ta decyzja, mogli sobie wyliczyć na palcach nawet ludzie nieświadomi politycznie: więcej uprawnionych do głosowania, czyli więcej Czechów. I właśnie tego dnia spadło jak grom z jasnego nieba potwierdzenie prognoz: Czesi prześcignęli Niemców w wyścigu do landtagu, mają solidną większość, po raz pierwszy i bardzo prawdopodobne, że na zawsze. Kto bowiem odważy się podnieść rękę na to nowe prawo wyborcze? Także wielcy właściciele ziemscy, jak wiadomo, głosują przeważnie na Czechów, izby handlowe podobnie, niektórzy dobrze sytuowani Żydzi przyłączają się do nich. Niemcy w dzielnicy handlowej wokół Rynku Staromiejskiego łapią się za głowę: nawet ich najbliżsi sąsiedzi, mieszkańcy Josefstadtu (Josefov), dawnego praskiego getta, wybrali przeważnie Czechów, i jak na ironię okazało się, że szalę przechylili chyba żydowscy rzeźnicy, a więc ludzie, którzy nigdy dotąd nie mogli pójść do urn wyborczych...

Oczywiście jedynie nieliczni mieszkańcy Pragi interesują się pracami czeskiego landtagu, i nawet w kręgach wykształconego mieszczaństwa, zarówno czesko-, jak i niemieckojęzycznego, tylko najwytrwalsi czytelnicy gazet mniej więcej się orientują, jakie właściwie kompetencje ma ten landtag i jaki wpływ wywiera na życie codzienne Czechów oraz Niemców. Ale liczy się symboliczne zwycięstwo Czechów, do tej pory absolutnie najważniejsze, wszyscy to rozumieją, i dlatego jest ono "historyczne". Również przegrani tak to widzą. Ton ich komentarzy jest wyciszony, niemieckojęzyczna prasa wyraża się powściągliwie, nie chce drażnić Czechów, z którymi ludność niemiecka we wszystkich dzielnicach pozostaje przecież w bliskich kontaktach, ani denerwować abonentów. Jedynie "Neue Freie Presse" z Wiednia mówi prosto z mostu, może sobie na to pozwolić jako trybuna najlepiej wyrażająca poglądy liberałów, którą oczywiście także w Pradze można dostać wszędzie. Czescy obywatele dowiadują się z niej, że swoim głupim zachowaniem przy urnach wyborczych mogą sprokurować zmierzch cywilizacji zachodniej: "Czy naprawdę ma dojść do tego, że Praga, pozbawiona ratunku, upadnie, zalana przez Słowian?". Nie, nie i jeszcze raz nie. "Możliwe, że stołeczni niemieccy deputowani znikną z Izby Krajowej, ale lud wypełniający ulice i domy zostanie, dopóki wreszcie nie nadejdzie dzień, który położy kres słowiańskiej kontrreformacji i Praga znów będzie tym, czym była, centrum ludzkiej, niemieckiej kultury"1.

To mocne słowa, za mocne nawet dla państwowej cenzury w Wiedniu, która kilka dni później skonfiskuje pismo. Ale agresywny ton i szowinistyczne wzburzenie zdradzają, jak dobrze rozumiano epokowe znaczenie tego dnia. Władzę skupiała zawsze elita, ale od tej pory rządzić będzie większość, legitymizowana przez samą proporcję ilościową, która w Pradze - nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości - wynosi 4:1 na korzyść Czechów. A co będzie, jeśli ta zasada większości przyjmie się w całej monarchii? Wtedy będzie się wytykać Czechom, że byli najsłabszym ogniwem w łańcuchu i że ten łańcuch zerwał się w ich stolicy, dokładnie 3 lipca 1883 roku.

Nie wszyscy prażanie dostrzegają to trzęsienie ziemi w czeskim landtagu. Prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, a dla kogoś, komu umiera małe dziecko o imieniu Augustin lub Amalia, wszelka polityka na długi czas schodzi na plan dalszy. Tak jak dla kogoś, kto wita właśnie nowo narodzone dziecko. On także przekracza próg epoki, przeżywa początek nowych czasów, skąd nie ma już powrotu, a wobec tej ciepłej fizycznej obecności reszta świata przestaje się liczyć.

Właśnie coś takiego wydarzyło się dzisiaj w domu nieopodal kościoła św. Mikołaja, róg Maiselgasse (Maiselova) i Karpfengasse (Kaprova), gdzie mieszka żydowskie małżeństwo Kafków będące zaledwie dziesięć miesięcy po ślubie. Niezbyt dobry to adres, budynek widział już lepsze czasy, kiedyś mieściła się tu prałatura słynnego klasztoru na Strahovie, ale abstrahując od barokowej fasady, niewiele pozostało z dawnej świetności. Od dawna budynek służy za zwykły dom mieszkalny, sąsiedztwo bynajmniej nie jest reprezentacyjne i niezbyt się nadaje do zawierania nowych znajomości: po jednej stronie kościół, w którym od pewnego czasu prawosławni odprawiają swoje ponure nabożeństwa, po drugiej podejrzane spelunki, a nawet burdele, które należą już prawie do Josefstadtu, zaniedbane slumsy, których zburzenie zostało już podobno postanowione.

Kafkowie nie pomieszkają tutaj długo, to zrozumiałe, ale na razie muszą oszczędzać. Cały majątek - to znaczy przede wszystkim wiano pani Julii - zainwestowali bowiem w nowo założony sklep handlujący nićmi i bawełną, który czeka na klientów w odległości zaledwie paru kroków przy północnej ścianie Rynku Staromiejskiego. Jedynym właścicielem jest trzydziestoletni Hermann, lecz jego żona, młodsza o trzy lata, też musi tu pracować w pełnym wymiarze, w przeciwnym razie sklep nie przetrwa. Obojgu zostaje niewiele czasu dla siebie, odmówili sobie nawet miodowego miesiąca, żeby dopilnować wszystkiego na miejscu, w Pradze, tak więc ciąża raczej nie jest dogodną okolicznością dla świeżo założonego sklepu, a co dopiero mówić o mamce i opiekunce do dziecka, na które trzeba będzie sobie od tej pory pozwolić.

Ale to chłopiec, a w świecie zorganizowanym patriarchalnie - innego Hermann i Julia nie znają - dziecko płci męskiej oznacza gwarancję przyszłości. To najbliższe ogniwo łańcucha pokoleń, który nadaje czynom jednostki sens ponadczasowy. Do tej pory Kafkowie wiedzieli tylko, że chcą się wybić w wymiarze społecznym, teraz czują, że ten cel wykracza poza ich własną ziemską egzystencję i tym samym staje się nieodwołalny. Nowo narodzone dziecko jest "dziedzicem", zanim postawi pierwsze kroki, i to bynajmniej nie tylko w oczach rodziców. Także wobec krewnych, pracowników i klientów społeczna pozycja Kafków zmieniła się z dnia na dzień, to jakby awans, a nawet więcej, gdyż nowy status jest dożywotni - może go wypowiedzieć tylko śmierć. Ale nikt nie zamierza teraz dopuścić nawet myśli o niej, malec jest "kruchym, ale zdrowym dzieckiem", jak zanotuje dużo później matka2, i przeżyje, zostanie dziedzicem, dla którego się poświęcamy i z którego powodu należymy odtąd do dużej całości. I dlatego słuszne jest i sprawiedliwe, żeby nosił imię naszego cesarza. Tak, ma się nazywać F r a n z.

Sto lat później świat wie, że ułożyło się zupełnie inaczej, niż wymarzyli sobie Kafkowie. W ich pierwszym wspólnym miejscu zamieszkania zawiśnie tablica pamiątkowa, która nie jest dedykowana szanowanemu kupcowi, ale pisarzowi. Następowanie po sobie pokoleń, które wciąż na nowo rodzinę odmładza i organicznie zakotwicza w świecie, okaże się czymś równie kruchym i nietrwałym, jak odosobniona egzystencja jednostki. Setki tysięcy takich linii zostanie przerwanych, a nawet wymazanych siłą jeszcze za życia rodziców Franza Kafki. Jednak owa data, 3 lipca 1883 roku, która dla tak wielu prażan była dniem nieodwołalnego otrzeźwienia, a dla Kafków dniem dumy i radości - owa data zyska nowe, inne znaczenie.

Imiennik Kafki, pięćdziesięciodwuletni cesarz Franciszek Józef I, także spędza ten dzień w dobrym humorze. Przebywa w Grazu, gdzie realizuje program rutynowej wizyty: msza w katedrze, otwarcie wystawy krajoznawczej, wizyta w straży pożarnej i szpitalu wojskowym, przyjmowanie deputacji i miejscowych notabli, długie bankiety. W przerwach lektura napływających depesz, w tym także kilku z Pragi, gdzie Czesi - zgodnie z przewidywaniami - urzeczywistnili wreszcie swoją wolę. Ten zgrzyt przykrywają jednak od razu wiwaty zgromadzonej w komplecie ludności Grazu i bardziej radosne obowiązki, które na powrót rozpogadzają cesarskie oblicze. Na przykład wizyta u styryjskich strzelców, najwierniejszych z wiernych, na przystrojonej flagami i kwiatami "strzelnicy krajowej", którą odwiedza nie po raz pierwszy. Owi strzelcy są trochę nadgorliwi, swoimi salwami spłoszyli nawet konie zaprzężone do cesarskiej karocy, skutkiem czego Franciszek Józef musi przywołać ich do porządku stanowczym słowem. Ale przyjęcie na strzelnicy jest imponujące, są kobiety w strojach ludowych, a szykownie ubrane dziewczęta wręczają mu bukiety kwiatów. Strzelcy chcieliby jednak czegoś więcej, a nie tylko usłyszeć z ust Najjaśniejszego Pana łaskawe słowa, o nie, cesarz powinien i może dziś osobiście przyłożyć rękę, czyli zaprezentować swoje umiejętności i otworzyć festyn strzelecki dla ludności. Ceremonialnie prowadzą go do przygotowanej broni, widzowie czekają w napięciu. Dwa razy mierzy do sylwetki biegnącego dzika, raz trafia w pole tarczy, to "jedynka". Rozlegają się wystrzały na wiwat, żeby całe miasto się o tym dowiedziało, potem wybucha radosna wrzawa wielotysięcznego tłumu, niekończąca się wrzawa.

Początek przedstawienia

Bóg handluje zawsze hurtowo.

KIERKEGAARD, STADIER PAA LIVETS VEI

Stare centrum Pragi to swego rodzaju scena: rozległa, zajmująca prawie hektar, dostępna z wielu stron, ale proporcjonalnie rozczłonkowana i łatwa do ogarnięcia wzrokiem w stopniu wystarczającym, aby obserwator miał wrażenie odgraniczonej i symbolicznie podwyższonej przestrzeni. Na Rynku Staromiejskim, bo tak nazywa się ten teren, skupia się jak w soczewce energia społeczna całego regionu.

Już u progu czasów nowożytnych mieszkanie w pierwszym rzędzie domów przy Rynku uchodziło za przywilej. Kiedy Praga przestała odgrywać rolę w biegu dziejów i całe Czechy były tylko pionkiem w grze obcych dynastii, miejscowy Rynek pozostał wielką publiczną areną. Tam odbywał się targ, tam załatwiano interesy pod gołym niebem i rozstrzygano polityczne spory, tam widywało się pewnych ludzi i było się widywanym, a ponieważ nierzadko słyszało się dźwięk obcych dialektów i języków, nie brakowało poloru światowości, który przykrywał faktyczną utratę znaczenia przez miasto. Prażanie wiedzieli, że ich otoczony wspaniałymi budynkami Rynek cieszy się sławą w Europie, i byli oswojeni z widokiem podróżnych, którzy przyjeżdżali z daleka tylko po to, żeby oglądać oszałamiające cudo: wielki astronomiczny zegar przy staromiejskim ratuszu. "Miasto Praga", jak objaśniał przewodnik dla podróżnych, wydrukowany w trakcie wojny trzydziestoletniej, który już w pierwszym zdaniu kierował uwagę czytelników na najważniejszy punkt, "leży na prawym brzegu Wełtawy, w rzecznej dolinie, a w tymże mieście zobaczyć można wiele wspaniałych budowli, wśród których wyróżnia się szczególnie ratusz, mający wysoką wieżę, a na jej ścianie nader kunsztowny zegar, tego rodzaju, że jeśli mowa o walorach artystycznych, to w całym świecie trudno znaleźć drugi taki [...]"1. Kiedy te słowa ukazały się drukiem, zegar miał już ponad dwieście lat, a w owych niepamiętnych czasach, gdy ruszyły jego wskazówki metrowej długości, Praga była siedzibą cesarza.

W dziejach Pragi Rynek Staromiejski nierzadko służył jako scena społeczna w sensie dosłownym. Plac przecinały procesje, rozbrzmiewały tu polityczne przemówienia, w tym hołdy i nienawistne tyrady. Na Rynku wznoszono pomniki, odbywały się demonstracje, wygłoszono niejedną odezwę, nierzadko witaną z entuzjazmem. Gdy ktoś obejmował władzę w Pradze, prezentował się na Rynku - zdarzało się to jeszcze w XX wieku, kiedy wykorzystywany jako promenada plac Wacława dawno już przyćmił poprzednie centrum i zdegradował je do roli historycznej osobliwości. W lutym 1948 roku początek monopartyjnych rządów komunistów celebrowano więc przed kulisami Rynku Staromiejskiego - co jednak, jak się wkrótce potem okazało, nie było szczęśliwym pomysłem. W ten sposób puczyści dotknęli bowiem boleśnie nerwu zbiorowej pamięci, w którą wryła się znacznie brutalniejsza inscenizacja, inscenizacja pochodząca sprzed ponad trzystu lat, a mimo to doskonale znana każdemu czeskiemu gimnazjaliście. Instalacja nowego reżimu, która dokonała się na Rynku Staromiejskim, z publicznymi torturami, stryczkiem i katowskim mieczem.

W nocy z 20 na 21 czerwca 1621 roku na praskiej Starówce panowało pełne strachu napięcie. Prawie nikt nie mógł zasnąć, wymieniano szeptem uwagi i modlono się wspólnie, sprawdzano rygle w drzwiach i nasłuchiwano usilnie, co się dzieje na zewnątrz, gdzie odgłosy wojenne zapowiadały potworności nadchodzącego dnia. Nowi panowie w służbie dynastii Habsburgów wprowadzili zakaz wychodzenia, setki uzbrojonych ludzi z pochodniami, szczękając żelastwem, patrolowały ulice, żeby zabić na miejscu każdego, kogo schwytają. Liczne pochodnie oświetlały również Rynek Staromiejski, a tamtejsi mieszkańcy godzinami dygotali ze strachu, słysząc uderzenia młotów cieśli, którzy przy samym ratuszu budowali scenę o wysokości dwóch i pół metra i powierzchni trzystu metrów kwadratowych. Tego rodzaju sceny nazywano "szafotem", a przerażonym mieszkańcom Pragi obwieszczono już jasno i wyraźnie, jakie przedstawienie będzie tu dawane za kilka godzin.

Prażanie zaryzykowali, zbuntowali się i przegrali. Był to protest zarówno natury religijnej, jak i politycznej, aby móc się wyrwać z narastającej dominacji katolickich Habsburgów, protest czeskich stanów przeciwko absolutyzmowi, przybierającemu wtedy konkretne formy. Jak daleko miał się posunąć ten opór, co do tego szlachta, protestanccy duchowni i mieszczaństwo nie byli zgodni, ale w maju 1618 roku prascy przywódcy postanowili spalić za sobą wszystkie mosty i sprowokować otwartą wojnę: zwyczajnie wyrzucili przez okno praskiego zamku dwóch katolickich namiestników i ich skrybę, a na dodatek posłali za nimi kilka kul. Ten bynajmniej nie spontaniczny, tylko starannie zainscenizowany akt przemocy wyśmiewano w całej Europie jako lokalną burleskę (zwłaszcza że trzy ofiary odniosły jedynie lekkie obrażenia), ale w następnym roku stało się jasne, że czeskie stany i ich sprzymierzeńcy na Morawach i Śląsku traktują sprawę bardzo serio i że trzęsą fundamentami europejskich struktur władzy: zdetronizowali Habsburga Ferdynanda II jako króla Czech (niewiele dni przed jego wyborem na cesarza) i na jego miejsce wynieśli na tron księcia elektora Palatynatu, zdeklarowanego kalwinistę, który sam siebie mianował "rycerzem krzyżowym protestantyzmu".

Nadzwyczaj skomplikowane akcje dyplomatyczne i wojskowe, jakie nastąpiły, doczekały się wielu popularnonaukowych opracowań i należą dziś do ruchomych piasków specjalistycznej wiedzy historycznej. Owo wyrzucenie przez okno (prawnicy mówili wytwornie o praskiej defenestracji) miało się stać zarzewiem pożaru, który ciągnął się przez kilkadziesiąt lat i strawił oraz wyludnił duże części Europy Środkowej, a wręcz wyryta w kolektywnej pamięci została straszliwa klęska poniesiona przez powstańców w ostatecznej rozgrywce w listopadzie 1620 roku. Niespełna dwie godziny trwała bitwa pod Białą Górą, na płaskowyżu niewiele kilometrów od centrum Pragi, a skończyła się druzgocącą klęską kiepsko opłacanych wojsk czeskich rebeliantów, pośpieszną ucieczką kalwińskiego zastępczego króla Fryderyka Palatyńskiego (który przeszedł do praskiej historii pod przezwiskiem "króla zimowego") i ogromnym triumfem Ligi Katolickiej. Bitwa pod Białą Górą - według czeskiego przekazu - była początkiem trwającego trzy stulecia okresu mroku (temno), a więc epoki katolickich Habsburgów, którzy nie tylko zapewnili sobie w Czechach absolutystyczne panowanie, ale także już na wstępie dali Czechom krwawą przestrogę.

I faktycznie, jako ranę na ciele narodu interpretowano później nie tyle klęskę wojskową, za sprawą której wiele kolejnych pokoleń w Czechach wzrastało w przekonaniu, że ma wciąż otwarty rachunek z "wiedeńczykami", ile fatalną strategię zwycięzców, polegającą na tym, żeby nieustannym upokarzaniem dusić w zarodku wszelką myśl o ponownej rebelii. Ferdynand II nie zadowolił się wywłaszczaniem i wypędzaniem z kraju tych z protestanckiej szlachty, na których padł choćby cień podejrzenia o udział w powstaniu - poza tym zmuszał podejrzanych, by donosili na siebie, żeby uniknąć kata. Równie brutalnym ciosem było to dla niekatolickich duchownych, gdyż nowy reżim niedługo bawił się w dostrzeganie różnic między umiarkowanymi luteranami i radykalniejszymi kalwinistami, husytami czy anabaptystami. Ogłoszony zaledwie dziesięć lat wcześniej list majestatowy cesarza Rudolfa II, na który powoływali się wściekli protestanci i który zapewniał im nieskrępowane wypełnianie praktyk religijnych, Ferdynand nie tylko ignorował, lecz własnoręcznie zniszczył wraz z cesarską pieczęcią. I nie poprzestał na ukaraniu zgodnie z prawem tych inicjatorów powstania, których udało się aresztować, lecz ustanowił w Pradze specjalny trybunał, depczący czeski porządek prawny i podlegający wyłącznie politycznym poleceniom z Wiednia. W końcu zainscenizował egzekucję pozbawionych wszelkich praw oskarżonych w tak okrutny sposób, że zaszczepił wielopokoleniową nienawiść do Habsburgów nawet wielu apolitycznym obywatelom, którzy nie chcieli już słyszeć o powstaniach i woleli dogadywać się z nowymi panami.

Skazanych na śmierć dwudziestu siedmiu mężczyzn - prawie wszyscy o siwych skroniach, większość więziona na praskim zamku - przewieziono do staromiejskiego ratusza, żeby byli punktualnie na miejscu, kiedy rozpocznie się przedstawienie. Trzech pochodziło ze stanu szlacheckiego, siedmiu z rycerskiego, siedemnastu z mieszczańskiego, a najwybitniejszym z nich był rektor praskiego uniwersytetu, doktor Jan Jessenius (Jesenský). Kiedy się rozwidniło, w posępnym przepychu ukazał się przykryty czarnym materiałem szafot i pierwsi gapie zaczęli ostrożnie zbliżać się do miejsca spektaklu. Około godziny piątej rozległ się z zamku wystrzał armatni, na znak rozpoczęcia pierwszego aktu. Miejsca zajęli mianowani przez Wiedeń sędziowie procesu pokazowego, obok nich najbardziej zasłużeni katoliccy dowódcy wojskowi, w tym Albrecht von Waldstein (alias Wallenstein). Na scenę wszedł przeszkolony medycznie kat o nazwisku Jan Mydlář - jego nazwisko przetrwało - w towarzystwie kilku zamaskowanych pomocników, którzy nieśli naostrzone miecze. Potem jako pierwszy został wprowadzony na szafot, wyprostowany i bez kajdan, skazaniec najwyższy rangą w hierarchii społecznej: pięćdziesięciodwuletni Joachim Andreas hrabia Schlick, jeden z odpowiedzialnych za praską defenestrację. Jezuicki duchowny, na którego nachalność Schlick skarżył się już poprzedniego wieczoru, podjął ostatnią próbę religijnego nawrócenia, lecz został odprawiony. Resztę załatwił kat, który dwoma ciosami zamienił klęczącego hrabiego w zewłok: najpierw odrąbał mu głowę, potem prawą rękę. Pomocnicy odnieśli na bok ciało, które zawinęli w chusty.

I tak skończył jeden po drugim, trwało to niemal cztery godziny, przerażająco monotonne. Dziś może się wydawać dziwne, że żaden ze świadków epoki relacjonujących tę scenę nie wspomina o uderzającym kontraście między prymitywną rzezią rozgrywającą się przed staromiejskim ratuszem od strony wschodniej a owym subtelnym, wymyślnym arcydziełem techniki, astronomicznym zegarem, który błyszczał w pełnej krasie na ścianie południowej w odległości kilku kroków2. Trudno też raczej ocenić, ilu widzów śledziło to krwawe wydarzenie - wśród nich wielu krewnych ofiar - a jeszcze mniej wiemy o tym, czy tłum reagował smutkiem, czy wściekłością. Dopilnowano jednak, żeby nikomu nawet przez myśl nie przeszło zakłócenie rytuału egzekucji. Miał on bowiem wstrząsnąć nie tylko tym miastem, inscenizacja miała podziałać szokowo także na pozostałych przeciwników w całej Europie. Scenę zabezpieczali szerokim kordonem uzbrojeni jeźdźcy i lancknechci, których na modłę wojenną ustawiono w czworobokach. Żadne obelgi ani ostatnie słowa skazańców nie miały szans się przebić przez ogłuszający hałas czyniony niemal bez przerwy, godzina za godziną, przez wielu doboszy, których również ustawiono na Rynku. Wydawało się, że nowi panowie zatykają prażanom usta - tutaj nawet szlochy nie mogły się przedrzeć.

Ale to nie oznaczało jeszcze końca upokorzeń, wymyślono kolejne etapy horroru, żeby nikt zbyt szybko nie zapomniał. Szczególnie brutalnie dotknęły one najbardziej wpływowego z wszystkich oskarżonych, wykształconego humanistycznie i aktywnego politycznie medyka Jesseniusa, któremu przed dekapitacją obcięto również język, a jego zwłoki publicznie poćwiartowano. Trzech oskarżonych torturowano jeszcze dłużej, ci nie skończyli na szafocie, tylko dyndali, powoli się dusząc, na stryczkach. Wreszcie dwanaście spośród ściętych głów zatknięto na blankach dawnej cesarskiej wieży mostowej (to akurat podpatrzone u Anglików). Tam pozostały przez pełnych dziesięć lat na oczach mieszkańców Pragi, którzy musieli tłumaczyć dzieciom, co się stało. Koniec lekcji.

Druzgocące klęski również mają wpływ na kształtowanie się zbiorowej świadomości w bardzo długiej perspektywie, to fakt nienowy, który odgrywał ważną rolę zwłaszcza w dziejach żydostwa i współczesnego syjonizmu. Dobitny przykład stanowią legendy o Żydzie Szymonie ben Kosibie (zwanym Bar Kochbą, Synem Gwiazdy), który w roku 132 wzniecił powstanie przeciwko rzymskim okupantom w Palestynie. Choć akcja ta ostatecznie skończyła się katastrofą i przypłaciło ją życiem pół miliona Żydów (w tym on sam), Bar Kochba ponad tysiąc osiemset lat później stał się figurą identyfikacyjną żydowskiego oporu, a nawet gwarantem żydowskiej tożsamości narodowej. Przypuszczalnie w znacznym stopniu pomijano tutaj kwestię logiki dziejów: liczy się heroiczny gest, który z daleka wydaje się zastygły w bezruchu, a "my", stworzone przez tego rodzaju narrację, jest ponadczasowe, to substancja poza historią. Dlatego pytanie, co konkretnie mają wspólnego z "nami" czyny takich bohaterskich figur, omija sedno sprawy: naród jest wieczny.

Równie jałowe są pytania sceptycznie odnoszące się do prawdy historycznej. Wszak historyczne fronty prawie nigdy nie przebiegają tak prosto i przejrzyście, jak wmawiają późniejsze (a czasami bardzo późne) mity. O motywach i celach rzeczywistego Bar Kochby właściwie nic nie wiadomo, a skąpe poszlaki pozwalają co najwyżej przypuszczać, że religijna (auto)sugestia doprowadziła tutaj do politycznie bezsensownego i samobójczego przedsięwzięcia. Mit jednak chce, żeby ci ludzie w pewnym sensie walczyli "za nas", i dlatego ich czyny mają znaczenie pozaczasowe: jako miara moralna, a nawet jako zobowiązanie do działania. Tego rodzaju presję moralną wykorzystują wirtuozi polityki tożsamościowej począwszy od XIX wieku, to wyrzuty sumienia wobec własnej zbiorowości i strach przed wykluczeniem tak bardzo utrudniają przedarcie się przez wszelkie historyczne uproszczenia, stylizacje i fałszerstwa do rzeczywistości.

Bitwa pod Białą Górą nieopodal Pragi i odprawiona publicznie zemsta zwycięzców to wśród wszelkich klęsk, na których oparły się mity tożsamościowe, jeden z najbardziej pouczających, ale i oczywiście najbardziej skomplikowanych przykładów - zdarzenie historyczne tak kompleksowe, że bez drastycznych uproszczeń wydaje się zgoła niemożliwe do przekazania. Bezsporne jest jedynie to, że pod Białą Górą rozstrzygnął się los Czech i Moraw i że to rozstrzygnięcie, jak się miało okazać, przetrwało wieki. Ale jakie właściwie rozbieżności zaogniły konflikt, o jakie cele, jakie pryncypia walczono? O legalność, twierdzili Habsburgowie. O wolność religijną, mówili powstańcy. O wyzwolenie z niemieckiego jarzma, uważali późniejsi czescy nacjonaliści.

Sprzeczne interpretacje były oczywiście od samego początku związane z interesami. Cesarz Ferdynand II musiał na przykład uwzględniać i tolerować paru protestanckich książąt i dlatego niestrudzenie starał się przeciwdziałać powszechnej opinii, że prowadzi z prażanami wojnę religijną - żeby to uwiarygodnić, kazał nawet stracić katolika na Rynku Staromiejskim, przy czym na rękę było, że kat okazał się protestantem3. Powstańcy natomiast z upodobaniem mówili o religii i domagali się, żeby protestanckie wyznanie nie przynosiło im żadnych strat natury społecznej czy materialnej, i zdecydowanie odrzucali podejrzenia o to, że są przeciwko każdemu silnemu cesarzowi, a więc koniec końców zainteresowani tylko wzrostem własnego znaczenia - również z uwagi na potężnych sojuszników. Czeska historiografia XIX wieku wprzęgła potem te wydarzenia w służbę własnej ideologii narodowej: według niej Habsburgom chodziło przede wszystkim o dominującą pozycję "niemieckości" w Czechach. Czyż w latach po swoim zwycięstwie nie obsadzili "Niemcami" wszystkich ważnych stanowisk w administracji - wbrew czeskiej większości - i czyż nie zapisali w nowej konstytucji krajowej, że język niemiecki ma być odtąd na równi z czeskim?

Do wielu ironicznych zwrotów w historii Czech należy zaliczyć i ten, że w końcu zwyciężyła trzecia interpretacja, zdecydowanie najmniej przekonująca i w najmniejszym stopniu dająca się pogodzić z faktami historycznymi, głosząca, że straceni na Rynku Staromiejskim (z których przynajmniej jedna trzecia była niemieckojęzyczna) pozostali żywi w zbiorowej pamięci nie jako pionierzy swobód obywatelskich ani jako ofiary ucisku religijnego, lecz raczej jako męczennicy narodowi. Biała Góra, z której mrok rozlał się niegdyś na cały kraj, stała się miejscem kultu i celem pielgrzymek czeskich nacjonalistów, a po upadku rządów Habsburgów, który przyniósł Czechom narodową emancypację, wzniesiono tam pomnik. Po pierwszej wojnie światowej zburzono natomiast potężną kolumnę maryjną na Rynku Staromiejskim, postawioną niegdyś przez Habsburgów, by uczcić tyleż brutalną, co skuteczną rekatolizację kraju - a uczynił to pochód czeskich demonstrantów, którzy wcześniej wprawili się w odpowiedni nastrój na Białej Górze4. Wpuszczone w bruk krzyże jeszcze dziś zaznaczają na Rynku miejsce, w którym płynęła krew ofiar w 1621 roku.

Mnogość historycznych oznakowań jest niezwykle charakterystyczna dla Pragi, rozciągają się one nad miastem jak sieć, ta wszechobecna i demonstracyjna historyczność, a nawet opętanie historią określało świadomość bytu wykształconego mieszczaństwa zwłaszcza w XIX i na początku XX wieku, kiedy Pragę utożsamiano jeszcze z jej starym centrum. "Każdy dom", tak wspominał Johannes Urzidil, "każda uliczka, każdy plac w Pradze ustawicznie przywoływał całą historię: "Nie zapomnij o tym! Nie zapomnij o tamtym!", żeby przez samo to pamiętanie i z żądzy odwetu prawie zapomnieć o aktualnym życiu"5. Było to dręczące uczucie omotania pajęczyną historycznych konfliktów i odpowiedzialności oraz przymusu ciągłego chronienia własnego życia przed działającym poniekąd z przeszłości polem sił, dopóki przebywa się w tym miejscu. A uczucie to znacząco intensyfikował całościowy obraz starej Pragi, w której na niewielkiej przestrzeni widoczne były, a nawet demonstracyjnie nakładały się na siebie i krzyżowały ze sobą style panujące w różnych epokach, nierzadko w kształcie i fasadzie jednego budynku. Można było odnieść wrażenie, że człowiek żyje na ułożonych na siebie warstwach kilkudziesięciu minionych pokoleń, których losy, cierpienia i dokonania wpływały z magiczną siłą na jego własne myślenie. Nie tylko zasób wiedzy przekazywanej w szkole i na uniwersytecie, lecz cały publiczny dyskurs odwoływał się nieprzerwanie do tego, co rozegrało się wcześniej w tym miejscu - ale nie w sensie rozkoszowania się i delektowania uczestnictwem z bezpiecznej odległości, lecz raczej jako przypomnienie, że długi historyczne nie zostały jeszcze spłacone i wciąż są nieuregulowane rachunki. Kto wychował się na praskiej Starówce - a w sąsiadującym z nią bezpośrednio, zamożnym "nowym mieście" nie było wcale inaczej, bo również ta dzielnica istniała już od pięciu wieków - kto się tutaj wychował, ten musiał się przyzwyczaić do życia z przeszłością w myśl zasad, jakie panują w mieszkaniu starca: można co najwyżej odkurzać, ale niczego nie wolno przesuwać, a co dopiero wyrzucać. Jak najbardziej właściwe jest więc pytanie, czy słynne posągi świętych na moście Karola są mieszkańcami Pragi, a prażanie żywymi, acz tylko przelotnymi gośćmi6.

Wszystko to, rzecz jasna, bardziej odnosiło się do Niemców niż do Czechów, bardziej do mieszczaństwa niż robotników. Staremu i Nowemu Miastu, rozwijającym się stopniowo w strefy muzealne, piętno nadawali przede wszystkim Niemcy, dla których miejsce wspomnień było zarazem miejscem aktualnego i przyszłego życia. W odróżnieniu od Czechów, którzy mieli do dyspozycji szybko powiększające się przedmieścia i dzielnice przemysłowe jako korektywy, chroniące ich przed nazbyt paraliżującym skupianiem się na przeszłości. Jeszcze przed rokiem 1900 dziesiątki tysięcy praskich Czechów faktycznie czuły się w centrum raczej jak goście niż mieszkańcy, jak odwiedzający muzeum, w którym eksponaty opowiadają wprawdzie o ich własnej historii, lecz mają niewielki związek z przyśpieszonym i stechnicyzowanym współczesnym życiem. I w niczym nie zmieniały tego faktu czeskie kawiarnie, kina i tabliczki z nazwami ulic. Czeska przyszłość - a chyba żaden prażanin nie wątpił, że przyszłość tego miasta, mniejsza o to, jak odległa, będzie czeska - miała zachować swoje historyczne korzenie w dawnym centrum, z całą pewnością. Własną scenę otworzy jednak w innym miejscu.

Pragę zamieszkiwały więc dwie zbiorowości, które żyły nie tylko w różnych językach, ale i w różnych porządkach symbolicznych: porządkach, które były utrwalone urbanistycznie, a ich przeciwstawność można było stwierdzić zmysłowo, wystarczyło odłożyć bedeker i przejść się z Malej Strany z jej barokowymi pałacami - w stylu zwycięzców z 1620 roku - do dzielnicy przemysłowej Smíchov albo przez Rynek Staromiejski do niezbyt "godnych zwiedzania", zasiedlonych przez Czechów czynszowych kamienic Žižkova. Tam panowała poniekąd ahistoryczna teraźniejszość, którą ożywiała co rusz podgrzewana atmosfera przełomu i coraz intensywniejsze fantazje przyszłości. Możliwe, że Praga, niegdyś miasto królewskie, straciła de facto na znaczeniu i stała się centrum regionalnym - ale odczuwali i przeżywali tę prowincjonalność niemal wyłącznie Niemcy, którym przez cały czas stały przed oczami świadectwa świetniejszej przeszłości i zależność od Wiednia, natomiast prascy Czesi nadal mieszkali w swoim centrum, w centrum czeskiego osadnictwa, czeskiej kultury. Wydawało się, że jedni mają kontrolę nad źródłami, a drugim pozostały imponujące wprawdzie wielkością, lecz niestety stojące i coraz bardziej zatęchłe wody.

"Ten dom nienawidzi, kocha, karze, chroni, czci

nikczemność, pokój, zbrodnię, prawo, rzetelność".

Ten dziwny napis widniał do końca XVIII wieku na staromiejskim ratuszu, niezborny gramatycznie i dlatego zrozumiały dopiero na drugi rzut oka. Było to jak najbardziej pasujące hasło, gdyż współwystępowanie pokoju, zbrodni i prawa stanowiło praską rzeczywistość od niepamiętnych czasów. Miasto nosiło jeszcze ślady niezagojonych ran i tutaj, inaczej niż w Wiedniu, być może żaden podróżny nie zaznawał radości niezmąconego "spokoju", pomimo przytulnie krętych uliczek i zaułków, niezliczonych knajpek i ich dziwacznych bywalców. Zamiast tego w XIX wieku szerzył się coraz bardziej obraz mrocznej i zakulisowej "magicznej" Pragi - pierwotnie jako turystyczny wynalazek, ale z esencją autentycznych doznań, odczuwalnych do dzisiaj. W niektórych zakamarkach tego miasta obecność historii zaznacza się bowiem mocniej, przybierając niesamowite formy, tak blisko wydają się tutaj sąsiadować ze sobą przeszłość i teraźniejszość, śmierć i życie.

Ten kultywowany z pietyzmem przez przewodniki turystyczne, pisarzy, a potem także reżyserów filmowych folklor miejski dawał jednak od samego początku co najwyżej wykrzywiony obraz miasta. Stara Praga, ta sprzed wojen światowych, w rzeczywistości nie była bowiem ani muzeum, ani parkiem historycznym. To, co prezentowało się oczom turystów jako tajemnicza obfitość znaków, napisów i wzorów stylu, dla mieszkańców nie miało w sobie absolutnie nic magicznego, reprezentowało jedynie pola konfliktów, które trwały nadal, także w warunkach modernizującej się szybko prowincjonalnej metropolii. Dla prażanina wszystko to były blizny, które przypominały mu, że żyje w miejskiej dżungli, a z przeszłości miasta wyłaniały się nie duchy lub magiczne obietnice, lecz nierozwiązane konflikty społeczne, etniczne, narodowościowe i religijne, podtrzymywane i podgrzewane retoryką otwartych rachunków.

Doświadczenia historyczne i miejskie mity precyzyjnie rozróżniała przede wszystkim żydowska mniejszość w Pradze. Żydzi od dawna odgrywali znaczącą rolę w gospodarczym rozwoju Pragi, a w obrębie przydzielonego im terenu - w getcie położonym w bezpośrednim sąsiedztwie chrześcijańskiej Starówki - przez całe stulecia cieszyli się autonomią, znacznie wykraczającą poza sprawy religijne i kulturalne. Nawet praskie sądownictwo nie miało tu dostępu. W sprzeczności z tymi przywilejami stały jednak liczne środki zbiorowego przymusu, których nieprzewidywalne rozszerzanie i redukowanie trzymało Żydów w tysiącletnim strachu: podatki specjalne, zakazy wykonywania pewnych zawodów i zawierania małżeństw, ograniczenia swobody poruszania się, wymuszane "nawrócenia", deportacje, zorganizowane plądrowania. Osobom postronnym getto jawiło się jako wielki, cierpiący organizm, który choć wydawał się niezniszczalny i bardzo szybko zabliźniał nawet głębokie rany, musiał jednak skrywać tajemne siły i powiązania. Żydami gardzono i się ich obawiano, lecz też zarazem byli potrzebni, nie można więc było atakować ich miejskiej enklawy wedle upodobania, nie wciągając w kłopoty ekonomiczne reszty Pragi, a nawet całego regionu. W końcu musiała to przyznać także cesarzowa Maria Teresa, która marzyła o Czechach bez Żydów, ale już po kilku latach musiała wycofać ogłoszone w 1744 roku bezlitosne zarządzenie deportacyjne, a nawet rozszerzyć swobody gospodarcze dla Żydów.

Choć chrześcijańsko-antysemicka propaganda próbowała to ukrywać: Żydom najbardziej miano za złe bynajmniej nie ich "niewiarę", żyłkę do interesów lub jakieś magiczne praktyki, lecz raczej fakt, że nigdy nie wpasowywali się w społeczną piramidę i podejmowali autonomiczne decyzje nawet na polu polityki. Zawsze szukali zbliżenia do tych potentatów, którzy obiecywali najwyższy poziom bezpieczeństwa prawnego - jakżeby inaczej? Ale już choćby dlatego ciążyło na nich jako społeczności nigdy niewygasające podejrzenie o zdradę. Gdy jakikolwiek wróg stał u bram, szczególnie bacznie obserwowano zachowanie Żydów i każda oznaka tego, że porozumiewają się z przeciwnikiem, mogła wywołać represje o szerokim zasięgu - jak choćby te w roku 1744. Maria Teresa uważała, że prascy Żydzi żyli w zbyt dobrej komitywie z francuskimi i pruskimi okupantami: że to oportuniści, zdrajcy, którzy myślą wyłącznie o własnej korzyści.

W rzeczywistości Żydzi znaleźli się między kamieniami młyńskimi w wojnie sukcesyjnej, która ich nie obchodziła, żądano od nich nawet lojalności wobec rządu, który niewiele lat wcześniej odebrał im wiele fundamentalnych praw. Co gorsza, Habsburgowie uprawiali biopolitykę i mocno ingerowali w planowanie rodziny u Żydów. Albowiem zgodnie z ogłoszonym w 1727 roku "prawem familijnym" - odpowiedzialny był za nie Karol VI, ojciec Marii Teresy - tylko najstarszy syn mógł założyć własną rodzinę, a liczba tolerowanych w Czechach żydowskich rodzin została zamrożona. Rozporządzenie, które tysiące młodych ludzi postawiło wobec wyboru między opuszczeniem na zawsze kraju, a tym samym swojego rodu, a życiem wyjętego spod prawa domokrążcy. W Czechach pozostających pod wpływem Prus - to naturalnie tylko pobożne życzenie - tego rodzaju barbarzyńskie prawo na pewno nie ostałoby się długo.

Habsburgowie najwidoczniej zapomnieli, że w poprzednim stuleciu, w czeskiej godzinie zero, której kulminacją była bitwa pod Białą Górą, Żydzi mieli niemały udział w zwycięstwie austriackiego cesarza. Również wtedy, w brzemiennym w skutki roku 1620, Żydzi dokonali bardzo pragmatycznego wyboru, wedle kryteriów dobrobytu i bezpieczeństwa prawnego, a to mogło tylko oznaczać opowiedzenie się za katolicyzmem. Relacje handlowe z władcami katolickimi układały się bowiem jak najlepiej i dlatego wiedeński dwór był dla nich zawsze otwarty, przynajmniej jako instancja apelacyjna. Co mieli natomiast do zaoferowania protestanccy rebelianci, jakie mieli plany wobec Żydów w przypadku zwycięstwa? Było to niejasne, a jeśli uprzytomnić sobie treść kazań duchownych, ich przywódców, wśród których znajdowało się sporo agresywnych antysemitów w typie Lutra, to niewiele dobrego można się było spodziewać.

Nie ulega więc wątpliwości, że Jacob Bassevi, najbogatszy Żyd w Pradze, dzięki swej konserwatywnej, lecz sięgającej daleko poza granice kraju polityce gospodarczej, miał za sobą zdecydowaną większość mieszkańców getta, łącznie z rabinami. Bassevi był typowym "Żydem dworskim" (Hofjude), żyjącym w najlepszej zgodzie z habsburskimi władcami, Rudolfem II, Maciejem i Ferdynandem II, i kiedy zbliżał się decydujący militarny pojedynek między cesarzem i czeskimi stanami, potężne kredyty Basseviego płynęły nie do sąsiadów z Rynku Staromiejskiego, tylko do ich przeciwników w Wiedniu, którzy dzięki nim mogli dobrze zmotywować swoje wojska. Bassevi miał zatem wprawdzie nie bezpośredni, ale znaczący wpływ na wynik bitwy pod Białą Górą, a Ferdynand II potrafił mu za to podziękować: zarządził, że w trakcie nieuniknionego wielotygodniowego plądrowania Pragi przez wojska katolickie getto ma być oszczędzone - i ten polityczny "cud" prascy Żydzi jeszcze przez długi czas czcili corocznym festynem. Sam Bassevi został zwolniony z wszelkich podatków i jako pierwszy Żyd na północ od Alp podniesiony do stanu szlacheckiego: od tej pory nazywał się Jacob Bassevi von Treuenberg. To, że natychmiast wykorzystał nowe pola działalności i jako członek Czeskiego Konsorcjum Monetarnego wzbogacił się na największym oszustwie walutowym początków czasów nowożytnych, nie zaszkodziło jego popularności wśród Żydów - ostatecznie Bassevi był w getcie nadzwyczaj hojny - lecz naturalnie tym mocniej został znienawidzony przez pokonanych i za sprawą publicznej masowej egzekucji tak czy owak ciężko upokorzonych protestantów.

Z pewnością rola praskich Żydów była marginalną kwestią wobec rozgałęziających się coraz bardziej linii frontu wojny religijnej, która objęła w końcu większą część Europy. Poza tym Żydów postrzegano nie jako podmioty polityczne, tylko raczej czynnik zakłócający - nie prowadzili wojen, nie posiadali własnego terytorium i dlatego we właściwym, czyli polityczno-prawnym sensie w ogóle nie byli brani pod uwagę jako sojusznicy lub przeciwnicy. Mimo to sposób, w jaki działali w charakterze "aktywnych obserwatorów" wewnątrzchrześcijańskiego konfliktu, bezczelność, z jaką przeobrazili w święto dzień praskiej żałoby, a w końcu zyski, jakie im przypadły przy stole zwycięzcy - wszystko to pozostawało w jaskrawej sprzeczności z druzgocącymi sankcjami, które musiały znosić stany protestanckie. Dlatego żadną miarą nie można pomijać tej pozycji na liście otwartych rachunków, a gdy kilkaset lat później antyniemiecki, antykatolicki i antyżydowski afekt stopi się w jeden resentyment, to pewnie najważniejszy klucz do tego dziwnego zjawiska będzie się znajdował tuż przed bramami Pragi, pod Białą Górą, w roku 1620.

Było to coś znacznie większego niż klęska militarna i polityczna - był to w istocie czeski przełom, po którym nie pozostał kamień na kamieniu. Ledwo bowiem zostały zdławione ostatnie protestanckie akcje oporu i sytuacja się w miarę ustabilizowała, zwycięzcy postanowili przeprowadzić radykalną reorganizację porządku gospodarczego Czech i wymianę prawie całej warstwy przywódczej, taką, jakiej Europa nie widziała od pięciu stuleci7. Co najmniej dwie trzecie szlacheckich posiadłości ziemskich w Czechach i na Morawach, jak również bardzo wiele budynków w miastach, zostało wywłaszczonych lub przymusowo sprzedanych za niewielkim odszkodowaniem, a rodziny dotychczasowych właścicieli - jeśli nadal trwały przy protestantyzmie - wypędzono z kraju razem z czeladzią i duchownymi, w sumie około 36 tysięcy rodzin obejmujących ponad 150 tysięcy osób. Beneficjentami tej akcji karnej byli przede wszystkim katoliccy szlachcice, którzy jako sponsorzy i dowódcy wojskowi umożliwili cesarzowi zwycięstwo i teraz po części gratis, a po części po cenach znacznie poniżej wartości weszli w posiadanie ogromnych dóbr ziemskich: Wallenstein, Liechtenstein, Eggenberg, Trauttmannsdorff, Metternich - tak brzmiały nazwiska nowych panów8. Również w miastach wartościowe nieruchomości zmieniały teraz właściciela, a niektóre z pustych domów opuszczonych w pośpiechu przez protestantów przeszły w posiadanie zainteresowanych kupnem Żydów mocą specjalnego dekretu.

Tego rodzaju upustu krwi nie można było zrekompensować, rzecz jasna, samym przyznaniem nowych aktów własności. Tkanka społeczna Czech była mocno naruszona, niektóre obszary upiornie wyludnione, przede wszystkim wszędzie brakowało rzemieślników i handlarzy, pola i lasy niszczały, a nieustająca europejska wojna, co rusz rozprzestrzeniająca się na Czechy - samą Pragę atakowano jeszcze wielokrotnie - niosła ze sobą spustoszenia, zarazy i migracje ludzkich mas. Na koniec wojny trzydziestoletniej Czechy miały tylko milion mieszkańców - o jedną trzecią mniej niż na początku - a w Pradze połowa wszystkich mieszkań stała pusta.

Ale bez ludzi nie ma kapitału: jeśli nabyte tanim kosztem "włości" miały przynosić jakiś zysk nowym właścicielom, to ktoś musiał tam znowu pracować. Na nowo zaczęto przesiedlać rodziny i nie żałowano starań, żeby przyciągnąć do czeskiej próżni siłę roboczą nawet z daleka. To dobry czas dla ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia, a więc dobry czas również dla Żydów, którzy zawsze byli w drodze w wystarczająco dużej liczbie, gdzieś wypędzeni lub obrabowani i szukający bezpieczeństwa. I właśnie teraz, w pierwszych latach po wojnie, znów napływali do kraju ze Wschodu, z polskiej części Ukrainy, gdzie zbuntowani Kozacy dopuszczali się okropnych rzezi przy entuzjastycznym współudziale prawosławnej ludności. Gwałtowną śmiercią umarło ponoć przeszło ćwierć miliona Żydów. Ci, którzy przeżyli, okazywali wdzięczność za każdą propozycję, a tam, gdzie pozwolono im się osiedlić, byli gotowi przystać nawet na twarde warunki. Dla nowych katolickich właścicieli majątków ziemskich w Czechach piękna okazja do "posadzenia" (tak to potocznie określano) w swoich pańskich wioskach Żydów i rozkręcenia na nowo gospodarki. Ci ludzie byli bowiem pożyteczni pod wieloma względami: pracowali pilnie, punktualnie płacili kontrybucje i można ich było zmusić do kupowania wszelkich płodów rolnych z majątków ziemskich. A wśród nich zawsze znalazło się paru drobnych handlarzy, którzy potrafili je dobrze sprzedać, we własnym interesie.

Również Wosek9, mały majątek ziemski w południowych Czechach, siedem kilometrów na północ od Strakonic, przed katastrofą pod Białą Górą należał do pewnego czeskiego szlachcica. Po ciężkich walkach w najbliższej okolicy - w latach 1619-1620 Habsburgowie trzy razy zdobywali miasto powiatowe Písek, a w końcu je zniszczyli - protestant Zdenko Čejka musiał opuścić kraj. Jego zamek i dominium zostały skonfiskowane i tym sposobem mocno wyludnione wioski, w tym Wosek, dostały się w posiadanie akurat tego spośród zwycięzców wojny, który osobiście nadzorował wywłaszczenia na obszarze całego kraju. Mowa o potężnym Karlu von Liechtensteinie, budzącym postrach organizatorze egzekucji w Pradze, którego wierność katolicyzmowi została nagrodzona tytułem namiestnika i wicekróla Czech. Dla niego, właściciela tysięcy kilometrów kwadratowych gruntów, Wosek znaczył na pewno niewiele więcej niż pozycja rachunkowa, jedna z licznych możliwości zabezpieczenia nowo nabytego majątku odpowiednim dokumentem - w trzytomowej historii rodu Liechtensteinów Wosek nie znalazł miejsca nawet w przypisie10. Bardzo mało prawdopodobne też, żeby majątek przynosił jakieś godne wzmianki dochody podczas wojny trzydziestoletniej, co rusz bowiem przeciągały obce wojska, a nawet stawały tam na kwaterze na wiele miesięcy. Dopiero w drugiej połowie XVII wieku, kiedy w regionie się uspokoiło, siła robocza i kapitał stały się mile widziane, a pustych domów było aż nadto, także w Strakonicach, Píseku i okolicznych wioskach zaczął się osiedlać nowy rodzaj społeczności: tak zwani wiejscy Żydzi, imigranci z Polski i polskiej części Ukrainy11.

Owi Żydzi utrzymywali bliskie relacje sąsiedzkie - przede wszystkim z uwagi na obrzędy religijne - zbierali się w stosownych miejscach i tworzyli getta en miniature, tak zwane żydowskie uliczki, w których pozostawali we własnym gronie, gdzie była mała synagoga, a często również żydowski medyk i gdzie śpiewem i modlitwą oraz zapachami kuchni nie musiano się naprzykrzać chrześcijańskiej części ludności. Taka żydowska uliczka powstała także w Woseku. Nie wiadomo, ilu ludzi mieszkało tam na początku, mniej więcej sto lat po wielkiej imigracji było pewnie szesnaście rodzin, do których w XIX wieku dołączyło jeszcze kilka.

Jedna z tych rodzin nazywała się KAFKA. Nie było to w Czechach rzadkie nazwisko, również w Pradze spotykało się je już od dawna, pochodziło zapewne od nazwy ptaka12. Niektórzy z tych "Kawek" (po czesku kavka) mieszkali także w dalszej okolicy Woseku, a niejakiego Löbla Kafkę kronika Píseku odnotowuje już w XVII wieku. Przypuszczalnie to tam wylądował najpierw ród polskich Kawków, który dopiero później się rozgałęził i w końcu osiedlił w majątku Wosek - kiedy dokładnie, nie wiadomo.

Ciemności te rozpraszają się dopiero na początku XIX wieku, kiedy w Woseku zwolniło się stanowisko żydowskiego "familianta". Pojęcie to w dalszym ciągu sygnalizowało celowe społeczne poniżenie, absolutne oddanie się do dyspozycji chrześcijańskiego państwa, które traktowało żydowskich poddanych biopolitycznie, jakby chodziło o hodowlę stada bydła. To państwo miało na uwadze tylko i wyłącznie "stan liczebny", który w miarę możności nie powinien już rosnąć: 8541 rodzin w Czechach, 5106 na Morawach i ani jednej więcej. Każdy Żyd płci męskiej, który nie miał rzadkiego statusu "Żyda chronionego" (Schutzjude) lub "dworskiego" (Hofjude), każdy, kto chciał się ożenić, mieć dzieci i przekazać dzieciom jakiś spadek, musiał najpierw zaczekać, aż umrze głowa rodziny - głowa dowolnej rodziny. Z reguły był to własny ojciec, ale mógł to być też zupełnie obcy Żyd, o ile nie miał synów. W obu przypadkach stan liczebny rodzin żydowskich zmniejszał się o cyfrę jeden, a pytanie o to, czy chodzi o bezpośrednie dziedziczenie, czy nie, nie miało w aspekcie biopolitycznym żadnego znaczenia. Jeśli nie było w rodzinie syna, pozycja familianta uchodziła za nieobsadzoną i kropka! A kto chciał ją objąć i za to zapłacić, ten mógł ją nabyć.

Właśnie coś takiego zdarzyło się w Woseku w roku 1802. Zmarł wtedy Żyd nazwiskiem Fischel, a kilka tygodni po nim również jego jedyne dziecko, jeszcze niemowlę. Ponieważ żony i wdowy nie mogły być familiantami, miejsce należało oddać komuś innemu. I tym sposobem niejaki Josef Kafka otrzymał szansę wykupienia sobie zagwarantowanego przez państwo prawa do przedłużenia gatunku. Josef Kafka, pradziadek Franza Kafki.

Intelektualnej biografii rozgrywającej się przed kulisami czeskiej metropolii nie da się zrozumieć bez historii tego miasta i jego regionu. Odnosi się to zarówno do Niemców, jak i do Czechów, do żydów, jak i chrześcijan. Odnosi się do polityków jak Tomáš Masaryk, który najpierw został wypędzony ze swojego miasta, a potem był w nim uwielbiany; do publicystów jak Egon Erwin Kisch, który przez całe życie czerpał z materiałów poglądowych poświęconych społecznej historii Pragi; odnosi się do pokolenia młodych syjonistów działających około 1900 roku, którzy dorastali w Pradze w okresie narodowych sporów i dlatego namysł nad pojęciem "narodu żydowskiego" stał się dla nich problemem intelektualnym i politycznym; odnosi się też oczywiście do takich pisarzy jak Rilke i Werfel, których wyobraźnię od wczesnych lat rozpalało oblicze miasta ze swoimi społecznymi wstrząsami na przestrzeni całego tysiąclecia, wyrytymi na nim jak zmarszczki i blizny, i którzy w końcu uznali, że nie mają już czym oddychać na tym targowisku otwartych rachunków.

"Praga nie popuszcza", pisał Kafka jako dziewiętnastolatek do najbliższego przyjaciela. "Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony. Dlatego trzeba się podporządkować albo... Musielibyśmy podpalić ją z dwóch stron, na Wyszehradzie i na Hradczanach, wówczas moglibyśmy się uwolnić"13. Pięknie wymyślony egzystencjalistyczny akt, na który Kafka nie potrafił się jednak zdecydować. Niczego nie podpalił, nie uwolnił się, dopiero tuż przed śmiercią, a gdy szpony wreszcie popuściły, było za późno.

Komunałem stało się twierdzenie, że dzieło takie jak jego mogło powstać tylko w Pradze, że historyczną i społeczną atmosferą Pragi tchnie każda strona; na pewno jest prawdziwe, ale niewiele wyjaśnia. To samo odnosi się bowiem do wielu ulotnych produktów trzecio- i czwartorzędnych literatów amatorów, którzy w zdumiewającej liczbie zaludniali praskie kawiarnie, także ku rosnącej irytacji czytelników prasy, szczególnie felietonów. Od nich wszystkich Kafka radykalnie się jednak odcinał. Czym i w jaki sposób? Przede wszystkim zdolnościami językowymi, wyczuciem form literackich i rezygnacją z wszelkiego folkloru miejskiego. To, co pisze, jest magiczne w zupełnie innym sensie niż rzekomo magiczna Praga. Każda linijka spod jego ręki przechodzi przez filtr przerażającej, często lodowatej intelektualnej czujności i nasyconej obrazami, nieustępliwej refleksji. Kafka był nie tylko "mocno związany" ze swym rodzinnym miastem jak tysiące innych ludzi, ale i czerpał z tego impuls, a poniekąd nawet misję zgłębienia zagadki owej więzi. Dlatego przez całe życie zajmowały go władza przeszłości nad teraźniejszością, upiorne kołatanie "dawnego świata" (zwłaszcza w sierpniu 1914 roku) i oczekiwane w każdej chwili nagłe zmartwychwstanie tego, co wydawało się załatwione już dawno, a wszystko to jako wyraz specyficznej, osadzonej w jego praskim świecie świadomości czasu i historii. I tę świadomość Kafka nosił w sobie zapewne już jako młodzieniec. Kiedy bowiem zastanawia się nad tym, jak najskuteczniej obrócić Pragę w popiół, to nie poprzestaje na sztubackich marzeniach. To, co oczywiste, w ogóle nie przychodzi mu do głowy, nie szkoły, uniwersytety, synagogi i sklepy galanteryjne - najpierw płonąć mają dawne centra praskiego osadnictwa, oba zamki, Hradczany i Wyszehrad, w których cieniu powstały kiedyś, przed tysiącem lat, pierwsze praskie ulice. To tylko nadwyżka imaginacji, jeszcze niepoważna i niewinna, ale nawet w zabawie Kafka dotyka od razu istoty rzeczy.

Skąd miał te zdolności? "Niech się Pani także zastanowi, Mileno", pisał w liście pod koniec życia, "w jakim stanie ja do Pani przychodzę, że za sobą mam 38-letnią podróż (a ponieważ jestem Żydem, jest ona jeszcze tym dłuższa)"14. Prawdopodobnie wyjątkowo wcześnie zaczął odczuwać ten splot losów indywidualnych i historycznych, a własna egzystencja dawała mu do tego wystarczająco materiałów poglądowych. Urodził się na skraju praskiego getta tuż przed jego ostatecznym upadkiem. Był narażony na antysemickie myśli i mowy, które wydawały się nieustannie tkwić w średniowieczu. Poznawał ludzi, którzy wierzyli, że Żydzi popełniają mordy rytualne, i jednym tchem wypowiadali marzenia o przyszłości narodu czeskiego. Spotykał starszych, którzy pamiętali jeszcze ostatnie publiczne egzekucje w Pradze, a teraz podziwiali pierwsze samochody i kinematografy. I przez wiele lat mieszkał przy Rynku Staromiejskim, a więc przy owej scenie społecznej, na której wciąż na nowo przywoływano wydarzenia z lat 1620-1621, Białą Górę, egzekucje i wypędzenia, zupełnie tak, jakby chodziło o wspomnienia o życiu tych, którzy się tu zbierali. Kafka domyślał się, jak wiele z tego jest inscenizacją; czuł jednak, jak niewiele inscenizacji potrzeba, żeby wytyczyć nowy tor realnej władzy przeszłości, i to przeżywał.

Warstwy czasowe, które jak kry pod naciskiem z zewnątrz nachodzą na siebie lub wbijają jedna w drugą, były Kafce znane również ze świata żydowskich wyobrażeń, mniejsza o to, w jak okrojonej formie mu je przekazywano. Żydzi zapewne uważali za niesprawiedliwe, że jako zbiorowości poniekąd przekraczającej ramy czasowe zarzucano im przestępstwa, które mieli popełnić przed dwoma tysiącami lat ("ukrzyżowaliście naszego Pana"). Jednak tylko ze względu na treść oskarżenia. Znali natomiast dobrze i w pełni rozumieli tę formę wyciągania uproszczonych wniosków. Nie tylko żydowska tożsamość w sensie "narodu", ale także każde z osobna żydowskie święto, a nawet rytualne czynności dnia powszedniego czerpały (i czerpią) swoje znaczenie expressis verbis z wydarzeń czasów starotestamentowych. Takie odległe odniesienia miały wyższy sens, Żydzi zgadzali się ze swymi przeciwnikami, natomiast było rzeczą drugorzędną, czy te zdarzenia historyczne faktycznie dadzą się udowodnić - wystarczającym dowodem było ich dalsze oddziaływanie. Również ta specyficzna świadomość czasowa, jak się wydaje, nietknięta przez oświecenie, należała w istotnej mierze do płyty rezonansowej, na której rozwinęła się siła historycznej refleksji Kafki.

Od Pragi nie można było odejść, podobnie od żydostwa, w obu przypadkach z bardzo podobnych powodów. "Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nie jest nawet przeszłością" - słynny paradoks Williama Faulknera15, ale nie zdziwiłoby nas, gdybyśmy odkryli go w jednym z zapisanych przez Kafkę zeszytów. Pod tymi zdaniami podpisałby się na pewno. Kto zresztą miałby do tego większe prawo niż Żyd z Pragi?

Wielkoludy: Kafkowie z Woseku

Nie każdy, kto się urodził,

jest na świecie.

DEZSÖ SZOMORY, HOREB TANÁR ÚR

"Jest wam za dobrze!" Ten huczący w uszach refren był znany w mieszkanku Kafków, znany aż do przesady. Albowiem słyszał go każdy, kto przychodził z jakimś zmartwieniem, a nawet z "osobistym" zmartwieniem, które Hermann Kafka, handlarz tekstyliami i nićmi, prawie bez wyjątku zbywał jako naprzykrzanie się. "Jest wam za dobrze" z powodu zbyt częstego używania było już trochę wyszczerbioną, lecz wciąż zdatną bronią, za pomocą której dało się zakończyć każdą dyskusję i zdusić w zarodku każdy sprzeciw. Kto, zasiadając do jego stołu, zaprzeczyłby na serio, że ten jest suto zastawiony - gdyby prawie codziennie stał przed nim parujący talerz z mięsem? Czy w tym domu kiedykolwiek czegoś brakowało? Tylko dlatego, że nigdy tu niczego nie brakowało, śmieszne sprawy mogły zyskać pozór poważnych zmartwień. Co oznaczają prawdziwe kłopoty, Hermann Kafka jako głowa rodziny wiedział bardzo dobrze, ba, czasem wydawało mu się, że tylko on to wie. A ponieważ oszczędzał innym tych doświadczeń, przypominanie im o przeszłych, jak i obecnych znojach tak często, jak to możliwe, było nie tylko uzasadnione, lecz stanowiło również wychowawczą konieczność.

Jednak siedzący naprzeciwko przy wspomnianym stole obserwator był kimś, kto nie tylko nie puszczał mimo uszu słów ojca lub zobojętniał na jego zawsze takie same wymówki, ale również przejrzał na wylot półświadome impulsy, które podtrzymywały tok owych monologów.

Nieprzyjemnie jest przysłuchiwać się, kiedy wśród ciągłych aluzji pod adresem szczęśliwej sytuacji ludzi obecnie żyjących - a przede wszystkim swych dzieci - ojciec opowiada o cierpieniach, przez jakie musiał przejść w młodości. Nikt nie przeczy, że na skutek niedostatecznej odzieży zimowej miewał przez długie lata otwarte rany na nogach, że często głodował, że mając ledwie dziesięć lat, musiał nawet w zimie, i to bardzo wcześnie rano, ciągnąć od wsi do wsi wózeczek, jednak konkretne te fakty zestawione z innym ważnym faktem, że mianowicie ja nie doznałem tych wszystkich cierpień, nie uprawniają - czego on nie chce zrozumieć - nawet w najmniejszym stopniu do wniosku, że jestem szczęśliwszy niż on, że jemu wolno wynosić się nad innych z powodu tych ran na nogach, że przyjmuje a priori i twierdzi, iż nie jestem w stanie docenić jego ówczesnych cierpień i że - w ostatecznej konkluzji - winienem mu bezgraniczną wdzięczność, właśnie dlatego, bo nie przebyłem takich samych cierpień. Jakże chętnie słuchałbym nawet niekończących się jego opowieści o młodości i o jego rodzicach, ale wysłuchiwać tego wszystkiego w tonacji chełpliwej i kłótliwej to udręka1.

Te wysłuchiwane z odrazą, lecz szczegółowo zapamiętywane przemowy bardzo wcześnie wzbudziły w Kafce przekonanie, że właśnie w warunkach mieszczańskich relacje między rodzicami i dziećmi są w zasadzie hierarchiczne: nawet dobro czynione przez rodziców służy zawsze ubocznemu celowi, jakim jest zabezpieczenie i utrwalenie ich absolutnej hegemonii nad dziećmi. Władzę o wiele skuteczniej można umocować na wyrzutach sumienia dzieci - i tego Kafka doświadczał dzień w dzień - niż na ich niestałej miłości. Dlatego rodzice umyślnie obciążają ich sumienia, wciąż podkreślając sprzeczność między własną, obarczoną odpowiedzialnością walką o byt a rzekomą beztroską dzieci. Psychologiczno-strategiczną kalkulacją wymuszają prawdziwą wdzięczność nader rzadko, bardzo często natomiast poczucie winy - tym trwalsze i głębsze, im bardziej wyboista jest (lub była) w rzeczywistości ich własna droga. Dlatego jawnie okazywana przyjemność, poczucie wyższości, dziwny ton "przechwałki", jakim ojciec Kafki mówił o dawno minionych cierpieniach - dokładnie tak, jakby to były zasługi. "Któż wie dzisiaj coś o tym!", wołał raz za razem. "Co wiedzą dzieci! Tego nie wycierpiał nikt! Czy dziś zrozumie to któreś dziecko!"2 Przynajmniej jedno z jego dzieci z r o z u m i a ł o.

Hermann Kafka urodził się 14 września 1852 roku w żydowskiej uliczce w Woseku, w części wioski nazywanej "Małym Wosekiem"3. To, że przyszedł na świat jako ślubne dziecko, było przywilejem, który zawdzięczał wywalczonej zaledwie trzy lata wcześniej obywatelskiej emancypacji Żydów, a tym samym wygaśnięciu prawa o familiantach. Jeszcze na jego ojca, rzezaka (rzeźnika) Jakoba Kafkę, prawo to nakładało surowe restrykcje. Jakob bowiem ani nie był najstarszy wśród rodzeństwa, ani (podobnie jak jego własny ojciec) nigdy nie dostał szansy zdobycia niezajętej pozycji familianta w Małym Woseku liczącym wtedy około 150 mieszkańców4. Zmuszony był zatem, jak mówiono, do "poślubienia na strychu" swojej ukochanej, mieszkającej w domu naprzeciwko Franziski (Fanny) Platowski5, i życia z nią w związku wprawdzie akceptowanym przez gminę żydowską, lecz nieusankcjonowanym w świetle prawa. Dlatego dwoje starszych dzieci, które pochodziły z tego związku, było dziećmi nieślubnymi i tymczasowo nosiło nazwisko matki.

Wiadomość o daleko idącym równouprawnieniu, które weszło w życie wiosną 1849 roku, wprawiła żydowską ludność wiejską w radosne uniesienie. We wszystkich synagogach Galicji, Czech i Moraw - i na pewno także w małej synagodze w Woseku - wznoszono do nieba dziękczynne modły i pieśni, jedno po drugim zawierano małżeństwa i nawet siwowłose pary, które od dawna miały wnuki, legalizowały swój związek i świętowały ten dzień nie tyle jako prywatną, ile raczej jako historyczną cezurę w dziejach żydostwa. Również Jakob i Fanny, on trzydzieści pięć lat, ona trzydzieści trzy, nie wahali się długo i wzięli ślub już w lipcu, a potem oboje ich dzieci otrzymało nazwisko Kafka - podobnie jak czworo następnych, które miały przyjść na świat, a wśród nich Hermann. W wypełnionej radosnym podnieceniem żydowskiej uliczce w Woseku pewnie nikt się nie domyślał, że wraz z prawami obywatelskimi rozpętana została nie tylko niewyobrażalna dotąd miara wolności, lecz jednocześnie odśrodkowe siły indywidualizacji. Ale nowo nadane prawa do zawierania małżeństwa, jak również do wolnego wyboru miejsca zamieszkania i zawodu były nieuniknioną pożywką marzeń o awansie społecznym, marzeń nie do zrealizowania w mikrokosmosie wioski. Marzenia te miały bardzo szybko rozsadzić żydowską społeczność; oto wstrząs modernistyczny zapuścił swoje macki nawet do najnędzniejszej chaty; ludziom wydawało się, jakby z dnia na dzień znaleźli się w polu przyciągania ogromnych odległych magnesów, magnesy te nazywały się Wiedeń i Praga.

Wątpliwe, czy i Jakob Kafka poczuł już nowe pokusy, a gdyby ktoś przepowiedział mu, że pewnego dnia zostanie pochowany j a k o o s t a t n i Ż y d na leśnym cmentarzu w Woseku, uznałby to za niewyobrażalne nieszczęście. Wychował się w środowisku wiejskiego żydostwa, o innych światach nie miał pojęcia, toteż pytanie o to, czy gdzie indziej da się żyć lepiej, nie było dla niego nasycone takimi dręczącymi fantazjami jak dla następnego pokolenia. Zyskał sobie akceptowany przez wspólnotę status szocheta i dostawcy mięsa, a sam w zamian akceptował cenę, jakiej wymagały od niego ów status i integracja. Ceną tą była ciężka praca fizyczna, właściwie nieznająca przerwy, a tym bardziej urlopu - i życie naznaczone wyczerpaniem fizycznym: do takiego życia duży, silny jak koń Jakob wydawał się wręcz stworzony. Jedynie szabat, kiedy odpoczynek był religijnym obowiązkiem, zapewniał mu absolutnie niezbędną regenerację, oczywiście ściśle przestrzegano także świąt żydowskich zgodnie z odwiecznym zwyczajem.

Kafkowie żyli dość skromnie, ale bynajmniej nie w nędzy. W warunkach wiejskich nie było nic niezwykłego w tym, że ośmioosobowa rodzina zajmuje niskie domostwo z jedynie dwoma pomieszczeniami, że wszystkie dzieci śpią w tej samej izbie i dzielą dwa lub trzy łóżka. "Częstego głodu" raczej tu nie cierpiano, choć Hermann nieraz opowiadał, że cieszyli się, kiedy mieli na talerzu ziemniaki - co wydaje się mało prawdopodobne na stole u rzeźnika. Przyznać jednak trzeba, że to było nie tylko skromne, ale i krótkie dzieciństwo. Bardzo wcześnie wbijano dzieciom do głowy, że bujanie w obłokach i leniuchowanie to coś złego, a "dorastanie" oznacza przede wszystkim jedno: definitywny koniec wszelkiego próżniactwa. Choć Hermann Kafka później odwrócił się od środowiska własnego dzieciństwa - tę lekcję zapamiętał sobie na zawsze i dlatego jego dozgonnej nienawiści do podrzędnych, prostych prac wciąż towarzyszyło subtelniejsze, lecz równie brzemienne w skutki niezrozumienie wobec czynności, które nie zasługują na miano pracy.

Jak długo Hermann chodził do żydowskiej wiejskiej szkółki, nie wiemy, lecz na pewno już kilka lat przed bar micwą, żydowskim odpowiednikiem konfirmacji, musiał zacząć ojcu pomagać, i to ani chybi także przy wyczerpującym fizycznie uboju zwierząt w małym budynku gospodarczym za domem. Przeważnie na początku tygodnia Żydzi z Woseku i paru okolicznych przysiółków składali zamówienia na mięso na szabat, a w czwartek i piątek dostarczano zamówione towary, pieszo, niosąc na plecach lub wioząc na dwukołowym wózku. Oprócz tego w inne dni tygodnia zaopatrywano w mięso chrześcijańskich klientów. Hermann Kafka już w wieku siedmiu lat, jak skarżył się później, był wyznaczany do tego rodzaju zadań, nawet w największe chłody i jeszcze przed rozpoczęciem porannej nauki szkolnej. Nawet jeśli trochę przy tym przesadzał i pewnie uogólniał najboleśniejsze doświadczenia, jest rzeczą pewną, że bardzo wcześnie musiał podporządkować subsystencji rodziny swoje wykształcenie i rozwój, jego dzieciństwo w wymiarze społecznym skończyło się więc na długo przed rozpoczęciem wieku dojrzewania. Wyciągnął niezbyt dobry, ale też nie przesadnie zły los. Jego rodzeństwu bowiem i większości dzieci z żydowskiej uliczki wcale nie wiodło się lepiej, jedna z dwóch jego sióstr jeszcze jako stara kobieta skarżyła się na to, że już w dziesiątym roku życia najmowała się jako kucharka - również to nie było niczym niezwykłym w okresie, kiedy tolerowano pracę dzieci w gospodarstwach rodzinnych zarówno w aspekcie prawnym, jak i etycznym6. A tym bardziej niczym niezwykłym w rodzinie, w której wszystkie dzieci odziedziczyły po ojcu solidną budowę ciała i wyrosły - jak się wyraziła późniejsza żona Hermanna - na gromadkę "wielkoludów"7.

W ciągu niewielu lat edukacji szkolnej Hermann nauczył się pewnie nie więcej niż to, co niezbędne: pisania, czytania, liczenia i paru słów w biblijnej hebrajszczyźnie, nieodzownych do udziału w życiu religijnym. Jednak zdecydowanie najcenniejszą wiedzą, jaką zabrał ze sobą z Woseku, było płynne posługiwanie się dwoma językami w wariancie potocznym - kompetencja umożliwiająca dostosowanie się do różnych środowisk i wprost nieodzowna do wszelkiej działalności kupieckiej na terenie Czech, od domokrążcy po hurtownika. Językiem używanym na co dzień, językiem większości, był naturalnie czeski, ale Żydzi posługiwali się także niemczyzną jako językiem warstw wykształconych i elit oraz urzędów - swobodnie mogli się porozumiewać z nowym panem na zamku w Woseku, pochodzącym z Pragi obszarnikiem i deputowanym do landtagu Eduardem rycerzem von Doubkiem, łatwiej niż jego czescy współwyznawcy. Nauka w ich szkole odbywała się po niemiecku - Żydzi zachowali tę regulację, choć po 1849 roku nie byli już do tego zobowiązani - a kto dorastał w Małym Woseku, miał nawet to szczęście, że znajdował taką żydowskoniemiecką szkołę tuż za progiem (następna była w odległości prawie pięćdziesięciu kilometrów). Po niemiecku mówiło się w synagodze, a w wielu rodzinach na pewno także w szabat, przy czym niektóre okruchy języka jidysz, pochodzące jeszcze z czasów imigracji, okazały się dosyć trwałe. Dzieciom nadawano niemieckie imiona (wśród dalekich krewnych Hermanna Kafki znalazło się tylko jedno autentycznie czeskie imię), a napisy nagrobkowe na małym żydowskim cmentarzu były hebrajskie i niemieckie.

Do której grupy narodowościowej należał więc ród Kafków? Czy byli niemieckimi Żydami? Czy może jednak czeskimi? Na to pytanie pewnie nikt z całej "hałastry", jak się mówiło w żydowskiej uliczce, nie potrafiłby udzielić odpowiedzi. Narodowościowy raster, który odgrywał tak ważną i brzemienną w skutkach rolę dla następnego pokolenia, nie przystawał bowiem do społecznej rzeczywistości wioski. Takie pytanie opierało się na fikcjach, a przymus wzniesienia się ponad kompleksowość własnego świata i arbitralnego "opowiedzenia się" po stronie jednej z dwóch narodowości wprawiłby Kafków z Woseku w niemałe zakłopotanie. Byli Żydami, byli Czechami, byli wiernymi poddanymi monarchii habsburskiej - w tej kolejności. Czego jeszcze od nich wymagano?

O młodych latach Hermanna Kafki wiemy mało. Najpóźniej po bar micwie oddano go pod opiekę jednego z krewnych, który prowadził sklep tekstylny w Píseku, oddalonym o piętnaście kilometrów mieście powiatowym8. W ten sposób została nastawiona pierwsza i najważniejsza zwrotnica jego przyszłości zawodowej, choć regularnej nauki zawodu w dzisiejszym sensie raczej nie odbył. Bardziej prawdopodobne, że w dalszym ciągu wędrował po wioskach z towarem zupełnie innego rodzaju niż dotąd i w codziennych kontaktach przyswajał sobie niezbędną podstawową wiedzę o materiałach i niciach. Rzecz jasna, o jakimkolwiek społecznym awansie na razie nie mogło być mowy, gdyż jeśli w ogóle uzgadniano wynagrodzenie w brzęczącej monecie, to przekazywano je rodzicom, a z regularnych umów o pracę, które można by zawrzeć na zasadzie wyjątku względem prawa handlowego na obszarach wiejskich, w obrębie żydowskich rodów oczywiście rezygnowano. Z zazdrością i niepokojem Hermann obserwował narastający strumień zbiegów ze wsi: przede wszystkim młodzi Żydzi, którzy starali się uciec od harówki bez widoków na przyszłość, ale i całe rodziny pakowały walizki i wyruszały w drogę do miast, by wkrótce potem wabić kolejnych krewnych z wiosek.

Doświadczenia antysemickiego wykluczenia odgrywały w ruchach migracyjnych przypuszczalnie podrzędną rolę. Bo choć w całym kraju nadal dawało się odczuć skrywaną nienawiść do Żydów - wszak postępowa emancypacja prawna Żydów wciąż dostarczała nowych powodów do zazdrości i zawiści - konsekwencje w codziennym współżyciu były lokalnie bardzo różne. W takich wioskach jak Wosek, gdzie zadania społeczne były jasno podzielone, a różnice w standardzie życiowym niezbyt wyraziste, Żydów tolerowano, a ideologicznie podmalowany antysemityzm znajdował tutaj niewielki oddźwięk. Ostatecznie każdy czeski chłop widział na własne oczy, że jego żydowscy sąsiedzi - również ci żyjący z handlu - to ludzie ciężko pracujący i że rozpowszechniane co rusz w anonimowych ulotkach twierdzenie, jakoby Żydzi byli urodzonymi krwiopijcami i najchętniej kazali innym za siebie pracować, nie zgadza się z doświadczeniem społecznym.

Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w miasteczkach, gdzie Żydzi uczestniczyli w pierwszej wielkiej fali industrializacji. Wściekłość proletariatu na nieludzkie warunki pracy dawała się zmobilizować przeciwko żydowskim przedsiębiorcom o wiele łatwiej niż przeciwko czeskim, a podprogowa pogarda dla Żydów, idąca w parze ze strachem przed ich obcością, regularnie przeradzała się w nienawiść i przemoc. Historie o biciu Żydów i tłuczeniu szyb na pewno trafiały do uszu Hermanna Kafki już w wieku dziecięcym - w oddalonym zaledwie o dwie godziny drogi miasteczku Strakonice, gdzie mieszkali krewni, dochodziło czasami do antyżydowskich rozruchów, które trwały przez kilka dni. Wiosną 1866 roku, w apogeum kryzysu gospodarczego, prześladowania w całym kraju nasiliły się do tego stopnia, że Franciszek Józef wprowadził w Czechach stan wyjątkowy. Kiedy już kilka miesięcy później monarchia została uwikłana w wojnę z Prusami, wielu Żydów przyjęło to niemal z ulgą, bo myśli przeciwników zostały skierowane na inne tory, przynajmniej na razie.

Te wydarzenia raczej jednak nie wpłynęły na fantazje o ucieczce i karierze czternastoletniego wtedy Hermanna - prędzej na jego kiełkującą jeszcze powoli i odwzajemnianą nienawiść do łatwo dającego sobą sterować motłochu z fabryki, który zazdrościł sukcesów pnącym się w górę Żydom. Wiedział już, że nie uniknie konfrontacji z tym przeciwnikiem także w wielkim mieście, ba, całkiem niedawno (który to już raz w ciągu tysiąca lat?) nawet nad praskim gettem wisiała groźba ogólnego splądrowania, któremu zapobiegło tylko wprowadzenie wojska. Stref ochronnych dla Żydów nie było w ogromnym cesarstwie Habsburgów. Ale tu i ówdzie pewnie jednak istniała szansa dostosowania się i ukrycia skazy pochodzenia za dobrobytem i mieszczańską fasadą.

Wyniesione także ze służby wojskowej doświadczenie podpowiedziało Hermannowi Kafce, że o wiele lepiej da się żyć w anonimowym i mobilnym otoczeniu niż w polu widzenia statycznej wiejskiej wspólnoty. Miał dziewiętnaście lat, kiedy musiał "wstąpić" do jednostki technicznej, a służba trwała pełne trzy lata - wystarczająco dużo czasu, żeby pozbyć się paru nazbyt rzucających się w oczy cech żydowskich i w środku przypadkowo dobranej społecznie i regionalnie gromady nauczyć się, jak postawić na swoim mimo złej pozycji wyjściowej, poprzez zręczną kombinację inicjatywy i dostosowania. Piękny to był czas, w gronie kolegów, z grą w karty i pieśniami żołnierskimi, czas, o którym będzie opowiadał często i z ochotą. Czas wyzwolenia, który jemu, biednemu żydowskiemu chłopcu, dał po raz pierwszy władzę nad ludźmi. Hermann doszedł bowiem do rangi dowódcy plutonu z kilkudziesięcioma podwładnymi, za których szkolenie, umundurowanie i dach nad głową był współodpowiedzialny jako podoficer. Fakt, że opanował dwa języki, również tutaj dawał mu przewagę, podobnie jak fizyczna krzepa, energia oraz donośny głos. Wiele przemawia za tym, że Hermann Kafka po części sympatyczną i otwartą, a po części budzącą respekt głośną emanację, którą później trzymał w szachu otoczenie, przyswoił sobie nie w wiosce, ale dopiero w wojsku i świadomie ją kultywował. Broń ta, choć mogła być bardzo przydatna w interesach i stosunkach z personelem, raczej przeszkadzała w domu, gdzie za masywną fasadą aż nazbyt często objawiały się rozczulanie nad sobą, oportunizm i dziecięce przechwałki. Z tym, że jego oddział dawno się rozpadł, dowódca plutonu Hermann Kafka chyba nigdy się nie pogodził; jego życie w dalszym ciągu wyznaczała logika walki, zdobywania i zaciekłej obrony korzystnych pozycji, a wszystko, co się tej logice opierało, było w najlepszym razie meszuge, wariactwem.

Po doświadczeniach w wojsku życie w charakterze "powsinogi" wydawało mu się absolutnie nie do pomyślenia, a prowadzenie interesu w okolicy, gdzie potencjalni klienci uciekali ze wszystkich uliczek żydowskich (także w Małym Woseku) i pozostali tylko starcy, nie miało oczywiście widoków na przyszłość. Również starsi bracia Hermanna - mniej zawzięci, lecz tak samo zdeterminowani w poszukiwaniu społecznego awansu - przyłączyli się już do wielkiej wędrówki i definitywnie pożegnali z egzystencją wiecznie zaharowanych wiejskich Żydów: Filip przeniósł się do czeskiego Kolína, Heinricha zagnało do niemiecko-czeskich Litomierzyc (Litoměřice, Leitmeritz), obaj zostali samodzielnymi kupcami. I nawet w Pradze był już człowiek z własnej żydowskiej "hałastry", który osiągnął sukces: hurtownik win i likierów Angelus Kafka ze Strakonic, w połowie czwartego krzyżyka wystarczająco zamożny, żeby przyjąć u siebie następnych krewnych i trochę pomóc im stanąć na nogach na obcym bruku. Angelus był jednym z tych, którzy osiągnęli sukces, Angelus był wzorem, utorował drogę, którą chciał teraz pójść także plutonowy z Małego Woseku.

Wczesne lata Hermanna Kafki w Pradze spowijają w znacznej mierze gęste mroki, ale wydaje się, że pozostał wierny swojej branży i nadal prowadził handel obwoźny eleganckimi materiałami, nićmi i innymi wyrobami galanteryjnymi - tyle że, co należy podkreślić, nie jako domokrążca, ale zatrudniony na stałe przedstawiciel handlowy hurtowni, który od poniedziałku do piątku podróżował po Czechach, przyjmował zamówienia od wiejskich kupców i sam kupował towary produkowane chałupniczo lub w małych warsztatach. Przez kilka lat był zameldowany u swojego kuzyna Angelusa przy Plattnergasse (Platnéřská ulice) - również to wskazuje, że Hermann w Pradze bynajmniej nie cierpiał nędzy i dlatego nie był zdany na tanie kwatery w uznanym tymczasem oficjalnie za zwykłą dzielnicę, lecz zaniedbanym getcie jak wielu napływających ze wsi "Pinkeljuden"9. Prawdopodobnie Angelus swoimi poręczeniami utorował mu też drogę do samodzielności - taki był zwyczaj w rodach żydowskich, a dziękowano za to, wybierając dobroczyńcę na kwatera10 własnych dzieci. I dlatego późniejszy pisarz Franz Kafka dostał za kwatera bogatego kupca winnego.

W wieku niespełna trzydziestu lat Hermann Kafka postanowił pokonać naraz dwa następne szczeble drabiny społecznej i wykonać wypróbowany manewr: postanowił powiązać założenie własnego interesu z założeniem własnej rodziny. Prosta myśl i prosty rachunek: połączony majątek męża i żony, ich zjednoczona siła robocza i pracowitość dawały mocniejszy zapłon niż paliwo kredytów rodzinnych - zapłon na trzech płaszczyznach: psychicznej, społecznej i ekonomicznej. Żeby uruchomić taki synergizm w życiu Hermanna Kafki, potrzebna była, rzecz jasna, "partia", spełniająca specjalne kryteria. Chrześcijanka nie wchodziła w rachubę - ród by tego nie zaakceptował - podobnie Czeszka, gdyż przyszłe dzieci miały dorastać w języku o wyższej randze społecznej, czyli niemieckim. Bogata Żydówka z kolei postawiłaby wymagania co do pochodzenia i wykształcenia, którym nie mógłby sprostać. Musiała więc to być kobieta, której posag będzie przynajmniej na tyle duży, żeby znacząco wesprzeć planowany interes, a ona sama zechce w nim pracować, nie tylko być na utrzymaniu męża. Kobieta owa miała dysponować minimum wdzięku i atrakcyjności - nie tylko ku osobistej satysfakcji Hermanna, lecz także jako towarzyski lep, którego znaczenia w życiu zawodowym prostych ludzi nie sposób przecenić. A więc "ujmująca istota" w każdym tego słowa znaczeniu.

Czy mógł znaleźć taką kobietę w Pradze? Zawieranie znajomości z płcią przeciwną było kłopotliwe, a gdyby ta właściwa mieszkała w domu naprzeciwko, co przydarzyło się jego ojcu w żydowskiej uliczce w Woseku, w realiach miejskich raczej nie ułatwiłoby to sprawy. Rzecz jasna, okazjonalne kontakty ze sprzedajnymi kobietami Hermann Kafka uważał za równie oczywiste jak picie piwa czy palenie cygar - jego późniejsze wypowiedzi w obecności syna są wystarczająco jednoznaczne. Jednakże w praskich winiarniach na pewno nie uczono się towarzyskich subtelności, potrzebnych do starań o rękę kobiety.

Sprawa była zbyt ważna, żeby zdać się na przypadkowe spotkania. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy wypatrzyć jakąś mieszczańską damę, a potem zapytać ją listownie lub wręcz, co od niedawna weszło w modę, przez anons prasowy o szanse "obyczajnego zbliżenia". Coś takiego mogli wymyślić tylko chrześcijanie mieszkający w wielkim mieście, więc choć Hermann dość dobrze ucieleśniał współczesny erotyczny ideał "postawnego", to znaczy rosłego i barczystego śmiałka, to jednak brakowało mu niezbędnej wprawy, żeby mógł doprowadzić do skutku tego rodzaju zabiegi. O nie, pod każdym względem mądrzej było posłuchać żydowskiej tradycji i w standardowych sytuacjach jak ta sięgnąć po profesjonalną pomoc. W tym celu korzystano z usług swatów i swatek (szadchanów) w różnych przedziałach cenowych, pośredników w zawieraniu małżeństw, którzy znali z nazwiska całą gminę żydowską, a także bardzo dobrze orientowali się w stosunkach pokrewieństwa, sytuacji finansowej i tle obyczajowym. Notes swata lub swatki był ciągle aktualizowanym przeglądem żydowskiego rynku matrymonialnego, w zasadzie konstytuował ten rynek; dokładna wiedza o danej ofercie, jak również dyplomacja pośrednika umożliwiały ufnemu klientowi przedstawienie, i to bez żadnych ogródek, swoich materialnych i erotycznych wymagań bez obawy o blamaż, gdyby odmowa została przekazana mu osobiście. Swaci byli dyskretni i godni zaufania, bo mieli w tym interes.

Z jednego z owych notesów Hermann Kafka dowiedział się, że kobieta, której szuka, mieszka w odległości niespełna pięciu minut drogi piechotą. Mieszkała z ojcem, macochą i bratem tuż przy Rynku Staromiejskim, w narożnym domu u wylotu Eisengasse (Železná): to trzypiętrowa mieszczańska kamienica z reprezentacyjną barokową fasadą i sklepem na parterze, późniejszy Dom Smetany, obok którego przechodził na pewno tysiące razy. Rodzina nazywała się Löwy, a dwudziestosześcioletnia już córka, zatem od dawna na wydaniu, miała na imię Julia. Ludzie ci nie byli bogaci, ale wystarczająco zamożni, żeby umożliwić córce, która nie wykonywała żadnej pracy zarobkowej, wieloletnie moratorium, aby w tym czasie mogła spokojnie wybierać wśród wyznaczonych kandydatów. A najlepsze było to, że pochodziła z branży. Dzieciństwo i młodość Julia spędziła bowiem w pomieszczeniach dobrze prosperującego sklepu tekstylnego i dzięki temu miała nie tylko podstawowe wiadomości o towarach, które zapewniały jej rodzinie utrzymanie, i prowadzeniu ksiąg, lecz także dokładne wyobrażenie o tym, jak postępować z personelem i klientami. Szczęśliwy przypadek dla Hermanna. Poza tym była ładna, przyjemna, naturalna, zupełnie bez damulkowatego zadęcia, kobieta o spokojnym i pogodnym usposobieniu, które przypominało mu łagodny charakter jego własnej matki.

Oczywiście istniała między nimi denerwująca Hermanna przepaść pod względem wykształcenia i rangi społecznej. Przypuszczalnie po raz pierwszy w życiu, ubiegając się o tak wysoką stawkę, znalazł się na grząskim gruncie społecznej etykiety. Jak dobierało się tutaj właściwy ton? Przede wszystkim gdy trzeba było do kogoś napisać? Bez listów nie można się było obejść, przecież Hermann ciągle podróżował. Choć pierwsze spotkania przebiegały bardzo obiecująco i wzbudziły wzajemną sympatię, to wolał nie wracać w rozmowie do kilku lat swojej nauki w wiejskiej szkółce - zwłaszcza w rozmowach z krewnymi Julii, którzy krytycznie przyglądali się torującemu sobie drogę związkowi. Przyjechał nawet brat z Paryża, bywały w świecie prokurent bankowy, żeby przyjrzeć się temu przedstawicielowi hurtowni nici rodem z Woseku. W to, że uda mu się przeszwarcować bez żadnego faux pas, nie wierzył nawet sam Hermann - i rzeczywiście, korespondencję na luksusowym, ozdobionym monogramem papierze listowym rozpoczął wiązką nieporadnych frazesów przepisanych z poradnika sztuki epistolarnej, które nie miały najmniejszego związku z jego pozycją społeczną ani z jego manierami okazywanymi na co dzień: "Wielce Szanowna Panno...", "nadzwyczaj cenię Pani szlachetny charakter...", "Pani miły, nadobny obraz...", "Pani anielski głos..." - formułki te Hermann uważał za odpowiednie do swojego statusu, a mimo to musiało być dla niego wręcz wybawieniem, że Julia zupełnie zignorowała ową słowną pianę i odpowiedziała zwykłym "Drogi Panie Kafka". Od tej pory szło mu już łatwiej - wtedy to po raz pierwszy z niezliczonych razy mimochodem ustrzegła go przed nietaktem i Hermann natychmiast pojął, że ten dyskretny, acz niezawodny pragmatyzm jego przyszłej żony to dla niego prawdziwe szczęście: społeczny coaching, który zdejmował z jego barków sporą presję. Szadchan spisał się na medal: Julia Löwy była właściwą kobietą.

Trzeciego września 1882 roku, kilka dni przed trzydziestymi urodzinami Hermanna Kafki, zawierają związek małżeński, zgodnie z żydowskim ceremoniałem, pod chupą, z kielichem wina i wieloma błogosławieństwami. Na prywatną uroczystość, która ma przypieczętować związek dwóch rodów, towarzystwo udaje się na Rynek Staromiejski, do domu pod numerem 12. To tutaj Hermann, bardzo podekscytowany, urządził właśnie swój pierwszy sklep i każdy, kto chce, może podziwiać regały świeżo zapełnione pasmanterią z Wiednia. W mieszczącym się w następnym budynku hotelu Goldhammer nakryto już długi stół. Mazal tow! Wiele szczęścia!

Cztery tygodnie później Julia Kafka zachodzi w ciążę.

Pani Löwy

Nie ma wstydu w wyborze szczęścia.

ALBERT CAMUS, DŻUMA

(przeł. Joanna Guze)

Nazywam się po hebrajsku Anschel, jak dziadek mojej matki z linii macierzystej, który jako bardzo bogobojny i uczony mąż o długiej, siwej brodzie żyje jeszcze w pamięci mej matki, choć miała sześć lat, gdy zmarł. Przypomina ona sobie, jak kazano jej trzymać co sił palce stóp trupa i błagać przy tym o wybaczenie wszelkich możliwych uchybień popełnionych względem dziadka. Pamięta również wiele książek dziadka zapełniających całe ściany. Kąpał się on codziennie w rzece nawet w zimie i w porze tej wyrąbywał sobie do kąpieli przeręble w lodzie. Matka mojej matki umarła w młodziutkim wieku na tyfus. Począwszy od jej śmierci babka pogrążyła się w melancholijnym smutku, wzbraniała się jeść i nie rozmawiała z nikim, a w rok po śmierci swej córki wyszła na przechadzkę i nie powróciła więcej, zwłoki jej wyłowiono z Łaby. Jeszcze bardziej uczonym mężem niż dziadek był pradziad matki, szanowany jednakowo przez chrześcijan i żydów; w czasie pewnego pożaru dokonał się na skutek jego bogobojności cud, ogień przeskoczył jego dom, oszczędzając go, podczas gdy otaczające domy spłonęły. Pradziad miał 4 synów, jeden z nich przyjął chrześcijaństwo i został lekarzem. Wszyscy ci synowie oprócz dziadka mej matki zmarli młodo. Ten zaś miał syna, matka znała go jako obłąkanego wujka Natana, i córkę, właśnie matkę mojej matki1.

Rodzina uczonych i dziwaków, w której zdarzały się depresje: to musiało zainteresować Kafkę. Tylko dlaczego nigdy o to nie zapytał? Dopiero nowy znajomy, aktor, Żyd z Europy Wschodniej, podsunął mu pomysł, żeby zestawił na piśmie, co zachowało się w rodzinnej pamięci o żydostwie jego własnych przodków2. Z wielkoludów z Woseku, ludzi przestrzegających prawa, ale bez wykształcenia, wiele na ten temat nie dało się wycisnąć, wiedział o tym od dawna. Co innego przodkowie matki, a dokładnie matka jego matki. Byli to szanowani Żydzi, od czterech czy pięciu pokoleń mieszkający w Poděbradach (Podiebrad), zamieszkanym prawie wyłącznie przez Czechów miasteczku nad Łabą, w cieniu potężnego zamku. Nosili wtedy nazwisko Boreas, jak bóg wiatru północnego, później Borges; w XIX wieku przybrali nazwisko Porias bądź Borias. Były wśród nich zadziwiające postacie: jeden z nich, kąpiący się w lodowatej wodzie dziadek Adam, zaniedbywał swój świetnie usytuowany przy Rynku sklep tekstylny, ponieważ bardziej interesowały go zgromadzone na pierwszym piętrze pisma religijne, a jego jedyny syn Nathan, "szalony wujek", zapewne kontynuował tę rabiniczną tradycję. Esther, córka Adama, wyszła za mąż za sukiennika i handlarza suknem z Humpolca, również ukształtowanego przez przekonania religijne i pochodzącego z zamożnej rodziny żydowskiej, która po józefińskiej reformie nazwisk (1787) zdecydowała się na powszechnie używane rodowe nazwisko Löwy3. Tejże parze, w której ręce przeszedł teraz cały handel tekstylny w Poděbradach, w latach pięćdziesiątych urodziło się czworo dzieci: Alfred, Julia (późniejsza matka Kafki), Richard i Joseph. Po wczesnej śmierci Esther - przeżyła zaledwie dwadzieścia osiem lat - handlarz suknem Jakob Löwy ożenił się po raz drugi, już pod koniec rocznej żałoby Julia zyskała macochę (która, co musiało być dla dziecka kamieniem obrazy, też miała na imię Julia) i bardzo szybko dwóch dalszych braci: przez dziesiątki lat trzymającego się rodzicielskiego domu, pogardzanego jako dziwak, zarabiającego na życie jako drobny buchalter Rudolfa, który zawsze stał Kafce przed oczami jako znak ostrzegawczy, i na koniec jeszcze Siegfrieda, również bezżennego i bezdzietnego wiejskiego lekarza.

W tej gałęzi rodu rzucali się w oczy nie tylko wujkowie "zwariowani", ale też ci odnoszący sukcesy. Nie było wśród nich nikogo, kto by poświęcił się zarządzaniu tym, co zbudowali jego przodkowie, nikogo, kto by miał ochotę na życie w charakterze czołowego handlarza tekstylnego w Poděbradach. W branży pozostał tylko wuj Richard, którego jednak ciągnęło do Pragi, dokąd się zaraz przeniósł i tam prowadził własny skromny sklep z odzieżą roboczą. Alfred natomiast, starszy brat Julii, najpierw był buchalterem w Wiedniu, potem został prokurentem bankowym w Paryżu, uzyskał francuski paszport, a jako dyrektor hiszpańskiej spółki kolejowej awansował na podziwianego przez wszystkich, ozdobionego orderami "madryckiego wujka". Wreszcie Joseph oddalił się w jeszcze bardziej radykalny sposób od swoich żydowsko-prowincjonalnych korzeni, wybrał ryzykowną karierę kolonialną, która prowadziła go z kontynentu na kontynent: uczestniczył we francuskiej klapie przy budowie Kanału Panamskiego, był agentem handlowym i głównym księgowym w piekle Konga Belgijskiego, prokurentem bankowym w Chinach, dyrektorem firmy inwestycyjnej w Kanadzie i rentierem w Wersalu4. Choć widywało się tych krewnych bardzo rzadko - nie została udokumentowana żadna wizyta Josepha w Pradze - to nie ulega wątpliwości, że pozostawano w kontakcie listownym i że wiadomości z Paryża, Madrytu lub Szanghaju nie tylko odczytywano u Kafków z dumą, ale też owe listy z egzotycznymi znaczkami budziły marzenia, których ślady zachowały się w manuskryptach Kafki.

Krewni z rodziny Löwych dawali mu do myślenia, ich niepokój znajdował odbicie w jego niepokoju. Bardzo wcześnie, przypuszczalnie w latach gimnazjum, zrodziło się w nim podejrzenie, że jest szczególnym przypadkiem psychospołecznym, którego przynależność do ludzkiej wspólnoty należy wykazać; w jakiś tajemniczy sposób, jak sądził, wiązało się to z przodkami. Porównywalne społeczne odchylenia - albo takie, które jemu wydawały się porównywalne - występowały w rodzinie matki z uderzającą częstotliwością i różnorodnością, odchylenia, które mogły prowadzić w egzystencjalne ślepe zaułki, do różnych dziwactw i religijnej ciasnoty, ale i równie dobrze po oceanach tego świata. Löwy byli i n n i, jawnie kontrastowali z witalną prostolinijnością, która wyróżniała wszystkich krewnych w okolicy Woseku. Czy to możliwe - a Kafka niemal siłą rzeczy natykał się tutaj na model samego siebie, który przynajmniej w swojej genezie nadawał pewien sens jego własnej zagadkowej istocie - czy to możliwe, że u początku owej obcości w świecie nie stało nic innego jak fatalna mieszanka wykluczających się cech dziedzicznych? "Porównaj nas obu", pisał w wieku trzydziestu sześciu lat do ojca, "ja, gdy zwięźle to wyrazić, Löwy - z pewnymi cechami Kafkowskimi, które jednak nie objawiły się w Kafkowskiej witalności, w Kafkowskim zmyśle kupieckim i w żądzy posiadania, lecz które dzięki Löwy'owskiej naturze, bardziej skrytej i bardziej lękliwej, zwracają się w innym kierunku, a czasem w ogóle znikają. Ty natomiast jesteś prawdziwym Kafką - ze swoją energią, zdrowiem, apetytem, siłą głosu, zadowoleniem z siebie, z poczuciem wyższości wobec świata, z opanowaniem, znajomością ludzi, pewną dozą wspaniałomyślności [...]". I choć ze zdziwieniem konstatuje, że wszystkie te cechy u rodzeństwa ojca prezentowały się o wiele mniej agresywnie i dominująco niż u niego samego, to jednak nie ma wątpliwości, że istnieje coś takiego jak Kafkowski charakter, zbudowany z "Kafkowskiego tworzywa"5.

Pojęcie to, a przede wszystkim naturalność, z jaką Kafka powołuje się na nie w celu interpretacji samego siebie, przywodzi na myśl dyskurs z przełomu stulecia, podnoszący temat środowiska, charakteru i dziedziczenia. W jego czasach gimnazjalnych był jedną z aren walki rodzącego się modernizmu; dyskurs, który wykreował wiele reform społecznych, a on był na nie podatny. Pochodził od dwojga ludzi o zupełnie różnym usposobieniu i po obojgu odziedziczył sprzeczne cechy charakteru - ta myśl zapewne nasuwała się Kafce i poruszała go już w wieku dziecięcym, na długo zanim to odziedziczone "tworzywo" stało się trwałą wielkością w sformułowanym przez niego samego autoportrecie, w jego prywatnym micie. Urodził się jako mieszaniec i od tego się wszystko zaczęło.

O dzieciństwie i rozwoju mentalnym Julii Löwy wiemy jeszcze mniej niż o jej późniejszym małżonku - zarówno zachowane listy napisane jej ręką, jak też jej szkicowe wspomnienia są zbyt konwencjonalne, za bardzo skupione na zewnętrznych przyczynach i praktycznych potrzebach, ażeby dało się z nich wyłowić sugestywne świadectwa duchowej biografii. Bardziej niż prawdopodobne jest, że dwa wydarzenia: wczesne rozstanie z matką, które Julia przeżyła w wieku czterech lat, i wkrótce potem samobójstwo babki, odcisnęły piętno na jej życiu: nie tylko z powodu traumatycznego doświadczenia jako takiego, o którego psychicznych reperkusjach dałoby się tylko spekulować, ale przede wszystkim z powodu roli kobieco-opiekuńczej, w którą, w otoczeniu pięciu braci, wrastała teraz z pozornie naturalnej konieczności, roli, która, gdyby nie brak rodzonej matki, dawałaby jej bez wątpienia znacznie większe pole działania. Ponieważ jednak bardzo wcześnie wytyczono jej życiu ten kierunek, nie nachodziły jej irytacje spowodowane przez jakieś odmienne plany życiowe lub porównywalne doświadczenia; Julia identyfikowała się ze swoją rolą tak bardzo, że jej charakter i charakter społeczny stapiały się w jedno.

"Moja matka pracuje przez cały dzień", zanotował Kafka, "jest wesoła i smutna, jak się zdarzy, nie zajmuje nikogo ani trochę własnym stanem"6. Należy przypuszczać, że Julia nie potrafiła wyraźnie rozróżniać "własnego stanu" i stanu rodzinnego krwiobiegu, do którego była podłączona. Rodzina - najpierw ta, w której się urodziła, potem założona przez nią - była jej życiem w sensie dosłownym, także na płaszczyźnie przeżyć psychicznych, i pewnie często boleśnie odczuwała idący z nimi w parze znój, ale bynajmniej nie jako osobistą ofiarę. Wcześniej niż inne dziewczęta nauczyła się bezwzględnie podporządkowywać interesom całej rodziny, lecz także rodziną kierować, a tym samym przejmować praktyczną, aktywną rolę, co nierzadko było nagradzane. Nie ulega wątpliwości, że na ową zwróconą ku ludziom, ciepłą i życzliwą naturę Julii, potwierdzaną przez wielu świadków, składała się w dużej części wcześnie wytrenowana i przyswojona opiekuńczość. Julia miała rozwinięte sensorium całości ludzkiego cierpienia, wiedziała, jak pocieszyć chore dziecko, odkarmić zbyt chudego syna, rozwiać strach córki przed pierwszym porodem albo uspokoić męża gryzącego się kłopotami w interesach - potrafiła się zdobyć na znacznie więcej niż owa sprawiająca wrażenie zimnej jak lód sztywna czułość, którą przypisywał jej później biograf Ernst Pawel7.

Rzecz jasna, jej zdolność do empatii ograniczała się do tego, co rodziny przeżywają w s p ó l n i e, i zawodziła wobec wszelkiego rodzaju cierpienia, które jest wynikiem indywidualnych zmartwień. Obca jej była myśl, że samo pokrewieństwo i dobra wola nie zawsze wystarczają, że zdarzają się konflikty wewnętrzne, do których trzeba podchodzić ze świadomością emocjonalną, żeby je zrozumieć; wobec takich trosk była zupełnie bezradna i nie znajdowała dla nich własnego języka. "Uważaj więc, kto się na zawsze wiąże", dała synowi radę na drogę, kiedy ten zebrał wszystkie siły, żeby po raz pierwszy stawić czoła rodzicom swojej korespondencyjnej miłości; "nie było ci to pisane", przyszło jej do głowy jako pociecha, gdy jego oświadczyny pozostały bez odpowiedzi8. Podobne frazesy przekazywała córce Ottli, która w latach 1917-1918 próbowała swoich sił jako chłopka i po raz pierwszy przeforsowała własną decyzję życiową, wbrew oporom prawie całej rodziny. Julia wysyłała pilnie paczki z pomocą, ale jej listy ograniczały się do praktycznych rad i sporadycznych moralnych napomnień, które nie zdradzały najmniejszego zrozumienia dla walki Ottli o niezależność i poczucie własnej wartości. Według Maxa Broda Julia miała być kobietą nie tylko "cichą i dobrotliwą", lecz także "niezwykle rozumną, więcej, bo wielkiej mądrości", ale to sentymentalna stylizacja, której przeczą zachowane świadectwa z kręgów rodzinnych9. O wiele bliższe rzeczywistości są próby sformułowania pierwowzoru matki przez samego Kafkę, który szukał w nim zrozumienia istoty kobiecości. "Ta roztropność, spokój, opanowanie, kobiecość", pisał do Broda jako trzydziestoczterolatek, "to jest wspaniale i okropnie kobiece"10.

Najwidoczniej Julii nie były dane przeżycia edukacyjne, które w pewnym sensie mogłyby także nieco poluzować "opiekuńczy" pragmatyzm. Nie było jeszcze niemieckojęzycznej szkoły dla żydowskich rodzin osiadłych w Poděbradach11, dlatego lekcje z nauczycielem domowym stanowiły jedyną odpowiednią do ich statusu możliwość dostarczenia dzieciom niemieckiego kapitału wiedzy - jednakże za cenę tego, że dorastająca panna uzależniała się jeszcze bardziej od wpływów rodziny, a kontakty z równolatkami odbywały się tylko wewnątrz społecznej sieci gminy żydowskiej. Wydaje się, że doświadczenie społecznej obcości zostało jej we wczesnych latach w znacznej mierze oszczędzone i dlatego nie rozwinęła się w niej ciekawość poznawcza, która wykraczałaby poza horyzont osobistych doświadczeń. Moderowanie konfliktów w najbliższym otoczeniu było i pozostało jej najważniejszą kompetencją i nie zmieniło się to, kiedy ojciec w wieku pięćdziesięciu dwóch lat zrezygnował ze sklepu z materiałami i postanowił opuścić Poděbrady i przenieść się do Pragi.

Przyczyny jego decyzji są zupełnie niejasne. Julia uzasadniała ten niezwykły krok, wskazując, że wszyscy jej bracia przebywali już "na obczyźnie". Nawet gdyby rzeczywiście tak było, bynajmniej nie wyjaśniałoby to decyzji o tak wczesnym przejściu w stan spoczynku. Obaj synowie z drugiego małżeństwa - piętnasto- i jedenastolatek - faktycznie mieszkali jeszcze w domu rodzinnym. Dlaczego więc przeprowadzka, sprzedaż domu i sklepu? Może pod naciskiem matki chłopców? Ze względów zdrowotnych? Albo na podstawie jakichś wrogich działań ze strony czeskich sąsiadów? Nie jest pewne, jednak wydaje się zastanawiające, że rodzina Löwych, która w połowie lat siedemdziesiątych przybyła do Pragi niemal równocześnie ze zwolnionym z wojska Hermannem Kafką, w Poděbradach przedwcześnie zrezygnowała z takiej pozycji społecznej i ekonomicznej, jaką, biorąc duży rozbieg, miał nadzieję osiągnąć Hermann, który to mając na względzie, wybrał życie w wielkim mieście. Rodzina Löwych była bardziej niezależna, wykształcona i zamożna. Z punktu widzenia żydowskiego modelu prowadzenia interesu - ekspandującego coraz bardziej z pokolenia na pokolenie, żywiącego się relacjami pokrewieństwa - dotarli jednak jednoznacznie do punktu końcowego, gdzie zgromadzony majątek rozpraszał się tak samo jak ludzie, którym przypadał w udziale jako spadek. Kafkowie z Woseku uosabiali dokładne przeciwieństwo: pionierską wolę podbojów i naiwną wiarę w to, że ów wypróbowany model sprawdzi się w przyszłości. W Hermannie Kafce i Julii Löwy zbiegały się tendencje wstępująca i zstępująca, a do najatrakcyjniejszych właściwości Hermanna należało niewątpliwie to, że reprezentował ruch wstępujący i dlatego zasługiwał na coś więcej niż protekcjonalność tych, którzy wymarzony status społeczny osiągnęli przed nim.

Jego narzeczona pewnie niezupełnie uświadamiała sobie tę dynamikę, a cała duma Hermanna, własny interes, nie była dla niej społecznym awansem, lecz co najwyżej wyczerpującym restartem. Mimo to imponowało jej, z jaką energią wybił się na niezależność. Jego pojawienie się zakończyło ciągnący się już nazbyt długo czas bezczynnego czekania w mieszkaniu rodziców przy Rynku: od tej pory znów miała zadanie, które wymagało od niej najlepszych talentów, przejęła odpowiedzialność jako kobieta interesu i matka, i bez wątpienia odbierała to małżeństwo nie jako zamknięcie pułapki, lecz przeciwnie, jako znaczne poszerzenie swobody własnych działań i osobiste dowartościowanie. Kobiety żydowskie tradycyjnie cieszyły się w rodzinie większym szacunkiem niż kobiety chrześcijańskie, ale szacunek dla nich miał u podstaw nie jakkolwiek definiowaną kobiecość czy biologiczną potencję, lecz konkretny, to znaczy zajmowany i realizowany, status żony, matki i wychowawczyni. Na szacunek trzeba było zasłużyć, i ona nań zasługiwała w oczach tych, którzy ją otaczali. Nawet Hermann w jej obecności wydawał się odczuwać jakiś fluid naturalnego autorytetu i godności, gdyż wbrew właściwej sobie zazwyczaj gruboskórności traktował Julię z tak ostentacyjną powściągliwością, że czasami wyglądało to tak, jakby chodził dwa kroki za nią lub nawet przed nią klęczał. Nic nie wiadomo o tym, żeby jego gryząca ironia - nie wspominając o zniewagach - zwróciła się kiedykolwiek przeciwko własnej żonie. "Byłeś dla niej zawsze kochający i uważający", potwierdzał baczny świadek tych zdarzeń12.

Łatwo nie było z tym małżonkiem, bynajmniej. Ale to, czego Hermann od niej oczekiwał - organizacja życia codziennego, czujne oko i wprawna ręka w sklepie, odciążenie emocjonalne - odpowiadało wytrenowanym zdolnościom Julii tak dokładnie, że mogła utożsamiać się z nowym stylem życia, nie rezygnując z rzeczy istotnych. Zależna od męskiej władzy i męskich kaprysów była już wcześniej, a bunt przeciwko tej zależności na rzecz abstrakcyjnego "samostanowienia" lub wręcz "samorealizacji", o której nie miała pojęcia, uznałaby za meszuge. Zamiast tego nauczyła się bronić "swej samodzielności w sposób elegancki i delikatny", nikogo przy tym nie nagabując, a tym bardziej nie obrażając13, a że tej polubownej zasadzie można by coś wytknąć, nie rozumiała nawet wtedy, kiedy zasada zawiodła.

Nie miała jednak alternatywy. Znalazła swoją rolę i ją odgrywała. To normalne, że za progiem małżeństwa, gdzie czekało na nią wiele nieznanych rzeczy, pojawił się i strach, ale była zaskoczona tylko przez chwilę. Co rusz dławi mnie szloch, pisała do narzeczonego niewiele tygodni przed ślubem. Być może dlatego, że on tak często o niej myśli.

Interesy przynoszące straty

W tym, co nowe,

zawsze coś jest nie całkiem w porządku.

ROBERT WALSER, DIE KLEINE BERLINERIN

Niklasgasse 9, Wenzelsplatz 56, Niklasgasse 14, Zeltnergasse 2, Mały Rynek 2 - cztery przeprowadzki w ciągu czterech lat. Rynek Staromiejski 12, Stockhausgasse 4, Zeltnergasse 3 - także rozkręcający się stopniowo interes wymagał większych i bardziej reprezentacyjnych pomieszczeń; sklep dwa razy zmienił lokalizację, zanim właściciele posłali pierworodnego do szkoły. Wiedli niespokojne życie, utrzymywane w ruchu przez wolę poprawy statusu materialnego i społecznego, uwięzione jednak w topograficznych ramach, będących w zasięgu wzroku, jak w małym mieście. Nigdy nie więcej niż kilka minut drogi pieszo między jednym adresem a drugim dawało się wygodnie pokonać dwukołowym wózkiem transportowym, i takie wózki zawsze czekały na użytkowników na każdym większym placu. Wszystko to były krótkie dystanse. Gdyby je nanieść na plan Pragi, przypominałyby nie tyle typowe trasy poruszania się miejskiej klasy średniej, prowadzące do coraz przyjemniejszych dzielnic, ile raczej nerwowy ruch wahadłowy. Albowiem z wyjątkiem mieszkania przy placu Wacława - gdzie Kafkowie pozostali zaledwie kilka miesięcy - wszystkie ich adresy, także te późniejsze, dadzą się zamknąć wewnątrz koła, którego promień wynosi nie więcej niż trzysta metrów. Punktem centralnym tych ruchów wahadłowych był Rynek Staromiejski, owo miejsce w loży społecznej, do którego pewnego dnia miała dotrzeć, na polu zawodowym i prywatnym, wymęczona rodzina.

Fale uderzeniowe tej niezmordowanej mobilności rozchodziły się w postaci intymnych przeżyć całej rodziny, lecz przede wszystkim dziecka, które musiało się mierzyć ze zmianami z początku biernie i bez zrozumienia. Zapakować, wypakować, pożegnać się, przyzwyczaić i znowu się pożegnać; jedni ludzie znikają, pojawiają się nowi, inne głosy, dźwięki i zapachy, nowe tapety, zmienione pomieszczenia, nieobeznane drogi. Oczywiście to, co nowe, zawsze było piękniejsze od starego i pewnie niezupełnie uszło uwagi nawet dwulatka, że przy placu Wacława żyje się bardziej komfortowo niż w zaniedbanym domu na obrzeżach getta, w którym się urodził. Jednak w tym wieku stabilność i solidność świata są ważniejsze niż suche pieluchy, jasne pomieszczenia i działające krany. A jeśli już świat nie chce się zatrzymać, jeśli zaczyna się kręcić i błyszczeć przed dopiero co otwartymi oczami niczym obrazki w kalejdoskopie, to tym bardziej potrzeba tego jednego swojskiego, uspokajającego głosu, owej uśmiechniętej i zawsze zwróconej do dziecka twarzy, która pozwoli mu zapomnieć o wszelkich zewnętrznych niebezpieczeństwach i irytacjach.

Tej jednej twarzy brakowało jednak u Kafków, gdyż matka była n i e o b e c n a. Choć Franzowi na pewno dawano do zrozumienia, że to on stanowi centrum rodziny, choć to przesłanie, przynajmniej w pierwszych latach jego życia, opierało się na prawdziwych uczuciach i na pierworodnego istotnie skierowana była cała miłość i wszelkie nadzieje - to rzeczywistość w wydaniu codziennym wyglądała inaczej, a pomiędzy doświadczanym przez niego światem, ograniczonym do intymnej przestrzeni życiowej rodziny, a światem rodziców istniał jawny dysonans, a nawet bolesny rozdźwięk. Albowiem interes, o którym bez przerwy mówili i w którym bez przerwy znikali, był wprawdzie blisko w wymiarze przestrzennym, ale bardzo daleko psychicznie, jako placówka, którą Franz wcześnie poznał, choć tylko z rzadka odwiedzał, na chwilę brany na ręce przez dumnego ojca i głaskany przez kolejnych nowych obcych ludzi. Co trzyma tam jego najbliższych, było właściwie niepojęte. A przecież musiał to znosić - przypuszczalnie była to pierwsza bolesna lekcja w jego życiu - że owa placówka, ten wieczny interes, nie tylko kładzie się cieniem na jego życiu, lecz jego życiem we właściwym sensie tego słowa zawładnęła.

Sklep galanteryjny Hermanna Kafki był otwarty od ósmej rano do ósmej wieczorem, przez sześć dni w tygodniu, a do tego w niedzielę przed południem; czas pracy personelu zaczynał się już o siódmej. A więc bardzo wcześnie, zimą na długo przed świtem, pryncypał musiał ruszać z domu, żeby "odemknąć" (jak się mówi w Austrii), rozdzielić zadania czekającym już pracownikom i ewentualnie kazać napalić w piecach. Matka zostawała w domu trochę dłużej, gdyż do jej obowiązków należało przekazanie w ręce służby organizacji prac domowych, łącznie z opieką nad dzieckiem. Omawiano sprzątanie, pranie, zakupy i jadłospis, po czym również ona żegnała się na kilka godzin. W godzinach południowych rodzina gromadziła się przy wspólnym stole, żeby spożyć posiłek punktualnie przygotowany przez kucharkę, ale także tutaj Franz pewnie nie widywał rodziców dłużej niż przez pół godziny. Myśl o "pozostawionym bez nadzoru" sklepie nie pozwalała nawet na chwilę odprężenia, jedzono zawsze w największym pośpiechu, a i przerwę obiadową wykorzystywano na pewno do omawiania spraw handlowych nieprzeznaczonych dla uszu pracowników. Po paru minutach drzemki w fotelu Hermann co rychło szedł z powrotem do sklepu, również matka przeważnie spędzała popołudnie na swoim stałym miejscu za kasą.

Taki styl życia dało się utrzymać tylko dzięki taniej służbie, gdyż także pod koniec XIX wieku prace domowe nie mogły być jeszcze wykonywane en passant lub w skąpym czasie wolnym: składało się na nie mnóstwo wyczerpujących fizycznie, nieprzyjemnych i czasochłonnych czynności, które wypełniały cały dzień. Węgiel, popiół, drewno i woda - wszystko wielokrotnie taszczono tu i tam; poza tym nieforemne bryły węgla musiały być najpierw kruszone w piwnicy. Od pieców roznosiła się sadza, także latem, bo wodę potrzebną do higieny osobistej, prania tekstyliów i czyszczenia mieszkania trzeba było najpierw podgrzewać w kotłach (szczególnie kosztowne rzeczy do prania z gotowaniem noszono zazwyczaj do pralni publicznej). Ciężkie dywany, nieodzowny symbol statusu domostw mieszczańskich, regularnie wynoszono na podwórze i godzinami trzepano; potem przychodziła kolej na materace. Nawet zakupy były wielekroć żmudniejsze niż dzisiaj, gdyż z braku techniki chłodniczej żywność musiano sprowadzać zawsze świeżą, to znaczy codziennie i z różnych sklepów oraz straganów.

Kobiet, które takimi czynnościami zarabiały na życie, czasem zresztą jedynie za nocleg i wyżywienie, w Pradze nie brakowało. Do miast płynął niesłabnący strumień imigrantów, i podczas gdy zbiegli z wiosek mężczyźni znajdowali zatrudnienie przeważnie w rozwijających się szybko strefach przemysłowych na przedmieściach Pragi, dla kobiet pozostawały na ogół tylko prace w charakterze pomocy domowych - jedyne zajęcia, do których miały kwalifikacje. Na takie tanie ręce do pracy mogli sobie pozwolić nawet rzemieślnicy i drobni przedsiębiorcy, rodziny takie jak Kafkowie, którzy bynajmniej jeszcze nie weszli do wyższej klasy średniej i musieli liczyć się z każdym groszem. Służąca do cięższych prac, kucharka oraz mamka lub dziewczyna do dzieci stanowiły wyposażenie podstawowe - przy czym wybór ograniczał się do Czeszek wyznania katolickiego, które znały co najwyżej parę słów po niemiecku i od których naturalnie nie można było oczekiwać, że przyczynią się do wychowania religijnego dzieci lub zajmą rytualną oprawą dnia powszedniego. Pod względem prawnym te pszczółki robotnice były właściwie pozbawione ochrony, ich czas pracy uzależniony był ściśle od potrzeb "państwa", a ponieważ we właściwych agencjach pośrednictwa zarejestrowano ich tysiące, toteż łatwo było uzyskać zastępstwo, nikt nie miał wobec nich skrupułów, gdy trzeba było którąś wyrzucić, skoro tylko pilność i wiarygodność pozostawiały coś do życzenia. Obficie korzystali z tego również Kafkowie - i nic w tym zaskakującego, kiedy się zważy na agresywne i często obraźliwe formy separacji, na które Hermann pozwalał sobie wobec wszystkich osób zależnych od niego materialnie. Sprzeciwu nie tolerował, a gdy spontanicznie, w porywie gniewu kogoś zwalniał, nawet dbająca o umiar Julia nie była w stanie temu zapobiec.

Te nieustanne fluktuacje, rzecz jasna, nie tylko wywoływały animozje i psuły atmosferę, lecz także fundowały małemu Franzowi całą serię bolesnych rozstań, które zaszczepiły w nim najgłębszą nieufność - nieufność do trwałości ludzkich relacji oraz nieufność do świata, bo w tym świecie każda twarz, do której się przyzwyczaił lub którą wręcz polubił, mogła zniknąć nagle i na zawsze. To był świat chwiejnych prowizoriów, a w jego środku dopiero co zbudzona świadomość rozglądała się dookoła i stwierdzała, że nie znajdzie oparcia nigdzie indziej niż w sobie samej. "Tak więc bardzo długo byłem sam", tak Kafka lakonicznie podsumował wczesne lata, "i użerałem się z mamkami, starymi piastunkami, zgryźliwymi kucharkami, smutnymi guwernantkami, bo moi rodzice cały czas byli przecież w sklepie"1. Fakt, że wśród tak wielu ludzi syn może b y ć s a m, nie trafiał raczej rodzicom do przekonania także w późniejszych, spokojniejszych czasach - a Kafce to doświadczenie wryło się głęboko w pamięć.

Rutynowe zajęcia związane z zaopatrzeniem przerywały jedynie kolejne ciąże Julii, z których każda zmuszała ją do miesięcznej lub dwumiesięcznej nieobecności w sklepie. Wtedy Franz widywał matkę również w ciągu dnia - przez ograniczony czas i, jak miało się okazać, za wysoką cenę. Za każdym bowiem razem, kiedy dystans do matki się zmniejszał i zamiast zwyczajnej niby-obecności zdawała się dojrzewać bardziej konkretna i godna zaufania więź, niebawem pojawiała się konkurencyjna istota, która przyciągała całą uwagę rodziny i dawała asumpt do bolesnej zazdrości. W późniejszych wypowiedziach Kafki nie ma śladów wskazujących na ś w i a d o m e awersje czy radykalniejsze myśli pod adresem własnego rodzeństwa, nic też nie wiadomo o tym, jak w wieku dwóch lat powitał przyjście na świat brata Georga - "pięknego i silnego dziecka", jak stwierdziła matka - ze wstrętem czy z ciekawością. Dla Franza, który stopniowo zdawał sobie sprawę z własnego jedynactwa, sytuacja musiała być jednak głęboko ambiwalentna. Dzięki uważnemu traktowaniu niemowlęcia - które w hierarchii bezradności stało jeszcze niżej od niego - otwierała się bowiem szansa zaskarbienia sobie pochwały i prawdziwej miłości, a tymczasem to stworzenie domagało się głośno zajęcia miejsca Franza w skromnie wyposażonym emocjonalnym wnętrzu rodziny. W każdym razie dopóty, dopóki nagle nie umilkło i nie zniknęło. Piękny i silny Georg Kafka przeżył tylko piętnaście miesięcy, zmarł jak wielu jego rówieśników na odrę. Jego następcy Heinrichowi, spłodzonemu zaledwie kilka dni po pogrzebie Georga, powiodło się jeszcze gorzej, przeżył niecałe siedem miesięcy życia, gdy zapalenie opon mózgowych przyniosło dziecku ból i śmierć. Kiedy niespełna pięcioletni Franz obudził się rankiem 11 kwietnia 1888 roku, znów był jedynym dzieckiem Kafków, w mieszkaniu od dawna nie było tak cicho.

A więc także rodzeństwo potrafiło się pojawiać i znikać, nie inaczej niż służba, sąsiedzi, krewni i lekarze. Jednym z podstawowych, choć pewnie nigdy w pełni nieuświadomionych głębokich doświadczeń egzystencjalnych Kafki była nieufność do trwałości świata, potwierdzona dwukrotnie już w najmłodszym wieku w najgorszy możliwy sposób - w czasie, gdy wprawdzie jeszcze nie pojmował śmierci jako pojedynczej katastrofy, tylko zaliczał ją do łańcucha wszelkich innych bolesnych rozstań, które okazały się równie ostateczne. Ktoś, na kim skupiała się powszechna uwaga, nagle z n i k n ą ł, jego obraz uleciał jak sen, po czym gładka powierzchnia codzienności zamknęła się i pogrzebała przeszłość, która jeszcze przed chwilą była zmysłową teraźniejszością. Oczywiście zniknięcie obu braci poruszyło wyjątkowo także innych. Na kilka dni umilkły złorzeczenia i kłótnie, i prawdopodobnie Franz widywał nie tylko płaczącą matkę, ale i płaczącego ojca, którego takie emocje zwykle się nie imały. Rodzice zaraz jednak wrócili do swych dawnych ról, a tamta zaskakująca łagodność, coś rzadkiego i drogocennego, co pojawiło się na chwilę pod naciskiem przemożnego cierpienia, przybladła bardzo szybko.

Pozostała wyczuwalna melancholia Julii, którą dręczyło poczucie winy. Tych dwoje dzieci, jak sądziła, mogłoby przeżyć, gdyby nie zabrakło matczynej troski. Nie powinna była na nikogo delegować tego, co tak ważne do życia, powinna była zostać w domu i sama troszczyć się o maleństwa. Odwodził ją od tego nie kto inny, tylko małżonek, który chciał ją widzieć przy sobie w ciągu dnia możliwie jak najdłużej i uważał, że jej pomoc w interesie jest niezbędna2. Konflikt lojalności, rysa na fundamencie mało jeszcze doświadczonego przez los małżeństwa. I tyleż ważne, co zdumiewające potwierdzenie rangi żywotnych interesów, które ukształtowały małżeństwo Kafków. Albowiem zupełnie niezależnie od tego, czy fizyczna obecność matki (lub tylko jej mleko) rzeczywiście podniosłaby szanse przeżycia obu niemowlaków: przypuszczalnie nawet śmierć syna nie mogła skłonić Hermanna Kafki do większej dbałości o następne dziecko kosztem interesu. I owo pierwsze nieszczęście nie przekonało także matki do tego, by dla ochrony wszystkich następnych dzieci zakwestionować absolutne pierwszeństwo interesu i tym samym zaryzykować otwarty konflikt.

A dlaczego nie? Julia Kafka bynajmniej nie była mieszczańską "strażniczką domowego ogniska" (jak domagano się jeszcze w niektórych ogłoszeniach matrymonialnych), jej wpływ na wszelkie decyzje społeczne, a nawet handlowe był znaczny. Same te decyzje zapadały jednak gdzie indziej, w niezbadanych zwojach mózgowych głowy rodziny, a zakwestionowanie tej drogi urzędowej - nawet wtedy, kiedy chodziło o jednoznacznie błędne decyzje - unieważniłoby istotne zasady gry, które pozwalały Kafkom utrzymywać wewnętrzną więź. Z biegiem lat Julia Kafka osiągnęła wirtuozerię w rozbrajaniu i wypieraniu konfliktów, w zaprowadzaniu pokoju, pośredniczeniu i uspokajaniu - a za pomocą tych zdolności wywierała głęboki wpływ nie tylko na klimat panujący we własnej rodzinie, lecz także na los wszystkich swoich dzieci, które przeżyły. Mimo to, pozbawiona nawet cząstki władzy decyzyjnej, przez całe życie zepchnięta była na podrzędną pozycję. Kobiety miały wpływy i odpowiedzialność, a mężczyźni ponadto władzę, ale to nie kwestia światopoglądu, wychowania czy moralności; taka była społeczna, kulturowa i prawna rzeczywistość, stan ten całkowicie zdominował myślenie i mówienie obu płci, niczym jakieś niedocieczone a priori. Nieważne, jak faktycznie rozłożone były obciążenia: mężczyźni pracowali, a kobiety pracowały r a z e m z n i m i, i tak miało być. Dlatego do oceny życia Julii Kafki zupełnie nie pasuje wyobrażenie, że zadowoliła się jedynie rolą żeńskiego satelity, i właśnie stąd się wziął "trochę smutny uśmiech", który obserwował u niej Hugo Bergmann3. Ostatecznie w s p ó ł życie, w s p ó ł czucie, w s p ó ł praca - wszystko to były pojęcia pozytywne i cieszące się społecznym poważaniem, nawet jeśli ten akord, jak dowodziła śmierć dwojga dzieci, nie zawsze brzmiał czysto. Wdzięczność innych była wystarczającą nagrodą i pomagała radzić sobie z niedostatkami i frustracjami. Jej mąż, rzecz jasna, nie miał takich zmartwień; on, jak pisała Julia bez najmniejszej ironii w swoich wspomnieniach, "jako że oboje pracowaliśmy bardzo pilnie, wiele osiągnął i zyskał ludzki szacunek".

Miało jeszcze upłynąć trochę czasu, zanim rzeczywiście wywalczył sobie szacunek, gdyż sama pilność nie wystarczała, aby go sobie zaskarbić. Zdarzali się zazdrośnicy, przed którymi trzeba było się bronić, ludzie donoszący na Hermanna Kafkę z błahych powodów, żeby go skompromitować lub sprawić mu jako Żydowi jak najwięcej kłopotów. Wielokrotnie go obwiniano o "upłynnianie" fałszywych pieniędzy, a raz nawet twierdzono, że sprzedaje kradzione towary - bezpodstawnie. Chrześcijańscy denuncjanci i znudzeni kapusie policji szczególnie bacznie obserwowali, czy przestrzega się zakazu pracy w niedzielę; jeśli handlarz galanterią dał się przyłapać na tym, że w niedzielne popołudnie (tylko w tym czasie nie wolno było otwierać sklepów) wpuszcza ukradkiem klientów przez sień na zaplecze, kończyło się to, rzecz jasna, doniesieniem. Także za skorzystanie z ręcznego wózka bez hamulca spotykała go kara, ba, nawet wystające gwoździe w zbitym na niedzielę straganie ulicznym dawały jakiemuś dobremu chrześcijaninowi podstawę do wysłania anonimowej karty pocztowej i zmobilizowania "chwalebnej dyrekcji policji" - ostatecznie wierni udający się na mszę do kościoła mogli sobie podrzeć odzież o te gwoździe, a to wyczerpywało znamiona zakłócenia porządku publicznego.

Na długo przed założeniem własnego interesu Hermann Kafka musiał nieraz słyszeć od dalekich krewnych o zdarzających się tarciach w życiu zawodowym, zwłaszcza wśród Żydów, a po setkach tego rodzaju historii powinien być na to przygotowany. Nie był człowiekiem, który by nie brał takich uwag do siebie. Konflikty interesów społecznych i rozbieżności międzyludzkie uważał za jedno i to samo i dlatego traktował każdego, kto działał w innym interesie niż on, nie tylko jako źródło zakłóceń społecznych, ale także jako osobistego przeciwnika. Dlatego wydawało się aż nadto zrozumiałe, że jednoznacznie określał własnych pracowników, którzy przez nieudolność ustawicznie narażali go na wydatki, mianem "płatnych wrogów" i, w zależności od humoru, stosownie traktował - nawet jeśli nie zgadzał się w tej materii z własną żoną, która preferowała bardziej humanitarne maniery w kontaktach z personelem. Ale w społeczeństwie, którego niezmienną istotę stanowił źle zorganizowany, a w dodatku bezlitosny wyścig, w którym każdy, mimo nierównych pozycji startowych, pragnie możliwie szybko "wysforować się na czoło" i zostawić za sobą możliwie wielu konkurentów - właśnie takie wyobrażenie świata poza swoim rodem miał Hermann Kafka - w takim społeczeństwie właściwie każdy stał na drodze, a pracownicy domagający się uczciwego wynagrodzenia robili to w pełni świadomie. Nawet ktoś, komu przydarzyło się niezawinione nieszczęście, zgłaszając moralne i finansowe roszczenia, mógł stać się dla Kafków ciężarem i przeszkodą, a tym samym przeciwnikiem. Gdy jeden z subiektów w sklepie zachorował na płuca i nie był w pełni zdolny do pracy, a mimo to przez kilka tygodni zachowywał prawo do wynagrodzenia, pryncypał reagował tak, jakby został okradziony. "Powinien zdechnąć, ten chory pies!", sapał raz za razem4.

Wiele przemawia za tym, że zamknięte środowiska społeczne, które Kafka opisuje w trzech powieściach, gdzie bezinteresowna solidarność pojawia się jedynie jako sen, odzwierciedlają nie tylko realne doświadczenia i obserwacje, lecz w równej mierze antyspołeczną świadomość ojca. Dla Hermanna Kafki nieufność, bojowość i surowy utylitaryzm były zaszczytnymi cnotami, które starał się zaszczepić własnym dzieciom, żeby przygotować je do walki o przetrwanie w społeczeństwie wilków. Nowych znajomości, które zawsze przecież pociągały za sobą zobowiązania, szukano tylko wtedy, gdy były przydatne; ojciec przypominał dzieciom o tym nawet jako starzec. Kafka pewnie dopiero w ostatnich latach życia zdał sobie sprawę, że można zrozumieć taki światopogląd i takiego ojca tylko wtedy, gdy uważa się go za swoiste społeczne kuriozum. Natomiast jako dziecko i młodzieniec pozostawał całkowicie pod wrażeniem rozumianej jako trwała dyspozycja wrogości, którą jeszcze w Liście do ojca opisuje jak zjawisko przyrody, jako nieprzeniknioną cechę charakteru. "[...] wymień mi chociaż jednego człowieka cokolwiek znaczącego dla mnie w czasach dziecinnych", pisał, "którego byś co najmniej raz nie skrytykował". "Potrafiłeś na przykład wymyślać na Czechów, potem na Niemców, potem na Żydów, jak popadło, na każdy temat, tak że w końcu nie ostawał się nikt oprócz Ciebie. Nabrałeś dla mnie tajemniczych cech, właściwych wszystkim tyranom, których prawo opiera się na ich osobie, a nie na rozumie. Tak mi się przynajmniej wydawało"5.

Tego rodzaju zagadka legalnej samowoli, jak wiedział Kafka, była doświadczeniem pokoleniowym. Była doświadczeniem dzieci odnoszących sukcesy ludzi interesu, którzy koniec końców nie mogli traktować poważnie żadnego innego kodeksu moralnego oprócz ekonomicznego prawa wojennego, dostosowanego do warunków permanentnego stanu wyjątkowego: "każdy za siebie i wszyscy przeciwko mnie". Kodeks ten zdominował i przenikał ich życie o wiele mocniej niż inne, konkurencyjne systemy wartości - również wtedy, gdy były one uzasadnione religijnie i przez to stanowiły część tożsamości żydowskiej. Przykazania etyczno-religijne były akceptowane w dużej mierze nawet przez zasymilowanych Żydów, którzy ich też, w miarę możliwości, przestrzegali, ale nie wyznaczały przebiegu dnia powszedniego, służyły raczej do jego symbolicznego przekształcania. Stwarzały ramy, w których mieściło się życie, zaspokajając wybuchającą niekiedy potrzebę sensu. Znacznie trwalej natomiast umocowana była codzienna moralność mieszczańskiego wilka, która osadzała się w postaci gestów, zwyczajów, słów, myśli i fantazji i potrafiła się nawet zagnieździć i przybierać poniekąd formy somatyczne - jak u Hermanna Kafki, który cierpiał przez całe życie na nerwowe zaburzenia czynności serca. Była to bardzo męcząca moralność, która pociągała za sobą nieustanny stres, a mimo to - w pewnym sensie: właśnie dlatego - była traktowana jak najbardziej serio i dosłownie.

I tak Kafka przypominał sobie, że przy rodzinnym stole bez przerwy była mowa o "ostatnim", czyli o ostatnim dniu pracy w miesiącu, w języku zawodowym zwanym "ultimo". Był to dzień płatności czynszu za mieszkanie, za pomieszczenia sklepowe i magazynowe oraz wypłaty pensji dla personelu domowego i sklepowego, jak również "zapisanych" kwot za regularne zakupy. A zatem dzień, w którym kasa musiała być szeroko otwarta, wieczorem zaś Kafkowie mieli przed oczyma miesięczne saldo wyrażone liczbowo. Już jako dziecko, na długo zanim nauczył się rozumieć kalendarz, Kafka pojmował intuicyjnie, że rodzice wyglądają tego dnia nie tylko z troską, ale i z niewątpliwym strachem - nie inaczej, niż gdyby czekał ich egzamin. W ich rozumieniu ultimo przynosił bilans nie tylko ekonomiczny, lecz ponadto moralny i społeczny: "ostatniego" rozstrzygano, czy wszystko zrobili dobrze, czy umocnili bądź osłabili swoją pozycję społeczną, czy wytrzymali tempo wyścigu życia. Dzień prawdy, dzień rozliczenia w najszerszym rozumieniu, w którym nawet Kafkom, rodzinie o ugruntowanej pozycji, występował jeszcze czasem pot na czoło6.

Pokonać ten strach, w ich mniemaniu, pomagał tylko jeden sposób skuteczny na długą metę: ekspansja interesu, ciągłe reinwestowanie osiągniętych zysków. Wykorzystywano każdą nadarzającą się okazję, żeby powiększać powierzchnię sklepu o nowe pomieszczenia i przenosić go w strategicznie korzystniejsze miejsca, poza tym wciąż poszerzano asortyment: pościel i bielizna, koronki i wstążki, pończochy i fartuchy, chusteczki do nosa, klamerki, puzderka, wachlarze, guziki, kołnierzyki, mufki, filcowe kapcie... a obok szklane kule, szpilki, scyzoryki, szczoteczki do zębów... już po kilku latach było u Kafków prawie w s z y s t k o, więc gwałtowna niechęć do niepotrzebnych rzeczy i bibelotów wszelkiego rodzaju, która wyróżniała później ich syna, była niewątpliwie impregnowana wczesnymi doświadczeniami na pozór chaotycznego nadmiaru. František Bašik, który jesienią 1892 roku jako czternastolatek zaczął terminować w sklepie towarów galanteryjnych Kafków, w pamiętnikach dobitnie opisał zatrzęsienie towarów z trudem opanowywane za pomocą pudełek, papieru pakunkowego, sznurków i tabliczek z informacjami7. Nie tylko wszystkie ściany pomieszczeń sklepowych były zastawione regałami od podłogi po sufit, ale także niektóre pomieszczenia na zapleczu, obszerna piwnica oraz wynajmowany przy innej ulicy magazyn. Hermann Kafka władał niemal labiryntowym królestwem, w którym ku zdziwieniu małego Franza orientował się z nieomylną pewnością.

A charakter tego królestwa, nawiasem mówiąc, wyznaczały dwa języki i jeszcze więcej tożsamości. Wprawdzie żydowskoniemiecki personel nadal stanowił większość - ojciec Julii, doświadczony kupiec tekstylny, pomagał codziennie przez kilka godzin, zdarzało się też, że przyjmowano dalekich krewnych na sprzedawczynie, uczniów i praktykantów. Musiano jednak brać pod uwagę przeważnie czeskochrześcijańskich klientów, którzy na pewno nie czuliby się dobrze w ostentacyjnie żydowskim sklepie, poza tym koniecznie trzeba było umieć się z nimi płynnie porozumiewać. Żydowski subiekt, który nie rozumiał ani słowa po czesku, był dla Hermanna Kafki bezużyteczny w przeciwieństwie do takiego ucznia jak Bašik, który mówił wyłącznie po czesku. Podobnie wyglądała kwestia ważnego i najlepiej opłacanego stanowiska buchaltera: decydujące tu były ładne pismo oraz kompetencje fachowe i językowe, natomiast wyznanie nie odgrywało żadnej roli i niemiecki Żyd o nazwisku Gans mógł zajmować to stanowisko równie dobrze, jak jego następca, czeski chrześcijanin nazwiskiem Dlouhý. Językowe dostosowanie i neutralna fasada to wypróbowane defensywne środki, za pomocą których Kafkowie potrafili zachowywać się dyskretnie w czeskim otoczeniu - również wtedy, gdy każdy wiedział, że prawie cały czeski handel galanterią został podzielony między Żydów. Hermannowi Kafce było bardzo na rękę, że jego nazwisko znaczy coś po czesku, jako emblemat sklepu służyła mu więc oczywiście kavka.

Przypisy

W Pradze nic się nie dzieje

1 "Neue Freie Presse" (Wien) 1883, 3 lipca, s. 1. Izba Krajowa to sala zgromadzeń czeskich stanów w Pradze na Hradczanach.

2 Dosłownie przytoczone informacje Julii Kafki o rodzinie pochodzą z krótkiego bilansu autobiograficznego, który sporządziła dwa lub trzy lata przed śmiercią. Ten niekompletny zapisek został przedrukowany w: Alena Wagnerová, "Im Hauptquartier des Lärms". Die Familie Kafka aus Prag, Köln 1997, s. 44-47. Rękopis oryginału znajduje się w spuściźnie Hél?ne Zylberberg w Deutsches Literaturarchiv w Marbach nad Neckarem.

Początek przedstawienia

1 Martin Zeiller, Itinerarium Germaniae Nov-antiquae. Teutsches Rey-sebuch durch hoch und nieder Teutschland auch Angränzende / Unnd Benachbarte Königreich / Fürstenthumb und Lande / Als Ungarn / Siebenbürgen / Polen / Schweden / Dennemarck / c. so vor Alters zu Teutschland Gerechnet worden seyn..., Straßburg 1632, s. 168. Cyt. za: Julius Max Schottky, Prag, wie es war und wie es ist, nach Aktenstücken und den besten Quellenschriften geschildert, t. 1, Prag 1831, s. 187.

2 Współczesne ulotki i sztychy poświęcone tamtym egzekucjom w Pradze zebrane są w piątym tomie Pragensia (red. Friedel Pick, Prag 1922). Co dziwne, na żadnej z opublikowanych tam ilustracji nie ma astronomicznego zegara.

3 "Kozłem ofiarnym" był Diviš Czernina von Chudenitz, dowódca straży zamkowej, który 23 maja 1618 roku, w dniu defenestracji, wpuścił na Hradczany przedstawicieli stanów, choć ci odmówili oddania broni. Oskarżonemu egzekucja wydawała się tak nieprawdopodobna, że jeszcze na szafocie liczył na ułaskawienie.

4 W sierpniu 2020 roku zrekonstruowana kolumna maryjna znów stanęła na Rynku Staromiejskim (przyp. tłum.).

5 Johannes Urzidil, Prager Triptychon. Erzählungen, München 1960, s. 15.

6 George Eliot, która w 1858 roku zatrzymała się przejazdem w Pradze na kilka godzin i mogła jedynie poczuć atmosferę miasta, sformułowała tę myśl w opowiadaniu The Lifted Veil.

7 Proces ten dałoby się co najwyżej porównać z wywłaszczeniem całej anglosaskiej szlachty przez Normana Wilhelma I, który w 1066 roku kazał się koronować na króla Anglii. Wilhelm przekształcił skonfiskowane dobra ziemskie w dobra lenne, które obsadził głównie Normanami.

8 Do najważniejszych przegranych zaliczał się czeski ród szlachecki Smiřických, który został całkowicie wywłaszczony z ogromnych posiadłości ziemskich, ponieważ ostatni dziedzic, Albrecht Jan Smiřický ze Smiřic, był jednym z odpowiedzialnych za praską defenestrację. Głównym wygranym i nowym właścicielem dóbr Smiřických został Albrecht von Wallenstein (jego matka była z domu Smiřicka). Wallenstein kupił między innymi całe księstwo Frydlandu za cenę odpowiadającą dzisiaj sile nabywczej zaledwie 6 do 7 milionów euro (stan na rok 2010) i zapłacił tę kwotę częściowo srebrnymi monetami, w których fałszowaniu uczestniczył.

9 Oprócz pisowni "Wosek" (tak literowała tę nazwę Julia Kafka) w niemieckojęzycznych dokumentach występuje także zapis "Wossek" (na przykład na zgłoszeniu, za pomocą którego zawiadomiono żydowską gminę wyznaniową w Pradze o narodzinach Franza Kafki), jak również "Wohsek". Czeska, używana do dziś nazwa wioski brzmi Osek.

10 Zob. Jacob von Falke, Geschichte des fürstlichen Hauses Liechtenstein, t. 2, Wien 1877, s. 238.

11 Do następnego ruchu migracyjnego doszło po roku 1670, gdy z Wiednia i Dolnej Austrii wydalono wszystkich Żydów (oczywiście z wyjątkiem "dworskich faktorów"). Ci Żydzi starali się jednak na razie uwolnić spod wpływów Habsburgów i uciekali przeważnie na terytorium protestanckie oraz na Morawy. Dlatego wydaje się mało prawdopodobne, żeby wśród Żydów, którzy osiedlili się w Woseku i okolicy, znajdowali się zbiegowie z Austrii.

12 Na obrzeżach praskiego getta stał dom, który od końca XVI wieku nazywał się "u Kavků" (u Kafki), od nazwiska ówczesnego właściciela Johanna Kavki. Pojawiła się także teza, że nazwisko "Kafka" pochodzi od pieszczotliwej formy hebrajskiego imienia Ja'akow. Przeciwko temu przemawia jednak fakt, że nieznany jest żaden derywat w jidysz od "Jakow", który brzmiałby podobnie do "Kafka". Zob. Kafka-Handbuch, t. 1, red. Hartmut Binder, Stuttgart 1979, s. 110 i n., jak również Pavel Trost, Der Name Kafka, "Beiträge zur Namenforschung" 1983, t. 18, z. 1, s. 52 i n.

13 List do Oskara Pollaka, 20 grudnia 1902 (B1 17, Ldr 13).

14 List do Mileny Jesenskiej, 10 czerwca 1920 (B4 170, LdM 44).

15 Cytat w przekładzie Wacława Niepokólczyckiego z książki Williama Faulknera Requiem dla zakonnicy, PIW, Warszawa 1980 (przyp. red. pol.).

Wielkoludy: Kafkowie z Woseku

1 Dzienniki, 26 grudnia 1911 (T 323 i n., Dz 163-164).

2 Tamże (T 324, Dz 164). Frazesy ojca Kafka przepisał osiem lat później z własnego dziennika i zacytował dosłownie w Liście do ojca (NSF2 169, Ldo 66).

3 Większość przytoczonych poniżej informacji o pochodzeniu, dzieciństwie i młodości Hermanna i Julii Kafków opiera się na badaniach Klausa Wagenbacha (Franz Kafka. Eine Biographie seiner Jugend 1883-1912, Bern 1958, wyd. popr. Berlin 2006) oraz Aleny Wagnerovej ("Im Hauptquartier des Lärms").

4 Żydowska ludność gmin czeskich była wprawdzie ujęta w statystykach, lecz tylko na podstawie przestarzałego prawa o familiantach. Według statystyk w roku narodzin Hermanna Kafki w Woseku mieszkało 95 Żydów, podzielonych na 20 niegdyś "legalnych" rodzin (zob. aneks, w: Die Notablenversammlung der Israeliten Böhmens in Prag, ihre Berathungen und Beschlüsse, red. Albert Kohn, Wien 1852, s. 411). Prawdziwe liczby były jednak z pewnością wyższe; Marek Nekula doliczył się 130 mieszkańców samej tylko żydowskiej uliczki (Franz Kafkas Sprachen, Tübingen 2003, s. 47), kronika straży pożarnej w Woseku mówi nawet o 36 żydowskich rodzinach (A. Wagnerová, "Im Hauptquartier des Lärms", s. 43). Wosek liczył wówczas około 400 mieszkańców.

5 Nazwisko rodowe matki Hermanna (który w pisowni używał formy "Platofsky") wskazuje na to, że również ta rodzina, podobnie jak Kafkowie, przywędrowała kiedyś do południowych Czech z terenów polskich.

6 Dzienniki, 26 grudnia 1911 (T 324, Dz 164). Od 1842 roku praca w fabrykach i kopalniach w Austro-Węgrzech zabroniona była tylko dla dzieci poniżej dwunastego roku życia. Jeszcze pod koniec XIX wieku wielu polityków społecznych w Europie reprezentowało pogląd, że powszechny zakaz pracy dziecięcej jest zbędny, ponieważ już obowiązek szkolny pełni odpowiednią funkcję ochronną.

7 Julia Kafka, cyt. za: Max Brod, Franz Kafka. Opowieść biograficzna, przeł. Tadeusz Zabłudowski, Warszawa 1982, s. 15 - w polskim przekładzie "istni kolosi" [oryg. Über Franz Kafka, Frankfurt am Main 1974, s. 13, ze względu na niepełny polski przekład dalej albo Franz Kafka, albo Über Franz Kafka].

8 "Już jako mały chłopiec musiałem pracować w sklepie w Píseku", twierdził później Hermann (NSF2 169, Ldo 66). Bardziej wiarygodna wydaje się uwaga Julii, że jej mąż w wieku czternastu lat został wysłany "w obce strony".

9 Mianem Pinkeljuden (od pinkel / binkel (jid.) "worek na plecy") określano w XIX wieku drobnych żydowskich domokrążców. Plattnergasse znajdowała się na południowych obrzeżach getta, ale już poza jego granicami. W 1908 roku włączono jednak ulicę do miejskiego programu sanacyjnego i skład win Angelusa Kafki musiał się przenieść gdzie indziej.

10 Kwater (jid.) lub sandak (hebr.) to mężczyzna, który trzyma na kolanach chłopca podczas obrzezania; ojciec chrzestny (przyp. tłum.).

Pani Löwy

1 Dzienniki, 25 grudnia 1911 (T 318 i n., Dz 161-162).

2 Na temat przyjaźni Kafki z Icchakiem Löwym zob. Reiner Stach, Kafka. Die Jahre der Entscheidungen, Frankfurt am Main 2002, s. 51 i n. [polska edycja tego tomu biografii Kafki w przygotowaniu].

3 Ogłoszony 23 lipca 1787 roku patent w sprawie reformy nazwisk żydowskich należał do serii przepisów prawnych, za pomocą których Józef II starał się forsować integrację i germanizację austriackich, czeskich oraz morawskich Żydów. Do tego czasu wielu Żydów używało w celach identyfikacyjnych wyłącznie imienia, często uzupełnianego nieoficjalnym określeniem zawodu lub miejscowości, natomiast regularne nazwiska były przyjęte tylko w niektórych miastach, na przykład w Pradze. Patent wymagał, żeby każdy Żyd nosił w przyszłości dwa niezmienne miana, imię i nazwisko, przy czym imiona miały być wybierane z podanej listy, zawierającej wyłącznie imiona niemieckie (dekret dworski z 17 listopada 1787). Kwestię, czy przy ustalaniu nazwiska można uwzględniać prywatne widzimisię, rozstrzygano lokalnie bardzo różnie, często z dużą dozą złośliwości. Na wzór tej reformy na początku XIX wieku podobne zarządzenia wydano na niemal całym niemieckim obszarze językowym.

4 Dokładniejsze dane na temat kariery braci Julii Löwy zebrał Anthony Northey w: Kafkas Mischpoche, Berlin 1988.

5 List do ojca (NSF2 146, 177, Ldo 51, 71).

6 Dzienniki, 24 października 1911 (T 101, Dz 86).

7 Zob. Ernst Pawel, Franz Kafka. Koszmar rozumu, przeł. Irena Stąpor, Warszawa 2003, s. 20.

8 Dzienniki, 2 maja 1913, 23 stycznia 1914 (T 558, 625, Dz 253, 269). "Marna pociecha matki", komentuje Kafka.

9 M. Brod, Franz Kafka, s. 15. Na temat konfliktu w rodzinie wokół działalności rolniczej Ottli Kafki zob. rozdział Die Arche Zürau, w: R. Stach, Kafka. Die Jahre der Erkenntnis, Frankfurt am Main 2008, s. 223 i nn. [polska edycja tego tomu biografii Kafki w przygotowaniu].

10 List do Maxa Broda, 20 września 1917 (B3 352). Do tej nietypowej dla niego oględnej wypowiedzi najwidoczniej popchnęła Kafkę zapowiedziana na ten sam dzień, oczekiwana z nader ambiwalentnymi odczuciami wizyta Felicji Bauer. Postulat społecznego dopasowania i rozsądnego trybu życia Julia i Felicja podnosiły czasem wobec niego unisono, co przez całe lata dostarczało paliwa konfliktom i spychało narzeczoną w trudne dla niej do zniesienia pobliże matki.

11 W roku narodzin Julii Löwy w Poděbradach żyło osiem żydowskich rodzin (50 osób). Dalsze rodziny mieszkały w okolicznych wioskach, które należały do "Bezirkshauptmannschaft Podiebrad". Pierwszą żydowskoniemiecką szkołę w Poděbradach otwarto, kiedy Julia miała szesnaście lat - dla niej za późno.

12 List do ojca (NSF2 176, Ldo 70).

13 Tamże (NSF2 175 i n., Ldo 70).

Interesy przynoszące straty

1 List do Felicji Bauer, 19-20 grudnia 1912 (B1 345, LdF1 179).

2 Przypuszczenie Julii Kafki, że jej synów Georga i Heinricha można było uratować, gdyby mąż zwolnił ją z obowiązków w sklepie, przekazała jej wnuczka Věra Saudková (informacja udzielona Hartmutowi Binderowi, zob. Kafka-Handbuch, t. 1, s. 146). Sam Kafka twierdził, że obaj jego bracia zmarli "z winy lekarzy", ale tego nie uzasadnił (list do Felicji Bauer, 19-20 grudnia 1912, B1 345, LdF1 179). Odra i zapalenie opon mózgowych były w tamtych czasach częstą przyczyną śmierci małych dzieci. Wyobrażenie o skali tego zjawiska dają publikowane przez miasto Wiedeń roczniki statystyczne. I tak na przykład w roku 1884 w Wiedniu zmarło łącznie 2194 dzieci w wieku od roku do pięciu lat, w tym 307 (= 14%) na zapalenie opon mózgowych i 206 (= 9,4%) na odrę. Śmiertelność w przypadku odry wynosiła w latach osiemdziesiątych 7-8%, to znaczy jedno na czternaścioro zarażonych małych dzieci padło ofiarą tej choroby.

3 Zob. Hugo Bergmann, Schulzeit und Studium, w: "Als Kafka mir entgegenkam...". Erinnerungen an Franz Kafka, red. Hans-Gerd Koch, wyd. poszerz. Berlin 2005, s. 25.

4 List do ojca (NSF2 173, Ldo 68). Pracowników i uczniów można było zwolnić tylko z końcem kwartału, okres wypowiedzenia wynosił sześć tygodni. W tym czasie nie wolno było obniżać im wynagrodzenia, również wtedy, gdy podwładny pobierał świadczenia na podstawie ubezpieczenia chorobowego.

5 List do ojca (NSF2 184, 152, Ldo 76, 55).

6 Jeszcze w roku 1911, kiedy Kafkowie od dawna byli hurtownikami, zdarzało się, że "biedna matka" (któż by inny?) tuż przed ultimo musiała chodzić do właściciela domu i prosić o prolongatę czynszu, a tymczasem jej mężowi robiło się niedobrze ze strachu. Zob. dziennik Kafki z 26 sierpnia 1911 (T 39, Dz 45) i z 24 grudnia 1911 (T 309 i n., Dz 155).

7 František X. Bašik, Als Lehrjunge in der Galanteriewarenhandlung Hermann Kafka, w: Franz Kafka, Brief an den Vater, red. H.-G. Koch, Berlin 2004, s. 69-130. Relacja Bašika jest częścią obszernego autobiograficznego manuskryptu powstałego na początku lat czterdziestych, a więc dopiero pół wieku po opisanych wydarzeniach. Ma gęstą atmosferę, zawiera jednak niedorzeczności i nierozwiązane sprzeczności - nieuniknione przy większym dystansie czasowym. Bašik określa na przykład swego pryncypała wbrew wszelkim świadectwom, jakie posiadamy, jako "człowieka spokojnego, niemal łagodnego" (może w porównaniu z innymi właścicielami sklepów, którzy mieli w zwyczaju policzkować uczniów), a jednocześnie jako wyzyskiwacza, który nie przepuścił okazji, żeby oszczędzić na personelu parę guldenów (s. 127, 110; na temat cholerycznych występów Hermanna Kafki w sklepie zob. m.in. R. Stach, Kafka. Die Jahre der Erkenntnis, s. 238). Bašik miał czasami wgląd w życie prywatne Kafków - do czego jeszcze wrócimy - a kiedy spisywał wspomnienia, nie wiedział, że syn pryncypała został wysoko cenionym pisarzem, mimo to jego manuskrypt ma szczególne znaczenie dla badań naukowych. Są to bowiem jedyne wspomnienia o bezpośrednim otoczeniu Kafki, na które nie miała wpływu jego późniejsza sława.