Kapelusz prezydenta - Antoine Laurain

Kup ebooka

38.00 zł
31.50 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Da­niel Mer­cier wspi­nał się pod prąd po za­tło­czo­nych scho­dach dwor­ca Sa­int-La­za­re, to­ru­jąc so­bie dro­gę wśród na­pły­wa­jących z na­prze­ciw­ka mężczyzn i ko­biet o za­tro­ska­nych ob­li­czach. Nie­któ­rzy za­ci­ska­li dło­nie na tecz­kach, inni tasz­czy­li wa­liz­ki, wszy­scy jed­nak zręcz­nie go wy­mi­ja­li. Choć mo­gli go rów­nie do­brze stra­to­wać, prze­cież spie­szy­li się i pa­no­wał nie­ma­ły ścisk, ale nie, nikt na­wet go nie po­pchnął, wręcz prze­ciw­nie, zgrab­nie przed nim ustępo­wa­li. Szczęśli­wie więc do­stał się na górę, mi­nął po­cze­kal­nię i wy­sze­dł na pe­ro­ny. Tam rów­nież kłębił się gęsty tłum, a z wa­go­nów wy­le­wał się nie­prze­rwa­ny ludz­ki po­tok, Da­niel do­ta­rł jed­nak bez pro­ble­mów aż do ta­bli­cy przy­jaz­dów. Po­ci­ąg wje­żdżał na pe­ron dwu­dzie­sty trze­ci. Wy­star­czy­ło prze­biec jesz­cze kil­ka­dzie­si­ąt me­trów, by zna­le­źć się w po­bli­żu ka­sow­ni­ków.

Za kwa­drans dzie­si­ąta po­ci­ąg nu­mer 78654 wje­chał z pi­skiem na sta­cję i uwol­nił pa­sa­że­rów. Da­niel wy­ci­ąga­jąc szy­ję, roz­glądał się za żoną i sy­nem. Naj­pierw za­uwa­żył Véro­ni­que, któ­ra po­ma­cha­ła do nie­go, po czym na­ry­so­wa­ła w po­wie­trzu okrąg wo­kół wła­snej gło­wy; na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się zdzi­wie­nie. Jérôme zręcz­nie prze­śli­znął się do ojca i wpa­dł w nie­go z im­pe­tem, nie­mal ści­na­jąc go z nóg. Po chwi­li do­łączy­ła do nich zdy­sza­na Véro­ni­que i te­raz bacz­nie przy­gląda­ła się mężo­wi.

- Co to za ka­pe­lusz?

- To ka­pe­lusz Mit­ter­ran­da.

- Tak, wi­dzę, że to ka­pe­lusz Mit­ter­ran­da.

- Nie - za­opo­no­wał Da­niel - chcia­łem po­wie­dzieć, że to na­praw­dę ka­pe­lusz pre­zy­den­ta.

*

Wte­dy na sta­cji, gdy po­wie­dział, że to "na­praw­dę ka­pe­lusz pre­zy­den­ta", Véro­ni­que spoj­rza­ła na nie­go, prze­chy­la­jąc gło­wę, z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym lek­kim gry­ma­sem, któ­ry zdra­dzał, że pró­bu­je od­gad­nąć, czy za tymi sło­wa­mi kry­je się dru­gie dno. Mia­ła iden­tycz­ną minę, kie­dy Da­niel po­pro­sił ją o rękę, a na­wet na pierw­szej rand­ce, kie­dy za­pro­po­no­wał, żeby po­szli na wy­sta­wę do Ra­fi­ne­rii, jak nie­któ­rzy żar­to­bli­wie na­zy­wa­li Cen­tre Geo­r­ges Pom­pi­dou. Krót­ko mó­wi­ąc, wy­gląda­ła uro­czo i mi­ędzy in­ny­mi z tego po­wo­du się w niej za­ko­chał.

- Mo­żesz to wy­ja­śnić? - po­pro­si­ła, wci­ąż nie do­wie­rza­jąc.

- Masz ka­pe­lusz sa­me­go Mit­te­ran­da, tato?

- Tak - po­twier­dził Da­niel, bio­rąc od nich ba­gaż.

- Je­steś więc pre­zy­den­tem?

- Tak, je­stem pre­zy­den­tem - od­po­wie­dział roz­ba­wio­ny do łez dzie­cin­ną su­ge­stią.

W sa­mo­cho­dzie Da­niel od­mó­wił po­da­nia ja­kich­kol­wiek szcze­gó­łów.

- Wszyst­ko opo­wiem w domu.

Véro­ni­que na­le­ga­ła, ale na pró­żno. Kie­dy wje­cha­li na szes­na­ste pi­ętro bu­dyn­ku w pi­ęt­na­stej dziel­ni­cy, Da­niel za­sko­czył ich, mó­wi­ąc, że przy­go­to­wał ko­la­cję. Wi­dok ta­le­rza wędlin, kur­cza­ka, sa­łat­ki z po­mi­do­rów z ba­zy­lią i de­ski se­rów wy­wo­łał u Véro­ni­que pe­łne za­chwy­tu wes­tchnie­nie - mężo­wi zda­rza­ło się sa­mo­dziel­nie przy­go­to­wać po­si­łek tyl­ko kil­ka razy w roku. Naj­pierw jed­nak na­pi­li się ape­ri­ti­fu.

- Usi­ądź - po­pro­sił Da­niel, wci­ąż w ka­pe­lu­szu na gło­wie.

Véro­ni­que po­słusz­nie za­jęła miej­sce przy sto­le, a obok niej przy­cup­nął Jérôme, wtu­la­jąc się w mat­kę.

- Za nas - wznió­sł to­ast pan domu, uro­czy­ście stuk­nęli się kie­lisz­ka­mi, a chło­piec na­śla­do­wał ge­sty ro­dzi­ców szklan­ką z na­po­jem po­ma­ra­ńczo­wym Ban­ga.

*

Da­niel zdjął ka­pe­lusz i po­dał go Véro­ni­que. Wzi­ęła go ostro­żnie, prze­su­nęła pal­cem po fil­cu, Jérôme na­tych­miast chciał pó­jść w jej śla­dy.

- Umy­łeś ręce? - za­py­ta­ła, tro­chę prze­stra­szo­na.

Po­tem od­wró­ci­ła ka­pe­lusz, a jej wzrok na­tych­miast padł na we­wnętrz­ną skó­rza­ną opa­skę. Wy­tło­czo­no na niej po­zła­ca­ne ini­cja­ły: "F. M.". Véro­ni­que pod­nio­sła wzrok na męża.

Dzień wcze­śniej Da­niel za­par­ko­wał gol­fa za skrzy­żo­wa­niem. Wy­łączył ra­dio, bo aku­rat le­cia­ła pio­sen­ka, w któ­rej mło­da ko­bie­ta ogła­sza­ła wszem i wo­bec, że ze wszyst­kich ma­te­ria­łów naj­bar­dziej lubi watę. Naj­now­szy prze­bój z nie­co śla­ma­zar­nym, lecz wpa­da­jącym w ucho re­fre­nem. Za­czy­nał go już mieć po dziur­ki w no­sie. Po­ma­so­wał obo­la­ły bark, pró­bu­jąc od­blo­ko­wać ze­sztyw­nia­łą szy­ję, ale bez wi­ęk­sze­go po­wo­dze­nia. Nie miał żad­nych wia­do­mo­ści od żony i syna, któ­rzy wy­je­cha­li na kil­ka dni do te­ściów miesz­ka­jących w Nor­man­dii. Może po po­wro­cie do domu oka­że się, że zo­sta­wi­li mu na­gra­nie na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce. Ka­se­ta wy­ka­zy­wa­ła ozna­ki zu­ży­cia i od kil­ku dni ma­szy­na mia­ła pro­ble­my z prze­wi­ja­niem. Trze­ba ku­pić nową. Jak so­bie ra­dzi­li­śmy wcze­śniej, bez au­to­ma­tycz­nych se­kre­ta­rek? - za­my­ślił się Da­niel. Te­le­fon dzwo­nił w pu­stym miesz­ka­niu, nikt nie od­po­wia­dał, więc dzwo­ni­ło się jesz­cze raz, pó­źniej. Pro­ste.

*

Per­spek­ty­wa zro­bie­nia za­ku­pów, a na­stęp­nie sa­mo­dziel­ne­go przy­go­to­wa­nia po­si­łku w po­grążo­nym w ci­szy miesz­ka­niu przy­tła­cza­ła go, i na­gle oko­ło czwar­tej po po­łud­niu, kie­dy spraw­dzał ostat­nie ra­chun­ki z de­le­ga­cji pra­cow­ni­ków So­ge­tec, w jego gło­wie po­ja­wił się ob­raz re­stau­ra­cji, przy­tul­nej bras­se­rie. Od roku nie sto­ło­wał się na mie­ście. Ostat­ni raz wy­brał się ra­zem z Véro­ni­que i Jérôme'em, któ­ry miał wte­dy sze­ść lat i był bar­dzo grzecz­nym chłop­cem. Za­mó­wi­li kró­lew­ski pó­łmi­sek owo­ców mo­rza, bu­tel­kę po­uil­ly-fu­is­sé i ko­tlet mie­lo­ny z pu­rée ziem­nia­cza­nym dla chłop­ca, któ­ry ku wiel­kie­mu ubo­le­wa­niu ojca oświad­czył, że nie za­mie­rza na­wet spró­bo­wać ostryg.

- Ani jed­nej?

- Ani jed­nej - od­po­wie­dział, kręcąc gło­wą.

- Ma jesz­cze czas - wsta­wi­ła się za nim Véro­ni­que.

To praw­da, Jérôme miał jesz­cze czas. Była już ósma, chłod­ne po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń zbli­ża­jącej się zimy, a zgie­łk mia­sta i ha­łas dro­go­wy były ogłu­sza­jące. Nie­raz prze­je­żdżał tam­tędy sa­mo­cho­dem. Krążąc po omac­ku mi­ędzy głów­nym bul­wa­rem a bocz­ną ulicz­ką, w ko­ńcu ją za­uwa­żył. Do­brze za­pa­mi­ętał, wła­śnie w tej bras­se­rie wte­dy je­dli: pra­cow­nik otwie­ra­jący ostry­gi na ze­wnątrz, sze­ro­kie czer­wo­ne mar­ki­zy i kel­ne­rzy w bia­łych far­tu­chach.

Zje sam, bez żony i syna. Sam, jak przed ślu­bem. Choć wte­dy za­rob­ki nie po­zwa­la­ły mu na sto­ło­wa­nie się w aż tak wy­kwint­nych lo­ka­lach. Ale na­wet z naj­skrom­niej­szych miejsc, w któ­rych by­wał, za­wsze wy­cho­dził za­do­wo­lo­ny i ni­g­dy nie na­rze­kał na brak to­wa­rzy­stwa pod­czas de­lek­to­wa­nia się kie­łba­są an­do­uil­let­te, sztu­ką mi­ęsa czy ta­le­rzem trąbi­ków. Cze­ka­ła go ko­la­cja w po­je­dyn­kę w ga­snącym świe­tle zi­mo­we­go po­po­łud­nia, jak za ka­wa­ler­skich cza­sów. Wy­ra­że­nie przy­pa­dło mu do gu­stu. Tak, jak za ka­wa­ler­skich cza­sów, po­wtó­rzył, trza­ska­jąc drzwia­mi gol­fa. Nie­spo­dzie­wa­nie po­czuł po­trze­bę "od­na­le­zie­nia się", by za­cy­to­wać psy­cho­te­ra­peut­kę, któ­ra wy­stąpi­ła w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym emi­to­wa­nym w An­ten­ne 2. Na­pi­sa­ła ksi­ążkę o stre­sie w pra­cy i wła­śnie pro­mo­wa­ła ją w me­diach. Kon­cept spodo­bał się Da­nie­lo­wi. Po­fol­gu­je so­bie, a ga­stro­no­micz­na od­mia­na od co­dzien­nej ru­ty­ny po­zwo­li mu się od­na­le­źć, wy­rzu­cić z gło­wy na­pi­ęcie na­gro­ma­dzo­ne w ci­ągu ca­łe­go dnia, dane ksi­ęgo­we i ostat­nie scy­sje zwi­ąza­ne z re­or­ga­ni­za­cją dzia­łu fi­nan­so­we­go. Nie­daw­no sze­fem zo­stał Jean Mal­tard; Da­niel był jego za­stęp­cą i uznał, że ta no­mi­na­cja nie wró­ży do­brze. Ani jemu, ani fir­mie. Prze­cho­dząc przez uli­cę, po­sta­no­wił de­fi­ni­tyw­nie prze­go­nić po­nu­re my­śli. Gdy tyl­ko pchnie ci­ężkie drzwi lo­ka­lu, nie będzie Je­ana Mal­tar­da, nie będzie do­ku­men­tów So­ge­tec, nie będzie ze­sta­wień wy­dat­ków ani po­dat­ku VAT. Będzie tyl­ko kró­lew­ski pó­łmi­sek i on.