Szkoła powszechna, mieszcząca się przy Adolf-Hitler-Straße, zmienionej później na ulicę Mickiewicza, nie pachniała już kredą i woskiem do podłóg. Pachniała lizolem, ropiejącymi ranami i kwaśnym potem strachu.
Była godzina trzynasta, gdy Greta Krause biegła korytarzem, niosąc miskę z brudnymi bandażami. Mimo że na zewnątrz panował siarczysty mróz, w środku było duszno. Korytarze zastawiono noszami. Jęczeli na nich żołnierze Wehrmachtu - ci, dla których zabrakło miejsca w salach lekcyjnych zamienionych na oddziały. Byli to chłopcy niewiele starsi od niej, z kikutami zamiast nóg, z oczami wypalonymi przez gorączkę, i starzy rezerwiści, którzy wzywali swoje matki.
- Schneller! Szybciej! - krzyczał Oberarzt15, siwy lekarz wojskowy, który biegał między rzędami noszy, dokonując brutalnej segregacji. - Ten na ciężarówkę! Ten zostaje! Ten na ciężarówkę!
Triaż. Greta nauczyła się tego słowa tydzień temu. Oznaczało ono zabawę w Boga. Ci, którzy mogli chodzić lub mieli szansę przeżyć podróż na pace ciężarówki przy minus dwudziestu stopniach, dostawali szansę ucieczki. Ci z ranami brzucha, z gangreną, nieprzytomni - zostawali. Otrzymywali zastrzyk z morfiny. Czasem ostatni.
Greta wpadła do składziku aptecznego, żeby wyrzucić brudy do kubła. Ręce jej się trzęsły. Przez okno widziała dziedziniec szkolny. Stały tam trzy ciężarówki Opel Blitz, silniki pracowały, wyrzucając kłęby spalin. Żołnierze w pośpiechu ładowali na paki skrzynie i pomagali wchodzić rannym.
- Greta!
Z cienia między regałami wyłonił się Hans. Był chirurgiem ze Szlezwika-Holsztynu. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i duszę muzyka, która kompletnie nie pasowała do rzeźni, w jakiej się znaleźli. Od miesięcy łączyło ich coś więcej niż praca - spacery po parku, ukradkowe pocałunki w bramie, marzenia o świecie bez wojny.
Teraz Hans był blady jak ściana. Nie miał na sobie kitla, tylko mundur polowy i ciężki płaszcz. Na jego ramieniu wisiał karabin, który wyglądał na nim nienaturalnie.
- Hans? Co ty robisz? - zapytała, wycierając dłonie w fartuch.
- Wyjeżdżamy. To koniec, Greta. Rosjanie przerwali front pod Gliwicami. Będą tu za godzinę, może dwie. Oberarzt dostał rozkaz ewakuacji personelu i lżej rannych. - Podszedł do niej i złapał ją mocno za ramiona. Jego palce wbijały się w jej ciało przez materiał sukienki. - Musisz jechać ze mną.
Greta cofnęła się o krok.
- Nie mogę. Mam rodzinę. Ojca, matkę, siostry... Nie zostawię ich.
Hans potrząsnął nią, a w jego oczach Greta zobaczyła łzy bezsilności.
- Nie rozumiesz! Ty nie wiesz, co oni robią! Słyszeliśmy relacje uciekinierów z Prus. Nemmersdorf16... Greta, oni nie patrzą na to, czy jesteś Ślązaczką, czy Niemką. Pracujesz w niemieckim lazarecie. Masz na sobie fartuch ze swastyką na pieczątce. Jesteś młodą, ładną kobietą. Dla nich jesteś łupem.
- Ojciec podpisał trzecią grupę! Jesteśmy tutejsi! - Broniła się, choć głos jej drżał. Wiedziała, że Hans nie kłamie. Propaganda Goebbelsa straszyła "azjatyckimi hordami", ale szeptane wieści od rannych żołnierzy były o wiele gorsze niż propaganda.
- To ich nie obchodzi! - krzyknął zduszonym głosem Hans. - Jeśli tu zostaniesz, zgwałcą cię i zabiją na oczach twojej matki. A twoją rodzinę wyślą na Sybir za kolaborację, bo jedna córka pracowała dla Wehrmachtu. Jeśli wyjedziesz... jeśli znikniesz... może dadzą im spokój.
To zdanie uderzyło ją najmocniej. "Jeśli znikniesz... może dadzą im spokój". Czy jej obecność była wyrokiem dla Anny, Heli, Marii i Lusi? Czy bycie "tą, co opatrywała Niemców" ściągnie nieszczęście na cały dom przy ulicy Kościelnej?
Z zewnątrz dobiegł ryk klaksonu.
- Abfahrt! Odjazd! Za dwie minuty ruszamy! - wrzeszczał podoficer na dziedzińcu.
- Greta, błagam cię! - Hans płakał. - Mam miejsce na pace. Ukryję cię pod kocami. Pojedziemy do Rzeszy. Tam jest bezpiecznie. Amerykanie idą od zachodu, poddamy się im. Przeżyjemy. Wrócisz tu, jak to się skończy. Ale musisz przeżyć!
Greta zerknęła na swoje dłonie. Były czerwone od zimna i środków dezynfekujących. Spojrzała przez okno. Ulicą przed szkołą ciągnął sznur uciekinierów. Wozy, sanki, piesi. Panika. Gdzieś tam był jej dom. Jej ojciec. Wilhelm na pewno już wrócił z pracy. Pewnie znoszą węgiel do piwnicy. Są razem. Bezpieczni w swojej śląskiej solidarności. A ona? Ona była tu, pośród wrogów, którzy nagle stali się jedyną deską ratunku.
- Dwie minuty? - zapytała cicho.
Hans skinął głową.
- Teraz albo wcale.
Greta zerwała z szyi brudny fartuch i rzuciła go na podłogę. Z wieszaka wzięła swój wełniany płaszcz i torebkę, w której miała dowód tożsamości i zdjęcie sióstr.
- Jadę - powiedziała, czując, jak słowo to rozrywa jej serce na kawałki. - Jadę, żeby ich chronić.
Wybiegli na dziedziniec. Mróz uderzył w nich z siłą tarana. Śnieg chrzęścił pod butami. Wszędzie panował chaos. Ranni wpychali się na ciężarówki, ktoś upadł, ktoś kogoś stratował.
Hans pociągnął ją do ostatniego Opla.
- Wskakuj! Szybko!
Podsadził ją. Greta wdrapała się na wysoką burtę, łamiąc paznokieć. Wylądowała na twardych deskach, między skrzynkami z amunicją a młodym żołnierzem z zabandażowaną głową, który patrzył w pustkę niewidzącym wzrokiem. Hans wskoczył za nią i naciągnął plandekę.
Ciemność. W środku śmierdziało spalinami i strachem. Silnik zaryczał, samochód szarpnął. Ruszyli.
Greta podczołgała się na tył pojazdu, uchylając rąbek brezentu. Widziała oddalający się budynek szkoły. Czerwona cegła, wybite szyby. Brama wjazdowa. I wtedy go zobaczyła.
Na chodnik przed szkołą wbiegł mężczyzna w kolejarskim mundurze. Zdyszany, rozglądał się gorączkowo, zaczepiając uciekających sanitariuszy. Wilhelm. Jej ojciec.
- Tato! - krzyknęła Greta, ale jej głos zginął w warkocie silnika i zgrzycie skrzyni biegów.
Ciężarówka przyspieszała. Wilhelm wbiegł na dziedziniec, prosto pod lufy żandarmów osłaniających odwrót. Widziała, jak gestykuluje, jak pokazuje ręką na budynek. Szukał jej. Przyszedł po nią, tak jak obiecał matce.
- Tato! Tutaj! - wrzasnęła znowu, wychylając się niebezpiecznie.
Hans złapał ją w pasie i szarpnął do tyłu.
- Zwariowałaś?! Zastrzelą nas! Siedź cicho!
- To mój ojciec! On tam jest! Muszę wysiąść!
- Za późno! - krzyknął Hans, przyciskając ją do podłogi. - Spójrz!
Greta popatrzyła przez szparę po raz ostatni. Ojciec stał na środku pustoszejącego dziedzińca. Był małą granatową plamką na tle brudnego śniegu. Opuścił ręce. Patrzył na odjeżdżające ciężarówki. Czy ją widział? Czy wiedział, że jego córka właśnie ucieka z ludźmi, których on uważał za okupantów?
Ciężarówka skręciła w Bahnhofstraße, ulicę Dworcową, a potem w stronę szosy na Gliwice. Szkoła zniknęła za zakrętem.
Greta opadła na deski. Szloch wstrząsnął jej ciałem tak mocno, że nie mogła złapać tchu. Zostawiła go. Zostawiła ich wszystkich. Myślała, że ratuje ich przed hańbą posiadania "niemieckiej" córki. W tej chwili jednak czuła się jak zdrajczyni.
Samochód podskakiwał na wybojach, wioząc ją w nieznane, na zachód, do kraju, który nie był jej domem. A za jej plecami, nad Rudą, niebo zaczynało ciemnieć, zwiastując nadchodzącą noc i nadciągający front.