1
- Uciekajcie!
Nikt nie usłyszał, więc Kelubaj włożył palce do ust i wydał przeraźliwy gwizd. Jego krewni podnieśli głowy. Wskazał na ciemniejące niebo. Odwrócili wzrok we wskazanym kierunku.
- Kryjcie się!
Mężczyźni, kobiety i dzieci porzucili motyki i rozpierzchli się. Kelubaj musiał biec z najbardziej oddalonego skrawka pola faraona. Czarne, kłębiące się chmury przesuwały się z przerażającą szybkością, rzucając na ziemię zimny cień. Zagrzmiało, jak gdyby zza tych ciemności wielki lew Boga wydał swój ryk. Ludzie, zasłoniwszy głowy rękami, jeszcze przyspieszyli.
Rozbłysnął wystrzępiony snop światła, który uderzył w sam środek jęczmiennego pola. Z ziemi wystrzelił płomień i objął źdźbła dojrzewającego zboża. Kelubaj poczuł silne uderzenie w głowę. Potem jeszcze raz, i znowu, jak gdyby ktoś rzucił garść kamyków. Naraz powietrze stało się zimne - tak zimne, że oddech Kelubaja przybrał postać kłębów dymu. Jego płuca płonęły. Czy zdoła się ukryć, zanim dopadnie go któryś z tych ognistych gromów? Dotarł do swego domu z niewypalanej cegły, zamknął drzwi i oparł się o nie.
Łapiąc z trudem oddech, spojrzał na swoją żonę Azubę, siedzącą w kucki w rogu izby, na dwóch starszych synów skulonych obok niej. Trzeci synek krzyczał przytulony do piersi matki. Starsi chłopcy, Mesza i Maresza, stali z otwartymi szeroko oczyma, ale milczeli. Ich matka, pierwsza żona Kelubaja, nie wpadłaby tak szybko w histerię. Wobec śmierci - dając życie Mareszy - okazała więcej męstwa niż Azuba teraz wobec burzy.
Łzy płynęły po jej przerażonej twarzy.
- Co to za hałas, Kelubaju? Co się dzieje?
Jej głos stawał się coraz przenikliwszy, aż zaczęła krzyczeć głośniej niż niemowlę.
- Co się dzieje?!
Ścisnął ją mocno za barki i wstrząsnął.
- Spokój!
Pozwolił Azubie uwolnić się z jego rąk i przesunął dłonie na głowy synów.
- Bądźcie cicho - pocałował obydwu. - Ciiiii... Siedźcie spokojnie.
Przysunął całą rodzinę do siebie, zasłaniając ją swoim ciałem. Jego serce waliło niczym cep, jak gdyby chciało się wyrwać z więzienia z ciała i kości. Nigdy w życiu się tak nie bał, ale musiał być spokojny ze względu na swych bliskich. Zajął myśli uspokajaniem rodziny i dodawaniem jej odwagi.
- Ciiii...
- Abba - najstarszy syn, Mesza, przytulił się mocniej, jego ręce zacisnęły się na szacie Kelubaja. - Abba...
Gwałtowny łomot uderzył w dom, jakby tysiąc pięści uderzyło naraz. Azuba schyliła głowę, szukając schronienia w ramionach Kelubaja. Mesza przytulił się jeszcze mocniej. Przez okno wpadły białe kamyki. Kelubaj wyprostował się, zaciekawiony. Gdy żona i synowie zaprotestowali, posadził Meszę obok Azuby.
- Siedź spokojnie. Pilnuj Mareszy - Kelubaj nie mógł polegać na Azubie, jeśli chodziło o zajmowanie się starszymi chłopcami. Nie byli jej synami, jej własne ciało i krew będzie jej zawsze droższe.
- Dokąd idziesz?
- Chcę tylko zobaczyć.
- Kelubaju!
Podniósł rękę, nakazując żonie ciszę. Przesunął się przez izbę i sięgnął po jeden z kamyków - był twardy i zimny. Kelubaj badał go, przekręcając w dłoni - kamyk stał się śliski. Skonsternowany i zakłopotany włożył kamyk do ust. Zerknął na żonę i synów.
- Woda!
Podniósł jeszcze kilka kamyków, podał je Azubie i dzieciom.
- Spróbujcie.
Tylko Mesza się odważył.
- To woda. Woda twarda jak kamień!
Azuba, drżąc, wcisnęła się głębiej w kąt domu.
- Co to za czary?
Gdy nagłe światło rozbłysło za oknem, wrzasnęła. Chłopcy zaczęli histerycznie krzyczeć. Kelubaj złapał leżące na słomianych siennikach koce i przykrył nimi synów.
- Zostańcie.
- Nie wychodź, zginiesz!
Położył delikatnie rękę na ustach żony.
- Nie pogarszaj sprawy, kobieto. Niepotrzebnie zarażasz ich strachem - spojrzał wymownie w kierunku chłopców.
Nie odpowiedziała, jedynie szeroko otwarte oczy wyrażały strach. Przyciągnąwszy chłopców bliżej, ściślej przykryła siebie i ich kocami, zakrywając sobie nawet głowę.
Zwierzęta ryczały, wyły i tupały kopytami, próbując uciec. Kelubaj na szczęście przyprowadził swoje woły wcześniej do zagrody, inaczej uciekłyby z pozostałymi. Wstał, zbliżył się do okna i wyjrzał ostrożnie. Gryzący zapach unosił się w zimnym powietrzu, wśród obrazu zniszczenia. Pola lnu, który właśnie zaczynał kwitnąć, stały teraz w płomieniach. Miesiące ciężkiej pracy szły z dymem.
- To On, prawda? - powiedziała schowana w rogu izby Azuba.
- Tak.
To musi być ten sam Bóg, który zmienił Nil w rzekę krwi, zesłał plagę żab, potem komarów i much, następnie pomór zwierząt gospodarskich i wrzody, które dotknęły wszystkich poza Hebrajczykami z Goszen.
- Tak, to On.
- Mówisz, jakbyś się cieszył.
- Słyszałaś opowieści, które ja słyszałem. Przyjdzie wybawca.
- Nie dla nas.
- Czemu nie dla nas?
- O czym ty mówisz, Kelubaju?
- O czymś, co mój dziadek opowiedział mi, kiedy byłem chłopcem - wrócił i przykucnął przed nią i dziećmi. - Opowieść ta pochodzi od naszego przodka Jefunnego. Był on przyjacielem Judy, czwartego syna Jakuba, patriarchy dwunastu plemion - Kelubaj przypomniał sobie twarz dziadka w blasku ognia, z grymasem ponurej drwiny.
- Nie rozumiem. Nie mamy nic wspólnego z Hebrajczykami.
Wstał, odchodząc o krok.
- Teraz nie, ale niegdyś byliśmy spokrewnieni. Synowie Judy byli na wpół Kananejczykami. Mówiono, że dwóch z nich zostało porażonych przez tego Boga. Drugim z nich był Szela, jego imię pochodzi od Szelafela, kraju jego urodzenia, czyli Kanaanu. Jeszcze dwóch synów urodziła Judzie Tamar, także Kananejka. Potem Juda wrócił do namiotów swego ojca. A było to w czasie wielkiego głodu. Klęska dotknęła wszystkich, wszędzie oprócz Egiptu. A potem brat Judy, Józef, został rządcą Egiptu, poddanym jedynie faraonowi. Wyobraź sobie, niewolnik stał się pierwszym po faraonie. Na pewno była w tym ręka wielkiego i potężnego Boga.
Wyjrzał przez okno.
- Gdy przybyli tu Hebrajczycy, zostali przyjęci i otrzy-mali najlepsze ziemie: kraj Goszen. Jefunne był potomkiem Ezawa, stryja Judy, i był też przyjacielem Adullamitów. Zdobył zatem posłuch u Judy i zawarł przymierze, zapewniając w ten sposób byt naszej rodzinie. Tak staliśmy się niewolnikami, najpierw ich, orząc zie-mię i uprawiając zboża, aby Hebrajczycy mogli zająć się hodowlą swoich coraz liczniejszych trzód. Była to umowa ohydna, jednak niezbędna nam do przetrwania. Potem nastąpiły zmiany. Przyszli inni władcy. My nadal byliśmy niewolnikami, ale zostali nimi również Hebrajczycy, a z każdym rokiem jarzmo faraona stawało się dla nich coraz cięższe. Cięższe niż dla nas.
- Dlaczego?
Spojrzał na nią.
- Kto wie?
Zazdrość? Złośliwość? Raczej obawa, gdyż Hebrajczycy byli płodni i rozmnażali się. Niegdyś patriarcha i dwunastu synów, dziś liczono ich w setki tysięcy. Było tylu Żydów, ile gwiazd na niebie! Faraon prawdopodobnie obawiał się, że Hebrajczycy nabiorą w końcu dość rozsądku i odwagi, by połączyć się z wrogami Egiptu i wywalczyć sobie wolność. Mogliby nawet przejąć władzę w Egipcie. Zamiast tego jęczeli i narzekali, pracując i krzycząc do swego niewidzialnego Boga o ratunek, przez co stali się jedynie przedmiotem pogardy i szyderstw.
Jak dotąd.
Kelubaj popatrzył na ciemne, wzburzone niebo w za-dziwieniu. Nie mógł oglądać tego Boga, ale widział przejawy Jego mocy. Bogowie Egiptu byli wobec Niego niczym. W oddali było widać skąpany w słońcu kraj Goszen. Wydawało się, że ten Bóg wyznaczył granicę między Swoim ludem a wrogiem. Zaciskając wargi, Kelubaj patrzył na płomień trawiący jęczmienne pola. Zboże właśnie dojrzewało, żniwa były tak blisko. Teraz wszystko stracone.
Po tej nocy nastanie kolejny głód, a jego rodzina będzie cierpieć.
Chyba że...
Cienka nić - dalekie pokrewieństwo, może wystarczyć, aby wszystko zmienić.
Kelubaj wziął leżącą na oknie kulkę. Poobracał ją w dłoni i włożył do ust. Język czuł zimną i twardą powierzchnię kamyka, ale ten roztapiał się, ogrzewał, orzeźwiał. Miał słodki smak. Serce Kelubaja napełniało się szalejącym dookoła hałasem i wściekłością żywiołów. Radował się tym. Bóg Hebrajczyków mógł zmieniać wodę w krew, posyłać żaby, komary, muchy i choroby. Wiatr, woda, ogień i powietrze były Mu posłuszne. Oto Bóg, którego można czcić. Oto Bóg nie wyrzeźbiony ludzką ręką!
Wystawił dłonie za okno i złożył je, by nazbierać spadających z nieba kamyków. Twarde grudki uderzały boleśnie, ale trzymał ręce w bezruchu, aż garść się napełniła. Zawartość wrzucił do ust i żuł powoli lód.
Kelubaj zebrał swoich krewnych.
- Jeśli chcemy przetrwać, musimy iść do Goszen i żyć wśród Żydów.
- Żyć wśród ludu wzgardzonego przez faraona? Postradałeś zmysły, Kelubaju!
- Pszenica i orkisz wciąż rosną. Bogowie Egiptu ochronili je. Mamy więc jeszcze chociaż te uprawy.
Kelubaj pokręcił głową.
- Na jak długo?
- Bogowie toczą wojnę, Kelubaju. Lepiej nie wchodzić im w drogę.
- Co powiesz, ojcze?
Chesron milczał od początku rozmowy. Zmartwiony, podniósł głowę.
- Minęły pokolenia odkąd nasz przodek Jefunne przybył za Judą z Kanaanu. Hebrajczycy chyba zapomnieli, jak i dlaczego znaleźliśmy się tutaj.
- Przypomnimy im, że byliśmy kiedyś bliskimi przyjaciółmi Judy.
- Bliskimi? - Żachnął się Jerachmeel, najstarszy brat Kelubaja. - Przyjaciel przyjaciela?
- Ojcze, czy nie opowiadałeś nam kiedyś, że twój ojciec powiedział ci, jak ojciec jego ojca pojął Hebrajkę za żonę?
Ram nie omieszkał poprzeć starszego ze swych braci:
- A ile lat temu to się działo? Myślisz, że Hebrajczyków obchodzi to, że mamy jedną z ich kobiet wśród naszych przodków? A co za pożytek z kobiety? Jak brzmi imię jej ojca?
Kelubaj spojrzał z grymasem niezadowolenia.
- Zapomniałeś? Hebrajczycy przyszli do nas po słomę, gdy faraon przestał ją dostarczać.
- Słomę, której potrzebowaliśmy dla wołów.
Kelubaj spojrzał na Jerachmeela.
- Oddałem im wszystko, co miałem.
- To dlatego przychodzisz do mnie po paszę dla zwierząt?
- Tak, dlatego. A teraz, gdybyś tylko się rozejrzał dookoła, dostrzegłbyś, że zwierzęta nigdzie nie mają co jeść. Poza Goszen! Tam pastwiska są! - Kelubaj zwrócił się do ojca. - Ponadto handlowaliśmy ziarnem dla kóz. Na tych sojuszach możemy budować.
- Te sojusze ściągną na nas gniew faraona! - odrzekł niecierpliwie czerwony z gniewu Jerachmeel. - Co nas ochroni przed jego żołnierzami? Żadnych sojuszy! W tej wojnie musimy stać z boku!
- Jesteście ślepi? Bracia, rozejrzyjcie się - Kelubaj wskazał ręką na pola jęczmienia i lnu, zgniecione gradem, czarne od spalenizny - jesteśmy w środku pola bitwy!
- Faraon zwycięży!
Kelubaj uśmiechnął się smętnie.
- Faraon razem ze wszystkimi swoimi bogami nie był w stanie obronić Egiptu przed Bogiem Hebrajczyków. Rzeka krwi, żaby, komary, muchy, wrzody! Co jeszcze ześle Bóg Hebrajczyków? - Nachylił się do przodu. - Słyszeliśmy, że Hebrajczycy płaczem wzywają swego wybawcę. I ich wybawca przyszedł. Pozwólmy, by nas też wybawił.
- Mówisz o Mojżeszu?
- Mojżesz jest człowiekiem. Ale posłany przez Boga, mówi faraonowi to, co Bóg Hebrajczyków chce, żeby mówił. To Wszechmogący Bóg zniszczył wczoraj nasze pola i ten Bóg wybawi Swój lud.
- Nie - odrzekł Jerachmeel, patrząc ze zgrozą. - Nie, mówię. Nie!
Kelubaj powstrzymał wybuch złości spowodowanej głupotą brata - to nie przekonałoby ich ojca do opuszczenia tego miejsca zniszczeń. Rozłożył ręce i ściszył głos.
- A co, gdy pozostaniemy? Co się stanie, gdy faraon wraz z urzędnikami zgłodnieje i będzie potrzebował ziarna? Czy powie: "Moja głupota sprowadziła na kraj zniszczenie"? Nie, wyśle żołnierzy, aby zabierali, cokolwiek jeszcze pozostało. Ukradną wory mozolnie przesianego przez nas ziarna. Ale możemy je wziąć do Goszen jako dary. Całą pszenicę i orkisz.
- Dary?
- Tak, Ramie, dary. Musimy sprzymierzyć się z Żydami. Teraz.
Kelubaj poczuł na sobie wzrok ojca. Spojrzał w ojcowskie pełne zmartwienia oczy z wyrazem niezachwianej pewności.
- Jeśli chcemy przeżyć, ojcze, musimy działać teraz!
Jego ojciec popatrzył na pozostałych synów.
- Może Kelubaj ma rację.
Czerwoni ze złości zaczęli protestować, mówiąc jeden przez drugiego. Jednak nikt nie miał innego pomysłu na uratowanie się przed nadciągającą katastrofą.
- Jeśli faraon nienawidził Hebrajczyków już wcześniej, teraz znienawidzi ich jeszcze bardziej.
- Znów wyśle do Goszen żołnierzy.
- Czy chcesz, żeby władca Egiptu zwrócił swą nienawiść też na nas?
- Ojcze, lepiej się w to nie mieszać.
Kelubaj przez cały ranek nie był w stanie ich przekonać. Nie miał zamiaru tracić więcej czasu. Wstał.
- Róbcie, bracia, jak chcecie. Pozostańcie w swoich chatach. Mam nadzieję, że następna plaga, niezależnie od tego, jaka będzie, pozostawi wasze plony nietknięte. Ja zaś i dom mój będziemy w Goszen, zanim słońce zajdzie, zanim zostanie na nas zesłana następna plaga, gorsza niż ostatnia.
Bracia byli odmiennego zdania.
- Lepiej poczekać i zobaczyć, co nastąpi, niż być upartym głupcem.
Kelubaj spojrzał na braci piorunującym wzrokiem.
- Czekajcie sobie, w końcu wszyscy poginiecie!
Gdy Kelubaj wrócił na swoją ziemię, Azuba ładowała właśnie na zaprzężoną w woły furę lemiesze, sierpy i worki pozostałego jeszcze z zeszłorocznych żniw zboża. Stos na wozie stanowił całą majętność rodziny. Mesza miał doglądać niewielkiego stada kóz, dostarczającego im mleka i mięsa.
Kelubaj zauważył przywiązaną do burty wozu drewnianą skrzynkę.
- Co to jest? - zapytał żonę, choć sam wiedział aż za dobrze.
- Nie możemy zostawić naszych bóstw domowych.
Odwiązał pudło.
- Niczego się przez te kilka tygodni nie nauczyłaś?
Ignorując jej pisk, przepchnął pojemnik do ściany swej pustej chaty. Skrzynka pękła, z wnętrza wysypały się gliniane figurki, które spadły na ziemię. Przytrzymał Azubę za ramię, zanim zdążyła do nich podejść.
- Są bezużyteczne, kobieto! Gorzej niż bezużyteczne!
Wziął od Meszy rózgę i pogonił woły.
- W drogę. Jeśli dobrze pójdzie, dotrzemy do Goszen, nim noc zapadnie.
Inni również spieszyli do Goszen, wśród ludzi dźwigających swój majątek na plecach lub wiozących niewielkimi wózkami byli nawet Egipcjanie. Obok ubogich hebrajskich wiosek niczym osty wyrastały nędzne obozowiska. Kelubaj omijał je i wchodził do samych wsi, próbując dowiedzieć się o miejsce zamieszkania plemienia Judy. Obozowali osobno od innych.
Trzeciego dnia w jednej z wsi zbliżył się do stojących razem starszych mężczyzn, wiedząc, że prawdopodobnie stanowią oni starszyznę i są przywódcami. Niektórzy z nich zauważyli, że się zbliża i zaczęli go nerwowo obserwować.
- Jestem przyjacielem, chcę do was dołączyć.
- Przyjacielem? Nie znam cię - najstarszy zerknął na pozostałych. - Ktoś z was zna tego człowieka? - Głosy innych potwierdzające, że Kelubaj był dla nich obcy, zlały się w jeden gwar.
Kelubaj zbliżył się.
- Jesteśmy skoligaceni przez mojego przodka Jefunnego, przyjaciela Judy, syna Jakuba. Nasi ludzie przybyli za waszą rodziną z Kanaanu w czasie wielkiego głodu. Przez jakiś czas byliśmy waszymi sługami.
- Jak masz na imię?
- Kelubaj.
- Powiedział: Kaleb. Pies - kilku się uśmiechnęło, niezbyt przyjemnie.
Kelubaj poczuł napływające do twarzy gorąco.
- Kelubaj - powiedział powoli; jego wzrok przesuwał się po każdym ze stojących w kółku mężczyzn z wyrazem spokojnego wyjaśnienia.
- Kaleb - powiedział znowu ktoś, ktoś złośliwy i niewidoczny. A potem inny: - Bez wątpienia przyjaciel Egipcjan.
Kelubaj nie pozwolił, by obelgi lub jego własna zapalczywość wzięły górę nad rozsądkiem.
- Jestem waszym bratem.
- Szpiegiem.
Wydawało się, że celowo chcą go obrazić - ci ludzie, którzy całe swe życie byli niewolnikami.
Kelubaj wszedł do środka kręgu.
- Gdy faraon zaczął was uciskać, nasza rodzina nadal sprzedawała wam zboże w zamian za kozy. Kiedy faraon odmówił wam słomy na cegły, oddałem całą, jaką miałem. Tak szybko zapominacie tych, którzy wam pomogli?
- Trochę słomy nie czyni cię bratem.
Tych Hebrajczyków tak samo trudno było przekonać, jak jego własną rodzinę. Kelubaj uśmiechnął się niewesoło - już samo to mogło dowodzić pokrewieństwa.
- Jestem synem Abrahama, tak jak wy.
- To twierdzenie nadal wymaga udowodnienia.
Zwrócił się ku najstarszemu i skłonił głowę.
- Jestem potomkiem wnuka Abrahama, Ezawa, i najstarszego syna Ezawa, Elifaza.
Któryś żachnął się.
- Nie zadajemy się z pomiotem Ezawa.
- Patrzcie, jaką ma czerwoną twarz. Edom.
Kelubaj zaperzył się. Jak mogli dojść do takiej dumy z Izraela, naciągacza, który wyłudził od własnego brata prawo pierworództwa! Ale powstrzymał język, wiedząc, że kłótnia z tymi ludźmi nie przybliży go do celu. Poza tym, Izrael może i był oszustem, jednak Ezaw co najmniej nie wykazał się mądrością.
Ktoś się zaśmiał.
- Nic nie odpowiada!
Kelubaj odwrócił wolno głowę i utkwił wzrok w oczach tego mężczyzny. Tamten przestał się śmiać.
- Jesteśmy synami Izraela - tym razem starzec mówił tonem oznajmującym, nie obraźliwym.
Czy myśleli, że się wycofa?
- Jestem synem Abrahama, którego Bóg wezwał, by opuścił swoją ziemię i poszedł, dokądkolwiek Bóg go pośle.
- On mówi o Abrahamie, czy o sobie?
- Pies myśli, że jest lwem.
Kelubaj zacisnął zęby.
- Jak Abraham został wezwany, aby wyjść z Ur, tak my mamy wyjść z Egiptu. A może myślicie, że Mojżesz mówi od siebie, nie od Boga?
Kelubaj może nie był tak czystej krwi jak oni, ale jego pragnienie bycia policzonym w poczet ludu Bożego znacznie przewyższało niedostatek pochodzenia. Brało się z głębi serca i duszy. Czy ci mężczyźni mogli to powiedzieć o sobie, gdy jednego dnia bili pokłony uwielbienia, a następnego powstawali do buntu?
Starszy mężczyzna ocenił go wzrokiem tak wnikliwie, że Kelubajowi po plecach przeszły ciarki. W końcu tamten podał mu rękę.
- Siadaj. Powiedz nam więcej.
Kelubaj przyjął zaproszenie. Pozostali przyglądali mu się uważnie z zaciśniętymi ustami, dając do zrozumienia, że wysłuchanie nie oznaczało wotum zaufania. Musi ostrożnie dobierać słowa, aby nikogo nie urazić.
- Macie powody, by żywić podejrzenia wobec obcych. Za każdym razem gdy Pan, wasz Bóg, posyła swego proroka Mojżesza do faraona i nowa plaga uderza na Egipt, faraon coraz bardziej was nienawidzi.
- Mamy więcej kłopotów, odkąd Mojżesz wrócił z pustyni, niż wcześniej.
Zdziwiony, Kelubaj spojrzał na mówiącego.
- Słowa Mojżesza spełniają się. To dowód, że jest tym, kim mówi, że jest - posłańcem od Boga.
- Sprawia nam więcej kłopotów - naciskał Izraelita.
Kelubaj równie dobrze mógł mówić do swojego ojca i braci.
- Czy wasze zwierzęta nie przetrwały zarazy? Czy ktoś z was cierpiał na wrzody? Grad i ogień nie tknęły waszej ziemi. Bóg Abrahama chroni was.
- A ty chcesz tej ochrony dla siebie. Czy to nie dlatego przyszedłeś i próbujesz wkraść się w łaski naszego plemienia?
- To nie o waszą ochronę zabiegam - było jasne, że część ze starszych nie wierzyła w Boga, który walczył o ich zbawienie. - Macie tak samo mało mocy w sobie, co ja. - Kelubaj wciągnął powoli powietrze i skupił swą uwagę na starcu, który zaprosił go do kręgu. To był, przynajmniej, rozsądny człowiek. - Jestem niewolnikiem Egiptu. Całe życie pracowałem dla swoich ciemiężycieli i całe życie marzyłem o wolności. A potem usłyszałem, że Nil został zamieniony w krew. Poszedłem zobaczyć to na własne oczy, widziałem też żaby - tysiące żab wychodzących z rzeki do Teb. Potem miliony komarów i much! Widziałem, jak zaprzężone woły padały, gdyż moi sąsiedzi nie usłuchali ostrzeżenia i nie zamknęli zwierząt. Członkowie mojej rodziny dostali wrzodów tak samo jak Egipcjanie. A kilka dni temu z okien swej chaty widziałem, jak pola jęczmienia, które z mozołem uprawiałem przez wiele miesięcy, zostały zniszczone przez wodne kamienie i spalone przez ogniste włócznie uderzające z nieba.
Teraz przynajmniej, patrząc na Kelubaja, milczeli, choć niektórzy z nich bardzo nieprzyjaźnie.
- Wierzę Mojżeszowi. Każda plaga, która dotknęła ziemię Egiptu, osłabia władzę faraona i przybliża nas ku wolności. Bóg, który obiecał was wybawić, przybył, i pokazał, że ma moc wypełnić Swoje Słowo - spojrzał po kręgu starców. - Chcę - pokręcił głową. - Nie. Zamierzam być zaliczony w poczet Jego ludu.
Niektórzy zaczęli sarkać.
- Zamierzasz? Cóż za arogancja!
- Szczerość, nie arogancja.
- Po co ty w ogóle zabierasz czas radzie?
- Cokolwiek nas czeka, chcę być z wami ramię w ramię, a nie przeciw wam - odpowiedział Kelubaj.
Inni członkowie zgromadzenia pytali, w czym przeszkadza to, że ten Edomita wraz z rodziną rozłoży się obozem nieopodal. Setki innych ludzi, w tym nawet Egipcjanie, rozbiło swoje namioty wokół wioski. Jeszcze jedna rodzina z pewnością nie przeszkodzi, dopóki będzie miała własne zaopatrzenie. Poza tym tak wielkie mnóstwo ludzi może stanowić rodzaj ochrony, w razie gdyby faraon zdecydował się wysłać swoich żołnierzy. Rozmawiali między sobą, kłócili się, niepokoili, martwili.
Kelubaj usiadł i słuchał, mierząc wzrokiem ludzi, z którymi miał się sprzymierzyć. Myślał, że Hebrajczycy są inni. Okazało się, że przypominają Jerachmeela i jego młodszych braci, sprzeczających się o drobiazgi i szukających dziury w całym, zakładających i obawiających się zawsze najgorszego. Można było odnieść wrażenie, że życzyli sobie wręcz, aby Mojżesz nigdy nie został posłany do faraona z żądaniem wyzwolenia niewolników. Zdawać się mogło, że woleliby nadal wyrabiać cegły dla faraona niż zaryzykować choćby nadzieję na wolność!
A czy to nie potężny Bóg kierował wydarzeniami, które miały otworzyć drogę do zbawienia?
Starzec Zimri patrzył na Kelubaja nieprzeniknionym wzrokiem. Ten spojrzał mu w oczy i wytrzymał spojrzenie starca, chcąc, by poznał jego myśli.
Jestem tu, Zimri, ci ludzie mogą mnie ignorować, jednak ani oni, ani ty, nie wypędzicie mnie.
Po kilku godzinach mężczyźni zaczęli się rozchodzić, nie podjąwszy żadnej decyzji. Bóg był na ich ustach, ale w oczywisty sposób nie wierzyli znakom ani samemu wybawcy. Gdy Kelubaj wstał, ujrzał czekającego na niego w cieniu między dwiema chatami Meszę. Uśmiechnął się i ruszył w kierunku syna.
- Kaleb!
Kelubajowi włosy zjeżyły się na głowie. Odwrócił się i stanął przed trzema mężczyznami, o których wiedział już, że są jego wrogami. Pamiętał ich imiona: Tobiasz, Jakim i Nefeg. Zawsze to rozsądnie poznać tożsamość nieprzyjaciół. Jakim wskazał ręką na Kelubaja:
- Nie należysz do naszego ludu, nie mówiąc już o starszyźnie.
- Przyszedłem z pewną prośbą.
- Twoja prośba została odrzucona - teraz, gdy pozostali starcy się rozeszli, ci trzej mówili wręcz zuchwale.
- Poczekam, co powie cała rada. - Nie, żeby dla Kelubaja robiło to jakąkolwiek różnicę. Miał zamiar pozostać, czy im się to podobało, czy nie.
- Mówimy ci, Kalebie, żebyś pozostał poza granicami naszej wioski, jeśli nie chcesz, by coś ci się przytrafiło. Nie chcemy obcych wśród nas.
To powiedziawszy, odeszli.
- Nazwali cię psem, ojcze!
Tak, zaliczyli go do tych nędznych zwierząt, żyjących na opłotkach osiedli, żywiących się resztkami ze śmietników. Widział wstyd w oczach syna, zażenowanie, z którego rodziła się złość. Bardziej kłuło niewypowiedziane pytanie, które Kelubaj widział w oczach Meszy: "Czemuś na to pozwolił?".
- Nie znają mnie jeszcze, synu.
- Obrażają cię - głos Meszy drżał młodzieńczym gniewem.
- Mężczyzna, który poddaje się złości, może spalić własny dom - Kelubaj umiał przełknąć urazę, jeśli stawką było przetrwanie rodziny.
Mesza zwiesił głowę, ale Kelubaj zdążył jeszcze zauważyć napływające do jego oczu łzy. Czy syn ocenił go jako tchórza? Z czasem pozna prawdę.
- Mądry człowiek jest ostrożny z wszczynaniem bitew - Kelubaj objął Meszę ramieniem i skierowali się ku swemu obozowisku na skraju wsi - jeśli zwą mnie Kaleb, niech tak będzie. Uczynię to imię imieniem honoru i odwagi.