ROZDZIAŁ 3
Nadal stali na poboczu drogi, prowadzącej do miasteczka wilków.
- Spójrz na to z dobrej strony - rzekł Aidan. - Przynajmniej dowiedziałem się o tobie nowej rzeczy. Sądziłem, że symulujesz, żebym zdjął nogę z gazu.
Pokręciła głową, przewracając oczami. Powoli dochodziła do siebie.
- Udzielisz mi tej rady, tak jak obiecałeś?
- W swoim czasie.
- Tak samo odpowiadasz, gdy pytam o przemianę. - Zaklęła jeszcze potoczyście w myślach.
Otarła łzy wokół rzęs, próbując zachować resztki godności. Nie miała nawet sił, by spróbować stłumić targający nią niepokój. Zgodziła się na tę podróż, zanim dostała przesyłkę. Cel wyjazdu od kilku dni nie dawał jej spokoju, ale przynajmniej miała czas, by oswoić się z myślą, że pozna rodziców swojego chłopaka. Oczekiwała głównie pytań na temat bransoletki, którą nosiła na nadgarstku, skąd ją miała i jak trafiła w ręce ludzi.
Zgodnie z legendą, przekazywaną w ich rodzinie, bransoletka stanowiła kompas dla poszukiwaczy magicznego sagana mocy, który dał życie wilkołakom. Naczynie uformowano ze srebra. Historia jego powstania oraz tajemna moc znalazły odzwierciedlenie w walijskich mitach. Jedne mówiły o uzdrowicielskiej mocy, inne o zaczarowanym garze, który przywracał zmarłych do życia. W książce, napisanej przez historyka, edukatora i byłego pracownika naukowego z Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie, odnalazła obszerny opis sagana oraz związanej z nim innej postaci, czarodziejki Ceridwen
. Używała naczynia do sporządzenia mikstury będącej esencją nauki i natchnienia. Przypadkiem kropla mieszaniny spadła na palec chłopca, którego dziś mieszkańcy Walii znają z legendy o Taliesinie.
Wiele kultur uwzględnia podobne magiczne naczynia w mitach, legendach lub podaniach ludowych. Fakty uległy zatarciu, ale ludzie zapamiętali najważniejszą część opowieści, mówiącej o potężnej mocy.
Keltoi nie wiedzieli natomiast, w jaki sposób maleńki księżyc na bransoletce ma doprowadzić wilki do miejsca, w którym kapłani ukryli magiczne naczynie.
Aidan opowiedział o tym po opuszczeniu ruin Kalôn i jak zwykle działał zapobiegawczo. Gdyby wyjawił historię zawieszki przed podróżą, uznałaby go za wariata. Jak każdy człowiek na jej miejscu.
Daviesowie wiedzieli o odnalezieniu bransoletki. Aidan powiedział także przybranym rodzicom. Trudno byłoby włączyć rewelację na temat artefaktu w lekkoduszne dyskusje podczas rodzinnego obiadu.
Teraz wszystko się zmieniło. Wiadomość od macochy, przekazana w tajemniczym liście, wpłynęła na jej przeszłość...
Jastrząb zatoczył krąg nad wysokimi świerkami, wydając przeciągły pisk, podobny do jęku zwierzęcia uwięzionego we wnykach.
Oboje instynktownie zadarli głowy. Nabrała w płuca haust rześkiego powietrza, z zamysłem odwracając spojrzenie od ciepłych oczu policjanta i przebiegłego uśmiechu. Rozpracował jej lipne tłumaczenie mdłości szybką jazdą i uparcie maskował swoje reakcje, choć z marnym skutkiem.
- Dochodzi jedenasta. Spóźnimy się.
- Brzmisz, jakbyś zmierzała na odczytanie wyroku. Wszystko będzie dobrze.
Przepłukała usta obficie wodą z butelki, którą podał jej Aidan. Dzień zaczął się koszmarnie i przeczuwała, że to dopiero początek problemów.
Policjant objął ją i pocałował opiekuńczo w czubek głowy.
- Ja prowadzę! - oznajmiła, wysuwając się z jego objęć. - Okazja przepadła. Znów przegrała walkę z lękiem i przemilczała sprawę listu.
Zerknęła nieśmiało w jego błyszczące oczy. Pod wpływem czaru tęczówki spadkobierców klątwy zmieniały kolor na złoty.
Detektyw uśmiechnął się pod nosem i zerkał z ukosa, jak zapinała pasy. Nie tylko wyczuwał jej zdenerwowanie, lecz doskonale wiedział, że nie przepadała za jazdą tym samochodem. Na zabójczo wąskich drogach, oddzielonych od przepaści półmetrowym poboczem, sportowa bryka z automatyczną skrzynią biegów stawała się czymś pomiędzy klasycznym środkiem transportu a ekskluzywną trumną.
Zjechali niemal na samo dno malowniczej doliny. Po obu stronach drogi wznosiły się zbocza gór i pięły nieśmiało ku niebu. Przysadziste tułowia skalnych ścian przechodziły łagodnie w aksamitną zieleń, sięgającą nieprzerwanym dywanem aż do brzegu drogi.
W głębi doliny znajdowało się podłużne jezioro. Jego niezmącona powierzchnia lśniła niczym dosychająca kałuża srebra, służąca niebu za maleńkie zwierciadło. Za akwenem zaczynały się już zabudowania miasteczka.
Aidan posłał jej lekkoduszny uśmiech, po czym wrócił do podziwiania widoków za oknem. Zauważył, że zachowanie jego dziewczyny zmieniło się po otworzeniu przesyłki, ale tylko raz zapytał o przyczynę. Przed chwilą. I oczywiście nie zrobił tego wprost. Nie okazywał szczególnego zainteresowania.
Dla Anny ostatnie dwadzieścia cztery godziny były koszmarem. Wytrwanie doby w milczeniu przyprawiło ją o pierwsze siwe włosy.
Ośmiobiegowy Jaguar rozpędzał się bardzo szybko, więc tylko nieznacznie naciskała gaz. Miejscami droga przypominała zwiniętą kobrę.
Przygryzła mocno usta, niemal boleśnie, powstrzymując się przed wypowiedzeniem słów, których nie potrafiła wyrzucić z myśli. Tkwiły tam od momentu przeczytania listu.
Z przeciwka, w chmurze pyłu, nadjechał SUV. Zahamował w ostatniej chwili, unosząc w powietrze szarożółty tuman szutru. Na moment obydwa auta zniknęły w mętnej zawiesinie. Kierowca SUV-a rzucał przez otwartą szybę przekleństwa i próbował ich wyminąć. Do zatoczki zostało kilkanaście metrów.
Rozjuszony kierowca przejechał tuż obok, prawie muskając lusterko ich auta. Wciąż trzymała stopę na hamulcu, więc Aidan wbił w nią pytający wzrok.
- Wszystko w porządku? - spytał, choć wiedziała, że zrobił to tylko dla zasady.
Oczy same uciekły w stronę wąskich pni sosen, wyrastających niemal ze skraju pobocza. W uszach dudnił szum wyrzutów sumienia zmieszany ze strachem. Powinna była powiedzieć mu o tym jeszcze w Abersant.
- Moi rodzice należeli do Konwentu! - wypaliła na jednym oddechu. Spojrzała na niego, dopóki tliła się w niej odwaga. - Nie miałam pojęcia... nie wiedziałam o tym... - wyjąkała szeptem, bo głos jeszcze sekundy temu odważnej Polki załamało wzruszenie.
W jej myślach wirowały słowa Ariany, zapisane w liście niczym wyrok. Pryce miał rację, gdy nazwał w ten sposób jej odczucia.
Poczuła ciepły dotyk dłoni Aidana na swoim policzku. Zaskoczona jego opanowaniem i czułością, trwała w osłupieniu, nie odrywając od niego oczu.
Policjant otarł łzę z jej skóry delikatnym ruchem kciuka.
- Wiesz, kiedy życie przygniata nas najmocniej? - zapytał łagodnym głosem.
Z trudem wytrzymała magiczne spojrzenie. Milczała.
- Gdy próbujemy kontrolować rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jako wilk przekonałem się o tym wiele razy - rzekł, głaskając z troską jej policzek.
Poczuła, że nie zapanuje nad wzruszeniem i łzy poleją się słonym wodospadem, jeśli czegoś nie wymyśli.
- Przestawię auto, nie możesz sobie odpowiadać na środku drogi - rzuciła kiepskim żartem, dodając gazu. Nie sądziła, że dostrzeże kątem oka jego uśmiech.
Znalazła dla Jaguara bezpieczną przystań w zatoczce, utwardzonej kamieniami. Wysiadła z auta. Obeszła samochód i usiadła na wąskim poboczu. Wyjęła list z kieszeni, biorąc głęboki oddech.
Aidan w ułamku sekundy objął ją ramieniem. Słowa przychodziły jej z trudem, więc podała mu małą kopertę. W myślach próbowała nakreślić obraz nowej rzeczywistości, w której starała się teraz odnaleźć. Tajemnice jedna po drugiej odsłaniały przed nią świat, o którym nie miała pojęcia.
Aidan przyglądał się kartce papieru, uniósł ją nad głowę, żeby obejrzeć tekst pod światło. Zmarszczył w brwi.
- Ciężko to odczytać przez nadmiar ozdobników. Po co tak sobie utrudniać życie?
- Naprawdę będziesz teraz komentował zamiłowanie Ariany do kaligrafii? Czy nie widzisz, jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą fakt, że moi rodzice byli rycerzami zakonu?
- Coś tam widzę... - Podrapał się po brodzie. - W oczach naszego plemienia Konwent po raz kolejny udowodnił, że nie można mu ufać. Trochę niefortunnie wyszło, że do niego należysz. - Spojrzał znów na tekst, a potem na Annę.
"Pokrzepiające" słowa Keltoiczyka, skupionego na faktach, przyćmiły jego anielskie spojrzenie i sprawiły, że znów zaczęła wybiegać myślami w przyszłość.
- Niefortunnie?
- Okej, fatalnie - zachichotał. - Przecież nie będę ci ściemniał - dodał ze skruchą w głosie na widok jej miny. Przytulił ją mocniej, musnąwszy ustami czubek jej ucha.
- Przeczuwałam, że Ariana coś ukrywa - rzekła po dłuższej chwili milczenia. - Czułam, że nie była ze mną szczera, gdy odwiedziła mnie na Pen Darach. Unikała wyjaśnień, gdy temat zszedł na stracone dusze. Jest jednak szansa, że się mylę...
Detektyw zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie tym razem, maleńka. Odziedziczyłaś po rodzicach bransoletkę, a według tego listu rycerze wykradli srebrny księżyc razem z rękopisem.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział? Dlaczego ukryto przede mną prawdę?
- Poznałaś część prawdy. Przemilczano tylko kwestię twojego pochodzenia. - Aidan niespodziewanie wstawił się za rycerskim rodem.
- Wychodzi na to samo...
- Niektóre kłamstwa stosujemy, żeby ludziom pomóc.
- Białe kłamstwa, tak?
Detektyw ponownie obejrzał dokładnie list pod każdym kątem. Anna siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w zielony horyzont.
- Myślisz, że jestem zaskoczony? Chyba naprawdę znamy Konwent lepiej niż oni siebie.
- Próbowałam porozmawiać z Arianą, ale nic nie wskórałam. Wiem, że jest gdzieś w pobliżu. Konwent nie porzuciłby ochrony bransoletki.
- Nie sądzę, żeby odpowiedziała. Pod tym względem rycerze bardzo przypominają wilki. Ale masz rację, są w pobliżu, bo chłopcy wyczuli ich zapach.
- Nadal nie rozumiem, jak mogła zataić przede mną informację, kim byli moi rodzice.
Detektyw poskładał list i pomógł jej wstać.
- Byli rycerzami Konwentu. Wiemy także, że odnaleźli talizman i pilnują go jak oka w głowie. Trochę późno, ale to cenna informacja.
- I dość przerażająca, nie sądzisz? - uściśliła, odbierając od niego swoją własność. - Twoi bracia i siostry uważają Konwent za wrogów. Przypisujecie sobie nawzajem przeróżne winy, rozdrapując przeszłość.
- Zmiana uwewnętrznionych przekonań wymaga czasu. Potrzebowałem ciebie, żeby zrewidować swoje. Powoli traciłem wiarę w ludzką przyzwoitość.
Odgarnął włosy z czoła, nie okazując większego zainteresowania jej strachem.
- Co takiego kryją twoje geny, że czynią cię takim spokojnym i tak cholernie atrakcyjnym?
- Patrzysz na świat przez pryzmat miłości - odparł z ironią w głosie. - Ona zmienia nasze nastawienie do pewnych spraw.
- Z tym się zgadzam. Mówi się, że miłość oślepia.
- Uważaj - warknął cicho, zachowując na twarzy lekki uśmiech. - Lepiej mnie nie prowokuj. Akceptacja ciemnej strony nie jest łatwa.
Pocałował ją, nim zdążyła zaprotestować...
Tylko częściowo rozproszył jej myśli, pokutujące wokół listu ujawniającego przed wilkami pochodzenie córki zaprzysiężonych. Rodzice Anny należeli do tajnej organizacji, zwanej Konwentem, która strzegła wiosek rodzimowierczych przed straconymi duszami.
W innych okolicznościach rodowód zabrzmiałby dumnie. Dziś stawiał wiele rodzin w bardzo trudnym położeniu - mniej więcej takim samym, w jakim dwa tysiące lat temu znajdowali się jeńcy wojenni lub śmiałkowie wyszkoleni do walk gladiatorów, wstępujący na arenę amfiteatru w Londinium. Dobra wiadomość była taka, że ponad dziewięćdziesiąt procent krwawych starć zostawiało wojowników przy życiu. Powód był prozaiczny. Szkolenie gladiatorów kosztowało ich "darczyńców" majątek.
- Powiesz mi, o czym myślałaś? - spytał, rozpraszając historyczne dygresje niepoprawnej romantyczki...
Jak odpowiedzieć zakochanemu w tobie mężczyźnie, że pocałunek przywołał w pamięci historię powstawania Londynu? Umysł sam podjął decyzję, wzbraniając się przed myśleniem o tym, że przed chwilą zwymiotowała nadtrawione śniadanie...
- Myślałam o tajemnicach... i trochę o Londynie. - Ze wstydu zasłoniła twarz dłońmi.
- O Londynie? - parsknął śmiechem. - Okej, pracuję dla Omegi. Brytyjska filia korporacji znajduje się w Londynie. Dostrzegam związek. A co z tymi tajemnicami? - dopytał, odsuwając jej dłonie z twarzy. W jego oczach błysnęło zaciekawienie.
Zacisnęła palce na jego silnych dłoniach, cieplejszych od nagrzanej czerwcowym słońcem ziemi.
- Uważam, że w związkach nie powinno ich być, nigdy! Przepraszam, zabrakło mi odwagi, żeby wyznać prawdę. A dziś rano rozprawiałeś tylko o spotkaniu z twoimi rodzicami. Nie chciałam zrujnować ci humoru.
- Potrzeba znacznie więcej, żeby go zrujnować. Nie musisz brać odpowiedzialności za moje emocje. Następnym razem po prostu mi zaufaj. - Aidan pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem na ustach. Uniósł delikatnie jej głowę za podbródek. - Ja zaufałem tobie po naszej pierwszej rozmowie.
Zadrżała na dźwięk tych kilku słów.
- Nie powinieneś - zaprzeczyła niemal instynktownie. Nie czuła się warta jego zaufania. - Zaufanie buduje się latami. Nie tego uczą was w wilczym bractwie?
Odgarnął z jej twarzy wąski kosmyk włosów i spojrzał jej głęboko w oczy, przez co straciła odwagę do dalszych wywodów.
- Najważniejszej rzeczy w życiu nauczyłem się od ciebie, podczas pierwszego spotkania. - Uśmiechnął się zawadiacko, a jej zadźwięczało w uszach od uwodzicielskiego akcentu. - Powiedziałaś wtedy coś bardzo ważnego. Do dziś o tym pamiętam.
- Co takiego? - spytała z wielkim zdziwieniem.
Nie miała pojęcia, że słowa, które wówczas wypowiedziała, zmieniły jego podejście do życia.
- To było jedno zdanie. Twoje słowa opływały złością i stały w sprzeczności z kodeksem, a jednak uzmysłowiły mi, gdzie popełniałem błąd. Przez całe życie myślałem w ten sposób i proszę... - Ponownie dotknął jej czoła ustami. - Spotkałem kobietę, której spojrzenie na świat ocaliło mój własny.
Otworzył dla niej drzwi Jaguara, ucinając temat. Nie znosiła, gdy przerywał wywody w połowie, zostawiając ją z masą pytań i skazując niesforny umysł swojej dziewczyny na łaskę domysłów.
Musiała jednak spasować. Po kilku kłótniach zrozumiała, że wywieranie nacisku w jego przypadku nie miało sensu.
- Dasz radę prowadzić? - spytał ciepło.
- Nadal chcesz mnie tam zabrać?
- Nie boję się własnych krewnych - zaśmiał się. Wyczuł jednak wahanie. Przecież nie była w stanie ukryć prędkości, z jaką krew okrążała ciało. - Popatrz na to z innej strony. Jesteś strzeżona przez bestię w ludzkiej skórze. Jak sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót, może wreszcie zobaczysz, jak wyglądam po przemianie.
- Znowu stroisz sobie żarty, a nasza sytuacja wcale nie jest zabawna.
- Trochę jest, zapewniam cię, tylko jeszcze tego nie widzisz.
Oparł swoje dłonie na jej ramionach i obdarzył kolejnym pocałunkiem.
Oderwał lewą dłoń i przeczesał nią zadziorną fryzurę. Kasztanowe włosy osypały się z powrotem na czoło detektywa miękkimi falami.
- Czyli nie ma się czym martwić? Twoi krewni dobrze zniosą informację o moim pochodzeniu?
Przez twarz Aidana przemknął grymas niepokoju. Zdziwiła się, że w ogóle to dostrzegła.
- Najpierw musimy tam dojechać. Chcesz, żebym prowadził?
- Nie - odrzekła stanowczo. - Zaoszczędzisz sobie sprzątania, jeśli usiądę za kółkiem. Wciąż mi niedobrze.
- Nieźle! Sądziłem, że będziesz nalegała na powrót do Abersant. - Otaksował swoją dziewczynę dzikim spojrzeniem.
- Ariana napisała w liście, że jestem córką rycerzy Konwentu. Czy rycerz zakonu zaprzysiężonych poddałby się w takiej sytuacji? - Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
Aidan odgarnął jej włosy z czułością, ale wyraźnie powstrzymywał śmiech.
- Już prawie nie słyszę dygotania twojego walecznego serca - zachichotał, zdradzając swoje myśli.
Kolejna próba ukrycia strachu przed wilkiem okazała się porażką. Ze wszystkich mężczyzn na świecie jej serce wybrało ciepłokrwisty wykrywacz kłamstw!
Paradoksalnie magiczny sonar zadział na nią krzepiąco.
- Nie przejmuj się tym, czego nie możesz zmienić. Nie masz wpływu na decyzje Konwentu. Ani na to, co ktoś o tobie pomyśli
Nachylił się i pocałował "dzielną" dziewczynę w czoło.