Kapitan Moooszna i tajemnice Czarnej Dziury - Kapitan Moooszna

Kup ebooka

25.62 zł
21.26 zł (25,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Synu, uważaj na Jaja

- Synu, uważaj na Jaja. Synu, uważaj na Jaja.

Bełkoczę to przez sen, choć moja matka nie żyje od sześciuset trzydziestu faz, a może żyje, tylko się do mnie nie odzywa, co w naszej rodzinie oznacza mniej więcej to samo. Jej głos wraca zawsze wtedy, kiedy jestem zmęczony, pijany albo znajduję się w odległości mniejszej niż trzy parseki od czegoś, co może mnie zabić. Tym razem spełniam dwa z trzech warunków, a jeśli urządzenia nawigacyjne nie kłamią, za kilka godzin spełnię wszystkie.

- Synu, uważaj na Jaja.

- Mamo, wiem.

Otwieram jedno oko.

Drugiego nie otwieram, ponieważ Kapitan Moooszna nigdy nie podejmuje pochopnych decyzji.

Po chwili otwieram drugie.

Przede mną ciągnie się Wszech.

Czarny, ogromny, pełen migoczących punktów i zdecydowanie zbyt pewny siebie. Zawsze mnie wkurwiała ta jego maniera. Leży sobie dookoła, nieskończony, tajemniczy, majestatyczny, jakby oczekiwał oklasków. Gwiazdy świecą. Mgławice się wiją. Galaktyki obracają dupami. Czarne Dziury połykają wszystko, co podleci za blisko, i jeszcze fizycy nazywają to "fascynującym zjawiskiem", zamiast powiedzieć po ludzku: wielka kosmiczna menda żre, co popadnie.

Wracam z Galaktyki Analnej. Tak, Analnej. Nie wiem, dlaczego chichoczesz. Wy, Ziemianie, mieliście Drogę Mleczną i jakoś nikt nie pytał, kto kogo wydoił. Galaktyka Analna jest moim domem. Miejscem pięknym, starym i pełnym tradycji, z których większość została zakazana przez Unię Międzygalaktyczną po incydencie z delegacją z Andromedy. W jej centrum znajduje się Dupsko, najjaśniejsza gwiazda naszego układu, której nazwa pochodzi ze starożytnego dialektu analnego i oznacza mniej więcej "to, na co przyjemnie patrzeć z bezpiecznej odległości".

W Galaktyce Analnej się urodziłem. Tam dorastałem. Tam pierwszy raz prowadziłem statek. Tam pierwszy raz dostałem mandat. Tam pierwszy raz zobaczyłem Jajo. I właśnie dlatego moja matka powtarzała:

- Synu, możesz ufać kurwie, możesz ufać politykowi, możesz nawet ufać mechanikowi, który mówi, że wymienił filtr, ale nigdy, przenigdy nie ufaj Jajom.

Mądra kobieta. Trochę rasistka, ale mądra.

Przeciągam się w fotelu dowódcy Pierdziawiska i patrzę na panel nawigacyjny. Migają na nim trzy czerwone kontrolki. Pierwsza oznacza niedobór paliwa. Druga oznacza przegrzanie reaktora. Trzecia miga od czterystu faz i Peniliozzza twierdzi, że nie wie dlaczego. Dlatego przykleiłem na niej naklejkę z napisem "CHUJ WIE" i problem został administracyjnie rozwiązany. Pierdziawisko sunie w stronę Drogi Mlecznej. Dawniej był to jeden z najbardziej interesujących układów w tej części Wszecha. Dzisiaj jest trochę jak opuszczona toaleta na dworcu: niby nie ma po co tam zaglądać, ale człowiek i tak zerknie, bo może ktoś zostawił coś ciekawego.

Przed katastrofą znajdowało się tu kilka znanych planet. X. Neptun. Uryna. Saturn. Kurwisz, dawniej Jowisz, gazowy śmierdziel. Mars. Ziemia. Wenus. Merkury. Ziemia interesuje mnie najbardziej. Nie dlatego, że była szczególnie ważna. Ziemianie sami uważali, że była ważna, ale to dość częsta choroba młodych cywilizacji. Odkrywają ogień, koło i kredyt hipoteczny, po czym natychmiast dochodzą do wniosku, że Wszech powstał specjalnie dla nich.

Ziemia była natomiast fascynująca z innego powodu. Była jednym z najwspanialszych przykładów zbiorowego spierdolenia sprawy. Miliony lat zajęło życiu, żeby się tam rozwinąć. Najpierw jakieś glutowate drobnoustroje. Potem ryby. Potem stwory, które wyszły z wody i najwyraźniej natychmiast tego pożałowały. Następnie dinozaury, ssaki, małpy, ludzie, influencerzy i koniec.

Ewolucja naprawdę potrafi skręcić w dziwną uliczkę. Osiemdziesiąt faz temu Ziemia była jeszcze zamieszkana. Dziś przypomina kotlet pozostawiony przez pijanego kucharza na patelni. Sucha. Czarna. Spękana. Miejscami zeszklona. Nie ma mórz, lasów, miast ani tych małych sklepów, które według archiwów były otwarte w niedzielę, ale tylko w określone niedziele, czego nawet nasze komputery kwantowe nie potrafiły logicznie wyjaśnić.

Przez długi czas próbowaliśmy ustalić, dlaczego Ziemianie nie uciekli. Mieli przecież technologię. Wiedzieli, że planeta się nagrzewa. Obserwowali zmiany klimatu. Przeprowadzali badania, konferencje, szczyty i debaty. Produkowali raporty, które następnie drukowali na papierze pozyskiwanym z drzew, których brak był jednym z problemów opisanych w tych raportach.

Muszę przyznać: imponująca konsekwencja. Według jednej z teorii w ostatnich stuleciach istnienia Ziemi największą przeszkodą w ewakuacji były kulty. Religie. Polityka. Pieniądze. I coś, co nazywano "komentarzami w internecie". Tego ostatniego do dziś się boimy. Zachowaliśmy fragmenty. Nie polecam.

W ruinach znaleziono również ślady ziemskich bóstw. Najpotężniejsze z nich występowały na ruchomych obrazach przechowywanych w prymitywnych systemach pamięci. Jedną z takich bogiń była Nicki Minaj. Patronka Anakondy. Anakonda, jak ustalili nasi archeolodzy, była ogromnym ceremonialnym stworzeniem, którego kult wymagał potrząsania pośladkami w rytm muzyki. Nie śmiej się. Wasza cywilizacja nie zostawiła instrukcji obsługi. Mamy tylko dowody.

Na jednym z zachowanych nagrań bogini Nicki występuje w otoczeniu kobiet o pośladkach osiągających parametry niespotykane w żadnej znanej nam populacji humanoidalnej. Początkowo sądziliśmy, że były to królowe. Później profesor Bum wysunęła hipotezę, że chodziło o wojowniczki.

Peniliozzza twierdził, że to "teledysk". Peniliozzza zawsze wszystko psuje. Ludzie byli zresztą gatunkiem fascynującym. Pochodzili od małp, ale obrażali się, kiedy im o tym przypominano. Dzielili się na narody, rasy, klasy, religie, orientacje, partie, kluby piłkarskie oraz ludzi wkładających ananasa na pizzę i tych, którzy chcieli ich za to zamordować. Potrafili polecieć w kosmos, ale nie potrafili ustalić, w którą stronę powinien wisieć papier toaletowy. Budowali bomby zdolne unicestwić miasta, a potem tworzyli instrukcje na szamponach, żeby przypadkiem nie wypić zawartości.

Przez tysiące lat wybijali inne gatunki. Jedne zjadali. Drugie przerabiali na futra. Trzecie na buty. Czwarte zamykali w klatkach i chodzili oglądać z dziećmi. Później odkryli, że zwierzęta cierpią. Następnie część ludzi przestała jeść mięso. Następnie pozostali ludzie zaczęli się z nimi kłócić. Potem wszyscy wymarli. Wszech nie lubi marnować czasu na puenty.

Najbardziej jednak fascynuje mnie ziemskie pismo. Wyobraź sobie cywilizację, która przez kilka tysięcy lat nie potrafi rozwinąć pamięci biologicznej, więc zapisuje najważniejsze informacje na martwych drzewach. Genialne w chuj. Masz wiedzę całego gatunku. Historię. Filozofię. Medycynę. Poezję. Instrukcję budowy reaktora. Przepis babci na sernik. I wszystko to może wpierdolić jeden pożar. Później wynaleźli tablety. Nazwa przez wiele faz sprawiała nam problemy. Profesorowie z Instytutu Archeologii Ziemskiej podejrzewali, że "tablet" pochodzi od pradawnego określenia niewielkiej tabliczki wykonywanej z napletków pozyskiwanych podczas obrzezania. Peniliozzza twierdzi, że to bzdura. Ja twierdzę, że brzmi przekonująco. Poza tym słowo "tablet" wywołuje u mnie dziwne mrowienie w odbycie.

Milczę. Patrzę na Wszech. Pierdziawisko leci dalej. Dupsko zostało daleko za mną, a przed statkiem rozciąga się martwa Droga Mleczna. Przez chwilę ogarnia mnie smutek. Ziemia była głupia. Ludzie byli głupi. Ale mieli wódkę. I muzykę. I frytki. I potrafili wymyślić słowo "kurwa", które pasowało praktycznie do każdej sytuacji: bólu, zachwytu, strachu, miłości, gniewu, zdziwienia oraz momentu, w którym człowiek zobaczył rachunek za prąd. Nie była to całkiem zmarnowana cywilizacja.

- Kurwa - mówię więc ceremonialnie.

Pierdziawisko odpowiada piknięciem. Dobrze. Jeszcze pamięta ziemski. Przede mną pojawia się niebieskawy obłok pozostałości Układu Słonecznego. Za nim przestrzeń staje się coraz ciemniejsza. I wtedy przypominam sobie, po co właściwie tu przyleciałem. Nie dla Ziemi. Nie dla Nicki Minaj. Nie dla historii tabletów-napletów. Nie nawet dla wódki, choć z szacunku dla zmarłych mam na pokładzie dwieście czterdzieści siedem butelek. Mój cel znajduje się znacznie dalej. Za Drogą Mleczną. Za Terytorium Jaj. W miejscu, do którego rozsądna istota nie poleciałaby nawet za darmowy parking.

Galaktyka Odbytu. A w samym jej centrum znajduje się ona. Czarna Dziura.

Od kilku faz zachowuje się w sposób, który eksperci określili jako "wysoce nietypowy", wojskowi jako "potencjalnie katastrofalny", profesor Bum jako "interesujący", a Peniliozzza jako "o ja pierdolę". Kręci się nie tak, jak powinna. Rośnie. Pulsuje.

I regularnie wyrzuca z siebie potężne porcje energii, którym towarzyszą grzmoty słyszalne z odległości kilku galaktyk oraz smród tak intensywny, że dwa bezzałogowe statki badawcze same dokonały autodestrukcji. Świetlik Galaktyki Analnej wezwał więc najlepszego człowieka do tej roboty. No dobrze. Nie człowieka. Człowiek wymarł. Najlepszego kapitana. No dobrze. Pierwszych siedmiu odmówiło. Ósmy miał sraczkę. Dziewiąty nie odebrał. Więc wysłali mnie.

Kapitan Moooszna.

Syn Galaktyki Analnej. Postrach Jaj. Dowódca Pierdziawiska. Odkrywca trzech planet, z których dwie już nie istnieją z powodów, o których nie będziemy teraz rozmawiać.

Patrzę na czarną przestrzeń przede mną i czuję, jak po moich dwóch podbródkach przechodzi lekki dreszcz. Za Drogą Mleczną zaczyna się Terytorium Jaj. A potem już tylko Galaktyka Odbytu. Czarna Dziura. I prawdopodobnie śmierć.

Uśmiecham się.

- No to chuj - mówię.

Włączam napęd. Pierdziawisko ryczy. Gwiazdy rozmazują się przed szybą. I dokładnie wtedy komputer pokładowy oznajmia:

- KAPITANIE MOOOSZNO. WYKRYTO NIEZNANĄ FORMĘ ŻYCIA.

Zamieram.

- Gdzie?

Cisza.

- Komputerze, gdzie?!

- NA POKŁADZIE.

Patrzę przed siebie. Potem na drzwi. Potem znowu przed siebie. W mojej głowie odzywa się głos Matki.

Synu, uważaj na Jaja.

- O kurwa.

Pierdziawisko wchodzi na Terytorium Jaj.