4 grudnia, piątek
Zaciekawienie życiem sprawia, że każdy dzień przyjmuje się jak przygodę. Gdy otwieramy się na nią, zwykła codzienność staje się fascynująca.
Magda była w zasadzie zdecydowana. Duża, wypchana walizka koloru czerwonego czekała w przedpokoju gotowa na podróż, przygotowana w kubku termicznym kawa rozsnuła swój energetyczny zapach zachęcający do działania, a z rozpiętego plecaka wystawała papierowa teczka z dokumentami, których absolutnie nie można było zapomnieć.
Nie zamierzała wracać do tego mieszkania. Choć przez ostatnie dwa lata bardzo się starała oswoić tę przestrzeń i uczynić ją bardziej osobistą, taką "Madziową", jak by to powiedziała babcia Jasia, nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest tu obca. To nie było jej miejsce. Od początku czuła to niedopasowanie, choć uświadomiła je sobie tak wyraźnie w andrzejkowy wieczór.
Przed oczami Magdy, niczym błyskawica, wyświetliła się migawka wspomnienia. Dziewczyna przymknęła powieki i docisnęła je palcami, jakby chciała w ten sposób odgrodzić się od natrętnych obrazów, które były niczym trailer kiczowatego filmu. Potrząsnęła głową, oderwała palce od oczu i głęboko odetchnęła dwa razy. Była pewna, że Kacper zarzuci jej działanie pod wpływem emocji, ale Magda wiedziała, że decyzja, którą podjęła, jest słuszna i przemyślana. Do całkowitej pewności potrzebowała jeszcze tylko mądrego osądu babci Janiny.
Podniosła się z zimnej skórzanej sofy, na której przysiadła przed podróżą, i omiotła wzrokiem urządzony w nowoczesnym stylu salon z kuchenną wyspą. Na granitowym blacie w kolorze colonial white odznaczała się czerwona koperta. Magda nie chciała rozmawiać z Kacprem, dopóki nie usłyszy tego, co w tej sytuacji doradziłaby jej babcia. W liście dziewczyna wyjaśniła wszystko, co miała do wyjaśnienia. No, prawie wszystko, ale na szczegóły przyjdzie czas.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziesiąta. To dobry czas, aby wyruszyć i dotrzeć do Wałbrzycha przed wieczorem.
Przeżegnała się przed podróżą, tak jak nauczyła ją tego babcia, zapięła plecak i chwyciła rączkę walizki. Turkot kółek rozniósł się echem po klatce schodowej, wygrywając dla Magdy melodię, której jeszcze w całości nie rozpoznawała, choć miała wrażenie, że pewne dźwięki są jej znajome.
Kiedy wyszła z bloku, poczuła na twarzy dżdżystą wilgoć.
Barbara po wodzie - przemknęło jej przez głowę zapamiętane w dzieciństwie powiedzenie. Uniosła twarz ku zasnutemu gęstymi chmurami niebu i się uśmiechnęła.
- To znaczy, że szykuje się mroźne Boże Narodzenie - powiedziała sama do siebie, pakując walizkę do bagażnika swojej Toyoty Yaris Cross.
Ruszyła, czując w sobie lekkość.
Po szybie spływały strużkami krople grudniowego deszczu.
Po szybie spływały strużkami krople grudniowego deszczu, a w przytulnym wnętrzu kawiarni "Pod Pretekstem" pachniało świeżo zaparzoną kawą i waniliowym aromatem sernika.
Igor siedział przy swoim ulubionym stoliku, wciśnięty w kąt, i wpatrywał się rozpaczliwym wzrokiem w zacinający na zewnątrz deszcz. Dzień odsłaniał przed mężczyzną całą swoją dynamikę, jakby chciał zachęcić go, by dołączył do tego rytmu, co jeszcze bardziej Igora przygnębiało. Od kilku miesięcy próbował napisać książkę, która początkowo wydawała się bułką z masłem. Igor wymyślił sobie temat z morderstwem na pierwszym planie, który jawił się jako dość oryginalny i ciekawy. Wątki poboczne miały spójnie się z tym głównym łączyć i wszystko zaplanowane było tak, aby dotrzymać terminu ustalonego z wydawcą. Po pierwszych dwóch rozdziałach młody pisarz jednak utknął i za nic nie mógł ruszyć z miejsca, w którym postawił ostatnią kropkę.
W akcie desperacji opuścił swój rodzinny Koszalin, wsiadł do pociągu i dojechał nim do Wrocławia, ale duże miasto po tygodniu pobytu bardzo go zmęczyło. W zapisanym w laptopie pliku nie przybył w tym czasie ani jeden znak, myśli, które próbował zebrać w logiczną i spójną całość, rozsypywały się, słowa plątały, a Igor doszedł do wniosku, że to miejsce go blokuje. Wyruszył więc dalej i tak dotarł do Wałbrzycha.
Miał szczęście. Ktoś w pociągu podpowiedział mu, że koniecznie powinien zajrzeć do kawiarni artystycznej przy ulicy Rycerskiej, co też Igor uczynił. Tam, siedząc przy schabowym z młodymi ziemniakami i popijając to zsiadłym mlekiem, usłyszał, że tuż obok, w starej kamienicy, jest do wynajęcia mieszkanie na poddaszu. Obejrzał je i jeszcze tego samego dnia się do niego wprowadził.
Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale czuł, że to jest miejsce, do którego miał dotrzeć. Miało dobrą energię, a ta porządkowała chaos w głowie. Po jakimś czasie, który Igor poświęcił na zadomowienie się i eksplorowanie miasta, zaczęły powracać słowa. Układały się w dość sensowne zdania, które zapełniły kolejne strony zaczętej książki, ale po kilku tygodniach umilkły. Igor przestał je słyszeć, a gdy sam próbował przyłożyć jakieś do rozpoczętego zdania, wychodziło z tego czcze zagadywanie, z którego wiało nudą. Poddał się więc i czekał, wykorzystując ten międzyczas na poznanie okolic i dorywcze prace, dzięki którym mógł się utrzymać.
Podobał mu się Wałbrzych i nie zamierzał póki co z niego wyjeżdżać. Wierzył, że wena wróci, i bardzo chciał, aby zastała go właśnie tu, w kamienicy na poddaszu, no, ewentualnie w kawiarni "Pod Pretekstem" przy Rycerskiej.
- Zapłakana dzisiaj ta Barbara - usłyszał miły kobiecy głos, dobiegający zza baru.
Igor oderwał wzrok od okna i spojrzał w stronę Joanny.
- Pewnie ma jakiś powód do tych łez - odpowiedział, zakładając ołówek za ucho. - Jeśli to rzeczywiście zwiastuje nam białe święta, to niech sobie płacze.
Kobieta posłała Igorowi ciepły uśmiech.
Lubił ją, a także podziwiał za wytrwałość i konsekwencję. Uparła się na to miejsce, które stało się kultową kawiarnianą minisceną Wałbrzycha. Gromadzili się na niej przeróżni artyści, od tych z wielkimi nazwiskami, po lokalnych muzyków i poetów. Joanna Kostrzewska wymyśliła sobie tę przestrzeń blisko piętnaście lat temu, w międzyczasie pokonywała wiele kamieni milowych i walczyła jak lwica, by "Pod Pretekstem" stało się niezmiennym punktem na mapie Wałbrzycha. Ale dopięła swego, za co nie tylko Igor ją podziwiał.
- Naprawdę w to wierzysz? W tę Barbarę po wodzie i Boże Narodzenie po lodzie? - zapytał.
- Wierzę. - Uśmiech Joanny był niezwykły. Nie tylko usta i oczy się uśmiechały, lecz także cała postać kobiety emanowała dobrą, jasną energią, przy której można było się ogrzać. - Podobnie jak wierzę, że tutaj, w "Pod Pretekstem", inspiracja pływa w kawie lub też można ją wyłowić z pomidorowej. Jak ci idzie?
- Fatalnie. Nie posunąłem się o ani jedno zdanie. Kilka za to wykreśliłem. Czyli bilans niezachęcający do zwierzeń.
- Może za bardzo się spinasz? Wiesz, jak to jest. Kiedy tak mocno chcemy coś wykonać na czas, stres nas paraliżuje i utrudnia działanie.
- Tylko że dotychczas zbliżający się termin był dla mnie wystarczająco motywującym wyzwaniem. - Igor przeczesał palcami jasne włosy.
- To znaczy, że teraz też prawdopodobnie zadziała ten mechanizm.
Mężczyzna powoli pokiwał głową.
- Może i masz rację, tylko... - urwał i przekrzywił głowę, a potem przebiegł wzrokiem po zawieszonych na ścianach fotografiach. - Wiesz, Asiu, ja mam wrażenie, że nie tę książkę powinienem pisać. Czuję - uderzył się pięścią w klatkę piersiową - czuję, że coś mnie woła. Jakiś temat. Ważny. Ale ja nie potrafię go odkryć ani usłyszeć. I to mnie frustruje.
- Powinieneś odpocząć. - Ton głosu Joanny był miękki, troskliwy.
- Przyjechałem do Wałbrzycha, żeby pisać.
- Nie. - Kobieta pokręciła głową. - Przyjechałeś do Wałbrzycha, żeby żyć.
Roześmiał się.
- Tymczasem, aby poczuć to życie, pracuję z nieboszczykami - powiedział, nawiązując do swojej nowej pracy w zakładzie pogrzebowym.
- A właśnie, jak ci tam? - Joanna wyszła zza baru i podeszła do stolika, przy którym siedział Igor.
O tej okołopołudniowej porze dnia w kawiarni, oprócz ich dwojga, nie było nikogo. Kobieta odsunęła krzesło naprzeciw chłopaka i usiadła. Oparła łokcie o blat, splotła dłonie i podparła na nich brodę.
- Ciekawie - odparł i spojrzał w czułe, dobre oczy Joanny. - Kiedy odpowiadałem na ogłoszenie, wydawało mi się, że praca polegająca na przygotowywaniu zmarłych do ostatniej podróży może być tym przełomem, którego rozpaczliwie potrzebuję, żeby dokończyć mój kryminał. Po kilku dniach zrozumiałem jednak, że nie znalazłem się tam, by czerpać inspirację, bo to by było trochę nieuczciwe wobec tych ludzi.
- A po co się tam znalazłeś?
Igor pomyślał, że Joanna jest osobą, która naprawdę słucha. I do tego potrafi to robić dobrze.
- By pomóc im do końca zachować godność, jaka należy się każdemu człowiekowi. I by dać im odczuć, jakkolwiek irracjonalnie może to zabrzmieć w przypadku nieboszczyka, że ktoś przez część tej ostatniej drogi z nimi idzie, że nie są sami.
- Rozmawiasz z nimi? - W oczach kobiety zalśniły łzy.
- Rozmawiam. I czytam im Baśnie Andersena.
- Baśnie? - Joanna pytająco uniosła brwi.
- Tak, baśnie. Wiesz, dla mnie to taka książka, którą wybrałbym z tysiąca innych, by zabrać ją ze sobą na bezludną wyspę. Chyba nigdy nie wyrosłem z dziecięcej wiary, że dobro zawsze zwycięży zło.
- I całe szczęście. - Joanna pociągnęła nosem. Wyglądała na wzruszoną. - Wiesz, gdyby ludzie zachowali w sobie tę wiarę, świat byłby dużo lepszym i piękniejszym miejscem do życia.
- Masz rację. - Igor się uśmiechnął. - Póki co, za dużo wśród nas niedowiarków.
- Szukaj więc swojej historii, bo wierzę, że gdzieś tu na ciebie czeka. - Joanna wstała i sięgnęła po pustą filiżankę. - A jeśli ta, którą obecnie piszesz, zamknęła przed tobą drzwi, to albo znajdź do niej klucz, albo zapukaj w inne drzwi.
Igor sięgnął po ołówek i na serwetce zanotował dwa słowa. Klucz i drzwi. Po chwili dopisał jeszcze "baśń". A potem zmęczonym wzrokiem na nowo zapatrzył się na mokre smugi, które spływały po szybie kawiarni, tworząc na niej swoją deszczową opowieść.
Kawa na stacji benzynowej, pomimo tego, że z papierowego kubka, smakowała dobrze. Naleśniki też były w porządku. Czystość stolików już jednak pozostawiała wiele do życzenia.
Po dwóch i pół godzinach jazdy w trudnych, deszczowych warunkach Magda zrobiła sobie przerwę. Dochodziła trzynasta, więc była to idealna pora na lunch.
Nabijając kawałek naleśnika na plastikowy widelec, dziewczyna zerknęła na wyświetlacz komórki. Nie było na nim sygnału o nieodebranych połączeniach, co Magdy nie zdziwiło, gdyż o tej porze Kacper był w pracy, z której nie miał zwyczaju do niej telefonować. Ikona WhatsApp pokazywała za to kilka nowych wiadomości. Jedna z nich była od Kacpra.
Sikoreczko, muszę dziś dłużej zostać w pracy. Końcówka roku i nudne zebrania.
Zamiast kropki pojawiła się emotka ziewającej buźki, a potem jeszcze dopisek:
Tęsknię
I serduszko.
Tak, emotki opanował do perfekcji. W wiadomości przypadkowo wysłanej do Iwony też roiło się od serduszek i buziaków. I też było słowo "tęsknię", tylko zamiast "Sikoreczki" widniało "Kochanie".
Magda poczuła wściekłość. Nie chciała się jej poddawać, przełknęła więc naleśnika i kilka razy głęboko odetchnęła. Spojrzała na kolejną nieodczytaną wiadomość. Ta przyszła od Iwony.
Hej! Jak się trzymasz? Wiesz, że masz nas? Gdybyś chciała pogadać, posmarkać Marcelowi w rękaw, poużywać niecenzuralnych słów, potłuc kilka szklanek albo wprowadzić się do nas, wiesz, że jesteśmy w twojej drużynie?
Tutaj też było serduszko, ale to Magda odebrała zupełnie inaczej. Zareagowała na tę wiadomość również serduszkiem i odpisała.
Jest okej. Wkrótce się odezwę.
Iwona odpowiedziała natychmiast. Pod ostatnim zdaniem pojawił się kciuk.
Magda wygasiła ekran i dokończyła naleśniki. Kawa, pomimo tego, że zdążyła wystygnąć, nadal smakowała dobrze. Dziewczyna dopiła ją, wyrzuciła kubek i plastikowe sztućce do odpowiednich pojemników, odstawiła tacę z pustym talerzem i skierowała się do toalety. Nie planowała już żadnych przystanków. Jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to poczuć lawendowy zapach mieszkania babci i owinąć się miękkim kocem w koty, czekającym na nią, złożonym w równą kostkę w pokoju, który już wiele lat temu babcia Jasia oddała Magdzie do wyłącznego królowania.
Myjąc ręce po skorzystaniu z toalety, zerknęła w lustro. W niebieskich oczach, które na nią spojrzały, nie dostrzegła zagubienia, była w nich raczej radość oczekiwania na spotkanie i pewne podekscytowanie czymś nowym, ku któremu zmierzała.
Magda poprawiła kucyk, w który związała włosy w kolorze pszenicznego blondu, narzuciła na ramiona kurtkę i opuściła budynek stacji benzynowej, łapiąc w truchcie do samochodu myśl, że powinna zadzwonić do Ziuty.
Krople padającego od rana deszczu rozpryskiwały się w zderzeniu z chodnikiem, tworząc liczne kałuże. Ziutka zapatrzyła się na nieregularny, rozmigotany kształt jednej z nich. Przy odrobinie wyobraźni można było dostrzec w tej mokrej, błyszczącej plamie dużo więcej niż po prostu kałużę.
Kobieta przypomniała sobie dawne andrzejkowe zabawy i lanie wosku przez ucho klucza. Ze zlepków przetopionej parafiny tworzyły się marzenia. Wiele z nich rozwiewał potem listopadowy i grudniowy wiatr, ale część zakorzeniała się w sercu i kiełkowała wiarą w ich spełnienie.
Roziskrzone kałuże też jawiły się czymś więcej niż tylko zebraną w nierównościach wodą. Dla Ziuty były niczym portale do równoległego świata, w którym człowiek nie był człowiekowi wilkiem, gdzie nie prowadziło się wojen, a polityka miała w swoim założeniu i uprawianiu misyjność, a nie drapieżność silniejszych przy żłobie.
Ziutka zamrugała i przeniosła wzrok z kałuż na serce rynku. Plac zapełnił się drewnianymi budkami. Przy choince i instalacjach, które dziś, w Barbórkę, miały rozbłysnąć świątecznymi iluminacjami, pracowicie uwijali się ludzie. Wałbrzych piękniał i przygotowywał się na Boże Narodzenie, choć dla Ziuty termin świąt wydawał się jeszcze odległy. Zanim usiądzie z Kajtkiem do wigilii, czeka ją sporo pracy. Na ekranie telefonu co i rusz wyświetlały się nowe numery, a grafik zapełniał się zleceniami, co z jednej strony Ziutkę cieszyło, bo oznaczało zastrzyk gotówki tak potrzebnej przed świętami, a z drugiej niepokoiło, czy sama sobie poradzi.
- Nie roztkliwiaj się, Ziuta - powiedziała do siebie, dmuchając w przyklejoną do czoła czarną grzywkę. - Od lat radzisz sobie ze wszystkim solo, to i teraz duetu nie potrzebujesz. Twarda baba jesteś, dasz sobie radę.
Słowa wybrzmiały w dużym, przestronnym pokoju, przebijając się przez dźwięki cicho włączonego radia. Jakby w odpowiedzi usłyszała w głowie inne, wypowiedziane spokojnym głosem Janiny: "To, że przez tyle lat jesteś wojowniczką, nie oznacza, że masz w tym pancerzu przejść przez całe życie. Przychodzą takie chwile, kiedy należy go rozpiąć, a nawet zdjąć, odłożyć miecz i poczuć, jak to jest, kiedy nie trzeba walczyć, a po prostu zaufać".
Ziuta poczuła, jak jej oczy wilgotnieją. Tęskniła za Janiną. Nie mogła uwierzyć, że to już rok, odkąd Jasia zabrała się na tamten lepszy świat. Wierzyła w to niebo, które rozumiała po swojemu, a Ziutka miała nadzieję, że właśnie tam teraz jest jej droga przyjaciółka.
Były sąsiadkami przez piętnaście lat. Choć dzieliła je spora różnica wieku, dwadzieścia jeden lat, "oczko", jak mawiała Jasia, rozumiały się i przyjaźniły, otwierając się przed sobą tak, jak nigdy wcześniej przed nikim innym. Brak Janiny był dla Ziuty dotkliwy i bolesny, choć jednocześnie w jakiś niewytłumaczalny sposób czuła, że jej przyjaciółka nie opuściła jej tak ostatecznie. Wielokrotnie wyczuwała lawendowy zapach, którym przesiąknięte było mieszkanie na parterze, a słowa Janiny, tak jak te, które "usłyszała" przed momentem, powracały, wplątując się w myśli kobiety, choć ta doskonale wiedziała, że nie ona jest ich autorką.
Dźwięk piosenki Yesterday zespołu The Beatles, którą miała ustawioną jako dzwonek w telefonie, dobiegł z komody. Kobieta podeszła do niej po komórkę szybkim, zamaszystym krokiem, po czym zerknęła na wyświetlacz. Numer, który się wyświetlił, nie był zapisany w kontaktach. Odebrała, rzucając do słuchawki krótkie "Halo?".
- Dzień dobry, pani Ziuto. Tu Magda Brończyk, wnuczka Janiny - usłyszała nieco zniekształcony szumem jadącego samochodu miły dziewczęcy głos.
- Madzia? - Ziuta nie potrafiła ukryć zaskoczenia.
- Tak, to ja. - Dziewczyna raczej była świadoma, że kobieta nie spodziewała się tego telefonu, bo kontynuowała. - Przepraszam, że do pani tak nieoczekiwanie dzwonię, ale chciałam uprzedzić, że jadę właśnie do Wałbrzycha i przez jakiś czas zatrzymam się w mieszkaniu babci. Wiem, że pani ma do niego klucze i nie chciałabym, żeby pani pomyślała, widząc światło w oknach, że ktoś nieproszony się tam dostał.
- Oj, szkoda, że nie zadzwoniłaś wczoraj, Madziu, wcześniej napaliłabym w piecu. Tam zimno jak w psiarni. Od czasu do czasu przepalam, żeby wilgoć w ściany nie weszła, ale od ponad tygodnia tam nie byłam.
- Dam sobie radę - usłyszała w odpowiedzi i przez chwilę poczuła się tak, jakby sama ze sobą prowadziła rozmowę.
Następna wojowniczka - pomyślała, a głośno powiedziała:
- Zaraz tam zejdę i rozpalę w piecu, choć trochę się zagrzeje. O której mniej więcej będziesz?
- Za jakieś półtorej godziny.
Ziuta sama do siebie pokręciła głową.
- Jedź ostrożnie, kochanie, tutaj u nas pada i warunki nie są zbyt sprzyjające podróży.
- Będę na siebie uważała - obiecała dziewczyna, a na koniec dodała: - Dziękuję!
I się rozłączyła.
Ziuta natomiast zajrzała do Kajtka, poinformowała go, że wychodzi i wróci za czterdzieści pięć minut, a potem nałożyła na siebie ciepły polar i czapkę, i wyszła z mieszkania, zamknąwszy drzwi na klucz.
Lokator na piątkę - tak zwykł był myśleć o sobie Bernard.
Dokładnie pod takim numerem mieszkał, lokal numer pięć od dwóch pokoleń należał do jego rodziny i nie zmieniły tego obalane ustroje ani wejście w nowe tysiąclecie. W studwudziestometrowym mieszkaniu pod numerem pięć Bernard się urodził i dorastał, tutaj przyprowadził swoją narzeczoną, by przedstawić ją rodzicom, a kilka miesięcy później wniósł ją przez próg jako swoją żonę. Tu przyszła na świat dwójka ich dzieci i również tu udzielono ostatniego namaszczenia rodzicom Bernarda i jego żonie Lucynie. Te ściany "pod piątką" nasiąknięte były opowiadaną codziennością historią rodziny Kublinów, niespisaną, choć noszoną przez Bernarda w pamięci.
Kiedyś zamierzał opisać dzieje rodu Kublinów, a dokładniej te lata, kiedy jego rodzice, Eugeniusz i Stefania, jako dzieci przyjechali do Wałbrzycha, aby w tym obcym mieście, na Ziemiach Odzyskanych, rozpocząć nowy rozdział życia, a potem założyć rodzinę i późniejsze, kiedy to rodzinę stworzyli Bernard i Lucyna. Rozpoczął nawet nad tym pracę, poczynił obszerne notatki, miał nawet plan publikacji i pomysł, żeby wydać taką rodzinną pamiątkę na swoje pięćdziesiąte urodziny albo jako prezent na ślub któregoś ze swoich dzieci. Żadne jednak z latorośli Bernarda do ślubu się nie spieszyło, zatem na okrągłe urodziny - ani te pięćdziesiąte, ani sześćdziesiąte - nie udało się tego przedsięwzięcia ukończyć. Po śmierci żony zaś Bernard stracił wszelką chęć na dokończenie rodzinnej historii. Pewne wspomnienia były zbyt bolesne, by dotykać ich w pojedynkę, i Bernard pogodził się z tym, że są takie sprawy w życiu człowieka, które pozostają niezałatwione i niedokończone, a to była właśnie jedna z nich.
Schodząc po kamiennych schodach z drugiego piętra na parter, mężczyzna wodził wzrokiem po klatce schodowej, wyłapując szczegóły, które wprawiały go w irytację. Na parapecie pierwszego piętra znów stała popielniczka pełna petów! Bernard rzucił palenie ponad trzydzieści lat temu i od tamtego czasu nie znosił zapachu papierosowego dymu. Wielokrotnie zwracał uwagę mieszkającym pod nim sąsiadom spod trójki, że klatka schodowa jest przestrzenią wspólną i że nie życzy sobie, aby użytkowano ją jako palarnię, jednak ci młodzi ludzie, o których Bernard nie miał za dobrego zdania, niewiele sobie robili z jego uwag i uparcie kontynuowali irytujący nawyk, co doprowadzało mężczyznę do wściekłości. Podobnie jak pełny worek ze śmieciami wystawiony na wycieraczkę przed drzwiami mieszkania numer dwa.
- Mój Boże, czy tym ludziom naprawdę nie przeszkadza smród na klatce schodowej? - powiedział trochę do siebie, a trochę do drepczącego za nim mopsa, na tyle jednak głośno, żeby jego słowa były słyszalne za pozamykanymi drzwiami.
Z ulgą wyszedł na świeże powietrze, dokładnie zamykając za sobą drzwi wejściowe do kamienicy.
- Chodź, Bryś, zrobimy sobie dzisiaj spacer do "Oleńki" - zwrócił się do mopsa, który próbował nadążyć za swoim panem na krótkich, rozkołysanych nóżkach. - Dzisiaj Barbórka, więc koniecznie musimy zjeść "basię". Jakieś tradycje trzeba podtrzymywać.
Pies nazwany Brysiem zamerdał ogonkiem, otrząsnął się z kropel deszczu, który niekoniecznie mu się podobał, i ruszył przed siebie przy nodze o znajomym zapachu.
- Widzisz, Bryś, Święta Barbara po wodzie zwiastuje, że w Boże Narodzenie skuje lodem, a to z kolei oznacza, że na ogrzewanie tej zimy sporo wyłożymy.
Bernard rozłożył parasol, rzucił okiem na rynek, gdzie trwało dziś poruszenie w związku z przygotowaniem Wałbrzycha na świąteczne iluminacje, i mamrocząc pod nosem coś na temat marnotrawstwa energii i niepotrzebnych kosztów ponoszonych przez miasto, oddalił się w stronę cukierni "Oleńka". Tam zamierzał poprawić sobie humor choć na chwilę przy pomocy ulubionego ciastka o wdzięcznej nazwie "basia".
Kamili wszystko leciało dzisiaj z rąk. Roztrzaskała talerz, który postawiła zbyt blisko krawędzi blatu i zaczepiła o niego łokciem, rozlała kawę, szturchnąwszy filiżankę, i rozsypała cukier, nie zauważywszy rozerwanego opakowania. Nie była w stanie na niczym skupić uwagi ani opanować wewnętrznego rozdygotania.
Denerwowała się. Wydawało jej się, że jest gotowa, przygotowywała się na ten dzień od wielu lat. Niemniej jednak kiedy nadszedł, Kamila była w totalnej rozsypce.
Z obawy, że narobi zbyt dużo szkód, wyszła z kuchni i skierowała się do sypialni. Usiadła na starannie pościelonym łóżku, przymknęła oczy i kilkakrotnie głęboko odetchnęła.
- Wdech i długi wydech, wdech i wydech, wdech. - Znajomy głos zadziałał kojąco. Wypuściła powietrze i otworzyła oczy.
Stał przy zawieszonej na drzwiach szafy sukience, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Znała to spojrzenie i ten błysk w oku, który zwiastował jakąś błyskotliwą ripostę na zdenerwowanie Kamili. Czekała. Na słowa, poklepanie po ręce, przytulenie.
- Ładna sukienka. - Wyciągnięta dłoń wskazała na mieniącą się brokatem czerwoną suknię.
- Uszyłam ją specjalnie na tę okazję - szepnęła.
- Więc ją włóż i olśnij wszystkich.
- Przecież ci ludzie nie przyjdą po to, aby mnie oglądać.
- Masz rację. Przyjdą po to, abyś ty ubrała ich w dźwięki pełne emocji, których poszukują, za którymi tęsknią, których potrzebują. Potrafisz to zrobić, bo nie tylko masz talent, lecz także wrażliwość i intuicję.
- Myślisz, że to wystarczy, aby stanąć przed pełną widownią filharmonii i zagrać pierwszy w życiu solowy koncert?
- Wystarczy, Kami. Jesteś gotowa na ten dzień, wiesz o tym.
- Radek... - urwała.
Patrzył na nią, nie ponaglając jej. Wiedział, o co go zapyta, a ona znała odpowiedź.
- Będziesz tam ze mną, prawda?
- Zawsze jestem przy tobie, Kami. Zawsze.
Kamila przymknęła powieki. Po jej policzku spłynęła łza. Jedna, pojedyncza. Kobieta nie starła jej. Pozwoliła mokrej kropli przebyć drogę od kącika oka do kącika warg. Smakowała solą.
Na łóżku, tuż obok siebie, poczuła ruch. O jej udo i ramię otarł się kot. Zanurzyła palce w miękkim, szaroburym futerku. Zwierzę zamruczało i wyprężyło grzbiet.
Kamila położyła się na łóżku w pozycji embrionalnej i przygarnęła kota, a w zasadzie kotkę, do siebie, tak jak dziecko przytula pluszaka. Dachowiec ułożył się wygodniej, a czując ciepło ciała swojego człowieka, rozpoczął mruczaną kołysankę. Kamila poczuła odprężenie. Panika minęła. Myśli napełniły się spokojem. Do koncertu pozostało sześć godzin. Miała czas na tę chwilę kociej terapii z Fermatą. Zamknęła oczy i odepchnęła myśli: "A co, jeśli...?".
Zanurzyła się w chwilę, w której, wraz z mruczącą Fermatą, została.
Dźwięk telefonicznego dzwonka przerwał rytmiczne rapowanie Taco Hemingwaya, które wypełniało przestrzeń samochodu i towarzyszyło Magdzie w podróży. Numer, który się wyświetlił, nie był zapisany w jej kontaktach, odebrała więc, skupiona jednak bardziej na drodze i trudnych do jazdy warunkach niż rozmówcy.
Rzuciła krótkie "Halo!", jednocześnie wyprzedzając lewym pasem tira, spod którego kół wytryskiwały strugi błotnistej wody.
- Dzień dobry, pani Magdo, Jolanta Stanicka, dzwonię z salonu sukien ślubnych "Parisette". Pani Tymańska poprosiła o zmianę terminu przymiarki z wtorku na dzisiaj, na godzinę szesnastą. Rozumiem, że zostało to z panią uzgodnione i że obie panie przyjedziecie.
Magda poczuła nagłe uderzenie złości. Wypuściła powietrze i odezwała się na tyle spokojnym i opanowanym głosem, na ile pozwoliły jej rozgrzane emocje.
- Tak, oczywiście.
- Czyli że będzie pani dzisiaj na przymiarce? - upewniła się rozmówczyni.
- Tak, tak - odparła Magda, łapiąc swoje spojrzenie w lusterku wstecznym.
- Dobrze, w takim razie przepisuję termin na dziś. Suknia już prawie gotowa, będzie pani zachwycona, pani Magdaleno.
- Nie wątpię. - Dziewczyna starała się, by w jej głosie nie było zgryźliwości, miała jednak wrażenie, że pewne nuty się tam zakradły.
- Zatem do zobaczenia - odpowiedziała Jolanta Stanicka, wyraźnie zadowolona z bezproblemowo załatwionej sprawy.
- Do zobaczenia - rzuciła Magda, rozłączając rozmowę, a potem, chcąc dać upust zagotowanym emocjom, przycisnęła pedał gazu. Wyprzedziła dwa tiry i trzy osobówki, po czym zjechała na prawy pas i oddała prowadzenie tempomatowi.
Marzanna Tymańska, przyszła teściowa Magdaleny, była kobietą o silnej, apodyktycznej osobowości, dużych wpływach i zamiłowaniu do organizowania dużych wydarzeń, na których poszerzała listę swoich kontaktów i jednocześnie nagłaśniała fundację męża, której była ambasadorką. Ślub syna traktowała również jako jedno z takich wydarzeń, z racji jednak wyjątkowej okazji przyjęcie weselne także miało być niezapomniane i imponujące. I kompletnie niezgodne z tym, czego pragnęła Magdalena.
Puszczone luźno myśli dziewczyny pomknęły do Warszawy. Przed oczami pojawiła się scena z andrzejkowej imprezy. Ilona w krótkiej, obcisłej sukience, seksownie opiętej na jej smukłej sylwetce, jej perlisty śmiech, błyszczące oczy i ta pewność, z jaką poruszała się po kuchni Magdy i Kacpra. Magda kroiła ciasto, Ilona zaoferowała pomoc w przygotowaniu zimowej herbaty. Dzbanek z podgrzewaczem stał na blacie, po mieszankę czarnych i owocowych herbat Magdalena nie zdążyła sięgnąć, bo uprzedziła ją Ilona. Bezbłędnie otworzyła właściwą szafkę, a potem szufladę z suszonymi owocami i przyprawami. W jej ruchach nie było dezorientacji. Zachowywała się tak, jakby niejednokrotnie już przygotowywała w tej kuchni nie tylko herbatę.
To w tamtej właśnie chwili porozsypywane puzzle zaczęły układać się Magdzie w jedną, zupełnie nielogiczną całość. Ostatnim elementem układanki była wiadomość, przypadkowo wysłana do Iwony. Różnica jednej litery, "w" zamiast "l", Iwona zapisana w kontaktach tuż przy Ilonie, jak ostatnia kropka, której brakowało, by oddzielić fałsz od prawdy.
- Kurwa mać! - zaklęła Magda, kiedy jadący przed nią samochód zmusił ją do nagłego hamowania. Wiedziała, że to słowo nie było skierowane do kierowcy. Przekleństwo, na co dzień nieużywane, pomogło rozładować wściekłość.
Dmuchnęła w grzywkę, rozdmuchując tym jak skłębioną parę, wspomnienie, którego nie chciała ani pielęgnować, ani zachowywać w pamięci.
Zmieniła pas z prawego na lewy, przycisnęła pedał gazu i pomknęła S8 w kierunku Wrocławia.
Po szybie spływały strużkami krople deszczu. Szymon patrzył na te pionowe szlaczki z dziecięcą fascynacją. Wypukłe krople ciągnęły za sobą długie linie o nieregularnych kształtach, które w wyobraźni chłopca przybierały postać odnóży wielkiego pająka.
Szymon nie bał się pająków. Ciekawiły go te stworzenia o ośmiu długich nogach i szczękoczułkach z jadem. Jego starsza siostra, Laura, opowiadała mu o nich straszne historie i jeszcze do niedawna chłopiec wierzył w każdą z nich, bo przecież siostra wiedziała o pająkach dużo więcej niż on. Tak mu się wydawało do momentu, kiedy tata włączył mu na kanale YouTube dokumentalny film o ptaszniku. Od niego zaczęła się fascynacja chłopca pajęczakami, której nikt oprócz taty nie rozumiał. Szymek się jednak tym nie przejmował. Wzbogacał swoją wiedzę coraz to nowymi dokumentami, które wyszukiwał dla niego tata, i teraz on opowiadał Laurze o tarantulach, krzyżakach, kątnikach, tygrzykach paskowanych czy ptasznikach, nawet jeśli siostra zatykała uszy dłońmi i wykrzykiwała, że nie chce słuchać niczego o pająkach, których się po prostu bała, jak to dziewczyna.
We wszystkich innych dziedzinach Laura była dla Szymona autorytetem. Miała jedenaście lat, chodziła do piątej klasy i uczyła się grać na skrzypcach. Szymon miał natomiast lat pięć, chodził do przedszkola, co prawda do starszaków, ale szkolnego plecaka jeszcze nie nosił. Kochał Laurę całym swoim pięcioletnim sercem i wierzył jej, kiedy mówiła, że choćby nie wiadomo, co się działo, nikomu nie pozwoli go skrzywdzić i zawsze będą razem, jak Kay i Gerda.
Ściekający po szybach deszcz zniekształcał obraz widoczny za oknem. Na rynku ustawiano właśnie drewniane stragany i szykowano świąteczne iluminacje. Duża choinka, która w grudniu stawała się ważnym elementem wystroju Śródmieścia, była dobrze widoczna z okien kamienicy, gdzie mieszkali Szymon i Laura. Dzieci lubiły na nią spoglądać, mając niekiedy wrażenie, że to do nich tak wesoło mruga światełkami, jakby puszczała oko do przyjaciół. Pojawienie się choinki oznaczało coś jeszcze. To przy niej dzieci widywały Świętego Mikołaja, a Szymon wierzył, że życzenia wyszeptane do gałązek docierają do Mikołaja i że się spełnią.
W tym roku życzenie chłopca było wyjątkowe, dlatego tak niecierpliwie wyczekiwał i wyglądał choinki. Laura marzyła o własnych skrzypcach, a Szymon sam słyszał, jak pani Kamila, sąsiadka z drugiego piętra, która uczyła Laurę gry na skrzypcach, mówiła do taty, że dziewczynka ma talent i potrzebuje dobrego instrumentu do codziennych ćwiczeń.
Szymon nie rozumiał, czym jest ten talent, dostrzegł za to, że tata się tym zmartwił, a Laura w liście do Mikołaja narysowała skrzypce. Szymon w swoim też je namalował, tuż obok klocków Lego z pająkiem Aragogiem z Harry'ego Pottera. Był pewien, że jeśli oboje poproszą o to samo, nawet jeśli jeden z listów zawieruszy się gdzieś w przedświątecznym zamieszaniu, drugi dotrze do świętego, a ten już będzie wiedział, co z tym zrobić.
Deszcz wzmógł na sile, krople zgęstniały, tworząc na szybie wodny ekran. Na ulicy i w zagłębieniach chodnika zbierały się kałuże. Koła przejeżdżających samochodów rozpryskiwały wodę, a w rynku pojawiło się więcej parasoli. Pod jednym z nich chłopiec rozpoznał pana Bernarda, sąsiada, który mieszkał piętro wyżej, tuż nad nimi. W zasadzie to poznał parasol pana Bernarda po Brysiu, mopsie, który dreptał przy nodze sąsiada, kołysząc się śmiesznie na boki, jak kaczka.
Szymon pomachał rączką, ale skryty przed deszczem Bernard nie mógł go dostrzec. Zauważył go za to ktoś inny. Wysoki mężczyzna ubrany tak elegancko, jakby szedł do kościoła, wspierający się na czarnej lasce ze złotą gałką, w kapeluszu podobnym do tych, z jakich magicy wyciągają białe króliki. Zobaczywszy spontaniczny gest chłopca, mężczyzna podniósł dłoń w geście pozdrowienia, a potem uśmiechnął się do Szymona.
Gwałtowny podmuch wiatru wprawił w drżenie latarnię, a Szymon dostrzegł, jak jej światło odbija się od jednej z kałuż. Uśmiechnął się i zeskoczył z szerokiego parapetu, na którym siedział.
Musi koniecznie powiedzieć Laurze, że widział gwiezdny pył, a to oznacza, że sanie Mikołaja są już coraz bliżej.
Karina wracała do domu niemal tanecznym krokiem. To był jeden z tych dni, kiedy przepełniała ją euforyczna energia. Poczuła ją, gdy na wystawie księgarni "Świat Książki" przy Słowackiego dostrzegła wydanie Baśni Andersena w szacie graficznej, jaką pamiętała ze swojego dzieciństwa. Postanowiła, że w drodze powrotnej do domu kupi książkę dla Szymka. Synek dostanie ją w prezencie od Mikołaja i razem będą ją czytać przed snem, jak wtedy, gdy Karina była mała, a Baśnie czytała jej Weronika. To były jedne z najszczęśliwszych chwil jej dzieciństwa. Ta siostrzana bliskość, która dawała pewność, że bez względu na to, jakie smoki, trolle czy ogry pojawią się w życiu Kariny, żaden stwór jej nie skrzywdzi, bo Werka na to nie pozwoli.
Na myśl o siostrze poczuła ukłucie. Taneczny krok zwolnił, a w euforię wsnuła się posępność. I choć nie opanowała ona Kariny, była jak smog w mroźnym powietrzu, nisko zawieszony nad ziemią. Kobieta naciągnęła wyżej kaptur i wcisnęła ręce do kieszeni. Poczuła nieodpartą potrzebę znieczulenia. Owszem, obiecała Adrianowi, że wróci prosto do domu, ale zajrzy tylko do Żabki, to tylko chwila i tylko jedno piwo. Wystarczy, by zalać żal syczący jak płomień polany wodą.
Muszę kupić książkę dla Szymka - w głowie Kariny rozbłysła jasna myśl.
Uchwyciła się jej, walcząc z żalem i pragnieniem. Okładka z Królową Śniegu i rodzeństwem, które rozdzieliło zło, była niczym Gwiazda Betlejemska. Wskazywała ona to właściwe miejsce, do którego Karina powinna się skierować. Neon Żabki zamigotał, jakby konkurując z jasną myślą o książce. Kusił, a do tego przed wejściem Karina rozpoznała znajomą, wspartą o mur sylwetkę Żylety, znajomka ze Śródmieścia. Jej ciało szarpnęło, jakby chciało oddzielić wolę od nawyku, a Karina poczuła, jak na mokrej kostce brukowej rozjeżdżają się jej nogi. Nie upadła tylko dlatego, że ktoś silnym chwytem złapał ją za ramię i podtrzymał.
Zanim podniosła głowę, dostrzegła laskę ze złotą gałką, która przy tej próbie przytrzymania kobiety upadła na ziemię. Mężczyzna, który jej pomógł, był dużo wyższy od Kariny. Jej uwagę przykuł elegancki płaszcz i staroświecki, wysoki cylinder na głowie. Mężczyzna przesunął czarny parasol tak, żeby deszcz nie kapał na kobietę. Jego postać przesłoniła jaskrawy neon. Łagodne oczy patrzyły na Karinę, jakby nie była kimś przypadkowym, anonimowym ani obcym. Przegranym.
- Proszę uważać - odezwał się głosem, w którym obecne były wesołe nuty. - Deszczowy poślizg jest mniej przyjemny niż ten śnieżny.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej