Kaligula. Korzenie szaleństwa u władzy - Stephen Dando-Collins


Reflow text when sidebars are open.
Syn legionów
Przerażony chłopiec, który za kilka dni miał obchodzić drugie urodziny, tulił się do ciężarnej matki, patrząc na gęstniejący wokół nich tłum zbuntowanych żołnierzy. Był późny sierpień 14 roku naszej ery. Opisywane wydarzenia rozgrywały się w letnim obozie warownym czterech legionów, czyli pułków armii rzymskiej, nad Dolnym Renem. Obóz leżał rzut kamieniem od stosunkowo nowej osady - wówczas znanej jako Oppidum Ubiorum, a dziś jako Kolonia - zajmującej niewielką owalną wyspę niedaleko zachodniego brzegu rzeki. Przez pięćdziesiąt dwa lata od swego powstania była siedzibą germańskiego plemienia Ubiów, które rzymski dowódca Marek Wipsaniusz Agrypa nakłonił do przeniesienia się ze wschodniego brzegu Renu na zachodni i przyłączenia się do imperium rzymskiego.
Tego letniego dnia naczelny dowódca wszystkich ośmiu legionów rzymskich stacjonujących nad Renem przebywał poza obozem. Nazywał się Germanik Juliusz Cezar, miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat i należał do rodziny cesarskiej. Był prawnukiem siostry Oktawiana Augusta, pierwszego cesarza Rzymu, a zarazem bratankiem i przybranym synem jego następcy Tyberiusza. Germanik był też ojcem dziecka, które w nadreńskiej kwaterze otoczył tłum wzburzonych żołnierzy. Chłopczyk nosił imię Gajusz Juliusz Cezar Germanik, a ponieważ ubierano go w czerwoną tunikę wzorowaną na żołnierskim stroju oraz sandały wykonane przez legionowych rzemieślników, zyskał pieszczotliwy przydomek Kaligula, czyli Ciżemka*. Jak wspomina Seneka, który poznał Kaligulę już jako dorosłego mężczyznę, uroczy maluch stał się ulubieńcem żołnierzy, którzy traktowali go jak maskotkę i talizman przynoszący szczęście1.
Przystojny, wysportowany i charyzmatyczny ojciec Kaliguli cieszył się niezwykłym mirem wśród Rzymian. U Swetoniusza można przeczytać, że "według zdania większości historyków, ilekroć dokądkolwiek przybywał lub skądkolwiek wyjeżdżał, witały go lub żegnały tłumy. Z tego powodu niejednokrotnie omal nie stracił życia"2. W istocie to właśnie popularność mężczyzny sprawiła, że protest w obozie pod Kolonią nabrał niebezpiecznego wymiaru i mógł przerodzić się z wybuchu niezadowolenia w wojskowy zamach stanu. Z drugiej jednak strony sympatia, jaką cieszył się jego synek, pozwoliła Germanikowi odzyskać kontrolę nad zbuntowanymi legionistami.
Kilka dni wcześniej do legionów stacjonujących nad Renem dotarła wieść, że po czterdziestu pięciu latach panowania zmarł w Rzymie cesarz August. Zapewnił on imperium dekady ładu i bezpieczeństwa po latach wojen domowych zapoczątkowanych przez Juliusza Cezara. Gdy zabrakło trwałego fundamentu, armia - zarówno na Bałkanach, jak i nad Renem - szybko zaczęła chwiać się w posadach niczym dom wzniesiony na piasku. W szeregach armii dolnoreńskiej niepewność błyskawicznie przerodziła się w bunt.
Germanik przebywał wówczas w pobliskiej Galii, gdzie nadzorował doroczny pobór podatków. Jego dwaj najstarsi synowie, którzy nie weszli jeszcze w wiek nastoletni, pozostali w Rzymie i mieszkali na Palatynie, w rezydencji ojca, wraz ze swoją babką Antonią, najmłodszą córką Marka Antoniusza. Tam pobierali nauki razem z innymi dziećmi z rodziny cesarskiej. W maju August odesłał Kaligulę z Rzymu do matki, Agrypiny Starszej, pod opieką kilkuosobowej świty, w tym lekarza, którego polecił kobiecie zatrzymać przy sobie na wypadek, gdyby okazał się potrzebny.
Swetoniusz pisze, że Kaligula w dzieciństwie cierpiał na epilepsję, dlatego część współczesnych historyków przypuszcza, że to właśnie z tego powodu August chciał, by chłopcu w podróży towarzyszył lekarz. Epilepsja u małych dzieci ujawnia się jednak zazwyczaj dopiero około trzeciego roku życia, tymczasem w tamtym czasie Kaligula miał zaledwie dwadzieścia jeden miesięcy. Obecność lekarza należy więc raczej tłumaczyć zwykłą ostrożnością3.
Gdy Germanik dowiedział się o śmierci Augusta, nie od razu udał się w drogę powrotną z Galii do Kolonii. Przebywał wówczas na ziemiach plemion belgijskich - obejmujących mniej więcej teren dzisiejszej Belgii - gdzie nakazał miejscowym wodzom złożyć przysięgę wierności Tyberiuszowi jako następcy rzymskiego tronu, po czym kontynuował pobór podatków. Dopiero gdy dotarły do niego wieści o buncie legionistów, przerwał misję i pośpiesznie wrócił nad Ren.
Okazało się, że bunt rozpoczął się w szeregach V Legionu Alaudae i XXI Legionu Rapax, których żołnierzy werbowano spośród obywateli rzymskich w Hiszpanii i Syrii. Jako pierwsi przeciw władzy oficerów wystąpili świeżo wcieleni rekruci, niedawno przysłani z Rzymu przez Augusta, aby uzupełnić stany osobowe jednostek. Do legionów powoływano zwykle poborowych, zawsze jednak obywateli rzymskich. Bunt w Kolonii podsycali natomiast dawni niewolnicy - wyzwoleńcy - którym obiecano obywatelstwo w zamian za dwadzieścia lat dobrze wynagradzanej służby w legionach, w czasie gdy sytuacja na granicy nad Renem pozostawała niespokojna. Na wieść o śmierci cesarza nowi poborowi zaczęli domagać się skrócenia czasu służby, podwyższenia żołdu oraz ukarania centurionów, którzy często byli okrutni. Niezadowolenie szybko udzieliło się weteranom obu legionów, a następnie objęło także pozostałe oddziały w obozie pod Kolonią: I Legion i XX Legion Valeria Victrix4.
Przeciwko znienawidzonym centurionom zwrócili się ich właśni podkomendni, którzy brutalnie bili swoich dowódców, po czym spychali ich z wysokich murów obozu albo wrzucali do Renu. Jeden z zaatakowanych oficerów uciekł do Aulusa Cecyny, głównodowodzącego armii dolnoreńskiej, by błagać go o pomoc. Gdy żołnierze otoczyli ich z dobytymi mieczami, Cecyna - z obawy o własne życie - pozwolił im odciągnąć nieszczęsnego centuriona. Gdy porywczy młody trybun zorientował się, że generał znalazł się w opałach, utorował sobie drogę przez tłum i wyprowadził dowódcę w bezpieczne miejsce. Tym trybunem był Kasjusz Cherea. Warto zapamiętać to imię, Cherei przyjdzie bowiem odegrać pierwszoplanową rolę w życiu - i śmierci - Kaliguli.
Przez kilka dni szeregowi żołnierze sami sprawowali kontrolę nad obozem: wystawiali warty i ustalali hasła, podczas gdy bezsilni oficerowie siedzieli w namiotach z wyprawionej skóry wraz z żoną i synem Germanika. W końcu naczelny dowódca powrócił z Galii, aby zażegnać kryzys.
- Germanik Cezar powrócił! - rozległ się okrzyk i setki żołnierzy wyległy przez główną bramę obozu, by powitać swojego wodza.
Wyszli mu naprzeciw z mieczami w pochwach, wyraźnie zakłopotani. Gdy Germanik w otoczeniu niewielkiej świty adiutantów wkroczył przez otwarte drewniane wrota w obręb szańców, zobaczył tysiące żołnierzy gromadzących się na głównej ulicy obozu. Zamiast powitać go przyjaznym okrzykiem, większość milczała albo szeptała między sobą. Weteran z ponad trzydziestoletnim stażem na służbie podbiegł do Germanika i chwycił go za dłoń. Nie ucałował jej jednak, jak nakazywał obyczaj, lecz włożył palce wodza do swoich ust.
- Dotknij moich bezzębnych szczęk, Cezarze! - błagał żołnierz. - Daj mi odejść ze służby!
- Spójrz na moje członki, Cezarze! - zawołał inny stary legionista. - Są powykrzywiane ze starości. Na co się jeszcze przydam armii?
Żołnierze, ośmieleni zuchwałością weteranów, zaczęli tłoczyć się wokół Germanika, a wielu z nich podniesionym głosem wykrzykiwało swoje żądania.
- Uformujcie się w kohorty, towarzysze, abym mógł do was przemówić! - zawołał na to Germanik.
- Tak lepiej będziemy cię słyszeli! - padła butna odpowiedź, a wielu żołnierzy ostentacyjnie skrzyżowało ręce na piersi.
Germanik odwrócił się do swojego osobistego trębacza stojącego w świcie za nim i kazał mu dać sygnał do wyprowadzenia sztandarów5.
Trębacz uniósł do ust długi, smukły, zakrzywiony instrument, a po chwili rozległ się donośny sygnał. Na ten znak chorążowie kohort i legionów posłusznie pobiegli do obozowych kaplic po insygnia swoich oddziałów, po czym przynieśli je na plac główny. Na rozkaz wodza trębacz ponownie zadął w instrument - tym razem był to sygnał do zbiórki. Dwadzieścia tysięcy legionistów ustawiło się w kohortach, czyli batalionach liczących po czterysta osiemdziesiąt osób, choć wielu uczyniło to z wyraźną niechęcią.
Germanik wszedł na podwyższenie zwane trybunałem. Choć należał do rodziny panującej, łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi każdego stanu - potrafił z nimi rozmawiać i żartować, czym wzbudzał powszechną sympatię. Tego dnia jednak słuchacze nie byli mu przychylni. Zebrane oddziały milczały, gdy oznajmił, że jego przybrany ojciec Tyberiusz będzie odtąd ich władcą, a cesarstwo znajdzie się w dobrych rękach. Następnie poruszył sprawę buntu.
- Towarzysze - rzekł, wodząc po nich wzrokiem - gdzie się podziała żołnierska skromność, gdzie dawnej dyscypliny sława? Dokąd trybunów, dokąd setników żeście wygnali?**6
W odpowiedzi żołnierze zaczęli wykrzykiwać skargi na okrucieństwo i chciwość dowódców, a niektórzy odsłaniali plecy, by pokazać pręgi po chłostach. Wielu narzekało na nadmiar obowiązków i marny żołd. Sędziwi weterani błagali, by pozwolono im odejść ze służby, zanim umrą pod bronią, oraz wypłacono odprawy obiecane przez Augusta. Wkrótce wszystkie te głosy zlały się w ogłuszający zgiełk, lecz pośród skarg Germanik dosłyszał coś, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło. Ludzie nie występowali przeciw niemu; sprzeciwiali się systemowi, który zmuszał ich do pozostawania w służbie długo, choć już od dawna - ich zdaniem - należał im się odpoczynek. Sprzeciwiali się temu, co postrzegali jako bezduszną władzę odpowiedzialną za ten stan rzeczy. Byli przekonani, że Germanik, słynący z dobroci, jest przywódcą innego pokroju.
- Jeśli pragniesz władzy cesarskiej, Cezarze - zawołał ktoś z tłumu - damy ci ją!
Odpowiedziały mu gromkie wiwaty, a skargi wkrótce utonęły w gorączkowych apelach, by Germanik obwołał się cesarzem, oraz w deklaracjach, że legiony bez wahania poprą jego roszczenia do tronu. Tyberiusza mało kto bowiem lubił. Germanik nie chciał słuchać tak jawnie buntowniczych słów, lecz został zakrzyczany. Gwałtownie zeskoczył z trybunału i próbował odejść, ale żołnierze wystąpili z szeregów i naparli na niego, a niektórzy groźnie zwrócili ku niemu broń.
- Wolałbym umrzeć, niż wyzbyć się wierności memu ojcu - oświadczył Germanik, który miał na myśli Tyberiusza. Dobywszy miecza, zrobił gest, jakby chciał wbić go sobie w pierś.
- Nie, Cezarze! - zawołali żołnierze, którzy chwycili go za ramię i powstrzymali cios dokładnie tak, jak przewidział młody generał.
Część legionistów uznała jednak ten gest za blef i zaczęła prowokować Germanika, by spełnił swoją groźbę. Niejaki Kaluzydiusz podał dowódcy własną broń.
- Proszę, użyj mojego miecza, Cezarze - powiedział, zapewne z drwiącym uśmiechem. - Jest ostrzejszy niż twój7.
Ludzie ze sztabu Germanika otoczyli go i pospiesznie zaprowadzili do namiotu dowództwa, gdzie czekali na niego syn oraz żona Agrypina - elegancka dwudziestoośmioletnia potomkini królewskiego rodu. Była ona córką zmarłego generała Marka Agrypy, zaufanego człowieka cesarza Augusta, i Julii, córki Augusta - a zatem kuzynką Germanika.
Dziadkiem Germanika był Marek Antoniusz, rywal Augusta pokonany przez niego w krwawej walce o władzę nad Rzymem. Małżeństwo Agrypiny i Germanika połączyło więc kilka wielkich rodów rzymskich, dotąd zwaśnionych. Nie brakowało w nim jednak miłości: Germanik i Agrypina byli sobie bezgranicznie oddani, co nie uszło uwadze Rzymian. Gdziekolwiek małżonkowie pokazywali się publicznie, witano ich z entuzjazmem; dla współczesnych byli oni kimś w rodzaju Johna F. Kennedy'ego i Jackie Kennedy albo księcia Harry'ego i Meghan Markle.
W namiocie Germanik odbył naradę z dowódcą armii dolnoreńskiej oraz czterema generałami stojącymi na czele legionów stacjonujących w Kolonii. Wspólnie analizowali sytuację i zastanawiali się, jak najskuteczniej zażegnać kryzys. Najbardziej niepokoiło Germanika to, że gdy tylko wojownicze plemiona germańskie po wschodniej stronie Renu dowiedzą się o buncie legionistów, przeprawią się przez rzekę i najadą rzymską Galię, pozbawioną należytej obrony. W czasie narady nadeszła wiadomość, że przywódcy buntu wysłali posłańców do czterech legionów armii Górnego Renu, stacjonujących w Mogontiacum (dzisiejszej Moguncji), i wezwali je, by przyłączyły się do wojsk znad Dolnego Renu, splądrowały Kolonię, a potem złupiły całą Galię.
Aby zdusić bunt w zarodku, Germanik wystosował do żołnierzy list. Zdawał sobie sprawę, że wiele ich skarg było uzasadnionych. Starsi legioniści wstępowali do służby na szesnaście lat, lecz osiem lat wcześniej August wydłużył ten okres do dwóch dekad. Teraz Germanik jednym rozkazem przywrócił szesnastoletni czas służby. Tych, którzy służyli ponad dwadzieścia lat, natychmiast przeniesiono w stan spoczynku. Żołnierzy mających za sobą szesnaście lat służby zwalniano pod warunkiem, że w razie potrzeby stawią się ponownie jako evocati - członkowie rzymskiej rezerwy wspierającej regularne wojsko w sytuacjach nadzwyczajnych, a więc formacji przypominającej współczesną Gwardię Narodową.
Germanik zgodził się także wypłacić obiecane odprawy, które pokrył z własnych środków oraz z pieniędzy swoich generałów. Następnie pospiesznie udał się w górę rzeki do legionów stacjonujących w Mogontiacum, w bazie założonej przez jego ojca - Druzusa Starszego. Druzus zmarł w tej okolicy, o czym przypominała kamienna wieża wzniesiona ku jego czci. Tam Germanik ogłosił te same decyzje, które podjął wobec armii dolnoreńskiej.
Wydawało się, że bunt został zażegnany i mały Kaligula mógł w spokoju obchodzić drugie urodziny u boku rodziców. Po kilku tygodniach jednak sytuacja znów wymknęła się spod kontroli. Z Rzymu przybyła delegacja senatorów na naradę z Germanikiem, a po obozie lotem błyskawicy rozeszła się pogłoska, że zamierzają oni unieważnić jego ustępstwa - co istotnie uczynili. Legioniści ponownie się zbuntowali. Senator stojący na czele poselstwa nie zginął z rąk rozwścieczonego tłumu tylko dlatego, że osłonił go aquilifer - chorąży niosący insygnia I Legionu. Germanik odesłał senatorów do Rzymu pod eskortą konnicy pomocniczej, która nie przyłączyła się do buntu. Żołnierze oddziałów posiłkowych nie byli obywatelami rzymskimi; obywatelstwo otrzymywali dopiero po dwudziestu pięciu latach służby.
Obóz, z którego wyjechali senatorowie, ponownie pogrążył się w chaosie. Oficerowie Germanika zaczęli go obwiniać, że popełnił błąd, kiedy zgodził się na ustępstwa wobec buntowników. Sytuacja - mówili - wymknęła się spod kontroli. Jeden z generałów zwrócił się do Germanika w obecności jego żony i dziecka:
- Możesz nie dbać o własne życie, Cezarze. Ale dlaczego narażać małego syna i brzemienną żonę i trzymać ich wśród szaleńców, którzy podeptali wszelkie prawa ludzkie? Przynajmniej ich odeślij w bezpieczne miejsce.
- Nie! - oświadczyła lojalna żona Germanika Agrypina, która nie była potulną kobietą. Jej dziadek August przed laty chwalił ją za bystrość, lecz napominał, by wyzbyła się wyniosłego, afektowanego sposobu mówienia i pisania. Gdy Germanik próbował nakłonić ją do wyjazdu, stanowczo i dumnie pokręciła głową. - Jestem potomkinią Augusta - powiedziała - i dobrze wiem, jak postąpić w obliczu niebezpieczeństwa!8
Upór żony, by trwać u jego boku, wzruszył Germanika do łez. Mężczyzna zrozumiał jednak, że jego podkomendny ma rację i trzeba odesłać rodzinę w bezpieczniejsze miejsce. Objąwszy Agrypinę, powiedział jej, że ona i Kaligula muszą natychmiast opuścić obóz wraz z żonami pozostałych dowódców. Wysyłał ją do Augusta Treverorum (dzisiejszego Trewiru), stolicy plemienia Trewerów - sprzymierzeńców Rzymu, którzy tworzyli jedną z najlepszych formacji kawaleryjskich w armii cesarskiej. Widok był przejmujący: Agrypina wychodziła przez bramę bez eskorty, trzymając na rękach maleńkiego syna, a za nią podążały pozostałe żony senatorów; wiele z nich zawodziło z rozpaczy.
Zbuntowani żołnierze zaczęli wychodzić z namiotów, by zobaczyć, co się dzieje. Ich ciekawość przerodziła się w gniew, gdy okazało się, że Agrypinie i Kaliguli kazano wyjechać - i to do Trewerów, do obcych! Wielu z nich wierzyło ponadto, że Kaligula urodził się właśnie w ich obozie, przez co czuło z nim szczególną więź. Później miejsce jego narodzin stało się przedmiotem sporów, lecz większość autorów uważa, że przyszedł na świat w Ancjum, na zachodnim wybrzeżu Italii. Swetoniusz podaje, że sam Kaligula uważał Ancjum za miejsce swego urodzenia9.
Gdy jedni żołnierze pobiegli zagrodzić drogę Agrypinie, inni udali się do namiotu Germanika, by wyrazić swój sprzeciw. Tam Germanik, otoczony rozgorączkowanym tłumem, zgromił wojsko, któremu przypomniał o wcześniejszych zwycięstwach odniesionych pod jego osobistym dowództwem - między innymi o dokonaniach XX Legionu Valeria Victrix podczas wojny w Panonii. Następnie bardzo umiejętnie zagrał na ambicji żołnierzy. Dwa lata wcześniej rzymski dowódca Publiusz Kwinktyliusz Warus poprowadził swoje trzy legiony na zgubę w germańskiej zasadzce w Lesie Teutoburskim, na wschód od Renu. Po tej katastrofie, która przeszła do historii jako "klęska Warusa", August zakazał swoim wojskom działań poza granicą Renu. Dumnych rzymskich żołnierzy bardzo to drażniło - wojownicy rwali się, by pomścić towarzyszy z wybitych w pień legionów, a Germanik dobrze o tym wiedział. Teraz oznajmił buntownikom: sprzymierzeni z Rzymem Belgowie zaproponowali, że wkroczą do Germanii w imieniu Rzymu i ukarzą plemiona odpowiedzialne za klęskę Warusa.
Gdy żołnierze - zgodnie z przewidywaniami - gromko zaprotestowali przeciw temu pomysłowi, Germanik wezwał ich, by odnowili przysięgę wierności, usunęli przywódców buntu i ruszyli za nim na wyprawę przeciw Germanom, aby pomścić poległych towarzyszy. Zwykle legiony rzymskie prowadziły kampanie wojenne od marca do października, lecz przez ostatnie dwa sezony oddziały nad Renem głównie kopały szańce i wykonywały ciężkie prace obozowe. Popadały przez to w nudę i biedę, podczas gdy wojska na innych rubieżach zajmowały się zabijaniem i łupieniem. Apel Germanika odniósł zamierzony skutek, rozbudził bowiem w żołnierzach zapał.
- Ukarz winnych, Cezarze, a nam, którzy zbłądziliśmy, przebacz - rozległ się okrzyk. - I prowadź nas przeciw wrogowi!
- Każ wrócić swojej żonie - wołali inni - i niech dziecię legionów znów będzie z nami. Nie oddawaj ich Galom niczym zakładników!
Germanik podniósł rękę i oznajmił: nadchodząca zima, a także potrzeba zapewnienia żonie w połogu opieki doświadczonych położnych sprawiają, że Agrypina musi udać się do Augusta Treverorum. Mały syn dowódcy wróci jednak do obozu.
- Resztę zaś sami załatwcie - dodał10.
Ustępstwo, w ramach którego Germanik zręcznie wykorzystał małego Kaligulę jako kartę przetargową, wywołało entuzjazm wśród zgromadzonych żołnierzy. Natychmiast zwrócili się oni przeciw przywódcom buntu. Ci sami ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej karnie słuchali prowodyrów rebelii, zakuli ich w łańcuchy i zawlekli przed dowódcę I Legionu, aby ich osądził. Starszy trybun wprowadzał każdego z obwinionych na mównicę, przed którą stali żołnierze z dobytymi mieczami.
- Winny czy niewinny? - wołał trybun.
Gdy tłum wykrzykiwał "winny!", nieszczęśnik spychany był z podestu ku żołnierzom, ci zaś skwapliwie rąbali go mieczami. W ten sposób oddziały Germanika same rozprawiły się z buntownikami w swoich szeregach i położyły kres niepokojom. "[I] rad był mordom żołnierz, jakby się sam rozgrzeszał" - pisze rzymski historyk Tacyt11.
Teraz jednak Germanik musiał dotrzymać danego słowa i poprowadzić legiony na wyprawę na wschód od Renu - wbrew wyraźnemu rozkazowi zmarłego cesarza i bez zgody rzymskiego senatu.
Dalsza część w wersji pełnej
* Tak na przykład u Tacyta; gdzie indziej Sandałek, Bucik. (Wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczki).
** Dialogi, choć opatrzone przypisem, są stylizacją.
Gdy moja biografia trzeciego cesarza starożytnego Rzymu - a zarazem czterdziesta pierwsza książka mojego autorstwa - po raz pierwszy ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2019 roku, w gazecie "Chicago Tribune" napisano, że Caligula, the Mad Emperor of Rome to dzieło wyjątkowo na czasie. Donald J. Trump pełnił bowiem wówczas urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, a w końcowym rozdziale mojej książki omawiam analogie między nim a Kaligulą, wskazywane przez komentatorów w Ameryce i na całym świecie.
Z okazji polskiego wydania książki - które dołącza do edycji angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej - wydawcy zwrócili się do mnie z prośbą o napisanie przedmowy, która pozwoliłaby doprecyzować sens tych analogii teraz, gdy Donald Trump ponownie został lokatorem Białego Domu. Czy jego druga kadencja sprawiła, że takie porównania straciły rację bytu, czy przeciwnie - stały się jeszcze bardziej przekonujące? I czy w ogóle warto ich dokonywać?
W 2021 roku, kiedy pandemia COVID-19 rozszalała się po świecie, otrzymałem pocztą niewielką przesyłkę. Otworzyłem ją z pewną ostrożnością. W środku był egzemplarz mojej książki o Kaliguli. Dołączony liścik napisał osiemdziesięciojednoletni dżentelmen z Karoliny Północnej, deklarujący, że lubi moje książki i ma ich trochę na półce. Świeżo zakupiony egzemplarz biografii Kaliguli jednak postanowił odesłać. Dlaczego? Bo jego zdaniem nie godzi się krytykować urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Uświadomiło mi to dobitnie, jaki stosunek ma wielu Amerykanów do instytucji prezydentury USA, liczącej obecnie dwieście trzydzieści siedem lat. Jak wskazuję w mojej książce, Stany Zjednoczone należą do nielicznych państw, w których jedna osoba sprawuje zarazem funkcję głowy państwa i szefa rządu, a cała władza skupia się w jej rękach - podobnie jak niegdyś w rękach cesarzy rzymskich. W większości współczesnych państw role te są rozdzielone między monarchę lub prezydenta a premiera. Przy swoim jednoosobowym modelu sprawowania władzy Ameryka znajduje się w jednym szeregu z takimi państwami jak Arabia Saudyjska i Brunei, rządzonymi przez monarchów. Nieprzypadkowo amerykańską prezydenturę określa się mianem monarchii elekcyjnej.
Być może skupienie władzy w rękach jednej osoby sprawiło, iż niektórzy Amerykanie uznali, że z chwilą objęcia urzędu prezydent zyskuje status niemal sakralny, a przez to stoi ponad krytyką. Podobny stosunek czci wobec przywódcy państwa istniał w czasach rzymskiego cesarza Kaliguli. Czytelnik będzie miał okazję przekonać się, że kult ten w dużej mierze przeniósł się na Kaligulę z jego ojca, uwielbianego wodza Germanika Cezara, niedoszłego następcy tronu cesarza Tyberiusza, zamordowanego, zanim ukończył czterdziesty rok życia.
Wielkie nadzieje, jakie lud rzymski wiązał z rodem ubóstwianego generała, przeniosły się także na bezpośrednich następców Kaliguli - najpierw na brata Germanika, Klaudiusza, a potem na Nerona, wnuka Germanika. Świadomy tego Neron skrupulatnie eliminował pozostałych członków rodziny, których z Germanikiem łączyły więzy krwi, aby pozbyć się rywali do tronu. Niestety, jak ostrzegał go jego główny sekretarz, filozof Seneka, własnego następcy nie da się uśmiercić - zawsze bowiem znajdzie się ktoś, kto po nas nastąpi.
Pewna amerykańska recenzentka napisała w internecie, że moja książka o Kaliguli podobała jej się aż do ostatniego rozdziału, w którym omawiam dokonywane przez innych porównania Donalda Trumpa z rzymskim cesarzem. Stwierdziła, że porównywanie współczesnych polityków z postaciami historycznymi jest nieuprawnione, a w biografiach nie ma miejsca na takie analogie. Grecki biograf Plutarch nie zgodziłby się z nią w tej kwestii - jego znakomite Żywoty równoległe z II wieku opierają się właśnie na porównywaniu postaci historycznych z różnych epok.
Co ciekawe, w czerwcu 2020 roku Biały Dom Trumpa posłużył się właśnie taką historyczną analogią. Ówczesna rzeczniczka prasowa Kayleigh McEnany porównała sposób sprawowania przywództwa przez prezydenta Trumpa ze stylem sir Winstona Churchilla, dawnego premiera Wielkiej Brytanii. Należy zaznaczyć, że było to porównanie pochlebne.
Powszechnie wiadomo, że Trump od dawna darzy podziwem Churchilla, którego popiersie stoi dziś w Gabinecie Owalnym. W przemówieniu z 1948 roku brytyjski idol amerykańskiego prezydenta, parafrazując słowa filozofa George'a Santayany z 1905 roku, stwierdził: "Ci, którzy nie uczą się z historii, są skazani na jej powtarzanie". Churchill uważał, że to, co jest teraz, należy porównywać z tym, co było, aby mieć kontrolę nad tym, co będzie.
W mojej ocenie analogie między Trumpem a Kaligulą, po które sięgają niektórzy komentatorzy, idą zbyt daleko i mają więcej wspólnego z hollywoodzkimi wyobrażeniami na temat rzymskiego cesarza niż z udokumentowanymi faktami historycznymi. Skrajnie różne są doświadczenia z dzieciństwa, które ukształtowały charakter Kaliguli i osobowość Donalda Trumpa. Również porównanie czteroletniego panowania Kaliguli z pierwszą czteroletnią kadencją Trumpa jako prezydenta Stanów Zjednoczonych ujawnia niewiele podobieństw - może poza skłonnością do obrażania się.
Druga kadencja Donalda Trumpa wyraźnie różni się jednak od pierwszej. Wiele działań, które podejmował w czasie pierwszej prezydentury, oraz nawyków, jakie wówczas przejawiał, zostało w dużej mierze zastąpionych znacznie bardziej agresywnym programem, który można określić mianem polityki represji.
Na gruncie krajowym polityka ta obejmuje występowanie na drogę sądową przeciwko domniemanym przeciwnikom oraz wysyłanie znacznych sił ICE i Gwardii Narodowej do amerykańskich miast sprzeciwiających się polityce imigracyjnej prezydenta. W wymiarze międzynarodowym trumpowska polityka represji zaczęła się od obłożenia amerykańskich sojuszników i partnerów handlowych cłami, które ostatecznie uznano za niezgodne z prawem - miała to być kara za sprzeciw wobec woli amerykańskiego prezydenta i za czerpanie korzyści z handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Potem nastąpiło uprowadzenie prezydenta jednego z państw Ameryki Południowej, który przeciwstawił się Trumpowi, oraz nieprzychylne wypowiedzi pod adresem zwierzchnika Kościoła rzymskokatolickiego. Nie sposób pominąć także niesprowokowanej napaści Stanów Zjednoczonych na Iran, która doprowadziła do ogromnego światowego kryzysu energetycznego. Najwyraźniej u podstaw decyzji o ataku leżała długotrwała niechęć Trumpa do tego państwa, sięgająca jeszcze kryzysu zakładników w Iranie z lat 1979-1981.
Jeśli w ogóle można doszukiwać się analogii między Donaldem Trumpem a którymś z cesarzy rzymskich, należałoby wskazać Domicjana, który panował w latach 82-96, pół wieku po Kaliguli. Domicjan bez powodu zaatakował germańskie plemię Chattów, zerwawszy wcześniej traktat, jaki Chattowie zawarli z Rzymem. Choć podczas tej kampanii nie doszło do żadnej bitwy, nie przeszkodziło mu to wznieść w Rzymie łuku triumfalnego upamiętniającego jego "zwycięstwo".
Domicjan, podobnie jak amerykański prezydent, miał słabość do defilad wojskowych. W 2025 roku Trump urządził paradę w Waszyngtonie, aby uczcić własne urodziny. Domicjan zaś odbył triumfalny pochód ulicami Rzymu z okazji swojego "zwycięstwa" nad Chattami. Historyk Tacyt, który był świadkiem tego wydarzenia i opisał je w Żywocie Juliusza Agrykoli, określił ów triumf jako "zmyślony"1.
Aby odnieść kolejne "zwycięstwo", Domicjan - który sam zapędził się w kozi róg, grzęznąc w Dacji, czyli dzisiejszej Rumunii, podczas bezowocnej kampanii wojskowej - zapłacił Dakom za zaprzestanie walk, wycofał swoje wojska i ogłosił się zwycięzcą. Niektórzy mogą się tu dopatrzyć podobieństw do amerykańskiej wojny z Iranem w 2026 roku.
Wiemy, że prezydent Trump jest podatny na pochlebstwa. Rzymski historyk Kasjusz Dion pisze w swojej Historii rzymskiej: "Domicjan był jednak najgorszy ze wszystkich, dlatego że chciał, by mu schlebiano"2. Donald Trump lubi upokarzać zagranicznych mężów stanu podczas burzliwych spotkań w Gabinecie Owalnym - najlepiej świadczą o tym jego konfrontacje z przywódcami Ukrainy, Republiki Południowej Afryki i Japonii. Domicjan również często próbował publicznie poniżać wpływowych ludzi, do których nabrał niechęci.
Do takich ofiar należał Glabrion, rzymski konsul mianowany przez Domicjana, który później popadł u cesarza w niełaskę. Gdy pewien gladiator miał walczyć z lwem, Domicjan rzucił Glabrionowi wyzwanie, by to on stanął na arenie, licząc, że ten się zlęknie i odmówi. Konsul jednak się zgodził i zabił lwa ku zachwytowi zgromadzonej publiczności. Mściwy Domicjan oskarżył go wtedy o złamanie prawa zakazującego senatorom walk gladiatorskich. Glabrion został wygnany z Italii, a następnie stracony.
Po tym, jak prowadzący wieczorne talk-show zaczęli żartować w telewizji z prezydenta, zarówno ich samych, jak i ich stacje spotkały represje: grożono im odmową zatwierdzenia fuzji, odebraniem koncesji nadawczych oraz usunięciem niesfornych dziennikarzy z anteny. Domicjan wypędzał z Rzymu satyryków i dramaturgów, których utwory można było interpretować jako krytykę cesarza. W ramach własnej polityki represji skazywał na wygnanie i śmierć ludzi, którzy popadli u niego w niełaskę, w tym senatorów i własnych krewnych. Prezydent Trump potrafił natomiast doprowadzić do partyjnego ostracyzmu wobec republikańskich członków Kongresu, którzy choćby na krótko mu się przeciwstawili.
Donald Trump umieścił swoje nazwisko na waszyngtońskim Centrum Kennedy'ego i przedstawił plany wzniesienia w Waszyngtonie łuku triumfalnego w stylu rzymskim. Kazał wyburzyć wschodnie skrzydło Białego Domu, a na jego miejscu postawić okazałą salę balową w klasycznym stylu grecko-rzymskim, wraz z kolumnami i frontonem.
Domicjan też miał "manię" budowania, jak donosił biograf Plutarch w Żywotach równoległych, gdy zobaczył w Rzymie realizowany właśnie cesarski program budowlany i ubolewał nad jego rozrzutnością. Cesarz ów obsesyjnie opatrywał również swoim imieniem rozmaite obiekty - często autorstwa innych osób albo mających uhonorować kogoś innego. Przykładami mogą być Świątynia Domicjana, kolosalny posąg Domicjana i Plac Domicjana w Efezie na terenie dzisiejszej Turcji - pierwotnie wzniesione przez Efezjan w hołdzie dla zmarłego brata Domicjana, cesarza Tytusa.
Domicjan nie tylko przemianował efeskie budowle na swoją cześć, ale przy przerabianiu posągu kazał także umieścić własną marmurową głowę na barkach brata. Urzędnicy Trumpa zaproponowali, by wizerunek prezydenta znalazł się na nowym banknocie o nominale dwustu pięćdziesięciu dolarów, mimo że naruszałoby to amerykańskie prawo zakazujące umieszczania podobizn osób żyjących na walucie Stanów Zjednoczonych.
W Rzymie Domicjan dokończył stadion, którego budowę rozpoczął Tytus, i nadał mu swoje imię - dziś miejsce tej budowli zajmuje Piazza Navona. Na Forum Romanum wystawił sobie monumentalny posąg konny z brązu. Na wzgórzu palatyńskim natomiast rozbudował rezydencję swojego poprzednika, przekształcając ją w pełen przepychu pałac Domicjana, w którym znalazła się olbrzymia, wystawna sala jadalna - ówczesny odpowiednik wielkiej sali balowej.
Prezydent Trump przemianował Zatokę Meksykańską na Zatokę Amerykańską. Domicjan nadał wrześniowi nową nazwę - Germanicus - aby uczcić swoje "zwycięstwo" w Germanii. Zmienił także nazwę października, miesiąca swoich urodzin, na Domitianus. Po zabójstwie Domicjana oba miesiące odzyskały dawne nazwy, kiedy senat - drżący przed cesarzem za jego życia - nakazał usunąć jego imię i wizerunek z pomników, aby zatrzeć o nim wszelką pamięć.
Czy nie powinno zatem dziwić, że prezydent Trump nie przemianował jeszcze czerwca - miesiąca, w którym się urodził - na własną cześć? W krajach, których języki wywodzą się z łaciny, w tym w anglojęzycznych Stanach Zjednoczonych, miesiąc ten - po angielsku June - nosi nazwę od Junony, rzymskiej królowej bogów oraz bogini strzegącej kobiet i porodów, a zapewne nie są to sprawy, z którymi Donald Trump chciałby być kojarzony. Z drugiej jednak strony nazwa miesiąca "Trump" nie wpada szczególnie dobrze w ucho, prawda?
Koniec końców próba opisania natury i pobudek kogoś takiego jak Donald Trump, Domicjan czy Kaligula przypomina próbę schwytania cienia. Tym z nas, którzy się jej podejmują, pozostaje jedynie starać się nakreślić obraz możliwie bliski prawdy - opierając się na tym, co da się dostrzec gołym okiem, ale także na tym, co nauka, logika i doświadczenie każą uznać za niewidzialne.
Stephen Dando-Collins, czerwiec 2026 roku
W przeszłości prowadziłem szeroko zakrojone badania nad Kaligulą i wiele o nim pisałem. W licznych książkach dokumentowałem dzieje wojskowości starożytnego Rzymu oraz losy przedstawicieli rodu Cezarów, czyli dynastii julijsko-klaudyjskiej. Dotychczas jednak władca ten zawsze pozostawał postacią drugoplanową.
Od czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych wielu komentatorów na całym świecie zaczęło dostrzegać analogie między amerykańskim przywódcą a rzymskim cesarzem. Jak wskazują przykłady przytoczone w ostatnim rozdziale tej książki, te porównania ponownie skierowały uwagę współczesnych na trzeciego cesarza Rzymu, a zarazem sprawiły, że odżyły liczne dawne przekłamania i nieporozumienia na jego temat.
W niniejszej publikacji postanowiłem zmierzyć się z tymi błędnymi wyobrażeniami i nakreślić portret młodego cesarza bliższy prawdzie historycznej. A ponieważ jedną z inspiracji do napisania tej książki było dojście Donalda Trumpa do władzy, w ostatnim rozdziale odniosę się także do współczesnych porównań amerykańskiego prezydenta z rzymskim władcą.
Dziś imię Kaliguli wielu osobom w określonym wieku kojarzy się przede wszystkim z brytyjską telewizyjną adaptacją powieści Roberta Gravesa Ja, Klaudiusz oraz Klaudiusz i Messalina z 1976 roku, a także z pełnym okrucieństwa filmem Kaligula z 1979 roku. Wielu historyków i autorów piszących o dziejach Rzymu poprzestaje na powielaniu wizerunku tego władcy jako szalonego maniaka seksualnego - wizerunku utrwalonego zarówno w źródłach starożytnych, jak i w źródłach nowożytnych. Warto jednak zauważyć, że w latach 1989 i 2003 badacze akademiccy podjęli próby rehabilitacji młodego cesarza - i przedstawili go jako człowieka, który nie był ani obłąkany, ani rozwiązły. Niemniej część udokumentowanych czynów Kaliguli rzeczywiście może świadczyć o pewnym niezrównoważeniu i domaga się uważnego zbadania.
Niektóre przekazy o życiu rzymskiego władcy są przesadzone i stronnicze. Jego biograf z II wieku Swetoniusz, który lubował się w sensacjach, oraz Kasjusz Dion, historyk z III wieku - teksty ich obu należą do najważniejszych źródeł wiedzy o Kaliguli - powtarzali plotki, ewidentnie wyolbrzymiali pewne fakty, a niekiedy je pomijali lub przeinaczali, aby przedstawić cesarza w złym świetle.
Filozof, pisarz, mówca i urzędnik państwowy Lucjusz Anneusz Seneka Młodszy, którego Kaligula skazał na śmierć, z oczywistych względów nie miał o nim nic dobrego do powiedzenia.
Publiusz Korneliusz Tacyt w swoich Rocznikach i Dziejach przekazuje szczegółowe informacje o ludziach i wydarzeniach w Rzymie, obejmujące znaczną część I wieku naszej ery. Autor ten stworzył jedne z najważniejszych relacji o życiu rodziców Kaliguli, a z jego tekstów wyraźnie przebija sympatia dla Germanika, ojca przyszłego cesarza. W dziełach Tacyta można też znaleźć interesujące wzmianki o samym Kaliguli, ale niestety te partie Roczników, które obejmują czteroletnie panowanie cesarza, nie zachowały się do naszych czasów.
Mimo wszystko jeśli zestawi się różne elementy tej układanki, można uzyskać dość dokładny obraz życia Kaliguli oraz wpływów, jakim podlegał. Flawiusz dostarcza wielu informacji o zabójstwie władcy; o Makronie, prefekcie gwardii pretoriańskiej i mentorze Kaliguli, oraz o Kasjuszu Cherei, głównym zamachowcu. Szczegółowość, z jaką wspomniany rzymsko-żydowski historyk z I wieku opisuje te postaci, może wskazywać, że rozmawiał z bezpośrednimi świadkami relacjonowanych wydarzeń.
Filon z Aleksandrii pozostawił rzadkie i wstrząsające świadectwo bezpośredniego uczestnika kilku audiencji u Kaliguli. Pliniusz Starszy przytacza wspomnienia z czasów, gdy przebywał w Rzymie jako młodzieniec za panowania cesarza. Inni autorzy rzymscy, między innymi Frontyn, relacjonują dokonania Kaliguli w zakresie przedsięwzięć infrastrukturalnych. Niezwykle ciekawych informacji dostarczają także zachowane papirusy, inskrypcje i monety z I wieku. Analiza rzymskich praktyk religijnych pozwala z kolei lepiej zrozumieć motywy wielu najbardziej niesławnych czynów młodego cesarza.
Poza oceną starożytnych przekazów i własnymi badaniami miałem sposobność korzystać również z cennych ustaleń współczesnych historyków, dotyczących nie tylko życia Kaliguli, lecz także funkcjonowania rzymskiej armii i floty oraz obyczajów i postaw Rzymian w I wieku. Przydatne były ponadto wyniki najnowszych prac archeologicznych. Na przykład w 2008 roku archeolodzy w Rzymie natrafili na Palatynie na galerię, w której - jak się uważa - dokonano zamachu na Kaligulę; wcześniej badacze kwestionowali samo istnienie tego przejścia.
Dobrym punktem wyjścia do studiów nad życiem Kaliguli jest analiza rzymskiej wojskowości, pozwalająca lepiej zrozumieć wiele aspektów biografii cesarza oraz podejmowanych przez niego decyzji. Istotne są tu na przykład różnice między gwardią pretoriańską a germańską, metody poboru i szkolenia żołnierzy, formowanie przez Kaligulę nowych jednostek, wojskowe techniki budowy mostów, a także tradycyjna ceremonia religijna odprawiana na brzegu morza przed wyprawą wojenną z udziałem floty. Wszystkie te kwestie mają znaczenie dla interpretacji dziejów władcy.
Co jednak z zarzutem, że Kaligula był obłąkany? Swetoniusz pisze, że młodemu cesarzowi doskwierał "schorzały mózg"1 - przypadłość ta miała rzekomo całkowicie odmienić osobowość cesarza. O tej samej chorobie wspomina również Tacyt. Tymczasem w pierwszych miesiącach panowania Kaligula postępował jak należy, cieszył się uwielbieniem ludu, a jego działania spotykały się z powszechną aprobatą. Niemal z dnia na dzień w jego zachowaniu nastąpiła jednak zmiana: stał się chwiejny, kapryśny i okrutny. Objawy opisane przez autorów rzymskich dały początek licznym teoriom dotyczącym natury tej choroby. Jak zostanie wyjaśnione w dalszej części książki, współczesna diagnoza medyczna dobrze odpowiada zachowaniu Kaliguli.
Choć cesarzowi można przypisać długą listę rzeczywistych zbrodni, nadużyć i okrucieństw, przez całe stulecia przedstawiano go w sposób niezgodny z prawdą. Wymysłem jest choćby opowieść, jakoby uczynił swojego rumaka senatorem - nic takiego nie miało miejsca! Groził natomiast - i jest to fakt - że mianuje konsulem swojego ulubionego konia wyścigowego Incitatusa. Najwyraźniej był to zarówno wyraz zniecierpliwienia wobec senatu rzymskiego, jak i przejaw osobliwego poczucia humoru. Uczynił też Incitatusa kapłanem, co być może należy traktować jako formę żartu z samego siebie.
Młody władca tak naprawdę nie nazywał się Kaligula - przyszedł na świat jako Gajusz Juliusz Cezar Germanik i w świecie rzymskim znany był jako cesarz Gajusz. Przydomek, pod którym go dziś znamy, to pieszczotliwe przezwisko nadane mu w dzieciństwie. Kiedy Kaligula objął władzę, nikt nie zwracał się do niego w ten sposób - zwłaszcza po tym, jak pewien centurion został ukarany za publiczne użycie tego dziecięcego zdrobnienia2. Po śmierci cesarza, gdy kolejny władca rozpoczął nagonkę na swojego poprzednika, jego wrogowie i krytycy zaczęli mówić o nim Kaligula, aby go ośmieszyć. W tej książce posługuję się tym imieniem wyłącznie dlatego, że to właśnie pod nim przeszedł do historii.
Kaligula okrył się niesławą, gdy poprowadził dwieście pięćdziesiąt tysięcy rzymskich żołnierzy na wyprawę przeciw Brytanii, zakończoną - jak głosi przekaz - osobliwym rozkazem zbierania na wybrzeżu Galii muszli jako trofeów. Różni autorzy na przestrzeni wieków przytaczali tę historię jako dowód obłąkania cesarza; uchodzi ona, wraz z legendarną próbą powstrzymania fal przez króla Kanuta, za jeden z największych przykładów ludzkiego szaleństwa. W rzeczywistości jednak - tak jak rozkaz wydany morzu przez króla Kanuta, a właściwie Knuta Wielkiego, duńskiego władcę Anglii, Danii i Norwegii, miał pokazać dworzanom, że nie jest wszechmocny - zachowanie Kaliguli na galijskiej plaży ma całkowicie racjonalne wyjaśnienie, czego dowiedziemy w dalszej części tej książki.
W powszechnej wyobraźni Kaligula zapisał się jako władca oddający się seksualnym ekscesom zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. W dzieciństwie był ofiarą pedofilskich skłonności swojego przybranego dziadka, cesarza Tyberiusza, który zmuszał chłopca do kontaktów homoseksualnych, a niekiedy także do seksu grupowego z wyspecjalizowanymi w tej formie współżycia męskimi prostytutkami, zwanymi spintriami. Traumatyczne doświadczenia sprawiły, że tuż po objęciu tronu Kaligula kazał wygnać z Rzymu wszystkich spintriów.
Swetoniusz twierdził również, że cesarz utrzymywał kazirodcze stosunki ze wszystkimi swoimi trzema siostrami. Część współczesnych historyków przychyla się do tej tezy, inni natomiast przedstawiają mocne argumenty za tym, że był to kolejny przejaw propagandy wymierzonej przeciw cesarzowi.
Rzekomych bachicznych orgii z całymi zastępami kobiet nie przypisują mu nawet najbardziej niechętne źródła starożytne. Po dojściu do władzy Kaligula rzeczywiście wdawał się w liczne romanse z żonami czołowych senatorów między innymi po to, by poniżyć ich mężów; podobno uwiódł nawet pannę młodą w jej noc poślubną. Nie ma jednak żadnych świadectw, że jako cesarz oddawał się seksowi grupowemu. Co więcej, swojej ostatniej żonie Cezonii prawdopodobnie pozostał wierny do końca swego krótkiego życia.
Historia, jakoby Kaligula rozciął ciało swojej siostry Julii Druzylli i wyjął z jej brzucha dziecko, gdy ta jeszcze żyła, jest współczesnym hollywoodzkim wymysłem. Druzylla zmarła wskutek choroby i nic nie wskazuje na to, by była wówczas w ciąży. Mit ten - podobnie jak znaczną część odpowiedzialności za współczesny wizerunek Kaliguli jako maniaka seksualnego - można przypisać skrajnie przerysowanemu filmowi o tytule zaczerpniętym od imienia cesarza. Nieprzypadkowo ta produkcja była dziełem Boba Guccionego, wydawcy magazynu "Penthouse". Guccione oraz współautor scenariusza, pisarz Gore Vidal, postanowili przedstawić Kaligulę jako postać możliwie najbardziej obłąkaną i seksualnie zdeprawowaną, a w 1980 roku producent filmu wydał nawet specjalny numer swojego pisma poświęcony rzymskiemu cesarzowi.
Nie oznacza to bynajmniej, że Kaligula był władcą łagodnym. Wręcz przeciwnie! Z jego rozkazu życie straciło wielu ludzi - czasem wskutek jego kaprysu, czasem z pragnienia zemsty, a u schyłku rządów także z powodu narastającej paranoi.
Mimo to dzieje Kaliguli nie sprowadzają się wyłącznie do historii młodego człowieka, który nagle znalazł się w centrum uwagi i otrzymał władzę absolutną. Jego panowania nie sposób zrozumieć, jeśli nie weźmie się pod lupę środowiska, w którym dorastał. Wychowany w świecie okrucieństwa i przemocy opanował sztukę przetrwania - zwłaszcza gdy kolejni członkowie jego rodziny ginęli jeden po drugim. Przez lata żył w nieustannym strachu, że usłyszy pukanie do drzwi zwiastujące przybycie kata. Ta surowa szkoła życia odcisnęła piętno na jego późniejszych paranoicznych rządach. Jeden z autorów z I wieku pisał, że Kaligula nauczył się odczytywać wyraz twarzy ludzi ze swego otoczenia; już od najmłodszych lat przyglądał się wszystkim z nieufnością i próbował rozpoznać, kto mówi prawdę, a kto kłamie, komu można zaufać, a komu nie.
To, że Gajusz Juliusz Cezar Germanik, spadkobierca Juliusza Cezara i Marka Antoniusza, w ogóle przeżył i zdołał objąć tron, było w istocie cudem. Wielu członków jego rodziny - z których trzech również zostało cesarzami - zostało zamordowanych lub rzekomo odebrało sobie życie: stryjeczny dziadek, babka, ojciec, matka, starsi bracia, dwie siostry, ostatnia żona, córka, kilku kuzynów, wuj, ciotka oraz siostrzeniec. Dynastia Cezarów, z której wywodził się Kaligula, była pod każdym względem naznaczona tragizmem i wygasła wraz ze śmiercią jego siostrzeńca, późniejszego cesarza Nerona - równie niesławnego.
Ta historia zaczyna się na kilka dni przed drugimi urodzinami Kaliguli, kiedy chłopiec - mimo młodego wieku - po raz pierwszy miał wpłynąć na bieg spraw w Rzymie...