Barbara Wachowicz. "Pięknie umierać i pięknie żyć"
Barbara Wachowicz
"Pięknie umierać i pięknie żyć"
Trzeba nam teraz umierać,
by Polska umiała znów żyć...
(z wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego
- poległego w Powstaniu Warszawskim
żołnierza batalionu "Zośka"
kompanii "Rudy" plutonu "Alek")
Zośka, Rudy, Alek, Andrzej Morro - to postacie, które przez całe moje
życie będą wskazywać mi drogę; Ich krótkie, lecz jakże piękne życiorysy
- to dla mnie wzór postępowania, a wypracowane przez Nich wartości,
począwszy od codziennej pracowitości, sumienności i pogodnego uśmiechu,
do braterstwa, bohaterstwa czy przede wszystkim gorącego umiłowania
Ojczyzny, stały się moimi ideałami. To dzięki Nim poczułam się dumna, że
jestem Polką, Ich rodaczką, że Matką nam - ta sama ziemia, Polska.
Pisząc o Nich, chciałabym unikać wzniosłych słów (choć nie umiem), bo
przecież przy swojej wielkości byli Oni tacy skromni i tacy zwyczajni. I ci zwykli młodzi ludzie potrafili trwale wyryć swe imiona na kartach
historii pokoleń - w pamięci Ich rówieśników, moich rówieśników i wierzę, że i tych, którzy nadejdą...
Agnieszka Bryś, studentka polonistyki, Poznań, 19821
Mam 18 lat i mieszkam w bardzo niewielkim miasteczku u podnóża Gór
Świętokrzyskich. Uwielbiam historię, a dziś tylu młodych gubi drogę,
język narodowy, tożsamość...
Kiedy czytamy Kamienie na szaniec i "Zośkę" i "Parasol" w gronie
przyjaciół myślących tak jak ja - w naszych sercach ożywa przeszłość,
ale nie rozpaczamy, że nie dane nam było stać w szeregu walczących o Polskę... My dziś ją tworzymy - by była WIELKA, MĄDRA, DOBRA i SPRAWIEDLIWA - taka, o jaką Oni walczyli. Każdy ma swoją służbę.
Barbara Majewska, Ostrowiec Świętokrzyski, 1992
Podziwiamy tych, którzy podczas okupacji "reprezentowali Polskę" i walczyli o "jej ideał godny szacunku", jak by powiedział Aleksander
Kamiński. Są dla nas wzorem, legendą, mitem. Ale i my, młodzi, dziś
staramy się być małymi bohaterami w zwyczajnym, szarym życiu. Chcemy być
ludźmi honoru, by Polska mogła na nas liczyć!
Joanna Szafraniec, Liceum im. Baczyńskiego, Kraków, 1994
"Jasny promień w morzu okrucieństwa"
"...moja młodość przebiegała w latach strząsania przez Polskę 120-letniej
niewoli. I poszukiwania przez Polskę nowej, odrodzonej osobowości
narodowej. Chłonąłem historię, przeżywałem historię. (...) Wyłaniało się
coraz wyraźniej zamiłowanie szczególne: odkrywanie "typu idealnego"
dawnej Polski i modelu zalet narodu polskiego, stanowiącego nasz
pozytywny wkład do kultury Europy (...), cech Polski zasługującej na
szacunek, Polski potrzebnej światu. (...) Pragnąłem przekazywać chłopcom i dziewczętom, młodzieży i dorosłym swój ideał Polski godnej szacunku. (...)
To właśnie był fundamentalny motyw mojej aktywności wychowawczej od
momentu, w którym objąłem zastęp harcerski...".
Te słowa zapisał autor Kamieni na szaniec u schyłku swego dnia. Wierną
harcerską służbę, od stycznia roku 1918, pełnił lat sześćdziesiąt.
Aleksander Kamiński, przez harcerzy i tych, którzy mieli szczęście Go
znać i cieszyć się Jego przyjaźnią, zwany Kamykiem.
Był prawie rówieśnikiem XX wieku. Urodził się 28 stycznia 1903 roku w Warszawie. Matka, Petronela Kaźmierczak (od jej panieńskiego nazwiska
wybierze jeden ze swych pseudonimów), była chłopką spod Łęczycy. Ojciec,
Jan, był farmaceutą. Podlasiakiem rodem z wioski Nur.
"Dzieciństwo i lata młodzieńcze spędziłem na Ukrainie - pisze Kamyk w autobiografii - od 12. roku życia zarabiałem na siebie i pomoc dla matki
wdowy". Ojca utracił, mając 8 lat.
Ukraiński okres burzy, nędzy, nadziei, ciężkiej pracy, walki o harcerstwo, konspiracji - to narodziny Kamykowej dzielności.
Pożoga, która szła przez nasz kraj, nie wszystko spopieliła. Oto
zachowało się w całości archiwum Aleksandra Kamińskiego, obejmujące czas
od 1915 roku po kres życia - rok 1978. Teczek 28. Dokumenty. Listy.
Pamiętniki. Wykłady. Wycinki. Fotografie.
Lutą zimą 1921 roku przedziera się przez mroźny i groźny step do
wymarzonej Polski. W niepublikowanym dotychczas pamiętniku z roku
1921/22 - wybuch radości: "Pierwsza wiosna na kochanej ziemi polskiej.
(...) W ciągu miesiąca uformuję zapuszczone stare drużyny, a potem
spróbuję stworzyć polskie ognisko harcerskie. I będę ostatnim kpem,
jeśli mi się nie uda!".
Drużynowy III Drużyny imienia Tomasza Zana w Pruszkowie pod Warszawą
uczy się historii ojczystej, idąc jej tropem. W Wilnie wędruje drogami
promienistych preharcerzy, takich jak Zan, Mickiewiczowskich przyjaciół,
których hasło: "Ojczyzna - nauka - cnota" zdobi do dziś lilijki
harcerskie... Widząc polski patrol ułański, pochylający lance przed
kaplicą Ostrobramskiej, zapisze ze wzruszeniem:
"Tyle pokoleń nie śmiało nawet myśleć o tem, a ja doczekałem...". Euforię
z odzyskania niepodległości przesłania rychło refleksja: "Ten komfort,
te karety, jedwabie, liberie, salutowanie, auta...". Czyż to "ONA - ta
Biała, Ukochana, Najjaśniejsza Polska? (...) Marzyłem o Tobie wciąż. Byłaś
mi Ideałem. Prawdą. Sprawiedliwością. A teraz???... Co Ci brak? Dlaczego
synowie Twoi tak chamsko wyżerają się o władzę? (...)
Bo nie dość jest myśleć i chcieć o Polsce i dla Polski. Trzeba samemu
reprezentować Polskę".
To stanie się Jego udziałem.
Ukończywszy znamienicie studia historyczne i archeologiczne na Wydziale
Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego w roku 1928, porażony ciężką
chorobą - gruźlicą, która doprowadzi do usunięcia nerki i unieruchomienia płuca, będzie "przez pół wieku w najtrudniejszych
warunkach pracował z energią, jakiej by mógł mu pozazdrościć
najmocniejszy organizm". Tak oceni jego życie, wspaniale twórcze,
profesor medycyny i jeden z harcerzy Kamyka.
Niezwykłą kartę w swym życiorysie zapisał Druh Kamiński podczas
tragicznych lat okupacji niemieckiej. Stworzył Organizację Małego
Sabotażu, która otrzymała nazwę "Wawer", przypominającą pierwszą
straszliwą masakrę - rozstrzelanie przez Niemców podczas świąt Bożego
Narodzenia 1939 roku ponad stu niewinnych ludzi w dzielnicy Warszawy,
Wawrze. Działania tej dowodzonej przez Kamyka organizacji to była
totalna klęska propagandy okupantów, wielka wygrana "wojna
warszawsko-niemiecka". Jej czołowymi postaciami staną się bohaterowie
Kamieni na szaniec.
Aleksander Kamiński jest redaktorem naczelnym największego pisma
podziemnej Europy - "Biuletynu Informacyjnego", które staje się
prawdziwym wychowawcą Narodu. Analizując nasz charakter narodowy, Kamyk
wylicza cechy pozytywne: umiłowanie wolności i niezależność ducha,
wielkoduszność, męstwo, bohaterstwo, honor. Wśród cech negatywnych są:
warcholstwo, "dzielenie się na coraz drobniejsze partie", rozłamy,
niedocenianie ludzi dobrze pracujących. Konkluzja (ponadczasowa!):
"Łatwiej u nas o wielkie czyny w chwilach zapału niż o wytrwałość i codzienne bohaterstwo przy znoszeniu trudnych obowiązków. Łatwiej u nas
umrzeć dla Ojczyzny, niż ofiarnie dla niej żyć".
Pasją i troską Druha Aleksandra Kamińskiego przed wojną były drużyny
harcerskie mniejszości narodowych - litewskie, białoruskie, rosyjskie i żydowskie. W latach 1931-1938 prowadził specjalny wydział im
poświęcony w Głównej Kwaterze Harcerzy. W czasie okupacji współdziałał
od początku w Radzie Pomocy Żydom o kryptonimie "Żegota" - jedynej
organizacji w okupowanej Europie, której celem było ratowanie Żydów.
Należy przypomnieć, że Polska była też jedynym krajem, gdzie za każdą
formę pomocy Żydom groziła kara śmierci. To z inicjatywy Aleksandra
Kamińskiego już na początku sierpnia roku 1942, gdy z Umschlagplatzu
odjeżdżały pierwsze transporty do Treblinki, powstał wstrząsający
dziennik - reportaż Likwidacja getta warszawskiego pióra Antoniego
Szymanowskiego, młodego historyka współpracującego z "Biuletynem". Był
to na gorąco spisywany dziennik - wielkie oskarżenie świata, który
milczał.
Władysław Bartoszewski z Referatu Żydowskiego w Armii Krajowej podkreśla
z naciskiem w swej pięknej pracy Ten jest z ojczyzny mojej, że
porozumiewano się z gettem za pośrednictwem Aleksandra Kamińskiego,
"znanego ze swej głęboko humanistycznej postawy i przyjaznych kontaktów
z żydowskim podziemiem". Israel Gutman, członek Żydowskiej Organizacji
Bojowej i uczestnik powstania w getcie, przez wiele lat dyrektor Yad
Vashem - Instytutu Pamięci Narodowej w Jerozolimie, redaktor naczelny
Encyklopedii Holocaustu, pisze w swej książce o powstaniu w getcie,
zatytułowanej Walka bez cienia nadziei: "Katolickim harcerzem, który
utrzymywał bliskie więzi ze swymi żydowskimi przyjaciółmi, był
Aleksander Kamiński, wybitny działacz polskiego podziemia, redaktor
"Biuletynu Informacyjnego", najważniejszego organu prasowego Armii
Krajowej. Dzięki zaangażowaniu Kamińskiego "Biuletyn Informacyjny"
poświęcał wiele miejsca cierpieniu i losowi Żydów, a następnie
zorganizował stałe kontakty pomiędzy mieszkającymi po polskiej stronie
przedstawicielami Żydowskiej Organizacji Bojowej a dowództwem AK".
29 kwietnia 1943 roku, czyli dokładnie w tym samym okresie, gdy miały
powstać Kamienie, Aleksander Kamiński w wielkim artykule zatytułowanym
Ostatni akt wielkiej tragedii pisze na łamach "Biuletynu": "Ghetto
walczy (...) Szczupłymi siłami słabo wyposażonymi w broń i amunicję,
pozbawieni wody, oślepieni dymem i ogniem bronili żydowscy bojowcy ulic
i domów. (...) Zwycięstwem ich będzie wreszcie śmierć z bronią w ręku,
nadając męce Żydów w Polsce blask orężnej walki o prawo do życia". Z inspiracji Druha Aleksandra Kamińskiego już w czasie walki w getcie
harcerka Maria Kann zaczęła pisać swoją wstrząsającą relację Na oczach
świata, poświęconą powstaniu w getcie. Kamiński wydrukował tę książkę
błyskawicznie i przerzucono ją do Londynu. Ale świat milczał.
Kilkanaście lat po śmierci Aleksander Kamiński otrzymał dyplom honorowy
Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Na mojej wystawie Kamyk na szańcu
leży pamiątka, którą uznał za swój "najwyższy order" - jest to okruch
zwęglonego chleba z getta ofiarowany mu przez Żydów, których ocalił. W archiwum autora Kamieni na szaniec znajduje się list Luby Gawisar z Jerozolimy, datowany 8 października 1963 roku: "Tylko pamięć o Panu jest
jak jasny promień wyrazu ludzkiego stosunku w tym morzu ciemnoty i okrucieństwa".
"Pisałem z potrzeby serca"
"Ubóstwiam pracę!" - wołał w ślad za twórcą harcerstwa polskiego -
Andrzejem Małkowskim, któremu poświęci pierwszą biografię. Metodę
zuchową, stworzoną przez Kamyka, nazwą historycy harcerstwa "rewelacją w skali międzynarodowej". Kochał dzieci i dzieci kochały Jego.
W dziesięciolecie śmierci Kamyka - o przedwiośniu roku 1988 - grupa
uczniów z warszawskiej szkoły noszącej Jego imię postanowiła napisać doń
listy! Tak jakby był wśród nas, mógł je przeczytać - i co najważniejsze:
odpowiedzieć...
Drogi Druhu Kamyku, czy Pan znał swoich bohaterów? Czy Pan był w tym
samym batalionie, co i oni? Chciałbym, żeby Pan kiedyś do nas przyszedł
i opowiedział o nich i o sobie.
Marek Klimuszko, klasa VIII b
W archiwum Kamyka znajduje się odpowiedź na te pytania, cenne wyznanie
autorskiej wiary. To zwięzłe konspekty, przygotowane na dwa wieczory
autorskie w Łodzi, w listopadzie i grudniu roku 1958, gdy ukazała się po
długim milczeniu książka "Zośka" i "Parasol". Opowieść o niektórych
ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich - dalszy
ciąg Kamieni na szaniec.
"Pisałem z potrzeby serca - nie z analiz rozumowych. Znałem cudowną
młodzież, byłem wśród nich, gdy uderzył w nich grom. Zapragnąłem gorąco
pokazać tę młodzież światu, utrwalić prawdę o tej młodzieży, przedłużyć
jej społeczne życie poza śmierć. (...)
W obydwu książkach podkreślałem, że to relacje "o faktach prawdziwych i o ludziach prawdziwych". (...) Dokonywałem wyboru. Na pewne fakty
patrzyłem przez szkło powiększające: dzielność, prawość, opiekuńczość.
(...)
Ale niczego NIE ZATAIŁEM!
Mój pogląd - na literaturę:
- musi zaspokajać pragnienie wartości "lepszego świata"
- musi "krzepić serca" i dawać satysfakcję moralną (literat wpatrzony we
własny pępek - ryzykowne zjawisko!)
- ale nie wolno fałszować i zatajać faktów!
Czytelnik dokonuje wyboru...".
Jak czytelnicy dokonywali i dokonują wyborów, mówią ich listy pisane
przez wiele lat, do dnia dzisiejszego.
Kamienie na szaniec i opowieść "Zośka" i "Parasol" czytałam dwa
razy: jako młoda dziewczyna i teraz jako matka wychowująca czterech
synów.
Los, jaki spotkał pokolenie i środowisko przez Pana opisane, był
specjalnie bolesny, ale cóż wiedzieć możemy o tym, jaki los czeka
pokolenia następne? Pan pokazał pokolenie przygotowujące się z zapałem
do pracy "pojutrze", wierne swoim ideałom i swojemu pojęciu służby,
które przeszedłszy czyściec na ziemi, końca wojny nie doczekało. Dzięki
sugestywnej formie Pańskiego opowiadania ci chłopcy i dziewczęta
naprawdę żyją na kartach Pana książek. Warunki wzrostu młodzieży są dziś
co prawda pozornie zupełnie inne niż warunki, w których kształtowały się
postawy harcerzy "Zośki" i "Parasola". W postawach tych tkwią jednak
wartości ponadczasowe, zawsze aktualne. (...)
Zaangażowawszy Rudego, Zośkę, Alka, Andrzeja Morro i innych do
współpracy w trudnej pracy wychowawczej dnia dzisiejszego, traktuję Ich
nie tylko jako wzór książkowy, ale i jako realnych orędowników, którym
na pewno nie może być obojętna sprawa wychowania naszego młodego
pokolenia.
Krystyna Górska-Gołaska, historyk,
Poznań, 26 marca 1972, rocznica akcji pod Arsenałem
Kochany Kamyku!
Wielki przyjacielu młodzieży!
Jestem dumna, że szkoła, do której uczęszczam, nosi Twoje imię. Książkę
Kamienie na szaniec czytałam parę razy. Często otwieram ją na wybranej
stronie, aby przypomnieć sobie życie bohaterów. Byli to przecież zwykli,
a zarazem wielcy ludzie: Zośka, Alek, Rudy i wielu innych młodych
Polaków czasu wojny.
Mój kolega uważa, że tylko dzięki takiej młodzieży Polska może być
najwspanialszym krajem na świecie i że taka młodzież potrzebna jest
dziś.
A ja myślę, że i dzisiaj, mimo iż nie ma wojny, są prawdziwi bohaterzy,
ludzie, którzy potrafią służyć innym, i myślę, że gdyby wszystkie
dzieci, młodzież i dorośli czytali Twoje książki, to na pewno świat
stałby się lepszy. Chciałabym w przyszłości przekazywać następnemu
pokoleniu to, czego nauczyłam się od Ciebie.
Z poważaniem wielkim - Agnieszka Grabowska,
klasa VIII a, w marcu 1988
Rocznica godziny W. Złożyłem różę i zapaliłem lampkę na wspólnej mogile
Rudego i Alka. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. To Kamyk sprawił, że
Oni żyją w nas.
Zbigniew Jegliński, klasa VII, Warszawa, 1989
Od lat pasjonuje mnie krąg bohaterów Kamieni na szaniec i Ich
następców z "Zośki" i "Parasola". Są mi tak bliscy...
Mogę bez końca czytać opowieść Kamyka, słuchać opowieści o tamtych
latach...
Z ogromnym wzruszeniem zobaczyłam tarcze i kwiaty na Powązkach. Więc są
jeszcze tacy, którzy pielęgnują kult Zośkowców i idą podobną drogą co
Anoda, Aluś, Rudy i Zośka... Chciałabym tych ludzi poznać - Ich oraz
sposób, w jaki radzą sobie dziś, wpajając w życie to, co tak proste i najtrudniejsze zarazem: służbę Polsce i miłość do Niej...
Dziś, gdy triumf święci kult pieniądza, walczmy, by nie zaginęła pamięć
o tych, którzy odeszli na wieczną wartę.
Irena Kusz, studentka historii
Uniwersytetu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, 1994
"Skąd popularność?" - pytał Kamyk w konspekcie z dnia 18 grudnia 1958
roku. I odpowiedział:
"Wątek przyjaźni na śmierć i życie - odwieczny. Wątek bohaterstwa w służbie wartościom - odwieczny. Czytelnik spragniony odwiecznie w sztuce
piękna, dzielności, prawdy, sprawiedliwości".
Gniazdo
"Dom jest ostoją i otuchą" - mówi Kamyk w rozdziale opowiadającym
"słoneczne dni" dzieciństwa i młodości bohaterów Kamieni. W jakich
wzrastali domach?
Rodzice Janka Bytnara - Rudego
Wśród zdjęć ofiarowanych mi przez Matkę Rudego jest portret kobiety o rysach twardo rzeźbionych i oczach czarnych, przenikliwie patrzących.
Przygarnia do siebie, gestem opiekuńczym, serdecznym, dwoje wnuków. To
babka Janka, Katarzyna z Chmurów Bytnarowa. Chłopka z ubogiej wsi na
Rzeszowszczyźnie, która sama wychowała i wykształciła syna jedynaka,
Stanisława. Harcerza, pedagoga, bohatera. Ojca Rudego. W zbiorach
Wojskowego Instytutu Historycznego udało mi się odnaleźć spisany przezeń
życiorys, który jest jak karta z powieści Stefana Żeromskiego.
Ojciec Rudego brnął ku wiedzy niby Andrzej Radek z Syzyfowych prac -
drogą ubóstwa, głodu, wyrzeczeń, wielkiego hartu.
"...jako chłopiec przejęty już byłem duchem niepodległościowym,
zawdzięczając to niektórym wychowawcom, którzy wpajali w młode serca
patriotyzm, a pieśni z czasów powstań mocno wryły się w mą duszę..." -
pisze Stanisław Bytnar. Matka "nadludzkim wysiłkiem, bo z pracy rąk
tylko, umieściła mnie w seminarium nauczycielskim w Rzeszowie w r.
1912".
Pierwsze lata harcerstwa. Pierwsze lata gotującego się do walki o wolność Związku Strzeleckiego. Do Rzeszowa przyjeżdża Andrzej Małkowski.
W blasku pierwszych ognisk Staszek Bytnar - niezwykle uzdolniony
muzycznie - wiedzie prym pieśnią: Hej! Strzelcy wraz! Nad nami orzeł
biały... Na ćwiczenia strzeleckie przybywa Józef Piłsudski.
"Pamiętam, tak mnie urzekł swą postawą, że zaprzysiągłem mu życie..." -
wyznaje Stanisław Bytnar. Ma siedemnaście lat, gdy w sierpniu 1914 roku
wyrusza w bój jako żołnierz I Brygady Legionów Piłsudskiego w "kompanii
rzeszowskiej", dowodzonej przez harcerza Leopolda Lisa-Kulę, który
stanie się legendarnym, najmłodszym pułkownikiem, bohaterem pieśni i książki... Kamienie na szaniec! Edycja pod takim tytułem, pióra
Kazimierza Koźmińskiego, zawierająca sylwetki kilkunastu poległych, a niezwykłych młodych legionistów, ukazuje się w roku 1937. Janek Bytnar
będzie miał wówczas lat szesnaście. Odnajdzie na jej kartach znane sobie
z ojcowskich wspomnień przeżycia i twarze...
18 listopada 1914 roku na moczarach pod wsią Krzywopłoty legioniści
stoczyli dramatyczny bój z Moskalami. Ciężko rannego, nieprzytomnego
Staszka Bytnara wynoszą spod ostrzału z narażeniem życia koledzy...
Listopad 1918. Kraków. Wielkie tchnienie wolności... Na Pedagogium,
powołanym do życia przez Henryka Rowida - jednego z najwybitniejszych
nauczycieli polskich - pojawiają się pierwsi legioniści. Wśród nich,
jeszcze wsparty o kuli, z dyskretną wstążeczką Virtuti Militari -
czarnooki Staszek Bytnar.
Wśród nielicznych dziewcząt jest złotowłosa, drobniutka Zdzisława
Rechulówna. Sama kruchość, delikatność, nieśmiałość, subtelny wdzięk.
Nikt by się nie domyślił, że to siedemnastoletnie dziewczątko wygrało
wielką i trudną walkę z ojcem o prawo do nauki. W gimnazjum, gdzie była
jedyną kobietą, śpiewano na jej cześć: "W Mielcu chłopców roje - chciało
toczyć boje - o Twój uśmiech, słowo...".
Ten bój wygrał Staszek Bytnar. Na uroczystej mszy maturalnej w Katedrze
Wawelskiej mocno spletli dłonie. - Tak pójdziemy razem przez życie! -
powiedział.
W domu tej, której młodzież nadała piękny tytuł Matuli Polskich
Harcerzy, w domu matki Janka Bytnara - Rudego - przez wiele harcerskich
wieczorów słuchaliśmy wspomnień o tym szczęśliwym, wspólnym życiu.
- Jesteście pierwszym pocztem polskich nauczycieli - powiedział im
Rowid, żegnając przy dyplomie. - Macie nieść, jak w Testamencie
Słowackiego - prawdziwy "oświaty kaganiec", być misjonarzami polskiej
nauki, tradycji, historii... - Przypiął nam skrzydła - mówi Matula i błękit jej oczu jaśnieje, zapala się do tamtej chwili sprzed 70 lat!
Razem dźwigają biedne szkółczyny na Kielecczyźnie, gdzie nie ma tablic,
książek, zeszytów. Poziom, jaki udało im się osiągnąć, zwraca uwagę
Warszawy. Dostają szansę ukończenia Instytutu Pedagogiki Specjalnej.
Stanisław Bytnar zostanie pierwszym kierownikiem szkoły specjalnej dla
dzieci niepełnosprawnych, żona wygra konkurs na kierownictwo podobnej
placówki. Danuta z Bytnarów, siostra Janka, zwana Duśką, wspomina, jak
ojciec wracał do domu, otoczony chmarą dzieci, które nie chciały go
opuścić... Kiedy urodził się syn o włosach nieomal białych (nie rudych!),
nazwali go imieniem, o którym mówiła legionowa piosenka:
Rozkwitały pąki białych róż,
wróć, Jasieńku, z tej wojenki wróć!
Matula w swych opowieściach nigdy nie nazywała go Rudym. Był zawsze -
Jaś, Janeczek. Drugie imię - Roman - otrzymał po jej bracie, który
poległ w szeregach II Brygady Legionów.
Urodziła się córka - Danuta. Jaś był sobowtórem jasnowłosej matki, ona -
ciemnookiego ojca. On był chucherko i słabeusz, chorował, ona rosła
krzepka i pulchna. Matula, zapytana przez harcerzy, wyliczyła zalety
Janka w wieku chłopięcym: pracowity, samodzielny, szczery, prawdomówny,
koleżeński, pełen werwy i fantazji, chłonny, żądny wiedzy, wrażliwy,
rycerski...
Ojciec, całując ciemne oczy córki, wzdychał konspiracyjnie: - Jak to
dobrze mieć chociaż jedno zwykłe dziecko.
"...W domu panowała serdeczność, ciepło rodzinne, wielkie szczęście,
którego dawcą i sprawcą był ojciec - prawie zmartwychwstały do życia -
pisała mi Matula. - Każde moje zmartwienie umiał prędko likwidować
słowami: - Cieszmy się życiem, zdrowiem, każdym dobrze przeżytym dniem,
słońcem! - Ojciec miał wymarzone dzieci, one miały wymarzonego ojca".
- To był naprawdę dom w słońcu - opowiadał mi przyjaciel Rudego i Duśki,
harcerz, wybitny polonista Władysław Słodkowski. - Dom pogody, miłości,
harmonii i zrozumienia. I dla wszystkich otwierał ramiona...
Cieszyliśmy się i my przez wiele lat tym domem - chociaż już bez ojca,
który, aresztowany z Jankiem, zginął w Oświęcimiu.
Matula ogarniała swym sercem, opieką, troską, pomocą niezliczone
harcerskie rzesze. Dom przy alei Niepodległości 159 tętnił życiem -
nieraz przez dwa piętra siedziały tłumy w szarych mundurkach, czekając
na spotkanie z Matką Rudego i Dusią... Wielkim przywilejem było wzięcie w dłonie zdjęcia przechowywanego w teczce z napisem "Relikwie", z dedykacją złożoną na Wigilię Bożego Narodzenia 1942 roku: "Mamusi, żeby
wiedziała, że syn jest i zawsze kocha".
Była to Wigilia ostatnia.
Rodzice Tadeusza Zawadzkiego - Zośki
"Nigdzie nie czuł się tak dobrze jak w domu, z nikim nie przyjaźnił się
tak serdecznie jak z matką". Córka styczniowego powstańca, piękna panna
Leona Siemieńska, o warkoczach sięgających rąbka sukni (to po niej
Tadeusz odziedziczy urodę, błękit oczu, złocistość czupryny), zamiast
jak szanujące się dziewczę z dobrego ziemiańskiego domu grywać na
klawikordzie i haftować - organizowała tajne szkoły polskie pod zaborem
rosyjskim i walczyła o nie w sławnym strajku roku 1905.
Starsza siostra Tadeusza - Anna Zawadzka, zwana Hanką, mówi dziś o Matce
w słowach pełnych miłości, podziwu, szacunku:
- Była człowiekiem niezwykle wrażliwym i głęboko mądrym. Jej przyjaźń z synem rosła z jego dorastaniem. Była zawsze, gdy Jej potrzebowaliśmy,
spokojna, opanowana, gotowa wysłuchać wszystkich naszych zwierzeń, pomóc
we wszystkich troskach...
Politechnika Warszawska jest chyba jedną z nielicznych na świecie
uczelni, gdzie sąsiadują tablice poświęcone ojcu i synowi. W hallu
centralnym widnieje tablica poświęcona pamięci Tadeusza Zawadzkiego -
Zośki. Przed wejściem do Audytorium imienia prof. Józefa Zawadzkiego
czytamy:
"Rektor Politechniki 1936-39, Prezes Polskiego Towarzystwa Chemicznego,
wybitny uczony i inżynier, pionier naukowego ujęcia technologii
chemicznej. Organizator tajnego nauczania w latach 1939-44, inicjator i kierownik odbudowy Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej po
drugiej wojnie światowej. Gorący patriota, wielki przyjaciel i doradca
młodzieży".
Ojciec Zośki działał w Radzie Wychowawczej Szarych Szeregów, a w konspiracji był już od 1939 roku. Ogromnie lubili się z Aleksandrem
Kamińskim. - Ojciec po prostu promieniał na mój sygnał: - Kamyk
przyjechał! - wspomina Hanka.
Obydwaj zostali jednego dnia - 23 października 1943 roku - uhonorowani
odznaką wojennej Pomarańczarni z motywacjami: Kamykowi - "który nas
pierwszy wprowadzał do Polski Podziemnej, za stałą opiekę nad nami i unieśmiertelnienie tych, co od nas odeszli". Ojcu Zośki - "Panu
Profesorowi za stałe zainteresowanie, pomoc, opiekę i przyjaźń we
wszystkich naszych poczynaniach".
"Rodzina profesorostwa Zawadzkich działała na wszystkich jak magnes -
czytamy w książce znakomitej uczonej Alicji Dorabialskiej Jeszcze jedno
życie. - Była to rodzina ludzi złączonych nie tylko więzami krwi, ale i głęboką, człowieczą przyjaźnią".
Po śmierci żony, której łaskawy los nie pozwolił dożyć śmierci syna,
profesor Józef Zawadzki powiedział: "Byłem szczęśliwy".
Rodzice Alka Dawidowskiego
"Alek do matki przywiązany był bardzo silnie i starał się usunąć sprzed
jej rąk każdy kłopot" - pisze Kamyk. Imię - Aleksy - syn otrzymał po
ojcu. Już w listopadzie 1939 roku, gdy jako dyrektor Fabryki Karabinów
kategorycznie odmówił współpracy z Niemcami, Aleksy Dawidowski zginął
rozstrzelany. Matkę - Janinę - aresztowano w roku 1942. W zbiorach
siostry Alka, Marii Dawidowskiej-Strzemboszowej, znajdują się listy
przesyłane tajnymi drogami przez Matkę. Uwięziona na Pawiaku, przed
wywiezieniem do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, który przeżyła,
Janina Dawidowska pisała w marcu 1943 roku do ukochanych dzieci:
"...chcę pożegnać się z Wami i powiedzieć kilka słów o Ojcu. Niech pamięć
Jego będzie święta dla Was, a Jego zasady Waszymi. Był wierny ideałom
młodości do końca. Nieskazitelnie uczciwy i sprawiedliwy, bronił zawsze
krzywdy ludzkiej i poświęcał własne zyski i korzyści interesom swoich
podwładnych. Stójcie na straży Jego honoru i dobrego imienia. (...) Życzę
Wam, byście mogli wywalczyć wolność Ojczyzny, pozostając sami wolnymi,
by dane Wam było wychować nowe pokolenie ludzi silnych, uczciwych,
sprawiedliwych...".
Nie wiedząc o śmierci Alka, głęboko wierzyła do końca: "...przetrwamy,
wrócimy, spotkamy się...".
Pisali chłopcy w piśmie swej drużyny "Gniazdo", gdy trwały jeszcze
"słoneczne dni":
"Matka, najwierniejszy przyjaciel - dobry duch... Gdy przyjdą chmurne
chwile, otacza silnym ramieniem, czułą opieką, zagoi rany życia, da nowe
siły i poprowadzi w trudu bezkrwawy bój... Szepnijcie cicho: - Mamusiu,
Twój syn Cię kocha! - To jej wystarczy za wszystko".
"Pomarańczowy styl"
Królewsko-Polskie Gimnazjum imienia Stefana Batorego - rówieśnik Polski
niepodległej - rozpoczęło naukę już 1 września 1918 roku. W akcie
erekcyjnym napisano: "...aby kształcąca się młodzież miała zawsze przed
oczyma majestat Państwa Polskiego". Do dziś przy ulicy Myśliwieckiej w Warszawie mieści się szkoła nosząca imię zwycięzcy spod Pskowa.
W maju 1989 roku uczestniczyłam w spotkaniu wychowanków Batorego,
zorganizowanym przez inżyniera Zbigniewa Grzywaczewskiego, kolegę z klasy Alka, Rudego, Zośki, w pięćdziesięciolecie matury. Grono
profesorów doktorów habilitowanych wszelkich specjalności wspominało
szkołę z szacunkiem, entuzjazmem, zachwytem... Dyrektorów - Wiktora
Ambroziewicza, Mieczysława Radwańskiego, nietolerujących lenistwa, lecz
tolerujących różne światopoglądy...
(Dobrodziejstwa koneksji z Batorakami dane mi było doznać osobiście - w 1994 roku, gdy biło półwiecze wybuchu Powstania Warszawskiego,
najświetniejszą ekspozycję mej wystawy Kamyk na szańcu przygotował u stóp Wawelu zespół... Muzeum Archeologicznego w Krakowie, działający pod
świetnym kierownictwem prof. Kazimierza Radwańskiego - bratanka
dyrektora i harcerza Pomarańczarni!).
Przywoływano nazwiska profesorów: polonisty Stanisława Młodożeńca,
świetnego poety, autora hymnu szkoły (do którego muzykę skomponował
wychowanek europejskiej sławy - Witold Lutosławski); Gustawa Wuttkego -
genialnego geografa, botanika i historyka, który uczył, by "żyć dla
Ojczyzny, a nie z Ojczyzny". Jego synowie - Czarny Jaś i Mały Tadzio -
będą walczyć w batalionie "Zośka" i staną się bohaterami książki Kamyka
"Zośka" i "Parasol"... Obydwaj polegną...
Staliśmy długo przed żałobną litanią nazwisk wyrytych na tablicy w hallu
szkoły...
Mówił Zbyszek Grzywaczewski:
- Pamiętacie? Janka Bytnara przezywaliśmy "Pawian", bo był
nieprawdopodobnie zręczny, "Papuas", bo nosił bujne, jasne włosy, "Rudy"
albo "Ruda piegża", bo był piegowaty. Dawidowski miał przezwisko
"Glizda", bo był bardzo wysoki i szczupły. Zawadzkiego nazywaliśmy
"Zośką", bo był taki śliczny i dziewczęcy... Nikt z nas nie podejrzewał,
co w nich drzemie, tak jak nikt nie podejrzewał, że Krzysztof Baczyński
pisze wiersze...
- Ale matematyk słabiutki! Nie to co Bytnar! To był geniusz! - dodaje
jedyny obecny na spotkaniu nauczyciel tamtych lat - Mieczysław
Czyżykowski, zwany Czyżykiem.
"Cała Warszawa dwudziestą trzecią zna! Od Batorowskich chwil /
Pomarańczowy styl - jest słynny na sto mil!" - zanucił harcmistrz
Kazimierz Sułowski, znany warszawski adwokat, pieśń 23 drużyny zwanej od
koloru chust Pomarańczarnią. To jedyna autentyczna nazwa nieprzywrócona
przez Aleksandra Kamińskiego w powojennym wydaniu Kamieni. Pozostawił
imię drużyny - Buki.
Harcmistrz Sułowski, który razem z Rudym zdobył najwyższy stopień -
Harcerza Rzeczypospolitej - na obozie nad Wigrami w 1938 roku, ofiarował
mi wielki dar: zachowane egzemplarze pisma drużyny - "Gniazdo".
Powielone, rozsypujące się kartki tętnią życiem. Rozmach, fantazja,
żart, refleksja, uśmiech, praca, zaduma, pamięć historyczna.
"Wszystkich wzywam na harc ciężki o najwyższą nagrodę: honor 23" - pisał
komendant Lechosław Domański, Zeus. Zaczynał się rok 1939.
Łuna myśli
Ziemio moja! Zasypana tęczami ptaków - pisze Krzysztof Kamil Baczyński
w czerwcu 1939 roku, gdy są - jak powie jeden z nich - "gotowi do lotu".
Ziemio moja, krwią i ogniem płonąca - woła Krzysztof w inwokacji z września 1939.
Hanka Zawadzka, siostra Zośki, drużynowa sławnej przedwojennej Błękitnej
Czternastki, położyła na stole kartki w kratkę zapisane ołówkiem.
Pamiętnik brata.
"Wrzesień, spędzony na wspólnej wędrówce, przeżycia tak silnie
działające na nas, wchodzących dopiero w życie, zostawiły nam wzajemne
sympatie, zaufanie i zainteresowanie, które miało w latach wojny coraz
to narastać i przerodzić się w uczucia najgorętszej przyjaźni - pisze
Zośka. - Pierwsza zima wojenna, tak trudna dla wszystkich, zamieniająca
nas w szklarzy, korepetytorów, widziała nas razem. (...) Zebrania z Zeusem
pomagały w zajmowaniu wspólnego stanowiska i były zawiązkiem przyszłej
wspólnej pracy. Opłatek u Janka z Leszkiem. (...) Rozmowy z Kamykiem u Zeusa i Glizdy. Wielkanoc 1940 roku - Zeus poznaje mnie z P. Jankiem i grupa cała zaczyna pracę, mało może ważną, lecz dającą poczucie pracy i przydatności". Ta praca to łączność z więźniami Pawiaka, roznoszenie
grypsów. Pan Janek - to harcmistrz Jan Rossman, potem twórca sławnej
"Szkoły za lasem" - wielkiej kuźni wychowawczej - kursów dla
harcmistrzów i podharcmistrzów.
Opowiadał mi Pan Janek:
- Chłopcy spotykali się przed kościołem św. Barbary, patronki podziemia.
Msza w ozdobionej orłami polskimi kaplicy. Wyjazd do Zalesia czy Podkowy
Leśnej, harcerska przygoda. Poczucie swobody i wolności... Pamiętam
żarliwą dyskusję o artykule Mickiewicza z "Pielgrzyma Polskiego",
któremu poeta nadał przewrotny tytuł O ludziach rozsądnych i ludziach
szalonych. Przewrotny, bo ci "szaleni" - to Rejtan, Kościuszko,
legioniści Dąbrowskiego... Rudy mówił o wielkości takiego "szaleństwa"...
Ono wyrażało się w katechizmie Szarych Szeregów:
"Życiem moim: Polska cierpiąca i walcząca. Wiarą moją: Polska zwycięska
i triumfująca".
Stał, taki drobny, niepozorny, pod potężnie szumiącymi drzewami i powtarzał z druhami: "Umiem walczyć... Umiem cierpieć... Słowo moje jest
pewne... Na jego straży stoi honor Polaka!".
Dziś - Jutro - Pojutrze. Dziś - sabotaż, jutro - powstanie, pojutrze -
Polska.
Grupy Szturmowe Szarych Szeregów wchodzą od grudnia 1942 roku w skład
Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Zośka jest dowódcą
warszawskich Grup Szturmowych, Rudy - hufca Sad. SAD - to skrót słów:
sabotaż i dywersja.
"Od pierwszej chwili zabrał się do pracy z olbrzymią energią, miał prawo
być dumny ze swojego "Sadu". W(ielka) Dywersja wymagała więcej niż
cokolwiek innego - pracy wychowawczej. On w nią wkładał bardzo wiele.
Brał udział we wszystkich akcjach ostrych. Był dla nas wzorem żołnierza,
a zarazem instruktora" - pisze o Janku Zośka.
To jest czas ich wielkiej, nierozerwalnej przyjaźni. "Wspólne noce na
Agricoli i niejedna nad kreślonymi przez niego arkuszami - to coraz to
lepsze wzajemne zrozumienie". (Agricola - kryptonim tajnej
podchorążówki, którą ukończyli w 1943 roku). "Przejście do GS związało
nas ostatecznie i nierozerwalnie. Poprosiłem go od pierwszego dnia o pomoc i dawał mi ją do dnia ostatniego...".
"Dążcie do naprawdę silnego zżycia"... - nawoływał Alek ukryty na wsi po
sławnej "wojnie pomników".
Mówi Pan Janek - hm. Jan Rossman:
- Praca podziemna, triumfalne działania w "walce wawerskiej", słusznie
nazwanej wojną warszawsko-niemiecką, wyrabiają odwagę, ofiarność,
dokładność - i odpowiedzialność za los towarzyszy broni.
Ale nie tylko działają i walczą. Uczą się, ciężko pracują i myślą...
Harcmistrz Władysław Słodkowski (pseudonim w Szarych Szeregach "Kurant")
- który otworzył przede mną całe swe cenne archiwum już w roku 1978 -
opowiadał, jak ich zwarte i działające od pierwszego roku okupacji "Koło
Wzajemnej Adoracji", czyli rodzeństwa Trzcińskich, zwanych Trzcinami,
Masiukiewiczów, zwanych Masiukami, i Bytnarów typowały dla siebie nazwę:
"Koło Entuzjastów", "Nad poziomy", "Przyjaźń i szczerość", "Młody las",
"Przedwiośnie", "Wzloty"... W końcu nazwali się skromnie i po prostu
"Gromada". Były w tej "Gromadzie" i wzajemne adoracje. O Rudym, który
lekceważył panny, nazywając je "kozami" albo "au-au", pisano: "...Zbierał
ongiś laury gimnazjalne ze względu na żywiołową naturę w chudym ciele.
Przyszedł i na niego kres. Straszna Monia złapała swoją ofiarę...". Z Monią - Maryną Trzcińską - połączy Rudego pierwsze młodzieńcze uczucie...
- "Gromadą" władała młodość i radość życia - wbrew wszystkiemu. Nikt z nas jeszcze nie przekroczył dwudziestu lat - mówił mi Kurant. - Ciemna
noc okupacyjna dopiero się zaczynała, ale my już widzieliśmy świt
wolności i wymarzoną Polskę ideału. W naszych planach samokształcenia
były takie tematy, jak: "Kultura a cywilizacja", "Socjalizm a kapitalizm", "Mój stosunek do Boga", "Ewolucja we wszechświecie", "Mój
ideał społeczeństwa", "Co to jest szczęście"...
Ta młodość nie myśli o zgliszczach, lecz łunę myśli poniesie - pisał
Andrzej Trzebiński, ich rówieśnik, poeta, który zginie w ulicznej
egzekucji...
Ta łuna bije z notatek i listów Alka, które trzydzieści lat przeleżały w kominie, by powrócić do tej, która je tam w 1944 roku ukryła, siostry
Alka, Maryli.
"Na wskroś męski, niezłomny w swych decyzjach" - takim go widzi w walce
Aleksander Kamiński.
A z notatek i listów Alka patrzy na nas twarz kogoś zupełnie odmiennego,
człowieka dojrzewającego w czasie "grozy - ojczyzny mojej" (jak napisze
Baczyński), miotanego rozterką, udręczonego dylematem - czy człowiek ma
prawo odebrać człowiekowi życie?
Ojca zabili mu Niemcy. Matka w obozie. A w notatkach Alka powtarzają się
słowa: "sumienie, spokój sumienia, utwardzanie sumienia. Czy jest sens,
czy wolno nosić broń i bronić się wobec odpowiedzialności zbiorowej, i gdy inni jej nie noszą...?".
54 pytania na zżółkłej kartce: "O co chodzi, o co walczymy? Zabicie - po
co? dla broni? Czy męskością nazwiemy twardość serca? Czy jest sens
postępowania jak w nowelce? Jak najwięcej rzutkości, inicjatywy,
energii... Upojenie tym, co było, rozmarzenie tym, co będzie, a gdzie
twarda rzeczywistość? Nie wolno ograniczać się do poznania tylko jednego
stronnictwa czy ugrupowania. Obywatelskim obowiązkiem jest zapoznanie
się w poszanowaniu dla przeciwnika ze wszystkimi kierunkami myśli
politycznej polskiej: a) wychowanie obywatelskie, b) współżycie, c)
kultura, d) nauczanie pracy zawodowej, społecznej, organizacyjnej...".
I myśl o Jutrze. "Jakiego chcę, jakie być powinno, jakie jest teraz, a jakie będzie?".
Pisał doń Zośka w maju 1942 roku, gdy Alek był na wsi:
"Zazdroszczę ci jednego, masz okazję w całkowitym oderwaniu i innej
atmosferze przemyśleć i ugruntować swoje poglądy na szereg spraw,
któremi bezpośrednio żyłeś w ostatnich czasach, i przejść od czynności i działania, często dyktowanych instynktem i tradycją, do roboty na
dłuższą pomyślanej metę, której wartość będzie sięgała i rozwijała się w przyszłych warunkach naszego bytowania".
Alek postanawia: "Wszystko pojęte jako przygotowanie, zaprawa do dobrej
pracy i całego życia. (...) Wykorzystanie chwili, chwycenie okazji, by
rozgrzane żelazo kuć na gorąco, by metal nie tracił na swej czystości i szlachetności, by coraz nowe i lepsze przybierał formy".
To ich właśnie nazwał Jan Kott w recenzji z Kamieni na szaniec -
"kondotierami nieświadomymi celu i sensu walki...".
Ich młodość, mówiąc słowami Baczyńskiego, "w tej grozie była czysta".
Umieli się cieszyć, śmiać, śpiewać - powstawały wspaniałe, nierozerwalne
przyjaźnie. Dzisiejsza młodzież też nie jest zła. Ona jest po prostu
zagubiona. Ja odnalazłam swą drogę w gąszczu zawikłanego życia, a zawdzięczam to chłopcom z Szarych Szeregów.
Joanna Mortka, Tarnobrzeg, 1976
Ta opowieść o Nich zmieniła moje życie. Przestałam się bać być sobą.
Joanna Sekutowicz, studentka pedagogiki, Warszawa, 1993
Giną. To nie jest wyrównana walka... Więc - dlaczego? W imię jakich
nadzwyczajnych celów poświęcają życie "i kiedy trzeba, na śmierć idą po
kolei jak kamienie ręką Boga rzucane na szaniec". Byli tacy jak my.
Chodzili do szkoły, zdawali maturę (może się bali? - jak my). Nie
wiedząc o swojej wielkiej próbie - polskości, odwagi, męstwa, próbie,
którą przeszli z podniesioną głową. Czy dziś byłoby to możliwe?
Sylwester Brzuchacz, maturzysta,
Liceum im. Baczyńskiego w Krakowie, 1994
Za mało dziś wierzymy w siebie, w swe własne siły. Za mało wierzymy w sens robienia czegoś wielkiego. Może też za mało współdziałamy ze sobą...
Mam 24 lata i ciągle za mało odwagi. Rosną dziś młodzi ludzie, którzy
zupełnie nie wiedzą, za kim iść... Książki Druha Kamińskiego są inspiracją
do działania, myślenia i czucia, tak jak działali i czuli najwspanialsi
Polscy Harcerze.
Witold Pietrusiewicz, Warszawa, 1996
Lektura obowiązkowa, którą czyta się z zapartym tchem, ze łzami w oczach. Książka, która na zawsze zostaje w sercu.
Niesamowite jest to, że w czasie tak smutnym, tragicznym była w Nich
radość, miłość, siła przetrwania. Nie ma Ich. Odeszli. A jednak są. Żyją
w każdym wrażliwym młodym człowieku. Pokolenie Rudych, Alków i Zosiek
pokazało nam, co to jest honor, braterstwo, odwaga, przyjaźń...
Agnieszka Kowalska, uczennica
Liceum im. Mickiewicza, klasa II, Ciechanów, 1996
Miłość
"Gdybyś odszedł, odeszłaby z Tobą moja lepsza część. Co zrobiłam
dobrego, to przez Ciebie. Jesteś moim dobrem, moją rosą, moim deszczem,
Moim Przyjacielem... Wczoraj, dzisiaj i jutro. Bez względu na to, co się z nami stanie...".
Gdy Basia pisała te słowa, miała 18 lat. Był rok 1942. Wiosna. Ostatnia
wiosna życia jej chłopca. Alka Dawidowskiego.
"Baśka! Dziękuję, że mam Ciebie!" - napisał.
Basię Sapińską odnalazłam dzięki jej ciotecznej siostrze - harcmistrzyni
Dance ze Zdanowiczów Rossmanowej, adiutantce Zośki, żonie Pana Janka.
W domu Basi, otwartym na ogród róż, przez wiele wieczorów patrzyłam na
jej szczupłe palce przesuwające się po ocalonych kartach z czułością, na
jej delikatny profil, niezagasłą urodę.
Dwakroć zasypana w Powstaniu, wyniosła tylko te skarby. Jej listy, które
Alek oddał o poranku 26 marca 1943 roku. Jego listy, które zachowała z najmniejszymi karteluszkami. I śrubę z tablicy niemieckiej, którą Alek
odkręcił z pomnika Kopernika w lutym 1942. Jego Virtuti Militari za
Arsenał. I mszyste bazie w małym pudełeczku. Przez pół wieku nie
utraciły puszystości ni połysku.
Pisała w kwietniu 1942: "...nad wiosenną wodą rosną złoto-srebrne baźki,
delikatne i pachnące". W rok potem położyła mu takie na mogile.
Wszystkie pamiątki oddała na naszą wystawę Kamyk na szańcu... Dwa stosy
listów. Alek do Basi. Basia do Alka.
Druga połowa roku 1942. Alek wyrwany z dni tętniących działaniami,
skazany na roślinne bytowanie z przyrodą, pracuje ciężko w polu i ogrodzie, uczy się, czyta, czeka na Basię i pisze jej "filozofiołki":
"Obserwowałem burzę... Niszczy, łamie, psuje. Ale czy tylko? Po nawałnicy
trawa się mocniej zieleni, drzewa szybciej rosną, przyroda odżywa,
człowiek młodnieje. Lżej się oddycha, mocniej stąpa, choć za ruiną i wyrwą w zagonie serce płacze... W burzę walkę toczymy, w zmaganiu siły
zwiększamy. A potem mamy spokój i rześki powiew mocy".
Basia, młodsza o cztery lata, czuje się opiekunką swego "małego
Chłopczyka", "Syneczka", dba, żeby chodził do dentystki ("Twoja żona mi
podziękuje, że nie ma szczerbatego męża"), a kiedy sama zachoruje -
lamentuje: "Takie mnie nachodzą strachy, że się odkochasz... Żebym znała
jakieś zioła na miłość, tobym Ci dała do wypicia... Twarz szara, nos
zapuchnięty, wyglądam jak stara ciotka... Całuję Cię przez papierek, żeby
nie zarazić...".
"Nie bój się, mała zazdrośnico, bo nie masz o co - odpowiada pogodnie
Alek. - Nos do góry, "stara ciotko". Całuję Cię - bez papierka!". W ogromnym, kilkunastostronicowym liście namawia Basię: "Staraj się pisać
jak najwięcej na temat wszystkiego, co Cię interesuje. Staraj się swoje
głębsze myśli jakoś konkretyzować, chwytać na gorąco i choć w punktach
"na papier przelewać". (...) Reasumując - chodzi o to, aby swe zdolności i zainteresowania rozwijać i kształcić, a nie czasami tylko je do lotu i na pokaz rozwijać. To nie tylko potrzeba, ale i obowiązek. Dług wobec
Tego, który to nam dał, i wobec tych, wokół których żyjemy".
Basia nie pozostaje mu dłużna. Znając kompleks Alka, który potrafi
nazwać się "wekslem bez pokrycia", osiemnastolatka radzi: "Musisz stać
się panem siebie. Nie ma dnia bez zwycięstwa nad sobą! (...) Mały, czy Ty
się codziennie modlisz? Trzeba z Bogiem rozmawiać. Wspominałam Ci kiedyś
o modlitwie Kto się w opiekę, zobaczysz, jaka jest żywa i aktualna...
Tak bym chciała, żebyś się nie czuł jak weksel bez pokrycia, jak bierny
pionek w rękach swoich wad. Tak bym chciała, żebyś zwyciężył".
Przed Bożym Narodzeniem aresztowano matkę Alka. Wigilię chciał spędzić
sam, w mieszkaniu Basi. Na jego liście, który miał być ostatni,
zachowała się rozgnieciona jagoda jemioły: "Sam znak, myśl o Tobie, myśl
i pamięć Twoja mi wystarcza".
1 stycznia późnym wieczorem Basia pisała pod wrażeniem przeżytego dnia:
"Rano dobrotliwy księżulek i śnieg, śnieg, z lekka szumiący i ścielący
przed nami biały dywan. A potem rozmowa o zaufaniu osobie kochanej. A potem echo przeżytych dni. Czuję dla Ciebie tyle tkliwości, że będę
chyba płakać z głębi tej dobrej połowy duszy, która chce spojrzeć w oczy
Twojej duszy... To kilka słów dla Ciebie na zakończenie starego, a na
początek Nowego Roku 1943!".
I to był ich rok ostatni.
Połączeni krwią
"W ożywioną ulicę niby piorun pada trzask pierwszych pistoletowych
strzałów. Policjant wali się na chodnik...
W sekundę potem z ulicy wypada dwoma wężowymi skrętami auto gestapo.
Szofer już usłyszał, już wie. Desperackim zwrotem chce wykręcić zamiast
w Nalewki - na ul. Długą ku ul. Przejazd. Ale oto mignęło coś w powietrzu. Brzęk tłuczonego szkła i słup ognia strzela z szoferki...".
Pierwszy opis akcji pod Arsenałem ukazał się na łamach "Biuletynu
Informacyjnego" - pisma redagowanego przez Aleksandra Kamińskiego - już
3 kwietnia 1943 roku (w numerze 15-170). Barwny, obszerny, dynamiczny. I bardzo dokładny. Uczestnicy akcji zrelacjonowali Kamykowi wydarzenia
natychmiast.
Widzimy Rudego - "skatowany w śledztwie, półprzytomny, wieziony na
noszach po czwartym potwornym badaniu, w którym, jak i przedtem, nic nie
powiedział...". Widzimy dowódcę grupy granatniczej - Alka, jak "pada
raniony w brzuch" - ale jeszcze dwakroć "rzuca granatem w atakujących
Niemców"... I jak w niezwykłym utworze muzycznym - po burzy dźwięków -
uciszenie i finałowy akord - nadziei: "Zadanie skończone. (...) W ucichłej, opustoszałej ulicy Długiej stoją głuche, zdziurawione na nowo
kulami mury starego Arsenału. Sczezła woń prochu i spalenizny. Pachnie
przedwiośnie...".
Wiele razy odtwarzaliśmy tamte marcowe wydarzenia roku 1943 - u Matuli i Dusi, w tym samym mieszkaniu, skąd o ciemnym świcie 23 marca gestapowcy
wyprowadzili Janka i Stanisława Bytnarów.
Mówi Duśka:
- 22 marca po obiedzie - wypadam do swoich zajęć - na komplet. Ojca
całuję, Jankowi macham. Nigdy nie wiadomo, kiedy się kogoś najbliższego
widzi po raz ostatni. Mama jest poza Warszawą, prowadzi tajne nauczanie.
Wracam wieczorem, tramwaj psuje się na placu Trzech Krzyży. Dzwonię do
ojca, że spróbuję biec, żeby zdążyć przed godziną policyjną! - Ani się
waż! - krzyczy. - Jest Szucha po drodze, przenocuj na Hożej. Świadkiem
tej rozmowy jest nasz sąsiad Staszek Bukowski, który grywa z ojcem na
skrzypcach. 23 marca rano wpada na Hożą. - Byli! W mieszkaniu kocioł! -
Biegnę do Zośki na Koszykową. - Wzięli ojca i Janka! A na rano jest
wyznaczona u nas zbiórka. Alarm działa błyskawicznie. Jednego z kolegów
udało się zawrócić już w alei Niepodległości. Nikt nie wpadł.
Mówi Matula:
- Alek wziął mnie w ramiona. "Mamusiu! Odwagi, odwagi!" - I był przy
mnie drugiego dnia, trzeciego...
PAMIĘTNIK ZOŚKI: "To straszna była dla mnie chwila. Coś się urwało,
skończyło... Lecz łzy w oczach powstrzymywała natychmiast myśl: jeszcze
nie koniec, jeszcze jest szansa, dziś jeszcze atakujemy samochód i odbijamy Janka".
HARCMISTRZ LEONARD BURA, harcerz Chorągwi Wielkopolskiej, żołnierz Armii
Krajowej, więzień Pawiaka, a po wojnie więzień łagrów, odnaleziony w Poznaniu opowiadał mi do filmu telewizyjnego Rudy, Alek, Zośka o dniu
26 marca 1943 roku:
- W nocy z 25 na 26 marca śniła mi się moja matka. Uśmiechnięta.
Witająca. Ten sen natchnął mnie nadzieją, że przetrwam trzecie
przesłuchanie, gdy nas znów zabiorą na Szucha. Kazali mi wziąć nosze, na
których leżał młody chłopak o szaroziemistej cerze, z grymasem bólu. Nie
otworzył oczu.
Na Szucha tłukli mnie pejczem, opasły esesman walił pięściami jak łopaty
w twarz. Kiedy nas wyprowadzali, znowu ja niosłem nosze z chłopakiem,
ręce miał pogruchotane, spuchnięte. Jęknął. Jeszcze żyje... Z rozbitej
twarzy i nosa kapie mi krew na jego bezwładne nogi... Porusza się i szepcze niewyraźnie: - Teraz jesteśmy połączeni krwią...
Przez całą drogę na Pawiak usiłowałem blaszką od buta rozciąć linkę
plandeki. Uciekać, choćby to miała być śmierć.
Nagle samochód hamuje. Rzuca nas o ścianę. Strzały. Płomienie i dym.
Jeden z Niemców celuje w nas rozpylaczem, ale zanim pociągnął spust,
pada, skoszony strzałem. Szarpię płonącą plandekę - skaczę,
przedostatni. Skatowany chłopiec czołga się za mną...
Dopiero z Kamieni na szaniec, które dotarły do mnie, kiedy byłem już w partyzantce AK na Lubelszczyźnie, dowiedziałem się, komu zawdzięczam
życie i kogo dźwigałem na noszach...
Mówi Matula.
Przerywając. Bo choć minęło tyle lat, dla matczynego serca nie ma
przedawnienia:
- Przyszli po mnie wieczorem. Pamiętam Sema, Kołczana i Zośkę. Prosił na
wszystko, żebym nie płakała. Dał mi jakieś krople...
Mieszkanie profesora Gustawa Wuttkego, który tak się zachwycał Jasia
zeszytami z geografii... A ta biała mumia w bandażach - to Jaś. Nachyliłam
się nad pokrytą skorupą zakrzepłej krwi głowiną. - Syneczku, co cię
boli? - Poruszył jedynym palcem, niezgruchotanym, i próbował się
uśmiechnąć: - Tylko ten palec, mamusiu! - I szybko dodał: - Tatuś żyje!
Nie płakała. - Dzielna mamusia! - powiedział do Zośki, gdy go pożegnała,
kładąc krzyżyk na pobitej głowie. Jak zawsze.
Opowiada Jan Rossman - Pan Janek:
- 30 marca to wtorek - pamiętam, byłem u Janka w trzecim już mieszkaniu.
Cierpiał straszliwie. Tadeusz go nie odstępował. Gdy tylko gdzieś
odszedł, Janek szeptał niespokojnie: - Gdzie Zośka? - Zapadło
postanowienie - musimy go przewieźć do szpitala. Zdobyłem miejsce na
Płockiej. Ci, którzy go przyjęli, ryzykowali życiem. Pobiegliśmy jeszcze
z Zośką dzwonić o ratunek do profesora Hartwiga. Telefon milczał. Kiedy
wróciliśmy, portier powiedział cicho: - On nie żyje! - Było późne
popołudnie. Wieczorem, u mnie na Sułkowskiego, gdzie w ogródku leżała
zakopana tablica zdjęta z pomnika Kopernika - spotkał się Zośka ze
Stefanem Mirowskim i Czarnym Jasiem Wuttkem. Siedzieliśmy całą noc.
Zośka sięgnął po tom Słowackiego. Szukał wiersza Testament mój.
Mówi Matula:
- Nie miałam żadnej wiadomości. Odważyłam się pójść do państwa
Zawadzkich. Drzwi otworzyła mi Hania. Krzyknęła: - I Alek też umarł!
Ta jedna literka "i" powiedziała mi o śmierci dziecka. Odeszli jednego
dnia.
4 grudnia 1943 roku, w dniu swoich imienin, Basia pisała do Alka: "O Boże! Może gdybym się modliła, to straszne nie stałoby się? Tego dnia
miałeś taką śmieszną, opadającą na oczy czuprynkę. (...) Potem -
oczekiwanie na Ciebie, niepokój... I Ziutek, i ulica, deszcz... - A właściwie gdzie my idziemy? - Do szpitala!... Twoje oczy i usta! Musiałam
się zmienić na twarzy, bo pytasz - czy jestem taki zmieniony?... Nie -
podobnyś do Mamusi. Nawet Cię nie pocałowałam na dzień dobry... Kochany!
Uśmiechałam się i mówiłam jakieś słowa, ale myśli były pozabijane,
nieczułe... Kochany! Ostatnia rozmowa... ostatnia rozmowa... Pamiętasz, jak
powiedziałeś: - Ja mam swojego fijołka! - A ja wielkiego fijoła!... A potem głaskałeś, jak zwykle, moje usta... Miałeś taki niespokojny, urywany
oddech... Jeszcze się umartwiałeś, że ręce Ci nieładnie pachną... Kochany,
ręce Twoje pachniały miętą... Pocałowałam Cię w czoło i w drzwiach
posłałam Ci pocałunek, Ty pokiwałeś mi ręką z tym Twoim smutno-bolesnym
uśmiechem... Serce umierało z przerażenia...
Patrzę na Twoją fotografię. Takiś na niej wesoły. Kochany. Nigdy Ci nie
mówiłam o miłości, może dlatego, że Ty też nic nie mówiłeś... Byłeś w każdej mojej myśli. Widzę Ciebie... Słyszę Twoje kroki... Kocham Cię".
Miłość i żałoba
Podczas kwietniowych świąt Wielkanocy roku 1943 we dworze Szczęsne pod
Grodziskiem Tadeusz Zawadzki napisał swój pamiętnik-relację i przekazał
ją Aleksandrowi Kamińskiemu. Nadali jej z Rossmanem tytuł: Kamienie
przez Boga rzucane na szaniec. Kamyk chciał zmienić na Życie i śmierć.
Pamiętnik dwunastoletniej Ewuni Kamińskiej:
"1 maja 1943 roku wyprowadziłam się do mojej cioci w Piastowie. Znów
razem. Tam też wkrótce przyjechał tatuś. Dyktował mamusi nową
współczesną historię - Kamienie na szaniec".
Piastów. Tu Janek chodził do szkoły. Tu - w 1953 roku uwięziono uczniów
mojej klasy za lekturę zakazanej książki - Kamienie na szaniec. Po
długich poszukiwaniach odnalazłyśmy w marcu 1990 roku z córką Kamyka,
panią profesor Ewą Rzetelską-Feleszko, tę niepozorną oficynkę przy ulicy
Gałczyńskiego 44 na pograniczu Piastowa i Pruszkowa, gdzie Kamyk rzucał
słowa jak gawędę przy harcerskim ognisku: "Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce...".
Opowiadała mi druhna Janina Kamińska:
- Olek dyktował, ja pisałam odręcznie. Książka powstawała błyskawicznie.
Ale czasem zamierał mu oddech, drżał głos, przerywał... Nie mógł dyktować
opisu przesłuchań Rudego. Czasem przerywał nam alarm - policja w sąsiednich domach!
Pisał do mnie Druh Aleksander Kamiński na miesiąc przed swoim odejściem
- 14 lutego 1978 roku - a jest to JEDYNY dokument, w którym autor mówi,
w jakim napięciu tworzył książkę, która tyle pokoleń uczy braterstwa i służby:
"...gdy pisałem Kamienie. To przecież pisałem o zaprzyjaźnionych ze sobą
chłopcach. Więc gdy zdecydowałem pisać - dokonałem tego w ciągu kilku
dni, może tygodnia? Odczuwałem to tak, jakbym był medium, przez które
wypowiada się jakaś wielka siła, siła podstawowych wartości. I zawsze
miałem poczucie, że nie jestem autorem Kamieni, lecz tylko
pośrednikiem w ich przekazaniu.
Proszę wybaczyć te naiwne wyznania sprawcy sagi, który był wrażliwy
bardzo na Pieśń o Rolandzie, Słowo o pułku Igora itp. - jestem
historykiem. Wszystko to się splątało, stopiło: miłość i żałoba po
poległych chłopcach, jakieś wizje podstawowych wartości i chęć dania im
wyrazu, poetyka sag...".
Pierwsza wersja Kamieni pojawiła się w sierpniu 1943 roku. Czy widział
ją jeszcze Zośka? Nikt nie pamięta.
Płomienie harcerskich pochodni spływały od lasów ku granitowej płycie,
łamały się blaski ognia: "W tym miejscu 20 VIII 1943 r. w walce z hitlerowcami oddał swe życie za Polskę Harcerz Szarych Szeregów, Dh
harcmistrz podporucznik Tadeusz Zawadzki "ZOŚKA"...".
Kończył się coroczny rajd w Sieczychach. Nocą siedzieliśmy w kręgu wokół
ogniska. Wiatr szedł sosnami. Rozwiewał siwe włosy Bogdana Deczkowskiego
- "Laudańskiego", żołnierza plutonu "Alek" kompanii "Rudy" batalionu
"Zośka". Miał nam opowiedzieć, jak to się stało. Od akcji minęło lat
czterdzieści i trzy. Nie mógł. Długo trwała cisza. Tylko gałązki jałowca
trzaskały w ogniu.
- Z okna padł strzał... Tylko jeden... I tylko jedna postać skręciła się
półobrotem... waląc ciężko na plecy... Nachyliłem się... To był Tadeusz...
Nadbiegł Andrzej Romocki - Morro, dowódca akcji, w Powstaniu dowódca
naszej kompanii... - Zośka! - krzyknął. - Zośka!... Patrzyłem w oczy
Tadeusza, błyszczące, ale nieruchome... Czy naprawdę nigdy już nie
poprowadzi nas do boju?
1 sierpnia 1944 na barykadach powstańczych Warszawy stanął batalion
"Zośka". Kompania "Rudy". Pluton "Alek". Po Srebrny Krzyż Virtuti
Militari i dziesiątki krzyży białych, brzozowych.
Nam jedna szarża - do nieba wzwyż
i jeden order - nad grobem krzyż
- powie Baczyński.
Kiedy kompania "Rudy" przebijała się z płonącej Starówki ku Śródmieściu
i zagubiła się w chaosie i ruinach Bielańskiej, Andrzej Romocki - Morro
zaczął wołać przejmująco: - RUDY! RUDY! - Chłopcom się zdawało, że Janka
Bytnara przyzywa na pomoc.
Wiosną 1988 roku znakomity historyk, prof. Janusz Tazbir, ogłosił w "Polityce" esej Kamienie milowe polskiej świadomości, podając listę
dzieł, które w jego ocenie "bądź to najlepiej ukazują umysłowość oraz
postawę wielu milionów Polaków, bądź też wywarły szczególny wpływ
najpierw na losy ich państwa, a następnie na uporczywe dążenie do
niepodległości".
"Kamienie milowe" XIX stulecia to - pieśń Jeszcze Polska nie zginęła,
Pan Tadeusz, Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, Trylogia.
Z dzieł wieku XX na honorową listę wpisał prof. Tazbir jedną jedyną
książkę - Kamienie na szaniec - "opowieść o tragicznych, pozbawionych
jakichkolwiek happy endów, losach narodowych diamentów, wystrzelonych
w walce o niepodległość...".
Leżą teraz, przysypani ziemią, już na zawsze dwudziestoletni. Moi
rówieśnicy, którzy umieli pięknie żyć i pięknie umierać. Odgarniajmy
ziemię, ocalajmy pamięć o Nich, odnajdujmy tych, którzy przeżyli. Niech
nam pomogą odnaleźć własną drogę we własnym kraju.
Ewa Szulik, licealistka, Rybnik, 1981
Kończę 18 lat. Tak się złożyło, że przyjdzie mi spędzić najpiękniejsze
lata w Polsce kryzysowej, skłóconej, rozhisteryzowanej. Nienawidzę tego
naszego grajdoła, a jednocześnie jestem dumna z jego historii i rogatej
duszy. Już jako dziewczynka w podstawówce nie mogłam nadziwić się,
dlaczego bohaterowie Kamieni na szaniec tak się narażali. To było
niewyobrażalne - walczyć i ginąć, jeszcze w dodatku wytrzymywać katusze
przesłuchań. Teraz jednak wiem, że to po prostu problem czasu i dojrzałości. I - gdyby zaistniała konieczność - ja chyba też poszłabym w ich ślady. Nie lubię - jak oni - górnolotnych słów, deklaracji,
uduchowionych haseł. Patriotyzm nie polega na przekrzykiwaniu się, kto
mocniej Polskę kocha. Rzecz w tym, aby po cichu, z zaciętymi zębami,
nieco pochylonym karkiem, ale z podniesioną głową żyć w niej i nie
uciekać.
Maria Nowacka, uczennica
Liceum im. Karola Marcinkowskiego, Poznań, 1990
W rocznicę Ich śmierci palimy znicze i czcimy Ich pamięć. Cieszymy się,
kiedy możemy spojrzeć w Ich twarze - takie młodzieńcze, radosne, tak
często uśmiechnięte... Już na zawsze zostaną młodzi - ale czy nie będą
coraz dalsi? Tak mało się o nich mówi, pisze, w telewizji oglądamy
amerykańskich gangsterów i polskich narkomanów, ale nie Rudego, Zośkę,
Alka, Floriana Marciniaka...
Chciałbym umieć kiedyś napisać o nich tak pięknie - żeby przyszli do nas
- żywi. A kiedy dorosnę - chciałbym być do nich podobny. I nigdy nie
przyniosę wstydu nazwisku.
Adam Marciniak, uczeń klasy VII
Szkoły im. Szarych Szeregów z Poznania, 1993
Ta niezwykła książka, tak często mówiąc o śmierci, zarazem tak wiele,
tak mądrze mówi przede wszystkim o ŻYCIU.
Beata Muszyńska, studentka Wydziału Prawa UW, 1993
Przez tyle wieków ONA nas nie zawiodła i Ci, którzy byli w Jej wiernej
służbie. Chcemy - jak Oni - dbać o Nią i kochać Ją. Te uczucia są w nas,
trzeba je tylko obudzić...
Uczniowie V Liceum im. Żeromskiego w Gdańsku, 1995
Szańce w życiu są zawsze potrzebne. "Oni życiem wskazali nam kierunek" -
powiedział Zośka po śmierci Alka i Rudego. Powtarzamy te słowa,
przyjmując imię Powstańców Warszawy.
Klasa I Zespołu Szkół Zawodowych
w Mińsku Mazowieckim, 1995
Myślę, że obecnie też potrzebna jest taka odwaga, jaką miał Rudy, aby
przezwyciężyć to zło, jakie teraz w Polsce mamy.
Barbara Majerczak, Liceum im. Żeromskiego, Krościenko, 1996
Jacy byliby, gdyby przeżyli? Czy zrealizowaliby marzenia, o których
mówił Rudy, który chciał pchnąć z zacofania tę bryłę nad Wisłą?
Sprawdzili się nie tylko w walce, gdzie towarzyszy emocja i świadomość
wspólnego zrywu. Przecież Rudy przez te trzy okropne dni gestapowskiej
katowni był sam. Nikogo nie zdradził. A jego koledzy? Przecież
wiedzieli, że ryzykują swym życiem, byle go ocalić. Nasze wybory nie są
tak dramatyczne. Ale i my wybierać musimy.
Marek Stanworowski, Wrocław, 1996
Ja o Nich myślę jak o moich przyjaciołach, którzy ciągle istnieją
gdzieś, i wierzę, że oni wiedzą, że my też zrobimy wszystko dla Polski.
Prosto, zwyczajnie, jak trzeba.
Aneta Piskorz z Gorzkowic, lat 16, 2002
Moją dewizą, moim credo, są słowa Aleksandra Kamińskiego: "Bo nie dość
jest myśleć i chcieć o Polsce i dla Polski. Trzeba samemu reprezentować
Polskę". Boli mnie, że pod tym trafnym zdaniem nie może się jeszcze
podpisać każdy Polak, ale jestem optymistką i mam nadzieję, że kiedyś to
nastąpi. Niedawno skończyłam studia. Gdy przeczytałam Kamienie na
szaniec - ta książka zmieniła całe moje życie. I za to muszę
podziękować wszystkim chłopcom i dziewczętom z Szarych Szeregów i tym,
którzy popularyzują tę "niepopularną" dziś tematykę.
Karina Borula, Stargard Szczeciński, 2004
Warto żyć dniem dzisiejszym, ale zawsze mając w sercu przeszłość. Ale
nie chodzi o to, żeby tylko wspominać i wzruszać się. Ona ma budować
nasze życie. To Krzyś Baczyński powiedział: "Trzeba nam teraz umierać,
by Polska umiała znów żyć". Są wśród nas jego towarzysze broni,
wspaniali Polacy, którzy pokazali, że umieją za Polskę walczyć i dla
niej żyć. My nie musimy pięknie umierać jak oni, ale możemy pięknie żyć
- za nich.
Anna Strzelec, prawniczka z Chorzowa, 2005
Kamienie na szaniec są moją ukochaną książką i mają szczególne miejsce
w moim sercu. Gdy czytam - żyję życiem bohaterów. Oni są moim ideałem,
moją opoką, siłą i drogowskazem w życiu.
Hanna Kniołek, harcerka Związku Harcerstwa
Rzeczypospolitej, Poznań, 2005
Niedługo skończę 17 lat. To przecież taki "powstańczy" wiek. Tylu
wspaniałych ludzi, kwiat polskiej młodzieży stanął murem w obronie
swojego miasta, dając dowód, że jeszcze Polska nie zginęła. Z całego
serca podziwiam Powstańców, tysiące bezimiennych bohaterów do ostatniej
kropli krwi walczących i wierzących w Polskę. Jaka szkoda, że tak wielu
z nich nie doczekało wolności, na pewno mogliby wpłynąć na losy Polski,
przekazując dzieciom i wnukom wspomnienia i ideały tak ważne w dzisiejszym świecie, gdy często wartość człowieka ocenia się nie po tym,
jaki jest, ale po tym, ile ma pieniędzy. Bohaterowie Szarych Szeregów i Powstańcy Warszawy będą dla mnie zawsze wzorem, od nich się uczę
szacunku do Ojczyzny i patrzę na swój kraj jak na coś najcenniejszego w świecie.
Aleksandra Wierzba, Warszawa, 2008
A oni wciąż żyją jak prawdziwi Przyjaciele, którzy wskazują drogę i wspierają. I to w każdej dziedzinie życia - dzielą się swoimi
przemyśleniami dotyczącymi kwestii moralnych, wytrwałością i zaangażowaniem motywują do edukacji, są punktem odniesienia w moich
zmaganiach dwudziestolatki wchodzącej w dorosłe życie. Często w różnych
sytuacjach zastanawiam się, w jaki sposób oni by postąpili, co by mi
poradzili?
Agata Bogiel, studentka skandynawistyki, Gdynia, 2009
Dla mnie te czasy opisane w Kamieniach to nie prehistoria, ale czas z twarzami wspaniałych ludzi, których się zna, z którymi przeżywa się
rozterki duchowe, dramaty, porażki, ale i raduje z sukcesów i powodzenia. Piszę ten list z potrzeby serca, jak Druh Kamyk swe książki.
I wraca mi pytanie - jaka Polska by była, gdyby oni z nami byli? Myślę
jednak, że dzielnie sekundują nam z góry i z troską patrzą na Ojczyznę,
którą tak ukochali i za której wolność oddali swe życie.
Maria Teichert, Warszawa, 2011
To my, młodzi ludzie, musimy pielęgnować pamięć o losach naszych
bohaterów. Chciałabym, aby moi rówieśnicy czuli się współodpowiedzialni
za pomnik historii zostawiony przez tych cichych, a wielkich bohaterów.
Byli w naszym wieku, a dokonywali czynów, na które dziś większość z nas
niestety by się nie zdobyła. Po przeczytaniu książek Druha Kamińskiego
zdałam sobie sprawę z tego, jak ważna jest dla mnie polskość. Być może
kiedyś uda nam się nieść Polskę i w sercu, i na ustach.
Klaudia Szulta, uczennica Liceum im. Marszałka
Piłsudskiego w Gdyni, 2012
Od sześciu lat pasjonuję się historią Państwa Podziemnego. Od sześciu
lat poznaję bohaterskie czyny młodych ludzi, a wszystko to zawdzięczam
właśnie Rudemu, Alkowi i Zośce, którzy pomogli mi odnaleźć cel w życiu i pokazali, że można pięknie żyć. Mam lat 18, nadal prowadzę pamiętnik w formie listów do Zośki, Alka, Rudego. Kiedy mam gorszy dzień i nie mogę
znaleźć siły, czytam fragmenty Kamieni. Czuję się silniejsza, pełna
ideałów, honoru, Ojczyzny i Boga. Odnalazłam siebie sprzed lat, która
podnosi grosik z ziemi, dlatego że jest tam Polski orzełek. Zbliża się 70. rocznica Akcji pod Arsenałem. Czy to nie piękne, że mimo 70 lat,
mimo że dzieli nas czas, oni nadal są wśród nas? Jestem w grupie
historycznej w moim III Liceum w Gdyni, która nazywa się Bractwo
Poszukiwaczy Pereł, bo wyszukujemy perły historyczne i dbamy o ich
pamięć. W 70. rocznicę poprowadzę w szkole wykład o historii Akcji pod
Arsenałem i jej bohaterach, bo ich imion nie można zapomnieć.
Weronika Ofierska, Liceum im. Marynarki
Wojennej Rzeczypospolitej, Gdynia, 2013
SŁONECZNE DNI
W jednej z dzielnic warszawskich było środowisko młodzieży harcerskiej,
które umiało stworzyć atmosferę i warunki, w jakich młodzież czuła się
dobrze, pragnęła sama kształcić swe charaktery, sama sobie stawiała cele
i sama czyniła wszystko, co w jej mocy, by te cele osiągać.
Jednym z zespołów tego środowiska był zespół Buków2, nazywany tak
od częstych wypraw leśnych, jakie czynił rokrocznie. Zespół Buków, do
którego należeli Alek* i Rudy*, był zespołem udanym. Było w nim to, co
stanowi o sile i prężności każdej gromady: duch zespołu, koleżeństwo i ciągła aktywność; czyn jeden po drugim, i rozmach, i radosny uśmiech. W lecie i w zimie, w czasie długich wakacji i w czasie krótkich dni
świątecznych zespół ruszał w dalekie góry, nad odległe jeziora lub w pobliskie lasy i niedalekie pola.
Alek był dryblasem. Wysoki, szczupły, o niebieskich oczach i płowej
czuprynie, ciągle się uśmiechał, mówił szybko, wymachiwał rękoma i przy
byle okazji wpadał w zachwyt.
Wpływom zespołu Buków zawdzięczał nabywanie pewnej właściwości
charakteru, bardzo mu obcej: chłodnego panowania nad sobą w chwilach
ważnych. Kiedyś na wsi, gdzie Alek przyjechał na parę dni, syn
gospodarza, rąbiąc drzewo, uderzył się siekierą w nogę. Krew silnie
popłynęła na zieleń trawy. I, jak często w takich wypadkach, całe
wystraszone otoczenie straciło głowę. Ktoś krzyknął wylękły, ktoś uciekł
do pokoju, żeby nie widzieć krwi, paru domowników biegało bezradnie po
domu, bezsensownie szukając wody, waty. Alek jeden z całego otoczenia
zareagował całkowicie odmiennie niż inni: znikł mu z twarzy wyraz
niefrasobliwego roztrzepania, zbiegły się brwi nad oczyma. Po chwili był
już przy skaleczonym, naciskając silnie kciukiem miejsce powyżej
krwawiącej mocno rany.
- Panno Basiu - zwrócił się do wystraszonej, stojącej bezradnie
dziewczyny - widzi pani, już w porządku. Proszę wziąć ten płaski kamyk,
wymyć go i przynieść mi razem z ręcznikiem. Zrobimy opatrunek uciskowy.
Gdy to mówił - mówił spokojnym, naturalnym głosem. Z twarzy znikało
skupienie i pojawił się znów uśmiech.
A Rudy? Rudy miał piegowatą twarz i rudawe włosy. Cała istota Rudego
ześrodkowała się w jego oczach i czole, odzwierciedlając wybitną
inteligencję. Uzupełniający charaktery ludzkie zespół Buków - ten sam,
pod którego wpływem roztrzepany uczuciowiec Alek stawał się opanowany i skupiony - zespół ten urodzonego intelektualistę Rudego ściągał do
konkretów przyziemnego życia. Przy czym owo przyziemne życie uosobione
zostało w postaci... kucharstwa. Mianowicie na każdej wycieczce, na każdej
wyprawie, na każdym obozowisku Rudy był kucharzem Buków. Co się biedak w początkach kucharzowania nacierpiał - nie warto opisywać. Warto
natomiast stwierdzić, że po pewnym czasie potrawy przyrządzane przez
Rudego przestały denerwować i śmieszyć, zaczęły zastanawiać, a wreszcie
zdumiewać.
- Bracie - mówił poważnie Zeus3, wódz Buków - świetnie gotujesz!
Masz wyjątkowy talent kucharski.
Było to w pierwszym okresie przyglądania się Zeusa Rudemu. Toteż Zeus -
harcmistrz Leszek Domański - zauważył tylko część prawdy: ujawniony
talent kucharski. Istota Rudego była inna. To nie był chłopiec o talencie kucharskim. Był to chłopiec o dużej, wszechstronnej skali
talentów w ogóle, ale ujawniło się to dopiero z biegiem lat. Na razie
nikt tak wspaniałego nie piekł na patyku chleba (tak, tak - chleba na
patyku, to nie jest omyłka zecera!), nikt tak świetnie nie smażył płotek
na oleju, żadna kasza hreczana nie potrafiła się zmierzyć z kaszą
Rudego. A już zupełnie magicznym zjawiskiem wydawało się Bukom to, gdy
kiedyś Rudy ugotował świetną zupę... z pokrzyw!
To jednak, co zdecydowało o popularności Rudego w zespole, nie miało nic
wspólnego z kucharstwem. To coś oparte było na talentach artystycznych
Rudego i na jego zamiłowaniu do majsterkowania. Pewnego razu obmyślił
Rudy oznakę dla zespołu Buków. Cyfra 23 w trójkącie, wycięta w jasnym
metalu, na pomarańczowym tle małej sukiennej podkładki. Cały zespół
Buków był zachwycony estetyką oznaki, dyskrecją odcieni, delikatnością
rysunku. Pobudzony zachwytem kolegów Rudy zmajstrował sztancę i własnoręcznie odbił nią tyle oznak, ilu członków liczył zespół Buków.
- Ja ci mówię, przejdziesz do historii sztuki - klepał protekcjonalnie
Rudego po ramieniu gruby Andrzej Zawadowski4.
- A ty, Alek - ciągnął dalej tenże sam Andrzej Grubas - musisz się
zabrać do skomponowania oznaki narciarskiej dla Buków.
Alek bukowej oznaki harcerskiej nie skomponował nigdy, chociaż był
najlepszym narciarzem zespołu. Narciarzem narwanym, narciarzem
niepokojącym rodziców i Zeusa, narciarzem, którego nigdy nie zadowalały
łagodne stoki i uczęszczane tory. Narciarzem, którego niespokojny duch
ciągnął w wysokie góry, na nowe i samotne szlaki.
Ten niespokojny duch narciarski był tylko cząstką osobowości Alka, która
cała była niespokojna, spragniona niecodzienności, stęskniona do
nadzwyczajności.
Zresztą tęsknota Alka do niecodzienności, do czynów przekraczających
wyobraźnię i możliwości przeciętnego człowieka, była taka sama jak
tęsknota wszystkich jego kolegów - Buków. A może nie tylko Buków? Może
jest to tęsknota każdej młodości? Ta tylko różnica zachodziła między
tęsknotami dziesiątków tysięcy młodych serc a tęsknotami do
niecodzienności Buków, że Buki umiały się zdobyć na wcielenie wielu
swych marzeń w czyn.
Istniała w Warszawie szkoła, dobra szkoła. W stolicy nie brak było
doskonałych szkół. I ta była właśnie jedną z nich. W szkole tej pracował
właściwy zespół nauczycielski. Gdy piszemy "właściwy" nauczyciel, mamy
na myśli człowieka, który posiada umiejętność zachęcania i wdrażania
uczniów do samokształcenia. Tę właśnie właściwość miała większość
nauczycieli gimnazjum imienia króla Stefana Batorego5.
Czy to się wyda dziwne, jeśli podamy do wiadomości, że nauczycielem
geografii w gimnazjum i liceum Stefana Batorego był pan profesor
Domański, przez część uczniów zwany Zeusem? Mianowicie przez tę część
uczniów, która należała do zespołu Buków. Co prawda, pan profesor Leszek
Domański był dopiero drugi rok nauczycielem i liczył sobie zaledwie
osiem lat więcej niż uczniowie klasy, której był wychowawcą. Chociaż tak
było i chociaż zespół nauczycielski gimnazjum im. Batorego był zespołem
ludzi światłych, cały korpus profesorski miał jednomyślnie profesorowi
Domańskiemu za złe, że wprowadził zwyczaj zwracania się do siebie części
uczniów przez - ty. Oczywiście nie na lekcjach, tym niemniej jednak...
Korpus nauczycielski "wyraźnie to DZIWACTWO dezaprobował i ostrzegał
kolegę Domańskiego przed niebezpieczeństwem zbytniego spoufalenia się z młodzieżą".
Właśnie w tej chwili wychodzi gromadka chłopców i ich nauczyciel na
ulicę. Lekcje się skończyły. Idą powoli, rozmawiają.
- Słuchaj, Zeus, idziemy dziś na Burzę nad Azją czy na Dziesięciu z Pawiaka? - pyta Alek.
Alek jest wielbicielem kina. Profesor Domański również. Kilka razy w miesiącu chodzą razem do kin.
- Zeusie kochany - wtrąca się Czarny Jaś6 - pożycz mi głowę
Indianina wyrzeźbioną w orzechu kokosowym, którą przywiozłeś z Ameryki.
Jest mi bardzo potrzebna - chcę sobie zrobić podobną z huby.
Ponieważ dzisiejsza lekcja profesora Domańskiego obracała się wokół
spraw Yellowstone Parku w Stanach Zjednoczonych7, rozmowa
schodzi na Yellowstone Park. Ktoś stawia parę pytań dotyczących parku
narodowego w Tatrach. Zeus odpowiada. Andrzej Grubas, zaperzony, nie
zgadza się z poglądami profesora. Cała gromadka staje na ulicy, chłopcy
gestykulują, śmieją się i znów poważnieją. Przechodnie uliczni, szybko
wymijając gromadkę, nie zauważają jednego z dziwactw profesora
Domańskiego: kończenia lekcji na ruchliwej ulicy miasta.
Są w kraju domy rodzinne, w których istnieją warunki dające możność
zdrowego rozwoju psychicznego i fizycznego zarówno rodzicom, jak i dzieciom. W domach tych jest wystarczająca skala zarobków, bez których
jakże trudno o normalne ludzkie życie. Jest także harmonia wśród
członków rodziny, oparta na wzajemnej dobrej woli i ustępliwości. Jest
pewien poziom kulturalny, umożliwiający udział w przeżyciach całego
świata i w dorobku przeszłych pokoleń. Jest wreszcie specjalna
atmosfera, którą trudno określić, a którą poznaje się tylko po skutkach:
poszczególnych członków rodziny łączy mocna więź, dom jest ostoją i otuchą, dodaje odwagi, zapewnia spokój.
Takimi właśnie dobrymi domami rodzinnymi były domy Alka i Rudego.
Ojcowie każdego z nich byli ludźmi biorącymi czynny udział w życiu
społecznym. Matki obu chłopców były kobietami życzliwymi i mądrymi. Oba
te domy nie znały się jednak, nie utrzymywały ze sobą stosunków. Dom
Alka był domem kierownika fabryki. Dom Rudego8 - to dom
inteligencki pierwszego inteligenckiego pokolenia. Ojciec Rudego był
pierwszym w swej chłopskiej rodzinie, który, pozostawiwszy wieś, poszedł
do szkół miejskich i do miasta.
Rudy i Alek mieli wyjątkowo szczęśliwe warunki młodości: dobry dom,
dobra szkoła, dobra organizacja młodzieżowa; a wszystkie te czynniki
współdziałały ze sobą i wzajemnie się wspierały.
Jakżeż - niestety - niewielu jeszcze chłopców w Polsce ma takie warunki
młodości.
Oczywiście szkoła, dom, środowisko koleżeńskie ogromnie ułatwiły dobry
start życiowy tym chłopcom. Ale nie popełnijmy błędu złej oceny: o poziomie sportowca nie decyduje nawet najlepsze boisko ani najbardziej
wygodny ubiór, ani skrupulatne przestrzeganie trybu życia sportowego - o poziomie sportowca decyduje co innego: jego istotne uzdolnienia sportowe
i jego praca nad sobą. To porównanie jest odpowiedzią na pytanie o rolę
dobrych warunków młodości Rudego, Alka i niektórych ich kolegów.
Warunki te ułatwiły kształtowanie się dobrych charakterów. Ale właściwa
i pełna zasługa, że Alek i Rudy stali się tym, czym się stali, przypada
w udziale samym tym chłopcom i ich woli, z jaką chwycili w dłonie ster
swego życia. Iluż młodych ludzi marnuje się i zatraca wśród tych samych,
jakie mieli ci dwaj, warunków młodości.
Co to jest zacięcie przywódcze? Człowiek obdarzony nim mimo woli wywiera
na otoczenie wpływ zniewalający; ludzie skupiają się wokół niego i w sposób naturalny ulegają jego życzeniom.
W Alku zacięcie przywódcze zaznaczyło się wcześnie. Nie miało ono nic
wspólnego z "wodzostwem", posiadało charakter naturalnego, koleżeńskiego
przodownictwa. Ten wysoki, zawsze uśmiechnięty dryblas, niepotrafiący
mówić spokojnie, przeżywający każdy czyn i każdy problem, duszę całą
wkładający w każdą rozmowę i w każdą pracę - miał w sobie coś, co
przyciągało doń kolegów. Ile razy szedł ulicą, tyle razy widzieć można
było obok niego dwóch, trzech chłopców. Ilekroć zabierał się do
majstrowania czegoś w pracowni szkolnej, tylekroć podsuwali się inni, by
przypatrzyć się jego robotom, spytać o radę. Żaden z chłopców nie
potrafiłby uzasadnić, dlaczego ciągnie go do Alka i dlaczego chętnie
spełnia jego życzenia. Być może działała tu owa Alkowa niecodzienność,
poszukująca w nauce, w grach i w życiu rozwiązań niebanalnych? Ale
również mogła pociągać w Alku wyjątkowa szczerość, bezpośredniość i uczynność tak wielka, że niekiedy aż krępująca.
Z biegiem czasu skupiła się wokół Alka grupka pięciu, sześciu kolegów,
niemal wielbicieli. Powstanie tej drużyny wokół naturalnego przywódcy
odbyło się według wszelkich reguł "doboru naturalnego". Byli to chłopcy
podobni do Alka psychicznie, jak on pragnący przebić się w pierwszym
szeregu życia ku Wielkości i Sławie. Tak powstał sławny w ciągu paru lat
wśród Buków - Klub Pięciu. Klub wsławił się zdobyciem niebezpiecznych
tatrzańskich zboczy, składał się z wybitnych narciarzy oraz wielbicieli
powieści Jacka Londona i przygód.
- Jeśli my, Klub Pięciu - powiedział któryś z nich jednego razu - nie
dokonamy w życiu jakichś wielkich rzeczy, to chyba tylko przez wyjątkową
złośliwość losu.
Jakie to miały być wielkie rzeczy, których dokonać pragnęli - z tego
zdawano sobie sprawę w sposób bardzo mętny. Może to będzie przepłynięcie
kajakiem żaglowym z Gdyni do Sztokholmu? Może wynalezienie nowego typu
samolotu?
Rudy przysłuchiwał się z dala marzeniom Klubu Pięciu i z dala obserwował
jego wyczyny. Nie należał do Klubu. Alek to "fajny" chłop! Ale
refleksyjna natura Rudego wolała się trzymać z boku. Mniej go pociągały
wyczyny sportowe, mniejsza była tęsknota do przygody na lądzie i morzu.
Jego istotnym światem był świat uczuć i myśli. Tam szukał swojej
przygody. Lecz wszechstronnie zdolny potrafił, gdy tego zapragnął, wybić
się na pierwsze miejsce w każdej dziedzinie technicznej. Zrobiony
przezeń kajak był najlepszym kajakiem w zespole. Gdy w pewnym momencie
zorientował się, że jest jedynym nieumiejącym tańczyć uczniem w klasie -
szybko i z zaciętością zabrał się do nauki tańców i po trzech miesiącach
stał się, ku zdumieniu szkoły, najlepszym tancerzem. W pracach
saperskich nikt tak jak on nie potrafił budować kładek i trampolin,
wiszących mostów i szałasów. Ale właściwą treścią zainteresowań Rudego
był świat życia wewnętrznego. Wystarczyło wziąć jakąkolwiek książkę do
ręki, wystarczyło zacząć poważniejszą rozmowę, wystarczyło zamknąć oczy
i pozostać w samotności, aby natychmiast do mózgu i serca zaczęły
kołatać natrętne, ciągle niepokojące problemy społeczne, kulturalne,
filozoficzne.
W owych czasach nie było wokół Rudego wiernej drużyny wielbicieli.
Natomiast zbliżali się doń i dobrze się w jego towarzystwie czuli ci
wszyscy, którzy pragnęli wymiany myśli. Z biegiem czasu nieliczna
gromadka przyjaciół Rudego powoli cementowała się i zespalała.
Był wśród Buków chłopiec, który wyróżniał się bardziej od innych. -
Urodzony organizator - mówili o nim nauczyciele, obserwując, jak koledzy
wysuwają go na czołowe stanowiska w samorządzie szkolnym. - Urodzony
przywódca - stwierdzono w harcerstwie, obarczając go coraz bardziej
odpowiedzialnymi funkcjami. - Co w tym jest? - pytała nieraz samą siebie
matka, wyczuwając atmosferę uwagi i posłuchu, otaczającą w domu
niedorosłego chłopca ze strony siostry i całego otoczenia dorosłych.
Rozumni rodzice, ceniąc w chłopcu posiadany przezeń dar, usiłowali -
skutecznie - związać owo zacięcie przywódcze syna z nastawieniem do
służenia innym. Wiedzieli: przywódca egocentryk - to niebezpieczeństwo,
przywódca o typie przewodnika w pracach społecznych - to wartość
społeczna.
Często tak bywa, że ludzie posiadający zacięcie przywódcze w stopniu
skromnym - nadrabiają je marsową miną, ostrym spojrzeniem, wyniosłą
postawą, stanowczym głosem. Przywódcy naturalni tego wszystkiego nie
potrzebują. Tkwiąca w nich siła wyraża się w sposób nieuchwytny,
niedostrzegalny, niepotrzebujący sztucznych akcesoriów. To prawo
psychiczne zaznaczyło się na naszym bohaterze w sposób jaskrawy. Został
on bowiem przez naturę obdarzony niemal dziewczęcą urodą. Delikatna
cera, regularne rysy, jasnoniebieskie spojrzenie i włosy złociste,
uśmiech zupełnie dziewczęcy, ręce o długich, subtelnych palcach, wielka
powściągliwość, pewien rodzaj nieśmiałości - wszystko to było aż nadto
dostatecznym powodem do nazywania Tadeusza Zawadzkiego przez kolegów -
Zośką9.
Zośka! Cóż za fatalna, zdawałoby się, przeszkoda dla kariery przywódcy!
Taki wygląd i takie przezwisko!
Uroda Zośki nie była jedyną zasłoną, która utrudniała dostrzeżenie
męskiej strony jego charakteru. Drugą taką zasłoną był stosunek Zośki do
domu i do matki. Chłopiec ten nie czuł się nigdzie tak dobrze jak
właśnie w domu, z nikim nie przyjaźnił się tak serdecznie jak właśnie z matką. "Matka zastępuje mi kolegów i przyjaciół" - zwierzył się kiedyś
na kartkach swego pamiętnika. I to bowiem także ku "hańbie" Zośki
zapisać należy, że robił notatki o sobie, coś w rodzaju pamiętnika.
Zośka do domu przywiązany był wyjątkowo silnie. Godzinami całymi
prowadził koleżeńskie rozmowy z ojcem - profesorem10, z matką
- działaczką społeczną, z siostrą. Albowiem w domu rodzinnym Zośki było
w zwyczaju omawianie wspólnie zagadnień i kłopotów z zakresu prac
każdego z rodziców i każdego z dzieci. Dzieci radziły się ojca i matki.
Matka i ojciec pytali o opinię dorastające dzieci.
Rzadko się zdarza, by dwoje ludzi tak bardzo do siebie było podobnych
jak Zośka i jego matka. W obojgu uderzał ten sam spokój, pokrywający
głębię uczucia i wrażliwość, ten sam łagodny, wyrozumiały, głęboki
stosunek do ludzi, to samo pełne oddanie się sprawie, co do której
wzięli na siebie odpowiedzialność. Życie matki Zośki przed ślubem było
całkowicie wypełnione pracą społeczną wychowawcy. Po przyjściu na świat
dzieci uznała ich wychowanie za główny cel dalszego życia i - choć
ciężko to jej przyszło - odeszła od wielu dawnych prac umiłowanych,
zachowując jako główną osobistą przyjemność to tylko, co się z nową
drogą życia uzgodnić dało. Miała to szczęście, że wychowała dzieci
takie, jakie wychować chciała.
Zośka był to chłopiec o wyjątkowych zdolnościach, wybitnej inteligencji
teoretycznej i praktycznej. Wszystkim się interesował i gdziekolwiek
zwrócił umysł, czegokolwiek się tknął - towarzyszyły mu szybkie i łatwe
osiągnięcia. Jak to często bywa z chłopcem zdolnym - Zośka nie
przepracowywał się zanadto w szkole. Uczył się na czwórki. W jednym
półroczu przyniósł nawet na cenzurze większość trójek. Było to - rzecz
charakterystyczna! - półrocze, w którym bardzo ciężko chorowała jego
matka.
Uroda, wdzięk w sposobie bycia oraz pochłonięcie życiem domowym -
wszystko to osłaniało i kryło przed otoczeniem naturę Zośki. Częściowo
"dekonspirowały" go sporty. Zośka wyróżniał się w strzelectwie, w hokeju
i w tenisie, zdobywając w turniejach międzyszkolnych szereg pierwszych
miejsc.
Zresztą, rzecz ciekawa, że nawet w sportach...
- Co ty robisz? - zawołał kiedyś zdumiony Jacek Tabęcki11,
patrząc na Zośkę, który miał za chwilę wybiec na boisko dla rozegrania
jednego z decydujących meczów i teraz odmierzał w kącie jakieś krople.
- Waleriana... - odburknął Zośka, zawstydzony, że go przyłapano na czymś
niemęskim. - Dwanaście, trzynaście, czternaście... - liczył spadające na
kostkę cukru krople.
Zwycięstwo sportowe imponuje otoczeniu. Zośka był niemal zawsze
zwycięzcą. Zwycięstwa kierowały nań spojrzenia kolegów. Równocześnie
zaczęto stwierdzać rzecz inną: Zośka był uparty, uparty w sposób
niezwykle drażniący. Rzadko to się zdarzało. Przeważnie albo nie
zajmował stanowiska wobec rozgrywających się wypadków, albo też
ustępował nalegającym. Gdy jednak zaciął się w jakiej decyzji - nic go
nie mogło przełamać. Szczególnie gdy upór wsparł się o inny potężny
czynnik duszy Zośki - o ambicję.
Zośka w dzieciństwie bał się wody. Rzeczka, jezioro, morze - odpychały
go od siebie z jakąś przemożną siłą. Nie chciał nigdy wchodzić do wody
powyżej piersi. Aż ktoś kiedyś poruszył w nim nutę ambicji i wywołał
decyzję. Już przy końcu sezonu Zośka pływał bez niczyjej pomocy,
zbudował kajak, w dwa lata potem był dobrym pływakiem i wreszcie w zawodach pływackich, jako najlepszy z Buków, zaczął reprezentować
zespół.
Sporty, ambicja, upór wyrabiały mu, rzecz oczywista, pewną sławę. Sława
jednak koleżeńska była czymś, o co Zośka mało dbał. Nie starał się
zjednać kolegów, nie szukał przyjaźni. Niekiedy zdawało się, że na całe
swoje otoczenie patrzy jakby z dala, pomimo że wszystkim się interesował
i każdemu starał się być pomocny. Albowiem najsilniejszą w tym czasie
właściwością psychiczną Zośki była jego samotność. "Zawsze jestem raczej
sam" - tak brzmiało pierwsze zdanie na pierwszej stronie pamiętnika
Zośki. Poczucie samotności, powściągliwość i skrytość powodowały to, że
Zośka raczej unikał kolegów - ale koledzy nie unikali Zośki. Albowiem
jeden z paradoksów psychiki zbiorowej brzmi: samotność, częsta
towarzyszka wewnętrznej siły człowieka - przyciąga i zniewala otoczenie.
W miarę jak biegły lata - autorytet Zośki w szkole i w zespole Buków
ugruntowywał się i umacniał. Od piętnastego roku życia rządził już i kierował stale. Tym zaś różnił się od innych przywódców-rówieśników, że
swą rolę wypełniał w sposób naturalny, prosty i nieznaczny. Nie
rozkazywał, nie żądał, nie pouczał. Nie narzucał swej woli. W zwykły,
prosty sposób mówił i w zwykły, prosty sposób robił to, co chciał, by
robili inni. I myślał raczej o innych niż o sobie. To wystarczało.
Całe otoczenie Zośki - i Buki, i szkoła, i dom - wiedziało o nim jedno:
chłopiec ten umie przewidywać i umie zarządzać. Zaś trafne przewidywanie
i dobre zarządzanie są istotą organizacji. Zośka był niewątpliwie dobrym
organizatorem.
Klasa Alka, Rudego i Zośki zdała maturę; osiemnastoletni Rudy jako
prymus i dziewiętnastoletni Alek jako "średniak". W początkach czerwca
1939 roku cała grupa Buków spośród klasy maturzystów wyruszyła pod wodzą
Zeusa na dziesięciodniową wycieczkę w Beskidy Śląskie12.
Cóż to była za cudowna wyprawa! Po wspaniałym, słonecznym dniu na
Baraniej Górze ruszyli autobusem na Zaolzie do Trzyńca13
zwiedzać wielkie huty żelaza. Potem na tarasie Ośrodka Harcerskiego w Górkach Wielkich14, opici świetnym mlekiem, opalali się leniwie
w piekących, letnich promieniach słońca, w zapachu górskich łąk. A następnego dnia wśród lasu bukowego na Równicy, spoglądając w dolinę
Wisły, rozpoczęli długą wymianę zdań. O czym? O rzeczach najważniejszych
dla wszystkich maturzystów świata: o przyszłości.
Najpierw mówił Rudy i jak zwykle uogólniał zagadnienie:
- Nie ma co gadać, powiodło nam się! Mieliśmy dobrą szkołę, potrafiliśmy
stworzyć zespół koleżeński. Staliśmy się grupą przyjaciół. Noblesse
oblige15. Nie wolno spatałaszyć szans, które dostaliśmy do rąk.
- Na wyspach Salomona... - zaczął któryś z Klubu Pięciu.
- Stul pysk, Salomonie - przerwał mu ze śmiechem ktoś z paczki Rudego.
- Tak, tak - wtrącił się leżący na plecach Zeus. - Robota aż się prosi
do rączek w tym pięknym kraju. "Wisła, Wisła modra rzeka" -
nieuregulowana. Miliony Maćków z wesołej piosenki klepie biedę, że aż
piszczy. Nie ma na zapałki, nie ma na sól, nie ma na buty. Rodziny
robotnicze po miastach nie w mieszkaniach żyją, lecz w norach. Nakłady
książek w tym pięknym kraju wynoszą ledwo po dwa, trzy tysiące. Około 50
procent szkół - to szkoły jednoklasowe... Diabelnie dużo zrobiło się w ciągu tych dwudziestu lat niepodległości. Ot, choćby porównać rozbudowę
miast, Gdynię, Centralny Okręg Przemysłowy16, powstanie
nowej warstwy społecznej wykwalifikowanych robotników, rozbudowę
ubezpieczeń społecznych, ogromny spadek śmiertelności. Ale... na Boga
miłego, iluż tu trzeba jeszcze pierwszorzędnych inżynierów,
pierwszorzędnych wychowawców, pierwszorzędnych rolników,
pierwszorzędnych rzemieślników.
- Drugorzędni też nie zaszkodzą - przerwał Zośka - bo coś mi się zdaje,
że orłów w Polsce było zawsze sporo, mrówek - znacznie mniej.
Gawęda zmieniła kierunek. Alek, którego obok pogoni za niecodziennością
cechowała silna żądza analizy własnej osobowości, zaczął na inny temat.
O tym, że najistotniejszą sprawą jest wyrobienie w sobie charakteru.
Rudy podsunął się bliżej do Alka. Słuchał go z wytężoną uwagą. Sprawa
charakteru, sprawa pracy nad sobą, sprawa uzupełnienia własnej
osobowości tym wszystkim, czego tej osobowości brakuje - wszystko to tak
samo poruszało umysł Rudego, jak i umysł Alka. Była to dziedzina
przeżyć, która łączyła obu chłopców jednolitym odczuwaniem i jednolitym
pragnieniem. Nie tylko zresztą tych dwóch pochłaniał problem
doskonalenia się i pracy nad sobą. Pochłaniał on wszystkich członków
zespołu Buków. W środowisku tym takie decyzje jak Rudego, który w trzy
miesiące nauczył się tańczyć, bo twierdził, że tego mu brakuje do "pełni
osobowości"; jak Alka, który zawziął się na wyrabianie w sobie
opanowania i skupienia; jak Andrzeja, który w rok opanował język
angielski; jak Zeusa, który przez trzy miesiące nie chodził do
ulubionego kina, by dowieść samemu sobie, że zdolny jest do rezygnacji z przyjemności - w innym gronie sprawa doskonalenia się nie miała tyle
zrozumienia, co wśród Buków.
- Ale, słuchajcie, cóż to z tą wojną będzie? Zacznie się czy nie
zacznie? Gotowa nam pokiełbasić wszystkie plany.
- Nie bój się, Andrzeju! Pięć razy pan Hitler się obejrzy, nim na nas,
na Francuzów i na Anglików skoczy. A jak skoczy, to dostanie w zęby
fest.
Chłopcy uśmiechnęli się, zapanowała chwila ciszy. Przed oczyma
beztroskiej wyobraźni przesuwały się potężne polskie czołgi,
niezwyciężone pułki polskiej piechoty i naród cały zjednoczony i zwarty
wokół naczelnego wodza i rządu. Niech no tylko Hitler spróbuje! Odechce
się mu wojny już po paru miesiącach.
Chłopcy zaczęli wstawać. Zbliżał się czas odmarszu do Brennej. Wkładali
plecaki, porządkowali chlebaki, ktoś zanucił modną w drużynie piosenkę,
dziesięć głosów od razu pochwyciło jej silny, mocny ton.
Dalej, wesoło niech popłynie gromki śpiew,
Niech stutysięcznym echem zabrzmi pośród drzew,
Niech spędzi z czoła wszelką troskę, wszelki cień,
Wszak słoneczny mamy dzień!