Podziękowania
Ponad połowę tej książki napisałem podczas wypełnionego podróżami urlopu
naukowego. Wdzięczny jestem wielu osobom i instytucjom, które mnie
gościły i wspomagały w pisaniu: Centrum Nauk Humanistycznych przy
Uniwersytecie Stanforda, Centrum Studiów Fundacji Rockefellera w Bellagio, doktorom Mikiko i Tsunehito Hasegawa z Tokio i z Hawajów,
kawiarni Malvina w San Francisco, Programowi Twórczego Pisania w Bennington College.
Wdzięczny jestem mojej żonie Marilyn (jest zawsze najsurowszym
krytykiem, a jednocześnie największym wsparciem), redaktorowi tej
książki, i moich poprzednich z wydawnictwa Basic Books, Phoebe Hoss,
redaktorce - projektantce z Basic Books, Lindzie Carbone. Dziękuję także
wielu kolegom i przyjaciołom, którzy nie uciekali na mój widok, gdy
zbliżałem się do nich z nową cześcią opowieści, lecz udzielali mi
cennych wskazówek, a także wsparcia. Proces pisania tej książki był
długi i niewątpliwie nie pamiętam już wszystkich nazwisk, ale chciałbym
podziękować: Pat Baumgardner, Helenie Blau, Michele Carter, Izabeli
Davis, Stanleyowi Elkinowi, Johnowi Felstinerowi, Albertowi Guerardowi,
Maclinowi Guerardowi, Ruthellen Josselson, Herant Katchadourian, Stinie
Katchadourian, Marguerite Lederberg, Johnowi L'Heureux, Mortonowi
Liebermanowi, Dee Lum, K.Y. Lum, Mary Jane Moffatt, Nan Robinson, mojej
siostrze Jean Rose, Genie Sorensen, Davidowi Spieglowi, Winfredowi
Weissowi, mojemu synowi Benjaminowi Yalomowi, stażystom i studentom
psychologii z roku 1988, mojej sekretarce Bei Mitchell, która przez
dziesięć lat przepisywała na maszynie notatki i pomysły, z których
powstały te opowiadania. Wdzięczny też jestem, jak zawsze,
Uniwersytetowi Stanforda za wsparcie, swobodę i środowisko
intelektualne, tak ważne dla mojej pracy.
Wiele zawdzięczam dziesięciu pacjentom, którzy występują na tych
stronicach. Każdy przeczytał swoją historię (oprócz jednego pacjenta,
który zmarł, zanim ukończyłem pisanie opowieści o nim) i wyraził zgodę
na jej publikację. Każdy sprawdził i zaakceptował kamuflaż, wielu
zaoferowało pomoc redakcyjną, a jeden (Dave) wymyślił tytuł dla swej
historii. Byli tacy, którzy twierdzili, że kamuflaż jest zbyt duży i zachęcali mnie do odważniejszego odkrycia ich tożsamości. Niektórych
zbulwersowały moje osobiste zwierzenia lub zbyt swobodny ton moich
wypowiedzi, ale wierząc, że będzie to pożyteczne dla terapeutów i innych
pacjentów, dali mi na nie swoje przyzwolenie i udzielili
błogosławieństwa. Wszystkim winien jestem najgłębszą wdzięczność.
Te opowieści są prawdziwe, mimo iż wprowadziłem do nich wiele zmian,
żeby ochronić pacjentów przed identyfikacją. Często stosowałem
symboliczny ekwiwalent jakiegoś aspektu osobowości lub życia pacjenta, a niekiedy udzielałem protagoniście części tożsamości innego pacjenta.
Dialogi są czasami fikcyjne, a moje osobiste refleksje wprowadzone post
hoc. Zadbałem o kamuflaż tak dalece, iż tylko sam pacjent może się
rozpoznać. Czytelnicy, którzy pomyślą, że rozpoznają któregoś z tych
dziesięciu pacjentów, będą na pewno w błędzie.
Wszystkie imiona i nazwiska, cechy charakterystyczne, które mogłyby
umożliwić identyfikację, oraz inne szczegóły materiału klinicznego
zostały zmienione.
Prolog
Wyobraźcie sobie taką oto scenę: około trzystu czy czterystu obcych
sobie ludzi na warsztacie psychologicznym dostaje następujące polecenie:
"Dobierzcie się w pary i, raz po raz, zadawajcie swemu partnerowi
pytanie "Czego pragniesz, czego byś chciał?"".
Czy może być coś prostszego, niż odpowiadać na jedno niewinne pytanie? A jednak we wszystkich grupach, z którymi pracowałem, wywoływało ono
nieoczekiwanie silne emocje. Wystarczy krótka chwila, by cała sala
drżała w posadach od przypływu uczuć. Kobiety i mężczyźni są do głębi
poruszeni (a nie są to bynajmniej desperaci czy potrzebujący wsparcia
biedacy, lecz świetnie funkcjonujący, dobrze sytuowani i elegancko
ubrani ludzie). Przyzywają tych, których utracili na zawsze - zmarłych
lub nieobecnych rodziców, kochanków, małżonków, dzieci, przyjaciół.
"Chciałbym cię znowu zobaczyć". "Pragnę twej miłości". "Chciałbym
wiedzieć, że jesteś ze mnie dumny". "Chciałbym, żebyś wiedziała, że cię
kochałem i ogromnie mi przykro, że nigdy ci tego nie powiedziałem".
"Pragnę, żebyś wrócił, jestem taka samotna". "Chciałbym mieć takie
dzieciństwo, jakiego nigdy nie miałem". "Chciałbym być znowu zdrowy i młody. Pragnę być kochany i szanowany. Pragnę, aby moje życie miało
sens. Pragnę czegoś dokonać. Pragnę coś znaczyć, chciałbym być ważny,
chciałbym, by o mnie pamiętano".
Tak wiele pragnień i tęsknot. I tak wiele bólu - tuż pod powierzchnią -
tak niewiele trzeba, by się pokazał. Ból losu. Ból egzystencjalny. Ból,
który zawsze jest i nieustannie drga pod cienką membraną życia. I tak
łatwo się do niego dostać. Poprzez wiele rzeczy - proste ćwiczenie w grupie, kilka minut głębokiej refleksji, dzieło sztuki, kazanie,
osobisty kryzys, utratę kogoś lub czegoś. Ból przypomina nam, że
niemożliwe jest spełnienie naszych najgłębszych pragnień: pragnienia
zachowania młodości i zatrzymania procesu starzenia się, pragnienia, by
wrócili ci, którzy odeszli na zawsze, pragnienia wiecznej miłości,
ochrony, znaczenia, i wreszcie pragnienia samej nieśmiertelności.
Wtedy gdy te nieosiągalne pragnienia zdominowały nasze życie, zwracamy
się o pomoc do rodziny, przyjaciół, a czasem do psychoterapeuty, szukamy
pocieszenia w religii.
W książce tej opowiadam historie dziesięciu pacjentów, którzy
skorzystali z terapii i w trakcie swej pracy zmagali się z bólem
egzystencjalnym. Ból ten wcale nie był przyczyną, dla której zwrócili
się do mnie o pomoc - przeciwnie, cierpieli z powodu zwyczajnych
problemów codziennego życia: samotności, pogardy dla samego siebie,
impotencji, migreny, przymusów seksualnych, otyłości, napięcia, żałoby,
obsesji miłosnej, huśtawki nastrojów, depresji. Jednak w jakiś sposób
(specyficzny i odmienny w przypadku każdego pacjenta) terapia obnażyła
korzenie ich codziennych problemów - korzenie sięgające samych podstaw
egzystencji.
Jednak we wszystkich historiach rozbrzmiewa wołanie "chciał(a)bym,
pragnę". "Chciałabym, aby moja ukochana, zmarła córeczka ożyła i znowu
była ze mną" - krzyczy jedna z pacjentek, zaniedbując przy tym dwóch
żyjących synów. "Pragnę pieprzyć każdą napotkaną kobietę" - domaga się
pewien mężczyzna, podczas gdy rak gruczołów limfatycznych toczy jego
ciało. Inny, przeżywając męki z powodu pewnych trzech listów, których
nie jest w stanie otworzyć, błaga: "Tak chciałbym mieć rodziców i szczęśliwe dzieciństwo. Ani jednego, ani drugiego nigdy nie miałem".
Natomiast starsza kobieta desperacko pragnie wiecznej młodości i nie
może uwolnić się od obsesyjnej miłości do mężczyzny młodszego od siebie
o trzydzieści pięć lat.
Jestem przekonany, że podstawowym materiałem psychoterapii jest zawsze
tego rodzaju ból egzystencjalny, a nie, jak się często uważa, stłumione
instynkty czy nie dość dokładnie pogrzebane skorupy tragicznej
przeszłości. W terapii każdego z pacjentów opieram metody na swoim
głównym klinicznym założeniu, że podstawowe lęki wynikają ze sposobu, w jaki dana osoba usiłuje, świadomie lub nieświadomie, radzić sobie z nieuniknionymi zdarzeniami, z "danymi"1 egzystencji.
Moim zdaniem istnieją cztery dane egzystencji szczególnie ważne dla
psychoterapii: nieuchronność śmierci, dotycząca nas samych i tych,
których kochamy, wolność kształtowania swego życia wedle własnej woli,
nasza ostateczna egzystencjalna osobność i, w końcu, brak narzucającego
się oczywistego sensu życia. Jakkolwiek dane te wydają się dość ponure,
zawierają ziarna mądrości i ocalenia. Mam nadzieję, iż w moich
dziesięciu opowieściach psychoterapeutycznych uda mi się pokazać, że
można skonfrontować się z tymi egzystencjalnymi prawdami i użyć ich siły
w służbie osobistego rozwoju i zmiany.
Ze wszystkich tych życiowych zdarzeń najbardziej oczywista i intuicyjnie
uchwytna jest śmierć. Już w bardzo młodym wieku, często wcześniej, niż
nam się wydaje, dowiadujemy się, że kiedyś nadejdzie śmierć i nie ma od
niej ucieczki. Niemniej jednak, jak mówi Spinoza, "wszystko, co żyje,
usilnie stara się podtrzymać swoje istnienie". W samym rdzeniu naszego
jestestwa zawsze jest obecny konflikt między pragnieniem, by nadal
istnieć, a świadomością nieuchronnej śmierci.
Aby poradzić sobie ze śmiercią, z nieskończoną pomysłowością wynajdujemy
sposoby, by zaprzeć się jej lub przed nią uciec. Gdy jesteśmy dziećmi,
pomagają nam wypierać śmierć zapewnienia rodziców, mity świeckie i religijne; później personifikujemy ją w jakąś postać: monstrum,
kostuchę, demona. No bo jeśli jest ona tylko ścigającą nas postacią, to
jeszcze można próbować się jej jakoś wymknąć. Poza tym, choć śmierć jako
monstrum może przerażać, jest mniej straszna niż naga prawda, że to my
sami nosimy w sobie zarodki własnej śmierci. Potem młodzież
eksperymentuje jeszcze z innymi sposobami łagodzenia lęku przed
śmiercią: odbierają śmierci jej toksyczny jad, szydząc z niej, wyzywając
ją brawurowym zachowaniem, lub znieczulają się na nią, oglądając
opowieści o duchach i horrory w bezpiecznym towarzystwie rówieśników i prażonej kukurydzy z masłem.
Gdy dorastamy, uczymy się wyrzucać śmierć ze swych myśli - odwracamy od
niej naszą uwagę, rozpraszając się różnymi zajęciami, przekształcamy ją
w coś pozytywnego (przejście do innego świata, powrót do domu, ponowne
połączenie z Bogiem, wieczne odpoczywanie); wypieramy ją, tworząc
optymistyczne mity; walczymy o zapewnienie sobie nieśmiertelności
poprzez tworzenie nieprzemijających dzieł, płodzenie dzieci, które
przedłużą nasze istnienie, wyznawanie systemów religijnych
zapewniających o dalszym istnieniu naszego ducha.
Wielu ludzi nie zgadza się z takim opisem wypierania śmierci. "Nonsens -
mówią - nie wypieramy śmierci. Każdy umiera. Wiemy o tym. Jest to
oczywisty fakt. Ale czy jest sens zaprzątać sobie tym głowę?".
Prawda jest taka, że wiemy, a jednocześnie nie wiemy. Wiemy o śmierci -
pojmujemy jej fakt intelektualnie, ale odcinamy od siebie przerażenie
związane ze śmiercią - a raczej czyni to nieświadoma część naszego
umysłu, która chroni nas przed obezwładniającym lękiem. Ten proces
odłączania się przebiega bowiem w sposób nieświadomy i niewidzialny; o jego istnieniu przekonujemy się podczas tych rzadkich epizodów, kiedy
mechanizm wyparcia pęka i lęk przed śmiercią wybucha z całą swą siłą.
Nieczęsto się to zdarza - raz lub dwa razy w życiu. Czasami na jawie,
kiedy sami ocieramy się o śmierć lub kiedy umrze ktoś nam bliski.
Najczęściej jednak lęk przed śmiercią wychodzi na powierzchnię. W koszmarach sennych.
Koszmar senny jest nieudanym marzeniem sennym, które "nie umiało"
poradzić sobie z lękiem i nie spełniło swej roli strażnika naszego snu.
Chociaż koszmary różnią się treścią, w każdym kryje się ten sam proces:
nagi lęk przed śmiercią wyrywa się z zamknięcia i wybucha z nieświadomości do świadomości. Opowieść pt. "W poszukiwaniu śniącego"
pokazuje w wyjątkowy sposób, jak gdyby od kulis, proces uciekania od
lęku przed śmiercią i ostatnie wysiłki umysłu, by sobie z nim poradzić.
Oto w ciemnym, pełnym śmierci koszmarze sennym Marvina pojawia się
jedyny element afirmujący życie i przeciwstawiający się śmierci -
błyszcząca laska z białym końcem, której używa śpiący jako broni w seksualnym pojedynku ze śmiercią.
Protagoniści innych opowieści także postrzegają akt seksualny jako
talizman odwracający proces zanikania, starzenia się, który może odegnać
zbliżającą się śmierć. Stąd kompulsywna aktywność seksualna u młodego,
umierającego na raka mężczyzny ("Gdyby gwałt był legalny...") i kurczowe
przywiązanie starego mężczyzny do pożółkych, liczących trzydzieści lat
listów od zmarłej ukochanej ("Co nam zostało z tych lat?").
Podczas wielu lat pracy ze stojącymi w obliczu śmierci pacjentami
chorymi na raka zauważyłem dwa szczególnie silne i powszechne sposoby
uśmierzania lęków przed śmiercią, dwa przekonania, a raczej iluzje,
które pozwalają uzyskać poczucie bezpieczeństwa. Jedno - to przekonanie
o swej wyjątkowości, drugie - to wiara w ostatecznego zbawcę. Chociaż są
to iluzje reprezentujące "stałe fałszywe przekonania", nie używam
terminu "iluzja" w sensie pejoratywnym. Są to bowiem przekonania
uniwersalne i, na pewnym poziomie świadomości, istnieją w nas
wszystkich; spełniają one pewną pozytywną rolę w kilku moich
opowieściach.
Przekonanie o własnej wyjątkowości oznacza wiarę w to, że jest się
nienaruszalnym i niepodatnym na zniszczenie - mnie nie dotyczą zwykłe
prawa ludzkiej biologii i ludzkiego losu, którym podlegają wszyscy inni.
W pewnym okresie życia każdy z nas doświadcza jakiejś formy kryzysu:
poważnej choroby, niepowodzenia zawodowego, rozwodu; albo, jak w przypadku Elvy z opowiadania "Nigdy nie myślałam, że to może mnie się
przydarzyć", może to być tak banalna rzecz jak kradzież portmonetki.
Takie zdarzenie odsłania nagle całą naszą zwyczajność i podważa
powszechne założenie, że życie zawsze będzie wznoszącą się spiralą.
Podczas gdy przekonanie o własnej wyjątkowości daje poczucie
bezpieczeństwa niejako od wewnątrz, inny główny mechanizm wypierania
śmierci - wiara w ostatecznego zbawcę - pozwala nam czuć się
strzeżonym i chronionym od zewnątrz. Chociaż możemy stracić równowagę
psychiczną, zachorować, stanąć na krawędzi życia, jesteśmy przekonani,
że istnieje gdzieś wszechmocny sługa, który w razie potrzeby wynurzy się
zza horyzontu i przywróci nas życiu.
Te dwa przekonania konstytuują pewną dialektykę dwóch diametralnie
różnych odpowiedzi na pytanie o kondycję ludzką. Człowiek albo ogłasza w heroicznym akcie samopotwierdzenia swoją autonomię, albo poszukuje
bezpieczeństwa w stopieniu się z jakąś nadrzędną siłą. Innymi słowy,
albo chce się wyodrębnić lub "zlać" z kimś lub czymś, albo pragnie się
odseparować lub stopić z kimś lub czymś w jedno. Stajemy się swoimi
własnymi rodzicami lub pozostajemy wiecznymi dziećmi.
Większość z nas chce w życiu wygody i komfortu psychicznego; nerwowo
unikamy spojrzenia śmierci, chichocząc i przytakując stwierdzeniu
Woody'ego Allena: "Nie boję się śmierci. Nie chcę tylko być obecny,
kiedy ona przyjdzie". Ale istnieje inny sposób podejścia do śmierci - ma
on długą tradycję i jest godny zastosowania w psychoterapii. Ten sposób
uczy, że dzięki pełnej świadomości śmierci dojrzewa w nas mądrość i nasze życie staje się bogatsze. Słowa, które wypowiedział mój pacjent,
gdy umierał ("Gdyby gwałt był legalny..."), pokazują, że chociaż fakt
(czyli fizyczność) śmierci nas niszczy, myśl o śmierci może nas
zbawić.
Dla kilku opisanych tu osób problem stanowiła inna dana egzystencji -
wolność. Gdy jedna z pacjentek, otyła Betty, oświadczała, że pofolgowała
sobie w jedzeniu także tuż przed wizytą u mnie i ma zamiar to samo
uczynić zaraz po wyjściu z mego gabinetu, tym samym próbowała wyrzec się
swojej wolności i skłonić mnie do tego, abym przejął nad nią kontrolę.
Terapia innej pacjentki (Thelmy z "Kata miłości") obracała się wokół
motywu poddania się byłemu kochankowi (i terapeucie) i moich poszukiwań
takiej strategii, która pozwoliłaby jej odzyskać swoją moc i wolność.
Wolność wydaje się antytezą śmierci. Obawiamy się śmierci, natomiast
wolność uważamy za coś jednoznacznie pozytywnego. Czyż historii
cywilizacji zachodniej nie znaczą wydarzenia będące wyrazem tęsknoty za
wolnością, czyż wolność nie była właściwie jej główną siłą napędową? Ale
z egzystencjalnego punktu widzenia wolność wiąże się z lękiem - źródłem
lęku jest to, że wbrew powszechnym mniemaniom, wszechświat, w który
wchodzimy wraz z narodzinami, nie jest z góry uporządkowaną strukturą,
ustanowioną przed naszym przyjściem zgodnie z jakimś wiecznym, wielkim
planem (i taki wszechświat nie istnieje również po naszym odejściu).
Wolność oznacza, że sami stanowimy o swoich wyborach, swoich czynach i własnym życiu. Inaczej mówiąc, jesteśmy za nie odpowiedzialni.
Choć słowa odpowiedzialny można używać na różne sposoby, ja
najbardziej lubię definicję Sartre'a: być odpowiedzialnym, to znaczy
"być autorem" i każdy z nas jest autorem swego życia. Mamy wolność bycia
tym, kim chcemy być, nie możemy tylko jednego - uwolnić się od wolności.
Jak mówi Sartre, jesteśmy skazani na wolność. Niektórzy filozofowie idą
jeszcze dalej. Twierdzą, że architektura ludzkiego umysłu czyni
człowieka odpowiedzialnym za całą rzeczywistość, za samą formę czasu i przestrzeni. I właśnie w idei autokonstrukcji tkwi lęk: jesteśmy
istotami, które pragną gotowej struktury, przeraża nas pojęcie wolności
implikujące, że pod naszymi stopami nie ma nic, żadnego pewnego gruntu.
Każdy terapeuta wie, że pierwszym zasadniczym krokiem w terapii jest
przyjęcie przez pacjenta odpowiedzialności za swe życie. Dopóki ktoś
wierzy, że jego problemy powodowane są jakąś zewnętrzną siłą, terapia
nie może ruszyć z miejsca. Jeśli bowiem problem leży gdzieś poza mną, to
dlaczego ja mam się zmieniać? Trzeba zmienić albo wymienić świat
zewnętrzny (przyjaciół, zawód, partnera). Dlatego Dave (w "Co nam
zostało z tych lat?") uskarżający się, że zaborcza, ingerująca żona
zamknęła go w małżeńskim więzieniu, dopóty nie mógł poczynić postępów w terapii, dopóki nie dostrzegł, w jaki sposób sam odpowiada za stworzenie
tego więzienia.
Zwykle pacjenci odnoszą się do kwestii przyjęcia odpowiedzialności za
swe życie z ogromnym oporem. Trzeba zatem tworzyć efektywne techniki
uświadamiania im, w jaki sposób kreują własne problemy. Skuteczną
techniką, którą stosowałem w wielu opisanych tu przypadkach, jest
skupianie się na "tu i teraz". Ponieważ w sytuacji terapeutycznej
pacjenci zwykle odtwarzają te same problemy interpersonalne, które
trapią ich w życiu, koncentruję się raczej na tym, co się dzieje w danej
chwili między mną a pacjentem, niż na wydarzeniach z ich przeszłości lub
teraźniejszości. Badając szczegółowo relację terapeutyczną (bądź relacje
między uczestnikami grupy w terapii grupowej), mogę na bieżąco pokazywać
pacjentowi, w jaki sposób jego zachowanie wpływa na reakcje innych
ludzi. Dave na przykład mógł odsuwać od siebie odpowiedzialność za swe
problemy małżeńskie, ale nie mógł kwestionować bezpośrednich danych o sobie, unaocznianych mu "na gorąco" w grupie terapeutycznej. Nie mógł
nie zauważyć, że jego wymijające, drażniące, pełne aluzji do jakichś
sekretów zachowanie wyzwala w członkach grupy reakcje podobne do reakcji
jego żony.
Podobnie terapia Betty ("Otyła dama") nie przynosiła żadnych efektów,
dopóki przypisywała ona swą samotność rozlazłej i pozbawionej korzeni
obyczajowości Kalifornii. Dopiero kiedy pokazałem jej, że jej
bezosobowy, nieśmiały, pełen dystansu sposób bycia tworzy taką samą
bezosobową atmosferę w naszej relacji, mogła zacząć badać, na czym
polega jej odpowiedzialność za ową izolację.
Przyjęcie odpowiedzialności wprowadza pacjenta w przedsionek zmiany, ale
nie jest ze zmianą równoznaczne. A prawdziwym celem terapii jest zawsze
zmiana, choćby nie wiem jak terapeuta podkreślał znaczenie wglądu,
odpowiedzialności i samorealizacji.
Wolność oznacza nie tylko odpowiedzialność za własne życiowe wybory, ale
również implikuje, że wprowadzenie zmiany wymaga aktu woli. Choć
terapeuci rzadko używają pojęcia woli explicite, zawsze wkładają wiele
wysiłku w to, aby wpłynąć na wolę pacjenta. Nieustannie wyjaśniamy i interpretujemy, zakładając (a jest to świecki akt wiary, pozbawiony
wystarczających podstaw empirycznych), że rozumienie rodzi zmianę. A gdy
interpretacje nie skutkują, apelujemy czasem bezpośrednio do woli:
"Trzeba jeszcze wysiłku. Musisz próbować. Jest czas myślenia i analizowania, ale jest także czas działania". A kiedy zawodzą
napomnienia, terapeuta, jak przedstawiają opowiadania, może się już
tylko odwołać do jakiejkolwiek innej znanej metody wywierania wpływu na
drugą osobę. Może radzić, kłócić się, naprzykrzać, przymilać,
prowokować, błagać albo po prostu wszystko cierpliwie znosić, mając
nadzieję, że zwyczajne zmęczenie pacjenta spowoduje w końcu rozpad
neurotycznego światopoglądu.
Dzięki woli będącej źródłem działania realizujemy swoją wolność. Akt
woli składa się moim zdaniem z dwóch etapów: w pierwszym osoba
zapoczątkowuje coś poprzez chcenie, by to "coś" się zdarzyło, a w drugim
wprowadza to w czyn poprzez podjęcie decyzji.
Niektórzy ludzie mają blokadę na chcenie - nie wiedzą, co czują ani
czego pragną. Pozbawieni opinii, impulsów, inklinacji zaczynają
pasożytować na pragnieniach innych. Tacy ludzie są męczący. Betty była
nudna właśnie z tego powodu, że zamroziła swoje chcenie i inni męczyli
się przy niej, wykonując za nią pracę chcenia i wyobraźni.
Inni znowu nie potrafią podjąć decyzji. Choć dokładnie wiedzą, czego
chcą i jak to osiągnąć, nie umieją działać. Męczą się i dręczą, tkwiąc
przed drzwiami z napisem "decyzja". Saul w "Trzech nieotwartych listach"
wiedział, że każdy rozsądny człowiek otworzyłby te listy, ale lęk, które
one budziły, sparaliżował jego wolę. Thelma ("Kat miłości") wiedziała,
że obsesyjna miłość odziera jej życie z realności. Wiedziała, że, jak
sama to ujęła, żyje życiem sprzed ośmiu lat i aby je odzyskać, musi
porzucić swoją namiętność. Ale nie umiała czy też nie chciała tego
zrobić i zaciekle opierała się wszelkim moim próbom pobudzenia jej woli.
Trudno jest podejmować decyzje. Z wielu powodów, a niektóre z nich
sięgają samych podstaw bytu. John Gardner w powieści Grendel opowiada
o pewnym mądrym człowieku, który streszcza swe medytacje tajemnic życia
dwiema prostymi, lecz przerażającymi prawdami: "Rzeczy zanikają,
alternatywy się wykluczają". Mówiłem już o tej pierwszej prawdzie, czyli
o śmierci. Druga - "alternatywy się wykluczają" - stanowi klucz do
zrozumienia, dlaczego podejmowanie decyzji jest tak trudne. Każda
decyzja wymaga jakiejś formy wyrzeczenia się; każdemu tak odpowiada
jakieś nie, każda decyzja eliminuje i niszczy inne możliwości (rdzeń
angielskiego słowa decide - decydować, znaczy uśmiercać i jest taki
sam jak w słowach homicide - zabójstwo i suicide - samobójstwo).
Thelma trzymała się kurczowo prawie nieistniejącej szansy odzyskania
swego ukochanego, ponieważ wyrzeczenie się tej możliwości oznaczało dla
niej zanik i śmierć.
Egzystencjalna izolacja, trzecia dana, oznacza nieprzekraczalną
odległość między ja a innymi, odległość, która istnieje nawet w głębokim satysfakcjonującym związku. Jesteśmy odizolowani nie tylko od
innych istot, ale także, o tyle o ile konstytuujemy swój własny świat,
od reszty świata. Taką izolację trzeba odróżnić od dwu innych typów
izolacji - interpersonalnej i intrapersonalnej.
Człowiek doświadcza izolacji interpersonalnej, czyli samotności, jeśli
brakuje mu umiejętności społecznych lub osobowości umożliwiającej
wchodzenie w bliskie kontakty z innymi. Izolacja intrapersonalna
pojawia się wówczas, gdy istnieje wewnętrzne rozszczepienie między
różnymi częściami ja, na przykład emocja związana z jakimś wydarzeniem
odszczepiona jest od pamięci o tym wydarzeniu. Najbardziej skrajna i dramatyczna forma rozszczepienia, osobowość wielokrotna, występuje
stosunkowo rzadko (chociaż liczba jej przypadków wzrasta); kiedy się
pojawi, terapeuta może stanąć przed dylematem, którą osobowość ma
pielęgnować, co mnie zdarzyło się w leczeniu Marge ("Monogamia
terapeutyczna").
Nie ma rozwiązania dla egzystencjalnej izolacji i terapeuci muszą
przestrzegać przed fałszywymi rozwiązaniami. Próby ucieczki od tego
rodzaju izolacji mogą sabotować nasze związki z ludźmi. Wiele przyjaźni
i wiele małżeństw rozpadło się, ponieważ zamiast dbać o kontakt między
sobą i troszczyć się o siebie, ludzie traktowali drugą osobę jako tarczę
chroniącą ich przed izolacją.
Powszechną, radykalną próbą znalezienia wyjścia z egzystencjalnej
izolacji jest stopienie się, zatarcie własnych granic i zlanie się z innym człowiekiem. Kilka naszych historii przedstawia takie próby.
Niezwykłą siłę oddziaływania aktu zlania się z kimś innym pokazały
eksperymenty z podświadomą percepcją. Na ekranie wyświetlano słowa "Mama
i ja to jedno" tak szybko, że uczestnicy eksperymentu nie byli w stanie
uchwycić tych słów świadomie. Po seansie czuli się lepiej, mieli w sobie
więcej siły i optymizmu, a nawet szybciej niż inni leczyli się z takich
problemów, jak palenie, otyłość czy zaburzenia okresu dojrzewania.
Jednym z wielkich paradoksów życia jest to, że samoświadomość rodzi lęk.
Stopienie się z innym likwiduje lęk w radykalny sposób, czyli przez
eliminację samoświadomości. Osoba, która się zakochała i weszła w błogi
stan zlania się z innym, przestaje być refleksyjna, ponieważ jej
zadające pytania i samotne ja (i związana z nim, nacechowana lękiem
izolacja) roztapia się w my. W ten sposób człowiek pozbywa się lęku,
ale traci siebie.
Dlatego właśnie tarapeuci nie lubią zajmować się pacjentami, którzy są
zakochani. Terapia nie daje się pogodzić z właściwym zakochaniu stanem
roztopienia się, ponieważ praca terapeutyczna wymaga pytającej
samoświadomości i lęku, który ostatecznie spełni rolę przewodnika
ukazującego wewnętrzne konflikty.
Ponadto trudno mi, jak zresztą większości terapeutów, wejść w relację z pacjentem, który jest zakochany. W opowiadaniu "Kat miłości" Thelma nie
wchodzi w relację ze mną - całą jej energię pochłania bez reszty
obsesyjna miłość. Strzeżcie się przed silnym, wyłącznym przywiązaniem do
innego; nie jest ono, jak ludzie czasem myślą, dowodem czystej miłości.
Taka zamykająca, wyłączna miłość - karmiąca się tylko sobą, niedająca
nic innym i nietroszcząca się o nich - skazana jest na to, że w końcu
pożre samą siebie. Miłość nie jest tylko i wyłącznie płomieniem
namiętności między dwojgiem ludzi, istnieje ogromna różnica między
zakochaniem się a kochaniem. Miłość jest sposobem bycia, "oddaniem", a nie "wpadaniem" (po ang. określamy zakochanie jako "wpadanie w miłość" -
falling in love - po polsku mówimy czasem o zakochanym "wpadł jak
śliwka w kompot", a o nieplanowanym wyniku miłości fizycznej "wpadli" -
przyp. tłum.). Oznacza pewien modus relacji ze światem i ludźmi w ogóle,
a nie pojedynczy akt ograniczony do jednej jedynej osoby.
Chociaż usiłujemy przejść przez życie parami lub w grupach, są takie
chwile, szczególnie kiedy zbliża się śmierć, w których z bezwzględną
jasnością dociera do nas prawda, że urodziliśmy się sami i sami umrzemy.
Wielu umierających pacjentów powiedziało mi, że najstraszniejszą rzeczą
w umieraniu jest to, że umiera się w samotności. Jednak nawet w chwili
śmierci obecność drugiej osoby (mam tu na myśli świadomą, intencjonalną
obecność w pełnym tego słowa znaczeniu) może przebić ściany izolacji.
Jak powiedział mi pacjent z "Co nam zostało z tych lat?": "Chociaż
jesteś sam w swojej łodzi, otuchy dodają ci światła innych łodzi,
płynących w pobliżu".
Jeśli zatem śmierć jest nieuchronna, jeśli wszystkie nasze wytwory, mało
tego, cały system słoneczny legnie kiedyś w gruzach, jeśli świat jest
sprawą przypadku (to znaczy wszystko, co jest, mogłoby być równie dobrze
inne), jeśli nie zastaliśmy gotowego świata, lecz musimy go konstruować
i wprowadzać weń nasze własne ludzkie struktury, to czy życie może mieć
jakiś stały, niepodważalny sens?
To pytanie nie daje spokoju wielu współczesnym mężczyznom i kobietom,
wielu zgłasza się na terapię, ponieważ czuje, że ich życie pozbawione
jest sensu i celu. Jesteśmy więc istotami poszukującymi sensu i znaczenia. Zauważalne jest to już na poziomie biologicznym - nasz system
nerwowy jest tak skonstruowany, że mózg automatycznie grupuje
napływające do niego bodźce w znaczące struktury. Sens daje nam także
poczucie panowania nad swym życiem, w obliczu przypadkowych, niezbornych
zdarzeń czujemy bezradność i pomieszanie, pragniemy je uporządkować, by
odzyskać poczucie mocy i kontroli. I, co ważniejsze, sens jest źródłem
wartości, a co za tym idzie, kształtuje zasady postępowania: odpowiedź
na pytanie po co (po co żyję?) dostarcza odpowiedzi na pytanie jak
(jak mam żyć?).
W moich opowieściach psychoterapeutycznych niewiele jest bezpośrednich
rozważań o sensie życia. Poszukiwanie sensu, podobnie jak poszukiwanie
przyjemności, musi odbywać się w sposób pośredni i okrężny. Sens wyłania
się z sensownego działania i postępowania; im bardziej planowo i rozmyślnie go szukamy, tym mniej prawdopodobne jest, że go znajdziemy.
Dyskursywne pytania o sens zawsze przetrwają wszystkie odpowiedzi. W terapii, tak jak w życiu, sens jest produktem ubocznym zaangażowania i "trwania przy", i w to właśnie terapeuci powinni wkładać swą energię
(nie dlatego, że zaangażowanie dostarcza dyskursywnej odpowiedzi na
pytania o sens; sprawia ono po prostu, że pytania te nie pochłaniają
zbyt wiele uwagi, zastępując w ten sposób sensowne życie).
Egzystencjalny dylemat, jaki konstytuuje istota ludzka poszukująca sensu
i pewności we wszechświecie, w którym nie ma ani jednego, ani drugiego,
jest niezwykle istotny dla zawodu psychoterapeuty. Jeśli w swej
codziennej pracy terapeuci są autentyczni w związkach z pacjentami,
doświadczają wiele niepewności. Konfrontacja pacjenta z pytaniami, na
które nie ma odpowiedzi, konfrontuje z nimi także terapeutę, a on
również nie ma na nie odpowiedzi. Ponadto, terapeuta musi dostrzegać
fakt, że doświadczenie innego jest ostatecznie sprawą wyjątkowo osobistą
i niepoznawalną (tak jak ja musiałem to uczynić w "Dwu uśmiechach").
Można śmiało powiedzieć, iż zdolność do tolerowania niepewności jest
wstępnym warunkiem wykonywania tego zawodu. Ludzie zwykle sądzą, że
terapeuta metodycznie i pewnie prowadzi pacjenta przez kolejne, dające
się z góry przewidzieć, etapy terapii, do z góry znanego sobie celu. To
się zdarza, ale bardzo rzadko. Jak pokazują moje historie, terapeuci
często błądzą, improwizują, po omacku szukają kierunku. Poddanie się
silnej pokusie pewności, poprzez przyłączenie się do rzeszy wyznawców
jakiejś ideologii terapeutycznej lub sztywnego systemu teoretycznego,
jest bardzo zdradliwe, uniemożliwia bowiem spontaniczne, pełne
niepewności spotkanie dwu osób, konieczne dla efektywnej terapii.
Spotkanie takie, stanowiące istotę psychoterapii, jest pełnym troski i człowieczeństwa obcowaniem dwu ludzkich istot, z których jedną nękają
poważne problemy bardziej niż drugą (zwykle, ale nie zawsze, jest to
pacjent). Terapeuta musi spełniać podwójną rolę: zarówno obserwować
życie pacjenta, jak i uczestniczyć w nim. Jako obserwator musi być na
tyle obiektywny, by udzielać pacjentowi jakichś podstawowych wskazówek w terapii. Jako uczestnik bierze udział w życiu pacjenta i otwiera się na
jego oddziaływanie - czasem pod wpływem spotkań z pacjentem dokonuje się
w nim jakaś zasadnicza przemiana.
Decydując się włączyć w życie każdego pacjenta, ja, terapeuta, nie tylko
wystawiam się na te same problemy egzystencjalne, które ma mój pacjent,
ale także muszę zbadać jego życie wedle tych samych reguł, które stosuję
do analizowania swego życia. Zakładam więc, że wiedza jest lepsza niż
niewiedza, próbowanie i podejmowanie ryzyka jest lepsze niż
niepróbowanie i niepodejmowanie ryzyka. Przyjmuję także, że magia i iluzja, choć mogą być bogate i kuszące, ostatecznie osłabiają ludzkiego
ducha. I serio traktuję twarde słowa Thomasa Hardy'ego: "Jeżeli jest
jakaś droga ku Lepszemu, to wymaga ona bezwzględnie dokładnego
przyjrzenia się Najgorszemu".
Podwójna rola - obserwatora i uczestnika - wiele wymaga od terapeuty i stawia go często przed dręczącymi dylematami. Czy mam na przykład prawo
oczekiwać od pacjenta, który poprosił mnie o przechowywanie swych listów
miłosnych, by ten zajął się rozwiązaniem problemów, których ja przez
całe życie unikałem? Czy możliwe jest, abym pomógł mu pójść dalej, niż
sam poszedłem? Czy powinienem zadawać bezlitosne, egzystencjalne pytania
- umierającemu, wdowie, pogrążonej w żałobie matce lub zalęknionemu
emerytowi mającemu transcendentne sny - pytania, na które w dodatku sam
nie mam żadnej odpowiedzi? Czy mam powiedzieć o swoich słabościach i ograniczeniach pacjentce, której inna, alternatywna osobowość kusi mnie
swym uwodzicielskim czarem? Czy potrafię zbudować autentyczną,
wspierającą relację z otyłą kobietą, której wygląd działa na mnie
odpychająco? Czy, szermując hasłami o oświeceniu, mam prawo odebrać
starej kobiecie irracjonalne, ale przynoszące ukojenie złudzenia
miłosne? Czy mogę narzucać swoją wolę mężczyźnie, który nie potrafi
działać dla swego dobra i daje się terroryzować trzem nieotwartym
listom?
Choć w moich opowieściach często używam określeń "pacjent", "terapeuta",
nie dajcie się im zwieść. Opowiadam po prostu historie o życiu kobiet i mężczyzn. Pacjent jest w każdym z nas; etykietkę "pacjenta" przyznaje
się arbitralnie, biorąc raczej pod uwagę czynniki kulturowe, edukacyjne
i ekonomiczne niż głębokość patologii. Ponieważ terapeuci, nie mniej niż
pacjenci, muszą stanąć twarzą w twarz z danymi egzystencji, postawa
bezinteresownej obiektywności, tak potrzebna naukowcom, nie jest w ich
zawodzie właściwa. My, psychoterapeuci, nie możemy upajać się swym
współczuciem i protekcjonalnie napominać pacjentów, by walczyli ze
swoimi problemami. Nie możemy im mówić: "To Ty. To Twój problem".
Musimy mówić o nas i o naszych problemach, ponieważ nasze życie,
nasza egzystencja zawsze będzie przykuta do śmierci, nasza miłość - do
straty, nasza wolność - do lęku, a nasz rozwój - do poczucia
egzystencjalnej osobności. Dotyczy to nas wszystkich, bez wyjątku, i to
nas łączy.
Kat miłości
Nie lubię pracować z pacjentami, którzy są zakochani. Być może dlatego,
że im zazdroszczę - ja też bardzo chciałbym zostać zaczarowany. A może
taka praca wzbudza moją niechęć dlatego, że psychoterapia i stan
zakochania są zasadniczo nie do pogodzenia. Dobry terapeuta walczy z ciemnością i szuka iluminacji, natomiast romantyczna miłość żywi się
półcieniami tajemniczości i obraca się w proch pod ostrym wzrokiem
badacza. Nie znoszę roli kata miłości.
A jednak, gdy Thelma oświadczyła mi w pierwszych minutach wstępnej
konsultacji, że jest beznadziejnie, tragicznie zakochana, bez wahania
przyjąłem ją na terapię. Wszystko, co zobaczyłem na pierwszy rzut oka -
jej pomarszczona siedemdziesięcioletnia twarz z obwisłym, starczym
podbródkiem, cienkie tlenione, zaniedbane włosy, wychudzone, żylaste
ręce - mówiło mi, że się myli; niemożliwe, by była zakochana. Jakże
miłość mogłaby wybrać to wątłe, skruszałe, stare ciało, jakże mogłaby
zamieszkać w workowatym dresie z poliestru?
A poza tym, gdzie jest aura miłosnej błogości? To prawda, że miłość
zawsze miesza się z bólem i nie zdziwił mnie sam fakt cierpienia Thelmy.
Dziwny był całkowity brak równowagi w jej miłości - nie zawierała ani
krzty przyjemności, życie Thelmy było jednym wielkim pasmem udręki i bólu.
Zgodziłem się więc nią zająć, ponieważ widziałem, że cierpi - nie z miłości, lecz z powodu jakiejś rzadkiej przypadłości, którą błędnie
bierze za miłość. Wierzyłem, że mogę pomóc Thelmie. Intrygowało mnie
również niejasne przeczucie, że ta fałszywa miłość może okazać się
latarnią, która oświetli jakąś głęboką tajemnicę prawdziwej miłości.
Podczas naszego pierwszego spotkania Thelma była daleka i sztywna. Nie
odwzajemniła mojego uśmiechu, gdy przywitałem ją w poczekalni; szła za
mną w odległości jednego, dwóch kroków, kiedy prowadziłem ją przez
korytarz do swego gabinetu. Wszedłszy, w ogóle nie rozejrzała się po
nowym otoczeniu, lecz od razu usiadła. Potem, nie czekając na
jakiekolwiek słowa z mojej strony, nie rozpiąwszy nawet ciężkiej kurtki
założonej na dres, wzięła gwałtownie oddech i zaczęła mówić:
- Osiem lat temu miałam romans ze swoim terapeutą. Od tamtej pory bez
ustanku o nim myślę. Kiedyś omal nie odebrałam sobie życia. Mam
nadzieję, że następnym razem mi się to uda. Jesteś moją ostatnią
nadzieją.
Zawsze słucham uważnie pierwszych wypowiedzi pacjenta. Często bowiem w jakiś nadprzyrodzony sposób odsłaniają one i zapowiadają charakter
relacji między nami. Mówiąc do drugiej osoby, dajemy jej zwykle
przyzwolenie, by weszła w nasze życie, ale ton głosu Thelmy bynajmniej
nie zapraszał mnie, bym podszedł bliżej.
- Na wypadek, gdybyś mi nie wierzył - kontynuowała Thelma - przyniosłam
coś, co pomoże ci uwierzyć.
Tu sięgnęła do wyblakłej, czerwonej torebki i wręczyła mi dwie stare
fotografie. Na pierwszej była młoda, piękna tancerka, ubrana w czarny,
błyszczący trykot. Spojrzałem na twarz tancerki i zobaczyłem wielkie
oczy Thelmy patrzące na mnie przez dziesiątki lat. Zrobiło to na mnie
wrażenie.
- A to zdjęcie - poinformowała mnie, gdy przeniosłem wzrok na drugą
fotografię, tym razem sześćdziesięcioletniej przystojnej kobiety - było
zrobione osiem lat temu. Jak widzisz - powiedziała, przesuwając palcami
po swych nieuczesanych włosach - teraz przestałam dbać o swój wygląd.
Nie powiedziałem, że jej nie wierzę, choć rzeczywiście trudno mi było
wyobrazić sobie tę zaniedbaną, starą kobietę w roli kochanki terapeuty.
W ogóle nic nie powiedziałem. Usiłowałem zachować obiektywną postawę,
ale musiała zauważyć jakiś dowód niedowierzania, jakiś maleńki znak,
może przez ułamek sekundy zbyt szeroko otwarte oczy. Postanowiłem nie
zaprzeczać jej podejrzeniu. Nie był to bowiem właściwy czas na
galanterię i, faktycznie, było coś wewnętrznie niespójnego w obrazie
zaślepionej, chorej z miłości siedemdziesięciolatki. Ona o tym
wiedziała, ja o tym wiedziałem i ona wiedziała, że ja wiem.
Wkrótce dowiedziałem się, że przez ostatnie dwadzieścia lat pogrążona
była w chronicznej depresji i prawie bez przerwy leczyła się
psychiatrycznie. Dużą część swej terapii przeszła w miejscowej klinice
zdrowia psychicznego, gdzie leczyło ją kilku stażystów.
Jedenaście lat temu zaczął leczyć ją Matthew - młody, przystojny,
początkujący psycholog. Przez osiem miesięcy chodziła do niego do
kliniki, a przez następny rok kontynuowała wizyty w jego prywatnym
gabinecie. Potem Matthew musiał na rok odłożyć terapię ze swymi
prywatnymi pacjentami, ponieważ zaczął pracować na pełnym etacie w szpitalu państwowym.
Thelma żegnała się z nim z wielkim smutkiem. Był najlepszym terapeutą,
jakiego do tej pory miała, bardzo go polubiła, po prostu przepadała za
nim, i przez te dwadzieścia miesięcy zawsze z niecierpliwością
wyczekiwała na swą cotygodniową godzinę terapii. Nigdy przedtem nie była
wobec nikogo tak otwarta. I nigdy przedtem terapeuta nie był z nią tak
szczery, bezpośredni i delikatny.
Thelma przez kilka minut rozwodziła się nad zaletami Matthew:
- Był tak troskliwy, tak pełen miłości. Miałam terapeutów, którzy
starali się okazywać ciepło, rozluźniać pacjenta, ale Matthew był inny.
On naprawdę troszczył się o mnie i naprawdę mnie akceptował. Bez
względu na to, co zrobiłam, jaką okropną rzecz pomyślałam, wiedziałam,
że on to zaakceptuje i - jakby to powiedzieć - wesprze mnie, nada mi
ważności. Pomagał mi tak, jak zwykle pomagają terapeuci, ale dawał mi z siebie także o wiele więcej niż inni.
- Co na przykład?
- Wprowadził mnie w duchowy, religijny wymiar życia. Nauczył mnie
troszczyć się o wszystkie żyjące stworzenia. Nauczył mnie zastanawiać
się, dlaczego zostałam przysłana tutaj, na Ziemię. A przy tym wszystkim
nie chodził z głową w chmurach. Był przy mnie, zawsze był obecny.
Thelma była bardzo pobudzona. Szybko wyrzucała z siebie słowa, a kiedy
mówiła, pokazywała na ziemię i na chmury. Widziałem, jak lubi mówić o Matthew.
- Uwielbiałam sposób, w jaki ze mną rozmawiał. Nie pozwalał mi się
wykręcać, robić uników. Potrafił wytropić moje wszystkie gówniane nawyki
i zatrzymać na nich moją uwagę.
Zaskoczyło mnie sformułowanie "gówniane nawyki". Nie pasowało do reszty
jej opisu. Ale Thelmie nie wyrwało się ono przypadkowo, bardzo starannie
dobierała słowa. Pomyślałem więc, że były to słowa, których używał
Matthew; zacytowała je, być może, jako przykład jego wspaniałych metod.
Szybko narastały we mnie negatywne uczucia do niego, ale zatrzymałem je
dla siebie. Sposób mówienia Thelmy wyraźnie wskazywał, że nie będzie
tolerowała żadnej krytyki wobec Matthew.
Po Matthew pracowała z kilkoma innymi terapeutami, ale żaden nie wejrzał
w nią tak głęboko i żaden nie potrafił pokazać tak przekonująco, jak
wielką wartość ma jej życie.
Można więc sobie wyobrazić, jak się ucieszyła, kiedy po roku niewidzenia
się z nim wpadła na niego pewnego sobotniego popołudnia na Union Square
w San Francisco. Zaczęli rozmawiać, a potem, chcąc uciec od wiru
miejskiego tłumu, poszli na kawę do hotelu St. Francis. Tyle mieli sobie
do powiedzenia. Matthew tak szczegółowo wypytywał o cały miniony rok, że
czas przy kawie nie wystarczył i postanowili pójść na obiad z krabów do
restauracji Scoma przy Fisherman's Wharf.
Wszystko działo się tak naturalnie, jak gdyby codziennie jadali razem
posiłki. A przecież ich relacja miała przedtem charakter czysto
profesjonalny i nigdy nie przekroczyła granicy form zachodzących między
terapeutą a pacjentem. Poznawali siebie wzajemnie w ścisłych ramach
pięćdziesięciu minut tygodniowo i ani mniej, ani więcej.
Tamtego wieczoru jednak, z powodów, których Thelma do dziś nie może
pojąć, obydwoje wymknęli się zwyczajnej, potocznej rzeczywistości. Żadne
z nich nie patrzyło na zegarek; w cichej zmowie udawali, że nie było nic
niezwykłego w osobistym tonie ich zwierzeń, we wspólnej kawie czy
wspólnym obiedzie. I naturalne wydawało jej się wygładzenie kołnierzyka
jego koszuli, strzępnięcie pyłu z jego marynarki, wzięcie go pod rękę w czasie spaceru na Nob Hill. A jemu naturalne wydawało się opisywanie
swego nowego mieszkania w Haight, tak jak jej naturalne wydawało się
stwierdzenie, że bardzo chciałaby je zobaczyć. Zaśmiali się, kiedy
Thelma powiedziała, że jej mąż Harry wyjechał z miasta - był członkiem
komitetu doradczego skautów amerykańskich i gdzieś przemawiał prawie
każdego wieczoru w tygodniu. Matthew zauważył z rozbawieniem, że nic się
nie zmieniło i nie było potrzeby niczego wyjaśniać - przecież wiedział o niej wszystko.
- Niewiele pamiętam z tego, co się działo przez resztę wieczoru -
ciągnęła Thelma. - Jak do tego doszło, kto kogo dotknął pierwszy i jak
to się stało, że poszliśmy do łóżka. Nie podejmowaliśmy żadnych decyzji,
wszystko działo się spontanicznie i bez wysiłku. Pamiętam tylko bardzo
wyraźnie, że leżenie w ramionach Matthew było jedną z najpiękniejszych
chwil w moim życiu.
- Powiedz mi, co się potem zdarzyło?
- Potem nastąpiło dwadzieścia siedem magicznych dni, od 19 czerwca do 16
lipca. Rozmawialiśmy przez telefon kilka razy dziennie i widzieliśmy się
jeszcze czternaście razy. Płynęłam, unosiłam się, tańczyłam.
Głos Thelmy brzmiał teraz śpiewnie i ekstatycznie, kołysała głową w rytm
melodii sprzed ośmiu lat. Siedziała z przymkniętymi oczami, wystawiając
na niemałą próbę moją cierpliwość. Nie lubię być niewidzialny.
- To był szczytowy punkt mojego życia. Nigdy przedtem ani potem nie
byłam taka szczęśliwa.
- Co się zdarzyło od tamtej pory?
- Ostatni raz widziałam go 16 lipca o 12.3O. Przez poprzednie dwa dni
nie mogłam się do niego dodzwonić, a więc wpadłam bez zapowiedzi do jego
gabinetu. Jadł kanapkę i za dwadzieścia minut miał zacząć terapię
grupową. Zapytałam go, dlaczego nie dzwonił, a on powiedział po prostu:
"To nie jest w porządku. Obydwoje o tym wiemy".
Tu zamilkła i cicho płakała. Rychło w czas odkrył, że to nie jest w porządku, pomyślałem.
- Możesz mówić dalej?
- Zapytałam go: "Powiedzmy, że zadzwonię za rok lub za pięć lat. Czy
zechcesz się ze mną zobaczyć? Czy pójdziemy na spacer przez Golden Gate
Bridge? Czy pozwolisz mi się objąć?". W odpowiedzi na moje pytania
Matthew wziął mnie za rękę, przyciągnął do siebie, posadził sobie na
kolanach i przez kilka chwil mocno mnie obejmował.
- Od tamtej pory telefonowałam do niego niezliczoną ilość razy,
zostawiałam wiadomości na jego sekretarce. Na początku odpowiedział na
kilka moich telefonów, a potem zupełnie przestał dzwonić. Odciął się ode
mnie całkowitym milczeniem.
Thelma odwróciła głowę i wyjrzała przez okno. Znikła śpiewność z jej
głosu. Mówiła tonem pełnym goryczy i beznadziei, ale już nie płakała.
Pomyślałem sobie, że teraz bliższa jest temu, żeby się pastwić i rozrywać na sztuki, niż temu, by płakać.
- Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego, dlaczego to się skończyło, ot
tak, ni stąd, ni zowąd. W jednej z naszych ostatnich rozmów powiedział,
że musimy wrócić do swego rzeczywistego życia, a potem dodał, że
zaangażował się w związek z inną osobą.
Przemknęło mi przez głowę podejrzenie, że tę "inną osobę" Matthew
również wybrał spośród swoich pacjentów. Nic jednak nie powiedziałem.
Thelma nie była pewna, czy tą "inną osobą" była kobieta, czy mężczyzna.
Podejrzewała, że Matthew był gejem. W San Francisco mieszkał w dzielnicy
homoseksualistów. Był piękny w taki sposób, w jaki piękni są geje. Miał
chłopięcą twarz, żywe, ruchliwe ciało i gładko przystrzyżone wąsiki.
Przypuszczenie to zrodziło się w jej głowie kilka lat później kiedy,
wędrując po mieście, weszła do gejowskiego baru przy Castro Street i ze
zdumieniem ujrzała piętnastu Matthew siedzących przy barze - piętnastu
szczupłych, atrakcyjnych, młodych mężczyzn z gładko przystrzyżonymi
wąsikami.
Nagłe odcięcie się Matthew zdruzgotało ją. Nie do zniesienia był brak
wyjaśnień, dlaczego tak postąpił. Thelma myślała o nim bez przerwy,
nie było godziny, w której by nie snuła fantazji o nim. Pytanie
dlaczego stało się jej obsesją. Dlaczego ją odrzucił i porzucił?
Dlaczego właśnie wtedy? Dlaczego nie chce się z nią widzieć ani
nawet rozmawiać przez telefon?
Po wszystkich nieudanych próbach skontaktowania się z Matthew popadła w głębokie przygnębienie i apatię. Cały dzień siedziała w domu i gapiła
się przez okno, nie mogła spać, jej ruchy i mowa spowolniały, straciła
zainteresowanie jakimkolwiek zajęciem. Przestała jeść i wkrótce jej
depresja przekroczyła możliwości psychoterapii czy rutynowego leczenia
antydepresyjnego. Zgłosiła się do trzech różnych lekarzy z bezsennością.
Wykupując recepty od wszystkich tych lekarzy, zebrała śmiertelną dawkę
tabletek nasennych. Dokładnie w sześć miesięcy po przypadkowym spotkaniu
z Matthew na Union Square napisała list pożegnalny do nieobecnego w domu
męża - Harry'ego, zaczekała na zwyczajowy wieczorny telefon od niego, a potem zdjęła słuchawkę z widełek, połknęła wszystkie tabletki i położyła
się do łóżka.
Harry nie mógł spać tej nocy. Zatelefonował do Thelmy ponownie i zaniepokoił się, ponieważ telefon był bez przerwy zajęty. Zadzwonił do
sąsiadów, którzy nadaremnie stukali w drzwi i okna Thelmy. Szybko
zawiadomili policję. Znaleziono ją w domu prawie martwą.
Lekarze ledwie ją odratowali. Przeżyła dzięki ich heroicznemu wysiłkowi.
I co zrobiła zaraz po odzyskaniu przytomności? Zadzwoniła do Matthew i zostawiła mu wiadomość na sekretarce. Zapewniła go, że zachowa wszystko
w tajemnicy, i błagała, by odwiedził ją w szpitalu. Przyszedł, ale tylko
na piętnaście minut. Jego obecność, jak stwierdziła, była gorsza niż
jego milczenie. Ignorował wszelkie aluzje, jakie czyniła do ich
dwudziestosiedmiodniowego romansu, zachowywał się bardzo formalnie, jak
gdyby nic go z nią nie łączyło oprócz stosunków czysto zawodowych.
Jedyny raz wypadł z roli, kiedy Thelma zapytała, jak mu idzie z tą inną
osobą. Warknął wtedy: "To nie twoja sprawa!".
I to było wszystko. Thelma po raz pierwszy spojrzała mi prosto w twarz i dodała zrezygnowanym, znużonym tonem:
- Potem nigdy go już nie zobaczyłam. Dzwonię i zostawiam mu wiadomość na
sekretarce w ważne dni: w jego urodziny, 19 czerwca (nasza pierwsza
randka), 17 lipca (nasze ostatnie spotkanie), w Boże Narodzenie i w Nowy
Rok. Za każdym razem, gdy zmieniam terapeutę, dzwonię, by go o tym
powiadomić. On nigdy nie oddzwania.
- Przez te całe osiem lat nigdy nie przestałam o nim myśleć. O siódmej
rano zastanawiam się, czy już się przebudził, o ósmej wyobrażam sobie,
jak je swoje płatki owsiane (uwielbia płatki owsiane, wychował się na
farmie w Nebrasce). Szukam go wzrokiem, gdy chodzę ulicami miasta.
Często wydaje mi się, że to on i podbiegam po to tylko, aby powiedzieć
"dzień dobry" jakiemuś obcemu człowiekowi. Marzę o nim. Odtwarzam w myślach każde nasze spotkanie podczas tych dwudziestu siedmiu dni. Lwią
część czasu spędzam na tych marzeniach na jawie i prawie nie zauważam,
co się dzieje wokół, tu i teraz. Żyję życiem sprzed ośmiu lat.
Żyję życiem sprzed ośmiu lat - bardzo znaczące stwierdzenie.
Zapamiętuję je na przyszłość.
- Opowiedz mi o swej terapii w ciągu tych ośmiu lat, od czasu swojej
próby samobójczej.
- Przez cały ten czas zawsze miałam jakiegoś terapeutę. Dawali mi dużo
leków antydepresyjnych, które niewiele pomagają - pozwalają mi tylko
spać. Poza tym terapia nie przynosiła zbyt wielkich efektów. Leczenie
przez rozmowę w ogóle nie pomagało. Ale pewnie i ja nie dawałam terapii
zbyt wielkich szans, odkąd postanowiłam chronić Matthew i nigdy nie
wspominać terapeutom o naszym romansie.
- To znaczy, że przez osiem lat terapii nigdy nie wspomniałaś żadnemu
terapeucie o Matthew?!
Złe posunięcie! Błąd jak u początkującego, ale, niestety, nie potrafiłem
ukryć swego zdumienia. Przypomniała mi się scena, o której zapomniałem
na wiele lat. Byłem studentem medycyny i mieliśmy zajęcia z przeprowadzania wywiadów z pacjentami. Pewien student, który miał dobre
intencje, lecz był raczej mało wrażliwy i dość obcesowy (na szczęście
został później chirurgiem ortopedą, a nie psychiatrą), przeprowadzał
wywiad, próbując użyć rogeriańskiej techniki dopieszczania pacjenta
poprzez powtarzanie jego słów, zwykle ostatnich z wypowiedzi. Pacjent,
który wyliczał upiorne postępki swego ojca tyrana, zakończył słowami: "I jadł surowe hamburgery!". Student, który cały czas bardzo się starał
zachować neutralność, nie mógł już dłużej skrywać swego oburzenia na
sadystycznego ojca i wykrzyknął, zgodnie z instrukcją, ostatnie słowa:
"Surowe hamburgery?". Od tamtej pory określenie "surowe hamburgery"
stało się przysłowiowe na naszym roku i często podsumowywaliśmy nim
różne zabawne i mniej zabawne potknięcia wykładowców lub kolegów.
Zatrzymałem, oczywiście, swoje wspomnienie dla siebie.
- Ale teraz postanowiłaś przyjść do mnie i być ze mną szczera. Opowiedz
mi, jak doszło do tej decyzji.
- Sprawdziłam cię. Zatelefonowałam do moich pięciu byłych terapeutów,
powiedziałam im, że chcę dać psychoterapii ostatnią szansę, i zapytałam
ich, do kogo powinnam pójść. Czterech z nich wskazało na ciebie.
Powiedzieli mi, że jesteś dobrym terapeutą "ostatniej szansy". To
przemawiało na twoją korzyść. Ale wiedziałam, że byli oni twoimi
studentami, więc chciałam cię sprawdzić jeszcze gdzie indziej. Poszłam
do biblioteki i wypożyczyłam twoje książki. Zrobiły na mnie wrażenie
dwie rzeczy. Po pierwsze, piszesz jasno - rozumiem to, co piszesz - po
drugie, otwarcie mówisz o śmierci. I ja także otwarcie powiem, że prawie
na pewno popełnię w końcu samobójstwo. Jestem tutaj po to, by podjąć
ostatnią próbę terapii, by znaleźć w życiu choć odrobinę szczęścia.
Jeśli mi się to nie uda, mam nadzieję, że pomożesz mi umrzeć i znaleźć
na to taki sposób, aby moja rodzina jak najmniej cierpiała.
Powiedziałem Thelmie, jakie jest moje zdanie: uważam, że możemy razem
pracować, ale proponuję jej jeszcze jedną godzinę konsultacji, bym miał
czas do namysłu i by ona mogła rozważyć, czy potrafi ze mną pracować.
Chciałem jeszcze coś powiedzieć, lecz Thelma spojrzała na zegarek i rzekła:
- Już upłynęło pięćdziesiąt minut. Niewiele, bo niewiele, ale jednak
czegoś się nauczyłam w terapii, tego mianowicie, że nie należy jej
przedłużać ponad wyznaczony czas.
Zadumałem się nad tym ostatnim stwierdzeniem - ni to szyderczym, ni to
kokieteryjnym. Thelma zaś wstała i skierowała się ku wyjściu, mówiąc, że
idzie do mojej sekretarki wyznaczyć termin następnej wizyty.
Po tej sesji miałem wiele do przemyślenia. Po pierwsze, Matthew, który
wzbudził we mnie gniew. Widziałem zbyt wielu pacjentów bardzo
skrzywdzonych przez wykorzystujących ich seksualnie terapeutów. To jest
zawsze krzywdzące dla pacjenta.
Wszelkie usprawiedliwienia terapeutów w tym względzie są zawsze
oklepanymi, samolubnymi racjonalizacjami. Mówią oni na przykład, że w ten sposób wyrażają akceptację i afirmację dla seksualności pacjenta. To
prawda, że wielu pacjentów i pacjentek potrzebuje seksualnej afirmacji -
przede wszystkim ci, którzy są wyjątkowo nieatrakcyjni, bardzo grubi,
mają zniekształcone przez operacje figury itp. Nie słyszałem jednak o terapeucie, który by afirmował seksualnie jednego z takich właśnie
pacjentów. Zawsze do tego rodzaju "afirmowania" wybierana jest jakaś
atrakcyjna kobieta. Oczywiste jest, że to wykorzystujący ją terapeuta
bardzo potrzebuje seksualnej afirmacji i z powodu własnych braków nie
potrafi zapewnić jej sobie w swoim własnym życiu osobistym.
Ale zachowanie Matthew było nieco zagadkowe. Kiedy uwiódł Thelmę (lub
pozwolił, by ona go uwiodła, co na jedno wychodzi), był świeżo
upieczonym absolwentem psychologii. Był na pewno tuż przed trzydziestką
lub tuż po trzydziestce. A więc dlaczego? Dlaczego atrakcyjny,
wykształcony, młody mężczyzna wybrał pozbawioną życia,
sześćdziesięcioletnią kobietę, którą przez wiele lat zjadała depresja?
Pomyślałem o podejrzeniu Thelmy, że Matthew jest gejem. Prawdopodobnie
odreagowywał jakieś swoje psychoseksualne sprawy i wykorzystywał do tego
swoją pacjentkę (pacjentki, pacjentów).
Właśnie z tego powodu domagamy się, aby psychologowie i psychiatrzy sami
poddali się terapii, zanim zaczną swoją praktykę. Niestety, dziś, przy
krótkich stażach, niewielkiej liczbie superwizji, obniżeniu standardów
stażu i wymagań związanych ze zdobyciem licencji, wielu psychoterapeutów
odmawia podjęcia własnej terapii, a potem ich brak samowiedzy przysparza
cierpień wielu pacjentom. Nie ma we mnie miłosierdzia dla tych
nieodpowiedzialnych ludzi i zachęcam pacjentów, by mówili głośno o ich
lubieżnych postępkach i składali zeznania na nich przed komisjami do
spraw etyki zawodowej. Przez chwilę rozważałem, czy nie zastosować
jakichś sankcji wobec Matthew, ale postawa Thelmy wyraźnie wskazywała,
że ona na to nie pozwoli; umieszczała go poza zasięgiem zwyczajowych
zasad i norm obowiązujących w jego zawodzie. Bardzo jednak chciałem,
żeby zdał sobie sprawę, jaką krzywdę jej wyrządził.
Na razie odłożyłem kwestię intencji Matthew i skupiłem swą uwagę na
Thelmie. Ale w myślach powracałem do tej sprawy wiele razy. Jeszcze nie
wiedziałem, że ze wszystkich zagadek przypadku Thelmy najpełniej
rozwiążę zagadkę Matthew.
Uderzała mnie trwałość i uporczywość jej obsesji, niemająca przecież
przez całe osiem lat żadnych wzmocnień z zewnątrz. Obsesja ta zagarnęła
całą jej życiową przestrzeń. Thelma miała rację - żyła życiem sprzed
ośmiu lat. W moim przekonaniu siła tej obsesji wynikała po części ze
zdumiewającego ubóstwa innych obszarów jej egzystencji. Czułem, że nie
można będzie pomóc Thelmie, jeśli nie skłoni się jej, by wzbogaciła inne
sfery swego życia.
Ciekaw byłem, jak wygląda sprawa intymności w jej codziennym życiu. Z tego, co powiedziała o swym małżeństwie, wynikało, że niewiele było
bliskości między nią a jej mężem. Być może obsesja stwarzała Thelmie
(złudne) poczucie intymności i więzi z drugim człowiekiem (a raczej jego
wyobrażeniem) i na tym polegała jej funkcja.
Najlepsze, co mogłoby mi się zdarzyć w tej terapii, to stworzenie
bliskiego i znaczącego związku z Thelmą i wykorzystanie takiego związku
jako rozpuszczalnika jej obsesji. Ale wiedziałem, że to nie będzie
łatwe. Zmroziła mnie relacja o przebiegu jej terapii. Trudno sobie
wyobrazić, jak można było poddawać się terapii przez osiem lat i przez
ten cały czas nie mówić o swym najważniejszym problemie. Do tego zdolny
jest tylko ktoś szczególnego rodzaju, ktoś niezwykle "podwójny" i odporny na podwójność, ktoś, kto potrafi doznawać intymności tylko w fantazji, a unika jej w życiu.
Na początku następnej sesji Thelma stwierdziła, że poprzedni tydzień był
okropny. Terapia stanowiła dla niej zawsze paradoks.
- Wiem, że jej potrzebuję - powiedziała - i nie mogę się bez niej
obejść. Ale za każdym razem, kiedy opowiadam o tym, co się zdarzyło, mam
potem okropny tydzień. Sesje terapeutyczne zawsze coś poruszają, a nigdy
niczego nie rozwiązują. Zawsze tylko pogarszają sprawę.
Nie podobało mi się to, co mówiła. Czyżby była to zapowiedź czekających
mnie "atrakcji"? Czy Thelma nie mówiła mi już, dlaczego w końcu porzuci
terapię?
- Przez cały tydzień płakałam. Matthew ani na chwilę nie opuszczał moich
myśli. Nie mogę rozmawiać z Harrym, ponieważ myślę tylko o dwóch
rzeczach zakazanych dla mego męża: o Matthew i o samobójstwie. Nigdy nie
powiem mężowi o Matthew. Kilka lat temu wspomniałam mu, że przypadkiem
spotkałam Matthew na ulicy. Powiedziałam chyba za dużo, bo później
stwierdził, że jest przekonany, iż Matthew jest w jakiś sposób
odpowiedzialny za moją próbę samobójczą. Gdyby poznał prawdę, na pewno
zabiłby Matthew. Jest pełen tych skautowskich sloganów o honorze. Skauci
to jedyna rzecz, o której myśli. W środku jest gwałtownym mężczyzną. Był
brytyjskim oficerem komando podczas drugiej wojny światowej i specjalizował się w nauczaniu metod zabijania gołymi rękami.
- Powiedz mi coś więcej o Harrym.
Uderzyła mnie jakaś porywczość w jej głosie, gdy mówiła, że Harry
zabiłby Matthew, gdyby dowiedział się, co się stało.
- Spotkałam Harry'ego w latach trzydziestych, gdy byłam zawodową
tancerką w Europie. Zawsze żyłam dla dwóch rzeczy - kochania się i tańca. Nie urodziłam dzieci, bo nie chciałam przestać tańczyć. W końcu
jednak, trzydzieści jeden lat temu zostałam zmuszona do porzucenia
tańca. Mój duży palec u nogi został wykręcony przez artretyzm, jedna z gorszych chorób, jaka mogła się przydarzyć balerinie. Jeśli chodzi o miłość, kiedy byłam młoda, miałam wielu kochanków. Widziałeś moje
zdjęcie, powiedz szczerze, czyż nie byłam piękna?
- Ale kiedy wyszłam za mąż za Harry'ego - ciągnęła, nie czekając na moją
odpowiedź - miłość się skończyła. Niewielu mężczyzn, chociaż byli tacy,
miało odwagę mnie kochać, wszyscy okropnie bali się Harry'ego. A Harry
zrezygnował z seksu dwadzieścia lat temu, dobrze mu wychodzi
rezygnowanie z różnych rzeczy. Teraz rzadko kiedy się dotykamy. Jest w tym pewnie zarówno moja wina, jak i jego.
Miałem zapytać, co to znaczy, że Harry'emu dobrze wychodziło
rezygnowanie z różnych rzeczy, ale Thelma szybko mówiła dalej. Chciała
mówić, ale jak gdyby nie mówiła do mnie. Nie dawała żadnego znaku, że
oczekuje ode mnie reakcji lub odpowiedzi. Odwracała ode mnie wzrok.
Zwykle patrzyła w górę, jak gdyby była pogrążona we wspomnieniach.
- Inną rzeczą, o której myślę, ale o której nie mogę mówić, jest
samobójstwo. Wiem, że wcześniej czy później je popełnię. Jest to jedyne
wyjście. Ale nie mogę nawet o tym wspomnieć Harry'emu. Moja próba
samobójcza omal go nie zabiła. Dostał niegroźnego zawału i postarzał się
na moich oczach o dziesięć lat. Kiedy obudziłam się żywa w szpitalu, ku
memu zdziwieniu zaczęłam wiele myśleć o tym, co zrobiłam swej rodzinie.
Powzięłam wtedy pewne postanowienia.
- Jakie postanowienia?
Właściwie nie było potrzeby, bym zadawał to pytanie, ponieważ Thelma już
zbierała się do opisania swych postanowień. Chciałem jednak, aby
wreszcie zaistniała między nami jakaś wymiana. Otrzymywałem mnóstwo
informacji, ale nie mogłem nawiązać z nią żadnego kontaktu. Równie
dobrze moglibyśmy siedzieć podczas jej monologu w dwóch osobnych
pomieszczeniach.
- Postanowiłam, że nigdy nie zrobię i nie powiem nic takiego, co mogłoby
sprawić Harry'emu ból. Postanowiłam dać mu wszystko, co mogę, i ulegać
mu w każdej sprawie. Chce dobudować nowy pokój na swój sprzęt sportowy,
dobrze. Chce jechać na wakacje do Meksyku, dobrze. Chce widywać się z ludźmi na spotkaniach przy kościele, dobrze.
Widząc moje pytające spojrzenie na słowa o spotkaniach przy kościele,
Thelma wyjaśniła:
- Od trzech lat, odkąd wiem, że popełnię samobójstwo, nie chcę poznawać
nikogo nowego. Nowi przyjaciele oznaczają tylko więcej pożegnań i więcej
osób do zranienia.
Pracowałem z wieloma ludźmi, którzy naprawdę chcieli się zabić. Zwykle
doświadczenie to przemieniało ich, stawali się dojrzalsi, mądrzejsi.
Prawdziwa konfrontacja ze śmiercią zwykle sprawiała, że z całą powagą
zaczynali zastanawiać się nad swoimi dotychczasowymi celami życiowymi i dotychczasowym postępowaniem. Dotyczy to także tych, którzy stawali
twarzą w twarz ze śmiercią poprzez śmiertelną chorobę. Słyszałem wielu
ludzi, którzy bardzo żałowali, iż czekali tak długo, że trzeba było, by
rak zaczął toczyć ich ciało, aby mogli uświadomić sobie, jak żyć! Ale
Thelma nie była taka jak oni. Należała do tych nielicznych, którzy byli
blisko śmierci i niewiele się z tego nauczyli. Te postanowienia, które
poczyniła, gdy odzyskała przytomność! Czy naprawdę wierzyła, że
uszczęśliwi Harry'ego, przytakując każdemu jego życzeniu, a ukrywając
swoje prawdziwe myśli i pragnienia? Cóż mogło być gorszego dla Harry'ego
niż jej całotygodniowy płacz i całkowity brak wyjaśnień jego przyczyn?
Ta kobieta tkwiła po uszy w samooszustwie.
Jej nawyk oszukiwania samej siebie był szczególnie widoczny, gdy mówiła
o Matthew:
- On ma w sobie tyle delikatności i łagodności, że porusza każdego, kto
wejdzie z nim w kontakt. Wszystkie sekretarki go kochały. Każdej
powiedział coś ciepłego, znał wszystkie imiona ich dzieci, przynosił im
pączki trzy, cztery razy w tygodniu. Przez te dwadzieścia siedem dni
nigdy nie zdarzyło mu się, by pominął sprzedawcę czy kelnera - każdemu
powiedział coś takiego, co sprawiało, że ten od razu dobrze się poczuł.
Czy wiesz coś o medytacji buddyjskiej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki